Wydarzenia


Ekipa forum
Łazienka
AutorWiadomość
Łazienka [odnośnik]04.04.15 19:21

Łazienka

Łazienki w szpitalu Św. Munga z powodu wiecznie trwającego remontu oraz problemów z kanalizacją są wspólne dla mężczyzn i kobiet. Znajdują się tam dwa spore pomieszczenia oddzielone drzwiami pomalowanych łuszczącą się ze starości białą farbą. Posadzka jest zimna, kamienna, zaś ściany wilgotne od cieknących rur, których nikt nie ma czasu naprawić. Jedno z pomieszczeń służy jako pokój kąpielowy. Znajduje się tam rząd ciasnych pryszniców, odgrodzonych od siebie zaledwie ceratową zasłonką. W drugim pomieszczeniu znalazły się poobtłukiwane zlewy, z dyfuzorami, w których próżno szukać mydła oraz kilka kabin z toaletami, czystymi, choć pozostawionymi w równie opłakanym stanie jak większość wyposażenia.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Łazienka Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Łazienka [odnośnik]16.03.24 13:38
16.08

She'll tear a hole in you, the one you can't repair
But I still love her, I don't really care


W jednej dłoni ściskała pognieciony, ledwie czytelny już skrawek pergaminu, a drugą opierała się o zimną ścianę. Spocona skóra ślizgała się po kafelkach i zostawiała na nich brzydkie połyskujące ślady, uparła się jednak, że dowlecze się do łazienki bez niczyjej pomocy. Znała rozkład pomieszczeń na pamięć, podobnie jak zakres własnych możliwości (dziękuję bardzo). Zirytowane fuknięcia pielęgniarki i wywracanie oczami wtedy, gdy sądziła, że Elvira jej nie widzi jedynie bardziej determinowały ją do tego, by stawiać na swoim. I tak zresztą chodziły wokół niej jak na szpilkach, a przynosząc posiłki mamrotały pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. Cokolwiek powiedział im Cornel, najwyraźniej bardziej je rozzłościło niż zmartwiło. Zapomniała chyba ostrzec go, że pielęgniarki z Munga były gatunkiem nie do zdarcia i jeszcze za czasów pracy tu uprzykrzały jej życie znacznie mocniej niż wszyscy uzdrowiciele z czwartego piętra razem wzięci. Ale to bez znaczenia. Nie potrzebowała ich sympatii wtedy i nie potrzebowała jej teraz. Przynajmniej swoją robotę wykonywały dostrzegalnie sprawniej, pozwalały jej też w końcu na zasłużoną swobodę. Miała na szafce tyle gazet i książek ile tylko sobie zażyczyła, w wazonie znalazły się nawet kępy lawendy, które po wczoraj przysłała jej matka, a które zostały pierwotnie zablokowane w izbie przyjęć. Z róż Cornela zostawiła sobie zaledwie jedną, największą, a resztę wyrzuciła do śmieci. To nie był sentyment. Była ładna i sprawiała, że te głupie cipy patrzyły na nią zazdrośniej.
Wszystkie te małe przepychanki i sukcesy na oddziale z każdą godziną jednak traciły na znaczeniu. Zaczytywała się w artykułach o zniszczeniach (całego kraju, wszystkich hrabstw, jej hrabstwa, czy jej dom w ogóle jeszcze stał...?) i docierało do niej z całą nieprzyjemnością, że świat poza szpitalem nie zatrzymał się, żeby na nią poczekać i że musiała wziąć się w garść znacznie szybciej niż się tego pierwotnie spodziewała.
List od Marii okazał się kroplą przelewającą czarę.
Gdy otworzyła go po raz pierwszy wpatrywała się tylko w imię nabazgrane niestarannie na dole kartki, tym bardziej nieczytelne im bardziej drżały jej dłonie. Szumiało jej w uszach i krew odpłynęła z twarzy chyba w fizycznym przejawie ulgi, choć nie umiałaby tej emocji nazwać. Dopiero po kilku minutach tępego patrzenia się w sufit zmusiła się do tego, by przeczytać co też takiego napisała jej kuzynka.
A potem wstała i zażądała od pielęgniarki, by pozwoliła jej pójść do łazienki, w której to zamknęła się na kolejne długie minuty. Ignorowała nawoływanie zniecierpliwienia, bo raz po raz bez żadnej konkretnej przyczyny szorowała twarz w zimnej wodzie, patrząc z pogardą i odrazą na swoje wychudzone policzki i cienie pod oczami. Dłonie nadal ją trochę piekły, a nogami owiniętymi szczelnie w wielowarstwowe bandaże ledwie mogła ruszać; właściwie bardziej kuśtykała niż chodziła. Zmusiła się jednak do tego, by wystać przy umywalce, wyszorować zęby, twarz, jeden, drugi, trzeci raz, rozczesać te nędzne włosy, które jej zostały, robić cokolwiek co dałoby jej poczucie, że szykuje się do wyjścia.
