Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Fish & Chips

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Fish & Chips   06.03.16 2:45

First topic message reminder :

Fish & Chips

Najlepsze ryby z frytkami w całym Londynie. Znajdująca się na brzegu magicznej części Dzielnicy Portowej, niedaleko doków niepozorna budka jest przyczyną olbrzymi kolejek, w których Londyńczycy wytrwale stoją po ten w prawdzie niezbyt zdrowy, ale też tani przysmak. Prowadzona przez charłaka jest miejscem odwiedzin mugoli jak i czarodziejów, którzy liczyć mogą na ukryte krzesełka. A raczej metalowe taborety i stoliki na stałe przytwierdzone do ziemi. Mugole jednak nie mogą liczyć na podobny luksus, zmuszeni jeść na stojąco najczęściej zajmują miejsce na chodniku, gdy tymczasem czarodzieje delektują się rybą ukryci za budką, w spokoju mogąc prowadzić dysputy o sprawach bieżących jak i nie muszą obawiać się łamaniem Kodeksu Tajności. Charłak prowadzący budkę troszczy się o wszystkich swoich klientów, dlatego równie chętnie przyjmuje funty co galeony.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
15
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Fish & Chips   17.12.17 19:30

Budka charłaka na szczęście oferowała dorodnego, świeżo złowionego - przynajmniej według zapewnień mężczyzny za ladą - dorsza, dlatego Ben odebrał podwójną porcję, wzbogaconą kopiastą porcją frytek. Nie musiał czekać długo, wkrótce w jego dwóch dłoniach pojawiły się ciężkie od zdrowego jedzenia talerze a on sam mógł zgrabnie podążyć do stolika zajętego przez Poppy, dbając o to, by nie potrącić po drodze żadnego zasiadającego obok czarodzieja. Udało mu się przejść tor przeszkód, zasiadł więc naprzeciwko Pomfrey z westchnieniem ulgi, przesuwając w jej stronę wielgachny talerz, zawierający porcję gotową zadowolić półolbrzyma - a co dopiero drobną pielęgniarkę.
- Wyśmienite, zapewniam cię - zaanonsował tłusty przysmak Benjamin, wykorzystując zębiska do zdjęcia z palców wełnianych rękawiczek. Upchnął je w kieszeniach - z trudem, bowiem trzymał tam tysiące przydasiów, od zapałek przez różdżkę na nie pierwszej świeżości kanapce skończywszy - po czym wygodniej rozsiadł się na krześle, które aż zaskrzypiało pod jego ciężarem. - Jeszcze raz dziękuję. Wiem, że nie przywykłaś do aż tak skomplikowanych obrażeń, ale jak na byle pielęgniarkę poradziłaś sobie całkiem nieźle - podsumował w swoim niefrasobliwym stylu, posyłając brunetce szeroki uśmiech. Przesunął dość brudne widelce w stronę kobiety, samemu od razu zabierając się za dorsza w grubej, przypalonej panierce. - Bo wiesz, w Hogwarcie to tam za wiele uzdrowicielstwa nie liżniesz...jakieś przeziębienia czy inne pospólstwa, to nic skomplikowanego, pewnie nawet ja potrafiłbym to wyleczyć a książkę do anatomii miałem w rękach ostatni raz kilka lat temu, podczas smoczych podróży - tu zrobił dziwny gest ręką, wyrażający, jak niewiele dzieje się w skrzydle szpitalnym. Oczywiście chciał dobrze, pokazując, że Poppy nadaje się do znacznie poważniejszych spraw, mogących przynieść prawdziwą ulgę w cierpieniu bądź ozdrowić naprawdę chorych ludzi, ale przekazywał to na swój, mało retoryczny sposób, ubierając łagodne słowa w dość nieprzyjemnie brzmiącą obrazę. Pozostawał nieświadomy swego faux pas, głośno pochłaniając kolejne kęsy dorsza. Po sekundzie zakaszlał gwałtownie, zamachał dziwnie dłońmi i wypluł na talerzyk wielką ość. Gardło zapiekło go boleśnie, prawie tak mocno jak poparzone plecy, ale nie poskarżył się w żaden sposób, spoglądając prosto w dziwnie duże oczy Poppy. - Fryteczkę? - zaproponował, podnosząc w dwóch palcach ociekającą tłuszczem cząstkę ziemniaka i kierując ją w stronę i tak przepełnionego talerza Pomfrey. Zasłużyła na pokaźny lunch, zwłaszcza po dramatycznym wyrwaniu ze snu w lichej koszulinie. Myśli Wrighta zboczyły na rejon ujętej w bieliznę brunetki i na dłuższą chwilę jego brodata twarz stężała w wyrazie pewnej zafascynowanej konsternacji. Otrząsnął się z niej jednak szybko, machając głową i ponownie szczerząc usta w uśmiechu, prezentując tym samym trochę ryby, która utkwiła mu między jedynkami.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Poppy Pomfrey
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t4756-poppy-pomfrey#101735 https://www.morsmordre.net/t4768-listy-do-poppy#102037 https://www.morsmordre.net/t4767-siostra-poppy#101999 https://www.morsmordre.net/f322-woodbourne-avenue-13-7 https://www.morsmordre.net/t4784-poppy-pomfrey#102285
pielęgniarka w Hogwarcie
25 lat
Półkrwi
Panna

hope
is the only thing
stronger than fear

1
0
9
35
0
0
5
0
Czarownica
 Rozważna i romantyczna

PisanieTemat: Re: Fish & Chips   17.12.17 21:03

Czekając przy stoliku żałowała, że nie powiedziała, by poprosił o dwie butelki coca-coli. Budkę tę prowadził charłak, nierzadko bywali tu także mugole, powinien więc mieć ów specyficzny napój z bąbelkami. Nie była pewna, czy Ben go zna, ona sama wiedziała co nieco o mugolskim świecie i gdy odwiedzała mugolską część swojej rodziny czasami pijała ten czarny napój. Głupio było tak jednak krzyczeć przy wszystkich, więc zaczekała grzecznie przy stoliku, a gdy przyniósł talerze, zrobiła wielkie oczy. Taka wielka porcja starczyłby jej spokojnie na trzy obiady. Nie sądziła, by dała radę w siebie wcisnąć choćby połowę. Ryba w złocistej panierce i chrupiące frytki wyglądały jednak znakomicie.
-Dziękuję, Ben - uśmiechnęła się do niego ciepło, biorąc do ręki widelec i od razu ukrajała kawałek ryby. Śmierdziało tu przypalonym olejem i nie było zbyt ekskluzywnie, lecz dorsz smakował naprawdę dobrze. Wzięła w palce kilka frytek.
Wiem, że nie przywykłaś do aż tak skomplikowanych obrażeń, ale jak na byle pielęgniarkę poradziłaś sobie całkiem nieźle
-Och.
Tylko tyle wyrwało się z jej ust, tuż przed tym jak złapała haust powietrza jak taki dorsz wyrzucony na brzeg, a złota, chrupiąca frytka wypadła z jej palców. Spadła na dekolt, brudząc przy tym brązowy płaszcz sosem pomidorowym.
-Byle pielęgniarkę - powtórzyła głucho.
Znieruchomiała, trwała w bezruchu, z lekko uchylonymi ustami, jakby chciała powiedzieć coś więcej i wielkimi oczyma, w których czaił się smutek i wyrzut, ze spojrzeniem utkwionym w twarzy Bena. On myślał o Poppy w koszuli nocnej (która swoją drogą była bardzo skromna, oczywiście w odpowiednim tego słowa znaczeniu, do kostek, ze stójką pod szyję i z długimi rękami, uszyta z grubego materiału), a ona zastanawiała się dlaczego powiedział to, co powiedział.
O wyborze ścieżki uzdrowiciela myślała jeszcze przed piątym rokiem nauki, kiedy to udzielano porad zawodowych. Nie brylowała na lekcjach eliksirów i uroków, jednakże przykładała się doń mocniej, wkładała w swe oceny bardzo dużo ciężkiej pracy. Nie była tytanem intelektu, nie wszystko przychodziło jak z płatka, lecz była na tyle pracowita, by nie mieć zmartwień na punkcie swoich ocen. Opiekun Hufflepuffu chciał, by Poppy poważnie rozważyła tę drogę, a ona była pewna, że to słuszny wybór. Chciała pomagać innym, chciała przynosić ukojenie w bólu, wciąż przed oczami miała udręczonego bólami związanymi ze zbliżającą się pełnią Charliego, sądziła, że jako uzdrowicielka odnajdzie sposób, by go uzdrowić. Charlie jednak zginął z rąk łowców wilkołaków, a Poppy wypełniała pustkę, którą po sobie zostawił pomocą niesioną innym. Nie mogła marnować czasu, nie chciałby tego. Zarówno na kursie uzdrowicielskim, jak i podczas stażu błyszczała, tu objawił się jej talent i dar, opanowała skomplikowane zaklęcia lecznice prędzej niż inni, z pamięci recytowała wszystkie koci dłoni, czy śródstopia. Zaproponowano pracę w Mungu, jednakże krótko po jej podjęciu - rzuciła ją.
Kiedy tylko pojawiła się oferta pracy w Hogwarcie na stanowisku pielęgniarki, nie wahała się. Grindewald trzymał uczniów pod swoim butem, terroryzował ich, mało kto wiedział, co tak naprawdę się tam działo i choć Poppy lękała się okrutnie - zatrudniła się tam, wkroczyła do jaskini lwa z uniesioną różdżką, gotowa służyć uczniom nawet przy błahym przeziębieniu. Dbała o nich jak tylko mogła i obserwowała dyrektora, wierząc, że może pewnego dnia przyda się to Zakonowi Feniksa. Grindewald zniknął, Hogwart, uczniowie i grono pedagogiczne odetchnęło z ulgą, lecz Poppy nie zamierzała odchodzić. Pani Findley potrzebowała jej pomocy, uczniowie także - skutki zaburzeń magicznych nie omijały nikogo.
Lubiła wierzyć, że praca z dziećmi ma większe znaczenie. Wierzyła, że jej przyjaciele to wiedzą, że nie myślą o niej źle przez pozorne, gorsze stanowisko pracy. Ben uświadomił Poppy jednak co o niej myśli.
Byle pielęgniarka. Nawet ja potrafiłbym to wyleczyć.
-To czemu tego nie zrobiłeś, Benjaminie? Skoro to takie proste, nie potrzebujesz BYLE PIELĘGNIARKI - wydusiła z siebie w końcu, próbując opanować drżenie głosu. Była oburzona, zła i przeraźliwie smutna jednocześnie, nie potrafiła kłamać, doskonale słyszalne były to nuty w jej tonie.
Pytanie o fryteczkę puściła w niepamięć.





I aim to be lionhearted, but my hands still shake and my voice isn't quite loud enough


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
15
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Fish & Chips   17.12.17 21:30

Uśmiech Poppy bez wątpienia potrafił rozjaśnić najciemniejsze mroki. Benjamin bezwiednie go odwzajemnił, naprawdę ciesząc się z towarzystwa uroczej brunetki. Nie dość, że uratowała go z nagłych tarapatów, lecząc poparzone plecy, to jeszcze przyjęła zaproszenie na lunch. Sam zapewne nie wybrałby się do Fish & Chips, uznając to za zbytek finansowy i przesadną burżuazję - wolał robić własne kompozycje kanapkowe lub, ewentualnie, jadać w rezerwatowej stołówce, która nie cieszyła się najlepszą sławą - a dzięki Pomfrey miał najmilszą wymówkę, pozwalającą mu skosztować wybitnej ryby. Widelczyk zagłębiał się w białym mięsie a panierka przyjemnie chrzęściła pod nożem; żyć nie umierać, Wright poczuł, jak wracają mu siły. Skupił się na konsumpcji, nie zauważając nagłej bladości Poppy, następnie zastąpionej niezdrowym rumieńcem. Dopiero po chwili uniósł wzrok znad rozbebeszonej ryby, łypiąc na brunetkę dość przychylnie. - No, pielęgniarkę, chyba tym się zajmujesz, co? Nie awansowałaś na uzdrowicielkę ani ordynatorkę, co nie? - zagadnął beztrosko, lecz w kontekście poprzedniej wypowiedzi brzmiało to jak pierwszej wody kpina, podkreślona jeszcze rubasznym chichocikiem, wydobywającym się spomiędzy tłustych warg Benjamina. Jeszcze nie wyczuwał, że zrobił coś nie tak; plótł lekkomyślnie trzy po trzy, bardziej skupiony na wyśmienitym daniu głównym niż na swej towarzyszce. Dopiero, gdy zaspokoił pierwszy głód, zaczął bardziej kontaktować z rzeczywistością. Wyprostował się, poprawił szalik, który zdążył już zamoczyć się w pachnącym rybą sosie, i spojrzał śmiało na Poppy - Poppy z dziwną miną, wzbudzającą jednak raczej wesołość niż konsternację. - No bo myślałem, że się nudzisz. Nie masz chyba zbyt wielu zajęć. Oprócz katarków i kaszelków - odparł prostolinijnie, spoglądając w wielkie ślepia Poppy, szczerze i wesoło...przynajmniej dopóki nie zaczął odbierać od niej dość negatywnych fal. Zmarszczył krzaczaste brwi, próbując pojąc, co się właściwie wydarzyło i dlatego Pomfrey tak zbladła, będąc prawie tak białą jak jej niezwykle fascynująca śnieżnobiała koszula nocna. Początkowo nic nie przyszło mu do głowy; może zdenerwował ją niespodziewanym najściem o świcie, może naruszył mir domowy błocąc w sypialni, może nie przepadała za rybami i frytkami...ale przecież Benjamin nie był aż tak głupi i po bardzo długim pomyślunku zdołał wyłuskać prawdziwy powód wysokiego głosu Poppy. Wytrzeszczył oczy i zakaszlał, połykając przedostatni kęs ryby razem z śmiercionośnymi ośćmi. - Eee to nie tak miało zabrzmieć, Poppy - wykaszlał dramatycznie, próbując uratować sytuację, chociaż przez podniesiony duszeniem głos zabrzmiał niechcący prześmiewczo i krytykująco. Co za pechowy, psidwakosyński dzień.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Poppy Pomfrey
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t4756-poppy-pomfrey#101735 https://www.morsmordre.net/t4768-listy-do-poppy#102037 https://www.morsmordre.net/t4767-siostra-poppy#101999 https://www.morsmordre.net/f322-woodbourne-avenue-13-7 https://www.morsmordre.net/t4784-poppy-pomfrey#102285
pielęgniarka w Hogwarcie
25 lat
Półkrwi
Panna

hope
is the only thing
stronger than fear

1
0
9
35
0
0
5
0
Czarownica
 Rozważna i romantyczna

PisanieTemat: Re: Fish & Chips   17.12.17 21:52

Z natury panna Pomfrey była bardzo skromna, a oszczędności nauczyła ją ciotka. Nie wywodziła się z bogatej rodziny, u ciotki także się nie przelewało, nigdy nie głodowali, mieli co do garnka włożyć, jednakże ciotka była trochę sknerą - po prostu. Stołowanie się w restauracjach i innych punktach gastronomicznych Poppy uważała za zbędny wydatek, choć czasami musiała - bo wciąż nie nauczyła się dopiero gotować. Była w trakcie kursu u swej przyjaciółki, Sally Moore, więc pomimo początkowej niechęci (nie chciała, by wydawał na nią swoje ciężko zarobione pieniądze) pomyślała, że to może nawet lepiej - przynajmniej znowu nie zaliczy przed nim wpadki tak jak wtedy, gdy poprosił ją o pomoc z eliksirem. Dotąd rumieniła się na samą myśl.
Lubiła ryby, więc nie miała mu za złe, że wybrał akurat to miejsce. Ryby smakowały jej domem i były bardzo zdrowe. Może pływające w tłuszczu frytki już mniej, lecz mały grzeszek raz na jakiś czas nie zaszkodzi. Naprawdę poczuła się głodna, gdy poczuła zapach przyniesionego przez Wrighta dania - lecz apetyt całkowicie Poppy minął, gdy Ben mówił dalej. Nie jadła śniadania, lecz na jej żołądki zacisnęła się żelazna pięść przykrości.
-Cały czas jestem uzdrowicielką, ta posada tak się po prostu nazywa - odparła Poppy przez zaciśnięte zęby.
Była kobietą skromną. Nie pragnęła zaszczytów i prestiżu, nie potrzebowała poklasku i komplementów, płynących zewsząd. Nie czuła się ani gotowa, ani nie czuła potrzeby zostawania ordynatorką oddziału. Była na to zbyt młoda i w swoim mniemaniu - wciąż umiała za mało. Nie lubiła się przechwalać, nie zwykła nawet komplementować samej siebie, lecz była pewna swych umiejętności i nie miała zamiaru dać się obrażać.
Nie sądziła, że akurat z jego ust padną takie słowa. Miała Benjamina za dobrego człowieka, naprawdę. Był specyficzny, lecz kochany - przynajmniej dotychczas taki był. Może po prostu wcześniej nie mówił jej prawdy z uprzejmości, a dopiero teraz mu się wymknęło to, co naprawdę myśli?
-Myślisz, że się nudziłam, kiedy Grindelwald wszystkich terroryzował? - spytała dramatycznie, lecz cicho, by nie przyciągać do siebie uwagi innych. Odłożyła widelec, a prawą dłoń położyła na sercu, jakby poczuła w ból w jego okolicach -Nie tylko ty się narażałeś, Ben. Nie leczyłam tylko katarków i kaszelków. Starałam się jak mogłam, by chronić te dzieci pod jego nosem. To dla NAS - dla Zakonu -podjęłam tę pracę.
Nie chciała, by jej za to dziękował, od nikogo tego nie oczekiwała. Ani podziękowań, ani poklasku. Sądziła jednak, ze zasługuje na niejaki szacunek.
-Wyobraź sobie, że ostatnio jeden Gryfon pozbawił drugiego kości w ręce, wiesz przez co? PRZEZ ANOMALIE, bo Hogwartu te tragedie nie omijają, a ktoś musi o uczniów dbać! Nawet taka BYLE PIELĘGNIARKA jak ja.
Obsypane piegami policzki Poppy stały się czerwone jak dorodne buraki. Nie pamiętała kiedy ktoś uczynił jej taką przykrość. Wstyd i żal, które czuła, paliły podwójnie, ostro i boleśnie, bo te obelgi padły z ust człowieka, którego miała za przyjaciela. Może nie byli ze sobą blisko, lecz myślała, że darzą się wzajemnie szczerą sympatią.
-A jak miało zabrzmieć? - spytała, powstrzymując cisnące się do oczu łzy -Po prostu powiedziałeś co naprawdę o mnie myślisz, tak?





I aim to be lionhearted, but my hands still shake and my voice isn't quite loud enough


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
15
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Fish & Chips   17.12.17 22:17

- Tak się nazywa, faktycznie, no, to czemu nie nazywają cię po prostu uzdrowicielką? - powtórzył niezbyt zgrabnie, mamrocząc z otwartymi ustami, pełnymi ostatniego kęsa ryby. Był zmęczony i zdezorientowany: jedynie to mógł obarczyć winą za obraźliwe herezje, które własnie wyprawiał, obrażając jedną z najzdolniejszych magomedyczek Zakonu Feniksa. Plótł co mu ślina na język przyniosła, a zabierała ze sobą same głupoty, które w chwili większego skupienia bez problemu zneutralizowałby typową dla Benjamina czułością. Niestety, było już za późno. Głośno przełknął ostatni kawałek ryby, wybałuszając oczy na porcję Poppy, absolutnie nietkniętą. Dopiero to zmusiło go do głębszego zastanowienia się nad słowami dziewczęcia i reakcją na własną wypowiedź. Z pozoru niegroźną, ale im dłużej głowił się nad przyczyną jedzeniowej wstrzemięźliwości Pomfrey, tym jaśniejszym stawał się fakt, że zachował się nieodpowiednio, obrażając uzdrowicielkę. Pojął to w pełni dopiero w momencie, w którym głos brunetki przybrał na sile - i drobnej piskliwości - poruszając wrażliwe struny, grające na postaci Gellerta Grindelwalda. Benjamin zatrzymał się w pół ruchu, zamierając z jednorazową, szarą serwetką przyciśniętą do brody, a wytrzeszczone na Poppy oczy stały się jeszcze większe, prawie wypadając z orbit.
- Co... - zaczął niemrawo, próbując połączyć fakty. Bezskutecznie, jedynie spiął się cały, w oczekiwaniu na dalsze ostre słowa Poppy. Wyraźnie poruszonej; widział jej zmarszczone oczy, drżące, pełne wargi, blade policzki i dłonie, nie rozluźnione a spięte. Śledził spojrzeniem każdy najmniejszy gest i drgnięcie mimiki kobiety, coraz wyraźniej uświadamiając sobie, że znalazł się w dość niekomfortowej sytuacji. Wywołanej własną głupotą i brakiem pomyślunku. Kaszlnął po raz trzeci, tym razem ostatni, prostując się na lichym, zardzewiałym krzesełku, które ponownie jęknęło dramatycznie pod jego ciężarem. - Ja...nie to miałem na myśli, ja doceniam twoje poświęcenie i to, co robisz dla...dla naszej sprawy - próbował wejść Poppy w słowo, lecz robił to zbyt delikatnie i kobieta mówiła dalej, obarczając go jeszcze wyraźniejszymi wyrzutami sumienia. Kruca bomba. Naprawdę zawalił sprawę. Zgarbił się i wręcz zmalał, barczyste ramiona wygięły się w łyk a Benjamin spoglądał ciepłymi, orzechowymi oczami wprost na poruszoną Pomfrey, starając się wyglądać najmniej inwazyjnie. - Ja...naprawdę, to nie o to chodziło, nie umniejszam twoich dokonań, po prostu... - kontynuował niezgrabnie, zacinając się na końcówce tej wypowiedzi. Po prostu co? Po prostu znów pokazał się od głupiej, nieczułej strony? Po prostu znów wykazał się skrajną głupotą, raniącą bliską mu osobę? - Nie myślę tak. Działanie blisko Geller...to znaczy tego paskudnego parszywca wymagało wiele odwagi i doceniam to, naprawdę - powiedział szybko i dziwnie wysokim tonem, patrząc na Poppy niczym wystraszona sarenka, zaklęta nagle w cielsku prymitywnego trolla, obrażającego niewybrednie niewinną kobietę.




Make my messes matter, make this chaos count.


Ostatnio zmieniony przez Benjamin Wright dnia 26.12.17 13:35, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Poppy Pomfrey
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t4756-poppy-pomfrey#101735 https://www.morsmordre.net/t4768-listy-do-poppy#102037 https://www.morsmordre.net/t4767-siostra-poppy#101999 https://www.morsmordre.net/f322-woodbourne-avenue-13-7 https://www.morsmordre.net/t4784-poppy-pomfrey#102285
pielęgniarka w Hogwarcie
25 lat
Półkrwi
Panna

hope
is the only thing
stronger than fear

1
0
9
35
0
0
5
0
Czarownica
 Rozważna i romantyczna

PisanieTemat: Re: Fish & Chips   26.12.17 10:32

Ryba pachniała naprawdę rozkosznie, podobnie jak i złociste frytki, danie aż się prosiło, by zachwycić się jego prostotą i niepozornością - kto by pomyślał, ze można zjeść coś tak dobrego w portowej budzie, gdzie nieco trąci smrodem? Poppy jednak dalej ani ryby, ani frytek wciąż nie tknęła, bo przykrość ścisnęła ją za gardło.
Nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie dlaczego w skrzydle szpitalnym pracuje pielęgniarka, a nie uzdrowicielka, którą panna Pomfrey była z wykształcenia. Najpewniej z przyczyny uczniów, którzy zazwyczaj przychodzili do niej z niegroźnymi problemami, a jej rola rzeczywiście ograniczała się do leczenia katarów, gorączek i połamanych rąk, choć zdarzały się wypadki niebezpieczne. Dzieci miały mniej okazji, by uczynić sobie krzywdę niż bezmyślni dorośli, bo nauczyciele myśleli za nich. W każdym bądź razie - różnica tkwiła wyłącznie w nazewnictwie.
Spuściła spojrzenie zawstydzona nagle własną pychą. Nie powinna była się tak unosić, absolutnie. Owszem, słowa Benjamina ubodły ją głęboko, lecz mogła zachować to dla siebie - kolejne jego wypowiedzi świadczyły jasno o tym na jaką kobietę właśnie wyszła. Pyszną, ze zbyt wielkim mniemaniem o sobie, nieskromną. Za to było Poppy wstyd, bo nigdy się taka nie czuła. Nie potrzebowała oklasków, podziękowań za swoje poświęcenie i uznania dla własnych dokonań. Nie była sierotą (w metaforycznym słowa tego znaczeniu, bo dosłownie jak najbardziej), by dać sobą pomiatać, oczekiwała szacunku do swojej osoby i pracy: a pierwsze słowa Wrighta zabrzmiały po protu wyjątkowo nieprzyjemnie. Paskudnie. Mogła wszak odesłać go do szpitala św. Munga, wyczekałby tam w długiej kolejce, aż zająłby się nim jaki uzdrowiciel i może by się nauczył. Odkąd tylko dołączyła do Zakonu Feniksa była na każde zawołanie kogokolwiek; gdzie jej potrzebowali, tam przybywała, obojętnie o jakiej porze dnia i nocy, dlatego zrobiło się Poppy, że w zamian otrzymuje obelgę, prześmiewcze docinki i nieprzyjemne komentarze.
Obsypane konstelacjami piegów policzki Poppy spąsowiały jeszcze mocniej, o ile to w ogóle możliwe, była na twarzy już niemal bordowa, tak zawstydziła się zarówno własną reakcją, jak i tym co mówił Benjamin.
-Dobrze wiesz, że nie nigdy nie chcę żadnych podziękowań, ani uznania - bąknęła Poppy. Miała ochotę podziękować za obiad, którego ostatecznie nie zjadła, wstać i wyjść, by nie pogrążali się oboje coraz bardziej w tej patowej sytuacji, lecz coś w spojrzeniu Benjamina zmusiło Poppy, by pozostała na miejscu. Nagły, wysoki ton w głosie dorosłego, silnego czarodzieja sprawił, że na niego spojrzała i twarz jej złagodniała.
Może rzeczywiście źle to odebrała, może Benjamin nie ujął w słowa myśli odpowiednio.
-No dobrze, już dobrze - powiedziała już łagodnie, próbując się blado uśmiechnąć. Ujęła w dłoń widelec i zaczęła grzebać w frytkach -Uniosłam się, przepraszam - dodała prędko, by nie myślał sobie jakie to wielkie mniemanie ma o sobie ta Poppy Pomfrey.





I aim to be lionhearted, but my hands still shake and my voice isn't quite loud enough


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
15
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Fish & Chips   26.12.17 13:56

Zgrabne poruszanie się w składzie porcelany czyichś uczuć nie było dla Benjamina łatwe. Fizyczne gabaryty przekładały się na niezgrabność w relacjach, uwypuklając tragiczny brak umiejętności prowadzenia dyskusji oraz unikania nieporozumień. W męskim towarzystwie nie było to aż tak kompromitujące i brzemienne w przykrych skutkach, ewentualne niesnaski rozwiązywało się pięścią lub w sposób siłowy, nie dopuszczając do eskalacji konfliktu, jednakże z przedstawicielkami płci pięknej szło Wrightowi znacznie gorzej. Były znacznie wrażliwsze oraz wzbudzały w Benie uczucia opiekuńcze, wymagał więc wobec siebie znacznie więcej. I, jak zwykle, wychodziło mu to dość marnie, czego dowodem było okrutne faux pas popełnione tego mroźnego popołudnia.
- Yyy...Poppy - próbował jeszcze ratować sytuację swoją elokwencją, lecz cały trud poszedł na marne. Do tej pory blada z przejęcia twarz brunetki pokryła się rumieńcem, owszem, dodającym jej uroku i podkreślającym lśniące oczy, ale sugerującym, że dotknął pielęgniarkę do żywego. Zamilkł na dłuższą chwilę, łącząc fakty w obraz jawnego okrucieństwa, którym się wykazał, tak umniejszając jej zasługi. Gdyby nie trzymał w ręku brudnej, zatłuszczonej od frytek serwetki, pewnie walnąłby się w czoło, w nadziei, że uderzenie pomoże w pracy mózgu. Znowu, znowu to zrobił, skrzywdził kogoś - nieświadomie, ale to nie było istotne, zranił, uprzykrzył dzień, dotknął we wrażliwe miejsce. Kąciki ust Jaimiego opadły, ginąc w gęstej brodzie. - Nie, nie, nie, to nie tak, Poppy, ja po prostu... - kontynuował brnięcie w nieskładny bełkot, mnąc w dłoni serwetkę, którą finalnie rzucił na stolik, by przechylić się przez niego i uchwycić chłodną dłoń kobiety w swoją: brudną, lepką i szorstką od odcisków palców. - Jesteś doskonałą piguł...uzdrowicielką. Po prostu...uważam, że masz większe ambicje i że nadajesz się do pracy w szpitalu a nie wśród kichających szkrabów - mówił szybko i w niezwykłym przejęciu, starając się uspokoić panienkę Pomfrey, naprawiając swój haniebny błąd. - No, to komplement, prawda? - dodał na jednym wydechu, desperacko doszukując się w wielkich oczach brunetki potwierdzenia. O to mu chodziło, o to, że ją doceniał, że szanował uzdrowicielskie zdolności, o których sile przekonał się - dosłownie - na własnej skórze. Wiele Poppy zawdzięczali, zarówno on sam jak i cały Zakon Feniksa. Nie mógł jednak wywlec tego tematu na światło dzienne w tym miejscu, pozostało mu jedynie ściskanie drobnej dłoni i serwowanie Pomfrey swojego gwiazdorskiego uśmiechu: połączonego z miną psidwaka, przerażonego nasiusianiem na buty właściciela. Metaforycznie widział siebie, próbującego wynieść je gdzieś i ukryć, ale cóż, wątpliwy aromat pozostał. - Nie masz za co przepraszać, to ja przepraszam...wiesz, czasem coś palnę głupiego, zdarza mi się momentami nie myśleć - zaprzeczył, drugą dłonią nerwowo przejeżdżając po poskręcanej, skołtunionej fryzurze, aż ciemne loki opadły mu na krzaczaste brwi. Nieco niwelując hipnotyzujące działanie przepraszającego spojrzenia, błagającego o wybaczenie.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Poppy Pomfrey
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t4756-poppy-pomfrey#101735 https://www.morsmordre.net/t4768-listy-do-poppy#102037 https://www.morsmordre.net/t4767-siostra-poppy#101999 https://www.morsmordre.net/f322-woodbourne-avenue-13-7 https://www.morsmordre.net/t4784-poppy-pomfrey#102285
pielęgniarka w Hogwarcie
25 lat
Półkrwi
Panna

hope
is the only thing
stronger than fear

1
0
9
35
0
0
5
0
Czarownica
 Rozważna i romantyczna

PisanieTemat: Re: Fish & Chips   28.12.17 22:51

Jesteś doskonałą piguł...
Doskonale wiedziała co chciał powiedzieć, lecz w porę się powstrzymał; z jego ust miała paść piguła, niezbyt pochlebne określenie szkolnej pielęgniarki, które zazwyczaj płynęło z uczniowskich ust, mających skłonność do niezbyt kulturalnego wyrażania się. Ben miał natomiast ponad trzydzieści lat, był dorosłym i dojrzałym mężczyzną - a przynajmniej w teorii, bo w jego oczach dostrzegała teraz chłopca. Prychnęła śmiechem, wypuszczając przy tym z ust powietrze, raczej rozbawiona, niż obrażona.
Benjamin wydawał się tak przejęty, zmartwiony i pokorny, że nie potrafiła uwierzyć, że jego przeprosiny nie są szczerze; dała się przekonać dość prędko, widziała w jego oczach smutek i serce w ten smutek i pokorę uwierzyło. Panna Pomfrey najpewniej bywała zbyt naiwna, lecz chciała wierzyć, że ludzie tak naprawdę mają w sercu dobro; no bo jeśli nie sam Gwardzista Zakonu Feniksa, to kto? Prędko stwierdziła, że głupia była, reagując tak pochopnie i szybko dając wiarę w to, że Benjamin myśli o niej aż tak źle.
-W pewnym sensie tak, oczywiście - przytaknęła potulnie, nie chcąc wpędzać go w kolejne poczucie winy, widziała malującą się na tej prostej, dobrodusznej twarzy udrękę, nie miała na to serca. -Dobrze, już dobrze, Ben, naprawdę rozumiem. Nie gniewam się. Po prostu zrobiło mi się trochę przykro, ale to nieporozumienie - kontynuowała łagodnie. Wyciągnęła swoją dłoń i poklepała nią wielką, jakby wyciosaną z dębu łapę Benjamina, dwukrotnie większą od jej drobnej rączki; najpewniej mógłby ją jej zmiażdżyć, gdyby zechciał -Sam wiesz dlaczego podjęłam pracę w Hogwarcie. Polubiłam te dzieci i panią Findley, a poza tym: nie wiesz jaka to zaleta, że wciąż jej asystuję. Nie muszę być tam na okrągło obecna, więc kiedy mnie tylko potrzebujecie - wy, my, Zakon Fenika -mogę przybyć na miejsc bez zbędnej zwłoki. To chyba teraz najważniejsze, prawda? Ważniejsze od kariery i pieniędzy, które nie są mi do szczęścia potrzebne.
Jedzenie na talerzu ostygło już nieco, lecz nie szkodzi. Przypomniała sobie, że jednak jest głodna, więc nabiła na widelec dwie frytki i wsunęła je do ust.
-Przeprosiny przyjęte, Ben. Zapomnijmy już o tym, dobrze? Następnym razem... Ach, no naprawdę nieważne. Jedzmy, bo to jest naprawdę dobre!
Nie pozwoliła już Wrightwi dojść do słowa, wciąż przepraszać i drążyć tematu; mieli miło spędzić czas, nim znów się pożegnają.

| zt x 2





I aim to be lionhearted, but my hands still shake and my voice isn't quite loud enough


Powrót do góry Go down
Robin Hawthorne
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5744-robin-hawthorne https://www.morsmordre.net/t5766-paracelsus#136059 https://www.morsmordre.net/t5767-alchemik-do-wynajecia#136061 https://www.morsmordre.net/f141-smiertelny-nokturn-18-13 https://www.morsmordre.net/t6217-robin-hawthorne
Alchemik z powołania
20
Półkrwi
Kawaler
I have seen the moment of my greatness flicker,
And I have seen the eternal Footman hold my coat, and snicker
And in short, I was afraid.
5
0
30
0
0
0
-
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Fish & Chips   23.06.18 20:33

6 lipca

Charlie Fisher odbiła mu się czkawką. Umawiając się na spotkanie, był niepewny, czekając na zleceniodawcę, sceptyczny, tuż po dobiciu targu - załamany. Dał się zwieść i oszukać jak małe dziecko, choć pozornie kobieta zdawała się wzorem cnót i uczciwości. Jasne wytyczne, szczegółowe instrukcje, zaplanowany kalendarz, pełny mieszek ziół oraz skrupulatnie odliczona zapłata. Warunki wymagające, ale równocześnie zadowalające w pełni obie strony. Robin nawet się nie targował, chociaż za punkt honoru przyjął sobie wywalczenie choćby dodatkowego galeona czy uncji krwi salamandry, przy ówczesnym omawianiu detali, nie musiał. Zwracał mu się wkład i wysiłek, nagrodzone zostawało ryzyko oraz usługa, dziwne, lecz właśnie to dopięcie każdego aspektu na ostatni guzik, szczerze przeszkadzało Robinowi. Mówiąc wprost - śmierdziało szwindlem.
Odkąd powoli rozkręcał swój biznes, tego bał się najbardziej. Rozgłos był niezbędny, konieczny, ale w jego fachu jednocześnie szalenie niebezpieczny. Obawiał się, że wbrew swej woli zostanie wciągnięty w coś, czego nigdy nie chciał być częścią. Że jego nazwisko znajdzie się na czarnej liście nokturnowego półświatka, z którym dotychczas żył na idealnej stopie porozumienia. Że wracając do domu obładowany paczkami z rozmiatymi ingrediencjami, oberwie czarnomagiczną klątwą i wykrwawi się, leżąc w błocie, w kałuży własnej uryny, bo tam, gdzie żył, nikt nie zainteresuje się losem nieprzytomnego wyrostka w zszarganym odzieniu. Miał jak najgorsze przeczucia tyczące się współpracy z Fisher, lecz klamka zapadła, a Hawthorne nie mógł się już wycofać. Próbował, ale... po kobiecie zniknął ślad, tak jakby rozpłynęła się w powietrzu. Nikt nie znał jej imienia, pozostawali głusi na jej wygląd, więc Hawthorne'owi pozostawało z duszą na ramieniu wywiązać się z danego słowa i stawić na kolejne widzenie. Trzy fiolki trucizn, tutaj poszło gładko, aczkolwiek podczas pracy wyjątkowo nachodziły go przykre wątpliwości. Wywar skorpenowy, eliksir z czerńca, Dziesięć Agonii: nie pierwszy (i pewnie nie ostatni) raz przygotowywał podobne mikstury, ale dopiero po kilku latach trucicielskich praktyk zastanawiał się, do czego jego dzieła posłużą. Dla kogo zostały przeznaczone, cel już był obrany, skoro wszystkie eliksiry już wesoło perkotały w kociołkach, gotowe do przelania do fiolek. Opieczętował cenny towar, korki zalał woskiem, obłożył papierem, by przypadkiem się nie potłukły i ułożył w skórzanej torbie, idealnej do transportowania niezbyt legalnych substancji. Wąskie przegródki sprawiały, że fiolki nie obijały się o siebie i nie wywoływały drżącego hałasu, a niewielkie rozmiary pozwalały na ukrycie jej na piersi.
Poraził go dyskomfort, jaki odczuł, przekazując zamówienie Charlie. Przeraził go zimny uśmiech kobiety, a lodowatego wrażenia nie zmyły nawet ciepłe słowa skierowane w jego stronę. Pochwały, komplementy, wyrazy uznania i zadowolenia nieco się zatarły, a Robin wciąż koncentrował się tylko na drapieżnym wygięciu warg, złowróżbnym błysku w stalowych oczach, rzeczowym tonie kobiety. Nieomieszkała poinstruować go dalej. I zażądać kolejnej usługi.
Odmówiłby bez wahania, lecz w miejscu utrzymała go nawet nie pokaźna sakwa - zapewne zawierająca cenne i rzadkie ingrediencje, praktycznie nie do zdobycia w Wielkiej Brytanii - ile potężne, barczyste sylwetki towarzyszących Fisher mężczyzn. Żadnemu z nich nie sięgał do ramienia, więc przełknął głośno ślinę i zaniechał wycofania się, pozbawiony właściwie możliwości podjęcia własnej decyzji.
-Cieszę się, że się rozumiemy, Robinie - powiedziała kobieta i zmieniła surowy uśmiech na inny, promienny. Zarezerwowany specjalnie dla niego. Hawthorne już wiedział, że wpadł w ogromne tarapaty, ale w głowie miał pustkę, zero pomysłów na to, jak się chronić. Różdżkę trzymał za pazuchą, lecz w najlepszym wypadku mógłby nią co najwyżej wydłubać oko któremuś z nabitych mięśniaków, czarami prędzej skrzywdziłby siebie, niż ich - nie stresuj się, przecież nic ci się nie stanie. Doceniam naszą kolaborację - ciągnęła Charlie, podchodząc bliżej napiętego do niemożliwości młodzieńca i poufale kładąc mu dłoń na ramieniu. Robin znieruchomiał, śledząc jej ruchy rozszerzonymi oczami, ale pozwalał na wszystko, będąc w zbyt wielkim szoku (i strachu), by choćby zaprotestować słownie - i ty też wkrótce zaczniesz widzieć w niej zysk - dodała, przenosząc pewny uchwyt dłoni na krocze młodzieńca. Robin mimowolnie odetchnął głębiej, przerażonym wzrokiem szukając odpowiedzi w obojętnych oczach Charlie i... aż zadrżał pod wpływem brutalnej, niechcianej pieszczoty.
-Tak myślałam - skwitowała to kobieta, odpychając go od siebie jak popsutą lalkę - a teraz zajmij się tym, czym powinieneś, bo następnym razem nie będzie już tak przyjemnie - cicha groźba wybrzmiała wśród spazmatycznego oddechu Hawthorne'a, który stał rozbity i zupełnie nieporadny, usiłując przypomnieć sobie podstawowe funkcje swojego ciała.
-Czego chcesz? Wiesz, że eliksir szczęścia dojrzewa dłużej - wyszeptał słabo, niezdolny do zaimponowania opanowaniem oraz gruntowną wiedzą na temat mikstur. Zrobił to, o co prosiła, kolejny raz mieli spotkać się dopiero za kilka miesięcy. Jak szalony zamrugał lewym okiem, nerwowy tik, który na moment przemienił jego twarz w karykaturalny obraz wariata. Oblał się zimnym potem; krótkotrwała przyjemność nie była tego warta, a Robin słusznie sądził, że to wcale nie koniec.
-Potrzebuję najlepszego alchemika. Ty potrzebujesz złota. Znakomicie wywiązałeś się z zadania próbnego, więc chcę zaoferować ci dalszą współpracę. I naprawdę n i e radzę ci jej odrzucać - odparła Charlie, rzucając wymowne spojrzenie na umięśnionych, milczących drabów.
-Dobry chłopak - protekcjonalnie poklepała go po policzku, jak posłusznego psa, widząc, że w ciszy skinął głową - za tydzień: memento, eliksir Garota, eliksir senności i eliksir Rue - powiedziała nieznoszącym sprzeciwu tonem, co Hawthorne znowu skwitował kiwnięciem głową. Ostatecznie, mogło być gorzej - z różdżką przystawioną do skroni nie wykonałby żadnego eliksiru, więc wydałby na siebie wyrok. Tak jeszcze dało się pracować, pozostawała mu pewna swoboda, może nawet... nadzieja na pomoc?
-Nie waż się nikomu powiedzieć o naszej umowie. Dowiem się, jeśli mnie oszukasz - Fisher jakby czytała w jego myślach - czyżby legilimentka? - a Robin jękliwie zapewnił, że nie zdradzi się przed nikim. Przyjaciół właściwie nie miał, znajomych - niewielu, któż by się przejął? Głupi, że w ogóle pomyślał o szukaniu pomocy, odkąd pamiętał radził sobie sam. Teraz też przez to przejdzie, przełknie to. Nie zamierzał nigdy zajmować się masową produkcją trucizn, lecz musiał dbać przede wszystkim o siebie. I o własną skórę, dość cenną, by przystał w tej chwili na każde żądanie przeklętej Charlie. Na pożegnanie znów raczącej go uściskiem tak silnym, że zapewne przyjdzie mu o niej myśleć, kiedy wieczorem legnie w swoim posłaniu, usiłując zasnąć.
Chociaż nie zapowiadało się na to zupełnie, powrót do domu kosztował Robina drogą pełną kluczenia, oglądania się za siebie i podrygów przy każdym dźwięku, który przekraczał głośnością standardy ulicy. Napytał sobie biedy i nie miał pojęcia, jak się z tego wykaraska. Kiedy zabarykadował się w mieszkaniu, zamiast na chłodno przemyśleć rewelacje dzisiejszego wieczoru, wciągnął się w wir pracy, jak dziecko zamykając oczy i łudząc się, że to odgoni tropiące go koszmary. Nie widział, więc obawy również nie istniały, nie w jego przestrzeni, nie w jego spokojnym, mechanicznym rytmie. Wyczyść kociołek, zagotuj wodę, potłucz trzy skorupki smoczego jaja. Najpierw wrzuć mniejsze części, poczekaj aż wypłyną na powierzchnię, dodaj większe kawałki. Odczekaj trzy minuty, pieczołowicie odliczone przez klepsydrę, zdejmij z ognia. Zamieszaj dwanaście razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, pewnym ruchem, dokładnie, nieśpiesznie. Ostrożnie podwyższ temperaturę, sprawdź, czy odbiega o pół stopnia od wrzenia. Utrzymaj ją w tym stanie - przeciwnie całe przedsięwzięcie trafi szlag. Wychyl się z okna, zetnij świeży bluszcz porastajacy parapet, właścicielka cudem nie zorientowała się, że na jej poddaszu pokątnie pędzisz eliksiry i ma cię za wielbiciela roślinek. Zielone ląduje w garze, wygotowuje się, bąble na powierzchni przybierają smutną, pomarańczowo-brunatną barwę. Posiekaj korzeń dyptamu - pamiętaj, by się nie zaciąć, skończyły się opatrunki, a sklep z akcesoriami leczniczymi już jest zamknięty - i odmierz jego dokładną ilość. Znowu zamieszaj, trzy razy, odwrotnie od ruchu wskazówek zegara. Oderwij skrzydełka muchom siatkoskrzydłym i dodaj ich garść do gotującej się cieczy. Z czułością potraktuj jaja popiełka, umieść je w wywarze już ugotowane na półmiękko. Znane gesty, znajome zapachy, znajome wnętrze uspokoiły Robina, a nawet oddały mu wytchnienie. Zamiast trucizny powinien przygotować dla siebie eliksir słodkiego snu - nad czym zresztą się zastanowi - lecz teraz przelewał wywar do fiolek, dumając nad swoją sytuacją. Miał siedem dni, pożądane przez Charlie eliksiry mógł przygotować w czterdzieści osiem godzin bez większych wyrzeczeń. Byłoby to głupotą, musiał wykorzystać dany mu czas, pomyśleć, zastanowić się. Kolejne spotkanie oznacza następne zadania, narzuconą pracę i wymagania, jakich nie chciał przed sobą widzieć. Ze złością cisnął o ścianę martwą ropuchą, beznamiętnie obserwując jak powoli zjedża po płaskiej powierzchni, znacząc poplamioną tapetę kleistym szlamem. Był w potrzasku, bez żadnej perspektywy, by z niego wyjść.

zt


Powrót do góry Go down
 

Fish & Chips

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18