Wydarzenia


Ekipa forum
Słodka Eea
AutorWiadomość
Słodka Eea [odnośnik]03.08.16 1:58
First topic message reminder :

Słodka Eea

★★★
Znajdująca się na pierwszym piętrze budynku, jasna sala z przeszklonym dachem zaaranżowała została na potrzeby bardziej kameralnych spotkań. Znajdują się tu eleganckie i wygodne sofy oraz fotele i pojedyncze kawowe stoliki. Mimo swojego codziennego przeznaczenia, to również świetne miejsce dla przygotowania imprezy tanecznej. Ciągnąca się przez prawie całą długość pomieszczenia galeria daje wtedy świetną okazję do obserwacji tańczących.


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:39, w całości zmieniany 3 razy
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Słodka Eea - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Słodka Eea [odnośnik]05.10.22 0:45
Przez jej twarz na krótko przemknął rozbawiony uśmiech, gdy wyznał, że wolał wróżby, które wymykały się z ust czarodziejów, nie rzeźb, lecz czy i rzeźby nie naznaczyła dłoń czarodzieja? Ktoś je zaczarował, a może od początku były tak nadzwyczajne? Hector zawsze był bardziej pragmatyczny od niej, gdy on twardo stąpał po ziemi, jej myśli uciekały do snów, które widywała w wizjach. Posiadany przez nią dar pozwalał uwierzyć we więcej, w zdarzenia i przypadki niemożliwe dla ludzkiego zrozumienia, inne, niezwykłe, niepowtarzalne. Wierzyła w znaki i symbole, w przesądy i przypowieści, w gusła, których magia niekiedy opierała się jedynie na wierze. Czy wróżby Kirke rzeczywiście były fałszywe? Z jakiegoś powodu mówiła prawdę. Czy miłość zawsze niosła tylko dobre wspomnienia? Równie często szła obok trudnego do zrozumienia przywiązania, bólu i zadawanego cierpienia, wiedziała o tym najlepiej. Wiedziała, że mimo wszystko trudno było jej patrzeć na śmierć jej dawnego kochanka. Gdy Hector balansował między twardymi stanowiskami, brał świat takim, jakim widział, ona zawsze szukała więcej: tego, co znajdowało się między wierszami, tego, co kruchsze, trudniejsze do uchwycenia i dalekie pierwszemu rzutowi oka. Czasem mniej, innym razem bardziej trafnie. Widziała trzema okami, a trzy źrenice dostrzegały więcej i sięgały dalej. Czy to dlatego tak trudno spostrzegała to, co znajdowało się na wyciągnięcie ręki? Nigdy nie mówił wiele o swoim ojcu, czy sugerował, że nie był dobrym mężem?
- Zapomnienie nie pozwala wyciągnąć lekcji - odparła, czy chciałaby zapomnieć o Vasylu? Nie, pozostawione przez niego blizny czyniły ją tym, kim była dzisiaj. Rysowały jej ścieżkę, która splotła ją z kimś innym, w nie mniej wyboisty sposób. Wzrok pomknął ku jego dłoniom, szukał chyba palcami czegoś, czego tam nie znalazł, ale on nie chciał mówić, więc ona nie pytała.
- Czyj był trzeci pogrzeb? - A może jednak? Nietrudno było połączyć fragmenty tych wypowiedzi, puste dłonie, żal, syn. Miała nadzieję, że pogrzeb nie był dziecka. - Nie zamierzam się w to wtrącać. Nawiedzałaby mnie do śmierci, gdybym cokolwiek zmieniła wbrew jej woli - stwierdziła, z pozornym rozbawieniem. Właściwie nie żartowała, jej matka naprawdę źle znosiła czyjkolwiek sprzeciw, a zwłaszcza sprzeciw jedynej córki.
- W urazach pozaklęciowych - odpowiedziała bez zawahania, gdy spytał o specjalizację. Formalnej nie miała, nieformalną kształtowała od pierwszych dni w szpitalu, doświadczenie ceniąc sobie wyżej, niżeli pozyskane dokumenty. Doskonale wiedziała, że wielu dyplomowanych uzdrowicieli miało znacznie węższą wiedzę od jej. Hector z pewnością to pamiętał: jeszcze będąc na stażu zawsze była tam, gdzie ranni po walkach, gdy wojna z Grindelwaldem dotarła do Wielkiej Brytanii, wrażliwa na ich cierpienie, z poczuciem misji chcąc nieść pomoc tam, gdzie w tamtej chwili wydawała się najważneijsza. Tamto doświadczenie wykorzystywała i dzisiaj, uczestnicząc w już drugiej wojnie, nawet jeśli jej priorytety uległy znaczącej zmianie. Kształtowała swoje zdolności też lata na Nokturnie, gdzie trafiali do niej pacjenci - najczęściej - po różnego rodzaju porachunkach, o których wolała wiedzieć mniej, niż więcej. Wspominała już o tym, ale Hector wcześniej zbył temat, chyba nieszczególnie go to interesowało. Uniosła za to kąciki ust, gdy zaproponował przeczytanie jego artykułu. - Z przyjemnością, Hectorze. Może zredagujemy to wspólnie - zaproponowała, szczerze ciekawa jego pracy badawczej - i tego, na ile sprawnie operował dzisiaj słowem.