Szpitalna koszula jeszcze nigdy tak jej nie uwierała, słabe, ludzkie ciało nie zdawało tak ciężkie i bezużyteczne.
Nie wiedziała właściwie do czego jej tak spieszno. Nie uratuje wszak ani ciotki ani wujka i niespecjalnie jej na tym zależało. Wujek był nudnym, mdłym mężczyzną, a ciotka od samego początku niweczyła ich wielowiekową tradycję czystości krwi. Jej śmierć uwolniła ich rodzinę od wstydu. Były jeszcze jej dzieci, irytujące, aroganckie i... i Maria.
Słodka, naiwna Maria, która przychodziła do jej domu tylko po to, by upewnić się, że zjadła, która siadała obok i opierała głowę na jej ramieniu czytając, która patrzyła na nią tak jakby absolutnie wierzyła w każde jej słowo. Nawet wówczas, gdy te jej dziewczęce, wielkie oczy wypełniały się łzami. Elvira więcej niż raz miała chęć uderzyć ją, by przestała płakać, ale równie często, jeśli nie częściej, pragnęła przytulić ją do piersi, ochronić przed okrucieństwem i podłością, na które nie była gotowa. Udławić ją troską.
Wmawiała sobie, że to nie w pełni rozwinięte, mądre maleństwo jest idealne do tego, by uformować ją w posłuszną pomocnicę, ale po prawdzie raz za razem pozwalała jej na zbyt wiele, bo była zwyczajnie ciekawa tego co powie i zrobi. Zdolna, śliczna czarownica. Niczym nie zasłużyła sobie na status półkrwi wyłącznie dlatego, że jej ojcem był skończonym, liberalnym głupcem.
Nie zasługiwała też na śmierć, choć jej matce nie oferowała we własnej głowie podobnej wyrozumiałości. Jakby mogła, skoro stara Leighton była jej obojętna. Czy to hipokryzja? Niewątpliwie.
To nie miało znaczenia. Patrząc ostatni raz w swoje żałosne odbicie pogodziła się z myślą, że chce wyjść ze szpitala jak najprędzej, by nie zostawiać Marii samej z bólem, który ją zniszczy. Skoro miała taką zachciankę, dlaczego miałaby sobie odmawiać?
Kiedy otworzyła wreszcie drzwi, pielęgniarki już za nimi nie było. Najwyraźniej poddała się i pobiegła zająć pilniejszymi sprawami niż roztrzęsiona pacjentka. Przysiadła na drewnianej ławce obok drzwi i z syknięciem przesunęła dłonią po wilgotnych opatrunkach, wystających spod koszuli sięgającej jej ledwie kolan. Bez wątpienia dotrze do pokoju sama. Musiała tylko zrobić sobie chwilę przerwy. Przymknęła powieki, w znużeniu utraciła poczucie czasu.
Uniosła głowę dopiero, gdy usłyszała własne imię. Wtedy zmarszczyła nerwowo brwi, wstrzymała oddech i instynktownie, bez żadnej większej refleksji, otworzyła ręce do uścisku.
[bylobrzydkobedzieladnie]


you cannot burn away what has always been
aflame
Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Uzdrowicielka, koronerka, fascynatka anatomii
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Once you cross the line,
will you be satisfied?
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +6
CZARNA MAGIA : 17
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
unsteady
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t12162-elvira-multon#374517 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Łazienka [odnośnik]21.03.24 19:44
Gdy tylko została już naprawdę sama, przed bramą bursy rezerwatu, dopiero dotarło do niej, jak bardzo była poobijana. Kilkukrotne upadki w samym szczycie kataklizmu, połączone z późniejszym potknięciem o osmolony pniak zakończyły się dla niej wykwitami fioletowo—czarnych sińców, na całej długości obu nóg, na ramionach i bokach tułowia, zdartą skórą prawego kolana i obu dłoni po ich wewnętrznej stronie oraz zaczerwienioną po niegroźnym oparzeniu skórą kolana lewego. Zniszczona, rozerwana sukienka nadawała się oczywiście do naprawy, ale nie miała do tego głowy. Zdołała się jeszcze umyć, obmyć z pyłu i popiołu, a nawet przy pomocy kilku opatrunków udzielić sobie pierwszej pomocy. Nie miała siły niczego zjeść, wiedziała tylko, że musi dotrzeć do Tewkesbury, tam złapać jakikolwiek powóz, który mógłby dowieźć ją do Londynu. W takim stanie z pewnością nie mogła lecieć, zrobiłaby sobie krzywdę.
Nie pasowała jej czerń żałobnej sukni, tym bardziej już skryte pod czarną chustą włosy. Na miejscu, w miasteczku, odnalazła woźnicę dość prosto, ludzki wianuszek otaczał go ciasno i nawet cena za przejazd, 40 sykli, będąca rozbojem w biały dzień, nie wydawała jej się teraz aż tak straszna. Z trudem uniosła nogę, chcąc wspiąć się na wóz, woźnica krzyknął już na nią ponaglająco, gdy jeden z młodych chłopców pewnie chwycił ją za przedramię i podciągnął do góry. Chciała się do niego uśmiechnąć, podziękować za pomoc, ale naprawdę nie miała siły. Nagłe ruszenie wozu zmusiło ją do zajęcia miejsca na ziemi — wóz był tak przepełniony, że nie dla wszystkich znalazło się miejsce na ławach, a ona sama wcisnęła się pomiędzy pomarszczoną starowinkę i milczącego, około czterdziestoletniego mężczyznę w okularach. Podróż wertepami przez niszczony kataklizmem krajobraz nie była najwygodniejsza. Ledwo utrzymywała powieki półotwarte, nie chcąc oglądać kataklizmu, ale niepozwalając sobie na ich zamknięcie, co przecież równałoby się z zaśnięciem. Czy w ogóle mogła spać, gdy serce biło jej tak prędko, tak mocno? Co mogła śnić? Ruiny domu, spalone ciała, pył unoszący się w powietrzu jak płatki złowieszczego śniegu? Z letargu wybudziła ją staruszka, podsuwając pod nos zdjęcie młodej kobiety. Miała szeroki uśmiech, śliczne, ciemne włosy związane w gruby warkocz, który spływał na jej ramię. "Widziałaś ją, złociutka? Na festiwalu w lesie była, jadę jej szukać..." nadzieja w głosie starowinki jeszcze bardziej ścisnęła ją za serce. Chciałaby powiedzieć jej, że widziała, że kobieta była zdrowa i uciekła przed kataklizmem, ale widziała ciała. Rozbite stoły i stragany. Ruiny kamienic. W jednej chwili zrobiło jej się niedobrze, wszystkie wspomnienia wróciły do niej falą obrzydliwego, obślizgłego strachu. Zerwała się na równe nogi, przepchnęła pomiędzy siedzącymi na ławie ludźmi, ku ich wielkiemu wzburzeniu. W ostatniej chwili przechyliła się przez krawędź wozu, wypuszczając z siebie przede wszystkim mieszaninę śliny i żółci. Gulasz sprzed dwóch dni zdążył się, szczęśliwie, strawić. Gdy wróciła na miejsce — blada, poobijana, drżąca, starowinka objęła ją ramieniem, wyciągając ze swej torby pokrojone na kawałki jabłko. "Jedz, dziecino, a potem idź spać. Obudzę cię, gdy będziemy na miejscu".
Jak powiedziała, tak zrobiła. "Niespokojnie śpisz, dziecko, musi obejrzeć cię uzdrowiciel", szepnęła jej jeszcze na odchodne, gdy przy wychodzeniu z wozu role miały się obrócić i to nie Maria, silna, pełna młodzieńczego wigoru, zdrowa pomogła staruszce wysiąść, bo stało się na odwrót. Nie znała nawet imienia tej kobiety, tak dobrej, tak niezasługującej na dosłyszenie tego, że po szukanej przez nią córce nie było śladu. Maria marzyła, żeby historia tej kobiety skończyła się inaczej, niż jej własna. Wystarczy światu cierpienia, wystarczy bólu. Ludzie tacy dobrzy, jak ta nieznajoma staruszka nie zasługiwali na taki los.
Teraz jednak Maria została zdana sama na siebie. Wcześniej w nerwowej wędrówce po Londynie towarzyszyli jej przewodnicy, Marcel i Jim, teraz podróż przez gruzy musiała odbyć samodzielnie. Na jednym z mniej zniszczonych, pobocznych placyków słyszała recytującego jakąś przemowę chłopca — dopiero gdy podeszła bliżej zobaczyła w jego rękach stos gazet, które pragnął sprzedać. Ale Maria nie miała już przy sobie żadnych pieniędzy, wszystkie wydała na podróż. Przystanęła jednak, bez większego zastanowienia, słuchając tego, co miał do powiedzenia, lecz niewiele z tych słów prawdziwie do niej trafiło. Jeszcze mniej od momentu, w którym usłyszała o tym, że od dwóch dni należy do kategorii podczarodziejów. Znów poczuła niepokojącą słabość, ale nie mogła przecież znów wymiotować, na pewno nim nie dotrze do Świętego Munga. Budynek, na całe szczęście, nie wyglądał na zdemolowany, górował nad okolicą w sposób niemalże dumny. Tam czekała na nią Elvira, tam czekała na nią... rodzina. Chciała ją zobaczyć. Upewnić się, że to nie kawał, że nikt nie podszył się pod jej pismo, że naprawdę udało jej się wydostać z przepaści. Zostawiła ją tam. Nawet nie wiedziała, co dokładnie działo się z kuzynką, gdy uciekała z miejsca jak ostatni tchórz. Nie mogła obronić jej, nie mogła obronić rodziców. Czy w ogóle zasługiwała na to, by nazywać się Multonem?
Niewiele pozostało z jej dziewczęcej energii. Zmuszała się do stawiania kolejnej nogi za nogą, do mozolnej wędrówki ku widocznemu celowi, aż wreszcie pchnąwszy ciężkie drzwi, znalazła się w recepcji. Znajdująca się za kontuarem czarownica, widząc stan młodego dziewczęcia, poczęła opowiadać jej o tym, dokąd powinna się zgłosić z danymi objawami, nawet przed tym jak Maria miała okazję otworzyć usta.
— Ja... Mnie nie stać na uzdrowiciela, ja przyszłam... Odwiedzić moją kuzynkę... Elvira Multon... — wyszeptała, całą swą siłę zbierając w sobie po to, aby wypowiedzieć się możliwie najskładniej, najpewniej. Czarownica uniosła brwi, najwyraźniej zaskoczona i zmieszana zasłyszaną uwagą, po czym, nie ociągając się ni chwili, wskazała jej odpowiednie piętro i salę, w której miała rezydować Elvira.
Kilkanaście długich minut zajęło Marii stawienie się w odpowiednim miejscu; co jakiś czas musiała robić sobie przerwy, opierając się o zimne, szpitalne ściany. Wydawało jej się, że sama zdążyła się rozchorować, że jej ciało płonęło od wewnątrz, jakby w koszmarnej gorączce, ale za każdym razem, gdy myślała, że już nie da rady, odbijała się od ściany, idąc dalej, aż wreszcie, niby powidok szczęścia, zamajaczyły jej znajome, jasne, choć krótkie włosy. Kobieta, do której należały, miała na sobie szpitalną koszulę i opatrzone profesjonalnie nogi, a zaraz przy niej zatrzymała się pielęgniarka. Maria przyspieszyła, zaciskając zęby w może ostatnim przepływie determinacji, a gdy znalazła się wystarczająco blisko, dostrzegła twarz tajemniczej kobiety. Twarz znaną, choć noszącą objawy zmęczenia, ciężkiej walki, którą kuzynka musiała stoczyć nie tylko z żywiołem, ale także sama z sobą.
— Elviro...
Żyjesz. Już jestem.


Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia. Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni.
Maria Multon
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 19 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You poor thing
sweet, mourning lamb
there's nothing you can do
OPCM : 12 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t12111-maria-multon https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#360683
Re: Łazienka [odnośnik]23.03.24 14:59
Trudno było jej określić jak wiele czasu minęło od momentu, w którym niepewnym krokiem opuściła swoją salę. Ile minut spędziła w łazience? Ile razy umyła twarz i zęby, i gdzie zostawiła swoją mierną, szorstką szczoteczkę przydzieloną przez szpital? Zapewne nie miało to większego znaczenia, bo ze względu na swój status i tak dostanie nową, ale niemożność zaufania własnej pamięci była cholernie frustrująca. Być może znów miała gorączkę; tak się czuła, spocona, obolała i rozmiękła w tej nowej, postapokaliptycznej rzeczywistości, w której znalazła się nagle przed kilkoma dniami. I pomyśleć, że do samego końca powątpiewała w to czy musi się w feralnym pochodzie znaleźć. Ostatecznie wzięła w nim udział z poczucia obowiązku, wewnętrznego wręcz przymusu.
Lecz gdyby zaczęła hipotetyzować, chyba zbyt mocno zbliżyłaby się słabością ducha do swej matki i rodziny ojca. Co mogłoby się zdarzyć nie miało znaczenia, wpływ miała tylko na to co będzie. Szczyciła się swoim pragmatyzmem, więc poczucie zgorzknienia jej nie przystawało. Gdyby znalazła się gdziekolwiek indziej, równie dobrze mogła zginąć.
Jak rodzice Marii, na przykład.
Tyle że gdyby to przyznała, musiałaby również przyznać, że w swojej śmiertelności i kruchości niczym się od nich nie różniła - a to byłoby nieakceptowalne, prawda? Była w końcu Elvirą Multon, rycerką, błyskotliwym umysłem, potężną wiedźmą. Uzdrowicielką. Czarnoksiężniczką. To ona przynosiła lub odpędzała śmierć, nie była jej... jej ofiarą.
Zacisnęła powieki i ze znużeniem docisnęła palce do wilgotnych skroni, próbując w ten sposób zmusić ból do zelżenia, powrócić do rzeczywistości.
Jeszcze raz, ile minęło czasu?
Och, zapewne sporo, bo Maria już tu była.
- Mario... - powiedziała równie cicho, słysząc własne imię, a że nie miała sił, żeby wstać na nogi, tak słabe, grubo opasane bandażami, brzydkie, wyciągnęła ramiona z tej nędznej pozycji kukły opartej o ścianę, a jednak wciąż z nadzieją, wciąż żywo. - Chodź do mnie... już dobrze - Ta łagodność jej nie przystawała, ale nie miała sił na nic więcej. - Myślałam, że zginęłaś. - Ona prawie zginęła, a ta dziewucha nawet się za nią nie obejrzała uciekając. Ale była taka młoda, taka naiwna i tak bardzo w nią wierzyła; Elvira miała obowiązek poradzić sobie sama i to też uczyniła, to robiła zawsze, więc dlaczego miałaby teraz pozwalać sobie na złość?
Gdy tylko kuzynka znalazła się w zasięgu jej rąk, przyciągnęła ją do siebie na wąskiej, ciasnej ławce, nie zastanawiając się zbytnio nim przytuliła ją do swojej piersi i oparła brodę na jej miękkich, brudnych włosach. Przymykając powieki doszła do wniosku, że mogłaby tak zasnąć, ale Maria była przecież roztrzęsiona.
- Tak mi przykro - powiedziała pusto. Głowa bolała ją coraz mocniej. - Nie myślałam... - zaczęła, ale zmieniła zdanie. - Nie zostawię cię już. Nigdy nie zostawię cię samej, obiecuję. - Oparła zimną dłoń na jej czerwonym policzku i ucałowała ją w czoło. - To nie twoja wina. Nic nie jest twoją winą - dodała, bo miała wrażenie, że Maria chciałaby to usłyszeć. - Poradzimy sobie. Pomogę ci.
Wydawała się teraz Elvirze nawet mniejsza niż wcześniej.
Merlinie, była tak cholernie zmęczona.


you cannot burn away what has always been
aflame
Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Uzdrowicielka, koronerka, fascynatka anatomii
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Once you cross the line,
will you be satisfied?
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +6
CZARNA MAGIA : 17
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
unsteady
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t12162-elvira-multon#374517 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Łazienka [odnośnik]27.04.24 23:33
Przystanęła, bardziej dzięki instynktom, a nie rozumowi; gdyby zaufała temu drugiemu, może nie dałaby rady wyhamować przed kuzynką, była przecież tak bardzo zmęczona, że ledwo myślała. Wolałaby, och, oczywiście, że tak, nie myśleć wcale. Ale tak się nie dało, to wydawało się okrutne, bo jakże tu nie myśleć, gdy odchodzą od ciebie najbliżsi, ci, którzy żyją teraz tylko i wyłącznie w twoich myślach. Próby ich wyciszenia były więc w umyśle Marii podobne do próby zaprzeczenia ich istnieniu w ogóle. O ile etap negacji ich śmierci już miała za sobą, szczęśliwie spędzony w towarzystwie dwóch chłopców, których nie spodziewała się mieć przy sobie w tak ciężkiej chwili. Nie minęło jednak wiele czasu, nawet nie jedna pełna doba — wciąż łapała się na myśli, że może to był tylko sen, bardzo zły sen. Ale gdy tylko zamykała oczy, wciąż miała przed sobą ubrudzone prześcieradło i sadzę na palcach, i bukiet złożony na wykopanym przez chłopców grobie, i ruiny, które pozostały z jej niegdyś szczęśliwego (chyba?) życia. Nie potrafiła nazwać procesów, które w niej zachodziły, wiedziała jednak, że to, co się z nią stało, potrzebne było do jej dalszego przeżycia. Inaczej pewnie pękłoby jej serce, nie marnowała więc nikłych pokładów pozostałej w niej energii na próbę walki z tym, co się z nią działo. Wybiegające w daleką przyszłość plany straciły na ważności, właściwie wyleciały zupełnie z jej głowy, a wrażenie to spotęgowało się tylko, gdy usłyszała własne imię. Imię wypowiadane głosem kobiety, z którą łączyły ją więzy krwi. Nie widziała się jeszcze z siostrami, trafi do nich później. Teraz... Teraz musiała odwiedzić drugą, najbardziej poszkodowaną w tym tragicznym dniu najbliższą jej osobę.
Wzniosła więc na nią swoje spojrzenie, rozbiegane i do tej pory nieskupione nawet na jednym, konkretnym punkcie. Niespodziewanie powoli, zwłaszcza dla Elviry, która dobrze wiedziała o szybkości niektórych reakcji Marii, zwłaszcza gdy ta bywała poddenerwowana, przesunęła wzrokiem od jej nóg, przez szpitalne ubranie, wyciągnięte ręce, aż do samej twarzy. Dopiero po kilku sekundach drgnęła, ciało miała ociężałe, straciła wiele ze swej lekkości w ruchach, ale wreszcie usiadła obok niej, dalej ostrożnie, układając głowę na jej ramieniu. Słyszała jej słowa, tak się jej wydawało, ale przez dłuższą chwilę na nie nie odpowiadała. Dopiero, gdy ramiona kuzynki objęły ją, przyciągając do siebie, z ust Marii spłynęły kolejne słowa.
— Powinnam była zginąć. Z nimi — szepnęła z lekką chrypą, której nie chciała nawet zwalczać odkaszlnięciem. Powinna była, ale Marcel ją uratował, a potem znaleźli też Jima i Gię i Yanę, i przez długo było naprawdę strasznie, a potem coraz to bardziej bezpiecznie. Po co tak bardzo pragnęła ocalić swoje życie, skoro wszechświat chciał ją go pozbawić? Skoro zabrał jej dwójkę ludzi, którzy mieli ją kochać tak, jak nikt inny? Bezwarunkowo, do końca? — Tak byłoby lepiej — dodała po chwili, dłuższej chyba, wzdychając ciężko. Czuła zimną dłoń na rozgrzanym policzku, przez skórę przeszedł dreszcz i niemalże się cofnęła, ale pocałunek na czole ją zatrzymał. Zatrzymał się także czas, jej mama też całowała ją w czoło, a teraz... Teraz już jej nie było.
Jedna myśl wystarczyła, aby utrzymywany z ogromnym wysiłkiem, względny spokój runął w gruzach. Najpierw po rozgrzanym policzku popłynęła jedna łza, zaraz za nią kolejna i jeszcze następne. Nie wiedziała kiedy ciałem wstrząsnął szloch, kiedy wcisnęła twarz mocniej w materiał ubrania kuzynki, a ręce objęły jej ciało, delikatnie i bez grama siły. — Ya... Ya—a—na pisała... Że jesteś w szpita—a—lu... Ja... My—yślałam, że... Ty... Te—eż... — zresztą, ta sama Yana sugerowała także, że Elvira mogła już nie żyć, gdy uciekali z Waltham. Sama Maria nie zignorowała nawoływań kuzynki, bo po prostu ich nie słyszała. Kto wie, czy gdyby ponad chaosem wybił się jej głos, czy nie ucierpiałyby bardziej. Obie. Nie zmieniało to jednak faktu, że znów poczuła olbrzymie wyrzuty sumienia. Zaufała umiejętnościom, którymi szczyciła się jej kuzynka, wierząc, że się odnajdą, gdy tylko zrobi się bezpieczniej. Tak właśnie się stało, ale okoliczności ich ponownego zjednoczenia piekły od łez i ran po oparzeniach.


Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia. Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni.
Maria Multon
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 19 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You poor thing
sweet, mourning lamb
there's nothing you can do
OPCM : 12 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t12111-maria-multon https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#360683
Re: Łazienka [odnośnik]18.05.24 20:16
Nie była pocieszycielką, ta rola jej nie przystawała - zarzucano jej ten brak w szpitalu, jeszcze wtedy, gdy nie negowano jej roli jako kobiety-uzdrowicielki. Chciała być taka jak swoi koledzy, zręczni, poważani specjaliści w skomplikowanych dziedzinach, a jednak oczekiwano od niej, że pozwoli zepchnąć się do roli piastunki, jak dziesiątki uzdrowicielek przed nią i po niej. Bo kobiety odnajdywały się tylko w miękkich dziedzinach, jak położnictwo, jak opieka nad starszymi, niepełnosprawnymi - tam gdzie mogły przydać się ich delikatne dłonie, czułe słowo, serce. Uzdrowiciele natomiast ratowali życie, rzucali się w wir wyzwań, nie potrzebowali współczucia, bo byli pionierami.
Elvira też była pionierką. Nie miała ani delikatnych dłoni ani czułego serca.
Nie wobec obcych ludzi przynajmniej, bo teraz ciężko było jej odnaleźć w sobie oschłość, gdy w jej ramionach jak nieopierzone pisklę skuliła się Maria. Nie miała nawet dość siły, żeby schwycić ją mocniej, zamknąć w objęciach, zacisnąć palce na brodzie i zmusić dziewczynę do przerwania szlochu jak to zwykła robić wcześniej. Urywany, cichy głos i pieczenie łez przesiąkających przez szpitalną koszulę były dla niej tak niekomfortowe jak zawsze, a jednak jakoś je... znosiła. W milczeniu, z pewnym smutkiem, który mógł być tylko zmęczeniem, a mógł być czymś więcej.
- Nie mów tak - skarciła dziewczynę prędko, ale raczej łagodnie, a jej palce, wciąż jeszcze mrowiące po eksplozji, wtargnęły w puchate, lepkie od brudu włosy, rozgarniając skołtunione kosmyki i rozmasowując dygoczącą skroń kuzynki. - Nikt nie "powinien był" zginąć. Śmierć nie jest czymś co się dzieje tym co na nią zasługują - Gdyby tak było wszyscy terroryści, cały Zakon Feniksa i przynajmniej połowa mugoli dawno gryzłaby piech. - Śmierć przychodzi i zabiera wtedy kiedy chce. Nie zawsze da się ją powstrzymać, ale trzeba próbować. A kiedy się nie udaje trzeba próbować dalej. Masz dla kogo żyć. - Dla siebie, przede wszystkim, bo jeśli nie chcesz żyć dla siebie to po co w ogóle żyć, chciała dodać Elvira, ale ugryzła się w język. Maria chyba nie była gotowa na taki egoizm. Chyba pragnęła czegoś więcej. - Byłoby... - zawahała się i przełknęła ślinę. Chciała powiedzieć coś, co powiedziałaby jej matka i sama świadomość smakowała goryczą. Niemniej jednak to wydawało się właściwe. Może sprawi, że Maria przestanie smarkać jej w ubranie. Ucałowała ją też w czoło tak jak zrobiłaby to matka. Może nie jej własna, ale jakaś lepsza. - Byłoby pociechą dla twoich rodziców wiedzieć, że przeżyłaś. Pewnie myśleli tylko o tobie. O was. Ja bym tak zrobiła. - Zapewne nie, ale co z tego? I tak wątpiła, by kiedykolwiek mogła zostać matką. - Dzieci zwykle przeżywają swoich rodziców, tak musi być. Oczywiście, to była gwałtowna śmierć. Nagła. Ale nie możesz się teraz poddać i ich zawieść. To oni dali ci życie i tego ich daru ci nikt nie odbierze. - Niechżeby, kurwa, spróbował.
Musiała się nieco odsunąć, by odkaszlnąć chrapliwie we własny nadgarstek. Wciąż czuła się fatalnie, jej rany sączyły osoczem, może nawet ropą. Niemniej jednak zmuszała się do mówienia, do siedzenia prosto, do przyciskania mokrej twarzy Marii do swojej szyi, bo jeśli miała stąd wkrótce wyjść i zacząć działać, musiała wziąć się w garść. To nie był pierwszy raz, Merlinie, nawet nie drugi. Przeżyła gorsze rany niż oparzenia.
- Yana? Och, tak - mruknęła, opierając policzek na włosach Marii i jeszcze raz drapiąc ją kojąco po skórze głowy. - Nie wyszłam z lasu bez szwanku, ale mojemu życiu nic już nie zagraża. Szzzz. Powiedziałam, że cię nie zostawię. Poradzimy sobie. - Przypomniała dziewczynie szeptem przy uchu. Gdzieś na końcu korytarza zgrzytnęły drzwi, zaklekotały chodaki pielęgniarek. Nie zwróciła na to uwagi. - Zostań ze mną, choć na jakiś czas. W moim domu jest dla ciebie pokój, jest ciepły kąt - Na pewno lepszy niż te różne komuny dla młodych dziewcząt. Zawsze nimi pogardzała i zawsze upierała się przy samodzielności, nawet wtedy, gdy na londyńskich uliczkach syczano za nią, że pewnie przyjmuje nocami żonatych mężczyzn. Nie robiła tego nigdy, miała po prostu swoje dwa pokoje w kamienicy, w których mieszkała zupełnie sama nim wyprowadziła się na wieś. - Przyda mi się pomoc. I tobie też. Pomogę ci... ze wszystkim - Miała na myśli pogrzeb i formalności spadkowe, ale powstrzymała się jeszcze przed tymi słowami. - Nie musisz być sama. Nigdy nie musisz być sama - wymamrotała, zastanawiając się tylko przez moment, czy mówi do Marii, czy może do samej siebie.


you cannot burn away what has always been
aflame
Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Uzdrowicielka, koronerka, fascynatka anatomii
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Once you cross the line,
will you be satisfied?
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +6
CZARNA MAGIA : 17
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
unsteady
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t12162-elvira-multon#374517 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Łazienka [odnośnik]02.07.24 20:47
Nie miała teraz siły doszukiwać się przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy. Tego, że Elvira wcale nie wydawała się być na nią zła, jak przy innych wypadkach, gdy Maria płakała w jej obecności. Wsparcie, niespodziewane, ale jakże potrzebne, ciche i wzmocnione obecnością kuzynki, przyjmowane było przez młodszą z blondynek takim, jakim było, z niewypowiedzianą wdzięcznością. Bo potrzebowała tego, dopiero teraz, na wąskiej ławce gdzieś na korytarzu szpitala czuła, jak wiele kosztowało ją wytrwanie do tego momentu. Nie chciała rozklejać się — nie tak bardzo, przy Marcelu i Jimie, tych dwóch chłopców ledwie znała, a oni i tak pomogli jej tak bardzo, dzięki nim rodzice Marii, a raczej to, co po nich zostało, spoczęli w grobie, unikając losu ofiary zwierzęcego głodu. Potem przecież musiała odnaleźć Elvirę i przedostać się na wozie do Londynu. Dotrzeć do szpitala z chociaż resztką zdrowych zmysłów, aby nie zamknięto jej w odosobnieniu zaraz po przekroczeniu progu albo — co gorsza — nie wyrzucono na bruk odmawiając odpowiedzi o stanie zdrowia Elviry.
Bo pod przytłaczającym serce, ciało i umysł smutkiem Maria czuła też ciepło radości, lekki wiatr ulgi. Przynajmniej ona żyła.
Żyła i mówiła teraz słowa, których powaga nie trafiała jeszcze do umysłu Marii, bo nie mogła tego zrobić. Dziewczyna była wycieńczona z żalu, stresu i przeżywanego cierpienia. Bardziej od słów skupiała się zatem na tonie, w jakim były wypowiadane, na prostym przekazie czułego dotyku, który nie musiał być tłumaczony i kontekstualizowany. Przez większość czasu trwała więc w objęciach kuzynki pozornie bezwolna i w tej bezwolności podobna do lalki lub dziecięcej przytulanki, której całym jestestwem kierowała zachcianka posiadającego je dziecka. Dopiero, gdy słowa Elviry znów zabrały ich myśli w kierunku Julesa i Phoebe Multonów, Maria pociągnęła nosem, może za głośno, jak na panienkę z dobrego domu, a na pewno zdecydowanie zbyt głośno jak na siebie samą. Ale ciężko jej było panować nad niemalże bezwolnymi w tej chwili odruchami ciała, gdy głowa wydawała jej się pękać od nadmiaru emocji, a ciało błagało wyłącznie o odpoczynek. Tylko łzy, słone łzy moczyły bezustannie odsłoniętą skórę szyi Elviry, będącej pierwszym świadkiem, pierwszym nośnikiem swoistego katharsis.
— Kto—o cię wy—cią—ągnął? — spytała nagle, zakładając, że zapewne pomógł jej ktoś, tak samo jak Marcel pomógł jej. Bo nie mogła zostać sama, tak prawdziwie sama, wtedy by nie przeżyła. Tak, była silniejsza od Marii, tak, władała magią zdecydowanie lepiej od młodszej kuzynki, nawet z pominięciem oczywistego talentu do magii leczniczej, ale młodsza z Multonek nie dopuszczała do siebie myśli, że ktokolwiek mógłby sobie samodzielnie poradzić w tak patowej sytuacji. — Po—o—radzimy... — powtórzyła za nią, po nieco dłuższej przerwie, próbując w tym czasie chociaż trochę wyrównać oddech. Głowa będzie boleć jeszcze bardziej, jeszcze prędzej opadnie z sił, gdy w dalszym ciągu nie pozwoli sobie na pełne dotlenienie. Dopiero propozycja zamieszkania u starszej kuzynki sprawiła, że powoli i ostrożnie — zważając przede wszystkim na to, aby nie wyrządzić jej jeszcze większej krzywdy niż ta już doznana — wyplątała się z jej objęć, prostując wreszcie na ławce. Wierzchem dłoni otarła z policzków łzy, duże, wielkości ziaren grochu, dopiero wtedy pozwalając sobie na zmierzenie kuzynki wzrokiem. Góra—dół, z ostrożną uwagą początkującej adeptki uzdrawiania, wciąż absolutnie niepewnej własnego rozeznania, ale potrzebującej przyzwyczaić się do tego, że należało oceniać każdy potencjalnie zagrażający zdrowiu i życiu stan.
— Elviro, ja... — szepnęła, powoli chwytając ją za dłoń. Wymęczony umysł powoli przypasowywał zapach je otaczający do różnych wydzielin ciała, ale w tej chwili nie wydawało się to nawet aż tak obrzydliwe, jak jeszcze mogło być według Marii sprzed kilku miesięcy. — Ja... Mogę zatrzymać się u Ciebie na dwa tygodnie, żeby ci pomóc. Ale muszę też chodzić do pracy... — sierotom przymus ekonomiczny zaglądał w oczy jeszcze chętniej, niż tylko biednym panienkom, choć wciąż z rodzicami. Elvira miała swoje życie i nawet jeżeli z dobroci swego serca chciała pomóc młodszej kuzynce, prędzej czy później zauważy, że mieszkanie z kimś wcale nie było takie przyjemne, w szczególności, gdy musiało się tego kogoś utrzymywać, nawet w niewielkim ułamku. — Ja... Ja będę cię odwiedzać też tutaj, nie ważne, jak długo tu będziesz. Wezmę nocne zmiany, to w okolicy południa już tutaj będę... Może być? — rozgorączkowany umysł pragnął złapać kilka srok za ogon, pragnął wymyślić na poczekaniu przynajmniej kilka zapasowych planów. Elvira jej potrzebowała, może bardziej, niż na odwrót. A móc być dla kogoś ostoją, podporą... To prawie tak, jak zapomnieć o własnych bolączkach. Przynajmniej przez chwilę, przynajmniej na kilka godzin.


Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia. Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni.
Maria Multon
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 19 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You poor thing
sweet, mourning lamb
there's nothing you can do
OPCM : 12 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t12111-maria-multon https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#360683
Łazienka
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach