Wydarzenia


Ekipa forum
Kryształowa sala
AutorWiadomość
Kryształowa sala [odnośnik]01.11.16 21:31
First topic message reminder :

Kryształowa sala

Dostać się do niej można zarówno z wnętrza rezydencji, jak i ze sławnych różanych ogrodów Rosierów przez jedno z przeszklonych łukowatych przejść, które wpuszczają do jej wnętrza dużo światła i zapewniają tym samym wspaniałe widoki. Z zewnątrz sala balowa nie wygląda na swe wymiary; musiała zostać obłożona odpowiednimi zaklęciami. Jej wysoko zawieszone sklepienie upstrzone zostało licznymi kryształowymi żyrandolami, które oświetlają zdobiące je, gustowne mozaiki nawiązujące kolorystyką i symboliką do tradycji rodu - i którym sala zawdzięcza swoją zwyczajową nazwę. Ciemny marmur ścian kontrastuje z jasnym, lakierowanym parkietem oraz złotymi kandelabrami rzeźbionymi w postacie nimf oraz pnące się róże. W powietrzu unosi się zapach tychże kwiatów mieszający się z wpadającą przez okna morską bryzą.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kryształowa sala - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Kryształowa sala [odnośnik]09.06.17 0:10
[data przedszlabanem, który to?  Kryształowa sala - Page 3 2573766412 ]

Wyjazd francuskiego kuzynostwa miał w sobie kroplę melancholii, żegnali bliskich sobie ludzi, którzy w obliczu ostatnich wydarzeń politycznych zadecydowali się powrócić do ojczyzny – niekoniecznie bezpieczniejszej, ale na pewno bardziej znajomej. Mała Anastasia nie przebywała w Dover długo, być może na osłodę bezcelowej podróży i przedłużających się  wakacji Cedrina zdecydowała się wystawić to przyjęcie – na które zaprosiła głównie nieletnich lordów oraz lady wraz z opiekunami. Naturalnie, doskonała gospodyni nie zapominała o dorosłych, srebrne dzbany, oprócz soków dla najmłodszych, zawierały również wino, zdobiąc stoły zastawione wykwintnymi francuskimi przystawkami, ale mimo to – Tristan był znudzony. Zabawnym byłoby stwierdzenie, że rozczulał się nad nawiedzającymi posiadłość dziećmi, nie tylko nie miał do nich podejścia – jako syn chowany na dziedzica nigdy właściwie nie miał z nimi do czynienia, jego rola jako starszego brata była zgoła inna i nie zastępowała działań guwernantek -  ale i, jak za większością dorosłych, nie przepadał również za małoletnimi. Na balach najpiękniejsze były kobiety, a młode matki cudzych dzieci bynajmniej nie znajdowały u niego zainteresowania. Sala balowa lśniła pięknem kryształów  i bukietów czerwonych róż, mężczyzna za fortepianem w duecie z wiolonczelistką wygrywali takty kolejnego walca. Pierwszy taniec spędził z Evandrą, prowadząc przez parkiet królową róż odzianą w błękity ozdobione rodowymi rubinami; z obowiązku, ale i z przyjemnością nieuwidocznioną na surowej w tańcu twarzy zachłannie doglądając jej zjawiskowej półwilej urody. Zmęczoną, odprowadził ku ogrodom, by zaznała świeżego powietrza, tak upragnionego w kontraście do wątłego zdrowia i ciasnych gorsetów spinających pierś. Zostawił ją w dobrych rękach, z młodym i rozkapryszonym bratankiem, który z niezrozumiałych dla Tristana względów zawsze wzbudzał w niej ciepłe uczucia, samemu, by nie urągać zasadom dobrego wychowania, powracając na salę balową, celem dotrzymania towarzystwa zaproszonym gościom. Stał teraz nieopodal wejścia, z kielichem czerwonego wina, odziany w elegancką, czarodziejską szatę, czarną jak noc, przepasaną lekką, ciemnoszkarłatną szarfą. Pod szyją, upięta w materiale francuskiego fularu, błyszczała złota brosza rozkwitniętej róży – nieodłączna rodzinna pamiątka.
Najwyraźniej w trakcie swojej absencji przeoczył przybycie Abraxasa z Larissą, jego spojrzenie odnalazło bowiem po chwili w tłumie młodziutką Marianne Malfoy – samą. W córce jego przyjaciela było coś, co domagało się spojrzenia w przyszłość i odnalezienia jej w świecie za parę, paręnaście lat; miała charakter wypływający z najszlachetniejszej krwi, klasę po obojgu rodziców i urodę po matce. Rozpieszczana salonach – i podziwiana, bez wątpienia – z wolna stawała się oczkiem w głowie nie tylko swoich dumnych rodziców, skupiając na sobie uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawiała. Bez zawahania odstawił naczynie, chwytając nóżkę wolnego kielicha i wypełnił go sokiem porzeczkowym. Ująwszy oba szkła, charakterystycznym dla siebie nonszalanckim krokiem i lekko uniesionym kącikiem ust skierował się do córki przyjaciela.
- Lady Malfoy – powitał ją oficjalnie, chyląc się przedeń w dworskim ukłonie. – Wolno mi dotrzymać lady towarzystwa? – Po chwili wahania, wpierw upewniwszy się, że szkło z cała pewnością nie pachnie alkoholowym aromatem i że podaje dziewczynce sok, subtelnie zaproponował naczynie. Na jego ustach tańczyła wyłącznie powaga, był przekonany, że pomimo młodziutkiego wieku doskonale odnajdywała się w roli zaproszonego gościa.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Kryształowa sala - Page 3 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Kryształowa sala [odnośnik]16.07.17 20:29
10 kwietnia
Z niecierpliwością czekała na ten dzień, upatrując w nim kolejnej okazji do pokazania się na salonach jako nienaganna dama z rodu Malfoy. Energia rozpierała Marianne od samego rana, nie pozwalając usiedzieć spokojnie przy śniadaniu, ale starała się jak mogła, by nie rozpraszać i nie denerwować dziadka Cronusa - na posterunku, jak zawsze, był Brutus, dzielnie i niezawodnie ściągający na siebie uwagę również tego dnia. Nie utrzymywała zbyt bliskich kontaktów z lady Anastasią, ba, miała okazję widzieć ją nie więcej niż dwa razy, bezpośrednio towarzystwa dotrzymywały sobie zaledwie raz, przez krótki czas - ot, nie więcej niż dziesięć minut. Każda przecież miała swoje zajęcia! Mimo wszystko na wyprawę nastawiała się entuzjastycznie - ostatnio poczyniła postępy we francuskim, a dwór Rosierów był jednym z lepszych miejsc, by swoje umiejętności sprawdzić oraz, a jakże, nimi zabłysnąć. W pożegnalnym przyjęciu bardziej niż samo pożegnanie interesowała się znajomym kuzynostwem, pięknymi sukniami, przepysznymi łakociami oraz tańcem z jakimś kulturalnym kawalerem - mama na pewno byłaby dumna, widząc ją na parkiecie, lawirującą wśród innych par, lecz wyróżniającą się na ich tle. Opiekunka pozwoliła jej wybrać suknię - oczywiście zatwierdzając odpowiednio decyzję - oraz pomogła w zdecydowaniu się na upięcie włosów. Finalnie tonęła w rodowych barwach, w srebrnych i zielonych fałdach materiału - zwiewnego, pięknego, aczkolwiek średnio wygodnego, do czego ponoć musiała się przyzwyczajać. Niewielki rubin, oprawiony w srebro, spoczywał na krótkim łańcuszku, zdobiąc szyję; delikatne akcenty czerwieni i srebra, bardzo drobne oczka w główkach szpilek, błyszczały podczas obrotu dziewczynki wokół własnej osi. Światło wyciągało je na widok, z misternie splecionych blond włosów. Na koniec śliczna woń perfum od cioci Victorii oraz śliczne buty - cichy stukot drżał nad parkietem, kiedy Marianne rozglądała się zdezorientowana, zgubiwszy Brutusa. W pierwszej chwili zmartwiła się nieco, lecz liczba boźdzów odwracających uwagę przeważyła nad zniknięciem brata. Podziwiała suknie i zachowanie starsych od siebie panien, snując się eleganckim krokiem po przepięknej sali. Spojrzenie nie nadążało z obserwacją ciekawych elementów, słuch wyłapywał śmiechy i nuty utworu. Przypatrywała się właśnie oniemiała ślicznej wiolonczelistce, z dozą nieśmiałości, z zachwytem śledząc jej pracujące dłonie, gdy usłyszała znajomy - och, jak bardzo znajomy! - głos. Wujcio Księcio w samej osobie! Zachwycona tak idealnym towarzystwem nie miała pojęcia, że policzki powoli pokryły się barwą pudrowego różu. Dygnęła z gracją, ten ruch mając już opanowany - na miarę własnych możliwości, wciąż pozostawał w granicy dziecięcej, niewinnej niezgrabności.
- Oczywiście, lordzie Rosier. Będę zachwycona - piskliwy głosik był raczej opanowany, a mała panna coraz pewniejsza własnego przygotowania do podobnych spotkań. Nie kuliła się i nie chowała w sobie, stała prosto, z podbródkiem uniesionym ku wysokiej postaci. Do Wujcia Księcia nie zwracała się per Wujcio Księcio, bo było to niepoważne. Ona, lady Marianne Lamia z rodu Malfoy, była poważną i dobrze wychowaną lady. Uśmiechnęła się przyjemnie, ale niepewnie, odbierając naczynie od mężczyzny. Wino? Policzki przybierały koloru coraz bardziej podobnego trunkowi. A co, jeśli mama zobaczy? Ach, przecież zawsze tak bardzo ją prosiła, chciała spróbować, a teraz nadarzała się okazja! Nie miała zielonego pojęcia, jak smakuje. A może to była próba? Próba przed tatą, żeby sprawdzić, czy stosuje się do zasad? Rozejrzała się dyskretnie - jej zdaniem - ale nie dostrzegła żadnego z państwa Malfoy. Nie mogli zobaczyć jej z alkoholem. - Dziękuję. Czy lady Evandra nie będzie niezadowolona? - zapytała na wszelki wypadek, nie chcąc popełnić żadnej gafy ani ściągnąć na siebie gniewu ślicznej Księżniczki. Kolejny idealny wzór do naśladowania.


Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Marianne Malfoy
Marianne Malfoy
Zawód : lilia wśród róż
Wiek : 5 i 11/12
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Tata wie wszystko!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 https://www.morsmordre.net/t4379-alohomora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
Re: Kryształowa sala [odnośnik]20.07.17 19:04
Lubił o niej myśleć jak o dziewczynce, która mogłaby być córką kobiety, której imię nosiła. Z doskonale ułożonym strojem i wystawną suknią, manierami, jakimi mogłaby się poszczycić dorosła lady, Marianne nawet ją przypominała - siostra Tristana nie wychodziła z roli damy od kiedy nauczyła się chodzić. Na parkiecie Rosierów tańczyły dzisiaj same perfekcyjnie wychowane dziewczynki, ale nie mógł tego odmówić córce Abraxasa - wyróżniała się. Urodziła się gwiazdą, błyszczała jak klejnot w koronie, nawet wtedy, kiedy jej policzki zaczynały pąsowieć rozbrajającym dziecięcym rumieńcem. Nawet dygała już z elegancką gracją - pomimo dziecięcej niezręczności. Nawet Tristan, choć zwykle nie interesował się dziećmi, dał się porwać jej czarowi - bez wątpienia była jego ulubioną pięciolatką. I nie zaskoczyła go tym, jak doskonale odnalazła się w dorosłej sytuacji. Uniósł lekko jedną brew, obserwując tak barwy, które coraz ostrzej odmalowywały się na jej młodziutkim licu, tak rozbiegane spojrzenie, wyraźnie poszukujące - właśnie, kogo? Nie rozszyfrował jej zachowania. Kąciki jego ust uniosły się subtelnie ku górze, gdy tylko usłyszał jej pytanie.
- Ależ skąd - zapewnił ją z powagą - dopiero teraz kucając, by wyrównać różnicę wzrostu; nie był w tym najlepszy - nieczęsto miewał okazję rozmawiać z dziećmi. - Lady Evandrę zabawia teraz sir Rudolf Lestrange. - Ośmioletni, prawdopodobnie najbardziej nieznośne dziecko świata. A jeśli nie świata - to przynajmniej samej Anglii. - Jej niezwykła uroda łagodzi zachowanie młodego lorda Hampshire, przy niej zawsze zachowuje się jak prawdziwy dżentelmen - dodał konspiracyjnym szeptem, bo przecież nie do końca wypadało wprost komentować zachowania innych gości; dzieci obejmowały jednak nieco inne standardy niż dorosłych, a Rudolf naprawdę był nie do wytrzymania. Co gorsza, nie słuchał nikogo oprócz Evandry i babki, a na początku przyjęcia wrzucił żabę pod sukienkę jednej z dziewcząt. - Nie chcemy, żeby przestał, prawda? - W dniach takich jak ten mógł jedynie dziękować losowi, że Evandra będzie tą, która będzie musiała zapanować nad jego własnymi dziećmi. Nie miał pojęcia, czy Rudolf i Marianne zdążyli się poznać, ale przeoczyć tego nieznośnego chłopca - było naprawdę trudno. - Lady również jest samotna - pozwolił sobie zauważyć, już donośniej, nie przestając się łagodnie uśmiechać - kierując spojrzenie wprost na jej duże, błękitne jak Evandry oczy. - Gdzie twój towarzysz, pani? Brutus, jak mniemam. - Rodzeństwo zwykle trzymało się razem - takich od dawna ich pamiętał. - Skoro jednak odszedł, pozwolę sobie skorzystać z okazji. Przejdziemy się po ogrodach? Młode damy nie powinny zbyt dużo czasu spędzać w zatłoczonych pomieszczeniach, łyk świeżego powietrza dobrze ci zrobi. - Bez zawahania wystawił ku niej dłoń, wnętrzem ku górze, by mogła na niej położyć rączkę - oferowanie ramienia byłoby bardziej dżentelmeńskie bez wątpienia, ale przez wzgląd na dramatyczną różnicę wzrostu - nieszczególnie praktyczne. Powietrze rzeczywiście było ważne dla panien, których pierś ściskał ciasny gorset - wątpił, by ktokolwiek katował podobnym strojem pięciolatkę, ale wychodził z przekonania, że każde dziecko woli być traktowane jak dorosły - a zwłaszcza dziecko takie jak Marianne, wyjątkowe w każdym calu.
- Nieobecny traci, lady - dodał na zachętę, powracając do konspiracyjnego szeptu i nie odejmując wzroku od jej oczu - to zadziwiające, jak inna była od swojego kulejącego ojca.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Kryształowa sala - Page 3 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Kryształowa sala [odnośnik]31.07.17 17:35
Młoda latorośl Malfoyów również zdawała się do swej przyszłej roli stworzona - pomimo wyraźnych skłonności ku empatii i przebłysków serca prawdziwie szlachetnego, nie tylko pod kątem pochodzenia - uwielbiała elegancję oraz wystawne salony, na których mogła prezentować się z nieskrywaną dumą i radością. Własnej mamy nie zamieniłaby na żadną inną - kochała ją ponad wszystko, podziwiała i brała z niej przykład, starając się dorównać kobiecie kroku. Mała lady była ujmująca właśnie przez wzgląd na swój cichy zachwyt, uwielbienie warunków, w jakich przyszło się jej wychować - mało kiedy cierpiała, więcej w niej było entuzjazmu i energii, chęci do sięgnięcia gwiazd we własnej osobie. Miała tak wiele dziecięcych celów i gnała, by je wszystkie osiągnąć, przy okazji okazując się prawdziwą duszą towarzystwa - nie potrafiła trzymać swoich sukcesów tylko dla siebie. W parze ze szczerym, dobrym sercem szedł więc najprawdziwszy zapał. Starała się, jak mogła dla chwały zarówno swojej, jak i całego rodu. Niewąpliwie na jej zachowaniu odbijał się absolutny wpływ Abraxasa, dla którego była małą perełką - nie mogła mieć pojęcia, że jej imię jest tak wyjątkowe dla taty.
Słuchała Tristana - wciąż onieśmielona, ale stopniowo przybierała coraz pewniejszą pozę - i ulżyło jej nieco na zapewnienie mężczyzny. Podążyła za nim wzrokiem, nie musząc już zadzierać głowy do góry - zdecydowanie wygodniej, ale zrobiło jej się trochę głupio, że była taka mała. Mama mówiła, że to kwestia czasu i na pewno urośnie, nie ma się o co martwić - lecz Marianne mimo wszystko obawiała się, że może zostać obecnego wzrostu. Kiwnęła powolutku głową, odszukując w myślach obraz Rudolfa, który próbował rzucać w nią babeczkami z brokatowym kremem - gdyby nie heroiczny czyn Brutusa, gdy stanowczo odciągnął ją na bok, miałaby okropne plamy z kremu na swojej pięknej sukni!
- Zdecydowanie nie - potwierdziła stanowczo dziecięcym głosem, kręcąc głową. Delikatne smutne westchnienie było odpowiedzią na nieobecność brata. - Zapewne poszedł szukać zielono-srebrnych róż. Wie lord, że zielono-srebrne róże to ulubione róże białych pawi? Takie róże sprawiają, że pawie są najbielejsze ze wszystkich stworzeń na świecie - była przekonana o prawdzie swojej historii. I poprawności odmiany słowa. - Dlatego powiedziałam Brutusowi, że musimy znaleźć zielono-srebrne róże i zapytać wujka, czy możemy wziąć kilka dla pawi - wyjaśniła, nie wspominając, że w planie nie było rozdzielania się, choć było to całkiem jasne. Uśmiech, jakim po chwili obdarzyła szarmanckiego Rosiera, był uprzejmy i ukazywał szczere zadowolenie z propozycji. Ułożyła więc z gracją swoje paluszki na podawanej dłoni, choć po chwili krótkiego wahania - pamiętała o winie trzymanym w drugiej ręce. Nie była przecież tchórzem - rodzice na pewno nic nie widzieli - Z największą przyjemnością, dziękuję - kiwnęła głową i upiła trochę soku, uznając, że wino jest naprawdę dobre, a mama chyba trochę przesadzała. Wcale nie uderzało do głowy! Ogrody zaś były piękne i nigdy nie mogła przestać się nimi zachwycać - inne niż w Wilton, ale to, czego nie posiadało się na co dzień, zawsze wydawało się bardziej urokliwe.
- Czy mógłby mi lord poopowiadać ogrodowe historie? - zapytała, zerkając z nadzieją na mężczyznę. Z takiego pięknego ogrodu na pewno musiało wyjść mnóstwo cudownych opowieści!


Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Marianne Malfoy
Marianne Malfoy
Zawód : lilia wśród róż
Wiek : 5 i 11/12
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Tata wie wszystko!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 https://www.morsmordre.net/t4379-alohomora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
Re: Kryształowa sala [odnośnik]02.08.17 22:56
Wciąż przykucnięty, przyglądał się dziewczynce, dopatrując się na jej twarzy rysów Abraxasa - wydawało mu się, że większość miała ich jednak po matce. Jej entuzjazm go nie zarażał, a onieśmielenie nie dziwiło, mała Marianne dopiero debiutowała na salonach, które jemu zdążyły spowszednieć. Uśmiechał się, wyrażając tym uśmiechem niewiele emocji - jak zresztą wśród brytyjskiego arystokratycznego grona wypadało - uważnie słuchając słów młodziutkiej lady Malfoy.
- Zielono-srebrnych róż - powtórzył z nią z namysłem, zastanawiając się, czy pamiętał bajkę, w której podobne zjawisko mogłoby się pojawić; nie pamiętał, musiał więc być wymysłem dziecięcej wyobraźni latorośli jego przyjaciela. - Cóż - zebrał myśli w słowa, zachowując powagę - ani przez chwilę nie zwątpił przecież w opowieść o białych pawiach lubujących się w kolorowych kwiatach. Znał ptaki ozdabiające dwór Malfoyów, znał ich rodowe barwy i potrafił wydedukować, skąd wziął się pomysł, ale dziewczynka powinna już znać się trochę lepiej na rodowej symbolice. Znajdowała się na dworze Rosierów i ktoś nieszczególnie przygotował ją do tej wizyty. - Myślę, że zajmie mu to jeszcze trochę czasu - stwierdził z zastanowieniem - nie bardzo wiedział, ile czasu może zająć chłopcu zorientowanie się, że szuka czegoś, czego nigdy nie znajdzie. Być może trafi na dziecko lepiej zaznajomione z herbem goszczącego ich rodu, a być może nie. - Nie miałem o tym pojęcia, a sądziłem, że o zwierzętach wiem już wszystko. Jesteś bardzo mądra, Marianne, a to rzadka i pożądana cnota u młodej lady. Powiedz, jak pawie korzystają z tych kwiatów? Napawają się ich zapachem, może smakiem? - Powstrzymał wesołość, z powagą dyskutując z Marianne na tematy naukowe, z taką wiedzą - mogłaby go z powodzeniem zastąpić.
- Ale, skoro mamy dużo czasu dla siebie... - powstał, zamykając kciukiem drobną rączkę dziewczynki we własnej; różnica wzrostu nie pozwalała zrobić tego do końca szarmancko, ale starał się, jak mógł. - Chodźmy, to dla mnie wielki zaszczyt, że lady zgodziła się na moje towarzystwo. - Wolnym krokiem - naprawdę wolnym, nie chciał, żeby musiała za nim biec na znacznie krótszych nóżkach - wyprowadził ją z sali balowej do ogrodów; ogrody Rosierów słynęły ze swojej zachwycającej urody i uchodziły za jedne z najpiękniejszych. Krwiste róże były wyjątkowe, inne. Większe, czerwieńsze i piękniejsze od pospolitych, jeśli kwiat róży może być pospolity. Upił większy łyk wina, odstawiając kielich na lewitującą obok tacę - potrzebował drugiej wolnej dłoni. Tristan lekko odnajdywał się na salonach, miał w sobie naturalną swobodę, jego gesty były niewymuszone; odnajdywał się na przyjęciach od zawsze. Takimże ruchem sięgnął wolną dłonią do pobliskiego krzewu, gdy wprowadził Marianne w ukwiecony żywopłot, zrywając zeń łodyżkę czerwonej róży.
- Większości historii, które widział ten ogród, nie chcesz usłyszeć, Marie - stwierdził spokojnie, bo też nie chciał jej straszyć; mówił jednak prawdę, której pięciolatka nie mogła, jak sądził, zrozumieć. Obrócił w ręku kwiat, zsuwając palce do ostrych kolców, które pojedynczo, jeden za drugim, zaczął jedną ręką wyskubywać - zdążył nabrać w tym wprawy. - Wydadzą ci się nudne. Nie mamy tutaj ani gnoli, ani krasnali, choć zjawiają się dobre duchy takie jak ty. Wiesz, kiedyś ten labirynt wypełniał śmiech dziewczynki, która też miała na imię Marianne. - I uwielbiała te ogrody, a twój tata uwielbiał ją. - A kiedy niebo jest wystarczająco przejrzyste - Uniósł lekko wzrok w górę, chmur rzeczywiście było dzisiaj mało; mieli dobrą widoczność. - Czasem można zobaczyć smoki tańczące nad klifami. Jeśli będziemy mieć szczęście, może nam się uda. Spójrz, za rogiem jest altana, z której roztacza się przepiękny widok. - Kamienna, opleciona wijącymi się różanymi krzewami; nadmorskie klify - kły Dover - z wolna wynurzały się z oddali.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Kryształowa sala - Page 3 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Kryształowa sala [odnośnik]12.08.17 11:03
W oczach Marianne lord Rosier sprawiał wrażenie - nie, on przecież taki był - poważnego i obeznanego. Sądziła, że niektórzy z arystokracji powinni się od niego uczyć. Niejednokrotnie była przez mężczyzn traktowana jak dziecko, co oczywiście odczuwała i czuła się przez to zacofana - choć wyraźne postępy w nauce stawały temu uczuciu naprzeciw. Przywykła do zwracania się do niej jak do równej sobie, została w takim podejściu wychowana, lecz po każdym spotkaniu z wujkiem Armandem - a takie miało miejsce dzień wcześniej - budziły się w niej wątpliwości co do obycia pewnych osób. Prawda była taka, że lord Armand zwyczajnie nie miał daru do prowadzenia konwersacji z dziećmi i popełniał w nich mnóstwo błędów. Największymi z nich były wyższość i egoizm, przeszkadzające w nawiązaniu szczerej relacji. Jego definicja traktowania na równi okazywała się skrajnie mylna, była bowiem oparta o wiedzę oraz doświadczenie, jakie dzieci dopiero zdobywały. Potrafił jawnie drwić z niedostatecznej - w jego mniemaniu - ilości informacji na dany temat. Dlatego Marianne była Tristanem zachwycona.
Niestety pamięć i wyobraźnia lubiły płatać jej figle - do zapamiętania było mnóstwo rzeczy, ona zaś nie mogła być wybitna z każdej dziedziny. O rodach słuchała chętnie, już wiedząc, że w przyszłości będzie musiała sprawnie poruszać się w tematach ich dotyczących. Jedynie natłok symboli, barw, powiązań, dopasowań... to wszystko kłębiło się w jej główce, próbując umiejscowić. Stąd właśnie zielono-srebrne róże, dla niej samej stanowiące szlachetne połączenie Malfoyów i Rosierów. Pamiętała o pięknych kwiatach - i to na nich bazowała swe zmyślne historyjki. Dopiero przechadzając się po ogrodach dostrzegała czerwone róże, rozmyślając nad tym, jak te srebrno-zielone muszą kryć się gdzieś głębiej. Ale... gdzie? Brutus powinien znaleźć odpowiedź. Choć tak właściwie nie miała pewności, czy zniknął, by je dla niej znaleźć.
Komplement wujcia-księcia sprawił jej ogromną przyjemność, uwielbiała być chwalona za aspekty niepowierzchowne. To trudne słowo przyswoiła niedawno i była z tego faktu niesamowicie dumna.
- Zapachem, owszem - potwierdziła, z poważnym kiwnięciem głową, na co złociste loczki przesunęły się lekko po drobnych ramionach. - Lecz pawie biorą od nich piękno. Wie lord na pewno, jak słońce promieniuje - dokładnie tak róże Rosierów promieniują na pawie - wygłosiła, jakże elokwentnie, dumna ze swojej - na pewno prawdziwej - teorii. Nigdy nie widziała pawia z różą w dziobie, ale śniła o nich wystarczająco wiele razy, by móc potwierdzić fakt skinieniem głowy. - Ale nie zjadają róż. Zostawiają je na słońcu, żeby mogły się napromieniować od nowa - tak, zdecydowanie tak było, lecz kwiaty chowały tak, by nikt nie mógł ich dostrzec - dlatego jeszcze nie widziała rozłożonych na trawie róż, nabierających mocy piękna od słońca.
Rozglądała się, zachwycona obecnością prześlicznych, czerwonych kul. Nieśmiało sięgnęła do jednej z nich, palcem muskając aksamitne płatki - aż westchnęła z zachwytu. Były tak przyjemne, piękne, pachnące. Zastanawiała się tylko, czy srebrno-złote, pawie róże, roznosiły wokół taką samą woń. Była przekonana, że tak musi pachnieć najczystsza, czarodziejska krew. Obserwowała, jak mężczyzna pozbawia łodygę kolców.
- Kim była? - zapytała zafascynowana, śliczną historię wyczuwając aż w czubkach palców. Nie wiedziała wiele na temat Marianne Rosier - właściwie nie wiedziała praktycznie nic. Chciała się dowiedzieć jak najprędzej - jeśli nie od wujka, pytając innych Rosierów.
- Smoki - szepnęła z fascynacją, ale i lekką trwogą; były to stworzenia wielkie, ogromne - silne i niebezpieczne, lecz zawsze chciała je zobaczyć. Brutus pęknie z zazdrości! Uniosła spojrzenie, uśmiechając się do błękitnego nieba, na którym widniało tylko kilka białych, puszystych plam. - Och - odparła tylko, przez chwilę zbyt zachwycona wizją smoków nad klifami, by powiedzieć coś więcej. - Jeśli je zobaczymy, będę mogła usłyszeć jedną, choć jedną, opowieść o smokach? - uwielbiała opowieści i sposób, w jaki trzymały w napięciu.


Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Marianne Malfoy
Marianne Malfoy
Zawód : lilia wśród róż
Wiek : 5 i 11/12
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Tata wie wszystko!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 https://www.morsmordre.net/t4379-alohomora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
Re: Kryształowa sala [odnośnik]13.08.17 19:11
Z rozbawieniem obserwował poważniejące rysy twarzy Marianne Malfoy, które w skupieniu wygłaszały teorie naukowe o pawiach; nawet ją w tym widział. Kiedyś, w przyszłości. Miała urodę, która pozwoliłaby jej pozostać przekonującą nawet wtedy, kiedy do końca nie wiedziałaby, o czym mówi. I talent, wrodzoną pewność siebie - to pewnie po ojcu, był dobrym politykiem. Chciał wyrwać się z sali balowej, gdzie rosnący zaduch i hałasy czynione przede wszystkim przez dzieci zaczynały go męczyć, tutaj, w różanym labiryncie, powietrze wydawało się świeższe, a przestrzeń uspokajała zielenią oraz nieodległym szumem morskich wód. Wzięcie ze sobą dziewczynki było doskonałym pretekstem, żeby mógł to zrobić, nie pozostając niegrzecznym wobec gości - Marianne była nadto dzieckiem tak urokliwym i mądrym, że robił to właściwie bez żadnego żalu. Pokusiłby się nawet o stwierdzenie, że była mądrzejsza od niejednej dorosłej już panny, choć nie był pewien, czy w tym stwierdzeniu więcej jest pochwały dla niej samej czy może raczej więcej obelgi dla młodych lady pozbawionych ambicji.
- Poczekaj, Marianne, czegoś nie rozumiem. - Nie wszystko na raz, na pewno znasz te uczucia ze zbyt trudnych lekcji: trudny materiał dawkuje się pomału. - Kiedy świeci słońce - uniósł lekko wzrok ku błękitnemu niebu, akurat przysłonięte było chmurami, które przebłyskiwało nadmorskimi barwami zbliżającego się zachodu - promieniuje na skórę, zamieniając szlachetną białą bladość na roboczą żółć, a nawet na odcienie brązu i czerni. Barwy ciemnieją. Nabierają słonecznej intensywności.  - Mówił powoli, starał się obrazowo - tak, by dziecko uchwyciło wszystkie aspekty jego myśli, zrozumiało, co Tristan miał na myśli. Skóra przybierała kolor słońca, kiedy była wystawiona na jego działanie zbyt długo, a wystawiona jeszcze dłużej: wymierała  barwami jeszcze ciemniejszymi. - Jak to możliwe, że zieleń i srebro, dla odmiany, wybielają pawie zamiast dodać im pastelowych barw herbowych twojej rodziny? - Nie negował śmiałej tezy, skądże, wyobraźnia była skarbem, którego brakowało wielu jej rówieśniczkom. I wielu ludziom ogółem, często rodziło się z tego jeszcze więcej problemów. Ale naukowiec, nawet młody, powinien potrafić swoją tezę obronić. Potrafisz, Marianne?
Oczywiście, że tak, twoim ojcem jest Abraxas Malfoy.
- To bardzo rozsądnie - dodał mimochodem, odruchowo zadzierając brodę wyżej; nie panował nad tymi gestami, całą sylwetką wyrażał zdecydowanie zbyt dużą pewność siebie. - Niektóre gatunki smoków też tak robią - czerpią ze słońca, ale to tylko skrót myślowy. Zbyt skomplikowany, żeby tłumaczyć go siedmiolatce. Miał już w dłoni garstkę różanych kolców, nieśpiesznie, ostrożnym gestem, by uchronić się od poranień, rzucił je pod krzewy.
- Lady Marianne Rosier była kobietą, przy której więdła uroda każdej innej damy i której śpiew kruszył serca nawet najmniej wrażliwych i zgorzkniałych starców takich jak dziadek Black. - Albo twój ojciec, ale tej historii nie powinnaś usłyszeć ode mnie. Nie musiał znać dziadka Blacka, żeby zobrazować dziewczynce porównanie - wszyscy Blackowie jawili mu podobnie, jako surowe, białe twarze o mętnych spojrzeniach i nudnych życiach. - Była moją siostrą. - Dawno już minęły czasy, kiedy nie potrafił już mówić o niej głośno. Kochał ją wciąż, wciąż odczuwał tęsknotę - ale od dnia, w którym dokonał zemsty, zaznał wreszcie trudnego do zdefiniowania spokoju. - Lady - zwrócił się do niej, zmieniając temat, z płytkim ukłonem  - wręczając jej oskubany z kolców kwiat krwistoczerwonej róży. Oby tylko nie pokolorował rodowych pawi na różowo - Abraxas nie byłby tym zachwycony.
Opowieści o smokach nie były dla małych dziewczynek, znał jedną - taką, w której mała dziewczynka ginęła, w związku z czym Rosierowie zapragnęli zapanować nad tymi bestiami. Nie sądził, by opowiadanie jej teraz było dobrym pomysłem.
- Czasem w kwietniu, nad klifami, widać je splecione w smoczym tangu - walczą o dominację, choć wyglądają, jakby tańczyły. - Żadne opowieści tego nie oddadzą. Jeśli ci się poszczęści i uda ci się je dostrzec, ty zapewne również nie zdołasz nikomu oddać piękna tego widoku samymi słowami. - Uścisnął jej rączkę mocniej, kiedy za jedną z chmur zamajaczył ciemny kształt, tym samym wyprowadzając ją zza zarośli tak, by mieć na niebo lepszy widok. Początkowo nie był pewien, dopiero, gdy w słońcu błysnęła srebrna łuska - na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Nie miała się czego bać, oddzielały ich potężne zaklęcia ochronne. - Myssleine - wyszeptał cicho imię smoczycy.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Kryształowa sala - Page 3 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Kryształowa sala [odnośnik]15.08.17 16:47
Słuchała wujka uważnie, skupiając się na jego rozumowaniu, które powoli przyswajała i choć z początku wydawało jej się logiczne, nawet nieco zbiło ją z pantałyku, tak im dalej brnęła, tym bardziej była pewna, że coś jest nie tak - wierzyła w swoją tezę, lord Rosier wszystko mylił. Aż zerknęła na słońce, zaraz odwracając wzrok i mrugając szybko, mimo tego, że kryło się za chmurami.
- Tak, ale róże nie promieniują dokładnie tak, jak słońce - zaczęła spokojnie, z miejsca pewna, że dokładnie zna odpowiedź na te wątpliwości. - Poza tym, róże ani pawie nie mają skóry, tylko liście i pióra. Roślinki nie rosną bez słońca, a róże są szlachetne i starają się pomóc pawiom, one promieniują, żeby były szlachetnie białe - podsumowała, choć trochę się z tym namęczyła. - Gdyby słońce promieniowało tak, jak róże, czyli szlachetnie, nie musielibyśmy się bać, że skóra zrobi się ciemna. Promieniować można różnie, dobrze albo źle. Wujek Philippe mówi na przykład, że promieniuję na widok taty - promienieję, promieniuję, czy to wielka różnica? - a nikomu nie ciemnieje przez to skóra - czyli miała rację! Tak się zmęczyła, że uniosła swój kieliszek z winem i dyskretnie wypiła prawie całe.
Kiwnęła głową, potwierdzając pawi rozsądek i obserwując lądujące pod krzewami kolce. Przygryzła wargę w zastanowieniu, zamyślając się chwilę, by móc wyobrazić sobie smoki układające na klifach róże - musiały to być bardzo duże kwiaty! - pozwalając im się napromieniować, zanim ponownie pochwycą je w swoje wielkie paszcze. Zaczęła się już ciekawić, jak odbierają promieniowanie pięknych pąków i skąd biorą tak ogromne okazy - chciałaby mieć taki smoczy kwiat w swoim ogrodzie. Byłby pewnie jak parasol. Postawiłaby pod nim stolik i krzesełka, w takim miejscu jej i pani Abernathy na pewno lepiej byłoby prowadzić lekcje pisania, skoro zbliżały się pogodne dni. Odpłynęła w myślach tak bardzo, że nie odpowiedziała na ciekawostkę wujka.
- Ja też taka będę - oznajmiła z uporem, słuchając krótkiego opisu lady Rosier. Póki co, dążenie do takiego stanu rzeczy wychodziło jej całkiem nieźle, miała już posłuch w towarzystwie i była uważana za zdolną, wygadaną dziewczynkę, której urok umilał czas gościom Wilton. Miała mnóstwo planów na przyszłość - artystycznych, naukowych, towarzyskich... - Gdzie jest teraz? - zapytała zaciekawiona, wyobrażając sobie, że skoro była siostrą wujka - powinna żyć. Jakoś nie wzięła pod uwagę innej opcji, szczególnie zaś takiej, w której Marianne Rosier spoczywała w grobie. Nie do końca rozumiała jeszcze, na czym polegają śmierć i zemsta. Dygnęła zgrabnie z uśmiechem, wyciągając drobną dłoń po wręczany kwiat, któremu przyjrzała się z bliska i nieśmiało pociągnęła noskiem, dając woni ukoić zmysły. - Dziękuję, jest piękna, lordzie Rosier - zachwyciła się szczerze, od teraz ostrożnie, z namaszczeniem, niosąc swój podarunek lekko przyciśnięty do piersi.
- Chciałabym kiedyś spróbować - szepnęła, nie kończąc zdania - póki co znała słów zbyt mało, by zachwycać nimi szersze grono, lecz karty przyszłości czekały niecierpliwie na zapisanie. Przerwała, z zapartym tchem wpatrując się w majaczącą na tle chmur smoczycę. Drgnęła odruchowo - smoki kojarzyły jej się z przerażającą głową gada, ozdabiającą wejście do ich dworku - lecz nie cofnęła się, zaciskając mocniej palce w dłoni Tristana. Było w tym widoku coś pięknego, porywającego, nie mogła oderwać wzroku, za to powtórzyła tylko, również szeptem - Myssleine? - chciała poznać ją w słowach wujka, wiedzieć o niej jak najwięcej.


Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Marianne Malfoy
Marianne Malfoy
Zawód : lilia wśród róż
Wiek : 5 i 11/12
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Tata wie wszystko!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 https://www.morsmordre.net/t4379-alohomora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
Re: Kryształowa sala [odnośnik]15.08.17 22:46
Z ustami drżącymi rozbawieniem obserwował spojrzenie przymrużonych oczu Marie na słońce; oczywiście, nie dała mu się zbić z tropu - snuła dalej dziecięce fantazje z dziecięcą naiwnością, ale dorosłą pewnością siebie - to nawet miało sens, róża i słońce nie miały zbyt wielu cech wspólnych, podobnie jak skóra różniła się od liści i piór; przynajmniej na pierwszy rzut oka okiem sześciolatki. Nawet spodobała mu się koncepcja szlachetnie promieniujących róż, cóż innego mogłoby promieniować szlachectwem, jeśli nie jego herbowe kwiaty.
- Więc słońce jest mniej szlachetne od róż - sparafrazował słowa dziewczynki, być może uprościł, wyciągając z nich sens, który wychwycił - choć nie był pewien, czy do końca zamierzony i zgodny z jej koncepcją. - A przecież ma koronę - promienistą, złotą, zwróconą w cztery świata strony; słońce maluje się zawsze jak lwa  - z koroną wokół koła. Spojrzał na nią pytająco, ciekaw, czy ma na to jakiś pomysł, ale nie męczył dłużej dziewczynki zmuszając do odpowiedzi zapytaniem wprost. - Na widok twojego ojca wielu ludzi promieniuje - odparł zamiast tego, półżartem, bo osobiście Abraxasa bardzo lubił, byli przyjaciółmi. Pozostawało jednak bezsprzecznym faktem, że potrafił innym zaleźć za skórę - i było wielu takich, którzy mogliby go tytułować nazwą promieniotwórczej ingrediencji alchemicznej - tego jednak przy dziewczynce nie dodał, pan ojciec dla dziecka musiał pozostać nienaruszalną świętością. - Radością  - dokończył niewinnie, żadnym sposobem nie zdradzając z tych słów rozbawienia. Szanował Malfoyów, oczywiście, że tak, szanował również Rosierów - ale zaniósłby się gromkim śmiechem, gdybym ktokolwiek powiedziałby mu, że byli rodziną powszechnie uwielbianą. Nie byli.
- Bardzo prawdopodobne - odparł szczerze na jej porównanie się do swojej siostry, mogła być podobna, nigdy taka jak Marie. Bo taka jak ona - nie będzie już nikt nigdy. Nie negował jednak zdolności córki Abraxasa, była olśniewająca: mądra, elokwentna, kulturalna, prezencja oraz etykieta przychodziły jej z naturalną, swobodną łatwością, a na salonach promieniała jak gwiazda i zwracała uwagę jak najpiękniejszy paw. Za parę lat zacznie łamać serca i zostanie wybranką najlepiej rokującego młodzieńca przyszłego pokolenia. Lub zakocha się głupio i wyjdzie za mąż głupio i zginie równie głupio - jak jego siostra. - Teraz Marianne nie żyje - odparł pusto, bez delikatności, do jakiej nie był przyzwyczajony. Te słowa wciąż z trudem przechodziły mu przez gardło, wywoływały dziwne otępienie, niezgodę. Było to po nim widać - utracony błysk w oku i niewidzące spojrzenie, uschnięty kwiat już nigdy nie nabierze szkarłatnych barw. Brutalna prawda ubrana w piękniejsze słowa nie będzie łagodniejsza; Tristan nie znał się na dzieciach, nie wiedział, czy sześciolatka rozumiała już pojęcie śmierci. Ale nie był osobą, która miała zamiar jej to wyjaśniać, rad był więc, że Marie przyjęła wręczony kwiat, złożywszy dłonie razem z tyłu odpowiedział na podziękowania płytkim dworskim ukłonem.
- Wszystko przed tobą, lady Malfoy - kto wie, być może wyrośnie na poetkę czarującą słowem, być może zostanie znaną pisarką; nie wszystkie jej talenty zostały już odkryte pomimo bez wątpienia wszechstronnego nauczania. To, że jeszcze się taki nie urodził - wcale nie oznaczało, że nie urodzi się nigdy. Ujął dłoń dziewczynki mocno, na pół chcąc dodać jej otuchy, na pół - upewnić się, że ją trzyma. Dzieliły ich mile wsparte zaklęciami ochronnymi, Marie była bezpieczna, a jednak odczuwał dyskomfort, obserwując ten widok z kilkulatką, która nie była Rosierem. - Myssleine jest bardzo młoda - odparł powtórzone pytająco imię. - Ma dopiero dwa lata - Jest młodsza od ciebie, choć przecież smoki żyją znacznie dłużej i tak jak ty jest bardzo zdolną dziewczynką; smoczyca wzbiła się do góry, w pewnym momencie przechylając ciało w drugą stronę, długą szyję, skrzydła, na końcu ogon, nurkując prosto w morskie wody, wywołując obszerny rozprysk kryształów wody. - A już potrafi podporządkować sobie większość wielkich smoków w rezerwacie. Ma wspaniały charakter. - Bardzo dominujący, jest terytorialna i agresywna. Silna. Wyrośnie na piękną bestię, od kilku miesięcy była jego ulubienicą. - To córka mojej pierwszej podopiecznej - kontynuował, kiedy smocze ciało wynurzyło się z morskiej toni nieco bliżej ich: dość, by mogli dojrzeć skąpane w słońcu srebrne łuski i czarne  lśniące oko gada. Smoki były bestiami, krwawymi, drapieżnymi, opowieści o nich nie były przeznaczone dla uszu młodych lady. Zwykle słuchał ich od ojca sam, bez towarzystwa sióstr. - Powinniśmy wracać, lady - stwierdził, nie odejmując spojrzenia od smoczycy, choć wolnym krokiem cofając się już ku zaroślom różanego labiryntu i nie wypuszczając rączki dziewczynki z uścisku. - Twój brat z pewnością znalazł już różę dla pawi. A jeśli nie, to dasz im powąchać tę, smoczą. Być może dzięki niej nabiorą srebrnego połysku.  



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Kryształowa sala - Page 3 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Kryształowa sala [odnośnik]16.08.17 22:29
Była bardzo dociekliwa i starała się robić użytek ze wszystkiego, co tylko mogła zaobserwować, szukając wspólnych oraz różniących cech, by móc stworzyć wnioski podparte własną, dziecięcą logiką. Tym razem nie musiała zastanawiać się zbyt długo nad odpowiedzią. Rozjaśniła myśli momentalnie i Marianne tylko dziwiła się, że lord Rosier nie widzi różnicy, tak przecież oczywistej.
- Ech, wujku, co mu po koronie, kiedy nie można jej zobaczyć, bo tak mocno świeci - westchnęła, zapamiętując, że słońce ma koronę, by móc rysować je teraz bardziej wiarygodnie. Wiedziała, że ma promienie, ale nawet nie wpadła na to, by nazywać je w ten sposób, dlatego w myślach wciąż rozdzielała obydwie rzeczy. Nie wyczuła półżartu, jeszcze zbyt młoda na takie zawiłości, wyraźnie rozróżniając serio od na żarty. Kiwnęła poważnie głową, widząc w tym delikatnie prześmiewczym stwierdzeniu największą ze wszystkich prawd. Bezgranicznie wierzyła w ojca. - Tak, tata budzi wiele pozytywnych emocji, radość także - uzupełniła elokwentnie, łącząc swoją wiedzę na temat konwersacji z danym dialogiem. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak dobrze jej to wyszło - mimo wszystko wiele zdań sklecała jeszcze dosyć niefortunnie, nieświadoma popełnianych błędów, lecz robiła to na tyle urokliwie, że mimo wszystko udawało jej się zabłysnąć. Na szczęście nie wiedziała nic o złośliwej promieniotwórczości substancji alchemicznych - zaoszczędzało jej to w obecnej chwili wielu nerwów i wyrzutów. Nie pozwoliłaby kpić ze swojego taty - nigdy.
Nie rozumiała i rozumiała równocześnie - pewne aspekty śmierci wciąż były zagadkowe. Pojmowała to w kategorii wyszedł i nie wróci, ale... właściwie dlaczego? Kiedy tata wychodził do pracy - wracał. Kiedy mama wychodziła na spacer z ciocią - wracała. Kiedy Brutus wychodził psocić - wracał, może nieco spokorniały, lecz pojawiał się znów na swoim miejscu, w ich posiadłości, w sercu. Marianne wiedziała, że wrócą i nie potrafiła wyobrazić sobie, że ktoś nie wraca i nie ujrzy go już nigdy więcej. Nigdy nikogo nie pytała, lecz wiele razy zastanawiała się, co oni robią w tych grobach - pod ziemią musiało być strasznie ciemno i zimno. Może kopali tunele? Ale przecież szlachetnokrwiści nie kopali w ziemi, jak pani ogrodniczka, nie wypadało. Po co mieli leżeć i pachnieć pod ziemią? A może nieżywe panie ogrodniczki kopały im tunele żeby mogli organizować posiadówki rodzinne? Już wyobrażała sobie, jak pod dworem Wilton świętują jej szóste urodziny. Będzie musiała narysować to wszystko tacie. Wszystkie poziomy zmarłych i posiadłości, koniecznie pięknie ozdobione na jej przyjęcie. Być może zostawi trochę miejsca żeby narysować panie ogrodniczki, skoro już miały kopać te tunele. Rozmyślania tak ją pochłonęły, że nie odpowiedziała na informację na temat drugiej (pierwszej, jeśli być dokładnym) Marianne, szybko wyzbywając się też niepewności co do tonu mężczyzny. Uwaga dodatkowo została odciągnięta przez wręczony kwiat oraz otoczenie.
Kiwnęła głową. Wiele razy słyszała, że wyrośnie na wspaniałą szlachciankę, a ilość zainteresowań zjednywała jej niejednego rozmówcę, każdy wróżył jej szczęście w dziedzinie, jaka była mu bliska. Jedno było pewne - była stworzona do osiągnięcia rzeczy pięknych, echem rozchodzących się po kościach odbiorców, niezależnie od dziedziny. Pragnęła wstrząsnąć światem, choć jeszcze nie zdawała sobie sprawy z istoty tego pragnienia. W milczeniu, zachwycie i przerażeniu obserwowała potężne cielsko smoczycy, które z taką łatwością zburzyło wodę. Dwa lata? Zerknęła zadziwiona na wujka.
- A kiedy będzie miała sto, będzie jeszcze tak ogromnie większa? - zapytała szeptem, nie mogąc sobie tego wyobrazić. Może zaraz zza skał wynurzy się stuletni smok? One musiały mieć dopiero róże giganty, by się napromieniować. Albo potrzebowały stu róż. - Jest piękniejsza niż nasz smok przy wejściu - oceniła, drgnąwszy lekko, kiedy Myssleine wynurzyła się bliżej niż spodziewała się dziewczynka. Serduszko przyspieszyło, ale dzielnie stała w miejscu, chłonąc widok srebrnych łusek. Słońce tańczyło na nich, a gdy dotarło na skraj łba, stworzenie wyglądało jak ukoronowane przez tę wielką gwiazdę.
- To insprijujące - odparła na komentarz odnośnie charakteru smoczycy - błąd kolejny raz wkradł się w słowo, ale pozostawało zrozumiałe. Nie chciała odrywać oczu od niebezpiecznego stworzenia, zadowolona z bezpiecznej odległości i obecności doświadczonego wujka, zapierała się więc chwilę i odwracała głowę, starając się wyłapać jeszcze błysk łusek, gdy podążali w stronę sali. Nie mówiła wujkowi, że bez sensu dawać pawiom czerwoną różę - o wiele ładniej będzie prezentowała się w jej pokoju, poza tym ptaszyska pewnie by ją ukradły i byłaby z tego sama bieda.

| ztx2


Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Marianne Malfoy
Marianne Malfoy
Zawód : lilia wśród róż
Wiek : 5 i 11/12
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Tata wie wszystko!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 https://www.morsmordre.net/t4379-alohomora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
Re: Kryształowa sala [odnośnik]27.04.19 0:47
7 XI

Hep!
Szarpnięcie w okolicy pępka było dziwnie znajome, ale i zarazem bardzo nietypowe. Prawie całkowicie odzwyczaił się od tego uczucia w ostatnim czasie, gdy od kilku miesięcy teleportacja stała się nad wyraz niebezpieczna. W pierwszej chwili zaczął instynktownie przesuwać dłońmi po własnym ciele, zaczynając od twarzy, sunąć po torsie, a kończąc na biodrach. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Dalej miał dwie nogi i parę rąk. Szczęście w nieszczęściu, że nie uległ rozszczepieniu. Jego zdziwienie było o tyle większe, że wcale nie próbował się teleportować, a mimo to znalazł się w całkowicie innej przestrzeni. Chwilę temu był jeszcze na Pokątnej w otoczeniu innych czarodziejów przechadzających się po magicznej części Londynu. Czyżby ktoś próbował rzucić czar i wywołał dziwaczną anomalię, która sprowadziła na niego duży kłopot w postaci czkawki teleportacyjnej? Wydawało mu się to tak bardzo nieprawdopodobne, że aż absurdalne, ale innego scenariusza wymyślić nie potrafił. Zresztą, podobne niedorzeczności przytrafiały się co chwila, od kiedy magia stała się nad wyraz niestabilna. Szalona burza nadal szalała nad wyspami, budząc nieustanne poczucie niepokoju. Alphard odnosił wrażenie, że wszystkie występujące anomalie powiązane są już tylko z tą burzą, ale może to było błędne założenie. Jeszcze raz poklepał się po torsie, dalej nie potrafiąc uwierzyć w to, że jest w jednym kawałku. Istny cud.
Wreszcie zdecydował się rozejrzeć po najbliższym otoczeniu. Znajdował się w miejscu całkowicie mu obcym, tego był pewien. Stał pośrodku szerokiego korytarza, od razu dostrzegając reprezentacyjny charakter miejsca. Gustowna elegancja rzucała się w oczy, bo taki właśnie miała pełnić cel. Dostrzegał bogactwo graniczące z przepychem, jednak udało się zachować z nim umiar, dzięki czemu urządzony ze smakiem korytarz przywołał mu na myśl wypracowywany przez wieki przez szlachtę zmysł estetyczny. Czy mógł tak nagle znaleźć się w rezydencji jednego z rodów? Jeśli tak, to dla kogo stał się nieproszonym gościem? Zaczął jeszcze uważniej rozglądać się, aby wyłapać jakikolwiek element, który zdradziłby nazwisko przymusowego gospodarza. Skoro rezydencja nie była mu znana, łatwo było mu wykluczyć z listy dwory rodów ściśle zaprzyjaźnionych z Blackami.
Stagnacja nie była dobrym pomysłem, ale myśl o wyjawieniu swojej obecności też nie była wygodna. Ale jakąś decyzję musiał podjąć. Świat dał mu znak. Dźwięki muzyki spłynęły do niego, wreszcie nadając jego krokom konkretny kierunek. Ruszył za symfonią, rozpoznając w niej utwór baletowy, lecz nie mogąc zidentyfikować z jakiego dzieła pochodzi. Sztuka nigdy nie była mu bliska i chyba tylko z rozpoznaniem motywu z Dziadka do orzechów nie miałby żadnego problemu. To nie było też Jezioro łabędzie. Przed samym sobą musiał przyznać, że kierowała nim ciekawość. Gdzie się teraz znajduje? Skąd dochodzi ta muzyka? Któż się w nią wsłuchuje?
Dotarł do szerokich, mnogo zdobionych drzwi i tylko jedno ich skrzydło było otwarte. Rozejrzał się po korytarzu, aby zaraz zakraść się ostrożnie do środka. Starał się nie zdradzić swojej obecności. Tak oto znalazł się w ogromnej sali balowej. Widział kryształowe żyrandole zwisające z wysokiego sufitu, pokryte ciemnym marmurem ściany, wielkie okna, przez które wpadało naturalne światło i połyskujący jasny parkiet. I jeszcze te ogromne, kilkuramienne świeczniki. Róże. Przeklęte róże.
Gdy spojrzeniem odnalazł smukłą postać, zamarł w bezruchu. Zapomniał na chwilę o tym, jak należy wykonać kolejny wdech. Oniemiał na widok szybkich, rytmicznych ruchów, jak i z powodu ich precyzji. Tak ogromna świadomość własnego ciała mogła być wynikiem jedynie wielu lat ćwiczeń i wyrzeczeń. Nie był miłośnikiem baletu, jednak nie był ślepy na piękno, a właśnie nim rzucono mu prosto w twarz w tej jednej chwili. A kiedy rozpoznał twarz tańczącej kobiety, poczuł się prawie oszukany, dotknięty tym uczuciem do żywego. Był intruzem, wiedział o tym doskonale, jednak nie potrafił tak po prostu się wycofać. Przyglądał się dalej, nie wiedząc czy to przejaw bardziej bezmyślności, czy może jednak bezczelności. I tylko gdzieś w głębi siebie zaczynał podejrzewać, że został urzeczony widokiem przed nim. Zaobserwowana płynność ruchów lady Rosier przywodziła mu na myśl akrobacje wykonywane w powietrzu na miotle. Jakie to wszystko było dziwne.
Alphard Black
Alphard Black
Zawód : specjalista ds. stosunków hiszpańsko-brytyjskich w Departamencie MWC
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
step between the having it all
and giving it up
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5636-skrytka-bankowa-nr-1378 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
Re: Kryształowa sala [odnośnik]20.05.19 22:18
Zawsze jej pomagał. Posiedli przecież umiejętność zrozumienia siebie na poziomie w którym nie potrzeba używać słów. To wtedy w pokoju muzycznym swoją obecnością, swoimi słowami sprawił, że udało jej się postąpić jeden niewielki krok na przód. Może  z pozoru tylko nic nie znaczący. Bo dla niej, był wszystkim tym, przez co nie mogła się przebić od dawna. Poszukiwaniem, ale i odnalezieniem. Nie tylko siebie, ale też tego, co zdawało jej się, że utraciła wraz ze śmiercią starszej siostry. Wszyscy stracili tego dnia wiele. Gdy odeszła, zabrakło światła, zabrakło źródła energii. Zabrakło przyczynku. To dzięki niej Melisane była dzisiaj sobą. To ona pomogła jej odnaleźć drogę. Złoty środek między chęcią bycia jak Tristan, dorównania mu - a jednocześnie pozostaniem damą, którą chciała widzieć w niej matka. Zabrali ją im, wykradli, zabili w domu w którym miała być bezpieczna.
Nie dziwiła się, że jej ręki nie przyrzeczono do tej pory nikomu. Wiedziała, że czas na to, powoli się kończył, ale obawa, że spotka ją to samo tliła się gdzieś w podświadomości. Możliwe, że to właśnie dlatego ufali jedynie tylko sobie. Tylko sobie jedynie prawdziwie mogli to robić. Tylko siebie, nie musieli się obawiać.
Od tego czasu, od dnia w którym powiedział jej jak zginęła ta, która zabrała im Marie coś jakby się w niej otworzyło. Może nie całkowicie jeszcze, może nie do końca. Ledwie niewidoczne przejście, które musiała jeszcze powiększyć i przez nie przejść. Dlatego sumiennie znajdowała czas na to, by pomiędzy obowiązkami lady i tymi, które przyjmowała na swoje barki w rezerwacie odnajdować też czas na swoistego rodzaju rozmowę, kontakt z utraconą siostrą - a wszystko to odnajdywała w balecie. Możliwe, że przez to, że to właśnie on zbliżył je do siebie wtedy, kiedy myślała że nigdy nie będą potrafiły prawdziwie się zrozumieć. Zmieniła jednak pokój muzyczny, zabierając dla siebie raz na jakiś czas kryształową salę w której jej matka organizowała przyjęcia. Parkiet idealnie nadawał się do tańczenia, złożony z wysokiej klasy desek. W jednym z rogów sali stał fortepian, ale przy niestabilnej magii Melisande zaprzestała nawyku wprawiania go w ruch magią. Mogła też poprosić o wprawienie go w ruch Prymulkę, ale wolała skorzystać z gramofonu, który posiadali również. Na stałe kazała go przenieść do kryształowej sali i odnajdywała dziwną przyjemność z ustawiania igły na płycie, mieszczącej w sobie dźwięki muzyki klasycznej. Ustawiono też tutaj niewielką, drewnianą ławeczkę na której mogła przysiąść by zawiązać baletki. Zaanektowała to miejsce dla siebie, ale nie całkowicie. Jej obecność Prymulka mogła usnąć dwoma pstryknięciami palcem - i dobrze, właśnie taka chciała być, niezauważalna.
Zdarzało się, że czasem ktoś jej przerywał, albo przemykał do sali niezauważony by popatrzeć, jak na nowo odnajduje drogę w tym, co kochała prawie tak mocno, jak ich smoki. Z początku zwracała na to większą uwagę, ciągle widząc we wszystkich intruzów. Jednak… z każdym kolejnym oddaniem się rozmowie zaczęła czuć się pewniej, choć nadal czuła jak przez lata stagnacji, jej ruchy w niektórych momentach nadal były zakurzone, nieodpowiednie, za ciężkie. Nie usłyszała uchylających się drzwi do sali. Możliwe, że nawet gdyby było inaczej nie przerwałaby. Po sali rozniosły się optymistyczne, pogodne dźwięki Les Sylphides, wykonywała spokojnie kolejne ruchy i kroki, które pamiętała jeszcze ze szkoły. Miała na sobie długą, czerwoną, zwiewną spódnicę w której tańczyło się bez problemu, włosy upięte na czubku głowy w kok, który miał zapobiec wpadaniu włosów w oczy podczas tańca. Głuche tąpnięcie, które wbiło się w minimalną pauzę w dźwiękach świadczyło o jej porażce. Soubresaut był ciężki, ospały i zakończył się tak samo. Dokładnie tak, jak nie powinien. Rubinowa, szyfonowa spódnica opadła układając się wokół kostek. Nie ruszyła dalej razem z dźwiękami, które pomknęły zostawiając ją w tyle. Dłoń opadła, zwinięta w pięść, uderzając o materiał krwistoczerwonej, zwiewnej i długiej spódnicy, unosząc ja do góry na kilka krótkich chwil. Spięte plecy i równie napięta sylwetka. Uniosła drugą z dłoni układając ją na karku i ruszając w kierunku ławeczki na której leżał niewielki ręcznik. Sięgnęła go do niego przykładając do twarzy na chwilę, odrzuciła go na bok. Schyliła się, rozciągając się dokładniej, po czym z zamkniętymi powiekami obróciła się, jednocześnie obracając głową, jakby próbując rozluźnić spięte mięśnie całego ciała. Zrobiła kilka płynnych ruchów, i ustawiła się rozkładając dłonie i przyjmując pozycję, czekając na takt, który miał zaraz nadejść. I gdy uderzył ruszyła znów, wchodząc w niego odpowiednio, assemble wyszło bez zarzutu, tańczyła dalej. Nie otwierała powiek - nie musiała przecież, nie miała publiczności. Pas de ciseaux, poprawnie, choć można było nad nim jeszcze popracować. Nadchodził piruet, przyjęła odpowiednią pozycję, ułożenie rąk, wybiła się, jeden obrót, drugi i kolejne głuche tąpnięcie.
Westchnęła otwierając oczy.
I zamarła trafiając na tęczówki ciemne jak noc. Wyprostowała się, porzucając pozę w której wylądowała. Pierś unosiła się w górę i dół od wysiłku, któremu się poddawała. Nie wyglądała pięknie, nie mogła, krople potu zraszające jej ciało, potargane włosy i urywany oddech. Może powinno jej zależeć na tym, by nie mógł dostrzec w niej jakiś niedoskonałości. Wiedziała, że wykorzysta to - prędzej czy później. Ale nie to miało znaczenie. Zobaczył coś, czego nie powinien. Coś, czego nie był w stanie zrozumieć. Wtargnął w jej rozmowę, kawałek prywatności do którego nie pozwalała zbliżać się nikomu, poza tymi którzy byli dla niej najbliżsi. Tymi, przy których głuche tąpnięcia nie miały znaczenia. Jej tęczówki niosły tylko jedno - obietnicę śmierci i złość, która zaczęła obejmować niewielkie cało. Napięte policzki i zasznurowane wargi było widać z daleka. Jak śmiał zjawiać się tutaj i wkradać po cichu, nie dając nawet znać o swojej obecności niczym intruz - którym przecież był. Jej broda uniosła się do góry, a ona sama z drżącym nadal od wysiłku i zmęczenia oddechem, odwróciła się na pięcie by skierować swoje kroki do ławeczki przy której znajdowały się jej rzeczy w tym różdżka. Z cichym pyknięciem pojawiła się obok skrzatka wezwana imieniem, które Rosier wypowiedziała - zebrała jej rzeczy, kiedy Melisane sięgała po długi płat czerwonego szala, który narzuciła na plecy zgrabnie ukrywając trzymaną w dłoni różdżkę. Obracając się ponownie ruszyła w stronę wyjścia, co jednocześnie było kierunkiem w którym znajdował się on. Nie odciągała od niego jasnych tęczówek, gdy zmierzała do wyjścia, a niewielka skrzatka wędrowała za nią. I gdy zdawało się, że zaraz go minie nie powiedziawszy ani słowa, odwróciła się gwałtownie, a jej różdżka wylądowała na jego gardle.  
- Jeden dobry powód,  żeby Prymulka nie zrzuciła cię przypadkiem z pobliskiego klifu. -  wypowiedziała ledwie niewiele głośniej od szeptu zadzierając głowę by spojrzeć mu w twarz. W jej oczach tańczyła złość, potęgowana stalowym odcieniem tęczówek.


I've heard allegations 'bout your reputation
I'll show you my shadows if you show yours
Let's get it right dear, give a good fight dear
We'll keep it all up behind
closed doors
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Kryształowa sala [odnośnik]24.05.19 18:41
Nie potrafił do końca pojąć dynamiki kolejnych sekwencji kroków. W żadnym razie nie nazwałby odpowiednio prezentowanych przez kobietę figur czy pozycji. Sama próba zidentyfikowania z jakiego baletu pochodzi muzyka była poza jego możliwościami. Rozumiał tylko tyle, że nie jest w stanie odwrócić wzroku od poruszającej się smukłej sylwetki. Było w tej chęci obserwacji coś stanowczo nieodpowiedniego. Już po rozpoznaniu twarzy lady Rosier powinien był spuścić głowę i jak najszybciej wycofać się z eleganckiej sali balowej. Cały problem tkwił w tym, że to, co należało zrobić, wcale nie było tym, czego chciał. Przyglądał się dalej, mocno zaangażowany w każdy ruch, bo każdy krył w sobie ogromny ładunek emocji. Zapewne nie byłby w stanie dostrzec jakichkolwiek niedociągnięć, rozpoznawał je jedynie po reakcjach Melisande. Musiała na nowo odnaleźć równowagę, aby znów ruszyć w tan, oddać się własnym ruchom całkowicie. Baletowi oddawała się cała, bez skrępowania, wreszcie nie musiała ukrywać twarzy pod wyuczonymi maskami. Ekspresja czarownicy robiła na nim niemałe wrażenia. Chyba jeszcze był zbyt oszołomiony, aby mogła dojść do niego powaga tej sytuacji. Dlatego dalej spoglądał na tę sztukę w żywej postaci.
Poczuł się nie na miejscu w pełni, gdy ich spojrzenia się spotkały. Jej ciało zastygło na chwilę w jednej pozycji, ale kiedy wyszła już z szoku, to poruszyło się żywo, niby spłoszone, a jednak wciąż dumne. On sam nie potrafił ruszyć się choćby o milimetr. Dalej stał przy drzwiach, nadal się przyglądał, chcąc dobrowolnie poddać się karze za niegodne lorda szpiegowskie zapędy. Przynajmniej do jego uszu nie doszedł żaden krzyk. To był zarówno pocieszające, jak i alrmujące. Muzyka ucichła i tak oto nastała cisza przed burzą, której wolał nie przerywać pierwszy.
Koniec występu nadszedł. Spektakl został brutalnie przerwany, kiedy baletnica stała się świadoma jego obecności. Nie chciał naruszyć jej osobistego sacrum. Jednak zrobił to. Poprawiła spódnicę i narzuciła na siebie szal, oblekając się w kolejną dawkę czerwieni. Doskonale pasowała do tej eleganckiej scenerii, pomimo potu i potarganych w tańcu włosów, bo przecież nie wszystkie kosmyki chciały dać się okiełznać wysokiemu kokowi. Objawy zmęczenia od wysiłku wcale jej nie umniejszały, wprost przeciwnie, dodawały jej świeżości, wypełniały ją życiem. Ruszyła wprost na niego, zapewne dlatego, że znajdował się na jej drodze do wyjścia. Nie spodziewał się, że minie go bez słowa. Ostatecznie odwróciła się nagle i przytknęła mu różdżkę do gardła. Tylko jedno uderzenie serca było szybsze i mocniejsze, tak przynajmniej udawał przed samym sobą.
Moja szczera skrucha – odpowiedział jej szeptem, podobnym do jej własnego, nie zamierzając podnosić głosu w cudzym domu. Już samo jego pojawienie się w tym miejscu było czymś niedorzecznym. Kolejny niewybaczalny błąd, którego dopuścił się wobec niej, choć nieświadomie. – Tym razem naprawdę nie zamierzałem zakłócić twojego spokoju – dodał jeszcze, nawet nie siląc się na szczerość, ta sama z niego wypływała, kiedy pozbawiony był złych intencji i niecnych zamiarów względem damy. Doskonale rozumiał wymalowaną na jej twarzy złość, w oczach dostrzegał chęć mordu. Chyba tylko dlatego nie wstydził się poczynionego przed nią pośredniego wyznania, że podczas tych wszystkich wcześniejszych spotkań zawsze próbował wyprowadzić ją z równowagi. Ale czy nie czyniła podobnie, na każdym kroku rzucając mu coraz to śmielsze wyzwania? Każdym słowem i gestem próbowała zadać precyzyjny cios w jego dumę. Teraz jednak było inaczej. Nie chciał wcale ograbić jej z tych cennych chwil, podczas których mogła czuć się całkowicie sobą. Wcale nie marzył o tym, aby ujrzeć jej prawdziwe emocje. Była tylko jedną z wielu szlachcianek, którą z powodu przynależności do wrogiego Blacku rodu nauczono go już w dzieciństwie traktować z góry. Nagle z porcelanowej lalki przeobraziła się w ludzką postać i to było dla Alpharda najbardziej dezorientujące. W którym momencie uznał ją za nawet ciekawą? Jakim cudem teraz miał ją za istotę czującą? Nie rozumiał do końca własnego poruszenia przez całe to zajście. To nie kraniec różdżki na jego gardle uwierał go najbardziej, o wiele gorsze były emocje.
Pojawiły się w nim wątpliwości, lecz zatrzymał je wszystkie dla siebie, nadal uparcie nie odejmując spojrzenia od chłodnych oczu Melisande. Nie okazał nawet odrobiny strachu, jednak w jego ciemnych tęczówkach malował się prawdziwy żal, podszyty poczuciem winy. Ostrożnie uniósł swą dłoń, aby długimi palcami otoczyć kobiecy nadgarstek. Nakierował jej rękę tylko odrobinę i tak, aby drewno bardziej zagłębiło się w jego skórę bliżej tchawicy. Samym fizycznym atakiem mogłaby go teraz pozbawić sposobności poczynienia kolejnego oddechu, wystarczyło tylko włożyć w cios więcej siły. W złości, która ją ogarnęła, byłaby do tego zdolna. Ryzykował wiele, gdy pozwalał sobie ją dotknąć, ale tylko ten sposób okiełznania jej wzburzenia wydał mu się dostatecznie dobry. – Pozwolisz mi złożyć wyjaśnienia czy może powinienem już żegnać się z życiem? – spytał z jakąś stanowczością, czekając już tylko na jej ruch. Musiała podjąć decyzję. Co jednak teraz wygra w jej przypadku? Trawiona ognistą złością dusza czy chłodno kalkulujący rozum?
Mimowolnie zaczął rozmyślać nad tym, czy uda mu się dobyć różdżki. Potrzebował jednej chwili, lecz znajdującą się tuż obok czarownica potrzebowała zaledwie ułamka sekundy. Miała jego życie w swoich rękach, a raczej na krańcu różdżki. Czyż nie było to wspaniałe uczucie? Wszystkie jego mięśnie były napięte przez całe to nerwowe oczekiwanie.
Alphard Black
Alphard Black
Zawód : specjalista ds. stosunków hiszpańsko-brytyjskich w Departamencie MWC
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
step between the having it all
and giving it up
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5636-skrytka-bankowa-nr-1378 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
Re: Kryształowa sala [odnośnik]08.06.19 13:10
Rozmowa, jedyna w swoim rodzaju. Bo to właśnie wtedy, kiedy pozwalała by operowe dźwięki porywały ją całą, gdy wykonywała kolejne figury z przymkniętymi powiekami, czuła najmocniej obecność utraconej siostry. Była w każdym ruchu, w każdym dźwięku melodii, nieuchwytna na co dzień. Ale na te kilka chwil obecna. Na kilka chwil w czasie których mogła ją sobie całkowicie przypomnieć, wyobrazić, poczuć.
Umknęła jednak, niczym ledwie wspomnienie snu, zaraz po przebudzeniu. Zniknęła, wraz ze świadomością obecności kogoś innego.
Właśnie. I był też on, stojący w wejściu do kryształowej sali. Intruz, który nie miał prawa pałętać się po korytarzach jej domu niczym zagubiony pies. A jednak fakty mówiły same za siebie. Tylko - czy rzeczywiście, błąkał się po ich rezydencji, czy planował dokonać tutaj czegoś innego, bardziej mrocznego?
Muzyka została przerwana, tak jak przerwano jej czynności. Świadomie - bo tak właśnie sądziła. W tej ciszy słyszała bicie swojego serce, które tłukło jej się jeszcze w piersi, słyszała urywany oddech, który dobywał się z różanych warg. Kroki niosły się po kryształowej sali echem, potęgując ich siłę, gdy zmierzała do wyjścia, pierwotnie mając w planie jedynie go minąć. Plan jednak zmienił się, gdy zrozumiała, że nie może tego tak zostawić. Że nie może jego tutaj tak zostawić. Miał się wytłumaczyć, czemu wtargnął na ich tereny, czemu naruszył ich prywatność - jej prywatność. Różdżka wystrzeliła z szybkością, która sama ją zdziwiła, jednak nie okazała tego, zaciskając mocniej palce na modrzewiowym drewnie.
Powstrzymała chęć prychnięcia z niedowierzaniem na słowa, które wydobyły się z jego ust. Miała uwierzyć, że znalazł się tutaj przypadkiem? Brew uniosła się ku górze. To było zbyt absurdalne, nawet jak na niego. Ale całość jej się nie zgadzała, zgrzytała. Spotkała go już przecież, była dobrym obserwatorem, czemu więc nie widziała teraz emocji, które próbował skryć pod maską, którą zakładał. Czemu jego słowa, choć kompletnie bez sensu, zdawały się nie być podszyte fałszywymi nutami? Brwi zeszły się mocniej, gniewnie, jednocześnie nadając jej twarzy wyrazu nie tylko złości, ale i zamyślenia. Pohamowała chęć uniesienia lewej dłoni i skubnięcia wolnej wargi. Kolejny arsenał do broni stworzonej z kpin w jego wydaniu, nie nie zamierzała mu tego oddać. Zwłaszcza, że zagrabił właśnie coś cenniejszego niż wszystko inne. Pierś unosiła się chaotycznie zarówno od zmęczenia i złości, a jasne tęczówki mierzył uważnie jego kanciastą twarz. Prymulka stała z boku z wyprostowanymi plecami spoglądając to na swoją panią, to na mężczyznę, któremu ta przykładała różdżkę do szyi czekając na kolejne polecenia. Unosząc jedynie prawą chudą rączkę ku górze i trzymając palce tak, by móc pstryknąć nimi w każdej chwili i wykonać polecenie.
Każdy jeden milimetr składający się na jego twarz mogła zlustrować z bliska i robiła to, dokładnie z precyzją technika, poszukując oznak, informacji, czegokolwiek tak naprawdę, co pozwoliłoby jej stwierdzić, czy wypowiedziane przez niego słowa były prawdą. Ale, nawet jeśli rozum i wnioski świadczyły o tym, serce buntowało się odważnie - i nieważnym był brak dowodów jego nieszczerości. Ważnym była zbrodnia, której się dopuścił.
Drgnęła, gdy poczuła dotyk, na nadgarstku zwalczając nagłą, palącą potrzebę zerwania kontaktu nie zrobiła tego, jedynie dla ciekawości, która cichutko zastanawiała się, co zamierza zrobić i nadal postanowiła trwać, próbując przemierzyć nieskończoną ciemność spojrzenia.. Nie powinna była, przecież wiedziała, że nie. Był silniejszy od niej - w momencie w którym pozwoliła ująć się za dłoń, oddała mu przewagę. Nie - oddałaby, gdyby nie było obok ich wiernej skrzatki. Oczy rozszerzyły się lekko, na kilka sekund w zdumieniu, a wzrok zerwał połączenie zerkając na koniec jej różdżki. Brwi zmarszczyły się ponownie nie rozumiejąc tego zabiegu.
Dlaczego?
Odpowiadała jej cisza w której nie potrafiła odnaleźć odpowiedzi. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego postanowił oddać swój los w jej dłonie jeszcze bardziej, dokładniej, poprawiając ułożenie jej różdżki tak, by znalazło się bliżej tchawicy. Nadal oddychała ciężko, ale nie była pewna, czy to przez sytuację, czy zmęczenie które jeszcze jej nie opuściło. Gdy odezwał się, uniosła znów spojrzenie odkrywając w jego głosie coś, czemu chciała zwykłej przekory się przeciwstawić. Zasznurowała usta mocniej. Nosek zadzierał się lekko w górę, wraz z całą twarzą. Nacisnęła lekko na różdżkę, czując jak opór daje jego skóra. Poczuła dreszcz przechodzący po karku. Nie kpij - zdawało się ostrzegać jej pełne ogniowej złości spojrzenie.
- Mów. - zażądała wspaniałomyślnie, zelżywszy uścisk tak, by mógł swobodnie odpowiedzieć, nie poruszyła się nawet o milimetr.


I've heard allegations 'bout your reputation
I'll show you my shadows if you show yours
Let's get it right dear, give a good fight dear
We'll keep it all up behind
closed doors
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Kryształowa sala [odnośnik]08.06.19 13:17
Choć w jej oczach wciąż widział buzujące emocje, przede wszystkim tę niezmierną złość, to jednak nadal dawał o sobie znać jej rozsądek. To było godne podziwu, bo sam w pierwszej chwili złapałby za różdżkę i rzucił bolesny czarnomagiczny urok w kierunku intruza, co to śmiał z boku uczestniczyć w najintymniejszej chwili, w której nie trzyma się gardy i pozwala wszystkim maskom opaść. W życiu osoby o szlacheckim urodzeniu takich chwil nie było tak wiele. Pojawienie się nielubianej osoby w przestrzeni jakże prywatnej natychmiast uznałby za podstęp. Z drugiej strony widok lady Rosier w rodowej kamienicy Blacków przy Grimmauld Place wywołałby w nim również niezdrową ciekawość co do motywów złożenia takiej bezceremonialnej wizyty. Najwidoczniej chciała poznać odpowiedzi na swoje pytania, których jednak nie zamierzała zadać. Być może dlatego nie cofnęła dłoni. Instynkt pewnie od razu podpowiedział jej, że powinna ją zabrać, wyszarpać z uścisku, co mogłaby uczynić z łatwością, bo ten wcale nie był mocny. Może uznała to za zbędny ruch, skoro dalej zachowywała przewagę.
Jej atak nie był dla niego wielkim zaskoczeniem. Rozumiał w pełni jej wrogą postawę, broniła siebie i swojego domostwa. Ułatwił jej to zadanie, nakierowując na wrażliwy punkt kraniec różdżki. Od razu zauważył zawahanie w jej spojrzeniu, dała mu tę sposobność, kiedy na chwilę spuściła wzrok na jego szyję. Wreszcie zdała sobie sprawę z powagi sytuacji, kiedy na jej barki spadła odpowiedzialność decydowania o cudzym życiu. Tylko od jej osądu zależał czyjś los. Przesunął palcami po jej skórze, lekko ją gładząc, po czym mocniej naparł opuszkami na pulsującą żyłę. Cóż przeważało obecnie w jej uczuciach? Obawa czy może ekscytacja? Niewiele jest słodszych uczuć niż poczucie władzy. Właśnie tę prawdę objawiono mu podczas pierwszej nauki o czarnej magii w praktyce.
Była panią sytuacji, więc rzuciła żądanie. Najgorsze było to, że miała do tego prawo. To było dla Alpharda niewygodne położenie. Każdy błąd może dla niego skończyć się tragicznie, miał tego pełną świadomość. A jednak zamierzał ryzykować, nawet w takiej chwili myśląc o prowokacjach. Przypadły mu do gustu reakcje Melisande, bo wydawała się tak niespokojna, dumna i zdeterminowana zarazem. Jakim cudem kontrolowała chaos obecny w niej samej?
Daję ci słowo, że nie skłamię w swoich wyjaśnieniach – rzekł wręcz uroczyście, dalej nakierowując jej różdżkę w strategiczny punkt. Złożenie takiego przyrzeczenia już na samym początku niezwykle istotne, ponieważ wiedział, że szlachcianka prawdę może uznać za wierutną bzdurę. Sam właściwie nie mógł uwierzyć w to jak znalazł się w Château Rose. Z pewnością całą rezydencję otaczały precyzyjnie nałożone zaklęcia ochronne, jednak dziwnym trafem nie uniemożliwiły one jego nagłego przybycia, jak również nie zareagowały na pojawienie się nieproszonego gościa. Czy było to może jakieś przeoczenie? Czkawki teleportacyjnej te wszystkie stworzone bariery mogły nie uznawać za jawny atak, może w takim przypadku magia domu nie uznawała teleportowanego czarodzieja za zagrożenie. W tej chwili mógł tylko snuć podobne domysły, gdyż pewności co do słuszności takiej teorii nie miał żadnej. – Znalazłem się tutaj przypadkiem – dodał spokojnie, żałośnie próbując odczytywać puls czarownicy, choć nie miał w tym zbyt dużej wprawy. Wciąż jednak jej oddech wydawał mu się szybszy, zatem dalej była pod wpływem silnych emocji. – Mi samemu wydaje się to absurdalne, jednak złapała mnie czkawka teleportacyjna – nieustannie wpatrywał się w jej twarz, kiedy to wypowiadała kolejne słowa, chcąc na bieżąco badać jej reakcje. Liczył się z tym, że po jego tłumaczeniu Melisande może ogarnąć jeszcze większa złość, bo jak miałaby bez wątpliwości uwierzyć w jego wersję wydarzeń? Taka jednak była prawda. – Dopiero wystrój sali uświadomił mi gdzie się znajduję. Wierz mi lub nie, ale naprawdę nie wtargnąłbym nigdy świadomie do rezydencji innego rodu. Niezbyt to mądre posunięcie, zwłaszcza, że nie płyną z niego żadne korzyści, a raczej jest to ujma dla mnie, o tyle większa, że dałem się złapać.
Cały czas przemawiał spokojnie, na sam koniec sięgając po logiczną argumentację, aby odwołać się do jej rozsądku. Pozostawało mu łudzić się, że zostanie zrozumiany. Szybko wykonany w myślach bilans zysków i strat włamania się do Château Rose jasno pokazywał, że w takim przypadku liczyć się można tylko z ostrymi reperkusjami. Na korytarzu nie odnalazł jednoznacznych dowodów na to, że znalazł się pośród ludzkich róż. Ale gdyby w tamtym miejscu się zatrzymał, czy spotkałoby go większe zrozumienie? Bardzo to wątpliwe.
Łatwo można sprawdzić moją prawdomówność – nie rozwinął swojej myśli. Wolał z tym poczekać, aż lady Rosier na spokojnie przeanalizuje podaną przez niego wersję wydarzeń. Musiał zaufać jej mądrości. To było najbardziej przerażające. Nie miał żadnej pewności, że rozwaga zwycięży nad niechęcią.
Alphard Black
Alphard Black
Zawód : specjalista ds. stosunków hiszpańsko-brytyjskich w Departamencie MWC
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
step between the having it all
and giving it up
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5636-skrytka-bankowa-nr-1378 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black

Strona 3 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Kryształowa sala
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach