Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Drewniana kładka
AutorWiadomość
Drewniana kładka [odnośnik]01.02.16 21:17
First topic message reminder :

Drewniana kładka

Gdzieś głęboko w dzielnicy portowej znajduje się jeden z wielu pomostków prowadzących do przycumowanych łódek. Pomost jest drewniany, ale drewno już niszczeje i trzeba uważać, żeby nie zapadł się pod stopami. Poza tym podczas deszczu deski stają się śliskie i nie sposób po nich chodzić. Niektóre łódki, które chyboczą na wodzie, wydają się być nieużywane od wielu lat, dlatego nie poleca się korzystanie z nich. Na samym końcu pomostu co wieczór zapalają się żółte światełka, które mają ostrzegać, albo informować marynarzy.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Drewniana kładka [odnośnik]26.12.17 21:36
15 maja

Niszczejące drewno skrzypnęło pod ciężarem czarnego, damskiego trzewika oraz jego właścicielki, która niespiesznym krokiem wchodziła na jedną z drewnianych kładek dzielnicy portowej. Szczupła sylwetka, ukryta pod ciemnym płaszczem, już z daleka zdradzała młodą kobietę, lecz oszczędność w biżuterii i skromne uczesanie skutecznie kamuflowały jej status. Nie potrzebowała zainteresowania dookoła swojej osoby, nie chciała wścibskich oczu, które przyglądałyby się jej działaniom. Opłaciła kogo trzeba; jeden srebrny sykl był ceną nieporównywalnie małą w stosunku do goryczy, jaka osiadła w jej sercu i umyśle na wieść, że jej wołanie o pomoc zostało wysłuchane jedynie połowicznie. Moneta, bez skrupułów wyciągnięta z sakiewki, opłaciła znajomego z widzenia moczymordę, stałego bywalca doków – powiedział jej to, co chciała wiedzieć, a choć nie wskazał dokładnego miejsca, wiedziała już w jakich okolicach ma szukać swojej zguby. Swojego brata.
Uwłaczało jej to, że o jego powrocie dowiedziała się poprzez matkę od ojca; była święcie przekonana, że po jej liście Calhoun stanie w jej drzwiach, jakby wcale nie minęły dwa lata, odkąd ostatnio się widzieli. Wyobrażała sobie jego powrót, marzyła o nim już od kilku wieczorów, spędzonych na obmywaniu nowych ran i poranków, spędzonych na przykrywaniu makijażem zaczerwienionych oczu i znienawidzonych piegów. Ta fikcja, jaką produkował jej umysł, napędzała ją bardziej, niż cokolwiek innego. Odkąd pospiesznie skreśliła do brata tych kilka słów, nie mogła skupić się na niczym – eliksiry i błyskotki poszły w odstawkę, a Caley czekała.
Potrzebuję Cię.
Nie było jej wstyd za te słowa, desperacja zbierała żniwo w postaci jej dumy i honoru, lecz z każdą chwilą spędzoną w głębi dzielnicy portowej, pani Spencer-Moon czuła się bardziej sfrustrowana. On powinien był pojawić się u jej boku, gdy tylko zszedł na ląd; czyż po morzu nie była jego jedyną miłością? Dlaczego więc musiała szukać go właśnie tutaj, w samym centrum rozpusty wszelakiej? Co chciał jej udowodnić? Gdy nie pojawił się bezpośrednio u niej, w mig domyśliła się, że Cal ma jakieś ukryte motywy, nie podejrzewała jednak, że przyjdzie jej się przed nim ukorzyć i postawić stopę w miejscu, w którym nie była już od miesięcy.
Potrzebuję Cię.
A więc gdzie jesteś, bracie? Czy ukrywasz się pod tą w połowie spróchniałą kładką, czy może nonszalanckim krokiem wyjdziesz za chwilę z okolicznego baru?
Zerknęła na taflę wody, lecz ujrzała w niej tylko swoje odbicie, które w tej chwili wybitnie jej się nie podobało. Od jak dawna nie umiała spojrzeć na siebie w lustrze? Wszystkie jej złe decyzje, cała jej bierność, naiwność kumulowały się wtedy w spojrzeniu malachitowych oczu, uciekała więc od tego widoku tak daleko, jak tylko mogła.
Wciągnęła powietrze, a stęchły zapach portu nie sprawił wcale, że poczuła się lepiej. Schowała więc ręce w kieszeń, w jednej z nich obracając ukrytą w materiale różdżkę. Wydawało jej się, że wiedziała już, w co gra jej brat i dlaczego nie odnalazła go tutaj od razu po teleportowaniu się z domu. Ona szukała jego, lecz to on miał koniec końców odnaleźć ją. Wystawiła się więc, wchodząc dalej na drewnianą kładkę i odwracając plecami do wody – jeszcze nie czas na skok za burtę.




Drag me down to the water and
hold me down until I'm full.
Until I struggle no longer,
until I've drowned in my

sinful will



Ostatnio zmieniony przez Caley Spencer-Moon dnia 27.12.17 21:38, w całości zmieniany 1 raz
Caley Goyle
Zawód : tłumaczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
but it's in my roots, it's in my veins, it's in my blood and I stain every heart that I use to heal
the pain
OPCM : 5
UROKI : 20
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
our dead drink the sea
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon https://www.morsmordre.net/t5568-idun https://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister https://www.morsmordre.net/f218-dzielnica-portowa-orchard-place-9 https://www.morsmordre.net/t5567-skrytka-bankowa-nr-1368 https://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
Re: Drewniana kładka [odnośnik]27.12.17 19:52
Drewno otwieranych drzwi rozległo się paskudnym skrzypem po okolicy, gdy ruszyły w zawiasach po raz setny tej nocy. Nikt nie przyglądał im się zbyt szczególnie, chociaż było to jedno z głównych wejść wśród okolicznych tawern i burdeli. Najsławniejsze i największe. Otwierały się raz po raz jak nogi pracujących tam prostytutek, które z taką samą częstotliwością przyjmowały między nie kolejnych klientów w spowitej dymem papierosowym i alkoholowym aromacie spelunie. Nie były to wysokie standardy, jednak nikt kto znajdował się w tym miejscu nie chciał wysokich standardów. Każdego kto nawet by o tym wspomniał, głośno by wyśmiali i rozerwali od środka za ścianą, nie wzbudzając niczyjego współczucia. Londyn był jak usłużna ulicznica, która z chęcią za byle jaką cenę przyjęłaby każde ścierwo, byle tylko pobyło nieco dłużej w jej mrocznym, pełnym niebezpieczeństw wnętrzu. Właśnie tymi drzwiami należało przejść dolną izbę wypełnioną rubasznymi śmiechami, by znaleźć się w rogu krzywych, na wpół spróchniałych schodów prowadzących na piętro. To właśnie tu z jedynych z pokojów, którego okno wychodziło na wodę, dochodziło uderzanie raz po raz stalowej ramy łóżka o zimne ściany. Głośne i ostre ginęły wśród hałasu dobywającego się z dolnych partii karczmy zalanej przez najprymitywsze z istot brudnego półświatka dzielnicy portowej. Zgrabna brunetka wyślizgnęła się spod koca, gdy uderzenia ustały i okryła się nim niedbale. Podeszła do przeciwległej ściany, gdzie stała butelka ognistej i wróciła z powrotem do łóżka, by ułożyć się obok męskiej postaci, która nie pozwoliła jej zbyt długo cieszyć się swoim towarzystwem. Na pokrytym kropelkami potu czole pojawiła się delikatna bruzda, gdy z pytającym wyrazem twarzy obserwowała swojego kompana. Calhoun ubrał się i, nim wyszedł, rzucił na stół odpowiednią sumę pieniędzy, które zażyczyła sobie dziewczyna. Ładnie pachniała i była zupełnie inna niż cała reszta słodko uśmiechających się blondynek. Nie chciał blondynki. Nie chciał byle jakiej blondynki, dlatego wybrał właśnie ją. Pachniała też inaczej i przyjemnie, a Goyle zdawał sobie sprawę, że cały przeszedł jej zapachem i nie zamierzał tego ukrywać. Każdy kto powinien i kto chciał, wiedział, gdzie go znaleźć. Nie trzeba było być geniuszem dedukcji, by wiedzieć, czego szukali mężczyźni po wielu miesiącach żeglugi lub nieustającej pracy przy unikaniu patroli jednostek ścigania i krycia się przed ich uważnymi spojrzeniami. W burdelach na południowym wybrzeżu państw skandynawskich nikt nie chciał dawać mu swoich dziewczyn, a przynajmniej nie po normalnej cenie. Mało kiedy wracały równie użytkowe jak przed spędzeniem nocy z Goylem. Niektóre nigdy już nie mogły dalej pracować, jednak dziewcząt nigdy nie brakowało i zabraknąć nie miało. I chociaż młody kapitan mógł zabrać sobie każdą, żadnej tak naprawdę nie pragnął. Były chwilowymi przystankami, pojemnikami, które miały jedynie spełnić część swojej funkcji. Jednak reszta umysłu Cala była oddana ciągle tej samej osobie. Tej, której zawierzył. Tej, której pożądał. Tej, która go zdradziła.
Potrzebuję Cię.
Słowa spisane pismem, które rozpoznałby nawet po wielu dekadach odosobnienia były jak przynęta. Zarzucona daleko od łodzi, ale kusząca i ponętna - jednak zbyt długo trwał w tym świecie, by tego nie rozpoznać. By nie dostrzec własnych działań i podstępów w zachowaniu siostry. Wiedział, że chciała, by pojawił się w jej drzwiach i zrobił co tylko zachciała. By był na jej usługi i stał się poruszającym się jak lalka wedle życzenia lalkarza w sprytnych dłoniach młodej Angielki. Mógł, był w stanie zrobić dla niej wszystko, czego tylko zażądała, ale nie powiadomił jej o swoim powrocie. Nie zamierzał ułatwiać jej ponownego spotkania. Zamierzał ją ukarać. Boleśnie i najdotkliwiej ze wszystkich sposób na świecie, o które Caley nigdy wcześniej nie musiała się martwić. Chciał, żeby poczuła jak to jest, gdy gniew, frustracja, rozczarowanie, niedowierzanie kotłowały się w sobie, tworząc niebezpieczną mieszankę. By doznała co to strata, co to zawiedzenie na najbliższej postaci. Na jedynym na czym kiedykolwiek się opierało i czego się pragnęło. Nigdy nie musiała radzić sobie z brakiem jego poparcia i z brakiem jego przywiązania. Jego m i ł o ś c i. Chciał, żeby jak on szalała w środku z niemocy, z którym dzień po dniu się mierzył, wiedząc, że oddawała się innemu. Że żyła z innym. Że wyrzekła się go - jej ukochanego brata, dla obcego wybranego przez ojca. Owszem. Wrócił. Jednak i on miał w tym o wiele więcej do powiedzenia niż jedynie bolesne ukaranie siostry. W umyśle przestępcy wił się iście wysublimowany, pełen zawiłości plan, który od chwili postawienia stopy na lądzie angielskim znalazł swoje ujście.
Wyszedł wolnym, niespiesznym krokiem z burdelu, by w progu zaciągnąć się ostrym w smaku papierosem, którego dym wślizgiwał mu się przez gardło do płuc. Wiedział, że jego siostra tu była już od jakiegoś czasu. Był jak rekin potrafiący znaleźć nawet najmniejsze ślady krwi z wielu kilometrów, a ona działała na niego niezwykle magnetyzująco. Należała do niego i nie mogło być inaczej; chociaż minęły długie dwa lata, wracając do domu, wiedział, gdzie się znajdowała. Srebrny sykl, który zapłaciła pokątnemu obszczymurowi tkwił teraz w kieszeni jego płaszcza, po tym jak ten doniósł o postaci szukającej informacji na jego temat; o młodej panience ze wzrokiem harpii i jej aurze. Potrzebowała go, bo nikt inny nie mógł i nie chciał jej pomóc - wiedział o tym doskonale, a sięgnięcie do niego oznaczało desperację. Uwłaczała mu, jednak nie zamierzał dawać jej dłużej czekać. Wystawiła mu się na pokaz, zdając sobie sprawę, że odnalazłby ją wszędzie, gdyby to było jego życzeniem. Ta nierówna walka była mało satysfakcjonująca, ale nie zepsuła Calowi humoru, gdy szedł przez śmierdzące, wąskie alejki londyńskich doków, pozwalając, by za nim roztaczał się zapach zabawiającej go przed momentem prostytutki. Gęsty dym papierosowy łączył się z mgłą, a lekko pochylona postać przemykała w ich oparach. Co miał poczuć, gdy ją zobaczy? Wiedział, że gdyby coś jej się stało, oszalałby, jednak to trawiące go szaleństwo przez ostatnie, niekończące się miesiące pozbawiły go tego miłosierdzia i pragnął zagrać z nią w grę, w której nie mogła zwyciężyć; by dostać czego chciała, musiała się mu poddać. Nie trwało to długo nim rekin odnalazł w ciemnościach kroplę krwi w oceanie. Jego kroplę. Przystanął kawałek przed nią, nie wychodząc spoza całkowitego półmroku, delektując się przez chwilę skrytymi pod płaszczem kawałkami znajomego ciała. Znał te nadgarstki, ostro zarysowane kości policzkowe. Tak podobne do jego własnych.
- Moja siostra - powiedział cicho, ale jego głos przeciskał się przez gęstą mgłę niczym wąż, a przy okazji raz po raz trzaskał jak skręcony z rzemieni bicz. - Moja słodka, słodka, niewdzięczna siostra - dodał, a szeroki uśmiech błysnął w delikatnym przelocie światła okolicznej latarni.
[bylobrzydkobedzieladnie]



frankly, my dear — I don't give a damn


Ostatnio zmieniony przez Calhoun Goyle dnia 30.12.17 14:42, w całości zmieniany 2 razy
Calhoun Goyle
Zawód : kapitan, żeglarz, przemytnik
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
OPCM : 0
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka - Page 2 6244aee69e3dfd86938b7580da2b8e661a76ee0f
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 https://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 https://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 https://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 https://www.morsmordre.net/t5488-skrytka-bankowa-nr-1356#125299 https://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
Re: Drewniana kładka [odnośnik]27.12.17 22:28
Chciał jej pokazać, kto tu rządzi i dlatego tak długo kazał na siebie czekać. Rozgryzła to w mig, tak, jak wydawało jej się, że rozgryzła cały jego dalszy plan. Ale czekałaby na tej kładce do rana, gdyby miało to oznaczać, że wreszcie go zobaczy, a jej prośba zostanie spełniona. Tylko on ze wszystkich ludzi na świecie byłby zdolny do tego, o co zamierzała poprosić. Na tyle szalony, by nie próbować odwieść jej od planowania zbrodni, na tyle żądny krwi, że wymyśliłby i wprowadził w życie plan tak brutalny, o jakim nie marzyła w najśmielszych snach. Nie potrzebowała ciepłych słów i opiekuńczych gestów; łaknęła słuchać wyrazistych, naturalistycznych opisów tego, co czekałoby jej męża za wszystkie wyrządzone Caley krzywdy. Spodziewała się, ze tak właśnie postąpi Calhoun, choć oczywiście brała pod uwagę okoliczności, w których nie od razu odpowie na jej wezwanie lub będzie boczył się za dwuletnią rozłąkę niczym mały chłopiec. Brała go za pewnik, bo wydawało jej się, że ciągle potrafi przejrzeć go na wylot, że brak kontaktu niczego nie zmienił, a ich więź będzie tak silna, jak zwykle. Jakby te miesiące przerwy wcale nie istniały, jakby nie poróżnili się przed jego ucieczką. Wiedziała, że był szalony, lecz miała o sobie mniemanie na tyle wysokie, by przypuszczać, że wciąż jeszcze będzie w stanie to jego szaleństwo okiełznać i wykorzystać dla własnej korzyści.
Już z oddali zauważyła idącą w jej stronę lekko zgarbioną postać. Tę sylwetkę rozpoznałaby wszędzie, drgnęła więc i podniosła głowę w oczekiwaniu, aż twarz brata wreszcie wyłoni się z półmroku oraz mgły i papierosowego dymu. Od kontaktu wzrokowego dzieliły ich minuty, sekundy, a Caley czekała na ten moment w napięciu; pragnęła przekonać się, czy wciąż będzie potrafiła go okiełznać.
Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak naprawdę stęskniona za nim była, dopóki nie przemówił, a jego głos nie wywołał dawno pogrzebanych wspomnień. Ukrywała je skrzętnie przed wścibskim mężem, penetrującym każdy zakątek jej umysłu, lecz teraz wypłynęły na wierzch jej świadomości, niczym ciało topielca. Chciała postąpić krok w jego stronę, zamknąć go w swoim uścisku i na moment zapomnieć o wszystkim dookoła. Czyż nie liczyło się to, że przyjechał tu na jej wezwanie, że przybył jej z pomocą, niczym rycerz z baśni? Lecz to życie nie było baśnią, a orężem jej rycerza była nieprzewidywalność.
Cuchniesz tanią dziwką, chciała mu powiedzieć, gdy pomiędzy znajomym zapachem wyczuła coś jeszcze; powstrzymała się jednak, słusznie podejrzewając, że jego ostentacyjne zachowanie musiało mieć swoje motywy, musiało się z czymś wiązać. Mogła się tylko domyślać, skąd właśnie wyszedł, a wyobrażenie kobiety w jego ramionach sprawiło, że mimowolnie zacisnęła zęby. Chciał zagrać w grę, tak? A więc dobrze, niech się zmierzą.
- Dziękuję, że przypłynąłeś – posłała w jego stronę jeden z tych uśmieszków, które kilka lat temu stanowiły zapowiedź do wykwintnej psoty, podpuszczenie do występku.
Starała się go oswoić; wyrzutami nie ugrałaby niczego, podobnie jak tysiącem kłamstw, jakimi przecież mogła go nakarmić. Zamiast tego zdecydowała się na postawę posłuszną i uległą, chociaż w głębi duszy kłóciła się sama ze sobą. To ona z ich dwójki miała interes do załatwienia, musiała więc coś poświęcić, by zyskać coś innego. Honor za wolność? Jednocześnie dawała mu do zrozumienia, że doskonale wie, że nie przybył do Londynu by zaznać przyjemności z pierwszą lepszą dziwką ani po to, by spić się w dokach czy wyzwać kogoś na pojedynek i zwyciężyć tryumfalnie. Czegokolwiek nie zrobił do tej pory, a minęła przecież ponad doba, odkąd postawił stopę na lądzie, wszystko było podyktowane jej słowami, jej szczerym listem, a jego obecność była odpowiedzią.
Caley miała więc nadzieję, że portowa dziwka zaspokoiła go na tyle, by mógł teraz skupić się na spełnianiu życzeń kogoś innego.
Urosłeś. Dlaczego nie pisałeś? Kocham Cię. Podzielisz się papierosem? Gdzie się zatrzymałeś? Wróć do domu.
Tak wiele rzeczy chciała mu powiedzieć, lecz w tej chwili zaczynali grać w jego grę, a skoro nie zobaczyła jeszcze wszystkich kart, nie zamierzała odkrywać własnych.
- Calhoun – jego imię zatańczyło na jej ustach niczym znajoma pieśń, którą wyśpiewywała zaledwie wczoraj – Daleko mi do niewdzięczności. A czy Ty tęskniłeś choć trochę? – postąpiła krok w jego stronę, zadzierając głowę, by spojrzeć mu w oczy. W wielu aspektach byli do siebie podobni, lecz wzrost nie był jedną z nich.





Drag me down to the water and
hold me down until I'm full.
Until I struggle no longer,
until I've drowned in my

sinful will

Caley Goyle
Zawód : tłumaczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
but it's in my roots, it's in my veins, it's in my blood and I stain every heart that I use to heal
the pain
OPCM : 5
UROKI : 20
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
our dead drink the sea
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon https://www.morsmordre.net/t5568-idun https://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister https://www.morsmordre.net/f218-dzielnica-portowa-orchard-place-9 https://www.morsmordre.net/t5567-skrytka-bankowa-nr-1368 https://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
Re: Drewniana kładka [odnośnik]27.12.17 23:27
Oboje byli zdecydowanie bardziej biegli w rozpoznawaniu ludzkich intencji i prześcigali się jedno z drugim w rozgryzaniu własnych. Calhoun postępował tak, by siostrze nie było ciężko odgadnąć jego zamiary, chociaż nie mogła znać wszystkich jego myśli. A przynajmniej nic o jej nowych umiejętnościach nie wiedział. Ich wprawne umiejętności manipulacji i kłamstwa mogły stawać w szranki wszak tylko z nimi samymi. Potrzebuję Cię. Nie pragnęła jego osoby, ale jego gniewu, jego nieprzewidywalności i braku opanowania. Jego działania a nie słów. Jego ryzykownych kroków bez odwracania się na konsekwencje. Wiedział, dlaczego tego chciała. Wiedział, dlaczego chciała szaleństwa, a nie jedynie bliskości. Mogła napisać w każdym momencie, ale uległa teraz. Była twarda i chciała taką grać bez względu na przeszkody, które życie rzucało jej pod nogi. Znał ją, jednak ona myślała, że niczego się nie nauczył przez te dwa ostatnie lata. Wszystko o czym marzyła mogło się ziścić, gdyby tylko poprosiła, a nie żądała. Będąc z braćmi, Cal dowiedział się już wszystkiego czego potrzebował o małżeństwie siostry. Nie podejrzewał, żeby wzywała go, by załatwił jej kolejną zaginioną broszkę królowej wikingów, którą mogłaby z dumą nosić i czuć nordycką krew płynącą w ich żyłach. Caley nigdy nie lubiła być zamykana w klatce, a krótkie i zwięzłe opisy dotyczące nowego mężczyzny w życiu siostry jedynie sprawiły, że chęć ukarania jej rosła wraz z pragnieniem pozbycia się tego sukinsyna. Wiedział, że powstrzymywanie emocji przy niej wymagało pewnej dawki cierpliwości i opanowania, które było mu praktycznie obce. Jednak by wygrać tę potyczkę musiał się zmierzyć z równym sobie, a stawanie w szranki z własną siostrą było czymś zupełnie innym niż każda poprzednia walka, w której brał udział. Nienawidził przegrywać i nie zamierzał i teraz się poddać czy ulec, choć wiedział, że Caley wprawnym słowem, gestem mogła zburzyć każdy jego plan. Tym razem jednak nie miało się to odbyć jednak tak łatwo. Dziewczyna nie wiedziała tego wszystkiego i na razie podążała wedle ustawionego przez nich wcześniej schematu. Z rozkoszą opowiedziałby o tym, co robił z niewierną załogą podczas rejsów czy szmuglowania ładunku. O krwi, która dosłownie kapała mu z dłoni i tworzyła sporawą już kałużę dokoła nich. Mogłaby wybrać co tylko chciała dla swojego męża i czerpać radość z tych wyszukanych planów - krok po kroku, zaklęcie po zaklęciu, uderzenie sztyletu jedno po drugim. Jednak nie miało to nadejść, a przynajmniej nie tak prędko, bo delikatnie nabierające tempa fale Caley miały się rozbić o twarde skały Cala.
Tęsknił. Pragnął jej całym sobą, ale przez ten czas żywił się jedynie wizją ponownego spotkania i sprowadzenia jej na kolana. Na to by wiedziała, że dawny, naiwny brat schował się głęboko w ciele przestępcy i znanego ze swoich niegodziwości żeglarza. Pamiętał każdą chwilę z nią spędzoną i zdawał sobie sprawę, że i w niej te wspomnienia odżyły, chociaż trzymała je na wodzy podobnie zresztą jak i on. Już długo to robił. Ona miała się z tym zmierzyć po raz pierwszy i przegrać z łoskotem. Chęć zobaczenia jej upadku miała na celu uzmysłowienie jej swoich błędów i tego jak wielce skrzywdziła tą decyzją również i jego. Odrzuciła go, przekładając przypodobanie się ojcu, który miał ją za kubeł zgniłych szmat nad prawdziwie kochającego ją człowieka. Teraz wraz z jej głosem, słowo Wiem wróciło ze zdwojoną siłą, bombardując umysł wciąż uśmiechającego się bez cienia zawahania Calhouna. Dostrzegł uśmiech, którym obdarzała go setki razy, gdy pragnęła coś ugrać. Gdy starała się dotrzeć, gdzie leżała granica między nimi, aż w końcu przekonała się, że dla jej brata, ta granica nie istniała i nigdy istnieć nie miała. Pamiętasz, kochana Caley? Pamiętasz ten dzień? Oczywiście, że tak. Igrała z bratem dla własnej przyjemności, a on w to wchodził i poddawał się temu z przyjemnością. Wiedział, że nim manipulowała, ale możliwość jej dotknięcia była wszak nieporównywalną ceną za oddanie w tamtej chwili swojego trzeźwego, samodzielnego myślenia. Teraz nie było inaczej, bo jej obecność, chociaż wytłumiona przez złość, chęć zemsty i zazdrość, wciąż działała na niego oszałamiająco. Słysząc w jej ustach swoje imię, nachylił się, wiedząc, że jego uśmiech spełzł już z ust. To było jak ożywcze, a równocześnie uspakajające wołanie domu unoszące się nad falami, które biły o burtę jego statku przez ostatnie miesiące. Gdy wydawało mu się, że słyszy jej szept, a wraz z nim brzmiące mętnie imię.
Tęskniłeś choć trochę?
Wiesz, że tak. Nie patrz tak i chodź tu. Szybciej. Muszę cię dotknąć.
Czuł znajomy zapach, gdy podeszła i wiedział, że przed wyjściem musiała nałożyć na dekolt kilka kropel perfum, które tak uwielbiał. Wiedziała o tym. O wszystkim wiedziała, jednak jej wiedza kończyła się na przeszłości. Gubiła się w teraźniejszości. Starał się nie roześmiać jeszcze, słysząc o niewdzięczności. - Poproś ładnie - mruknął, przesuwając palcami po spięciu jej płaszcza, by zaraz zacisnąć je na klamrze i przyciągnąć ją do siebie wraz z właścicielką. Wiedział, że w porcie każdy obserwował nawet gdy wydawało się pustawo, ale nie obchodziło go to. Chciał z nią w to grać dalej i rozgrywać dokładnie według swojego planu, bo jak na razie szła dokładnie w pułapkę, którą dla niej zastawił, ale równocześnie i ona sama ją powiększała z każdym słowem i gestem. Zasłużyłaś na karę, najsłodsza. Wpatrywanie się w jej oczy, w jej twarz nie zmyliło go jednak. Wiedział, czego chciał. - Nagle sobie przypomniałaś? - powiedział, a nuta łagodności z wcześniejszych słów drastycznie zniknęła.



frankly, my dear — I don't give a damn
Calhoun Goyle
Zawód : kapitan, żeglarz, przemytnik
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
OPCM : 0
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka - Page 2 6244aee69e3dfd86938b7580da2b8e661a76ee0f
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 https://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 https://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 https://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 https://www.morsmordre.net/t5488-skrytka-bankowa-nr-1356#125299 https://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
Re: Drewniana kładka [odnośnik]28.12.17 11:38
Miał nad nią przewagę, o której nie miała nawet pojęcia i było dokładnie tak, jak to sobie wcześniej zaplanował – wchodziła prosto w pułapkę, ignorując wszystkie znaki ostrzegawcze; bazowała wyłącznie na swoim nieodpartym przekonaniu, że wszystko będzie tak, jak dawniej, bo łączyła ich krew i więź, jakiej nie czuła z nikim innym na świecie. Miał rację, żyła przeszłością i nie miała pojęcia o teraźniejszości, a to prowadziło ją ku zgubie.
Choć był przecież od niej starszy, zwykła traktować go na swój sposób protekcjonalnie bo wiedziała, co może zdziałać dzięki swym umiejętnościom. Wystarczyło odpowiednie słowo, by go uspokoić i równie celne, by podburzyć. Czuła, że ma nad nim kontrolę i wykorzystywała to świadomie, choć wiecznie pozowała na niewiniątko, nawet przed nim samym. Podejrzewała z olbrzymią pewnością, że rozgryzł ją, lecz w masochistyczny sposób próbuje własne wnioski zagłuszyć lub wypierać. Byle tylko trwać przy niej tak, jak ona chciała trwać przy nim. Granice istniały, lecz oboje lubili na nich balansować; Calhoun przekroczył je pierwszy i ostatni raz, a później stracili się z oczu na dwa długie lata. Po czyjej stronie leżała więc wina rozłąki? Oczywiście, że to ona podjęła ostateczną decyzję odnośnie tego, czy uciekać z nim, czy też podporządkować się ojcu, lecz pod wpływem minionych miesięcy i tłamszonych uczuć rodziła się w niej myśl, że jej wybór był podyktowany zachowaniem brata, co czyniło go współwinnym całej sytuacji.
Dwadzieścia cztery miesiące upłynęły Caley pod znakiem cierpienia, bólu i żalu, a mimo całego procesu bycia tłamszoną przez męża, czegoś się jednak nauczyła i w jakiś sposób zmieniła. Stojąc na drewnianej kładce i wpatrując się w oczy brata popełniała kardynalny błąd niedocenienia przeciwnika, zakładała bowiem, że owszem, Calhoun na pewno również się zmienił, lecz twierdziła, że potrafiła określić kierunek tych zmian. Podporządkował sobie załogę, zdobywał cenne łupy, nie oszczędzał wrogów i cynicznie traktował sprzymierzeńców, prąc do przodu wciąż i wciąż – nie mogła pomylić się za bardzo, prawda? Podejrzewała, że pozbawiony wpływu jej i reszty rodziny spojrzy w ciemność, lecz nie wejdzie w nią z otwartymi ramionami. Naiwna.
Gdy nachylił się w jej stronę, poczuła satysfakcję; czyżby już jadł jej z ręki? Niemożliwe, to byłoby za proste. Subtelnie przesunięcie po zapięciu płaszcza i przyciągnięcie jej do siebie było więc zaskakujące, lecz nie w takim stopniu, by wytrąciło ją z równowagi. W tej chwili i ona miała w głębokim poważaniu to, czy ktokolwiek ich zobaczy. Zawsze mogła wytłumaczyć się wylewnym powitaniem dawno niewidzianego członka rodziny.
- Nagle? – powtórzyła po nim, rejestrując zmianę tonu, lecz nie przywiązując do niej wielkiej wagi. Gra toczyła się na różne sposoby, a wszystkie chwyty były dozwolone – Nie było dnia, w którym bym o tobie nie myślała, a ty doskonale o tym wiesz, bo inaczej by cię tu nie było.
Odpierała stawiane zarzuty spokojnie, choć jego bliskość wcale nie sprawiała, że czuła się zrelaksowana. Chociaż półsłówka i owijanie w bawełnę czyniło tę wymianę zdań elektryzująco przyjemną, Caley pragnęła szybko przejść do meritum sprawy; czas uciekał jej przez palce bynajmniej nie dlatego, że w domu ktoś na nią czekał. Im szybciej dojdą do porozumienia, tym szybciej ona przestanie obawiać się o własne życie i skupi wyłącznie na własnym rozwoju oraz interesie swoim i rodziny. Zyskają więc z Calem oboje, czyż nie?
Przesunęła dłonią po przodzie jego szaty i ścisnęła materiał na wysokości klatki piersiowej i schowanego pod nią serca. Jeśli ono jeszcze tam było, musiała wykorzystać swoje możliwości, by do niego dotrzeć i osiągnąć swój cel.
- Wysłuchaj mnie – poprosiła, nie opuszczając wzroku. Mierzyła się z nim na spojrzenia, lecz wcale nie podobało jej się to, że słabiej rozpoznawała to należące do niego.
Wolną ręką powędrowała w stronę jego szyi; dotknęła skóry i wspięła się palcami do blizny na prawym policzku. Gest ten mógł go uspokoić lub rozwścieczyć, nie przewidywała obojętności. A ta bolałaby ją najbardziej.




Drag me down to the water and
hold me down until I'm full.
Until I struggle no longer,
until I've drowned in my

sinful will

Caley Goyle
Zawód : tłumaczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
but it's in my roots, it's in my veins, it's in my blood and I stain every heart that I use to heal
the pain
OPCM : 5
UROKI : 20
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
our dead drink the sea
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon https://www.morsmordre.net/t5568-idun https://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister https://www.morsmordre.net/f218-dzielnica-portowa-orchard-place-9 https://www.morsmordre.net/t5567-skrytka-bankowa-nr-1368 https://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
Re: Drewniana kładka [odnośnik]28.12.17 12:36
Delikatny uśmiech satysfakcji błąkał się w kącikach jego ust, podobnie jak rosnące w umyśle odczucie zwycięstwa. Siostra zgrabnie przechodziła raz po raz do kolejnych stacji, w których chciał, żeby się znalazła i w których chciał ją widzieć. Niczym posłuszna swojemu panu niewolnica leciała w stronę ciepła, sądząc, że tam znajdzie ukojenie, ale nie miało jej czekać nic innego nad zranienie. Widok chwili, w której Caley miała zrozumieć, co się działo miał być bezcenny i wyczekiwany jak studnia dla umierającego z pragnienia. Tak jak ona wyobrażała sobie jego powrót z płaszczeniem się przed nią i błaganiem o najmniejszą zawiązkę bliskości, tak on przyjechał jedynie po odebranie swojej nagrody. A cena jeszcze była dziewczynie nie znana, chociaż nie miała długo czekać, by zrozumieć czego tak naprawdę była zalążkiem i początkiem. Nie powinna była igrać ze swoim bratem, jednak teraz było już za późno, by coś zmienić. Miała jeszcze doświadczyć wielu konsekwencji wcześniejszego postępowania, jednak nie domyślała się, co zgotował dla niej Calhoun. Naiwnie patrzyła na niego i doszukiwała się wcześniejszego spojrzenia w tej samej twarzy. On widział zmętnienie w jej oczach i desperację - mógł jedynie domyślać się, co się działo, ale zbierała swoje żniwo. Sama jej myśl o tym, że był współwinny temu, co ją spotkało, obudziłoby w nim najgorsze z pokładów; w najskrytszych swoich przenikliwościach nie podejrzewałby jej o to. O to, by ugodziła go czymś znacznie większym niż jedynie odrzucenie. Ustawiła go w postaci zdrajcy i teraz oczekiwała, że wcześniejszy baran wróci, by szwendać się jej przy nogach. Podobno była mistrzynią w odczytywaniu emocji, a w starciu z nim - z człowiekiem, którego znała najlepiej, nie potrafiła przewidzieć, że zdradzony sztorm nie złagodnieje, a da się pochłonąć czystemu gniewowi. Olbrzym Aegir miotał się w jego ciele i zasmakował w tym życiu. Jak bardzo naiwna była, że wciąż była jego boginią morza Ran? Caley brnęła ku swojej zagładzie z każdym słowem, które było dla niego niczym smoła - wypływająca z delikatnych, ukochanych ust i bryzgająca lepkością. Nie myślała o nim. Myślała o ojcu. Myślała o tym, by go zadowolić. Myślała o tym, by stać się w jego oczach kimś, chociaż wiedziała, że dla brata nie istniały bóstwa potężniejsze od niej.
- Zawsze umiałaś kłamać, kochana - zaczął, przesuwając wolno palcami po materiale jej ubrania, by dojść do kaptura, który jednym ruchem ściągnął z głowy blondynki. Jasne włosy ukazały się wraz z całą twarzą, a Calhoun kiedyś westchnąłby na ten widok. Teraz tylko stał patrząc na złote kosmki opadające na znane sobie rysy, które otaczały wyraźnie kruche oblicze pani Spencer-Moon. Pamiętał ich miękkość, ale teraz chciał poczuć je raz jeszcze, więc wsunął palce w spięte włosy, by początkowo złapać je niezbyt mocno, acz pewnie. Przymknął na chwilę oczy, rozkoszując się ich dotykiem, jej obecnością tuż obok, ale trwało to krótko. Musiał uważać, by nie zatracić się w tym zgubnym dla niego tandemie dzikich wspomnień i przyjemności. - Jednak zapomniałaś, że nie jesteś już wśród swoich - dokończył, milknąc i obserwując jej zachowanie. Kłamała mu prosto w oczy i jeszcze znieważała go niskolotnymi próbami omamienia. Znał prawdę, chociaż znajdował się setki mil dalej. To wciąż mogła być jedynie gra słów, która nie niosła za sobą wielu konsekwencji. Wszak mógł jedynie szczekać, a nie gryźć. Tak mogło być, jednak nie odbywało się w tej chwili na drewnianej kładce pośrodku meandrującej między dwójką osób mgły.
Jej ruch po jego ubraniu znał już z wcześniejszych lat, dlatego jeśli próbowała dobić się tym do jego wnętrza, musiała być gotowa na porażkę, którą zamierzał jej podać na tacy - gotową, pełną i świeżą. Szukając serca, jedynie traciła czas; nie tylko swój własny, ale również i jego. Niegdyś elektryzujący dotyk, którym go obdarowała, stracił na swoim uroku, chociaż wciąż był niczym wybrzmiewający z oddali dzwon. Nie był jednak już tak samo bliski jak dawniej.
Wysłuchaj mnie.
- Dlaczego? - odparł, czując jak skryty dotąd śmiech głęboko w jego ciele zaczął wybijać się na powierzchnię. Kąciki ust uniosły się w tym samym czasie, w którym cichy chichot wydobył się z jego ust. Krótki, prawie niedosłyszalny, ale rzeczywisty i boleśnie sprowadzający ją na ziemię. Pociągnął nieco mocniej jej włosy, by odchylić głowę siostry; drugą pochwycił jej nadgarstek - tak by poczuła, że była w potrzasku. Nachylił się wtedy nad jej uchem, obdarzając delikatną skórę kobiety swoim oddechem. - Myślisz, że masz coś, czego pragnę? - powiedział spokojnym, acz paskudnie obojętnym tonem, niemal szepcząc każde ze słów. Tak by zrozumiała. Tak by poczuła jak daleko zabrnęła i nie mogła się już wydostać.



frankly, my dear — I don't give a damn
Calhoun Goyle
Zawód : kapitan, żeglarz, przemytnik
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
OPCM : 0
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka - Page 2 6244aee69e3dfd86938b7580da2b8e661a76ee0f
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 https://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 https://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 https://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 https://www.morsmordre.net/t5488-skrytka-bankowa-nr-1356#125299 https://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
Re: Drewniana kładka [odnośnik]28.12.17 13:38
Powinna być przyzwyczajona do roli marionetki, wykorzystywanej jedynie do odegrania spektaklu lub osiągnięcia swoich celów; od lat tak właśnie traktował ją ojciec, o ile w ogóle zwracał na nią uwagę, a odkąd przeszła pod pieczę męża, również z jego strony doczekała się jedynie poczucia wyższości i pragnienia dominowania nad każdym aspektem jej życia. Mimo wszystko jednak nie spodziewała się, że to najdroższy brat zechce ją wykorzystać, dlatego przybyła na spotkanie wyposażona jedynie w oręż słodkich słówek, nie dzierżąc żadnej tarczy. Nie oczekiwała ataku z jego strony, a na taki się zanosiło; niebo nad ich relacją pociemniało, a z oddali dało się wyczuć sztorm.
Choć kładka była spróchniała, nie ona sprawiała, że Caley miała wrażenie tracenia gruntu pod nogami. Nie rozumiała postawy brata, nie wiedziała czemu tak długo trzymał ją w niepewności, skoro prawie zwierzyła mu się ze wszystkich trosk, a na pewno dała już do zrozumienia, że problem, z jakim do niego przyszła, nie był błahy. Czyżby Calhoun był obojętny na jej los? Nie upatrywała winy w sobie ani swoim postępowaniu; zamknęła tą ścieżkę, jaką mogłyby podążyć jej myśli, bo niczego dobrego nie osiągało się nigdy poprzez rozpamiętywanie starych spraw, a tym bardziej doszukiwanie się własnych win w zajściach sprzed lat. Ich rozstanie ubodło ją i jeszcze kilka tygodni po nim wiedziała doskonale, że jedyną winowajczynią jest ona sama, lecz każdy miesiąc w domu tyrana, każda zniewaga z jego strony, każdy gwałt na ciele i umyśle sprawiał, że musiała rozpaczliwie szukać winowajców swojego losu, bo jeśli oskarżyłaby o niego samą siebie, najpewniej pożegnałaby się z życiem szybciej, niż portowe dziwki znajdowały swoich klientów. Winny był więc ojciec, mąż, bracia i wszyscy Ci, przed którymi Caley ukrywała prawdę. Od nikogo jednak nie pragnęła zadośćuczynienia, nawet od Cala; pragnęła jedynie pomocy, ratunku. Błędnie założyła, że brat będzie w stanie zrobić dla niej wszystko, po tym jak ona tak wiele mu odebrała.
Nie czuła się już jak osoba mająca nad nim jakąkolwiek władzę. Gdy czytał z niej jak z księgi miała wrażenie, że role powoli zaczynają się odwracać, a do tego nie mogła przecież dopuścić. Przyłapana na błędzie, nie próbowała obrócić go w żart czy wyprzeć się go lub kłamać dalej. Milczała, nie nawiązując do jego oskarżenia, badawczo spoglądając mu w oczy i próbując wyczytać z nich ile jeszcze gorzkich słów usłyszy, zanim porozmawiają normalnie. Wynik potyczki przechylał się na jego stronę, lecz dopóki czarownica miała cokolwiek do powiedzenia, nic nie było stracone.
Pozwoliła na to, by zdarł kaptur z jej głowy i wplótł ręce w jej włosy, lecz obojętność, którą dojrzała w jego spojrzeniu, zirytowała ją. Bolała bardziej, niż szarpnięcie za włosy, na które mimo wszystko nie była przygotowania. Wpuszczając grymas zaskoczenia na twarz musiała się przed nim zdradzić, za co było jej na tyle wstyd, że wytrąciło ją to z równowagi i spowodowało, że nie zachowała zimnej krwi. Och, jakże za podobne zachowanie ukarałby ją Cedric.
- Nie jesteś już mój, Calhounie? – zakpiła, wykrzywiając usta w uśmiechu, który jednak nie umywał się do tego, jaki widniał na jego twarzy – To zabawne, skoro niczym szczenię przybyłeś na zawołanie.
Odchyliła głowę zgodnie z jego wolą i poddała się jego działaniom. Syknęła, gdy szarpnął, lecz nie traciła animuszu. Gdy jego słowa wybrzmiały tuż przy jej uchu, na powrót wydawało jej się, że ma do czynienia z młodzieńcem szukającym jej atencji.
- Z Ciebie też doskonały kłamca - mruknęła, przyjmując dreszcz, jaki przeszył jej ciało – Przychodzisz tu, przesiąknięty smrodem burdelu i całą swoją postawą aż krzyczysz, że mną gardzisz. A mimo to wykorzystujesz pierwszą lepszą okazję, by mnie dotknąć – na jej ustach pojawił się iście sardoniczny uśmiech - Myślę, że mam coś, czego pragnąłeś od bardzo dawna.
Niech szarpie, niech ściska. Była przyzwyczajona do bólu; to nie gestem mógł ją najbardziej zranić. Powoli zaczynała tracić nad sobą kontrolę, bo chociaż wolałaby teraz wyrwać się z niego objęcia, mała cząstka niej odczuwała masochistyczną przyjemność z takiego obrotu spraw. Szykowała się na pożałowanie swoich słów. Była niemalże pewna, że odepchnie ją od siebie lub powie coś, co zrani ją do głębi; spięła się, oczekując na cios w dowolnej postaci.




Drag me down to the water and
hold me down until I'm full.
Until I struggle no longer,
until I've drowned in my

sinful will

Caley Goyle
Zawód : tłumaczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
but it's in my roots, it's in my veins, it's in my blood and I stain every heart that I use to heal
the pain
OPCM : 5
UROKI : 20
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
our dead drink the sea
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon https://www.morsmordre.net/t5568-idun https://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister https://www.morsmordre.net/f218-dzielnica-portowa-orchard-place-9 https://www.morsmordre.net/t5567-skrytka-bankowa-nr-1368 https://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
Re: Drewniana kładka [odnośnik]28.12.17 14:34
Ona dostrzegała przed nimi sztorm, on mierzył się z nim już od dwóch lat, pozwalając, by rosnące napięcie przeradzało się wedle jego myśli. Dostrzegał to w jej oczach, że dostrzegała już swoje błędy i brak zrozumienia, którym się wykazała podczas tego spotkania. Sądziła, że trafi na kochającego brata, który chciałby ją wyswobodzić z okowów małżeńskiego koszmaru, za jedynie jedno przychylne spojrzenie. Wciąż był w stanie dokonać wszystkiego na zawołanie tej nordyckiej bogini, jednak nikt nie pozostawał bezkarny. Zanim znów miał chcieć podążać za nią, musiał pokazać jej jak równi byli, a wstrząsanie i igranie ze sługą chaosu, było jak on równie niebezpieczne i nieprzewidywalne. Odczytywanie sygnałów, które mu wysyłała były jak dziecięca zabawka o najprostszej budowie. Grali w nią kiedyś, ale teraz zasady uległy zmianie. Mógł wykorzystać fakt, że go potrzebowała, bo nikt inny nie był w stanie jej pomóc. Nikogo innego nie chciała zobaczyć w tej roli, bo gdyby tak było, już dawno poradziłaby sobie z ciężarem jakim był jej małżonek. Wiedział, że pragnęła jego przychylności, braterskiej protekcji i lojalności w tym momencie, ale co później? Chciałaby, żeby znów była zdana na swoją łaskę, mogąc kierować nim wedle własnej woli? To prawda, że utrzymywała go na lądzie z mocą przekraczającą wszelkie pojęcie, ale wybór między zniewoleniem, a wolnością był prosty. Skuty w łańcuchy jej słodkich słówek przestałby być tym, kim się stał. Tym, do czego dążył całe życie, a stałby się niczym innym jak szczenięciem, które pragnęło zadowolić panią. A potem? Miałby znosić jej ponowne zamążpójście i czekać na gest, w którym przypomniałaby sobie o jego istnieniu? Dwa lata. Dwadzieścia cztery długie miesiące, w których mierzył się z tęsknotą domu, którym była. Zastąpił to jednak przekraczaniem granic we własnych celach, aż zachłyśnięcie się ciemnością, zmieniło się w życie w jej granicach. Uwielbiał to. Rozumiał też dlaczego jego przodkowie prowadzili ów dzikie, brutalne, pozbawione zasad żywoty i nie dali się zwieść stałemu gruntowi, preferując nierówne rozkołysanie na deskach pokładu. Nie uginali się przed nikim, czerpiąc garściami z łaski wód mórz i oceanów. Zamierzał też postępować zgodnie z ich niespisanym kodem, pozwalając, by bicze ze słonych łez uderzały raz po raz w jego twarz. Caley sądziła, że czekała na pokornego sługę. Calhoun zjawił się wraz z anomaliami, uderzając w bliską mu osobę, jaką był Cadan, odbierając mu przyjaciela. Czego więc oczekiwała teraz jego siostra, mogąc połączyć wszystkie fakty ze sobą? Nigdy nie posuwał się do tego w ich okolicach, zostawiając własne występki z daleka od rodzinnego domu. Brat w niczym mu nie zawinił, jego kompan również, ale ona... Ona była winna.
Zmieszane spojrzenie odkryło jej odczucia względem tej sytuacji i świadomości, że straciła kontrolę. Nie zamierzała się jeszcze poddawać, bo nie byłaby sobą, gdyby odpuściła, ale przegrała. Żadne ze słów nie mogło spowodować, że poruszyłaby drzemiący w nim gniew. Morze wykrzesało z niego mężczyznę, który dążył do swoich celów bez względu na jęki mijanych ludzi. Caley nie była byle jakim człowiekiem, ale nie oznaczało to, że zgubił swoją ścieżkę do celu. Słysząc jej wypowiedź, nie wykrzywił ust. Nie uniósł się. Nie zobojętniał. Roześmiał się. Tym razem jednak głośno, a echo które wędrowało po uliczkach odbijało się jeszcze dłuższy moment, pozwalając sobie trwać przez kilka uderzeń serca dłużej niż powinno. - Tak. To prawda - śmiał się dalej, nie robiąc sobie nic ze słów, które kiedyś mogłyby spowodować sztorm pod jego skórą. - I pożałujesz.
Syk wydobył się z ust kobiety, ale nie szarpnęła się. Poddała mu się, mając za swoją tarczę słowa, które uderzały w próżnię. Chciałby móc jedynie scałować w dzikim szale każdą literę wydobywającą się wraz z jej oddechem. Chciałby uniknąć wszelkiego ciągu dalszego, jednak nie zamierzał rezygnować. Zmusiła go do tego, dawała mu okazję, by to wykorzystał i czerpał z niej garściami. A to był dopiero początek.
Myślę, że mam coś, czego pragnąłeś od bardzo dawna.
Po tych słowach pozwolił sobie na wyplątanie palców z jej jasnych włosów i przejechanie nimi po wargach Caley, niczym na potwierdzenie jej słów. Oczywiście, że jej pragnął, jednak nie chciał jej takiej. Nie chciał zaszczutej, zdesperowanej, żebrzącej o pomoc siostry, która w żadnym calu nie przypominała tej, którą zostawił. Zupełnie jakby zapomniała jak należało żyć w jego obecności - małżeństwo przybiło ją do gruntu, a widmo zastępującego osobę, którą kochał zwiększało się z każdym dniem. Igrał z nią, dostrzegając najmniejsze zmarszczenie delikatnej skóry na ustach siostry. W końcu jednak wrócił do kolejnego punktu ich spotkania.
- Myślę, że ja to mam - odparł spokojnie, wciąż bawiąc się jej rozchylonymi ustami, po czym sięgnął do kieszeni po tkwiącą tam wciąż monetę. Korzystając z chwili nieuwagi kobiety, włożył jej między zęby okrągłego, srebrnego sykla, którym zapłaciła za informacje mające ją zaprowadzić do niego. I zaprowadziły. Ale nie w sposób, którego tak pragnęła i o którym marzyła. - Dobra dziewczynka - mruknął z prześmiewczą czułością i poklepał ją po policzku, by odsunąć się od niej i obrócić. Oto była i ona. Wcielenie nowej Ran, małżonki Aegira, bogini toni morskiej, matki dziewięciu dziewic-fal. Dawne uosobienie ruchów oceanu, które ubóstwiał.



frankly, my dear — I don't give a damn
Calhoun Goyle
Zawód : kapitan, żeglarz, przemytnik
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
OPCM : 0
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka - Page 2 6244aee69e3dfd86938b7580da2b8e661a76ee0f
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 https://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 https://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 https://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 https://www.morsmordre.net/t5488-skrytka-bankowa-nr-1356#125299 https://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
Re: Drewniana kładka [odnośnik]28.12.17 16:47
Czy istniało jakiekolwiek usprawiedliwienie tego, że nie zauważyła jak bardzo zmienił się ten, którego nazywała bratem? Że już pierwszej sekundzie spotkania nie odczytała z jego oczu i złowieszczego uśmiechu, że oto nadchodzi chaos, który pogrąży ją niczym wzburzona fala i nie da w zamian nic, poza cierpieniem i bólem. Szczyciła się tym, że potrafiła wyczytywać z ludzi ich emocje, a wykrywanie intencji oraz kłamstw przychodziło jej z łatwością; kariera w Ministerstwie Magii opierała się między innymi właśnie na tym, a skoro udało jej się zajść wyżej dzięki swoim działaniom, musiało to oznaczać, że są skuteczne. W dzieciństwie tylko ona zdawała się rozumieć zbuntowanego Calhouna, a teraz czuła się tak, jakby stał przed nią zupełnie obcy człowiek. Na Morganę, była w końcu legilimentką, a umiejętność tę opłaciła zbyt dużą ilością krwi i łez, by teraz miała ją zawieść. Co aż tak bardzo zasłoniło jej oczy i otępiło inne zmysły, że nie przewidziała nadejścia sztormu? Nadzieja na pojednanie, radość i naiwność związane z jego przybyciem, czy jej własne cierpienie, którego kres przez moment widziała, gdy tylko okazało się, że okręt trzeciego syna Cadmona zacumował w londyńskim porcie?
Głupia, głupia, głupia.
Strach przyjmował różne formy, lecz zakradał się po cichu i uderzał w najmniej spodziewanym momencie i tak właśnie było w tej chwili. Caley poczuła się wystarczająco dziwnie, w jego obecności, by wiedzieć, że coś jest nie tak. Jednocześnie miała ochotę porwać go w ramiona i siłą przymusić, by było tak, jak dawniej, ale jakaś część niej podpowiadała jej po cichu, by uciekała z doków czym prędzej, podczas gdy inna kazała jej zostać w miejscu i poddawać się wszystkiemu, co miało nadejść. Kobieta nienawidziła być bierną w sytuacjach, gdy wcale nie musiała, nie odważyła się jednak na ucieczkę – wystarczyło, że nie potrafiła spojrzeć na swoje lustrzane odbicie, a teleportowanie się do domu sprawiłoby, że do końca życia wstydziłaby się pokazać również własnemu bratu.
Co dalej? Wszelkie scenariusze, jakie przewidywała, spaliły na panewce, a ona tkwiła w miejscu, słaba i bezradna, porywczością próbująca pokazać mu, że ma w sobie jeszcze odrobinę dawnej iskry. Ale tej starczyło tylko na chwilę, bowiem jego śmiech i groźba wywołały kolejny dreszcz na jej ciele, tym razem niemający w sobie nic z przyjemności. Patrzyła, jak ją obserwuje i czuła, jak cofa wreszcie rękę. Oczekiwany cios nie nadchodził długo. Za długo.
I pożałujesz.
Wstrząsnęły nią jego słowa, mimo iż całą sobą próbowała powstrzymać uwalniające się na zewnątrz emocje; strach przemieszany z ciekawością, miłość z obojętnością i niechęcią, nadzieję i bezsilność. Starała się utrzymać kpiący wyraz twarzy, lub zmienić go na choćby obojętny, jednak jeśli chodziło o Calhouna, po tylu miesiącach rozłąki nie potrafiła utrzymać nerwów w ryzach. Pojawiła się tu z wygórowanymi oczekiwaniami, a nie tylko nie miały się one spełnić, lecz złowroga groźba niczym widmo zawisła nad jej głową i Caley wiedziała już, że znalazła się w potrzasku.
Nie wiedziała co robić, gdy przesuwał palcami po jej wargach. Czy zechce ją pocałować, a może posunie się jeszcze dalej? Dlaczego nie mogła ocenić, co zamierzał zrobić jej własny brat? Był nieprzewidywalny, nieobliczany, ale dotychczas nie stanowił dla niej aż tak wielkiej zagadki, jaką był teraz. Przez ułamek sekundy miała ochotę go ugryźć, ale to pasowałoby do ich relacji z przeszłości; teraz mierzyła się z niewiadomą.
Słuchała go połowicznie, poświęcona własnym chaotycznym myślom i próbami wzięcia się w garść, dlatego nie od razu zauważyła błysk srebra i dopiero, gdy poczuła je w zębach, spojrzała w dół. W żaden sposób nie oznakowała monety, którą zapłaciła za informacje o bracie, ale dałaby sobie rękę uciąć, że to właśnie jej metaliczny posmak czuła teraz w ustach. W jednej sekundzie zmroziło ją całkowicie, cofnęła obie ręce do siebie, lecz wzrok od mężczyzny oderwała o uderzenie serca zbyt późno. Dostrzegł, jak bardzo była skonfundowana.
Każde upokorzenie, nieważne jak bardzo do nich przywykła, bolało. Jednak największy ból sprawiały upokorzenia ze strony tych, których nigdy wcześniej by o nie nie podejrzewała. Calhoun poklepał ją po policzku, wypowiedział słowa i odwrócił się plecami do własnej siostry, a dla niej w tej chwili nie istniało większe upokorzenie. Nie zraniłby jej bardziej nawet gdyby bezdusznym głosem oznajmił jej, że zasłużyła na piekło, jakie gotuje jej mąż. Pogarda cięła niczym sztylet z najszlachetniejszej stali, trafiając prosto w jej serce.
Wypluła monetę na dłonie i wpatrywała się w nią przez ułamek sekundy; odrobinę jeszcze szumiało jej w uszach po szoku, z jakiego wychodziła, jednak już po chwili podnosiła wzrok i postępowała krok do przodu, wyciągając dłonie w celu zranienia i jego, choć przecież nieporównywalnie mniej.
- Bydlaku! – uderzyła go w plecy pięścią, w której wciąż znajdował się symboliczny sykl. Głos jej drżał, lecz wściekłość była doskonale wyczuwalna – Nie pozwolę Ci się tak traktować! Jeśli pragniesz jedynie zemsty za to, co stało się przed dwoma laty, po prostu wyjedź, zostaw mnie tu na pastwę moich wrogów. Nie zamieniaj się w jednego z nich, nie zamieniaj się w naszego ojca! – druga dłoń dołączyła do prób opamiętania jej najdroższego brata. Na marne.




Drag me down to the water and
hold me down until I'm full.
Until I struggle no longer,
until I've drowned in my

sinful will

Caley Goyle
Zawód : tłumaczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
but it's in my roots, it's in my veins, it's in my blood and I stain every heart that I use to heal
the pain
OPCM : 5
UROKI : 20
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
our dead drink the sea
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon https://www.morsmordre.net/t5568-idun https://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister https://www.morsmordre.net/f218-dzielnica-portowa-orchard-place-9 https://www.morsmordre.net/t5567-skrytka-bankowa-nr-1368 https://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
Re: Drewniana kładka [odnośnik]28.12.17 18:23
Oboje byli zahartowani w życiu, które sobie wybrali. Caley starała się odnaleźć w tym, co zesłał jej los, chociaż i ona mu pomogła w swoim upadku; Cal natomiast idealnie pasował do charakteru ukrytego w poświęconym własnym ambicjom przestępcy. Wiedział, że nigdy nie popłynie pod banderą przodków z ich duchami na pokładzie, ale nie przestawał na dosięganiu wyżej niż ktokolwiek przed nim. Oznaczało to, że był gotów zaprzedać własną duszę za poznawanie nowych poziomów zatracenia człowieczeństwa. Był dziki i nieprzewidywalny, rozkoszując się tym i czując spełnienie dopiero, gdy nic go nie ograniczało. To wciąż był on, ale ze świadomością możliwości, które poznał przez te dwa lata, będąc z daleka od niej. Odepchnęła go, a on dał się ponieść szaleństwu, które płynęło w jego żyłach ze znacznie wzmocnionym zapalnikiem niż w jego rodzeństwie. To była jak grawitacja, bo wystarczyło, żeby opuściła go jego kotwica, by stracił grunt pod nogami i zachłysnął się tym, w co wpadł. Tonął, by odnaleźć się z łatwością w głębokich odmętach wśród najgorszych mętów, których teraz był kapitanem. Słuchali go, byli równie nieokrzesani, brutalność załogi Aegirssona w odpowiednich kręgach budziła dyskomfort i kontrowersje, jednak żaden nie dorównywał mu niestałością i chęcią siania chaosu przy każdym kroku. Skuteczność, odpowiednie umiejętności jak i żądza ryzyka przyciągała do niego podobnych mu wyrzutków, których lojalność wcześniej zdobył, będąc kwatermistrzem i zajmując się załogą. Caley nie znała go od tej strony - kapitana i trwałej części statku. Znała jedynie jego wersję z lądu, gdzie nie mógł być w pełni sobą, gdzie ona była jego okrętem, gdzie nie było nikogo więcej poza nimi, ale równocześnie nie było morza. Bez niego był jedynie zagubionym rozbitkiem, na łodzi pośrodku niekończącej się pustyni. Jeśli chciałaby przeszukać jego umysł, nie dostrzegłaby nic mającego sens, bo zdawała sobie sprawę z tego jak wielką niewiadomą był jej brat. Sądziła, że wszystko będzie jak kiedyś, gdy wrócił. Teraz było inaczej i z każdym kolejnym dniem miała się przekonywać o tym jak bardzo. Calhoun pojawił się w Londynie zgodnie z jej nawoływaniem, którego pragnął, ale przed upragnioną nagrodą czekało kilka niespodzianek. Nie miała cierpieć w sposób fizyczny, który był jej teraz znany. Miał zostać złamany jej duch, którego niezłomnością tak się szczyciła. Miała błagać o to, by przestał czekać i spełnił jej życzenie, którego z upragnieniem wypatrywała. Miała dostrzec w nim nie swojego psa, a równego sobie. Uwielbiała droczyć się z nim i bawić jego w nią wpatrzeniem, ale role miały się odwrócić i to ona miała skowytać za nim, byle tylko raczył spojrzeć w jej stronę.
To nie była groźba. On jej to obiecywał, a ona nie mogła z tym nic zrobić. Nie mogła pójść szukać ratunku u nikogo innego, bo desperacja podpowiedziała jej, że on będzie jej wyjściem, jej ocaleniem. Poza desperacją nie było niczego i wiedział o tym. Pozwoliła zamknąć się w sobie w zbudowanej przez ojca i męża klatce, ciskając się w środku z frustracji. On mógł ją zniszczyć i wydobyć ją na wolność, jednak to w jego dobrej woli leżała decyzja o sięgnięciu do kłódki - bo to on stał po drugiej stronie. Bez krat.
Żywił się jej strachem, które przyjmował wraz z każdym drżeniem jej delikatnego ciała. Jednak cienka granica leżąca między przerażeniem, a namiętnością była jeszcze bardziej ożywcza. Iskierki wołające o więcej w jej oczach były jasnym sygnałem, że gdyby chciał, mógłby z nią zrobić wszystko. Teraz to on dyktował warunki tej bliskości i nie mogła nic z tym zrobić, pozostając bierną. I może sama powzięłaby kroki, gdyby nie obawiała się jego reakcji. Bo jej strach był oczywisty i niemal skapywał z niej na krzywy bruk, na którym stali. A gdy spostrzegła co jej podarował, doznała szoku. Nie odwróciła w porę spojrzenia i widział ją nagą, drżącą, niepewną. Taką, której nigdy nie chciałaby, żeby ją oglądał. Bo to on miał być jej tarczą przed każdym zranieniem. Odchodząc, wiedział, że nie zostawiłaby tego tak w spokoju. Uderzenie, chociaż niemocne, bolało ją samą, gdy szamotała się, starając się w jakikolwiek powstrzymać go przed opuszczeniem. Krzyczała, próbując cokolwiek wskórać. Bezskutecznie. Calhoun odepchnął ją na ścianę budynku obok, by z łatwością powstrzymać jej śmieszny wybuch złości jednym gestem. Jej obie dłonie przylegały teraz do zimnego muru, podobnie jak lewy policzek i biodra. On znajdował się tuż za nią, trzymając ją przy ścianie i czując jak przechodziły przez jej ciało dreszcze. Z chłodu, zmęczenia, zawiedzenia, złości, strachu - nieważne. Zarzuciła mu stawanie się ich ojcem, jednak to nie ona miała prawo o tym mówić. Odszukał nosem jej ucho, by odetchnąć przez chwilę zapachem łagodnego aromatu, który dokoła niej się roztaczał.
- Ojca, którego ślepo adorowałaś. Ojca, którego słuchałaś. Ojca, którego uwagi szukałaś. Ojca, który sprzedał cię jak ostatnią rozpłodową klacz. Ojca, o którym od początku ci mówiłem. Pamiętasz to? - spytał, nie oczekując odpowiedzi i zaciskając dłonie na jej nadgarstkach. - To i tak nie ma znaczenia, bo nadszedł zmierzch. Przyjechałem po to wszystko. Przyjechałem po ciebie, ale tym razem poczujesz to, co ja. Poczujesz, że wszystko straciłaś, a gdy się to skończy, przyjdę po swoje - urwał, zamykając oczy i jeżdżąc nosem po jej odsłoniętej szyi. Była częścią planu, ale nie oznaczało to, że nie miała swojej roli do odegrania. Mimo wszystkiego co się wydarzyło w przeszłości, wciąż jej potrzebował. Chciał dać jej nauczkę, ale równocześnie uwiązać do siebie, by koniec końców otworzyć złotą klatkę, do której bezmyślnie wskoczyła.



frankly, my dear — I don't give a damn
Calhoun Goyle
Zawód : kapitan, żeglarz, przemytnik
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
OPCM : 0
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka - Page 2 6244aee69e3dfd86938b7580da2b8e661a76ee0f
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 https://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 https://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 https://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 https://www.morsmordre.net/t5488-skrytka-bankowa-nr-1356#125299 https://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
Re: Drewniana kładka [odnośnik]28.12.17 21:17
Nie chciała nawet myśleć co musiało wydarzyć się przez te dwa lata, że Calhoun zatracił tę resztkę człowieczeństwa, którą miał w sobie podczas kontaktu z siostrą. Chociaż nie mieli ze sobą do czynienia, Caley lubiła sobie wmawiać, że w jakiś sposób nad nim czuwała, a gdyby stało się coś złego, na pewno by to poczuła. Choć nie byli bliźniętami, szczyciła się łączącą ich więzią i przywiązaniem, jakie okazywał jej brat. Interesowała się jego losem, choć nikogo nigdy nie zapytała wprost, czy jego łajba nie rozbiła się gdzieś u skandynawskich wybrzeży lub czy sztorm nie wyrzucił jako rozbitka w nieznane mu miejsce. Gdyby sprawy przybrały poważny obrót, na pewno by o tym wiedziała; ojciec lub Cadan dopuściliby ją do tej tajemnicy wiedząc, ile znaczył dla niej brat. A jej samej wygodniej było wmawiać sobie przez te dwadzieścia cztery miesiące, że nie ma się o co martwić, niż przyznać, że nie kiwnęła palcem, by zmienić sytuację.
Mogła przecież napisać do niego już dzień po ślubie, tydzień, miesiąc. Wstydziła się, to prawda; wstyd był też powodem, dla którego nie zdecydowała się zwierzyć nikomu, poza matką. Było w niej jednak coś jeszcze, co zaprzepaściło szanse na pomyślne rozwiązanie sprawy, którą pogarszała każda chwila rozłąki. Duma, pieprzona duma, jakiej Caley Goyle nie wyzbyła się nawet przez lata traktowania ją przez ojca jak zbędny balast. Wmawiała sobie samej, że da radę, że to był ostatni raz, że zemści się za wszystko, że sprowadzi męża do parteru, że wreszcie to ona nim zawładnie i spełni swój scenariusz z czasu narzeczeństwa, w którym widziała go jako uległego, zapatrzonego w nią wdowca. Ale żaden z tych razów nie był ostatni, a ona mimo wszystko coraz bardziej zatracała się we własnej bucie i przegapiła moment, w którym było już za późno, by wezwać pomoc bez konsekwencji.
To Calhoun miał ją bronić przed światem, a nie ranić, dlatego chociaż podświadomie rozumiała układ sił, w jakim się znaleźli, kompletnie nie mogła przyjąć go do wiadomości. Jej zadawane niemalże na oślep ciosy wcale go nie raniły, a ona karała go nie za to, że śmiał jej się postawić, ale za to, że zobaczył ją teraz bezbronną i odartą ze wszystkiego, co dotąd czyniło ją wartą jego uwagi, jego zachodu. Zasłużyła na jego obojętność, ale wolała się wić i szarpać, niż przyznać to przed samą sobą.
Odwrócił się wreszcie i jednym pewnym ruchem odepchnął ją na ścianę budynku. Zdumiało ją to, jak wielu skrupułów potrafił się pozbyć, by osiągnąć to, czego chciał. Wydawało jej się, że wiedziała już, czego pragnął z jej strony – przyznania się do błędu i błagania o litość, lecz były to równocześnie rzeczy, których nie mogła mu teraz dać. Przygwoździł ją do ściany, a strach złączył się w jej żyłach z ciekawością. Co zamierzał zrobić, czy naprawdę odważy się skrzywdzić ją fizycznie? Nie chciała w to wierzyć; jakaś cząstka jej wciąż nie poddawała się i trwała w przekonaniu, że sytuacja za chwilę odmieni się na korzyść kobiety.
Trzymał ją mocno i jedyną klatką, jaką teraz czuła, było jego ciało. Do ucha wycedził słowa, przez które poczuła obrzydzenie do samej siebie, ponieważ to właśnie Calhoun miał rację – ostrzegał ją przed ojcem i konsekwencjami dalszych prób przypodobania mu się. Chciał ją od niego uwolnić, a ona zachowała się jak nierozumne zwierzątko i wpadła prosto w pułapkę. Tak, jak teraz.
Sykl upadł na ziemię, gdy boleśnie dociskała dłonie do ceglanej ściany. Nawet, jeśli ktoś rzeczywiście ich obserwował, nie ruszył na pomoc, była więc zdana wyłącznie na siebie.
Przyjdę po swoje.
Ból fizyczny, jaki czuła, był nieporównywalny do tego, co trawiło ją od środka. Bezsilność i frustracja targały nią niczym wzburzone morze targa małą łódką; nawet jeśli sztorm miał w końcu ustać, przeznaczeniem Caley było wylądowanie na bezludnej wyspie, a stamtąd nie mogła liczyć na żadną pomoc. Sama sobie zgotowała ten los.
Próbowała odwrócić głowę, ale jedynie przejechała policzkiem po nierównej ścianie. Zapiekło, lecz na moment oderwało to jej myśli od tego, jak się czuła. A więc przestała się szarpać i wierzgać, przestała próbować wyrywać się z tego uścisku. I tak nie miała szans, już zbyt wiele razy znalazła się w podobnej sytuacji, by nie wiedzieć teraz, jak powinna się zachować. Wyłączyć wszystkie myśli i słowa, skupić się na jednym elemencie, w tym przypadku piekącym policzku. Bolało, bo to ona była nieostrożna. Bolało, a więc jeszcze cokolwiek czuła.
Przestała mielić w ustach przekleństwo, zamknęła oczy, rozluźniła dłonie, dotychczas nerwowo zaciskające się na cegle. Litości, pomyślała, ale prędzej odgryzłaby sobie język, niż wypowiedziała to głośno.




Drag me down to the water and
hold me down until I'm full.
Until I struggle no longer,
until I've drowned in my

sinful will

Caley Goyle
Zawód : tłumaczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
but it's in my roots, it's in my veins, it's in my blood and I stain every heart that I use to heal
the pain
OPCM : 5
UROKI : 20
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
our dead drink the sea
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon https://www.morsmordre.net/t5568-idun https://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister https://www.morsmordre.net/f218-dzielnica-portowa-orchard-place-9 https://www.morsmordre.net/t5567-skrytka-bankowa-nr-1368 https://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
Re: Drewniana kładka [odnośnik]28.12.17 22:02
On nie czuł nic. Nie budził się z koszmaru, gdy ona przeżywała męczarnie pod ręką swojego męża. Nie drżał w chwilach, gdy Caley marzyła o śmierci, a łzy bólu leciały jej po twarzy. Więź, która trwała między nimi mogła być silna, ale nie mogła pokonać niewiedzy i dystansu wielu setek lub nawet tysięcy mil. Nie był naiwny i nie wierzył w coś podobnego. Nie zależało mu na nikim z tej parodii rodziny, którą tworzyli z wyjątkiem jej, chociaż nie zrobił nic, by odezwać się w przeciągu całego swojego zniknięcia. Ona również nie powiadomiła go o niczym, żadnej krzywdzie, która działa się w jej życiu, dlatego wcześniejsze słabości zostały wymazane na czas rozłąki, która dla jednego i drugiego z rodzeństwa Goyle znaczyło to samo, lecz w odmiennych wizjach. Dziewczyna marzyła o mężczyźnie, który ją ubóstwiał i włóczył się po dalekich zakamarkach ziemi; on skupił się na morzu, które stało się jego całym światem i pozwoliło mu się podnieść, chociaż sądził, że nie było odpicia od dna. Dno okazało się jego nowym domem i szybko nauczył się w nim żyć; wszak pasował do niego i nie było tam miejsca na utraconą siostrę, która nie potrafiłaby zrozumieć działań, których podejmował się brat. Nie wszystko wszak mogło być dla niej zrozumiałe. Oczekiwała jedynie jego krwiożerczej strony, która miała się ukazać w pełni okazałości przy pozbyciu się uciążliwego małżonka, ale za jaką cenę? Co miał dostać w zamian? Wiedział, że nic i ona zdawała sobie z tego sprawę. Nie znał szczegółów, ale szczątkowe informacje od braci i matki dały mu do zrozumienia, że nie mogła być szczęśliwa. A teraz widząc ją przed sobą, odczuł też jej załamanie - zupełnie jakby będąc daleko od siebie nigdy nie mieliby zaznać spokoju. Okrutnym był los, który sprawił, że Calhoun obdarzył rodzoną siostrę tak silnym uczuciem, którego pokręcenie jedynie on rozumiał i nie zamierzał się pozbywać. Czuł po palcami jak pulsowały jej żyły na przegubach, gdy zaciskała dłonie na cegłach, starając się z nim walczyć. Nigdy nie zaznała z jego strony podobnej natarczywości - wcześniej był jedynie delikatny, zupełnie jakby bał się, że skrzywdzi ją samą swoją obecnością. Nie zrobiłby nic, co mogłoby ją zranić fizycznie, a to chwilowe nasilenie nie było jeszcze żadnym objawem agresji. Być może nie znała jego nowego oblicza, ale powinna była wiedzieć, że był ostatnią osobą, która podniosłaby na nią rękę. Należało ją czcić jako chodzące bóstwo - nie krzywdzić w tak brutalny, prostacki sposób. Żaden bóg jednak nie był nieśmiertelny, a Cal spotkał ich już tylu na swojej drodze, by wiedzieć jak bardzo upadki ich otrzeźwiały. Nikt nie mógł pozostać bezkarny.
Poczuł jak się poddała. Bez słowa narzekania czy błagania. Wszak była jego siostrą i nie zamierzała w żaden sposób okazywać swoich słabości, bez względu na to jak bardzo ją bolały. On widział ją już słabą i zdesperowaną. Teraz najwidoczniej nie zamierzała tego ponawiać, zdając sobie sprawę, że tym ukazaniem swoich emocji obrał prowadzenie w przedziwnej walce o tron. Jednak mogła mieć złudne nadzieje na wygraną, ale odkąd tylko przeczytał słowa spisane na kawałku pergaminu, który mu wysłała, to on ustalał zasady. On prowadził, a ona wraz z innymi miała być jedynie pionkami. Ale na ten jeden moment pozwolił, by poczuła się jak kiedyś, bo i on tego pragnął. Przytulił ją do siebie, robiąc krok w tył i odrywając ją od budynku. Trwało to krótką chwilę, jednak mogła rozróżnić wcześniejszy gniew od tego momentu, gdy wsunął dłoń pod jej biustem i już nie twardym, a miękkim gestem ją przygarnął. Opleciona jego dwoma ramionami już nie była więźniem. Uścisk złagodniał, a ona mogła poczuć jak jego klatka piersiowa unosiła się i opadała przywarta do jej pleców. Twarz wciąż miał zatopioną w jej złotych włosach i przechodzący gdzieś ulicznik mógłby uznać, że miał do czynienia z rzeźbą zagubioną wśród mglistych uliczek portowej dzielnicy. Chciałby jedynie tak trwać z dłońmi oplatającymi jej talię, jednak oboje wiedzieli, że chwila przeszłości musiała ustać. W końcu odsunął się, by jedynie pocałować czubek jej głowy i odwrócić się po raz drugi, gdy zapalał papierosa. Przez ten krótki moment to ona dzierżyła władzę, której z chęcią się poddał. Po raz kolejny.
- Uważaj, Caley. - Pierwszy raz wypowiedział jej imię, nie podnosząc na nią spojrzenia. - Moja wiara okazała się kiedyś ślepa. Co zrobisz z tą wiedzą? - spytał, chociaż wcale nie chciał odpowiedzi. Wiedział, że zrozumiała przesłanie, bo to ona okazała się martwym punktem i celem jego chęci oraz dawnych nadziei. Ostrzeżenie, które wybrzmiewało było również i radą, by nie próbowała już żadnych sztuczek. Nie miała tego posłuchać; wiedział o tym. I na to czekał. Zerknął na siostrę, po czym znów zwrócił się twarzą do pustej uliczki, by ruszyć przed siebie.
A dym papierosowy wydobył się wolno z jego uchylonych ust.

|zt



frankly, my dear — I don't give a damn
Calhoun Goyle
Zawód : kapitan, żeglarz, przemytnik
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
OPCM : 0
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka - Page 2 6244aee69e3dfd86938b7580da2b8e661a76ee0f
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 https://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 https://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 https://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 https://www.morsmordre.net/t5488-skrytka-bankowa-nr-1356#125299 https://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
Re: Drewniana kładka [odnośnik]28.12.17 23:16
Szumiało jej w uszach, gdy tak każdą cząstką siebie próbowała oderwać się od rzeczywistości i skupić na czymś zupełnie innym. Ulecieć myślami daleko stąd, do czasów, kiedy wszystko było prostsze, a oni we dwoje względnie szczęśliwi, lecz na pewno zjednoczeni. Próbowała sobie przypomnieć jego subtelniejszy uśmiech, lecz nie mogła, a ciężki oddech, który wciąż czuła na swojej szyi, tylko utwierdzał ją w przekonaniu, że nie ucieknie tak łatwo od swoich błędów.
I wtedy uścisk zelżał, a potem zamienił się w prawie czuły, a na pewno zaborczy gest. Caley powróciła świadomością do doków, nad drewnianą kładkę i do tego wszystkiego, co się przy niej działo. Czy przegrana miała smakować właśnie w ten sposób? Przypominać jej o tym, co utraciła? Co miała, lecz czym wzgardziła? Gdyby go nie odesłała, mogliby takie gesty zamienić w swoją codzienność. Nigdy nie przestaliby się wspierać i walczyć o siebie wzajemnie. Jedno nie wystąpiłoby przeciwko drugiemu.
Czuła jego oddech, gdy ukrywał twarz w jej włosach, czuła bicie jego serca – a jednak tam było – gdy przylegał do niej łagodniej, w poważaniu mając stan, w jakim się znajdowała. Była to swoista tortura, bynajmniej nie dlatego, że jego dotyk różnił się od tego, co pamiętała. Przez krótką chwilę znów czuła się jak dawniej, lecz była boleśnie świadoma faktu, że chwila ta minie już za moment, jest bowiem elementem idealnie opracowanej strategii Calhouna. Na dodatek wypowiedział jeszcze jej imię, a ona wydała z siebie krótki, jęk, jakby ponownie prosiła go o litość.
Co zrobisz z tą wiedzą?
Nie miała pojęcia, jak powinna teraz postąpić. Wyciągnąć różdżkę i zemścić się za zniewagę i upokorzenie? Uciekać czym prędzej; a jeśli tak, to gdzie? Liczyła na to, że paradoksalnie odnajdzie przy nim spokój, a po spotkaniu potrzebowała kolejnego miejsca, w którym będzie mogła wyciszyć własne myśli i pozbierać serce roztrzaskane na kawałki.
Milczała, gdy odpalał papierosa; obserwowała jak dym łączy się z wieczorną mgłą, a brat odwraca się od niej i kieruje ku pustej uliczce. Została sama – na kładce i w życiu. Czekała ją jeszcze jedna kara, taka, którą będzie musiała wymierzyć samej sobie za tę desperację i widowiskową przegraną. Ale nawet najdzielniejsi wojowie kończyli marnie, gdy ich błędem okazywało się niedocenienie przeciwnika.

| zt




Drag me down to the water and
hold me down until I'm full.
Until I struggle no longer,
until I've drowned in my

sinful will

Caley Goyle
Zawód : tłumaczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
but it's in my roots, it's in my veins, it's in my blood and I stain every heart that I use to heal
the pain
OPCM : 5
UROKI : 20
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
our dead drink the sea
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon https://www.morsmordre.net/t5568-idun https://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister https://www.morsmordre.net/f218-dzielnica-portowa-orchard-place-9 https://www.morsmordre.net/t5567-skrytka-bankowa-nr-1368 https://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
Re: Drewniana kładka [odnośnik]27.09.18 9:16
| z Budynku zarządu

Anomalijne rozdarcie w powietrzu wypluło ze swego wnętrza obydwie Rycerki wprost na wilgotny, twardy bruk. Sigrun boleśnie uderzyła plecami o podłoże; skrępowana Lyanna upadła znacznie gorzej, bowiem na brzuch i twarz, nie mogąc ochronić się wyprostowanymi dłońmi. Jej kostki i nadgarstki ciągle pozostawały skrępowane zaklęciem Esposas, lecz w zębach dalej trzymała swoją różdżkę. Wgryzała się w drewno tak mocno, że nie utraciła jej nawet podczas bolesnego zderzenia z ziemią, powodującego kolejne niegroźne siniaki i obtarcie prawego policzka.
Kobiety znajdowały się blisko siebie - przez dłuższą chwilę były zdezorientowane, ból, zwłaszcza ten, który odczuwała Rookwood, dawał się we znaki. Obydwie Rycerki posiadały swoje różdżki, ale Sigrun była w bardzo złym stanie fizycznym, natomiast Lyanna pozostawała unieruchomiona kajdanami. Wokół panowała jeszcze noc, lecz tuż nad brudną taflą wody i dachami kamienic niebo sukcesywnie zabarwiało się na szarawy błękit. Leniwie nadchodził poranek.

Wokół was nie było żywego (ani martwego) ducha. Tuż obok znajdowało się wejście na drewnianą kładkę, po drugiej stronie piętrzyły się zaniedbane hale magazynowe. W powietrzu unosił się odór pleśni i wilgoci. Było wam niedobrze, przenikało was potworne zimno, a zmęczenie długim pojedynkiem utrudniało zebranie myśli i działanie.

| Mistrz Gry nie kontynuuje z Wami wątku, ale będzie śledził wasze poczynania i w razie potrzeby (lub Waszej prośby) zainterweniuje.

Obydwie posiadacie swoje różdżki, lecz Lyanna nie może czarować.

OBRAŻENIA:
Sigrun 53/213 (95 [czarna magia-psychiczne], 55 [kłute], 10 [tłuczone]), -50 do kości
Lyanna 144/204 (50 [tłuczone], 5 [psychiczne], 5 [anomalia, psychiczne]), -15 do kości
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Drewniana kładka [odnośnik]27.09.18 16:53
Panika nieśpiesznie rozpełzała się po jej umyśle, który zachował przytomność, lecz nie miał żadnej władzy nad ciałem. Była bezbronna, pozbawiona różdżki i podana jak na tacy przed kobietą, która pracowała w Biurze Aurorów - i najpewniej zamierzała ją aresztować za użycie czarnej magii, a ona nie miała jak się przed tym obronić, nie miała jak uciec. Zaczynała dopuszczać do siebie najgorsze, kolejne uwięzienie, a nienawiść do bezczelnych aurorów, do tego pieprzonego zaklęcia Petrificus Totalus, gniew z powodu niepowodzeń pchnęły ją do desperackiej walki o uwolnienie się spod uroku zaklęcia.
Nie wiedziała jakim cudem się udało.
Ciało było osłabione, lecz umysł walczył zaciekle, uparcie, desperacko - aż w końcu poczuła, że uczucie sztywności ją opuszcza, że odzyskuje władze nad ciałem. Kręciło się jej w głowie, rany pulsowały bólem, instynkt samozachowawczy zmusił ją jednak, by zignorowała ból, by rzuciła się ku różdżce, czując lepką, gorącą krew zalewająca wargi. W uszach piszczało jej coraz głośniej; obejrzała się na Rineheart i jej towarzysza, zajętych ujarzmieniem anomalią. Zamierzała się wycofać, spieprzyć w gęsty las jak najdalej, mieli zbyt wielką przewagę; ledwie się jednak obróciła, a na polanę wtargnęło stado zmutowanych, rozwścieczonych stworzeń. Szarżą pędzących na nią. Nie zdążyła przed nimi uciec, nie zdążyła się uchylić; wielkie, srebrne ciało pchnęło ją z powrotem na ziemię i zdążyła jedynie zasłonić brzuch, by uchronić organy wewnętrzne przed zmiażdżeniem z kopytami. Pod wpływem głośnego huku zasłoniła uszy. Było jej tak słabo, że przestała odróżniać, czy to jeszcze jawa, czy już koszmar.
Ból w okolicach żołądka przypomniał, że był prawdziwy.
A po kilku chwilach, a może całych godzinach, kolejny wycucił ją z otępienia; tym razem lądowanie było zdecydowanie bardziej bolesne, bo na twardym, mokrym bruku. Chwilę leżała na ziemi, nie mogąc złapać oddechu, z ran na piersi sączyła się wciąż krew; dyszała ciężko, a każda próba złapania powietrza kosztowała ją wiele energii. W końcu otworzyła oczy i spojrzała obok; w półmroku dostrzegła sylwetkę Zabini, wciąż skutą kajdanami - i przypomniała sobie o tym, co miał tej nocy miejsce. Rozejrzała się czujnie, próbując wstać; wokół nie dostrzegła ani Rineheart, ani chłopaka.
To nie pierwszy raz, kiedy wciągnęla ją anomalia.
- Co do jasnej cholery... - burknęła, próbując usiąść; uniosła dłonie do skroni, chwilę je rozmasowując, aby pozbyć się bólu. To jednak na nic, potrzebowała uzdrowiciela - natychmiast. Otworzyła oczy i przeniosła spojrzenie na Zabini; nie wiedziała jak ma pozbyć się kajdan, skoro brakowało jej sił do silniejszych zaklęć.
- Daj - mruknęła, przysuwając się bliżej; uniosła dłoń do jej twarzy i wyjęła różdżkę Lyanny z ust. Nie miała nawet sil, ani ochoty, aby śmiać się z komizmu całej tej sytuacji. Różdżkę dziewczyny wetknęła w jej prawą dłoń.
W swojej wciąż kurczowo ściskała własną - i musiała choć spróbować zrobić z niej użytek. - Spróbuję je otworzyć - wyrzekła słabo; jeśli uwolni Zabini, szybciej dostana się do uzdrowiciela. - Sezam Materio - spróbowała Rookwood, kierując różdżkę na kajdany, które krępowały nadgarstki towarzyszki.


She tastes like every

dark thought I've ever had
Sigrun Rookwood
Zawód : dowódca grupy łowców wilkołaków
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
I am not
ruined
I am

r u i n a t i o n
OPCM : 40
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 56
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Metamorfomag
i n s a n e
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5310-sigrun-rookwood https://www.morsmordre.net/t5379-astrid#121534 https://www.morsmordre.net/t5378-sigrun https://www.morsmordre.net/f100-harrogate-skala https://www.morsmordre.net/t5380-skrytka-bankowa-nr-1330#121543 https://www.morsmordre.net/t5381-sigrun-n-rookwood#121544

Strona 2 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Drewniana kładka
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach