Wydarzenia


Ekipa forum
Zaczarowane Bryczki
AutorWiadomość
Zaczarowane Bryczki [odnośnik]04.12.16 1:01
First topic message reminder :

Zaczarowane Bryczki

★★
Dostojne francuskie abraxany stukają kopytami w bruk uliczki, mądrymi oczyma przypatrując się przechodniom, kiedy woźnica, siedząc na dyskach płotu znajdującego się obok, zagryza jabłko. Głębokie, malowane na różnobarwne wzory z symbolami zaczarowanego świata - różdżkami, bohaterami takimi jak Merlin, a nawet symbolami hogwardzkich domów czekają na pasażerów pod strzechą z zewnątrz wyglądającej na niewielką, a od wewnątrz powiększonej magicznie, stajni. Bryczki mogą zabrać pasażerów w dowolne miejsce, latające konie suną po niebie, a skomplikowane zaklęcia czynią pojazd niewidzialnym i nienamierzalnym dla mugoli. Kraksy z samolotami są na szczęście rzadkie.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:31, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Zaczarowane Bryczki - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]11.10.19 19:52
Nigdy by się nie domyślił, że stojąca przed nim panienka pracuje w miejscu o tak paskudnej nazwie jak Parszywy Pasażer. Słyszał o nim tylko z plotek i pogłosek, bo – chociaż nie stronił od trunków – był w gruncie rzeczy pełen obaw, które trzymały go raczej w czterech kątach domu. Oczywiście, jeśli w danym momencie nie latał po sprawunku pana Mondo, nie sprzątał po hucznie wyprawianych zabawach nad ogniskiem, czy nie ścigał właśnie jakiegoś uciekiniera. Ale coś rzeczywiście było takiego w młodej kobiecie, która ciskała piorunami z oczu, co przekonywało go, że nie warto było wchodzić jej za skórę.
Już go zabieram, tak tak, za kłopoty przepraszam — wymruczał jakoś tak nieporadnie, miętoląc w rękach guzik od swojej lekkiej kurtki. Jego wzrok wodził gdzieś na poziomie ich nóg, obawiając się, co mógłby wyczytać z jej twarzy. Zahaczył też o mordkę potworka i dopiero zobaczył z jaką fascynacją wpatruje się on w nieznajomą. To było niespotykane. Stworek nie dość, że miał wredną naturę, to w ogóle nie przywiązywał się nikogo i tylko sprawiał problemy. Przy niej zaś jakoś tak zupełnie złagodniał! Może powinna ona dołączyć do nich jako poskramiaczka ghuli? Odchrząknął, pozbywając się tej myśli. Na pewno byłaby wzburzona wiedząc, iż w ogóle snuje on takie wnioski.
Zdał sobie nagle sprawę z tego, że jego pierwsze wrażenie o sytuacji było błędne, gdy kilkukrotnie usłyszał od niej jak się wyraża na temat małego Balthazara. W pewnym sensie i on poczuł się urażony jej przykrymi uwagami... Może dlatego, że to on zwykle był odpowiedzialny za mycie go, a jak można się domyślić, nie było to jego ulubione zajęcie.
Rumu? Chęt-chętnie... a może napije się pani ze mną? — powiedział nie kontrolując zaplątanego języka, czego do razu pożałował. Przyłożył jedną dłoń do twarzy, chcąc ukryć rumieniec. — Nie, przecież nie zrobiłbym mu nic złego. Jemu też bywa zimno, poza tym frak jest prany po każdym występie... — Zorientował się, że zabrnął już w to za daleko. Zupełnie urwał wątek i tylko pokręcił przecząco głową, jakby to ją miało zapewnić o bezpieczeństwie Balthazara. Trzymał już wyciągniętego króliczka i potrząsnął nim lekko. Co ciekawe, rozległ się dźwięk drgającego dzwoneczka. Ghul, zainteresowany tematem, z ociąganiem odwrócił łeb od swojej nowej przyjaciółki, a jego oczy zabłysły. Ustami zaciamkał, próbując może coś powiedzieć w swoim języku, a może po prostu z ekscytacji, po czym szybkim, człapiącym krokiem podbiegł do maskotki. Utulał ją radośnie, obracając się jednak w stronę kobiety. Złożył ostatni pocałunek na buźce zabawki, następnie złapał go w jedną łapę i spróbował wcisnąć nieznajomej.
Chyba... chyba panią bardzo polubił... — wymamrotał oniemiały, łapiąc bezwiednie rękę ghula. Zanim nadeszła ze strony ich towarzyszki jakaś reakcja, wykorzystał moment, ukłonił jej się i pociągnął za sobą magicznego stworka, zostawiając ją z maskotką i z własnymi myślami.

| zt lusterko, zt Philippa!


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Zaczarowane Bryczki - Page 6 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]12.01.21 19:54
Iskierka mknęła szczęśliwa. Tak rzadko teraz mogła fruwać do Londynu. Dawniej pani wysyłała ją nieustannie do pięknych domów, eleganckich instytucji i wytwornych dam. Sówka stęskniona za widokami znajomych wież z radością trzepotała skrzydełkami. Niedaleko niej również mignęło kilka ptaków. Wszystkie, jak wypuszczony na wolność rozszalały wiatr, mknęły – tajemnicze, szybkie, niosące ważne wieści. Daleka wycieczka dobrze służyła piórom. Wiedziała, że zaraz nadejdzie czas, nadejdzie pora, by uwolnić wiadomość i pozwolić jej opaść między londyńskie dachy. Oby tylko znalazł ją ten, kto powinien, kto mógłby pojąć skryte w pięknych literach pragnienia serc. Oddała stolicy list i pomknęła dalej. Wykonała swe zadanie, choć nie wiedziała, że dotarła jako ta ostatnia.
Jeśli przechodzisz tu jako pierwszy pomiędzy 30 września a 4 października, możesz dostrzec list. Jest zapieczętowany i zamknięty, wyraźnie w dobrym stanie. Jeśli go podniesiesz i przyjrzysz się tyłowi korespondencji, dostrzeżesz wypisane ładnym, ozdobnym pismem: Do Ciebie, przechodniu. Gdy otworzysz kopertę zalakowaną pieczęcią w kształcie gwiazdy, ujrzysz list, a w nim:

Przeczytaj Do Ciebie
Mieszkańcu Londynu! Wojna odbiera to, co najcenniejsze.
Ostatnio z powodu działań prowadzonych na terenie Anglii życie stracili:

  • Alphard Black – arystokrata i pracownik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Zmarły wskutek działań wojennych, dokładniejsza przyczyna śmierci nieznana.
  • Chłopiec w Pudełku – kilkuletni chłopiec, znaleziony w niewielkim kartonie na rogu ulicy, które stało tam przez kilka dni, nim ktoś zauważył, że unosi się z niego nieprzyjemny odór. Na rękach dziecka zidentyfikowano czanomagiczne runy.
  • Roderick Smith – były pałkarz Jastrzębi z Flamouth. Aresztowany po ataku na funkcjonariuszy Magicznej Policji. Zamordowany za zgodą Wizengamotu w ramach wymierzenia pokazowej kary śmierci.

Łączymy się w żałobie i smutku z rodzinami, nie mogąc jednak powstrzymać się od pytania:
kto będzie następny?



I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Zaczarowane Bryczki - Page 6 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]07.02.21 11:51
1 X

Trzynaście monet przekazał woźnicy - za fatygę i pewność, że gdy wróci z drobiazgiem, który miał kupić żonie, bryczka wciąż będzie na niego czekać. Na jego polecenie zamówiono ją uprzednio na obrzeża Londynu, do miejsca, gdzie teleportował się z Yorkshire - teraz towarzyszy mu w podróży po stolicy, po wszystkich punktach, o które musiał zahaczyć, porządkując sprawy związane z hodowlą. Niezbędne pozwolenia z Ministerstwa wolał załatwić sobie osobiście; miał wprawdzie zaufanie do swych ludzi, lecz tytuł i nazwisko znacznie ułatwiało przedzieranie się przez biurokratyczny gąszcz. Zaczął więc od wizyty w gmachu władzy, na sam koniec pozostawiając sobie wyłącznie najmniej istotne kwestie.
Szpakowate aetonany zarżały cicho, gdy mijał je, ruszając w górę Pokątnej. Przystanął ledwie na chwilę, wyciągając lufkę, na której zamocował papierosa skręconego z tytoniu bardzo dobrej jakości. Wtedy też kątem oka wyłowił sfatygowaną, pobrudzoną kartkę, przydeptaną przez siebie lewym butem; najpewniej nie zwróciłby na nią żadnej uwagi, gdyby nie widniejąca na niej podobizna doskonale znanej mu osoby ze szlacheckiego świata. Wojna zażyczyła sobie wysoką cenę do zapłaty, lord Black oddał swe życie w walce. Już wkrótce odbyć ma się pogrzeb, ostatnie pożegnanie, na które wybiorą się i Carrowowie.
Prześlizgnął się wzrokiem po odezwie, apostrofowanej wprawdzie do mieszkańców Londynu, lecz ze względu na widniejące tam nazwisko przeczytał i resztę, czując nieprzyjemny ścisk w żołądku, gdy przed oczami zobaczył chłopca w pudełku, niewinne ciało, pokryte czarnomagicznymi runami; z jakiegoś powodu to wyobrażenie nałożyło się na odległe, lecz dotkliwie zapamiętane wspomnienie z dnia, gdy własnymi rękami ułożył martwe ciało syna w pudle trumny. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł po jego przedramionach; zaciągnął się mocno papierosem, starając się odgonić ten koszmarny widok.
Za późno już na papierowe deklaracje; ktokolwiek rozrzucił to po Londynie, był chyba ślepy na to, co się tu wydarzyło. Tej fali zmian nie dało się zatrzymać. A każda ze stron konfliktu zdawała sobie sprawę, że bez ofiar się nie obejdzie. Wiedzieli to też ci, którzy dotychczas pozostawali zdystansowani.
Lecz teraz i dla nich nie było już przestrzeni na neutralność.



give me a bitter

glory.



Icar Carrow
Icar Carrow
Zawód : niosą mnie skrzydła
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sure he fell, but in that glorious moment, as he floated in staunch defiance of heaven's fire, he knew no one had flown higher.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8504-icarus-carrow#247883 https://www.morsmordre.net/t9309-athena https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f52-west-yorkshire-wakefield-sandal-castle https://www.morsmordre.net/t9304-skrytka-bankowa-nr-2015#283365 https://www.morsmordre.net/t9358-icarus-carrow#284475
Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]17.02.21 21:02
Trzynaście razy wymieniała już magiczny zatrzask w klatce z niuchaczami. Złotko jednak był jak ten jesienny liść, który zabłądził i trafił prosto na jej parapety, na najwyższe piętro, przy oknie, które nigdy nie widziało drzewa. Przytargany przez pochmurne nastroje dokowych dusz, a może przywleczony przez Wywłokę. Bo Złotko znikąd się zjawił i znikąd też czasem odnajdywała w klatce niuchaczy, pod jego brzuchem, poukrywane skarby, których przecież nie miał nikt z mieszkania, ani też najpewniej żaden z równie biednych sąsiadów. Nie odkładała tych rzeczy, nie poszukiwała właścicieli droższych bibelotów, bo prędzej wtrąciliby złodziejkę do Tower niż okazali wdzięczność za odnalezioną pamiątkę. Przygarniała znaleziska niuchaczy z pewną chęcią, bo w tak gorzkich czasach liczył się każdy grosz. Gdyby jeszcze można było tak łatwo przemienić forsę w jedzenie. Niemniej znała odpowiednie łby, umiała zarzucić sieć półszeptów, które zwabią potencjalnych nabywców do jej wypełnionych drogocennościami kieszeni, do jej spojrzenia gotowego podchwycić tylko te okazyjne transakcje, gotowego obiecać rzeczy do tego obiecania niemal niemożliwe. Zbyt długo tu mieszkała, by nie nauczyć się jeszcze czynienia cudów, nawet w największej opresji.
Wracając jednak do Złotka, gagatka upartego i psotnego, który to przygarniał kosztowności z całego świata, nie bacząc na przeciążony magiczny brzuszek… Tym razem przeholował. Wyskoczył z ciepłej kieszonki z takim rozmachem, że o mało co nie poprzewracała się w tych nowych pończochach (no, powiedzmy) na ubłocony chodnik. Widziała tylko cień, czarny, ostry – pędził prosto na sam środek wielu dróg, gdzie ruch był zwykle większy, niezbyt korzystny dla tego, kto mógłby go ewentualnie poszukiwać. W chaosie niuchaczowi znikanie przychodziło z zaskakującą łatwością. Nauczyła się już, że prędzej czy później i tak każde z nich dawało się złapać. Gnała więc za nim, po drodze łykając, oprócz garści poirytowania, masę chłodnych wiatrów. No co za skurczybyk. Przyspieszyła kroku, żałując, że akurat dziś ubrana była raczej elegancko, a stopy tkwiły w zapełnienie nieprzystosowanych do biegów obcasach. Ten jeden jedyny raz zamierzała wkroczyć ze sprawunkami jak ta gwiazda, jako zupełnie spełniona, zadbana kobieta, u której nie widać oznak przemęczenia podwójną pracą i życiowymi bolączkami, która wcale nie zmaga się z… czymkolwiek. Niemniej Złotko miał inne plany i tak zmusił ją do tej pogoni. Zatrzymał się dopiero na środku trasy, przy skrzyżowaniu dróg, na pajęczynie bryczek, w okręgu kopyt i rdzawych kół. – No wreszcie – zawołała, łapiąc go w zwinne dłonie. Cwaniak myślał, że jak przycupnie pod powozem, to nikt go nie zauważy. Bystre oko Moss chyba zdołało go już za dobrze poznać, by kolejny raz nabrać się na tę samą sztuczkę. Niemniej za bryczką w dość intymnych okolicznościach wsunęła palce do włochatej kieszonki na brzuchu rzezimieszka. Co tam znów zwędził? Dłoń wpływała do futerkowego morza złota, wytrącając przy okazji ze skrytki kilka wiadomych monet i coś, czego nie spodziewała się tam odnaleźć. Złota figurka aetonana potoczyła się po chodnikach, by w końcu zatrzymać się gdzieś przy kole. Hałas mógł jednak zwabić przypadkowego przechodnia. – Właź tu – mruknęła szybko i wsunęła do kieszeni stworzonko. Schyliła się, by pozbierać posypane monety. Sięgnęła również po bardzo nietypowe znalezisko. Wystarczyło policzyć do trzech, by ktoś zawołał złodziej?
Philippa Moss
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10 +1
UROKI : 22 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]03.10.23 21:17
17 lipca 1958 r.

Pogodne niebo wznosiło się ponad dość dziwnie opustoszałą ulicą Pokątną. Zupełnie jakby w porze obiadu handlarze i potencjalni kupcy pozamykali się na cztery spusty we wnętrzu ciągnących się kamienic. Rzadki to był widok, może nawet nieco podejrzany, ale skupiona na swoim celu nie zaprzątałam sobie tym głowy. Szłam szybkim tempem po nagrzanym chodniku, co rusz wciskając melodyjnie obcas w kamienną mozaikę. Kilka minut wystarczyło, by z domu pogrzebowego przedostać się do przystanku czarodziejskich powozów. Punktualnie o czternastej oczekiwać miał na mnie woźnica, skąd miałam udać się w dalszą drogę do Suffolk. Elegancka, ale nieprzesadnie zdobna suknia w barwie smoły zdawała się topić w koszmarze popołudniowego słońca. Nie byłam poruszona, nie czułam nieprzyjaznych skutków ciepła wciskającego się nachalnie pod skórę. Myślami zdawałam się być gdzieś zupełnie indziej. Być może wciąż drwiłam w duchu z własnego pracownika, który ledwie godzinę temu okazał się największym nieudacznikiem i wyleciał z łomotem za drzwi kamienicy. Od samego rana dzień był trudny, na anielskim cmentarzu na obrzeżach zawaliła się krypta, którą ledwie rok temu skończyliśmy odrestaurowywać, a dostawa nowych urn opóźniała się już o dwa dni. To wystarczyło, by ściany mojego gabinetu zaczęły płonąć i tylko cud sprawił, że ich wszystkich oszczędziłam, ledwo powstrzymując się przed rzuceniem paru paskudnych zaklęć w bandę zawodzących nierobów. Nie mogliśmy wszak pozwolić sobie na podobne niedociągnięcia. Nie było mowy, by dobre imię ponurego zakładu zostało pohańbione przez ich zaniedbania. Byłam gorzka, byłam kategoryczna, byłam zimna, a oni słuchali, pod skórą wpędzając krew w niesamowicie szybki bieg. Nie uprawiałam terroru, a przynajmniej nie na swoich pracownikach, ale dzień ten nie należał do najprostszych, a powrót do domu nie oznaczał pory odpoczynku, a jedynie przejście z jednego gabinetu do drugiego. Z zaczarowanej aktówki tylko skreślały się co chwila zaplanowane na ten dzień czynności, a lista była długa.
Pasmo niepowodzeń zamierzałam przerwać, fundując sobie podniebną przejażdżkę powozem. Chwila wytchnienia była niezbędna, inaczej najpewniej ktoś by dziś zginął. Nastroju wolałam nie przelewać na krewnych. Po południu mieliśmy także spotkanie z mieszkańcami. Do tego czasu musiałam wyzbyć się jakichkolwiek oznak parszywego ducha. Udusić to w sobie, nim przedostanie się na zewnątrz. Z ulgą przyjęłam widok bryczki już te kilkanaście kroków ode mnie. Skrzydlate konie czekały spokojnie, a miejski zegar wybił pełną godzinę. Doskonale. Przynajmniej w tym względzie nie spotkałam się z rozczarowaniem. Lot miał być wytchnieniem, nie mordęgą. Spóźnialstwa zaś nie znosiłam.
Gdy znalazłam się przed drzwiami powozu, te ustąpiły, natychmiast zapraszając mnie do środka. Zaczarowane wnętrze było przyjemnie chłodne, chętnie rozsiadłam się na siedzeniu. Gdzieś za mną abraksan parsknął, przyczyniając się do lekkiego kołysania całego pojazdu. Domyślałam się, że jeszcze chwila i bryczka wzbije się w powietrze. Sięgnęłam do torebki, by wyjąć najnowszy numer Walczącego Maga. Ciekawa byłam, czy i tym razem znajdę tam pieśni pochwalne dla chwalebnego rzecznika. Szeroko rozpostarłam gazetę i zagłębiłam się w lekturze. Niedługo później powóz ruszył, lekko się trzęsąc. Dopiero gdy do mojego nosa dotarł zapach wody kolońskiej, opuściłam gazetę w dół, pozwalając, aby ta powoli odsłoniła moją twarz. Przede mną siedział mężczyzna. To jakiś absurd. Ściągnięty już całkiem w dół papier zaszeleścił i opadł na moje kolana. Przyjrzałam się uważnie niechcianemu towarzyszowi. Zamierzałam lecieć w samotności. Zamierzałam... Zmrużyłam oczy, bo nagle rysy twarzy jegomościa wydały się nadzwyczaj znajome, a cały proceder tylko bardziej podejrzany. - Co ty tutaj robisz? - zapytałam oschle, uznając, że los zdecydowanie dzisiaj ze mnie zakpił. - To wyłącznie mój powóz - oświadczyłam, poruszając się już na aksamitnym siedzisku, gotowa zawiadomić woźnicę, że najwyraźniej przeoczył pasażera na gapę. Będę musiała złożyć skargę na przewoźnika. O wiele bardziej frustrujące wydało się jednak nie to, że ktokolwiek się tu dosiadł, ale to, że dosiadł się właśnie on. Potraktowany nieustępliwym spojrzeniem łatwo mógł się zorientować, że nie miałam ochoty znosić jego towarzystwa. Nawet jeżeli minęło dwadzieścia pięć lat zapomnienia.
Właśnie został mi przypomniany.
Irina Macnair
Irina Macnair
Zawód : Właścicielka domu pogrzebowego
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Ty się boisz śmierci, a ja nazywam ją przyjaciółką. Ja nią jestem.
OPCM : 15 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 22 +6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8709-irina-macnair-dluga-budowa https://www.morsmordre.net/t8832-pani-macnair#263265 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t9237-skrytka-nr-2063#281040 https://www.morsmordre.net/t9127-irina-macnair#275271
Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]04.10.23 22:17
Pejzaże barw były daleko poza realiami dnia - rozważałem niezapisane dotąd stronice pism, które ziścić się miały u schyłku letniego popołudnia, gdy wreszcie mógłbym spocząć na skórzanym materiale fotela. Zmęczone ciało dawało się we znaki, złączyłem łopatki, poszukując odrobiny ulgi w rozprostowaniu pleców, na nic się to jednak zdało, gdy materiał szaty ciążył na mych ramionach i nadawał wrażenia ociężałości. Nie rozważałem nic poza skąpaną w cieple wody przyjemnością - kąpiel i książka, syta kolacja sporządzona przez młodszą z córek, której zdolności kulinarne wspięły na piedestał jedność rodziny przy zasiadaniu do stołu. Myślałem już tylko o tym, by nie usnąć, gdy koleje słów przewijały się pod włosami w czymś na kształt zdań, ale takowe nie nadawały myślom sensu.
Dorożka miała czekać w zgoła określonym miejscu, zawsze tym samym, bowiem odległym od topowych lokalizacji na mapie aetonowych przejażdżek. Podniosłem się więc na wyżyny swoich sił, po drobnych stopniach wkraczając na teren dorożki, by z niewypowiedzianą ulgą i donośnym szelestem połów szaty zająć miejsce i rozprostować strzykające nogi. Zamknąłem oczy, Morfeusz zdawał się pokrywać moją twarz błogim uczuciem satysfakcji, kiedy słowa rozbudziły już nie tak czujne, co wiele lat wcześniej, zmysły. Rozchyliłem powieki, opuściłem brodę, w czynie tym odnajdując całą gamę nieprzyjemności.
Szanowna pani... — nie widziałem jej twarzy w zamgleniu półsnu, ale czułem zapach perfum, które drażniły nieprzystępny tego dnia nastrój. Chrapliwe westchnięcie rozbudziło mnie nieznacznie, na tyle, aby spojrzał na nią i z zainteresowaniem zlustrował twarz kobiety, która zdawała się skrywać w sobie jakieś niezrozumiałe oburzenie, które teraz jeszcze do mnie nie docierało. Ugryzieniem w język i krótkim pomruganiem powstrzymałem się od ziewnięcia, ale gest ten znalazł się w kolei odnajdywanych czynników, zespalających całość scenerii. Rozejrzawszy się wokół, znajdowałem się w identycznej scenerii to znany mi powóz, a jednak obecność - jedyna i niezaprzeczalna - niosłą zgubę i zdziwienie.
Zaczynałem zdawać sobie sprawę doskonale z tego z kim mam do czynienia, informacja ta nie wywarła się jednak piętnem na obdarzonej zmarszczkami twarzy - po tylu latach, niczym cień rozmyty podnoszącym się ze snu słońcem, nie rozumiałem oburzenia. Nie pamiętałem szczegółów naszej relacji, ledwie skrawki ewokacji jej zauroczenia i mojej dobrej woli. Jej niewinności - którą wówczas odbierałem jako naiwność - oraz mój własny, nieprzejednanie chłodny rozsądek. Nie żałowałem, nawet jeśli teraz pozwoliłem spojrzeniu prześledzić kobiecą twarz z budzącym się zadowoleniem. Estetyka zarysowań i subtelności dobierała się tak samo, jak wtedy i jak wielokrotnie, gdy w cichym i nienachalnym geście, podziwiałem piękno będących blisko kobiet.
Proszę o wybaczenie, acz jestem przekonany, że w tym miejscu miała czekać moja dorożka. — Unosiłem się kurtuazją, która wpisana była w wychowanie od setek lat. Ciężko było dojrzeć w przebiego mojego półwiecznego żywota fragmentów hańby, gdy na piedestale - niczym najjaśniej przyświecająca gwiazda - stał honor. Nie było nic istotniejszego niż honor, tego zwykłem uczyć moich bratanków, ale i niosące nazwisko Scorsone córki. Tradycja, historia, honor - nieodłączny element tego, co nieśliśmy w żyłach ci będący w tej dorożce, ale ci, którzy ukazali się w naszym życiu na przełomie obopólnej nieobecności.
Niechże pan to wytłumaczy! — Podniesiony głos wybrzmiewał niskim, chrapliwym tonem. Gładził aksamitnymi głoskami, które celowo intonowałem w silniej włoskim stylu, niemalże nadając swojej personie kolejnej cechy charakteru. Dłoń zacisnęła się na kolanie, gdy zbita w pięść dłoń uderzyła dwukrotnie w drzwiczki dorożki, skłaniając woźnicę do zerknięcia w stronę pasażerów. W naturalnym odruchu zagryzłem zęby, czując, jak skóra naciąga się na szczęce, wygładzając kilka blizn mijającego czasu. Pomyłka i takie problemy powinny być na barkach mężczyn, niegodziwością byłoby pozwolić kobiecie na dysputy z niemądrym prostakiem, którego słoma z butów wprost mierzwiła godność otaczających ludzi. Oczekiwałem odpowiedzi, miast tego jednak usłyszałem tylko eksponowaną butę.
Ale państwo toż w tym samym kierunku.



prawda jest jak dobre wino
często znajduje się je w najciemniejszym kącie piwnicy. co jakiś czas trzeba je odwrócić. a także delikatnie odkurzyć, zanim wyjmie się je na światło dzienne i spożytkuje.
Maerin Scorsone
Maerin Scorsone
Zawód : znawca prawa magicznego, zastępca kierownika służb administracyjnych Wizengamotu
Wiek : 52 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
kłamałem więcej
niż kiedykolwiek chciałbym przyznać
a w moich żyłach płynęła krew
zimniejsza niż stal
OPCM : 15 +3
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +2
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11770-maerin-scorsone https://www.morsmordre.net/t11896-gufo https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11898-skrytka-bankowa-nr-2553#367831 https://www.morsmordre.net/t11897-maerin-scorsone
Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]07.10.23 18:05
Choć w krótkiej chwili wzburzenia i zaskoczenia nie zdołałam spleść żadnych wyrazistych oczekiwań, odebrałam jego zachowanie jako co najmniej podejrzane. Powodów mogło być wiele. Być może odziany w płaszcz eleganckich słówek grał świętego i niewinnego, a tym samym przyjął, iż moje spojrzenie i mój głos pozostają mu zupełnie nieznane. Skłamałabym, twierdząc, że w sądach dziejących się tu i teraz podobna teza nie przeszła mi przez myśl. Przecież wygodnie było zaszyć się w smętniejszych, dojrzałych rysach i figurze dalekiej od sprężystości młodzieńczego ducha. Wygodnie było na moją złość odpowiadać protokolarną, grzeczną formułką, która swą poprawnością zamiast spokoju rozsmarowywała po moich myślach bezsprzeczną gorycz. Nie przyjmowałam do wiadomości, że naprawdę nie dopatrzył się w moich rysach tamtych iskier. Nawet jeżeli dziś dawno wygasły, a pogrzebane w naszych wspomnieniach nie miały prawa przybywać nawet w godzinie mdłych sentymentów. Co innego jednak teraz, gdy ja byłam bodźcem, gdy ja tuż przed nim, blisko, w skąpej przestrzeni dorożki manifestowałam nazbyt wyraźnie swój gniew i swoje rozpoznanie. Szanowna pani. Pod skórą prąd poszarpał moje ręce, gnając gdzieś do dumnej piersi i tam tylko rosnąć. Na szczęście nie miał dziś takiej mocy, która rozbiłaby mnie na kawałki. Tamtą młódkę tak, ale nie mnie, nie dzisiaj.
Zachowałam powagę. Zeszłam z wysokiego stopnia niezadowolenia, przyglądając się przez chwilę w milczeniu jego bohaterskim działaniom. Fakt, że tkwiłam w bryczce akurat z nim, odciągał częściowo moją uwagę od wagi samego incydentu. On jednak przejął pałeczkę, zamierzając pozyskać niezbędne wyjaśnienie. Dłoń ulokowałam wygodnie na oparciu, lekko ściskając palcami końcówkę. Musiał wyczuwać na sobie to napastliwe spojrzenie, musiał wyczuwać, że nieskrępowanie badałam, co zrobił z nim czas i jako kogo zdołałam go przyłapać po dwudziestu ponad latach. Maźnięte morderczą czerwienią wargi połączyły się bez ni jednego prostego westchnienia. Dawniej miał ich aż nazbyt wiele. Ode mnie i pewnie kilku innych. Dziś prędzej dostałby bolesną lekcję rysowaną kształtem podłego czaru, niż nostalgiczne pogłaskanie po siwiźnie. - Ależ nie, drogi panie - wymówiłam wyraźnie, jadowicie, wcale nie bez satysfakcji. - To mój powóz, na moje specjalne życzenie - podkreśliłam głośno. Niemożliwe wszak, by szef dorożkarzy popełnił takie kuriozum i zdecydował się upchnąć dwóch ludzi w jedną bryczkę. Los mącił tego dnia ponad wszelką miarę. Zastanowiłam się, czy mogę go po prostu wypchnąć za te drzwiczki i skazać na rozczłonkowanie ciała po bolesnym uderzeniu w ziemię. Nęcąca fantazja.
Dryfujący na wargach uśmiech rozpływał się gęściej, kiedy tylko powziął kolejne starania i zabrzmiał dobitniej. Drewniane drzwiczki skrzypnęły zadręczone przez potęgę pięści, zmuszone przepuścić drgania tak, by precyzyjnie przedostały się do ucha prowadzącego konie. Nie spodziewałam się, że w chmurach ten zaszczyci nas czymkolwiek poza markotnym spojrzeniem, którego i tak żadne z nas nie dojrzy. W powietrzu skazani byliśmy na absurdalne wymysły firmy przewozowej. Parsknęłam, gdy niespodziewanie otrzymaliśmy jednak pełne zdanie. Absurd gonił absurd. Maerin Scorsone wybierał się do Suffolk? Czego tam szukał? Mogłabym jak rozwydrzona uczennica zaprotestować i wytargać jego sekret, zaprzeczyć, że ktoś taki jak on może mieć tożsamy z moim cel podróży, rozpalić w ciasnej dorożce pożogę stulecia, odciąć łeb temu, kto dzierżył wodzę, ale nie. Zrezygnowałam z podobnych zamiarów. Zamiast tego wzniosłam wyraźnie brew i wygodniej rozsiadłam się na wąskim siedzisku. - Zatem wizytujesz w Suffolk? - zwróciłam się do mężczyzny, ignorując na razie woźnicę i skupiając się na swym niechlubnym towarzyszu. Nawet jeżeli potwierdzić miał się fakt wspólnego kierunku podróży, zamierzałam wystosować oficjalną skargę na firmę przewozową. Skargę opatrzoną pieczęcią namiestnika. Właściciel będzie się gęsto tłumaczył z tego niedopatrzenia. - Wspólny kierunek nie zwalnia pana z obowiązku zapewnienia usługi zgodnej z moim życzeniem - oświadczyłam dobitnie, w myśli dodając, że tego pana z całą pewnością sobie nie życzyłam. Spoczywająca na moich kolanach gazeta zaszeleściła przy drobnym ruchu, a gdy ponownie uniosłam pergamin poruszający się przy jednym artykule wizerunek Corneliusa Sallowa posłał Maerinowi triumfalne spojrzenie. - Proszę zatrzymać powóz - nakazałam po chwili. Mój dzisiejszy nastrój nie był skory do jakichkolwiek negocjacji. W powietrzu czy na ziemi - chciałam się pozbyć tego towarzystwa.
Irina Macnair
Irina Macnair
Zawód : Właścicielka domu pogrzebowego
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Ty się boisz śmierci, a ja nazywam ją przyjaciółką. Ja nią jestem.
OPCM : 15 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 22 +6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8709-irina-macnair-dluga-budowa https://www.morsmordre.net/t8832-pani-macnair#263265 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t9237-skrytka-nr-2063#281040 https://www.morsmordre.net/t9127-irina-macnair#275271
Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]10.11.23 11:46
Świętego i niewinnego nie grałem, po prostu nie zrobiłem nic - absolutnie nic - co mogłoby sprowokować jej zachowanie. Niechlubne byłoby użycie innych sformułować, unikanie uprzejmości wobec kobiet - czy miała mnie mieć za niskourodzonego mężczyzę, który podarowałby jej słowa bez odpowiedniego szacunku? Doprawdy, nieświadom krążących w jej głowie rozważań, stałem w spotkaniu z obojętnością do rzucanych przez kobiet złowrogich spojrzeń. Zwalałem to na karb pośpiechu, komplikacji, niegodnego wtargnięcia. Grzeczności stawiałem na piedestale, pozostając wobec tego absurdalnie wprost pewnym - niemęskim byłoby teraz oddanie się emocjom, które zawładnęłyby mową i gestem. Irino, jak miło mi Cię widzieć. Irino, dalej wspominam nasze spotkania? Taką warstwę kłamstw chciała usłyszeć, gdy w złości niegodnej kobiecych rys obejmowała mnie wściekłym wejrzeniem? Nie byłem gotów kłamać i unosić się porywami młodszego, żwawiej bijącego serca, szczególnie, gdy organizm ledwie przed sekundą odsunął od siebie wizję kojącego snu. Nawet, gdy rysy w otrzeźwieniu rysowały znajome kształty, a spojrzenie gniewnie niosło to, czym obdarzała mnie, gdy odmówiłem. Zbyt wiele lat minęło, zbyt wiele bym rozpamiętywał to teraz sloganem ubolewania i tym roszczeniowym gniewem, którym wydawała się kipieć.
Pamiętałem za maską powoli rozbudzających się zmarszczek jej twarz i to, co tak naprawdę nas poróżniło. Dziecinnym byłoby jednak unoszenie się teraz dumą, na Merlina, po dwudziestu latach niemalże. Niemożliwym było, by trzymała urazę za młodzieńcze rozboje, clou musiało więc tkwić gdzieś indziej, nie roztrząsałem tego jednak teraz, skupiając się na tym, co i mnie wprowadziło w głębokie niezadowolenie. Dłoń na powrót uderzyła w drzwi dorożki, zdawało się, że słyszę niezadowolone rżenie koni. Powóz dalej się nie zatrzymał.
Nie. W tym miejscu miał czekać mój powóz, do żadnego Suffolk się nie wybieram. — Ale ona tam stacjonowała, czyż nie? Namiestnicy przejęli kontrolę, odciążyło to szargane trudnościami Ministerstwo i winien byłem przyznać, że napawało mnie to rozbudzającym się spokojem. Potrzebowaliśmy sprawowania kontroli, Suffolk i Warwick stanowiło piętę Achillesową ostatnich miesięcy, kiedy ludzie wyjęci spod kagańca pozwalali sobie na bezprawie. Nie znałem Iriny Macnair z ostatnich lat, czy nawet dekad; kiedy ostatnio ją widziałem była ledwie rozkosznym dziewczęciem, które zaintrygowało mnie w swojej dobroci, bym sięgnął po uprzejmość i wsparcie. Tak powinna to odebrać. Nadal nie dochodziło do mnie, że mogło być inaczej a jej uniesienie się - jakże kobiece roztrząsanie niezrozumiałych dla mnie emocji - było efektem jedynie kaprysu.
Żaden wspólny kierunek, nie wiem, co w tej sytuacji jest niezrozumiałe, iż zaszła - mówią krótko - pomyłka. — Tym bardziej irracjonalne wydawały się mi jej słowa, skąd w ogóle wzięła sobie jakiś wspólny kierunek? Nie wiem czy bardziej irytowała mnie pomyłka firmy, czy obecność kobiety wokół, która w swoim rozwścieczeniu wydawała mi się nie mieć najmniejszego powodu. Nie czułem jednak różnicy w torze lotu, rozchyliłem więc drzwi dorożki, podnosząc dobitnie ton głosu. Niski, chrapliwy krzyk rozniósł się intensywnie.
Zatrzymaj ten powóz natychmiast, nie mam czasu na waszą denną organizację — i musiał dotrzeć do woźnicy, bowiem gdy tylko drzwi zatrzasnęły się na powrót; poczułem, jak tor lotu zmienia się łagodnie ku dołowi. Nie tylko ta sytuacja wydawała się irytująca, ale także kobieta obok, która mimo mojego pełnego wobec niej szacunku, wykazała się naiwną zgryźliwością. Nie miałem zamiaru znosić więcej takiej podróży, nie mogłem także trafić do Suffolk, gdy za godzinę odbyć się miały kolejne spotkania w Ministerstwie, nie miałam również czasu, po prostu czasu, na znoszenie przerysowanego odbioru i braku zrozumienia, a może po prostu analizy rysującej się tutaj sytuacji. Tego wydawało się jej brakować, żal to wielki, by emocje odebrały chłodną dedukcję.



prawda jest jak dobre wino
często znajduje się je w najciemniejszym kącie piwnicy. co jakiś czas trzeba je odwrócić. a także delikatnie odkurzyć, zanim wyjmie się je na światło dzienne i spożytkuje.
Maerin Scorsone
Maerin Scorsone
Zawód : znawca prawa magicznego, zastępca kierownika służb administracyjnych Wizengamotu
Wiek : 52 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
kłamałem więcej
niż kiedykolwiek chciałbym przyznać
a w moich żyłach płynęła krew
zimniejsza niż stal
OPCM : 15 +3
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +2
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11770-maerin-scorsone https://www.morsmordre.net/t11896-gufo https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11898-skrytka-bankowa-nr-2553#367831 https://www.morsmordre.net/t11897-maerin-scorsone
Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]24.11.23 18:08
Gdybym tylko zechciała przeniknąć do jego myśli, gdybym wyłowiła z nich łakome zdobycze, odkryłabym odpowiedzi, których wyszukiwałam w statecznej, raczej spokojnej postawie – jakże różnej od gniewu gotującego się pod moją skórą. Odkryłabym, że słusznie podejrzewał, iż źródło goryczy, ta pierwsza iskra wytrąciła się nawet nie z samego odkrycia jego postaci po dwudziestu latach, lecz z wyjątkowo parszywego dnia. Jego oczy, jego nos, jego cholerne dłonie, a wreszcie i ten głos rozdrapujący we mnie nadzwyczajną, wręcz nieco rozkapryszoną aurę, stanowczo dolewały oliwy do tego ognia. Ze wszystkich czarodziejów tym kraju to musiał być Maerin Scorsone – ostatni zew mojej niewinnej, dziecinnej czułości. Zazwyczaj trzymałam nerwy na wodzy, zazwyczaj nie dawałam się sprowokować sprawom zakleszczonym gdzieś na dnie duszy. Tym razem coś stanęło mi na drodze. I chociaż wzbiliśmy się wysoko w powietrze, choć sytuacja niechybnie zmuszała nas do bycia zależnym od kogoś jeszcze, choć ucieczka wydawała się teraz kwestią marną, to jednak ja wciąż szukałam sposobu, by go stąd przegnać. Idylliczna obietnica cichej, samotnej przejażdżki prosto do Dunwich pogrzebana jednak została wraz z pierwszym skrzyżowanym spojrzeniem. Czy jednak na pewno?
Patrzyłam, jak pięść zachwiała drzwiczkami bryczki. Jak pracują mięśnie jego twarzy, jak w gestach czai się intencja. Z każdej tej drobnostki mogłam wyłuskać część nieco piekącego wspomnienia, nawet jeżeli dziś był prędzej sędziwym urzędnikiem niż tamtym atrakcyjnym młodzieńcem. Nieco pewniej ułożyłam się na siedzeniu, odchylając równolegle ułożone kolana w bok. Dłoń zacisnęła się na aksamitnym materiale na udach, a gazeta opadła gdzieś na bok. Wielkie nagłówki przestały mnie już nęcić, kiedy przed sobą miałam jego.
– Będziesz zatem wielce zdziwiony, kiedy bryczka wyląduje i twoja stopa oswoi się z moją ziemią. Jakże mi przykro mi, Maerinie. Ten woźnica prowadzi nas właśnie tam –
podkreśliłam, odkrywając, że słowa wygłoszone po uprzednio wziętych dwóch głębokich wdechach były dość gładkie, choć niemniej kąśliwe. Bezsprzecznie zmierzaliśmy właśnie do Suffolk. Nie miałam co do tego żadnej wątpliwości. Ba, pewna byłam, że to ja zajęłam miejsce w powozie jako pierwsza. Czy mogłabym przeoczyć tak… wielkiego mężczyznę? Powątpiewałam. To on bezczelnie zajął miejsce w magicznej karecie. To on – nawet jeżeli zupełnie nieświadomie – wkradł się w chwilę przeznaczoną wyłącznie dla mnie samej. Burząc spokój i bezsprzecznie grając na dziś dość niestabilnych nerwach. – Pomyłka, za którą sowicie zapłacą. – Może nawet nie złotem, przeszło mi przez myśl, ale pozwoliłam sobie jedynie na pierwszy komentarz. Ton głosu zdawał się układać w melodię niebezpiecznej obietnicy. Czyli tak, jak lubiłam najbardziej. Maerin upierał się przy pechowym zrządzeniu losu, prostej pomyłce, igraszce, z którą żadne z nas nie miało nic wspólnego, choć obydwoje byliśmy w nią uwikłani. Nawet jeżeli faktycznie tak było, sprawę należało wyjaśnić, a szkody naprawić. Obserwowałam, jakże bohatersko wychyla się na wolne niebo, by dopaść mocnym głosem butnego woźnicę. Czoło lekko się pomarszczyło, a paznokcie wbiły w wystający element ścianki powozu. Wiatr postanowił śmiało pofiglować z moimi włosami, kiedy tylko wdarł się między nas.
- Całkiem skutecznie – zareagowałam, kiedy usiadł wreszcie na siedzeniu, a pojazd wyraźnie skierował się w dół. Słowa układały się pochwałę, choć wolałam, by nie był co do tego aż tak bardzo przekonany. – Wylądujemy i któreś z nas będzie musiało zaczekać na drugi powóz. Mam nadzieję, że prędko go sprowadzą – stwierdziłam, lokując spojrzenie na widoku, które prezentowało niewielkie okno. Za szybą krajobraz szybował, prędko się zmieniając. Aetonan nagle parsknął, powozem wyraźnie zatrzęsło, ale zdawało się, że nie było to nic niepokojącego. Wcale nie patrzyłam na towarzysza. – Nim nadejdzie burza – wymówiłam, obserwując iście angielskie, ponure chmury chętnie opatulające podniebny krajobraz. Byłam spokojniejsza. Absurdalna sytuacja nie skończy się jednak na prędkim naprawieniu błędu. Tego dnia mój nastrój wciągał wszystko, co tylko bardziej mogło rozsierdzić. I on znalazł się na linii ognia. Nie miałam ochoty na takiego towarzystwo. Po powrocie zamierzałam poszukać ukojenia w wannie i szklaneczce ognistej. Na razie musiałam zmierzyć z nim. Rzadkie, ciężkie krople deszczu zaczęły obijać się o ściany powozu. Wreszcie zdecydowałam się skierować oczy ku niemu. Kim dzisiaj był Maerin Scorsone? Dwadzieścia lat w Bułgarii odgrodziło mnie od choćby pogłoski.
Irina Macnair
Irina Macnair
Zawód : Właścicielka domu pogrzebowego
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Ty się boisz śmierci, a ja nazywam ją przyjaciółką. Ja nią jestem.
OPCM : 15 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 22 +6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8709-irina-macnair-dluga-budowa https://www.morsmordre.net/t8832-pani-macnair#263265 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t9237-skrytka-nr-2063#281040 https://www.morsmordre.net/t9127-irina-macnair#275271
Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]31.12.23 20:41
Na wpół złagodniałem, gdy zmieniła formę i kierowała słowa o pracownikach, ale nadal nie nadążałem nad irracjonalnością jej postawy. Kobiety były na tyle zagmatwane, że wydawały się kierować częściej sercem niż rozsądkiem, bo choć finalne decyzje podejmowały niekiedy chłodniej to w emocjach, pierwotnych instynktach bywały takie nagłe, gwałtowne, niewykalkulowane.
Ale nawet w takiej formie, wyciosana gniewem, wydawała się łagodniejsza niż za młodu. Teraz mżawka wspomnień wydała się intensywniejsza, silniejsza, wprost czułem zapach wspomnień zapisanych na kartach historii. Spoglądała spod wachlarza rzęs, w nagłych ruchach upatrywałem własne rozbawienie, kiedy potrafiła być jeszcze — nieukrywając — dziecięco łagodna, a jednak w tym kobieca. Pokrywało się to, zarysowywało wspólnymi barwami, bo choć pociągała go kobieca strona rozwichrzonych włosów i niewinnych, a jednak kuszących ekspansją małych fragmentów skóry, to właśnie ta dziecięcość, młodość, swawola były dla mnie swoistą, krótką ucieczką.
To były wspomnienia dalekie, podobnych panien było wszakże wiele, ale dawałem im znaczącą uwagę, szacunek, godny czas — pamiętałem, szanowałem i nie karmiłem złudnymi nadziejami, jakobym klęknąć miał przed jakąś, bo kandydatkę miałem niezmiennie jedną. Jako stary kawaler i tak nie miałem szans na lepszą z panien, ojciec zachodził w głowę nad moimi karcącymi zaniechaniami matrymonialnymi, ale gdy do domu przyprowadziłem narzeczoną, wreszcie odpuścił. Przemilczał, że przy piersi zdołała wykarmić już dwie latorośle innego mężczyzny.
Teraz daleko było mi do dawnych emocji, nie wywoływała ich już żadna kobieta, gdy stagnacja osiadła na zmęczonym ciele, umyśle i duszy. Nosiłem odpowiedzialność i posmak tego na ramionach, ale i w myślach. Świadom byłem również rozerwanej więzi małżeńskiej, nikczemnie zakradało się to pod warstwy męskości i niwelowało ich efekt. Duch nad cielesność, ale i w nim zabrakło mi skromnej, dawnej werwy.
Zapłacą, Irino, zapłacą. — Potwierdziłem, a gdy emocje wkradły się i szargały moimi poczynaniami, nie było odwołania. Powóz kierował się ku ziemi, na pochwałę ze strony kobiety zareagowałem jedynie spojrzeniem, nie wykazując najmniejszego zadowolenia powódkami skrytymi w jej emocjach. Byłem wściekły, to jednak nie prezentowało się w żaden sposób na mojej twarzy niż lekkim ściśnięciem ust w linię i zmarszczeniem czoła.
Poczekam, rozliczać się będę w ramach Ministerstwa, może to ich nauczy prawidłowej organizacji. — O tym byłem przekonany, nie pozwoliłbym również kobiecie na najmniejszy dyskomfort. Zerknąłem w jej kierunku, spojrzenie spokojnie powędrowało wzdłuż linii żuchwy i prezentującej się na kanapie, całej kobiecej sylwetce, nim jednak wydałoby się to niestosowne, powróciłem do spoglądania również za okno. Była kobietą nietuzinkową, niezmiennie, ponad walorami wizualnymi nie mogłem jednak o niczym rokować. Sam zauważyłem kształtujące się chmury, nie wątpiłem w niepowodzenie dotarcia do Ministerstwa bez trudów, ale deszcz nie stanowił niebezpieczeństwa, dopóty aeotnany nie płoszyły pojawiające się pioruny. Nie obawiałem się, ale niezręczna cisza, która zapadła na moment przed lądowaniem wwiercała lodowatą śrubę w trzewia.
Wybacz za niedogodność. — Odparłem więc, nie wiedząc, co więcej rzec, gdy wreszcie puściłem parę z ust. Bryczką na powrót coś szarpnęło, a ja uniosłem dłoń na wysokość framugi drzwi, w taki sposób hamując rzucający powozem ruch. Ciche rżenie spotęgowało obawy, pierwsze krople opadały za oknem a ja wreszcie, na powrót, spojrzałem na dawną znajomą, przez krótki moment zagryzając środek policzka, nim powiedziałem kolejne słowa. Niski tembr, gardłowy, wskazywał na nie tylko niezadowolenie, co zmieszanie i znudzenie kolejnymi perturbacjami.
Nie zwrócę mu uwagi, dopóki nie wysiądziemy. Niech lepiej się po prostu pośpieszy. — Brzmiało to łagodnie, acz kryła się w tym skromna, ledwie słyszalna groźba. Dłoń zacisnęła się na kolanie, kiedy po raz kolejny zawahanie machnęło moim ciałem do przodu. Nogami i ręką zapierałem się, aby nie opaść na przeciwne siedzenie, ani przypadkiem się do niej nie zbliżyć, nie naruszyć jej wolnej strefy. — Ale nie odpuszczę, nadto sobie grabią taką niekompetencją.



prawda jest jak dobre wino
często znajduje się je w najciemniejszym kącie piwnicy. co jakiś czas trzeba je odwrócić. a także delikatnie odkurzyć, zanim wyjmie się je na światło dzienne i spożytkuje.
Maerin Scorsone
Maerin Scorsone
Zawód : znawca prawa magicznego, zastępca kierownika służb administracyjnych Wizengamotu
Wiek : 52 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
kłamałem więcej
niż kiedykolwiek chciałbym przyznać
a w moich żyłach płynęła krew
zimniejsza niż stal
OPCM : 15 +3
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +2
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11770-maerin-scorsone https://www.morsmordre.net/t11896-gufo https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11898-skrytka-bankowa-nr-2553#367831 https://www.morsmordre.net/t11897-maerin-scorsone
Re: Zaczarowane Bryczki [odnośnik]07.01.24 12:52
Wyśmienicie, triumf rozsmarował się na krwistych wargach i gdyby miał dwadzieścia lat mniej, zakrzyknąłby nikczemnie, drapiąco, koszmarnie. Ponieważ jednak nie miał, pozostało mu tylko ułożyć się w zgrabnej pozie, przycisnąć obcasem garść rozwydrzonych emocji i oczekiwać wygodnie finału. Stygł bezprecedensowy gniew, jakim ośmieliłam się go przywitać po dwóch tuzinach niewiadomych lat, mogłam zaskarbić dla siebie nieco więcej dystansu, mogłam z większym spokojem doszukiwać się zmarszczek na jego czole. Namolnie wlatujące przed oczy obrazy młodej Iriny z minionej, rzewnej scenerii wycierały się po kilku spokojniejszych mrugnięciach, by wreszcie zniknąć niemal zupełnie lub przynajmniej za pożądaną ochronną powłoką. Czyżbym naprawdę była jednak tak tego pewna? Chwilę temu wymyślałam bowiem trzynaście tortur dla męskiego oblicza starych słabości. Jakże dziwacznie łatwo przyszło mi wepchnięcie go do ostatniej szuflady zwieńczone mocnym dopchaniem do środka zakurzonej szafy. Gra jednak była grą. Zawalczyłam o swoistą pozę, wciąż jednak dostatecznie niezadowolona i skłonna wypełznąć z karocy natychmiast po osadzeniu się kół na stabilnym gruncie. Zazwyczaj samotne przejażdżki jawiły mi się jako doskonały przerywnik między dwoma gniazdami przepchanymi obowiązkami – domem pogrzebowym i domem namiestnika. Tym razem brutalnie zostałam pozbawiona tego osobistego przywileju i trudno było mi orzec, co tak naprawdę wzburzało bardziej – albo kto: Scorsone czy niechlubny woźnica?
Zasłyszane z warg mężczyzny potwierdzenie powinno być satysfakcjonujące, lecz ważniejsze od niego okazało, o zgrozo, moje własne imię. Nie posądziłabym go o jakąkolwiek trudność w jego wymowie, nie odnalazłam nawet śladów po wzgardzie czy innej wyraźnej emocji. Przeciwnie, spokojne tony kontrastowały z moim niedawny wzburzeniem. Nie pamiętałam już, jak brzmiało ono w jego głosie. I w istocie nie powinno to mnie ani obchodzić, ani jakkolwiek poruszać. Minione emocje pozostawały wszak dziś martwe, zwietrzałe, zagrzebane w piaszczystych odmętach niepamięci. Oczy i myśli zdecydowały się więc skierować uwagę na obrazy prezentowane przez szybę. Jeżeli śmierć łasiła się na Maerina Scorsone, to winna jeszcze wstrzymać krwiste lejce – to nie będzie dziś. Pokusa rozpadła się, kiedy ścisnęłam nieco mocniej palce na wokół złożonej na pół czarodziejskiej gazety. Wystarczająco wymowny popis zaprezentowałam przed dwoma kwadransami. Choć trudno było zatrzymać gniewne zapędy, dziś nie byłam już tamtą zapatrzoną w niego młódką. Dumnie trzymałam głowę, nawet jeżeli większe zainteresowanie zdecydowałam się oddać chmurnym krajobrazom. Skoro zaś obiecał sprawy dopilnować swoimi urzędniczym okiem, spodziewałam się właściwego, gorzkiego dla firmy przewozowej rozliczenia. Skoro przyszło im wozić poważnych czarodziejów, winni dbać o najwyższe standardy – tym razem niestety wybitnie im takowych zabrakło.
Chciałoby się rzec, że to nie on winien prosić mnie o wybaczenie, ale bez większego wysiłku mogłabym wydostać z zakurzonych albumów mnogość powodów, dla którego, owszem, mógłby zdobyć się na podobny gest przeprosin. Wiedziałam jednak, że mowa wyłącznie i parszywym transporcie. Nie wyolbrzymiałam sensów. – To oni powinni złożyć przeprosiny. Spodziewam się, że po wszystkim zegną się w pół, by nas zagłaskać – nie ty będziesz przepraszał. Potem jednak szarpnięcie wzburzyło skąpą chwilę, pozwalając tym samym zapomnieć o spokojnym, jednostajnym lądowaniu. Zamiast tego burzowy prolog w takt niespokojnego podniebnego galopu począł zapraszać niezadowolonych pasażerów do przeklętego tańca. Ten minął jednak, gdy przyszło nam znaleźć się już bardzo nisko, niemal na wysokości dachów londyńskich kamienic. Rozluźniłam nieco dłoń do tej pory ściśniętą gdzieś na wyściełanym czerwienią podłokietniku. Dopiero teraz zorientowałam się, że wypchany doniesieniami pergamin przefrunął w którymś momencie przez wnętrze bryczki, lądując kapryśnie tuż między naszymi stopami. Nie próbowałam go jednak odszukać. Zamiast tego utkwiłam spojrzenie w posągowym obliczu wczorajszego romansu. – Wierzę, że zachowasz się odpowiednio i zmiażdżysz tę ich niekompetencję. To nie powinno się powtórzyć już nigdy więcej – przyznałam w końcu, prezentując przed nim dość oczywistą wolę. Pragnienie stosownego wyjaśnienia sprawy od dłuższego czasu zwracało ku sobie nasze usta. Och, tak, nie odpuszczaj, Maerinie. Głośny, napastliwy deszcz zaczął dobierać się do każdej ściany ciasnej karocy, nieomal wyganiając nas z jej suchego wnętrza. Nie uśmiechało mi się wysuwanie czoła na wilgoć. Wyglądałam dobrze i chociaż tego wolałam sobie nie odbierać. – Przeczekajmy tu, aż zjawi się nowy powóz – zasugerowałam, choć moje słowa przerwało w połowie wyraźne końskie parsknięcie.
Nie minęło czasu wiele, nim drzwiczki zaskrzypiały, a do środka wsunęła się głowa woźnicy. Z kapelusza woda spływała wprost na nasze buty. Zdenerwowanie wyżerało wszystkie jego myśli. Błądził spojrzeniem, język plątał się, zanim zdołał jeszcze cokolwiek powiedzieć. Jak się Maerin postara, to jutro ten człowiek nie będzie już miał pracy. Byłam ciekawa. Aż nazbyt. – Proszę się cofnąć, moczy mi pan buty i twarz samego ministra – zagrzmiałam jednak. Nie obchodziło mnie, że mókł. Winien zachować rozsądny dystans. Stateczne spojrzenie Malfoya na okładce Walczącego Maga zaczynało jednak tonąć, a to już była zniewaga, za którą można było karać nadzwyczaj surowo.
Irina Macnair
Irina Macnair
Zawód : Właścicielka domu pogrzebowego
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Ty się boisz śmierci, a ja nazywam ją przyjaciółką. Ja nią jestem.
OPCM : 15 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 22 +6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8709-irina-macnair-dluga-budowa https://www.morsmordre.net/t8832-pani-macnair#263265 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t9237-skrytka-nr-2063#281040 https://www.morsmordre.net/t9127-irina-macnair#275271

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Zaczarowane Bryczki
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach