Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sklep zielarski Orchideous

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Sklep zielarski Orchideous   20.02.16 0:36

First topic message reminder :

Sklep zielarski 'Orchideous'

Sklep wydaje się tu być od zawsze. Frontową ścianę obwiesza bujnie rosnący bluszcz. Z pozoru dziki, ale tak naprawdę starannie wypielęgnowany. Otoczony skrupulatną opieką na równi z ziołami wypełniającymi doniczki w środku. Wnętrze jest jasne, przestronne i wypełnione wybujałą zielenią. W powietrzu unosi się uderzająca do głowy mieszanka kwietnych zapachów. Być może dlatego przyjemniej krąży się wśród półek i stolików uginających się od doniczek. Mimo wszystko należy uważać przechadzając się dookoła, zwłaszcza na młode sadzonki bijącej wierzby zazwyczaj z wiadomych przyczyn stojące na podłodze. Jeśli nie odnajdziesz tego, czego szukasz sam bezzwłocznie poradź się sprzedawcy, który zapewne odnajdzie potrzebne ci zioła na zapleczu, do którego wiodą tajemnicze drzwi za kontuarem.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Anthony Macmillan
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan#137153
Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
30
Szlachetna
Kawaler
Ти си сав мој бол
6
19
10
0
0
0
4
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   06.03.18 1:01

Podniósł się z kolan, wraz z nową donicą, w której znajdowała się młoda wierzba bijąca – prowodyrka całego zamieszania. Macmillan musiał uważać na nią, bo ta wciąż dzielnie walczyła o swoją wolność. Zupełnie tak, jak gdyby jego uścisk nie był formą próby jej uspokojenia i zapewnienia względnej bezpieczności zarówno dla niego, jak i dla czarownicy, a okropnym i podłym okupantem jej ziemi i przestrzeni osobistej… o ile w ogóle można by było powiedzieć, że rośliny mogą ją mieć. Jednak akurat ta wyjątkowo dzielna sadzonka nie chciała się poddać i najwyraźniej chciała udowodnić, a tak przynajmniej można by było pomyśleć, że taką przestrzeń posiadała. Kilka razy prawie udałoby się jej prawie wydostać z dłoni i nawet smagnąć Anthony’ego po twarzy. Problem w tym, że on z kolei nie chciał skończyć z czerwoną smugą na swojej twarzy, więc ich „wojna” toczyła się na oczach nieznajomej.
Sam Macmillan miał nadzieję, że jak najszybciej uda mu się powierzyć sadzonkę w ręce sprzedawcy, który doskonale wiedział jak radzić sobie w takimi „bestyjkami”. Na pewno lepiej niż on, zaledwie amator roślin i opieki nad nimi, które wynikało bardziej z praktycznego zastosowania ich właściwości przy tworzeniu alkoholi. Z magicznymi wierzbami nie miał do czynienia prawie w ogóle. Zwyczajnie nie widział ich przyszłości wśród alkoholi, chociaż słyszał o interesujących właściwościach wyciągu z ich kory. Poza tym… zadanie ujarzmienia sadzonki najlepiej byłoby oddawać odpowiedniej i uprawnionej do tego osobie, czyli sprzedawcy, co pozwoliłoby mu na bardziej komfortową rozmowę z napotkaną czarownicą. A tak, niestety się dekoncentrował.
Na jej odpowiedź, a właściwie przytaknięcie do jego stwierdzenia uśmiechnął się. Miło było spotkać kogoś, kto jednak szanował otaczającą ich przyrodę. Nie miał, co prawda, pojęcia czy to była jej opinia, czy tylko próbowała być miłą. Po krótkiej rozmowie z nią, miał wrażenie, że jest ona typem kobiety lubiącej peszyć innych, osoby która lubiła mieć kontrolę nad sytuacją i kontrolę nad rozmówcą. Było to jednak tylko wrażenie i zdawało mu się, że było dość uzasadnione. Przecież jeszcze chwilę temu każda jej odpowiedź sprawiała, że miał ochotę przepraszać za każde wypowiedziane słowo, a był przecież Macmillanem i jako Macmillan nie powinien się przejmować tym, co mówił. Może dostrzegła to, że czuł się niekomfortowo? Nie miał pojęcia, ale i taka myśl „zaświtała” mu w głowie. Z drugiej strony… wydawała się zachowywać naturalnie i szczerze. Może zwyczajnie natrafił przypadkiem na czarownicę, która po prostu miała podobne do niego poglądy? To byłaby przyjemna odmiana. Trudno było mu jednak wierzyć w przychylność losu, świata i osób do jego osoby. Może rzeczywiście nie powinien się tak bardzo przejmować tym wszystkim.
Skierował się ku ladzie, idąc za nieznajomą o jeden krok z tyłu. Faktycznie, powinni udać się do sprzedawcy od razu, wtedy być może nie brudziłby sobie rąk. Chociaż… to było dość przyjemne, pogrzebać w ziemi, która prawdopodobnie była brytyjską ziemią. Prawdopodobnie. Kiedy tylko podszedł do lasy, postawił na niej donicę z sadzonką. Następnie odchylił się na tak zwaną „bezpieczną odległość”, żeby tylko nie otrzymać przypadkowego ciosu od wierzgającej mu w dłoni gałązki. W głowie zaczął odliczanie, puścił roślinę na „trzy!” i zaraz się wycofał. Naprawdę nie chciał narazić się smagnięcie niczym biczem, a nie daj Merlinie, żeby pozwolić sobie na okaleczenie przez wierzbę. To byłby wstyd nie tylko dla rodu, ale dla niego samego!
Chcielibyśmy kupić sadzonkę – poinformował sprzedawcę. – I prosilibyśmy o jej unieruchomienie… – dodał natychmiast, spoglądając na nieznajomą. Nie chciałby, żeby i ona stała się przypadkową „ofiarą” wściekłej sadzonki. Gdyby tak się stało… och, lepiej nie myśleć o takim wstydzie. – Och… i proszę policzyć jedną donicę – przypomniał sobie o tym, że wypadałoby wziąć odpowiedzialność za rozgardiasz. Spojrzał jeszcze raz na czarownicę i uśmiechnął się szeroko. – Wezmę… – zaczął, ale nie wiedział jak dokończyć swoją prośbę dotyczącą rękawiczek i czapki, więc tylko na nie wskazał przy użyciu trzech palców: wskazującego, środkowego i serdecznego, że ma na myśli swoje rzeczy. Nie chciał przecież być niemiły i wskazywać jednym palcem, co przypominałoby mu jedynie dzieciństwo i oburzenie matki.




Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга  уздисати
Powrót do góry Go down
Rameses Shafiq
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5780-rameses-shafiq https://www.morsmordre.net/t5788-seth#136750 https://www.morsmordre.net/t5791-basnie-tysiaca-i-jednej-nocy#136755 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5792-rameses-shafiq#136756
Łamacz klątw
40
Szlachetna
Wdowiec
i will burn your world to
the ground
if you try to conquer
mine
16
13
0
0
1
5
7
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   06.03.18 10:46

Początkowy, najgorszy chaos udało się już opanować, choć wciąż zdawał się trzymać cały świat czarodziejów w szachu. Wszyscy doszli jednak do zgodnego wniosku, że choćby złudne sprawianie wrażenia, że sytuacja jest pod kontrolą, zdecydowanie będzie postrzegane lepiej, niż zgodne z prawdą stwierdzenie, że nie mogą zrobić nic. Obywatele, zmartwieni o swoje drogocenne antyki, które mogłyby ulec zniszczeniom w trakcie wszystkich wichur, niepogody i anomalii ostatnich tygodni, jak jeden mąż zwalili się do banku, chcąc złożyć je do depozytu. Gobliny narzekały, czarodzieje się niecierpliwili, a z natury nie mający czasu na te wymyślne dramaty Rameses, przeżywał kryzys. Nawet jeżeli jako szlachcic nie musiał zajmować się połową z tych przyziemnych zajęć, wszak w jego interesie leżało tylko przełamywanie ewentualnych klątw, męczył go cały ten rozgardiasz, tym bardziej, że mógł się mu jedynie przyglądać. Co prawda zwykle przepadał za zamieszaniem, wolał być jednak jego prowodyrem, nie biernym obserwatorem. Poza tym im bliższe kręgi zataczali wokół niego ludzie, mający pretensje do całego świata, próbując doszukiwać się winnych całemu temu cyrkowi, tym bardziej malało jego rozbawienie wywołane całą tą anarchią. Wolał mieć kontrolę nad sytuacją, a obecnie coraz częściej docierało do niego, że kontroli nie ma już nikt, a zastąpiło ją pokazywanie na siebie palcami i istne polowanie na czarownice, które w tym wypadku stanowiło eufemizm polowania na jakiegokolwiek winnego.
Rameses uznał, że skoro Nehthys i tak planowała wybrać się na miasto, lepiej będzie, jeśli ktoś będzie miał na nią oko; tak to zresztą przedstawił, uważając za rozsądne przy obecnym zagrożeniu, żeby nie przechadzała się po ulicy Pokątnej sama. Nigdy nic nie wiadomo, przecież dopiero co rozmawiał z Solene, której choć w teorii nie powinno nic zagrażać, a w praktyce ledwo umknęła przed przykrym losem. Shafiq nie chciał sobie już pozwolić na kolejne straty wśród członków ich rodu, odebrałby to po raz kolejny zbyt personalnie, by po prostu przełknąć i przejść z tym do porządku dziennego. Świadom jednak, że nie może zamknąć kuzynki w złotej klatce, nawet gdyby miał na to ochotę, postanowił zwracać na nią nieco baczniejszą uwagę. Czy miało to coś wspólnego z tym, że przypominała mu, z jakiegoś doprowadzającego go do szału powodu, Safiyę?
Chwilę zajęło mu uwinięcie się u Gringotta. Miał jedynie podrzucić tam jeden z przedmiotów, z których zdejmował klątwę w domu, ale jak zwykle wizyta przedłużyła się absurdalnie. Złożywszy skrzynkę ze sztyletem na ręce Goblinów, chciał zastosować szybki odwrót taktyczny, nim ktoś zdąży go zatrzymać. Napotkawszy jednak kilku znajomych, nie mógł po prostu odejść bez słowa, więc zamiast pięciu minut, które cała akcja powinna była mu zająć, skończyło się na dwudziestu. Uwolniwszy się w końcu z okowów wymuszonych konwersacji, które od czasu zniknięcia Amuna stały się jego przykrym obowiązkiem, teleportował się prosto na próg sklepu zielarskiego, gdzie miała kręcić się Nephthys. Nigdy nie był mocno zakorzeniony w swoim poczuciu obowiązku, jednak gdy zniknął jego brat, wszystko się zmieniło. Ciężko przełamywać stare nawyki, kiedy przez czterdzieści lat swojego życia się w nich tkwiło, być może dlatego zamiast zachować kamienną twarz pokerzysty jak przystało na szlachcica, gdy zobaczył przy ladzie Macmillana, a tuż obok niego swoją kuzynkę, uśmiechnął się szeroko, choć grymas ten nie objął oczu. Na próżno było jednak doszukiwać się w nim wesołości. W przeciwieństwie do czarodziejów okutanych od stóp do głów dodatkowymi warstwami ubrań, miał na sobie jedynie płaszcz, w dodatku rozpięty. Lubił mówić, że to jego wewnętrzny gniew go grzeje, nie potrzebuje nic więcej. W czarnych, rozwianych włosach, jedynymi biało - srebrnymi punktami były teraz płatki śniegu, nie pierwsze oznaki siwizny. Równie ciemne spojrzenie wodziło leniwie od Macmillana, przez Nephthys, na sadzonce bijącej wierzby kończąc, jakby właśnie coś sobie kalkulował.
Anthony — rzucił w powietrze, a imię to zawisło pomiędzy nimi w powietrzu, jakby było obelgą. — Ledwo wracasz do kraju i już wystawiasz na próbę moją cierpliwość — rzucił w końcu, wciąż pozornie rozbawiony, tak, że ciężko było wychwycić, czy to drwina, czy naprawdę cieszy się, że go widzi. Sam zainteresowany zapewne potrafił odczytać bez trudu, co kryje się w głosie Shafiqa.
Nephthys, widzę, że poznałaś już lorda Macmillana — wciąż z tą samą, nieokreśloną emocją, przeniósł uwagę na lady Shafiq, która, jeśli dobrze domniemywał, sądząc po trzymanych przez nią w ręku rzeczach, dyskutowała z nim sobie w najlepsze. Pytanie, na ile świadomie. Tak jak jej można było wybaczyć, ze względu na młody wiek, tak Macmillanowi niekoniecznie. Oczywiście był w swoim osądzie zupełnie subiektywny, a stojącego przed nim mężczyzny zwyczajnie nie lubił, stąd też pewnie skłonność do zwalenia na niego winy za wszystkie grzechy tego świata. Wszedł wgłąb sklepu i niedbale zaczesał dłonią włosy do tyłu, chcąc pozbyć się z nich śniegu. Na palcu błysnął rodowy sygnet, a aroganckie rozbawienie nie zniknęło z jego twarzy ani na sekundę.





I tried to be someone
else but nothing seemed
to change
Powrót do góry Go down
Nephthys Shafiq
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5796-nephthys-shafiq#137060 https://www.morsmordre.net/t5820-amara#137531 https://www.morsmordre.net/t5822-zobacz-jak-cudownie-marniejemy#137534 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5821-nephthys-shafiq#137533
Alchemik, arystokratka
21
Szlachetna
Panna
all the secrets and
nobody else to tell
4
2
24
0
0
5
3
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   06.03.18 17:50

Nephthys nie była całkowitą laiczką w kwestii opieki nad roślinami, specyfika jej rodu na to nie pozwalała, to po pierwsze, a po drugie, zielarstwo było niezwykle przydatną umiejętnością, kiedy w grę wchodziło warzenie eliksirów. Miała jednak świadomość, że siłowanie się z wierzbą to pomysł raczej kiepski w jej wypadku, a gdyby taka gałązka ją smagnęła, musiałaby użyć magii. To z kolei wiązało się z kuszeniem losu, którego wcale nie chciała. Pozostało zatem naprawdę zostać przy pomyśle przekazania sadzonki sprzedawcy, co było najrozsądniejszym wyjściem z całej tej sytuacji, nawet jeżeli z kompletnie nieznanego Neph powodu, zwlekali z tym tak długo. Najwyraźniej przeliczyli się zwyczajnie co do swoich umiejętności ujarzmiania sadzonek.
Wcale nie lubiła nikogo peszyć, przeciwnie; była po prostu partnerką do rozmowy, która nie tak szybko odkrywała karty, zwłaszcza, gdy dopiero kogoś poznawała. Byłaby jednak rada z takiej oceny jej osoby, bo było błędne. Często zresztą oceniano ją w mylny sposób i nie widziała w tym nic złego, dopóty dopóki nikt nie poznał, jaka jest naprawdę. Nie musiała się co prawda wstydzić swojego prawdziwego ja, ale wpajano jej skrytość już od dziecka. Zatem choć dzieliła się swoimi przemyśleniami czy poglądami, niewiele zdradzała, jeśli o jej historię chodzi. Zadawanie tylko dociekliwych pytań było swoistym systemem obronnym. Wytrącony z równowagi rozmówca, zastanawiający się nad odpowiedzią, nie kierował do niej żadnych pytań, bo nie miał czasu.
Czarownica należy do osób, którym nie brak empatii, stąd od momentu gdy dostrzegła, że chyba go zawstydza, zaprzestała aż z takim uporem bawić się w gry słowne. Stając nieopodal Anthony'ego, gdy ten postawił donicę na ladzie, wręczyła mu trzymane rękawiczki i czapkę, gdy o nie poprosił, mniej więcej wtedy, gdy do pomieszczenia wszedł Rameses. Zwróciła głowę w jego stronę z uśmiechem, jeszcze krótką chwilę nieświadoma tego, co ma zaraz nastąpić. Zmrużyła jednak oczy widząc przedziwny grymas na jego twarzy, gdy tylko dostrzegł jej uprzejmego rozmówcę. Nie oglądała go jeszcze w podobnym wydaniu, więc trochę zdumiały ją jego słowa. Nie mogąc pozwolić sobie na wtrącenie się, jedynie obserwowała, gwałtownie zwracając głowę w kierunku Anthony'ego gdy już Rameses zdradził, kim jest nieznajomy. Nie wyglądała jednak na zawstydzoną.
- Na to wygląda. Pan Macmillan pomógł mi z sadzonką - wyjaśniła, starając się przynajmniej pozornie sprawiać wrażenie niezbitej z tropu. Jeśli było jej głupio, to przeżywała to bardzo wewnętrznie. Uznała za raczej bezsensowne okazywanie teraz lordowi Macmillanowi pogardy tylko dlatego, że okazał się tym, kim się okazał. Zdawała sobie jednak sprawę, że popełniła ogromny błąd, choć tak naprawdę nic złego się przecież nie wydarzyło. Każdy na miejscu Anthony'ego postąpiłby chyba podobnie, przynajmniej tak pragnęła wierzyć, choć przy tym była kompletnie nieświadoma wrażenia, które zrobiła na nieznajomym-już-znajomym mężczyźnie. Dostała właśnie lekcję, którą zapamięta na długo, na razie zastanawiała się jednak, czy między tą dwójką doszło do jakichś niesnasek, czy Rameses był tak wrogo nastawiony tylko dlatego, że miał do czynienia z członkiem obcego rodu. Pierwsza opcja wydawała się bardziej prawdopodobna. Z drugiej strony już i tak srodze zdziwiła ją postawa kuzyna, który wydawał się przecież tak otwartym i kontaktowym człowiekiem, gdy z nim rozmawiała. Nie trudno było się jednak domyśleć, że to być może oblicze, które znają tylko najbliżsi.
Później postanowiła jedynie milczeć, nie chcąc pogarszać sytuacji. Przyłapana przez szanowanego członka rodziny na rozmowie z kimś, z kim rozmawiać nie powinna, nawet jeżeli w tak neutralnych okolicznościach jak sklep, mogła się spotkać z konsekwencjami, jeśli taka informacja dotrze do uszu jej ojca. Było jej wstyd, ale tylko za własną niewiedzę, absolutnie nie za samo zaistnienie takiej sytuacji. To była zwykła uprzejmość, choć zgadywała, że lord Macmillan bardzo jej teraz żałuje.





شاهدني من فوق
Powrót do góry Go down
Anthony Macmillan
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan#137153
Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
30
Szlachetna
Kawaler
Ти си сав мој бол
6
19
10
0
0
0
4
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   06.03.18 19:57

Zadowolony z siebie obserwował tylko sprzedawcę i zdawał się nie przejmować niczym, zupełnie nieświadomy zbliżającej się tragedii, która miała nadejść. Wystarczył jeden element, który uświadomiłby i jego, i czarownicę, co właśnie zaszło. A ten element właśnie wpadł do „Orchideousa” i zwrócił na siebie uwagę. Macmillan pochłonięty przyglądaniem się to nieznajomej, to sadzonce, został wytrącony. Na dźwięk swojego imienia uniósł jedynie brwi, próbując skojarzyć do kogo należał głos wołacza zanim zdołał na jego spojrzeć. Wtedy jednak jego spojrzenie spoczęło na nikim innym jak na Shafiqu, którego dobrze znał.
Rameses – zrewanżował się rzucaniem imion zamiast miłego powitania, choć zupełnie został wybity z rytmu nagłym pojawieniem się mężczyzny. Zupełnie nie rozumiał, co miał na myśli Shafiq, choć pierwsze co mu przyszło do głowy to zwyczajna niechęć, a właściwie nienawiść jaka pomiędzy nimi była. Nie robił przecież niczego szczególnego. Spojrzał na czarownicę ponownie, zupełnie zaskoczony nagłym spotkaniem kogoś, kogo zupełnie nie chciał widzieć.
Miał już się odezwać, jakoś „odwdzięczyć się” za uwagę, ale coś go zastanowiło. Ciemniejszy ton skóry obu – i Ramesesa, i jeszcze nieznajomej. Już na początku, dziwnie trwała opalenizna kobiety zdołała go go już zastanowić, teraz jednak wydała się wyjątkowo podobna do lorda Shafiqa. Wejrzał więc na czarodzieja i przenosił swoje spojrzenie to na niego, to na nieznajomą, próbując wyłapać między nimi i podobieństwa, i różnice. Gdy tylko usłyszał nietypowe dla niego imię kobiety, zrozumiał co „podskórnie” go dręczyło. A więc „Nephthys” nie pochodziła z Południa… to znaczy pochodziła, ale nie z tego Południa, do którego próbował ją przypasować, w dodatku musiała być spokrewniona z czarodziejem, który ich „napadł”. Przymknął oczy, jak gdyby chciał się uspokoić. W rzeczywistości zrozumiał w jak niezręcznej sytuacji się znalazł. Zastanawiał się dlaczego szukał najbardziej pokrętnych wytłumaczeń dla pochodzenia dziewczyny, gdy odpowiedź była przecież tak prosta i oczywista? Był aż tak głupi?
Otrzepał dłonie z ziemi, chcąc się zająć się czymkolwiek, co pozwoliłoby mu zyskać jeszcze kilka sekund na zastanowienie się nad jakąkolwiek odpowiedzią. Westchnął głęboko, próbując „dojść do siebie” po tak zaskakującej prawdzie. Zresztą, dlaczego on się tak przejmował? Przecież nic się nie stało. Ani nie obraził lady Shafiq, chyba że za obrazę przyjąć jego nieporadne stwierdzenia, za które łapała go czarownica, ani ona jego… Przecież nigdy nie planowałby obrazić jakiejkolwiek kobiety, ani jej znieważyć, bez względu na jej pochodzenie. Ba, bez względu na ród z którego wywodziła się Nephthys, koniec końców i ona wydawała się miła, choć wyjątkowo czepliwa. Był więc bardziej zaskoczony tym dobitnym podkreśleniem swojego nazwiska przez Ramesesa i dodania przed nim należnego mu, ale obecnie nieco wstydliwego tytułu. Wstydliwego, ze względu na tak długą podróż po Europie Wschodniej i spędzeniu wielu lat pomiędzy mugolami, którzy byli dumni z nazywania się „komunistami” i „socjalistami”.
Na to wygląda, że lord Shafiq wyręczył nas w przedstawieniu się – dodał po lady i kiwnął jej głową, chcąc godnie się przywitać według zasad i etykiety. Szkoda, że sami nie doszli do tego momentu, co byłoby zapewne znacznie przyjemniejszym doświadczeniem niż „brutalne” zderzenie z rzeczywistością. Na całe szczęście, czarownica nie wydawała się jakkolwiek zaskoczona takim obrotem spraw, co trochę go uspokoiło i jednocześnie kolejny raz speszyło. On przecież był wyraźnie zaskoczony swoim brakiem spostrzegawczości i pojawieniem się Ramesesa. Zresztą… nie wydawało mu się, żeby lady Shafiq specjalnie udawała i ukrywała swoją wiedzę, musiała więc być tak samo nieświadoma, jak i on.
Teraz już zupełnie nie żałował swojej uprzejmości, na jaką się zdobył podczas spotkania z kobietą, a o której przypomniał mu sprzedawca oczekując nieśmiało zapłaty. Natychmiast się otrząsnął. Sięgnął do wewnętrznej strony płaszcza, wyciągnął odpowiednią ilość monet, plus dodatkowe kilka sykli napiwku za szkody, które powstały zarówno przez czarownicę, jak i jego zabawę w zielarza. Dla pewności przypomniał i przeprosił go za bałagan, jaki powstał z ich winy, chociaż w wersji podanej sprzedawcy zrzucił całą winę na siebie. Chwycił zabezpieczoną bijącą wierzbę-podarunek i już miał ją wręczyć lady Shafiq, gdy zrozumiał, że to nie byłoby eleganckie i godne zachowanie. Poza tym… mógł to wykorzystać w inny sposób. Uśmiechnął się.
Mam nadzieję, że ten skromny prezent kiedyś okaże się być przydatnym… – zwrócił się do lady Shafiq, jak gdyby zupełnie ignorując jej kuzyna – …choć mam nadzieję, że nie w użyciu przeciwko mnie. – Wiedział jednak, że dużo ryzykował tak otwartym podkreśleniem wrogości, jaka między nimi panowała.
Normalnie przeprosiłby ją także za to, że w ogóle jej nie poznał, ani że nie zdał sobie sprawy z tego, że rozmawiał z przedstawicielką rodu szlachetnego, ale przecież nie miał prawa jej poznać po tak długiej nieobecności w kraju. Zamiast podejść do niej, podszedł więc do Ramesesa i wręczył mu donicę z osobliwą, magiczną rośliną. Przecież nie mógłby obciążyć, w takiej sytuacji, nikomu nic winną kobietę, gdy mógł obciążyć swojego wroga. W duchu przeklął się za to, że kazał sprzedawcy ją unieruchomić, ale nie wiedział, że na to wszystko wkroczy tutaj nie kto inny, ale czarodziej, który wyjątkowo go ośmieszył podczas jednego z pojedynków na szable.




Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга  уздисати
Powrót do góry Go down
Rameses Shafiq
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5780-rameses-shafiq https://www.morsmordre.net/t5788-seth#136750 https://www.morsmordre.net/t5791-basnie-tysiaca-i-jednej-nocy#136755 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5792-rameses-shafiq#136756
Łamacz klątw
40
Szlachetna
Wdowiec
i will burn your world to
the ground
if you try to conquer
mine
16
13
0
0
1
5
7
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   08.03.18 15:53

Niestety w przypadku tej dwójki nie było mowy o przyjaznych powitaniach. Oficjalnie traktowali się raczej z chłodną uprzejmością, choć w przypadku Ramesesa zwykle w miejsce "chłodnej" należałoby wstawić "lekceważąco — żartobliwą" uprzejmość. Podobnie było zresztą i w tej chwili, pozornie uśmiechnięty, jakby z siebie zadowolony, nie wydawał się być wytrącony z równowagi obecnością Macmillana. Określenie dobrze się znać byłoby tutaj stwierdzeniem na wyrost, bo w zasadzie ich znajomość była dość powierzchowna, choć nie na tyle by powiedzieć, że nie znają się wcale. Diabeł tkwił w szczegółach; znali się bowiem na tyle by orzec, że gdyby nie konflikty rodowe sprzed wielu lat, mogliby się nawet lubić. Nie od nich zależało jednak, w jakich stosunkach rody się znalazły, również nie w ich gestii było to zmieniać. Pewnie dlatego, przed wielu laty na którymś z sabatów, gdy doszło do spotkania Anthony'ego i Ramesesa, wystarczyło jedno nieostrożne słowo, a kąpany w gorącej wodzie Shafiq, postanowił od razu pokazać dobitnie, jak bardzo mu się to nie spodobało. I pokazał, przy pomocy szabli. I nie chodziło tu bynajmniej, żeby Macmillana ośmieszyć, absolutnie; takie zachowanie nie leżało w naturze honorowego Ramesesa. Chciał jedynie by cofnął to, co tak niefrasobliwie powiedział; ni mniej, ni więcej.
Sprawiając wciąż wrażenie osoby, która czuła się tu jak u siebie, przeniósł czerń spojrzenia na Nephthys, która wytłumaczyła się za Macmillana. Wierzył, że w ich spotkaniu nie było nic niestosownego, bardziej jednak ze względu na to, że kuzynka by sobie na to nie pozwoliła. To za Anthony'ego nie był pewny. Czyż nie słyszał, że Macmillan prowadzał się z mugolami przez tyle lat? Nie przepadał za wysłuchiwaniem plotek i zwykle zbywał je lekceważącym machnięciem ręki, czasem zdarzały się pomiędzy nimi takie właśnie perełki dotyczące znanych mu osób i te poddawał weryfikacji. Jego niezmierne rozbawienie budziło natomiast raczej to, że czarodziej zachowywał się, jakby został przyłapany na gorącym uczynku. Przypuszczał, że rozchodzi się raczej o przyłapanie na niewiedzy, z kim rozmawia, niż samej rozmowie.
Szajch — poprawił automatycznie. Przywykł już do upartego nazywania go lordem i zwykle puszczał to mimo uszu, zrzucając na karb ceny uzyskania herbu szlacheckiego w Anglii, nie tym razem jednak. Równie prawdopodobne było, że Macmillan nazwał go tak z premedytacją. Nie czuł się tym zirytowany, przeciwnie, zdawał się tryskać dobrym humorem, jakby zamiast być równie przygnębionym wariującą pogodą, co reszta społeczności, czerpał siłę z całego tego chaosu. W trakcie gdy Athony uiszczał opłatę za roślinę, której historii Rameses i tak by nie zrozumiał, Shafiq uśmiechając się, jakby posiadł właśnie wiedzę tajemną, znaną tylko jemu, niedbale oparł się o blat nieopodal którego stała Nephthys. Tylko pozornie wsłuchując się w tłumaczenia Macmillana, zdjął z peleryny kuzynki jakiś paproszek, który najwyraźniej zaburzał jego poczucie estetyki na tyle mocno, by musiał to zrobić natychmiast.
Z tym samym, rachitycznym uśmiechem, bardziej przyglądał się reakcji czarownicy na słowa Anthony'ego, niż jemu samemu. Uwagę na niego przeniósł właściwie dopiero wtedy, gdy ten wręczył mu donicę.
Kwiaty na zgodę? Miło z twojej strony. Wszyscy doceniamy twój podarek, wszak powszechnie wiadomo, że wierzba bijąca to bardzo wdzięczna roślina. Mógłbym nawet pomyśleć, że coś mi sugerujesz, na szczęście matka natura nie poskąpiła mi poczucia humoru  — odparł, a nic w zachowaniu czarodzieja nie podpowiadało, czy ciśnie donicą przez sklep, przyjmie ją, czy wyciągnie różdżkę i zaraz zmiecie kogoś zaklęciem; w jego wyrazie twarzy nic się bowiem nie zmieniło. Sprzedawca chyba wyczuł napięcie, którego z kolei zupełnie nie odczuwał wciąż ubawiony Rameses, bo odszedł kilka kroków i zajął się podlewaniem roślin na innym regale. Akcent Ramesesa był trochę toporny, łatwe do wychwycenia, nawet dla niewprawnego ucha były arabskie wpływy.
Mam nadzieję, że dobrze przypatrzyłeś się, które więzło trzeba ścisnąć, żeby ją unieruchomić. Przecież nie chcielibyśmy, żeby cię nieopatrznie zaatakowała — stwierdził, a w jego głosie nuta ironii była ledwo słyszalna. Pozornie nie można było mu jednak zarzucić, że jest nieuprzejmy, bo kwestią sporną było, czy można się doszukiwać w jego słowach drugiego dna. Zarówno on, jak i sam Thony wiedzieli, że tak. A co pozostali świadkowie zajścia z tym zrobią, pozostawało już w ich gestii.
Co tam słychać u twoich mugolskich przyjaciół? — Zapytał w końcu, brzmiąc, jakby naprawdę był zainteresowany ich losem.





I tried to be someone
else but nothing seemed
to change
Powrót do góry Go down
Nephthys Shafiq
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5796-nephthys-shafiq#137060 https://www.morsmordre.net/t5820-amara#137531 https://www.morsmordre.net/t5822-zobacz-jak-cudownie-marniejemy#137534 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5821-nephthys-shafiq#137533
Alchemik, arystokratka
21
Szlachetna
Panna
all the secrets and
nobody else to tell
4
2
24
0
0
5
3
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   12.03.18 13:07

Nephthys obserwowała rozwój wypadków, ale coś jej podpowiadało, że to nie skończy się tak szybko, jakby sobie tego życzyła. Trzymała emocje na wodzy, a jej mina nie zdradzała, że zaistniały obrót spraw wprawiał ją w pewien rodzaj zakłopotania. Nie znając wspólnej przeszłości obu panów, pierwszy raz postawiona w podobnej sytuacji, nie wiedziała, jak konkretnie powinna się w tej chwili zachować. Na pewno poczułaby się zobowiązana zareagować, gdyby doszło do rękoczynów, ale obecnie nic złego się jeszcze nie działo, a nastroje, choć pozornie uprzejme, sprawiały, być może mylne wrażenie napiętych. Nieco szczelniej opatuliła się peleryną, zdumiona gestem kuzyna, gdy ten zdjął pyłek z materiału jej okrycia. Odbiło się to w jej spojrzeniu, ale nie tylko to: jakby samym tylko wzrokiem chciała, żeby powstrzymał się przed tym, cokolwiek planuje, bo nie warto, w myśl nieistniejącego, podsycanego sztucznie konfliktu, ryzykować czegokolwiek. Tym bardziej w miejscu tak publicznym, jak sklep zielarski. Nie była jednak głupia i zdawała sobie sprawę, że jej zdanie najmniej się tutaj liczy, ograniczyła się zatem do wodzenia wzrokiem od jednego do drugiego mężczyzny.
- Wezmę na siebie zaznajomienie zainteresowanych z kontekstem tego podarku - odparła, uśmiechając się nikle. Anthony mógł jednak zauważyć w jej zachowaniu pewną zmianę; nie była już tak bezpośrednia, jak również nie pozwalała sobie na podchwytywanie kontaktu wzrokowego, co było wszak uznawane wśród członków jej familii za nieodpowiednie. Chciała załagodzić tym samym wrażenie, że lord Macmillan wręczył im tę roślinę z czystej złośliwości, co mogło tak wyglądać w oczach Ramesesa i była tego świadoma. Nie mogła też powstrzymać wewnętrznej ciekawości wiążącej się z tym, o co im poszło. Nie mogła też nie postawić się po stronie kuzyna, choć szokowała ją zmiana, która zaszła w jego usposobieniu, kiedy tylko zobaczył Anthony'ego. Nasłuchiwała, obserwowała, poniekąd również się ucząc.
Pytanie o mugolskich przyjaciół nieco lepiej naprowadziło ją na trop tego, o co może chodzić. Nie było tajemnicą, że ich ród pielęgnował w sobie niechęć do niemagicznej części społeczeństwa i być może to właśnie tu leżał pies pogrzebany. Powstrzymała się jednak od osądów i zbliżyła pół kroku w stronę Ramesesa, obrzucając przelotnym wzrokiem wierzbę. Ta, unieruchomiona i zupełnie nieświadoma chaosu, którego była sprawczynią, pozostawała głucha na to, co rozgrywało się wokół.





شاهدني من فوق
Powrót do góry Go down
Anthony Macmillan
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan#137153
Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
30
Szlachetna
Kawaler
Ти си сав мој бол
6
19
10
0
0
0
4
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   12.03.18 17:41

Rzeczywiście, nie było mowy o przyjaznym powitaniu Ramesesa. Macmillan wciąż doskonale pamiętał jak został wyjątkowo poniżony w przegranym pojedynku. Faktem było to, że Shafiq był starszy o dziesięć lat i na pewno miał więcej doświadczenia w operowaniu szablą. Tak przynajmniej chciał usprawiedliwiać swoją przegraną Anthony. Poza tym, nie doszłoby do pamiętnego pojedynku, gdyby tylko nie zareagował buntowniczo na słowa Ramesesa sprzed tych ponad ośmiu lat. Ale jak miał inaczej reagować na obecność kogoś takiego?
Tak czy siak, musiał się pogodzić z dawną przegraną z wrogiem własnego rodu. Co za wstyd! W młodości dziadek, wujowie i sam nawet ojciec powtarzali mu różne opinie i plotki na temat wrogiego rodu. W końcu ci, którzy nosili nazwisko Shafiq, a raczej pierwsi tego nazwiska, nie wywodzili się z Wielkiej Brytanii a z odległego Egiptu. Nie dość, że uzyskali tytuł, to jeszcze postanowili osiąść w Wielkiej Brytanii. Ojciec opowiadał mu, że w ogóle nie potrafili, o zgrozo(!), latać na miotle! To było dla niego wystarczająco przerażające, nawet jeżeli sam od dawna na niej nie latał (ale z innych powodów!) Shafiqowie jawili mu się jak obcy najeźdźcy, intruz, ktoś nie pasujący do istniejącego społeczeństwa.
I tu musiałby zrobić uwagę. Wypadało mu przyznać to, że Nephthys, za pierwszym razem, wydała mu się zupełnie inna. Wtedy, a właściwie przed pojawieniem się jej krewnego, nie był jednak świadomy, że rozmawia z kobietą wywodzącą się z takiego, a nie innego rodu! Nic dziwnego, że wziął ją bardziej za zbyt ciemną Jugosłowiankę! Jednak Rameses… ze wszystkimi wspomnieniami, jakie posiadał Anthony, malował się jak typowy, karykaturalny, stereotypowy Shafiq. Zło w czystej postaci. Był, w oczach Macmillana, zbyt pewnym siebie „szajchem”. Nawet samo to stwierdzenie, to poprawienie pokazywało, że nie nawykł, jak pewnie cały ród, do brytyjskich tytułów. Anthony wywrócił oczyma, zupełnie zirytowany postawą czarownika. Kto był na tyle głupi, żeby zaakceptować ich, Shafiqów, jako ród szlachetnego pochodzenia? Kto?
Irytacji jednak nie było końca. Nie tak szybko! Mężczyzna najwyraźniej nie potrafił powstrzymać się przed kolejnym komentarzem, a właściwie wyjątkowo niemiłą uwagą. Fakt, bijąca wierzba, w postaci prezentu, mogła zostać odebrana dwuznacznie. Tym bardziej, że Rameses nie był obecny przy całym zamieszaniu, jakie miało miejsce jeszcze kilka, a właściwie kilkanaście minut temu. Ale, na Merlina, nie byłby aż tak niemiły, żeby podarować kobiecie tego typu sadzonkę z premedytacją! Poza tym jemu miał się w jakikolwiek sposób tłumaczyć ze swojego wyboru? Na jego twarzy pojawił się grymas. Coraz bardziej nie podobała mu się cała ta sytuacja, a najbardziej nie podobała mu się w niej osoba wyższego o kilka centymetrów czarownika. Wyjątkowo nieprzyjemnego czarownika. Wroga, w pewnym sensie, chociaż i nazwanie Ramesesa takim określeniem byłoby poświęceniem mu zbyt wielkiej uwagi i byt wielu emocji.
Ledwo powstrzymał się przed jakąkolwiek uwagą. Zacisnął usta, jak gdyby fizycznie zamykając sobie możliwość zareagowania na tak nieprzyjemny komentarz. Spojrzał na czarownicę, w której próbował doszukiwać się choć odrobiny odmienności. Ta nagle zaczęła unikać jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. W ogóle stała się zupełnie inna. Czy to, że po ojcu nazywał się „Macmillan” miało dla niej aż tak wielkie znaczenie? Czy to oznaczało, że chciała się zachowywać jak wszyscy inni Shafiqowie? Czy tak szybko go znienawidziła, chociaż w ogóle nie zdążyła go poznać? Nie wiedział co myśleć, ale miał wrażenie, że tak się właśnie stało, choć posiadał w sobie jeszcze odrobinę cichej nadziei, że zupełnie się mylił. A może jednak nie, skoro sama powiedziała, że bierze na siebie całe to wyjaśnienie? Tylko dlaczego powiedziała to tak oficjalnie? Dlaczego tak bardzo się zmieniła w tak krótkim czasie?
Nie miał czasu, ani możliwości rozmyślać dalej. Kolejny komentarz wyjątkowo go zdenerwował. Wejrzał gniewnie na Shafiqa. Co prawda, sadzonka i tak zdołała go uderzyć swoją krótką, wiotką gałązką… nie zmieniało to faktu, że stwierdzenie wrogiego mu czarownika brzmiało jak obelga i najprawdopodobniej miało być czymś na jej rodzaj. Wyjątkowo ostrożnie schował obie dłonie za swoimi plecami. Nie chciał, żeby Rameses zobaczył czerwoną smugę na jego dłoni, choć mógł ją dostrzec już wcześniej, przy podawaniu donicy i stąd mogła pojawić się ta wyjątkowo niemiła uwaga. Jedynym świadkiem tego, jak wychodziło mu ujarzmienie młodej wierzby była Nephthys, która milczała.
Gdy mężczyzna ponownie się odezwał, Anthony wściekł się zupełnie. Doskonale wiedział o podejściu całego rodu Shafiqów do mugoli. Miał jednak wrażenie, że czarodziej „uderzał” nie tyle do mugoli, których spotkał podczas podróży, ale bardziej w utratę bliskiej mu mugolaczki sprzed jedenastu lat, z którą nadal nie mógł się pogodzić, a która przecież była powodem jego wyjazdu. Krew zalała mu twarz. Nie był jednak pewny swojego domniemania, żeby mieć prawo do zaatakowania mężczyzny.
Od kiedy jesteś nimi zainteresowany, Shafiq? – Odbił pytanie, w którym dało się wyczuć sporą dawkę złości. – Do czego zmierzasz? – dodał. Nozdrza rozszerzyły mu się ze złości, a pomiędzy brwiami pojawiła się zmarszczka. Wbił swoje złowrogie spojrzenie w swojego, jakby na to nie patrzeć, przeciwnika. Wystarczyło nieodpowiednie sformułowanie, jedno nieodpowiednie słowo, żeby doprowadzić do katastrofy w sklepie.




Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга  уздисати
Powrót do góry Go down
Rameses Shafiq
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5780-rameses-shafiq https://www.morsmordre.net/t5788-seth#136750 https://www.morsmordre.net/t5791-basnie-tysiaca-i-jednej-nocy#136755 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5792-rameses-shafiq#136756
Łamacz klątw
40
Szlachetna
Wdowiec
i will burn your world to
the ground
if you try to conquer
mine
16
13
0
0
1
5
7
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   14.03.18 10:26

Rameses, gdyby zdawał sobie sprawę z nazwania go intruzem czy najeźdźcą, zapewne nie omieszkałby wytknąć Macmillanowi swego rodzaju hipokryzji. Czyż nie był jednym z tych, którzy odnajdowali przyjemność w towarzystwie szlam i mugoli? Jak to jest, że Shafiqowie mogli być intruzem, ale uważanie, że są nimi mugolaki, już nie? Punkt widzenia zależał jednak od punktu siedzenia i mogliby dyskutować na ten temat do rana, a ani jeden nie przekonałby drugiego do swoich racji, ani prawdopodobnie by w ogóle do tego rana nie dotrwali, wcześniej się pozabijawszy. Stanowiło to tylko kolejny dowód na to, że Rameses zupełnie nie nadawał się do polityki, zbyt chętnie uciekając się do załatwiania wszystkiego przemocą. Tym bardziej, gdy rozmowa schodziła na tematy, którymi łatwo było go wyprowadzić z równowagi. Oczywiście, że nie nawykł do angielskich tytułów, nie dlatego, że nimi gardził, a dlatego, że gdyby to on podejmował decyzje, żaden Shafiq by się tu nigdy nie zjawił. Ciężko było jednak utrzymywać taki stan rzeczy, gdy rodzina musiała doglądać spraw banku, tym bardziej w tak niebezpiecznych czasach, w jakich przyszło im żyć.
Nie mógł dostrzec, że w zachowaniu Nephthys dokonała się jakakolwiek zmiana, bo nie wiedział, jak zachowywała się przed jego pojawieniem się w sklepie. Nie zaprzątał sobie tym zatem myśli; czarownice w ich rodzie obowiązywały nawet bardziej restrykcyjne reguły niż pozostałe szlachcianki, choć akurat Neph chyba nie odczuła tego na własnej skórze tak drastycznie, bo nie wychowywała się w Egipcie. Być może obawiała się, że zajście, którego właśnie byli świadkami, doleci uszu jej ojca, który nie należał do najprzyjemniejszych czarowników pod słońcem i nie dziwiłby się, że arystokratka wolałaby tego uniknąć. Jej sekret był jednak u Ramesesa bezpieczny.
Na jego twarzy wciąż malowała się niezmącone niczym rozbawienie, tym bardziej, gdy dostrzegł, że najwyraźniej udało mu się wyprowadzić Anthony'ego z równowagi, choć zupełnie niezamierzenie. Może i gardził mugolakami, kimkolwiek by nie byli, ale nawet jak dla niego nawiązywanie do śmierci kogoś, kto był Macmillanowi bliski, byłoby lekką przesadą. Wcale nie dlatego, że był taki porządny, czy było mu go szkoda, raczej dlatego, że za dobrze znał smak straty, by móc ją wypomnieć komuś innemu.
Odkąd zaczęli wybuchać anomaliami niczym tańsza wersja rogu buchorożca — odparł nonszalancko, przekładając donicę z wierzbą z ręki do ręki. Wbrew temu, co sądził Macmillan, Rameses bynajmniej nie próbował go właśnie z premedytacją rozwścieczyć. Być może trochę wyprowadzić z równowagi, bo wiedział, że gdyby Thony go teraz zaatakował, mogłyby z tego wyniknąć nieprzyjemności. Czym innym był pojedynek szermierczy w trakcie sabatu, a czymś zupełnie osobnym miotanie zaklęciami na środku ulicy Pokątnej, gdy każdorazowe użycie magii mogło wiązać się z przykrymi konsekwencjami i prawdopodobną interwencją osób trzecich.
Nic nie sugeruję. Podobnie jak twój podarunek, prawda? — Uśmiechnął się szerzej, choć grymas ten nie objął czarnych oczu, które wpatrywały się w mężczyznę, ziejąc pustką, przywodząc na myśl okna opuszczonego od dawna budynku. Trochę zablokował w tej chwili możliwość zarzucenia mu czegokolwiek, bo upieranie się przy swoim oznaczałoby, że wręczona mu wierzba, była jednak rzuconym mu skądinąd wyzwaniem i jawną obrazą. Skierowaną nie tyle do samego Ramesesa, ile do Nephthys, wszak to do niej mężczyzna się zwracał, składając na ręce Shafiqa donicę. Obrażenie szlachcica to jedno, a obrażenie szlachcianki? Sam Macmillan pewnie zdawał sobie sprawę, jak nieciekawie to wygląda. Anthony przybrał barwę dojrzewającego pomidora, a wciąż niewzruszony niczym Rameses, przeniósł uwagę na kuzynkę.
Pozwól, że ci wyjaśnię. Otóż pan Macmillan naraził przed laty na szwank dobre imię naszego rodu. Dostrzegam jednak, że powiedzenie podróże kształcą jest niezmiernie trafione, skoro lord poszedł po rozum do głowy i oczywiście w pełni świadomie podarował ci mordercze drzewo — ciągnął, wciąż tonem niewyrażającym niczego ponad pełną uprzejmości nonszalancję. Tak naprawdę z jego perspektywy cała ta sytuacja była jednoznaczna; Macmilan nie mógł nie wiedzieć, kim jest Nephthys, a sadzonka miała stanowić najwyraźniej dziwny, bardzo pasywnie agresywny rodzaj złośliwości.





I tried to be someone
else but nothing seemed
to change
Powrót do góry Go down
Nephthys Shafiq
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5796-nephthys-shafiq#137060 https://www.morsmordre.net/t5820-amara#137531 https://www.morsmordre.net/t5822-zobacz-jak-cudownie-marniejemy#137534 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5821-nephthys-shafiq#137533
Alchemik, arystokratka
21
Szlachetna
Panna
all the secrets and
nobody else to tell
4
2
24
0
0
5
3
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   14.03.18 17:25

Rameses celnie przypuszczał, dlaczego zachowywała się w tej chwili tak, a nie inaczej. I nie miało to nic wspólnego z pochodzeniem Anthony'ego, przynajmniej pozornie. To nie tak, że zmieniło się jej postrzeganie mężczyzny tylko dlatego, że ich rody miały konflikt. Okazał jej uprzejmość, a ona doceniała takie rzeczy; niestety wiedziała też, że jej ojciec nie ma równie liberalnych poglądów (choć Neph de facto liberalna była tylko pod pewnymi względami, nawet jeżeli sprawiała wrażenie, że jest przeciwnie), a gdyby kuzyn mu o tym szepnął słówko, musiałaby później spotkać się z konsekwencjami. Poza tym tak bardzo nie chciała zawodzić Chonsu, że chyba by tego nie zniosła. Przewaga, jaką wypracowała sobie nad siostrami w oczach ojca, spadłaby natychmiastowo do zera. A choć nie był to konkurs, nie chciała stracić czegoś, na co pracowała całe swoje życie, a i tak niemal nie ruszyła się z miejsca. Nigdy nie mogła spełnić wymagań ojca, starała się go zatem nie zawodzić bardziej, niż to uczyniła swoim narodzeniem. Z natury nieufna, nie mogła oczekiwać, że starszy od niej sporo kuzyn, który jak sądziła, bardziej miał po drodze z ojcem, aniżeli nią samą, będzie milczał, bo go o to poprosi. Nawet jeżeli wydawało jej się, że nawiązali jakąś nić porozumienia.
Poza tym, czego być może Anthony nie musiał być świadomy w całej swojej niechęci do Shafiqów, obowiązywały ją trochę sztywniejsze reguły dotyczące jej zachowania w obecności mężczyzn. I o ile pozwalała je sobie naginać do normalnych stosunków, nie przekraczając oczywiście pewnych granic, tak w obecności kuzyna zrobić tego nie mogła. To dlatego jej wzrok z uporem był teraz wbity w podłogę, choć podniósł się, gdy wymiana zdań się wyostrzyła. Już otwarła usta, by coś powiedzieć, gdy Rameses pokrótce przedstawił, gdzie kryło się nieporozumienie. Przynajmniej powierzchownie, bo sama nie wiedziała, ile w jego słowach ironii, a ile prawdy.
- To był wypadek. Zaszła pomyłka. Jestem przekonana, że lord Macmillan nie miał nic złego na myśli - odparła ostrożnie. Właściwie sama nie wiedziała, po co go broni. Łatwiej byłoby przyznać kuzynowi rację i pod byle pretekstem go stąd wyciągnąć, zanim dojdzie do rękoczynów. Wierzyła jednak w zdrowy rozsądek obu panów, nawet jeżeli z każdą chwilą coraz mniej, kiedy tak spoglądała od wyraźnie zdenerwowanego Anthony'ego, po wciąż rozbawionego całą sytuacją Ramesesa. Teraz chyba w pełni zrozumiała, co miano na myśli, gdy wyrażano się o nim jako nieprzewidywalnym. Rozumiała też, jak ta sytuacja wyglądała dla osoby, która nie znała kontekstu, tym bardziej, skoro pałali do siebie taką niechęcią.





شاهدني من فوق
Powrót do góry Go down
Anthony Macmillan
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan#137153
Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
30
Szlachetna
Kawaler
Ти си сав мој бол
6
19
10
0
0
0
4
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   14.03.18 20:02

Odkąd zaczęli wybuchać anomaliami? Przecież to na pewno nie była ich wina! Żaden mugol nie byłby w stanie spowodować tak wielkiego zamieszania sam z siebie. Co prawda, taka odpowiedź uspokoiła go nieznacznie, bo okazało się, że nie chodzi o zupełnie osobistą historię, a o ostatnie wydarzenia. Dziwaczne, niezrozumiałe i pozostawione bez wyjaśnienia wydarzenia. Dla Macmillana tym dziwaczniejsze, bo w Jugosławii i w drodze do Wielkiej Brytanii wszystko było w porządku, a wystarczyło wrócić do państwa, żeby wszystko zwariowało.
I jeszcze tego nie rozgryzłeś? – Pytanie wyszło „samo z siebie”, więc Macmillan nawet nie zwrócił uwagi na to, że zabrzmiało nieprzyjemnie i niemiło. Przez pewien czas utrzymywał swoje spojrzenie na sadzonce, ale w końcu przeniósł je na ciemniejsze od Nephthys oczy mężczyzny. Jedna brew podniosła się, na krótko, jak gdyby tym gestem chciał postawić wyraźny znak zapytania. Spojrzenie szybko wróciło na donicę, gdy tylko Rameses o niej wspomniał. – To nie podarunek dla ciebie, ale dla lady Nephthys, – zaznaczył, – która po wcześniejszej rozmowie zgodziła się go przyjąć i jak mi się wydawało, nie dostrzegła w tym jakiejkolwiek obelgi – wyjaśnił w końcu, nadal unikając jednak szczegółowych informacji. A i ona w końcu przemówiła i to w jego obronie, co było dla niego zupełnym zaskoczeniem!
Dlaczego tak piękna czarownica, choć z rodu Shafiqów, wydawała się być tak przyjazna, ale sam Rameses nie mógł? Anthony nie potrafił tego zrozumieć. Był zupełnie poważny, gdy jego przeciwnik radował się jak gdyby nigdy nic! Jak gdyby w ogóle nie zarzucał mu, że zamiast pomóc Nephthys, chciał ją skrzywdzić! Owszem, Anthony rozumiał, że czarownik nie widział co zaszło przed przyjściem, ale mimowolnie fakt ten trochę mu umykał. Problem leżał dodatkowo w tym, że Tony nie chciał go o tym uświadamiać albo zwyczajnie nie był świadomy tego, że może powinien. Nie mógłby przecież powiedzieć ot tak: „To lady Shafiq zbija donicę, a ja za nią zapłaciłem, powinieneś się cieszyć!” To przecież byłoby nie tylko dziecinnym zachowaniem się, ale też kryciem pod „babską spódnicą”. Co ważniejsze… na Merlina! Kto wie, co Shafiqowie robili z kobietami, jeżeli te, wcześniej dość rozgadane i nawet całkiem radosne, nagle poważniały i milczały, gdy tylko pojawiali się ich męscy krewni i odzywały się tylko kiedy „wyczuwały” moment cichego przyzwolenia lub pauzę pomiędzy rozmówcami. Macmillan mógł być uważany za głupiego i często się tak zachowywał, ale miał oczy i był całkiem trzeźwy, żeby zaobserwować te kilka szczegółów. A może jednak to nie była wina męskich przedstawicieli tego rodu? Może zachowywała się tak, bo poznała jego nazwisko? W głowie kłębiły mu się różne opinie, kierowane głównie stereotypami, którymi karmiono go w dzieciństwie.
Shafiq… – chciał przerwać wyjaśnienia czarownika, ale nie zdołał. Był bliski zupełnego zdenerwowania. Wszystkie uwagi czarownika całkowicie na niego oddziaływały. Nie był w stanie opanować się tak, jak jego oponent. Do „wybuchu” niewiele brakowało. Spojrzał na walczącą z unieruchomieniem wierzbę i coś go tknęło, żeby jednak się powstrzymać. – To zaskakujące, że twoim zdaniem jeden nastoletni, wtedy, czarownik był bliski narażenia na szwank imienia całego wspaniałego rodu – cisnął z początku przez zęby. Przemilczał fakt, że mimo wszystko pojedynek wygrał Rameses, choć i tak przyznał się do porażki sprzed swojej długiej podróży. – A gdyby to było mordercze drzewo, to by jego sadzonek nie sprzedawali w sklepie, lordzie Shafiq.




Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга  уздисати
Powrót do góry Go down
Rameses Shafiq
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5780-rameses-shafiq https://www.morsmordre.net/t5788-seth#136750 https://www.morsmordre.net/t5791-basnie-tysiaca-i-jednej-nocy#136755 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5792-rameses-shafiq#136756
Łamacz klątw
40
Szlachetna
Wdowiec
i will burn your world to
the ground
if you try to conquer
mine
16
13
0
0
1
5
7
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   16.03.18 14:22

Ramesesa nieznacznie hamowało towarzystwo kuzynki, co można było zauważyć gołym okiem. I pewnie tylko przez wzgląd na szacunek do niej, pozostawał względnie spokojnym, tym bardziej zdając sobie sprawę z ciężaru konsekwencji, które spadłyby na niego, gdyby pozwolił sobie teraz na otwarty konflikt. Ponadto lata, w trakcie których nie było mu dane oglądać nielubianej, bo znienawidzonej twarzy byłoby słowem zbyt dużej wagi, trochę zgasiły jego irytację, choć o niej nie zapomniał. Potrafił bezbłędnie przywołać w pamięci każdy szczegół ich ówczesnej potyczki, jakby ta miała miejsce wczoraj, a nie przed tyloma latami. Cechował go bowiem ten przywar charakteru, który uniemożliwiał mu puszczenie w niebyt, ilekroć ktoś tylko mu czymkolwiek podpadł. Zatruwało to później jego osąd danej osoby, dlatego nie był nigdy skory do dawania drugich szans, w tym również sobie. Nieważne, że Macmillan był wtedy młodzikiem, zdążył już sobie coś chlapnąć, czy miał zły dzień. Ramesesa to nie obchodziło. Szacunek i honor się liczyły. Nie jego, rodziny. Dlatego też, choć miał ogrom zarzutów skierowanych do Anthony'ego, nie wyraził się nigdy w sposób, który stanowiłby obelgę dla całego jego rodu, nawet jeżeli stosunki pomiędzy nimi nie malowały się w sposób pozytywny, czy nawet poprawnie neutralny.
Musiałbym sprawdzić informacje u źródła, a nie lubię taplać się w szlamie — odparł gładko, wciąż bez cienia irytacji. Kłamał tylko połowicznie; wszak faktycznie nie zamierzał taplać się w szlamie. Informacje natomiast zamierzał sobie pozbierać abstrahując od tego. Miał znajomych tu, czy tam. Na razie sprawa była jednak zbyt świeża, a jemu przypadły w udziale obowiązki, które dotychczas piastował Amun i to na nich musiał się skupić. Na nich i bezpieczeństwie rodu, który w dotychczasowych wybuchach anomalii ucierpiał zbyt mało, by można było zakładać, że coś złego nie spotka ich w przyszłości. Choć te zjawiska zdawały się być całkowicie losowe, była w nich jakaś metoda. Być może jednak się mylił, przypisując im większą celowość, niż faktycznie posiadały.
Nawet nie śmiałem przypuszczać, że dla mnie. Gdyby tak było, zapewne poznałbym po tym, jak jest ruchliwa — jego aksamitny głos, kontrastujący z topornym akcentem, potoczył się po sklepie kolejny raz dzisiejszego dnia. Jednoznacznie sugerował, jakby czytając Macmillanowi w myślach, że gdyby podarunek był skierowany do niego, to sadzonka z pewnością nie była unieruchomiona. Jego uwadze nie umknęła szrama na dłoni mężczyzny. Można było lekceważyć wierzby, póki były młode, ale potrafiły wyrosnąć na naprawdę dożarte diabelstwo. Być może odrobinę zdumiony tym, że Nephthys postanowiła podtrzymywać wersję o wypadku, był gotów w to uwierzyć, choć wzrokiem wciąż leniwie wodził po okolicznych półkach, jakby tam spodziewał się zobaczyć odpowiedź.
Faktem było, że kobiety były mężczyznom winne posłuszeństwo w taki czy inny sposób. Było to powszechnie wiadomym w każdym zakątku świata, nie tylko w Afryce. Również w Anglii nie obce były echa patriarchatu, nie rozumiał zatem skąd powód, by to akurat im przypisywać winę za zaistniały stan rzeczy. Nephthys to doskonale rozumiała, co sobie w młodym dziewczęciu nadzwyczaj cenił. Dlatego był właśnie skłonny do przymknięcia oczu na to, czego był świadkiem, wierząc w dobre intencje kuzynki i ignorując niechęć do Anthony'ego. Były jednak pewne słowa, których mimo najszczerszych chęci i dozgonnego szacunku do Nephthys,  zignorować nie mógł. Gdzieś na krótką chwilę jego arogancki uśmiech znikł, by zastąpić go miała beznamiętna maska. I tylko w oczach, przez sekundę, dało się dostrzec przebłysk złości. Zaraz jednak zniknął, a może w ogóle go tam nie było?
A co ty wiesz o honorze rodu, Macmillan? Wytrzeźwiałeś już? — Zniżył głos o kilka tonów i choć wciąż wyprostowany jak struna, zbliżył się pół kroku do Anthony'ego. Nie dzieliła ich duża różnica wzrostu, a mimo to zdawać by się mogło, że Rameses patrzy na niego z góry, choć w jego spojrzeniu nie krył się nawet cień pogardy. Wbijało się intensywnie w czarodzieja, sugerując, że gdyby miał do czynienia z bazyliszkiem, to właśnie padłby trupem. Ta chwila powagi minęła jednak równie szybko, co się pojawiła i to już przy drugim pytaniu, które padło z jego ust. Na twarzy znowu pojawił się uśmiech, tym razem jednak wyjątkowo kpiący. Odsunął się, nagle rad, że ma zajęte ręce i nawet go nie świerzbi, żeby sięgać po różdżkę. Cokolwiek by się nie działo, nie zamierzał atakować pierwszy, nie uznając za aż tak ważne udowadniać czegokolwiek Macmillanowi. Bo i w jakim celu?





I tried to be someone
else but nothing seemed
to change
Powrót do góry Go down
Anthony Macmillan
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan#137153
Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
30
Szlachetna
Kawaler
Ти си сав мој бол
6
19
10
0
0
0
4
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   17.03.18 11:29

Czyli nie wiesz – podsumował. Wyjątkowo nieuprzejmie wszedł ze swoim wnioskiem pod koniec wypowiedzi Shafiqa. Macmillan może i przypadkiem, może i z premedytacją, może z zasady wyjątkowo bezczelnie nie pozwolił czarodziejowi na spokojne dokończenie zdania. W końcu… był Macmillanem, który kontynuując tradycję rodu nie przebierał w słowach. Był Macmillanem zdenerwowanym całym tym zajściem, a raczej spotkaniem kogoś takiego jak Rameses, z którym musiał kolejny raz w swoim życiu rozmawiać.
Na dodatek, był sfrustrowany, co spowodowane było faktem, że jego ojciec stał się jedną z wielu ofiar anomalii, choć na całe szczęście stracił „jedynie” całą pamięć. Co prawda, nie stracił jej z powodu Shafiqa, nie o to chodziło, ale to właśnie ten czarownik mógł być teraz idealnym obiektem do obwiniania. Był nieprzyjacielem, upokorzył go w przeszłości (w mniemaniu Anthony’ego) poprzez wygranie pojedynku. Tym łatwiej było mu osądzać i zrzucić winę na niego niż jakkolwiek zrozumieć zainteresowania przyjaciela i tak dalej. Zupełnie nie przejmował się słowami mężczyzny.
Czarownicy i niemagiczni cierpią, ale ty nie lubisz „taplać się w szlamie” – dodał, a właściwie wyrzucił z siebie wyjątkowo agresywnie. – Przecież musiałbyś włożyć w to zbyt wiele wysiłku – rzucił z wyjątkowo wyczuwalną pogardą. Miał dodać coś bardziej nieprzyjemnego, ale wtedy znowu spojrzał na Nephthys. Poczuł się na chwilę głupio. Nie chciał przecież, żeby kobieta, choćby i pochodząca z Shafiqów była świadkiem ich kłótni. Tym bardziej czuł się nieprzyjemnie, skoro nic mu nie zrobiła. Kto wie jak potoczyłaby się ich rozmowa, gdyby nie starszy Shafiq. Ten Shafiq. Najgorszy z Shafiqów. Wyczekiwał od niej jakiegokolwiek słowa, choćby jakieś sprzeciwu, oburzenia, ale nic takiego się nie wydarzyło. Milczała, była przerażająco cicho. Odetchnął głęboko, próbując się opanować. Znowu spojrzał na Ramesesa… przecież nie potrafił się w takiej sytuacji powstrzymać. Poczuł się tak, jak gdyby przeniósł się te kilka lat wstecz. Wbił wzrok niejako w górę, w twarz zbliżającego się do niego mężczyzny. Był czerwony ze złości.
Shafiq! – Podniósł głos. – Cofnij to! – zażądał natychmiast, zupełnie gotowy do wyciągnięcia swojej różdżki lub fizycznego zaatakowania czarodzieja, choćby miało się to ponownie źle dla niego skończyć.
Nie dało się jednak nie zgodzić z Ramesesem, co do tego, że Anthony swoim pijaństwem na pewno nie przynosił chluby rodowi, ani przed wyjazdem, ani w trakcie wyjazdu, ani teraz. To właśnie bolało najbardziej Macmillana. Prawda, której nie dało się zaprzeczyć. Przecież sam Anthony niemal codziennie wstydził się za siebie, tylko po to, żeby następnie zagłuszyć swoje sumienie kolejnym kieliszkiem Ognistej lub jakiegokolwiek innego alkoholu. Rozpaczał nad marami z przeszłości i nie chciał pozwolić im odejść, choć na trzeźwo był gotów natychmiast się z nimi pożegnać. Zupełnie tak, jak gdyby był winny wszystkiemu, co kiedykolwiek się mu przydarzyło… Teraz dodatkowo dochodziła sprawa ojca, do której próbował podejść niewzruszony. Jednak myśl o tym, że własny, ukochany ojciec nie pamięta go, że jedynym dowodem na ich powiązanie krwi są rysunki, zdjęcia, listy, opowieści matki i własne wspomnienia była przerażająca.
Kipiał ze złości i jedynie obecność Nephthys zapewniała mu minimalne, ale jednak jakiekolwiek opanowanie, nawet jeżeli i ona należała do tego przeklętego rodu. Ugryzł się w język przed wszelkimi obelgami, choć w myślach kłębiły mu się przeróżne obelgi w trzech językach, a tylko jeden język wyjątkowo trafnie pozwał mu wyrzucić z siebie najgorsze oszczerstwa. Miał ochotę dosłownie wybić ten uśmieszek z twarzy Ramesesa przy pomocy gołej pięści. Gdyby mężczyzna miał dodać jeszcze jedną obelgę, to był gotów przysiąść, że zaatakowałby go bez zawahania, choćby w obecności kobiety. Ręka wyjątkowo go „świerzbiła”. Zaciskał prawą dłoń, jak gdyby przygotowując się do uderzenia. Zaraz jednak rozluźniał uścisk i uwalniał palce, jak gdyby chcąc się uspokoić i odwieść od tak szalonego pomysłu jak szczeniacka bójka przy Pokątnej.




Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга  уздисати
Powrót do góry Go down
Rameses Shafiq
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5780-rameses-shafiq https://www.morsmordre.net/t5788-seth#136750 https://www.morsmordre.net/t5791-basnie-tysiaca-i-jednej-nocy#136755 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5792-rameses-shafiq#136756
Łamacz klątw
40
Szlachetna
Wdowiec
i will burn your world to
the ground
if you try to conquer
mine
16
13
0
0
1
5
7
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   17.03.18 23:17

Rameses jedynie westchnął, gdy Macmillan wpadł mu w słowo. Jak zwykle. Człowiek próbował być grzeczny, uprzejmy, powściągać emocje i niechęć; w zamian dostawał jedynie impertynenckiego Macmillana. Shafiqowi chyba było się łatwiej teraz pohamować nie tylko przez wzgląd na Neph, ale i fakt, że im większy spokój zachowywał, tym bardziej Anthony wydawał się irytować. Równie prawdopodobne było, że po prostu to on go bardziej prowokował.
Skoro jesteś taki błyskotliwy, to może mnie oświecisz? — Zasugerował, teraz już nie kłopocząc się nawet udawaniem, że jego ton nie brzmi lekceważąco. Naprawdę nie miał ochoty na wysłuchiwanie o cierpiących niemagicznych ani wyrzutów na temat jego pogardliwego podejścia do tychże. Tak jak Thony miał swoje powody, by ich bronić, tak Rameses miał ich prawo może nie nienawidzić, co zwyczajnie nie chcieć tutaj. Nie tyle w Anglii, bo tu nie rościł sobie żadnych praw. Raczej w magicznym świecie w ogóle. Nienawiść to mocne uczucie, wymagające wiele energii. Nienawidzić potrafił tylko siebie, za wydarzenia lat minionych. Osób pokroju Macmillana, mógł co najwyżej nie aprobować.
Akurat, że to czarownicy cierpią, również jemu było solą w oku. Jak dotąd wciąż nie udało mu się ustalić, czy aby zaginięcie jego brata nie wiąże się w jakiś sposób z anomaliami. Ciężko jednak powiedzieć, wszak zaginął na kilka miesięcy przed nimi, jak kamień w wodę. Bez słowa wyjaśnienia. Rameses nie był jeszcze skłonny nawet przez krótką chwilę założyć, że mógł napotkać na swojej drodze śmierć. Nie Amun.
Mylisz się. Taplać się w szlamie jest znacznie łatwiej, niż później z niego wyjść — odparł, bez cienia irytacji, choć pełen satysfakcji uśmiech zastąpiła śmiertelna powaga, jakby sugerował Macmillanowi, że powinien coś na ten temat wiedzieć. Cały czarodziejski świat powoli buntował się przed stanem rzeczy, do którego doprowadzono. Również w jego rodzinnych stronach coraz częściej słyszało się o ruchach antymugolskich. Mugole mieli tę paskudną tendencję do bezmyślnego niszczenia wszystkiego, czego dotkną. Gdyby istnienie czarodziejów wyszło na jaw, z pewnością chcieliby położyć na wszystkim, co do nich nie należy, swoje lepkie łapy. Shafiq chyba nawet chciałby, żeby spróbowali. Mieliby wówczas pretekst do nieco bardziej radykalnego działania.
Na tym etapie życia Shafiq powinien być już oswojony z widmem śmierci i lubił myśleć, że tak faktycznie jest. Naiwnie sądził, że przynajmniej przez jakiś czas od straty Safiyi nie przyjdzie mu stanąć przed kolejną utratą, która tak diametralnie odmieni jego życie. Dziesięć długich lat spokoju sprawiło, że na nowo zakiełkowało w nim fałszywe poczucie bezpieczeństwa. A zaginięcie Amuna było jak grom z jasnego nieba, nieoczekiwany. Wolałby już sam zniknąć bez śladu, niż patrzeć na szalejącą z niepokoju żonę i dzieci Amuna. Patrzeć na zmęczenie nie tak młodego już ojca, przerażenie matki. Rezygnację sióstr. I nie mógł zrobić nic. Zjeździł już w poszukiwaniach pół świata i nie odnalazł nawet najmniejszego śladu starszego brata.
Wcale nie różnili się tak bardzo, Rameses i Thony. Choć Shafiq nie topił smutków w kieliszku. Również szarpał się jednak z duchami przeszłości, wyrzucając sobie, że mógł coś zrobić inaczej, a to na pewno sprawiłoby, że Safiya wciąż by żyła. Najbardziej uderzało go, że wystarczyło wówczas jedynie przekręcić klucz w zamku i zabrać go ze sobą, a cała ta tragedia nie miałaby miejsca. Nie zrobił tego. Safiyi nie było, on został. Z krwią na rękach i wyrzutami sumienia, choć zaklinał się, że nie posiada tychże.
Prawda w oczy kole? — Zapytał, ożywiając się i unosząc brwi, udając wystudiowane zdumienie. Prawda była taka, że wcześniejszy gniew, którego promieniowanie odczuwał aż w opuszkach palców, zastąpiła satysfakcja. Dostrzegłszy, jak mężczyzna zaciska i rozluźnia pięść, podniósł na niego pustkę spojrzenia. Oczywistym stało się, że nie zamierza niczego cofać i przypuszczał, że czarodziej w głębi duszy dobrze o tym wie. Nie miał w zwyczaju przepraszać zbyt często, a tym bardziej przepraszać za prawdę.
W naszych stronach zwykło się mawiać „eilaj alghadab hu alsamt” — podjął po chwili, podkreślając dobitnie przynależność Nephthys do tego samego, znienawidzonego przez Macmillana rodu, co Rameses. Jakby ten pierwszy miał o tym z jakiejś przyczyny zapomnieć. Coś go drażniło w sposobie, w jaki Anthony od czasu do czasu patrzył na jego kuzynkę. — Co znaczy „lekarstwem na gniew jest milczenie”. Polecam, to dobra rada — dokończył. Zabębnił beztrosko palcami w donicę, spodziewając się teraz, że Macmillan to jego olśni filologiczną obelgą w języku, który słyszy pierwszy raz w życiu.





I tried to be someone
else but nothing seemed
to change
Powrót do góry Go down
Nephthys Shafiq
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5796-nephthys-shafiq#137060 https://www.morsmordre.net/t5820-amara#137531 https://www.morsmordre.net/t5822-zobacz-jak-cudownie-marniejemy#137534 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5821-nephthys-shafiq#137533
Alchemik, arystokratka
21
Szlachetna
Panna
all the secrets and
nobody else to tell
4
2
24
0
0
5
3
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   19.03.18 12:16

Nephthys od pewnego czasu jedynie przysłuchiwała się tej wymianie zdań, wyciągając z niej pewne wnioski. Miała jednak wrażenie, że jej ciche przyzwolenie na tę rozmowę, czyni sytuację jeszcze gorszą, niż była w istocie. Mogła zatem dalej puszczać wszystkie te przytyki, które kierowali wobec siebie mimo uszu, poczuła się jednak dość osobiście wciągnięta w dyskusję, gdy Rameses wspomniał o "ich" stronach. Istotnie to powiedzenie nie było jej obce, ale sądząc po dość gwałtownej reakcji Macmillana, było już chyba za późno na to, by się do niego zastosować. Nie zamierzała pozwolić na to, by doszło do rękoczynów, a jej wiara w zdrowy rozsądek obu panów trochę przygasła. Z tej dwójki to Rameses zdawał się tym bardziej opanowanym, za to zdecydowanie bardziej prowokującym i zaczęła podejrzewać, że to celowe zachowanie. Nie zamierzała oceniać tegoż, w końcu kuzyn zapewne wiedział, co robi, ale z niejaką nieufnością podchodziła do gwałtownej reakcji Anthony'ego. Nie zmieniła o nim zdania w żadnym razie, ale nie zamierzała też obserwować, jak dochodzi do pojedynku, tym bardziej w tak absurdalnym miejscu. Damy zdecydowanie nie wszczynały kłótni, ale jak sądziła, mogą je kończyć. Wystąpiła zatem krok do przodu, oddzielając obu mężczyzn od siebie.
- Myślę, że już wystarczy. Czas nas nagli. Ojciec prosił, bym wróciła do rezydencji przed siedemnastą - wtrąciła ze spokojem, zwracając się głównie do Ramesesa, znaczącym spojrzeniem chcąc mu zakomunikować, że to chyba dobry moment, by jednak stąd wyjść. Nie wiedziała, o co dokładnie się pokłócili te lata temu, bo zdawkowe naruszenie dobrego imienia ich rodu nic konkretnego jej wszak nie mówiło, ale coś jej podpowiadało, że Nestor nie uznałby tego za wystarczający powód do kłótni na środku Pokątnej. Dopóki cała ta rozmowa pozostawała rozmową, nie było w tym nic złego, ale ciężko było przewidzieć, jaki obrót przyjmą sprawy w niedługim czasie.
- Dziękuję za wierzbę, lordzie Macmillan. Z pewnością upiększy nasz ogród. Pokój z tobą - w odróżnieniu od ironicznego wydźwięku ich słów, jej zabrzmiały niemal w sposób obco przyziemny i uprzejmy. Powziętego raz przekonania o tym, że nie będzie traktowała czarodzieja inaczej tylko dlatego, że powinna, nie zamierzała porzucać. Tu nie chodziło o sympatię, czy jej brak, a zwykłe odpowiedzenie uprzejmością na uprzejmość. Wyciągnęła ręce do kuzyna, by podał jej donicę, ale niezależnie od tego, czy się na to zdecydował, ruszyła z gracją ku wyjściu ze sklepu, gdzie przystanęła jeszcze na chwilę, by spojrzeć na starszego Shafiqa i dać do zrozumienia, że czeka, aż do niej dołączy. Wiedziała, że zachowuje się w tej chwili w sposób ryzykowny; nie chciała, by odebrał jej zachowanie jako próbę podważenia jego autorytetu. Nic podobnego nie miała bowiem na myśli, po prostu postawiona w niekomfortowej dla niej sytuacji, nie chciała tkwić w niej bez możliwości wycofania się, jeśli zagalopują się w swoich słowach zbyt daleko.





شاهدني من فوق
Powrót do góry Go down
Anthony Macmillan
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan#137153
Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
30
Szlachetna
Kawaler
Ти си сав мој бол
6
19
10
0
0
0
4
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sklep zielarski Orchideous   19.03.18 19:05

Ja mam cię oświecać, lordzie Shafiq? – Zapytał oburzony. Wzajemnie podsycali w sobie agresję i złość, ale teraz to Anthony dał się złapać, całkowicie, w pułapkę nienawiści rodowej. Przez myśl przemknęło mu, że chyba Rameses nie oczekiwał, że on mu poda recepturę na wybawienie świata od tego, co wydarzyło się podczas jego nieobecności? Przecież nie on tutaj bawił się rozumieniem i łamaniem klątw! To brunet! Jeszcze bardziej rozwścieczył się z tego powodu, że przecież sam podał swoją niewiedzę na ten temat jak na tacy, na wyciągnięcie ręki!
Nie zamierzał jednak być na siłę złośliwy, ponieważ zwyczajnie tego nie potrafił. Druga sprawa, zdawał sobie sprawę z własnej niewiedzy. Nie tego go uczyła matka i ojciec, żeby na oczach wszystkich skakać sobie do gardeł jak gdyby był świnią taplającą się w błocie, brrr! Chciał być nieprzyjemny i niemiły, ale jednocześnie coś go od wewnątrz blokowało… może bardziej z zewnątrz? Znowu spojrzał na ciemnowłosą krewną czarownika i jedynie westchnął. Tak. To ona zdecydowanie go blokowała, jej obecność. Przecież nic złego mu nie zrobiła, była dość przyjemna, choć czepiała się słówek. Nic złego nie zrobiła, a Rameses był jej krewnym. Zacisnął zęby. Powiedziałby w tej jednej chwili wiele nieprzyjemnych rzeczy, ale nie mógł, a ta myśl zwyczajnie go pożerała.
Na kolejne słowa Shafiqia chciał już odpyskować, ale znowu spojrzał na Nephthys. Nie mógł w takiej sytuacji pozwolić sobie na to, żeby wybuchnąć gniewem, a właściwie czystą agresją. Chciałby, ale nie wypadało mu, żeby doszło do tego tutaj, w takim miejscu jak to. Mógł świeżo wrócić ze swojej wyprawy na Wschód, ale teraz był w Anglii – podobnymi słowami przypomniałaby mu o manierach matka. Poza tym głupio by było popadać w skrajną złość na oczach Nephthys, choć i tak już to zrobił. Tylko po co się w niej pogrążać? Rozluźnił w końcu pięść, próbując jak najbardziej odciągnąć od siebie chęć uderzenia Ramesesa prosto w szczękę. Był na skraju opanowania, ale nagle przypomniał sobie o innym przysłowie, które mogłoby stanowić odpowiedź i przytyk dla mężczyzny.
Tak samo jak „mowa jest srebrem, a milczenie złotem”? – zapytał. – Doradzanie wiąże się z wykorzystywaniem własnych porad, lordzie – niemalże wysyczał. Dodałby więcej, gdyby nie to, że ich sprzeczkę przerwała Nephthys.
Gdyby tylko mógł przyznać się przed samym sobą, że była wybawieniem, to zrobiłby to, ale w rzeczywistości czuł ogromny wstyd. Miał wrażenie, że zachował się jak małe dziecko, skoro uspokajać go miała kobieta i to z wrogiego rodu. Sam jednak zrozumiał, że zachował się co najmniej w ten sposób, skoro pozwolił na to, żeby sprowokował go – w jego przekonaniu – przedstawiciel wrogiego rodu. Wejrzał kolejny raz na, dotychczas, cichą lady Shafiq. Trochę zaskoczony tą niespodziewaną interwencją, trochę zainteresowany jej sposobem chwilowego zażegnania tego konfliktu. Musiał przyznać, że rozegrała to z gracją, choć sytuacja (i nie tylko) postawiła go na przegranej pozycji, ponieważ nie wiedział nawet jak odpowiedzieć na część obelg rzucanych przez Ramesesa. Kiwnął głową.
Przyjemność po mojej stronie, lady Shafiq – zdołał odpowiedzieć dopiero po chwili na jej podziękowanie. – Proszę tylko o opiekę nad nią – dodał już bezosobowo, wskazał całą dłonią we wspominaną wierzbę. Gdy tylko zauważył, że czarownica zbliża się do wyjścia, pochylił głowę, chcąc oddać szacunek czarownicy. Z tej dwójki tylko ona na niego zasługiwała. Nie miał zamiaru wyjść przed nimi.




Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга  уздисати
Powrót do góry Go down
 

Sklep zielarski Orchideous

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Sklep zielarski Orchideous
» Sklep Odzieżowy
» Sklep z bronią "Trebusz"
» Sklep Warzywny
» Sklep Płatnerski

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18