Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Dróżka na skraju lasu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Dróżka na skraju lasu   10.03.12 23:10

First topic message reminder :

Dróżka na skraju lasu

Pod skrajem lasu ciągnie się długa, wydeptana ścieżka, spacerniak, służący mugolom za odprężenie po męczącym, pełnym zajęć dniu. To nie jest część puszczy, można tędy spacerować, nie obawiając się niebezpieczeństw związanych z zagubieniem w głębi bądź napotkaniem dzikich zwierząt. Powietrze pachnie drzewami, żywicą klonów, słychać radosne ptasie trele, a raz na jakiś czas, można wychwycić co osobliwsze dźwięki dochodzące z kniei; dźwięki, których źródła, dla własnego bezpieczeństwa, lepiej nie próbować identyfikować. Wokół dróżki rosną kępki zielonej trawy, mniejsze bądź większe polne kwiaty, chwasty, a czasem maleńkie drzewa, wyrastające z ziaren przywianych tutaj z głębi mrocznego lasu.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Lugus Beddow
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t6238-lugus-beddow https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6334-wszystko-mi-jedno https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6337-lugus-beddow
Zawód : zegarmistrz, specjalista od zabezpieczeń i konstruowania pułapek
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 20
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   12.08.18 1:49

Nieczęsto jednak wychodził z domu. To prawda, że najbardziej lubił swoje towarzystwo, jednak najchętniej swoje towarzystwo w pracowni – obojętnie czy w pracy, czy u siebie. Po pięciu latach w więzieniu i właściwie zerowym kontakcie z innymi, nie licząc i tak mało rozmownych strażników, po prostu odzwyczaił się od przebywania z ludźmi. Nauczył się samotności, tak samo jak przywykł do zjadających go wyrzutów sumienia i nawet rok pracy nad sobą, w czym większą zasługę miała Elinor niż on sam, przyniósł niewielkie zmiany. Choć starał się wychodzić na zewnątrz, tak niekoniecznie przebywał wtedy wśród innych, oprócz momentów, w których szedł do baru, żeby się upić. Spacery w dalszym ciągu były stosunkowo nowym doświadczeniem. W końcu mógł gdzieś pójść sam z własnej woli, nie było wokół niego krat ani strażników, nic go nie ograniczało, mógł sam swobodnie zadecydować o tym, co chce robić. Jednak po takim czasie w zamknięciu wychodzenie stało się jakby mniej komfortowe, większe przestrzenie i skupiska ludzi niezręczne, a nawiązanie z kimkolwiek rozmowy trudniejsze niż przypuszczał. Pozostawały jeszcze wyrzuty sumienia: duszące, wyżerające go od środka przez całe pięć lat – w ciasnej celi człowiek nie ma zbyt wiele do roboty, zostaje sam ze swoimi myślami, bez możliwości porozmawiania z kimkolwiek. Nie mógł się nawet nikomu wytłumaczyć, nikt go nie odwiedził, ale za to winił tylko siebie – gdyby nie okłamywał wszystkich wokoło odnośnie tego, czym się zajmuje, może ktoś by go niego przyszedł. A tak, zamknięty nie tylko wśród czterech ścian, ale także we własnych myślach, pogrążył się w wyrzutach sumienia zupełnie. Poddał się im i pozwolił na sobie żerować – bo przecież właśnie na to zasłużył. Wszystko to sprawiło, że po wyjściu był już zupełnie inną osobą. Już pomijając fakt rozpoczęcia pustelniczego trybu życia, po prostu mało było Lugusa w Lugusie. Błysk w oku zastąpiło obojętne spojrzenie, lekki uśmiech zawsze czający się w pobliżu kącików ust zamienił na posępny wyraz twarzy. Choć nigdy nie należał do specjalnie energicznych osób, jego ruchy po Tower jeszcze zwolniły, a sylwetka uległa przygarbieniu – cały stanowił cień siebie i po roku czasu niewiele się w tej kwestii zmieniło. Zaczął jedynie częściej wychodzić z domu. W środku dalej był tym samym zgorzkniałym i ponurym sobą, jakim opuścił więzienie.
Słuchanie odgłosów natury pomagało. Kiedy leżał na ziemi i wsłuchiwał się w szum liści, śpiew ptaków, bzyczenie pobliskich pszczół czy spokojny oddech leżącego na nim psa, mógł po prostu nie myśleć. Po prostu być w tej chwili w tym miejscu, bez żadnej bolesnej przeszłości – przynajmniej na parę minut. Nie zajmował się już własnymi myślami, chłonął po prostu to, co oferowała mu przyroda. A wszelkie nieposłuszne wspomnienia z przeszłości miło rozmywała Ognista. Czego jeszcze więcej chcieć do szczęścia?
Na pewno nie mężczyzny wydzierającego się „Kudłacz”, cokolwiek to znaczyło. A bardzo szybko okazało się, że jest to po prostu imię przybłędy – szczeniak zerwał się na równe nogi i w bardzo szybkim tempie go opuścił. Lugus uniósł leniwie jedną powiekę, żeby najpierw zobaczyć, z kim ma do czynienia.
Właściciel psiaka, bo nim musiał być mężczyzna, wydawał się bardzo do swojego zwierzęcia pasować: również był duży, a na głowie miał podobną plątaninę ciemnych włosów. Lleu odniósł dość silne wrażenie, że skądś go zna, dlatego też po chwili otworzył i drugie oko, a nawet podparł się na łokciu, żeby mieć lepszy widok. Słysząc zadane przez niego pytanie, uniósł brew.
Tak. Właśnie dlatego leżę w pobliżu miejsca, w którym go znalazłem – stwierdził, przypatrując mu się ze znudzonym wyrazem twarzy, choć niezwykle intensywnie. To dobrze, że psiak tak szybko znalazł swojego opiekuna, nie będzie musiał więcej zaprzątać sobie nim głowy i nie będzie musiał się nim martwić. Ale sama osoba owego opiekuna stanowiła dla niego interesującą zagadkę. Lugus bez skrępowania lustrował go spojrzeniem, dopóki w umyśle coś mu nie kliknęło, mechanizm nie poruszył się i zapadka nie trafiła we właściwie miejsce. Grzebanie w przeszłości to dość pracochłonne zajęcie, ale teraz przynajmniej miał bardzo konkretne podejrzenia odnośnie tożsamości stojącego przed nim mężczyzny. Postarzał się tylko trochę. – Benjamin Wright, prawda? Dalej grasz w Quidditcha? – zapytał, przekrzywiając lekko głowę. Zanim wylądował w Tower, czytywał sportowe gazety. Z samym Benjaminem, jeszcze w Hogwarcie, spotkał się nawet na boisku. Teraz jednak nie miał pojęcia, co działo się w sportowym świecie, nie interesował się tym, odkąd odzyskał wolność.
Obudziła się w nim ciekawość.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 41
UROKI : 24
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   12.08.18 19:16

Zblazowany ton niespodziewanego porywacza odrobinę zirytował Benjamina, lecz nie na tyle, by w pełni okazał swe uczucia. Skaczący wokół niego Kudłacz był cały i zdrowy, nic nie stało mu się podczas kilkunastominutowej nieobecności - uważnie sprawdził uszy oraz policzył kończyny, co w przypadku rozentuzjazmowanego kundelka nie było wcale takie proste - dlatego też postanowił udzielić leniuchującemu mężczyźnie kredytu zaufania. Względnego, zamierzał ostro dopytać go o jego intencje, wiedząc, że posiadany przez Bena pies szczyci się wyjątkową urodą. Każdy specjalista od ras i umaszczenia nazwałby go mniej niż przeciętnym, krytykując lewe opadające ucho, nierówny zgryz oraz zaniedbanie, lecz Wright widział w nim ósmy cud świata. Początkowo niepewnie podchodził do obecności szczenięcia w swym nieuporządkowanym życiu, ale ostatnio każdego wieczoru dziękował za jego ciepłą, nieco zapchloną obecność. Przytulenie się do kogoś żywego, wsłuchanie się w sapiący i niezbyt aromatyczny oddech pozwalało mu zapomnieć, choć na moment, o problemach. Perspektywa zagubienia Kudłacza jawiła mu się jako prawdziwy koszmar, dlatego z wielką ulgą głaskał pieska po rozczochranej sierści, wyciągając z niej kulki lepiących się rzepów. Odrzucał je w bok, śledząc uważnie poczynania półleżącego pod drzewem mężczyzny. Wydawał mu się stary i młody jednocześnie, boleśnie doświadczony życiem i pełen młodzieńczego nieopierzenia; zgorzkniały i drżący od nagromadzonych pod nonszalancką miną marzeń. Przypominał mu samego siebie sprzed dwóch lat, gdy - wiecznie pijany - błądził po zapomnianych przez Merlina bałkańskich ścieżkach, szukając odkupienia. Wyciągał pochopne wnioski, stał naprzeciw jegomościa zaledwie kilkadziesiąt sekund, a już wyciągał daleko idące wnioski, nie mógł się jednak od nich powstrzymać. Nie, kiedy nieznajomy odpowiadał mu w niefrasobliwy, lekki sposób, spoglądając na niego z równą ostrożnością, nieco unosząc się znad kęp zielonej, soczystej trawy.
Rozsądnie zwracał uwagę na sensowność teoretycznych oskarżeń, kierowanych w jego stronę. W pierwszej chwili Benjamin prychnął urażony, ale w drugiej - przyjął do wiadomości tok swego niezbyt logicznego myślenia. - Ma to sens - odparł po chwili długiego milczenia, które spędził na tarmoszeniu Kudłacza za wystającymi, włochatymi uszami. Mógłby kłócić się z nieznajomym i oskarżać go o najgorsze, ale zaprzestał tych żałosnych prób uwypuklenia swych niewinnych zasług. Odchrząknął, znów wpatrując się w ciemne, czekoladowe oczy rozleniwionego wielbiciela lasów. Coś w jego półleżącej pozycji i niefrasobliwości kusiło go do dłuższego zatrzymania spojrzenia na wyraźnej linii szczęki. Drgnął, odrobinę nerwowo, gdy ten bez żadnego zawahania głośno wypowiedział jego imię i nazwisko. Personalia znane przez większość czarodziejskiej społeczności Wielkiej Brytanii - według samego Bena dawno zapomniane. Otworzył szerzej oczy, już dawno go nie rozpoznawano; minęły lata, odkąd lśniąca gwiazda Wrighta gwałtownie spadła z nieboskłonu, skazując go na wieczne potępienie. Uśmiechnął się krzywo, wstając z półklęku. Otrzepał kolana z brudnej ziemi, przeczesując w typowym dla siebie geście - oszałamiającym według większości czytelniczek Czarownicy - gęste włosy, rozczochrane, złożone ze skołtunionych czarnych loków, tak podobnych do tych, które wiły się na głowie przypadkowego przechodnia, opiekującego się przez chwilę Kudłaczem.
- Żartujesz sobie, prawda? - zmarszczył krzaczaste brwi. Wszyscy wiedzieli o tym, co stało się podczas ostatniego meczu. O brutalnym zdarzeniu, wykraczającym poza ramy faulu; o krwi, wsiąkającej w grząską trawę boiska. O zdartych knykciach, zmasakrowanej twarzy, połamanych rękach; uderzał na oślep, z całą swoją ślepą siłą, a wszystko po to, by pozbyć się tej samej słabości, która nakazywała mu śledzić smukłą, ale barczystą sylwetkę spoczywającego pod dębem mężczyzny. - Wyrzucili mnie. Dożywotnia dyskwalifikacja - wzruszył ramionami, chcąc podkreślić, że niewiele go to obeszło - ale wyraz brodatej twarzy mówił więcej niż słowa. - Fan Jastrzębi? - zagadnął, robiąc krok w stronę bruneta. Kudłacz zaprzestał tulenia się do nóg, pomknął znów w stronę leżącego na leśnym runie mężczyzny, entuzjastycznie liżąc jego twarz.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Lugus Beddow
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t6238-lugus-beddow https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6334-wszystko-mi-jedno https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6337-lugus-beddow
Zawód : zegarmistrz, specjalista od zabezpieczeń i konstruowania pułapek
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 20
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   15.08.18 22:21

Oczywiście, że ma sens, mówiła wymierzona intensywność spojrzenia Lugusa, ale z jego ust nie wydostało się ani jedno słowo. Najwyraźniej właściciel psa należał do osób gwałtownych i wykonujących ruch zanim zdążą pomyśleć, co tak właściwie robią, a w dodatku musiał swojego psa bardzo kochać. Dla własnego zdrowia i spokoju z takimi osobami nie wchodził w potyczki słowne większe niż było to konieczne. Choć sam nie posiadał i nie zamierzał posiadać zwierzęcia, był w stanie zrozumieć czyjeś przywiązanie do chociażby psa. Kudłacz może i nie był najpiękniejszy na świecie, ale widząc, jak jego właściciel cieszy się na znalezienie zguby i jak dokładnie ją ogląda, oprócz rzepów  szukając zapewne ewentualnych uszkodzeń, nie miał żadnych wątpliwości, że ceni psiaka bardzo wysoko.
Badał go tak dokładnie, jakby nie wiadomo co robił z tym psem.
Nie przejął się tym zbytnio, ze spokojem obserwując Kudłacza i jego pana. Właściwie trudno nie zwrócić uwagi na proporcje, jakie prezentowała ta dwójka – może i psiak wyglądał na całkiem sporego, to jednak w dalszym ciągu był to szczeniak, z całą swoją nieporadnością i entuzjazmem do zabawy. A z drugiej strony kucał potężnie zbudowany, brodaty, wysoki mężczyzna. Takie połączenia chyba najbardziej zwracały uwagę i nawet Lugus musiał przyznać, że było w tym coś uroczego. Nie musiał się też martwić o swoje zdrowie – jakkolwiek brodacz się nie prezentował, nie musiał spodziewać się agresji ze strony kogoś, kto aż tak troszczy się o szczeniaka.
Skinął więc tylko głową na znak, że nie chowa urazy i uważa temat za zakończony.
Benjamin wyraźnie zdziwił się, kiedy powiedział na głos jego imię i nazwisko, a on nie za bardzo rozumiał dlaczego. Jeśli był osobą publiczną, to raczej normalne? Chyba, że wziął go z początku za mugola i teraz bardzo się zdziwił, że jednak nim nie jest. Lugus nie spodziewał się jednak, że problem tkwi w zupełnie innym miejscu. W życiu nie przypuszczałby, że ktoś tak oddany Quidditchowi i odnoszący takie spektakularne sukcesy mógłby tak po prostu zakończyć swoją karierę. I to najwyraźniej w bardzo drastyczny sposób, skoro dostał dożywotnią dyskwalifikację. Beddow uniósł uprzejmie jedną brew i była to jedyna oznaka zaskoczenia na jego twarzy.
Powiedzmy, że na jakiś czas wypadłem z obiegu – pozwolił sobie bardzo dyplomatycznie określić swoją odsiadkę w więzieniu. Ludzie z reguły nie reagowali dobrze na wieść, że właśnie rozmawiają z byłym skazańcem, więc raczej się do tego nie przyznawał. – Z niektórymi rzeczami nie jestem na bieżąco – przyznał, zastanawiając się teraz, jak bardzo nie był na bieżąco – w ciągu pięciu lat może wydarzyć się naprawdę sporo. Jak dawno wyrzucono Benjamina z drużyny? Jednak dawno czy nie, to sądząc po jego minie to w dalszym ciągu było niemiłe wspomnienie.
Szkoda – mruknął – na boisku zawsze wydawałeś się być na swoim miejscu. Niemniej ludzie się przecież zmieniają – wiedział to po sobie – czym się teraz zajmujesz? Bo dalej wyglądasz, jakbyś był w formie – stwierdził luźno, po raz kolejny przyglądając się imponującym mięśniom mężczyzny, by po chwili znów złapać wzrokiem jego spojrzenie.
Już otwierał usta, żeby mu odpowiedzieć odnośnie tego, komu kibicuje w Quidditchu, ale akurat wtedy Kudłacz przestał zajmować się swoim opiekunem i przygnał do niego. Skrzywił się, czując psi język na swojej twarzy. Nadmierny entuzjazm kundelka może i był ujmujący, ale Lugus nie był fanem psiej śliny na sobie – i tylko to skłoniło go do tego, by podniósł się do pozycji siedzącej, a potem stwierdził, że to jednak za mało i ciężko podniósł się z trawy. – No już, już – mamrotał przy tym, próbując uniknąć języka szczeniaka. Czuł się raczej niezręcznie przy podobnym wylewie emocji czy to ze strony człowieka, czy zwierzęcia. Otrzepał się z trawy, w dalszym ciągu ściskając w dłoni piersiówkę, po czym ostatecznie oparł się plecami o pień dębu.
Niestety, zawsze najbardziej ceniłem grę Os. Choć Jastrzębi śledziłem z zainteresowaniem. Teraz nie kibicuję nikomu – przyznał zgodnie z prawdą. Bez żadnych oporów pociągnął łyk z piersiówki, a następnie wyciągnął rękę, w której ją trzymał, w kierunku Benjamina. – Ognista – powiedział tylko, na krótki moment wracając spojrzeniem do kręcącego się przy jego nogach Kudłacza. – Nazywam się Lugus – dodał zaraz, uznając, że rozmowa zawędrowała wystarczająco daleko, by mógł zdradzić swoje personalia. Nie całe, nie wiedział, w jakim stopniu Ben czytywał prasę i czy przypadkiem nie wyczytał o jego złapaniu – ze względu na spalenie części magicznych i mugolskich doków za pomocą Szatańskiej Pożogi, o sprawie obławy na przemytników było dość głośno. Nie chciał być oceniany przez pryzmat swojej przeszłości. Choć z drugiej strony, imię Lugus nie było najczęściej spotykanym imieniem i byłemu pałkarzowi Jastrzębi mogło coś zaświtać w głowie. Cóż, nie on pierwszy zrezygnowałby ze znajomości z nim.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 41
UROKI : 24
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   20.08.18 10:40

Spodziewał się, że nieznajomy prychnie z politowaniem, wypowiadając jakieś frazesy o nieistotności Quidditcha, tłumacząc tym filozoficzno-pogardliwym podejściem do sportu swą niewiedzę na temat losów słynnego Benjamina Wrighta, ale jego przewidywania okazały się - jak zwykle - niezbyt zgodne z prawdą. Wypadnięcie z obiegu skrywało w sobie przesadnie wiele znaczeń, brodacz zmarszczył krzaczaste, bardzo nieuporządkowane brwi, chcąc zyskać na czasie. Czuł się dziwnie rozkojarzony i wybity z rytmu: ostatnim razem, gdy natrafił na kogoś w środku lasu, został złapany w pułapkę przez dwie rozchichotane, krwiożercze nastolatki, pragnące napoić go amortencją, nic więc dziwnego, że z pewną ostrożnością łypał na niedoszłego złodzieja zagubionych psów. Co prawda nie wyglądał na obłąkanego - Wright doskonale rozumiał chęć przebywania samemu na łonie natury; tęsknił za ucieczką z dusznego, zakurzonego miasta - ale Jaimie powoli uczył się ostrożności. Głównie na bolesnych błędach, których nie zamierzał powtarzać.
Kiedyś, w przyszłości, dziś bowiem zamiast skłonić nieistniejącego kapelusza i oddalić się z polany wraz z odzyskanym czworonogiem, stał dalej przy kępce rozrośniętej trawy. Wspomnieniami powracając do własnych wspomnień związanych z wypadnięciem ze swego życia gdzieś dalej, na boczny tor, prowadzący prosto w piekielne otchłanie samobójczych misji i makabrycznych poświęceń w imię dobra. Uśmiechnął się pod nosem, zdawał sobie sprawę z ryzyka, lecz był więcej niż pewien, że nie o takim zboczeniu z obranego szlaku mówił rozłożony pod dębem mężczyzna. - Anomalie wysłały cię na Syberię? - spytał z zainteresowaniem, poprawiając przykrótkie rękawy skórzanej kurtki: znów rozrósł się w barach i ciągle zapominał o magicznym powiększeniu swej garderoby. - Czy może wpadłeś w pięcioletni ciąg alkoholowy? - sugestywnie spojrzał na piersiówkę; dałby sobie obciąć twarz, że nie znajduje się w niej kremowe piwo a coś mocniejszego. Właściwie sam nie wiedział, dlaczego kontynuował rozmowę z nieznajomym: było w nim coś, co go ciekawiło, a nad czym nie zamierzał się - już nigdy więcej - zastanawiać. A może...po prostu czuł się mile połechtany rozpoznaniem, przywołaniem czasów, w których cieszył się bogactwem, popularnością i doskonałą formą. Podczas kariery w Jastrzębiach miał dosłownie wszystko - i chociaż stracił to bezpowrotnie, jakaś jego małostkowa część lubiła czasem pogrzać się w martwym blasku gwiazdy, docierającym do ostatnich zakamarków wszechświata dopiero po tylu latach.
-Musiałeś bardzo uważnie śledzić moje poczynania na boisku - zagadnął znowu, trochę rozbawiony i już znacznie bardziej rozluźniony, przestając widzieć w brunecie paskudnego złodzieja czyichś czworonożnych przyjaciół. - Czyżby nad twoim łóżkiem wisiał kalendarz Jastrzębi z 1949 roku? - mrugnął do niego porozumiewawczo i wbrew pozorom bez dwuznaczności; miał wielu fanów, którzy cenili jego brutalne zagrania, analizując w nieskończoność dość banalną taktykę siania srogiego, pałkarskiego wpierdolu w szeregach przeciwnej drużyny. Nie speszył go nawet szczery komentarz na temat jego wyglądu; ludzie często wypowiadali się o jego fizyczności, budzących niepokój gabarytach, formie na dany sezon. - Smoki - odpowiedział z nieskrywaną dumą, bliski nonszalanckiego wzruszenia szerokich ramion. - Pracuje w rezerwacie Peak District. W sumie lubię to tak samo, jak machanie pałką i posyłanie tłuczków w durniów z Os - zaśmiał się ciepło i dudniąco, nie bacząc na przeszłe sympatie wypoczywającego mężczyzny. Kiedyś za taką zniewagę chętnie przysoliłby mu prosto w ten orli nos, prowokując do bójki i zamierzając wyłożyć swe racje w wyszukany, niewerbalny sposób, ale on także odpuścił drużynowe zacietrzewienie. - Co sprawiło, że schowałeś swoje kibicowskie gadżety do starego kufra? - spytał wprost, zmniejszając jeszcze dzielący ich dystans. Spoglądał z góry na wyciągniętą dłoń; bez zastanowienia ujął piersiówkę i wypił z niej kilka dużych łyków, zapewne opróżniając ją od razu w więcej niż połowie. Alkohol przyjemnie zapiekł go w gardle - oddał piersiówkę Lugusowi, ocierając usta i brodę wierzchem dłoni. - Czyżbym cię skądś kojarzył? - spytał znów, nieświadomy, że przejmuje część aurorskich zachowań swych przyjaciół, obrzucając mężczyznę setką pytań - mniej lub bardziej interesujących. - Wyglądasz na włóczęgę. Albo zielarza - wygłosił nagle, ciągle spoglądając ze swej szalonej wysokości na bruneta. - Ben. A to - Kudłacz- przedstawił się też, całkowicie zapominając, że nieznajomy doskonale zna jego imię. Cóż, wiele można było Wrightowi zarzucić, ale na pewno nie przesadne emanowanie niezwykłą inteligencją.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Lugus Beddow
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t6238-lugus-beddow https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6334-wszystko-mi-jedno https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6337-lugus-beddow
Zawód : zegarmistrz, specjalista od zabezpieczeń i konstruowania pułapek
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 20
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   03.09.18 23:26

Więzienie było okropnym doświadczeniem. Ciemna cela, której jedynym, wątpliwym, źródłem oświetlenia było niewielkie okno przy samym suficie; chłód i wilgoć kamiennej klitki; ciężka kula u nogi, przez którą do tej pory ma blizny; brak możliwości korzystania z magii, brak różdżki, z którą do tej pory się nie rozstawał; samotność: najpierw miła, ale z biegiem czasu doskwierająca coraz bardziej – nawet jeśli nie należał nigdy do specjalnie rozrywkowych osób, to zawsze cenił sobie możliwość rozmowy z drugą osobą; najgorsze ze wszystkiego było jednak skonfrontowanie się z własnymi myślami i pozostanie z nimi sam na sam przez bardzo długi okres czasu. Wiedział, jaką krzywdę wyrządził najbliższym, ale nie miał szans się wytłumaczyć – wszystko, czego jego siostra i narzeczona mogły się o sprawie dowiedzieć, to artykuły w gazetach. Nie był zdziwiony, że żadna z nich nigdy go nie odwiedziła – należało mu się. Tak jak należała mu się ta odsiadka. Tower każdego dnia było psychicznym cierpieniem, cierpieniem, na które narażał się tak długo, że w końcu odcisnęło na nim piętno. Podobno był cieniem samego siebie, podobno w niczym nie przypominał Lugusa sprzed sześciu lat.
Należało mu się. To wszystko mu się należało.
Odkąd wyszedł na wolność nawet nie próbował odnaleźć tego człowieka, jakim był, zanim został umieszczony w Tower. Choć na początku zewsząd dochodziły do niego echa Lugusa sprzed pięciu lat, on już nie potrafił go odnaleźć. Po wyjściu z więzienia świat był szary, przytłumiony, nie różnił się tak bardzo od miejsca, w którym go uwięziono – nie czuł radości i nie dostrzegał jej wokół siebie. A zamiast szukać jej na siłę, wolał odpocząć od miejskiego zgiełku i zanurzyć się w ciszy, do której się przyzwyczaił, w miejscu, w którym nikt go nie oceniał.
Co nie zawsze mu wychodziło – czuł, jak Benjamin taksuje go uważnym spojrzeniem.
Ciąg alkoholowy pewnie podobałby mi się o wiele bardziej – mruknął, upijając kolejnego łyka z piersiówki. Pobyt na Syberii pewnie też byłby o wiele lepszy – doświadczenia więzienia nie życzył nikomu. Nie wiedział, czy wspomnieniem o alkoholu Wright chciał mu zrobić przytyk czy też była to zupełnie luźna uwaga i czy robi to za każdym razem, kiedy znajdzie kogoś w lesie z piersiówką pełną Ognistej. Nie silił się jednak na zrozumienie, nie mniej jednak nie podejrzewał go o bycie hipokrytą – ze skórzaną kurtką i o dość groźnym wyglądzie, sam wyglądał, jakby lubił sobie wypić. Zresztą, Benjamin nie był również w żadnym stopniu złośliwy, wręcz przeciwnie: z każdą kolejną chwilą zdawał się być coraz mniej spięty i coraz bardziej przyjaźnie nastawiony.
Gdzie tam. Twój plakat nad łóżkiem – stwierdził, lekko przekrzywiając głowę, kiedy na niego patrzył. Właśnie sobie przypomniał, że w istocie miał gdzieś kiedyś plakat nie tyle samego Wrighta, co Jastrzębi, ale zrezygnował z powieszenia go na rzecz plakatu z Osami – a o tym mężczyzna mógł nie chcieć słyszeć, skoro bardzo wyraźnie za Osami nie przepadał. Lugus jednak nie czuł żadnego zagrożenia z jego strony, nie było agresji, jakiej można by się spodziewać po kimś z jego wyglądem – było za to ciepło i coraz bardziej przychylne spojrzenia. Po tym, jak wyrzucili go z drużyny, jakimś cudem wciąż potrafił wykrzesać z siebie tyle dobra.
Odnosił wrażenie, że patrzył na niego z coraz większym zainteresowaniem.
A więc smoki. Przerzucasz się na coraz bardziej niebezpieczne zajęcia. Ale jakoś to do Ciebie pasuje, te smoki. – Odgarnął z czoła niesforny kosmyk i zerknął kątem na oka na kręcącego się z jego pobliżu Kudłacza: szczeniak nie wykazywał już większej ochoty zaślinienia go na śmierć, dlatego znów przeniósł spojrzenie na zbliżającego się do niego właściciela psa.
Błędy młodości – odparł krótko, nawet nie zauważając, że choć sam wypytywał o przeszłość i zawód, tak niewiele chciał zdradzić o sobie. Choć właściwie w tych dwóch słowach najlepiej można było oddać to, co się z nim stało sześć lat temu. Gdyby nie głupi pomysł kradzieży, prawdopodobnie w ogóle nie musiałby martwić się tym, że jest największym wrogiem swojej siostry.
Nie wydaje mi się. – Pokręcił głową. Raz spotkali się na boisku, ale było to tak dawno temu, że Benjamin na pewno już tego nie pamiętał. I kiedy zastanawiał się, czy może jednak faktycznie wystawić pamięć byłego pałkarza Jastrzębi na próbę, wygłosił on ciekawe zapytanie.
Włóczęga lub zielarz?
Na to stwierdzenie brew Lugusa znacznie się uniosła. Cóż, Wright miał prawo do własnych osądów, ale chyba po raz pierwszy spotkał się z kimś, kto wygłaszał je tak nieskrępowanie. Nawet nie udawał, że taka bezpośredniość go krępuje.  – Jestem zegarmistrzem – przyznał więc, stwierdzając, że z bliska już tylko mięśnie mężczyzny robią wrażenie, bo byli niemal tego samego wzrostu – wizerunek Benjamina uległ kolejnemu ociepleniu. Ciekawiło go tylko, czy działało to w drugą stronę: czy w końcu przestał być brany za złodzieja psów? I czy to miało dla niego znaczenie? Jakie czyny sprawiają, że Ben szufladkuje ludzi? – Siedziałem w więzieniu – odezwał się po chwili. Choć z początku nie chciał tego zdradzać, ciekawość jak zwykle z nim wygrała. Czy to sprawi, że jego nowy znajomy odejdzie, pełen pogardy do jego osoby, czy może właśnie zostanie? Jeśli tak, to ze współczucia czy zrozumienia? Nagle stwierdził, że po prostu chciałby to wiedzieć. Choć jeszcze nie wiedział po co.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 41
UROKI : 24
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   04.09.18 15:07

Wright kiwnął z szacunkiem głową - to akurat mógł zrozumieć, zapicie swych smutków alkoholem najpodlejszego gatunku zawsze sprawdzało się jako sposób na relaks i choć chwilowe zapomnienie o palących problemach. Czy i Lugus przed czymś uciekał? Przed samym sobą a może nie do końca legalnymi sprawami z nieodległej przeszłości? Ben miał nosa do podobnych jegomości, być może dlatego, że sam raz po raz wpadał w tarapaty, chłopięco unikając ich w podobnych, intymnych okolicznościach przyrody. Jako kilkuletni chłopiec uciekał przed ojcowską burą do kornwalijskich lasów, w szkole wymykał się na błonia a w dorosłym życiu chował przed odpowiedzialnością na przestrzeniach wzgórz Peak District. Wyrozumiałe objęcia szorstkiej kory, pradawnych drzew i przemykających pomiędzy porośniętymi mchem pniami stworzeń pozwalały mu nabrać dystansu, lepiej zrozumieć to, co zrobił - i powoli zaprzyjaźnić się z samym sobą. Ostatnimi czasy brakowało mu bezpiecznej oazy, przesyconej zapachem liści i deszczu samotni, dzięki której mógł pogodzić się z błędami, jakie popełnił.
O dziwo, Lugus nie stanowił zbędnego czy też niechcianego elementu spaceru z Kudłaczem. Wydawał się interesującym elementem, nową istotą, spotkaną na leśnej ścieżce; zwierzęciem odmiennego rodzaju, któremu Ben przyglądał się z zawodową ciekawością. - Z którego roku? Ten z nową kometą czy ten, gdzie ten szalony fotograf kazał mi łypać w obiektyw aparatu tak, jak spoglądałbym na szukającego Os? - spytał podekscytowany, powracając do swej chlubnej przeszłości, gdy jego podobizna zdobiła większość ścian pokoi nastoletnich czarodziejów, wyczekujących następnej brutalnej zagrywki pałkarza Jastrzębi. Wizja nowego znajomego, budzącego się każdego ranka pod czujnym, czupurnym spojrzeniem Benjamina, wydała się mu nagle jednocześnie zawstydzająca i podbudowująca nadwyrężone porażkami Zakonu ego. Odchrząknął, po czym, niewiele myśląc, zajął miejsce siedzące tuż obok Lugusa, wyciągając przed siebie długie nogi. Z ukontentowaniem - i mimochodem - zauważył, że mężczyzna dorównuje mu wzrostem, ale nie roztkliwiał się nad fizjonomią rozczochranego zielarza zbyt długo, spoglądając na niego z ukosa w wielkim zdziwieniu.
- Zegarmistrzem? - powtórzył zdezorientowany; Lugus wyglądał na obieżyświata lub stroniącego od pracy umysłowej gajowego, a nie na kogoś, kto z lupą przy oku naprawia zadziwiające mechanizmy, ustawiając wskazówki we właściwym położeniu. - Pracujesz nad zmieniaczem czasu? - zagadnął po sekundzie, już lżejszym, odrobinę kpiącym tonem, bezpardonowo sięgając po piersiówkę. Wychylił z niej pokaźny łyk, czując na języku, oprócz parzącej ognistej, także specyficzny posmak innych, męskich ust. Trochę dymu, trochę kurzu, trochę starego pergaminu; tylko tyle mógł rozpoznać w tak krótkim czasie. Odkleił się od gwinta i oddał srebrną skarbnicę trunku zegarmistrzowi. Kto by pomyślał.
Już miał zamiar zgłębić ten temat, docierając do największych sekretów mistrzów tego trudnego rzemiosła, gdy Lugus zaskoczył go po raz kolejny. Tym razem zdradzając fakt, który mogli dzielić we dwoje; budował między nimi most porozumienia, oparty na wspólnych doświadczeniach.
- Gdzie? - spytał od razu, nie dając mężczyźnie ani sekundy na przetrawienie tego intymnego wyznania. - Za co? - kontynuował uparcie, lecz bez ani grama krytyki w ciepłych, czekoladowych ślepiach. - Może jesteśmy kolegami z sąsiedniej celi - zaśmiał się krótko, szczekliwie, aż kręcący się wokół nich kudłacz zawtórował mu radośnie, pakując się z całym futrzastym inwentarzem pomiędzy siedzących pod dębem czarodziei. - Siedziałem w mugolskim pierdlu, kilka lat temu. Kilkanaście tygodni. Bałkany. Właściwie sam nie wiem za co, ale zgubiłem wtedy różdżkę, więc nie miałem jak się stamtąd ulotnić - poinformował z nieskrywaną dumą, jakby chwalił się wygraną w plebiscycie na najpiękniejszy uśmiech tygodnika Czarownica a nie obnażał przed nieznajomym swoją niezbyt chlubną przeszłość. - Nie żałuję, było całkiem w dechę. Nauczyłem się dużo o mugolach...no i zyskałem kilka tatuaży - wzruszył barczystymi ramionami, podnosząc dużą dłoń, by pogłaskać nią rozbrykanego Kudłacza. - Nie zamordowałeś kogoś, co? - spytał, nagle dość zaniepokojony; ileż razy zawiódł się na ludziach, których w pierwszym odruchu uznał za swych kompanów, ba, za przyjaciół? Przekręcił się w bok, spoglądając prosto w ciemne oczy Lugusa, marząc o tym, by ten po prostu zaprzeczył. To wiele by ułatwiło.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   10.10.18 21:22

Las wydawał się cichy i spokojny. Lubiła tu przychodzić, odrywając się od zgiełku wielkiego miasta. Choć mieszkała bardzo blisko lasu, wchodząc do niego czuła się czasami, jakby wkraczała w zupełnie inny świat – a przecież jeszcze nawet nie doszła do żadnych niesamowitych zakamarków pełnych magicznych roślin i zwierząt nieznanych mugolom. Żeby się do nich dostać musiała iść znacznie głębiej w las; magia starannie chroniła swoich sekretów przed niemagicznymi nawet w dobie szalejących anomalii, które obnażyły świat magii przed tymi, którzy uważali go za wymysł bajek.
Szła jedną z bocznych dróżek na skraju lasu, poprawiając na ramieniu płócienną torbę, w której miała zamiar schować zebrane zioła. Była zielarką i alchemiczką; zbieranie roślin w lesie pomagało jej się odprężyć, zwłaszcza że była osóbką bardzo nieśmiałą i stroniącą od tłocznych miejsc. Najlepiej czuła się właśnie na łonie natury. Choć las wokół niej wyglądał póki co zwyczajnie i prawdopodobnie ten obszar bywał uczęszczany nawet przez mugoli, już zaczynała czuć odprężenie i zastanawiać się, jakie gatunki roślin znajdzie dalej. Anomalie źle wpływały na pogodę, a co za tym idzie, na wzrost roślin. Ingrediencje do eliksirów drożały, i choć często sama zbierała rośliny do mikstur, coraz trudniej było znaleźć niektóre co delikatniejsze gatunki.
Wiedziała, że tu niedaleko na kilku drzewach rosła jemioła. Jej jagody były przydatne w alchemii, więc zamierzała wspiąć się na drzewo i nazrywać trochę, były jej potrzebne, a resztę mogła sprzedać kilku znajomym alchemikom. Choć drobna, była dość zwinna, więc już po chwili zgrabnie wspięła się po pniu i znalazła się na szerokiej gałęzi; jemioła znajdowała się nieco wyżej, wystarczyło zbliżyć się jeszcze kawałek, by do niej sięgnąć.
Ostrożnie przesuwając się po grubym konarze znalazła się nad ścieżką; dopiero wtedy zauważyła dwóch mężczyzn rozmawiających nieopodal, zaledwie kilkanaście metrów dalej, których wcześniej z poziomu ziemi nie zauważyła przez zarośla obrastające ścieżkę i osłaniające ich przed jej wzrokiem, poza tym była za bardzo skupiona na zwieszającej się z gałęzi jemiole pełnej cennych białych jagód. Spłoszyła się tym niespodziewanym towarzystwem (była pewna, że o tej porze powinna być tu sama!) i nagle straciła równowagę, o co nie było trudno na wilgotnej, omszałej gałęzi. Podeszwa jej buta ujechała i młoda kobieta zjechała w dół, w ostatniej chwili łapiąc się dłońmi gałęzi, ale sił wystarczyło jej na ledwie kilka sekund trzymania się tak. Po chwili spadła na znajdującą się parę metrów niżej ścieżkę, w pierwszej chwili zaskoczona upadkiem i nieco zamroczona uderzeniem o ziemię, które wydusiło z jej płuc powietrze. Kiedy tak siedziała, jej spojrzenie napotkało na wzrok mężczyzn i poczuła się bardzo, bardzo głupio. Miała ochotę dosłownie zapaść się pod ziemię ze wstydu i więcej stamtąd nie wychodzić.
Choć była poobijana, podniosła się niezdarnie i zaczęła uciekać, omal nie gubiąc wciąż pustej torby. Zapomniała nawet o jemiole, tak bardzo była zawstydzona tą sytuacją, zwłaszcza że świadkami jej upadku z drzewa byli obcy mężczyźni. Och, co za wstyd!




I show not your face but your heart's desire
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 41
UROKI : 24
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   11.10.18 13:32

Pasjonującą dyskusję z przypadkowym przechodniem, okazującym się wcale nie aż takim nieznajomym, przerwał grom z jasnego nieba. No, prawie grom z jasnego nieba: kobiece fulgoro. Zafurkotała różnobarwna spódnica, zatrzeszczała gałąź, na której dramatycznie uwiesiła się niewiasta a sekundę później dziewczę opadło na zakurzoną ścieżkę. Wright przez kilka sekund wpatrywał się w miejsce wypadku z niezbyt mądrym wyrazem twarzy, zdezorientowany i zaskoczony. Sam także łaził po drzewach, ale robił to jako nieopierzony młodzieniec. Wyrósł z tego typu zabaw lub - co było bardziej bliskie prawdy - rozrósł się do gabarytów uniemożliwiających hasanie po koronach większości drzew, zbyt wiotkich, by unieść jego ciężar.
- Widziałeś to? - upewnił się, zerkając kątem oka na Lugusa, który kiwnął głową. A więc to nie anomalia ani też nie wynik udaru mózgu lub podejrzanego alkoholu, serwowanego mu przez niedawnego uciekiniera z więzienia. Niewiele myśląc Jaimie zerwał się na równe nogi i podążył w stronę damy w opałach a obok jego nogi dzielnie mknął Kudłacz, radośnie oszczekując dziewoję. - Wszystko w porządku? - spytał Ben a gdy znalazł się tuż obok czarownicy bez najmniejszego problemu pomógł jej podnieść się z klęczek. Bacznie ocenił stan jej zdrowia, nie wyglądała, by coś sobie złamała, jedynie trochę się umorusała. - Często tak chodzisz po drzewach? - spytał dość rozbawiony zaciekawiony, kręcąc głową, kiedy kobieta uniosła różdżkę, by doprowadzić się do porządku zaklęciem. - Nie radziłbym, chłoszczyść ostatnio najczęściej kończy się podpaleniem - poinformował pełen wyrzutów sumienia, po czym zabrał się za otrzepywanie dziewczyny z kurzu oraz liści. W miarę delikatnie i w granicach przyzwoitości. Gdy już upewnił się, że czarownica poradzi sobie w drodze powrotnej do domu i że jej koszyk pełen jagód jemioły jest w jednym kawałku, ukłonił się jej dwornie i machnął ręką na podziękowania. Nic takiego nie zrobił, ba, mógł zrobić więcej, wykazując się miotlarskim refleksem i złapać ją jeszcze zanim widowiskowo wyrżnęła o podłoże. Pożegnał ją a potem odwrócił się w stronę dębu, lecz Lugusa już tam nie było. Rozejrzał się dookoła i wzruszył ramionami; trudno. Zagwizdał na Kudłacza i razem z nim powoli kontynuował spacer.

| zt




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
 

Dróżka na skraju lasu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 7 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

 Similar topics

-
» Obrzeża lasu
» Droga obok lasu
» Strumyk w środku lasu
» Południowa część lasu
» Bajeczna część lasu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest :: Las-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18