I czy był w nich rozsądniejszy, niż w tym, co mówił. Nie przeszło jej przez myśl, że mógł mówić o sobie, a kobiecie, jej mężu i dziecku, w istocie myślała jak o jego pacjentce. Potrzebującej pomocy, której nie otrzymała, z całą pewnością. Mężczyźni nie wszystko potrafili pojąć, nie mogła go za to winić.
- Nie wydaje mi się, by była jednym albo drugim - stwierdziła po chwili, zastanawiając się, czym tak naprawdę była miłość. Przy Vasylu - złudzeniem i zawodem. Przy Ramseyu - znów zawodem. - Jest przyjemną chwilą, jakich wiele w naszym życiu. Znika z czasem, tak jak znika wszystko, smutek, żal, radość, jak znikniemy ja i ty. Lecz wierzę, że jeśli dwoje ludzi przysięga sobie wzajemnie oddanie aż po grób, są sobie winni wsparcie. - Gdy ekscytacja mija, pozostaje przyjaźń. Ją i Ritę połączyła na zawsze. Nigdy nie pozostawiłaby jej w potrzebie. To było głębsze od złudnego i zwierzęcego pożądania. - Czy tym go usprawiedliwiasz? Że inaczej wyobrażał sobie miłość? Dorosły czarodziej nie powinien wierzyć w baśni o księżniczkach i królewiczach, a jeśli wierzy, ma problem z dojrzałością. Miłość jest zobowiązaniem. Bywa trudna. Do niewdzięcznego dziecka, do trudnego rodzica. Ale tej miłości wybrać nie można. Ślub bierze się świadomie, kierując się własnym wyborem. Przysięgę małżeńską złożył samodzielnie i własnym głosem. - Mariaże aranżowane nie były niczym zaskakującym, lecz dalekim jej samej. Jej matka cieszyła się w tym względzie wolnością, dając jej to samo. A ona to samo, wiedziała, da swojej córce. Każdy rozsądny czarodziej miał wolną wolę i ponosił konsekwencje własnych decyzji. Czasem trudne, a czasem wygodne. Uległość wobec decyzji rodziców była wygodna i łatwa. Mierzenie się z ich konsekwencjami - trudne i skomplikowane, ale nie niemożliwe. - To brzmi dziecinnie, Hectorze. Samolubnie. Cóż znaczy, że nie potrafił? Że koncentrował się na własnych myślach tak mocno, że wstrętem napawała go myśl, że mógłby spróbować poznać własną żonę? - zapytała, unosząc ku niemu pytające, nieco ostrzejsze spojrzenie. Nie wypowiedziałaby tych słów lata temu, kornie ustępując i zachowując swoje buntownicze myśli dla siebie. Ale nie była już małą dziewczynką, po drodze stała się kobietą, która wiele przeszła. I nie lękała się już, jako kobieta, mówić o kobiecych potrzebach, doskonale świadoma okrutnych nierówności. - Miłość nie jest tylko pustym pociągiem, pragnieniem fizyczności. To nazywamy rują, a nie jesteśmy zwierzętami - dodała gorzko, bez cienia wstydu, zapewne zbyt otwarcie, niż winna to czynić dobrze wychowana czarownica. Z pewnością bardziej otwarcie, niż uczyniłaby to lata temu. Skinęła głową, gdy spytał, czy sądziła, że wina należała do mężczyzny. Wina znacznie częściej należała do mężczyzn, od których świat oczekiwał tylko tyle, że zaistnieją.
- Miała dziecko, a mimo to szukała wytchnienia w śmierci? Jak bardzo musiała być nieszczęśliwa, by zdecydować się porzucić własne dziecko? - Pokręciła głową z żalem. - Pewnie było podobnie do niego, nie do niej - mruknęła ze współczuciem. Czy kochałaby Lysandrę tak bardzo, gdyby patrząc w jej oczy widziała Vasyla? - Powinna od niego odejść, zostawić go samemu sobie. Być może zdołałaby ułożyć sobie życie z kimś, kto potrafiłby dać jej to, czego on nie potrafił. Zbite lustro niesie już tylko nieszczęście. Nie ma sensu go sklejać na siłę - Ucieczka od tego czarodzieja była wszak najlepszą decyzją, jaką w życiu podjęła.
- Nigdy nie miałam takich pragnień - odparła, gdy wspomniał o jej szczęściu. Od dziecka wiedziała, że nigdy nie zazna szczęścia. Chciała żyć dobrze, ale tak naprawdę to też się nie powiodło. I wiedziała, że Hector też nigdy go nie zazna. Nie byli chyba tacy jak inni. Kiedyś wydawało jej się, że coś, że on, że oni, że to mogłoby wyglądać inaczej. Ale Hector nie uczynił żadnego gestu, a ona jeszcze wtedy sądziła, że wolno jej było tylko czekać. Dobrze się wtedy czuła, przy nim. - Dla dzieci warto iść do przodu. - Skinęła głową, gdy wspomniał o swoim synu. Zawahała się, nie była pewna, czy chciała to robić. Prowokować pytania. Samotny ojciec nigdy nie był oceniany tak, jak samotna matka. Mężczyźni mieli prawo do chwili przyjemności, zapomnienia, musieli znaleźć ujście kotłujących się w nich emocji. Dawali się ponieść pożądaniu, bo taka była ich natura. Kobietom zawsze tego odmawiano, co dziś budziło jej kpinę. Wiedziała jednak, że obruszone prychnięcie świata nie zmieni, a oni byli przyjaciółmi. Nie chciała, żeby myślał o niej źle. - Nigdy go nie widziałam - odparła w końcu, spoglądając na Hectora. Znał naturę jej daru. Znał znaczenie jej wizji. Na tego, kogo widywała, spadało nieszczęście. - Mam nadzieję, że przyniesie ci dumę - zakończyła, zachowując swoje sekrety dla siebie.




bo ty jesteś
prządką

Cassandra Vablatsky
Zawód : Szeptucha
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

i am my mother's savage daughter

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-zorya-utrennyaya#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Re: Słodka Eea [odnośnik]19.10.22 5:32
I jego kąciki zadrgały w lekkim rozbawieniu. Kiedyś, w szkole, rozumieli się bez słów - czy mieli szansę wskrzesić tamto porozumienie, czy nadal byli zdolni odgadywać własne myśli, czy jedynie mamił się złudną nadzieją, przypisywał Cassandrze bliskość, która już dawno wyparowała? Nawiązali przyjaźń wbrew jego dumie, bo wcale nie szukał w szkole pokrewnej duszy - nie wierzył, że kiedykolwiek ją znajdzie. Kruczowłosa dziewczyna pomogła mu, gdy niefortunnie potknął się na schodach - i choć w pierwszej chwili chciał ją znienawidzić za ten gest litości, to miała w sobie coś, co sprawiło, że dopuścił ją do siebie. Może spojrzenie na świat, które było równie smutne jak jego, a zarazem zupełnie inne. To ona nauczyła go większej otwartości, zaszczepiła inne motywacje do nauki uzdrawiania niż egoistyczna chęć wyleczenia samego siebie, podsunęła myśl, że wróżby czasem się spełniają. Ale nie te, nie wychodzące spod ręki rzeźbiarza, nie drwiące z rodzinnych tajemnic. Wróżby mogły być okrutne, ale w logicznym umyśle Hectora nie mogły być kpiną.
Nie wiedział za to, czym mogły być zaświaty. Karmił się dawnymi mitami, które były słodko-gorzkie i trochę przerażające.
-Po co komu lekcje w zaświatach? - uśmiechnął się, ale oczy pozostały poważne, jak zwykle. Zmrużył je lekko, chyba szczerze rozważając swoje spontaniczne pytanie retoryczne. -Tam przecież znajduje się wieczny spokój. Niepamięć czasem go niesie, choć nie za życia. - nie pozwalał pacjentom na manipulacje z pamięcią, choć były możliwe, choć niektórzy błagali. W pracy szukał prawdy, nawet kosztem cierpienia. W życiu... właściwie, co robił od śmierci żony? Popadł w bezczynność, marazm, odpoczywał i cieszył się spokojem, wmawiając sobie, że wcale nie czuje ulgi, że się nie cieszy.
Drgnął, gdy spytała o trzeci pogrzeb. Wiedział, jak wyglądały objawy jej wizji - w odróżnieniu od innych dzieci nie uciekał od ataków, chciał być wtedy blisko, chciał pomóc. Wiedział, że teraz nie dzieje się nic nadprzyrodzonego, że Cassandra jest spokojna, że to dla niej zwyczajna chwila. A jednak bał się - może zawsze się trochę jej bał - że w jakiś sposób odczytała jego myśli, plugawe i niegodziwe, że wcale nie poruszyła tematu przypadkiem (choć przecież to on sam jej go podsunął, słowami, nie myślami).
-Żony. - przez moment próbował przybrać równie smutny wyraz twarzy jak przy teściach, ale nie był w stanie, nie przy niej. Umknął wzrokiem, słoje na drewnianym stole wydały się nagle szalenie interesujące, ton głosu miał równie martwy jak Beatrice. Zaręczyny, zbyt nagłe, zbyt pośpieszne, spadły na niego jak grom z jasnego nieba - i na ich przyjaźń też, bo coś się wtedy popsuło, choć nie do końca rozumiał co, skupiony na własnym lęku. Chyba liczył wtedy, że znajdzie u Cassandry nić pocieszenia, albo wręcz przeciwnie - jakąś wizję, która pozwoli mu zebrać się na odwagę i zakończyć tamtą relację zanim się rozpoczęła. Ale znalazł tylko ciszę, a potem znalazł się przed ołtarzem, a gdzieś pomiędzy Cass zniknęła z Munga i już nigdzie nie dało się jej znaleźć.
Spróbował uśmiechnąć się w odpowiedzi na jej żart, ale chyba nie wyszło. Pomimo szczerych chęci, pozostawał rozkojarzony nawet, gdy mówiła o swoim doświadczeniu i specjalizacji - duch Beatrice zagościł w wyrzutach sumienia, znów wszystko psuła, ale nie potrafił jej wyegzorcyzmować ze swojego życia. Miał zresztą wrażenie, że już dawno temu zepsuła coś między nim i Cass, ale nie potrafił określić co - nigdy nie rozumiał kobiet.
-Będę bardzo ciekaw twoich spostrzeżeń. - oczy pojaśniały, gdy zaproponowała wspólną redakcję artykułu. -Nie... nie traćmy znów kontaktu, dobrze? - podchwycił jej wzrok i nagle znów był podobny do Krukona, który bał się wszystkiego - ale próbował odnaleźć w sobie odwagę, ilekroć ktoś dokuczał jego Cass. Przeważnie odnajdywał złość i złośliwość, ale kruczowłosa nastolatka była wtedy chyba zbyt młoda, by dostrzec różnicę.
Nigdy nie umiał odróżnić lęku od wzruszenia, tęsknoty od bólu - dlatego nie wyciągnął ręki, nie złapał jej za dłoń, choć bardzo chciał. Chciał okazać jakoś, że naprawdę ma to na myśli, że pomimo minionych lat nie chce znów jej stracić, nie po tym spotkaniu w kawiarni - nie po tym, gdy przecięła mu drogę, gdy szedł robić innym kobietom coś plugawego, nawet nie po tym, jak skrytykuje pewnego mężczyznę, który krzywdził swoją żonę. Chciałby powiedzieć jej tak wiele, słowem lub gestem, ale nie potrafił.
-Urazy pozaklęciowe - zawsze byłaś odważniejsza ode mnie. - wymamrotał w zamian, z bladym uśmiechem, bo jej słowa i myśl o obrażeniach pacjentów podczas wojny kojarzyły mu się właśnie z odwagą, bo choć umiał wyleczyć każdy uraz, to wolał obserwować ból duszy niż ból ciała. Kiedyś znaleźli z Cass pisklę ze złamanym skrzydłem - ktoś okrutny musiał cisnąć w nie zaklęciem i wyglądało jak pisklę, które Hector znalazł kilka miesięcy wcześniej pod oknem własnego brata - i gdy nie mogli mu pomóc, to on miał łzy w oczach, a ona próbowała do końca.
Złamania zawsze były trudne.
-Mhm. - im więcej mówiła o tamtej "pacjentce" i o wierności, tym bardziej małomówny się stawał. Przysiąg dotrzymywał, inaczej nic by nie znaczyły - i wiedział, że gdyby Beatrice jakimś cudem przeżyła atak wilkołaka, byłby jej winien wsparcie. Sama myśl napawała go obrzydzeniem, jeszcze większym niż zdrady, z powodu których mógłby się w teorii rozwieść, ale przysięga i reputacja skutecznie wiązały mu ręce. Spróbował sięgnąć wgłąb własnej duszy, znaleźć w sobie chociaż okruch wyrzutów sumienia, smutku, lojalności - jeśli nie dla Beatrice, to dla Cassandry, dla moralności. Czuł tylko pustkę. I nieśmiały opór, gdy mówiła o składaniu przysięgi samodzielnie. W szkole pominąłby tą uwagę milczeniem, ale teraz ojciec nie żył i...
-Wiesz, że ten wybór nie zawsze jest własny. - wyrwało mu się. -Nie każdy... - ma matkę, dla której od staropanieństwa córki bardziej liczy się kariera, cisnęło mu się na usta, ale ta uwaga byłaby okrutna. -Nie każda sytuacja jest taka oczywista. - stwierdził, przegrywając dyskusję z miejsca, uwaga była zbyt banalna i ogólnikowa jak na ich rozmowy. Choć wcześniej czuł pustkę, słowa Cass kiełkowały w jego sercu zimnym poczuciem winy - bo miała rację, bo to była jego decyzja, bo ze względu na kalectwo ojciec nigdy nawet nie podniósł na niego ręki tylko na mamę i brata, mógł mu po prostu odmówić. Orestes zawsze był grzecznym dzieckiem i miłość do niego przychodziła bez żadnego wysiłku (nie tylko Hectorowi, widział jak na syna reagowali inni - choć był bliźniaczo podobny do ojca, to łatwość nawiązywania kontaktów odziedziczył po matce), rodzice umarli młodo, na brata Hector obraził się przy pierwszym poważnym nieporozumieniu, może faktycznie nie potrafił kochać. Ani z wyboru, ani pomimo trudności.
-Nie wiem, to nie on był moim pacjentem. - odpowiedział na jej zarzuty nieco zbyt ostro, bo nigdy nie potrafił kłamać z uśmiechem przy osobach, które były dla niego ważne. Ona też nie była pacjentką, ale jeśli miał szansę pomóc komukolwiek, to powinien przecież zacząć od samego siebie. Klątwa może prowadzić do szaleństwa, opis dziecięcej przypadłości wisiał nad jego głową jak miecz Damoklesa, ale magipsychiatria wcale nie przyniosła wymarzonego leku, nie potrafił być lekarzem samego siebie. Rzęsy zadrżały, jak zawsze, gdy się stresował - uporczywie spoglądał więc w stół, słuchając przemyśleń o miłości (przez jego twarz przemknął tylko krótki wyraz zaskoczenia - nie sądził, że Cass może wyrażać się o pewnych kwestiach tak śmiało) i dzieciach.
-Podobieństwo nie powód, by porzucić własne dziecko. - drgnął jak oparzony, podnosząc odruchowo zacięty wzrok. Beatrice mogła krzywdzić siebie, mogła krzywdzić jego, ale Orestesa - pomimo ewidentnego podobieństwa, tego, że Cass miała rację - nie miała prawa.
Powinna była odejść, to fakt. Ale to trudniej byłoby wyjaśnić synowi. Albo, jeszcze gorzej - mogła zdecydować się go ze sobą zabrać.
-Nieważne. - potarł czoło dłonią, nie spodziewając się tak żywej reakcji na własną opowieść. Gdyby był spokojniejszy, zastanowiłby się, czy nie poruszył niechcący czułych strun samej Cassandry - ale na razie skupiał się na tym, by nie zdradzić się z własnymi emocjami i przegrywał tą walkę. -Praca nauczyła mnie, że niektórym nie da się pomóc. Pomimo prób. - skwitował z nerwowym, smutnym uśmiechem. Niektórzy pozostawali połamani już na zawsze, roztrzaskanego lustra nie da się skleić. Może lepiej zostawić je ze sobą, zapamiętać gładką taflę - ale los znów zetknął Hectora z Cass i powiedział chyba o kilka słów za dużo, a czasu nie cofnie.
U niego wymowne były słowa, u niej - cisza. Przemilczała oczywistą odpowiedź i już wiedział, że nie jest szczęśliwa, nie w sposób, na który miał nadzieję. I poczuł smutek - mocniejszy niż po śmierci żony - na myśl o tym, że obydwoje próbowali znaleźć szczęście w pomocy innym, posklejać połamane istnienia, ale najwyraźniej to wciąż było za mało, za mało, za mało.
-Rozumiem. - splótł dłonie na stole, zerkając na jej dłonie, ale nawet teraz nie był w stanie uczynić żadnego gestu. Nawet przyjacielskiego, nawet pokrzepienia. Może czuł się przy niej tak dobrze, bo zdawała się rozumieć, z jakim trudem przychodzi mu ciepło - ale może czuł się za dobrze, bo pomimo czujności nie wychwycił, że nawet ona pragnęłaby od niego czegoś trochę innego, przekroczenia własnych granic. Też pragnął je wtedy przekroczyć i gdyby potrafił wydobyć z siebie głos przy ojcu albo znaleźć odwagę w słodyczy dziewczęcych ust jak jego brat (a próbował, eksperymentując zresztą nie z samą Cass, a z dziewczyną, której tak nie cenił) to może byłoby inaczej - ale nie było i gdzieś po drodze stał się kimś, kogo dziś z taką łatwością osądziła.
Kimś, kto doprowadził kogoś do śmierci.
I choć prawie skończył to spotkanie z tą gorzką myślą, to wystarczyło kilka słów o Orestesie, by zdołał uśmiechnąć się prawdziwie, tym rzadkim uśmiechem obejmującym również smutne oczy. Zrozumiał, co chciała mu powiedzieć w tych kilku nieoczywistych słowach i nawet nie spodziewał się, jaką ulgę mu to przyniesie.
-Dziękuję. - skinął z powagą głową. -Jego magia budzi się w smutku. Od zawsze, nie od śmierci matki. - westchnął, zastanawiając się, czy bezdzietna Cass zrozumie, co to oznacza.
Magia Hectora też budziła się tylko w smutku.
-Ale mam nadzieję, że odnajdzie to, czego - nam -mnie się nie udało. - nie głupie zabawy z kolegami, a chęć do przeżycia życia inaczej niż w otępiającym spokoju. Widok Cass na moment wzbudził w Hectorze myśl, że może i on mógłby żyć trochę inaczej, ale szybko odepchnął od siebie tą myśl. Zbyt trudno było się zmienić, choć dziś coś zmienił - nie czuł już potrzeby wyładowania na kimś agresji (bo to o nią chodziło, nigdy o pożądanie), a po powrocie do domu po raz pierwszy od śmierci żony sięgnął do szuflady biurka, przejrzeć swoje dawne zapiski.
Wysłał je Cass kilka dni później - słowa o depresji, wrażliwsze i prawdziwsze niż cokolwiek, co powiedział w kawiarni o swoich "pacjentach" - z gorączkową (mogła poznać, po sile z jaką dociskał pióro do papieru) prośbą, by nie tracili kontaktu.

/zt (x 2?)  :pwease:  chlip  podkówka


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Słodka Eea [odnośnik]21.01.23 22:00
Data: 15 czerwca 1958 (jak Ci nie pasuje daj znać to strzał)

Ostatni czas nie był dla niego prosty. Wiele się wydarzyło w jego życiu prywatnym i właściwie przyćmiło to zawirowania związane z polityką Rodu dyktowaną przed Septimiusa Notta ale także zmiany, które zaszły w całym świecie czarodziejów. A może określenie "świat czarodziejów" powinno już przejść do lamusa? Może niedługo wystarczy powiedzieć po prostu "świat". Nick sam nie wiedział, co powinien myśleć na temat tej sytuacji. Był zdezorientowany i czuł się jakby nie minęły dwa lata odkąd się wycofał ale conajmniej dekada. Idee reprezentowane przez Czarnego Pana były mu bliskie jeszcze za czasów szkolnych. Trudno było oprzeć się ulubionemu uczniowi Horacego Slughorna. Właściwie to od śmierci Starego Ślimaka zaczęło się wiele zmian. Z perspektywy czasu uznawał, że ta śmierć była przydatna jakkolwiek nie lubił swojego opiekuna domu z lat uczniowskich. Hogwart go ukształtował nic więc dziwnego, że do tej pory utrzymywał kontakty z osobami, które poznał jeszcze za dzieciaka. Tym bardziej, że w Slytherinie poznał wiele kontaktów, które później owocowały. Nie tak bardzo jak koneksje rodzinne, dzięki którym nie musiał teraz rozpoczynać kariery w Ministerstwie całkowicie od zera tylko przyjęto go z otwartymi ramionami. Za nazwisko. Nie wyobrażał sobie jak byłoby, gdyby tego nazwiska nie miał i musiłby się piąć do góry o własnych siłach. Pewnie by ledwie wiązał koniec z końcem, albo wręcz przeciwnie nagle ukształtowała go zaradność. Może wtedy nie byłoby mu tak trudno wziąć się w garść i wrócić do życia zamiast ciągle przeżywać śmierć żony, której nawet sam sobie nie mógł wybrać?
    Na umówioną południową herbatę przyszedł kilka minut wcześniej. W końcu nie wypadało, żeby dama musiała czekać. Ubrany był w elegancki, czarny strój. Dobrej jakości, ale wydać było, że jest to moda z poprzednich sezonów. Kto się przejmował strojem w czasie wojny? Na pewno Nott, który miał matkę z Parkinsonów. Niby żałoba dawno się skończyła, ale dalej nie był gotowy do tego, żeby zdjąć obrączkę z palca czy przełamać tę nieustanną czerń.
    Przed wejściem jeszcze zerknął na zegarek kieszonkowy. Bardziej z przyzwyczajenia niż po to, żeby dowiedzieć się czy pojawi się na czas. Wszedł do środka i wybrał stolik na uboczu. Dziwnie czuł się wychodząc na miasto po pracy, bo ostanie zdecydowanie wolał zaszywać się w domu, ale... nawet nie miał z kim zagrać w szachy. Na dłuższą metę taka sytuacja byłaby nie tylko nienajlepsza dla Rodu, ale także nie do zniesienia psychicznie. Skinął głową kelnerce przechodzącej między stolikami i posłał jej swój firmowy nottowski uśmiech – czarujące uśmiechy to oni chyba odziedziczali w genach. Wybrał stolik na uboczu i od razu poprosił o druga kartę. Zaczął przeglądać menu zerkając co chwila w stronę wejścia czekając na swoją towarzyszkę.
Nicholas Nott
Zawód : Urzędnik w Międzynarodowym Urzędzie Prawa Czarodziejów
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Dwa są sposoby prowadzenia walki: jeden - prawem, drugi - siłą; pierwszy sposób jest ludzki, drugi zwierzęcy.
OPCM : 5 +2
UROKI : 5 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 15 +1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Może impreza?
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11527-nicholas-nott https://www.morsmordre.net/t11529-black-jack#357518 https://www.morsmordre.net/t11528-nottel-marnotrawny#357517 https://www.morsmordre.net/t11530-n-nott#357520
Re: Słodka Eea [odnośnik]22.01.23 14:22
Ileż to ludzi wracało do kraju.
Sama była jednym z nich. Po dziesięcioletnim zesłaniu ubranym w piękną biel sukni ślubnej, raz za razem zdobioną brązowiejącymi kroplami krwi, której upuszczał jej mąż, a także kalejdoskopem odcieni tej krzepnącej bezpośrednio pod skórą w formie siniaków, wreszcie odzyskała wolność. Teraz kolejna obrączka spoczywała na jej dłoni, w towarzystwie zaręczynowego pierścionka z kamieniem księżycowym, który ogniskował w sobie promienie słoneczne, rozbijając je i nadając kamieniu kolory całego spektrum światła. Z każdego wilczego rowu dało się wyjść, każdą przeszkodę pozbawić tego, co stanowiło o jej zagrożeniu. Czasami ta sztuka udawała się w samotności, czasem należało sięgnąć po asystę.
A od czego byli przyjaciele?
Vanity lubowali się we własnej dumie i pysze z osiągnięć, ale teraz była przecież madame Sallow. I jako Sallow niespodziewany powrót do kraju jednego z dzielącego z nią rok czarodzieja uznała za swoistą szansę. Nicholas nie był już osiemnastoletnim, czarującym chłopcem ze srebrzystym wężem na piersi. Ale i ona nie była tą samą dziewczynką, która znana była przede wszystkim jako solistka szkolnego chóru, która tak bardzo, jak śpiewać, kochała słuchać — jak jej się wydawało — o wiele mądrzejszych, złoto i srebroustych kolegów.
Chyba od samego początku miała słabość do tych, którzy swą elokwencją i prowadzeniem rozmowy mogli poderwać ją z ziemi, którym niestraszny był salonowy blichtr i których ambicja pchała do działań niedostępnych dla innych. Miałkich. Niegodnych.
Nikogo chyba nie dziwiło, że została żoną rzecznika Ministerstwa Magii. Musiała przyznać, że urzędnicy byli szczególnym rodzajem mężczyzn, chyba jednym z jej ulubionych. Czy mogła więc odmówić zaproszeniu na herbatę? Czy istniała opcja odrzucenia oferty przywrócenia utraconych przez lata więzi? Oczywiście, że nie.
Ułożone w łagodne fale jasne włosy zalśniły w czerwcowym słońcu przepuszczanym przez przeszklony dach. Burgundowa szata układała się na ciele gładko, optycznie wydłużając sylwetkę filigranowej śpiewaczki, jaśniejszy kolor czerwieni zdobił jej usta, które wygięły się w ciepły, radosny uśmiech, gdy tylko dostrzegła siedzącego przy stoliku na uboczu Notta. Nie mógł być nikim innym — znała te uśmiechy, lata obracania się wśród elit nauczyły wypatrywać pewnych niedostrzegalnych dla laików szczegółów. Lata obeszły się z nim łaskawie, to dobrze, podkreśliła w myślach, nim przy asyście przechodzącego obok kelnera zajęła miejsce naprzeciwko.
— Niewypowiedzianym szczęściem jest widzieć cię całego i zdrowego, Nicholasie — melodyjny, dostosowany do kameralności spotkania i ustawienia stolika głos Valerie rozlał się w przestrzeni między nimi, jasne oczy zalśniły w nieukrywanej ciekawości. — Chyba że wolisz, by zwracać się do ciebie lordzie Nottpozwoliła sobie na skrócenie dystansu ku pamięci dawnych lat, może odrobinę karkołomnie. Zawsze jednak wolała dawać swoim rozmówcom wybór i przestrzeń do czucia się możliwie najbardziej komfortowo.
Kelnerka powróciła z dwiema kartami, jedną darując w pierwszej kolejności Nicholasowi, drugą przekazując Valerie. Śpiewaczka skinęła głową w ramach podziękowania, bez zbędnego przedłużania przyglądając się pozycjom w menu. Nicholas mógł zauważyć, że było ono odrobinę bardziej ograniczone niż przed jego wyjazdem. Miejsca takie jak Zacisze Kirke starały się utrzymywać swój biznes w możliwie niezmienionym stanie, lecz kryzys ekonomiczny dotykał także Londynu.
— Och, jest tarta melasowa. Mam nadzieję, że równie dobra co ta, którą serwowano na uczcie powitalnej — uśmiechnęła się rozmarzona, podnosząc na moment wzrok znad menu, zawieszając go na moment w brązie tęczówek arystokraty. Pamiętasz ją jeszcze? zdawała się pytać, choć słowa nigdy nie wydostały się spomiędzy jej ust. Zamiast tego zamknęła menu, podając je oczekującej kelnerce. — Prosiłabym jedną tartę melasową i filiżankę jaśminowej herbaty.
Młoda dziewczyna zapisała sobie zamówienie na karteczce, po czym zwróciła się do Nicholasa, gotowa odebrać jego zamówienie. Gdy i to zostało jej podane, zniknęła między stolikami.
— Nie spodziewałam się, że wrócisz akurat teraz — nikt chyba się nie spodziewał — Aż tak nie spodobało ci się w ministerstwie, że zdecydowałeś się wyjechać? — rozbawienie wybrzmiało w wypowiadanych słowach, kąciki ust zadrżały w powstrzymywanym śmiechu. Czasem to jedyna możliwość złagodzenia bólu po poruszeniu nieprzyjemnego tematu. Czerń odrobinę niemodnego ubrania nie przynosiła dobrych skojarzeń. Znała żałobę trochę za dobrze. — Wiele zmieniło się, odkąd skończyliśmy szkołę...




tradition honor excellence
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 30 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
sharpen your senses
and turn the knife
i know those
party games too
OPCM : 5 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Słodka Eea [odnośnik]22.01.23 22:52
Lekko zmrużył oczy, gdy Valerie weszła do lokalu. Przez chwilę zastanawiał się, czy na to na pewno ta dziewczyna, którą znał za czasów szkolnych. Piękna kobieta wygląda dobrze nawet w szkolnym mundurku, ale w burgundowej szacie była wyjątkowo piękna, wręcz zjawiskowa. Nie mógł oderwać od niej oczu. Powszechnie wiadomym faktem było to, że uwielbiał towarzystwo pięknych kobiet, a blondynki darzył szczególnym zainteresowaniem. Ale równie niepodważalnym faktem jak słabość do kobiet było to, że przede wszystkim był dobrze wychowanym gentelmenem, dlatego wiedział, że nie może sobie pozwolić na zbyt długie spojrzenie. W dodatku przecież jako cudza żona, i to żona nie byle kogo tylko osoby, którą Nick darzył szczerym szacunkiem była nietykalna. Poprawił kołnierzyk koszuli, którą miał na sobie i wstał, kiedy kobieta podeszła do jego stolika. To był gen wręcz automatyczny. Nottowie nie wypuściliby z posiadłości członka rodu, dla którego takie zachowania nie byłyby drugą naturą. Uśmiechnął się. Szczerze. Mimo tego, że zmieniła się i nie była już śliczną panienką, ale prawdziwą damą oczy miała te same. Jej widok przywołał wiele wspomnień. I to tych dobrych. Może odgradzanie się od znajomych nie było takim dobrym pomysłem.
- To wielka przyjemność i jestem niezmiernie wdzięczny, że zgodziłaś się na spotkanie, Valerie - odpowiedział i delikatnie pochylił głowę w lekkim ukłonie. Dopiero potem, gdy ona już siedziała znów zajął swoje miejsce. - Wyczułem nutkę kpiny, Madame Sallow? - odpowiedział kąśliwym uśmiechem. Nie odczuwał potrzeby zwracania się do siebie oficjalnie ale... sam by się do tego nie przyznał, ale lubił tę całą tytulaturę. Sprawiała wrażenie, że już nie jest nastolatkiem, czy innym młodzikiem, ale kimś ważnym w strukturach rodu. Niestety, albo na szczęście?, był to tylko tytuł. Dorosłość dorosłością, ale ciągle zdawał sobie sprawę, że jest zależny od stryja Septimusa i jego decyzje polityczne są decyzjami także Nicholasa, a także od ciotki Adelajdy, która jak dobrze by się nie zachowywał zawsze znalazła elementy, żeby znaleźć coś do poprawy. Gdy tylko na myśl przyszła mu ciotka spojrzał na spinki od mankietów. Czy aby na pewno były idealnie zapięte? A nawet jeśli nie, to przecież nie mógłby ich poprawić przy stole. Przecież nie wypadało. Wziął do ręki karty i szybko przebiegł ją wzrokiem.
- Earl Greya i ciasto czekoladowe, jeśli mogę prosić - posłał kolejny uśmiech kelnerce, która pozostawała niewzruszona na jego uśmieszki. Zapisała szybko zamówienie na kartce i upewniwszy się, że nic więcej nie chcą zamówi odeszła od stolik.
- Czy to zły czas na powroty do Anglii? - uniósł brew pytająco wyraźnie zdziwiony pytaniem. Odnosił wrażenie, że bardziej wymaga się od niego powrotu niż jest się nim zdziwionym. -To taki moment w historii, w którym arystokracja jest do zadbania o czarodziejską Anglię. Nie wypada być gdzie indziej... i mój ojciec zaczął chorować. Nie był też zachwycony wyjazdem - dodał wyjaśniając swoje zdziwienie. Może i środek wojny nie był najbardziej bezpiecznym momentem na pojawienie się. Ale oczywistym było, że to najwyższy czas zaangażować się i zadbać o interes rodu. – Dlatego jak tylko wróciłem to znów zacząłem tam pracować - zaśmiał się - Ale to by była dobra myśl. Nie myślałem o tym, żeby wyjechać jak coś mi się nie podoba. Chyba zawsze byłem za grzeczny - był wyraźnie rozbawiony tą wizją, ale odniósł wrażenie, że coś w tym było. Nawet w szkole nie widywano go na szlabanach i oceny miał dość dobre, był jednym z pupilków Slughorna.... - Najpierw długo nie chciałem się żenić, potem jak mnie do tego zmuszono to straciłem żonę.... - zaczął, ale był przy tym już mniej czarujący, a bardziej... szczery. - Ale już jest w porządku - uśmiechnął się ponuro. W połączeniu z niezdjętą obrączką i aż za bardzo czarnym strojem dość łatwo można było wywnioskować, że kłamie. - A jak u Ciebie? Dostanę zaproszenie na jakiś koncert... czy muszę sobie sam kupić? Cieszę się, że już nie jesteś za granicą – uśmiechnął się. Ewidentnie starał się wrócić do poprzedniego pogodnego tonu.
Nicholas Nott
Zawód : Urzędnik w Międzynarodowym Urzędzie Prawa Czarodziejów
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Dwa są sposoby prowadzenia walki: jeden - prawem, drugi - siłą; pierwszy sposób jest ludzki, drugi zwierzęcy.
OPCM : 5 +2
UROKI : 5 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 15 +1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Może impreza?
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11527-nicholas-nott https://www.morsmordre.net/t11529-black-jack#357518 https://www.morsmordre.net/t11528-nottel-marnotrawny#357517 https://www.morsmordre.net/t11530-n-nott#357520

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Słodka Eea
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach