Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Dróżka na skraju lasu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Dróżka na skraju lasu   10.03.12 23:10

First topic message reminder :

Dróżka na skraju lasu

Pod skrajem lasu ciągnie się długa, wydeptana ścieżka, spacerniak, służący mugolom za odprężenie po męczącym, pełnym zajęć dniu. To nie jest część puszczy, można tędy spacerować, nie obawiając się niebezpieczeństw związanych z zagubieniem w głębi bądź napotkaniem dzikich zwierząt. Powietrze pachnie drzewami, żywicą klonów, słychać radosne ptasie trele, a raz na jakiś czas, można wychwycić co osobliwsze dźwięki dochodzące z kniei; dźwięki, których źródła, dla własnego bezpieczeństwa, lepiej nie próbować identyfikować. Wokół dróżki rosną kępki zielonej trawy, mniejsze bądź większe polne kwiaty, chwasty, a czasem maleńkie drzewa, wyrastające z ziaren przywianych tutaj z głębi mrocznego lasu.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   09.12.17 1:25

- Mhm. Mieliśmy mały potop. Ale już jest okej. Prawie kompletnie. Sporo rąk do pomocy się znalazło. - przyznał, bo Rudera powoli przestawała śmierdzieć wilgocią, co dało się naprawić było już naprawione, ostatnie rzeczy wymieniali, przede wszystkim miał pewność że zaklęcia chroniące ściany są już solidne. - Gdybyś miał kiedyś zaczarowany dom, zaklęcia na nim warto sprawdzać częściej niż raz na dwieście lat.
Dodał z rozbawieniem, bo taki z niego dzisiaj Pan Dobra Rada się zrobił. W sumie to nie był pewien czy to zabawne, ale jego bawiło więc chyba tak. Choć rozbawienie go nigdy nie było jakimś szczególnie wysokim progiem do przeskoczenia.
Przez chwilę obaj skupili się na pracy. Kolejne uderzenia, odłupywanie coraz większych fragmentów, by na koniec być w stanie wywrócić swoje dzisiejsze zdobycze. Dość młode rzecz jasna.
Dalej trzeba było drewno przygotować, przede wszystkim pozbyć się małych, kruchych gałęzi i porąbać do odpowiedniej wielkości. Ostatecznie pewnie zmniejszą je zaklęciami żeby dało się przenosić, skoro jednak wzięli się za robotę, warto doprowadzić ją do samego końca.
- Mhm. Była całkiem niezła. - przyznał. Zaraz jednak słuchał słów Lexa i uniósł lekko brew. Widać było, że słowa o wypadku mu się nie spodobały: nie podobało mu się, że komuś kto był mu bliski działa się krzywda, a on o tym nie wiedział. Oczywiście: szkole ich drogi trochę się rozeszły, znajomość się nie zatarła, każdy jednak wpadał w wir ogarniania swojego nagle dorosłego życia i było to całkowicie naturalne. Utrata pamięci brzmiała mu jednak na tyle poważnie, że mimo iż sytuacja miała miejsce najpewniej już dość dawno, poczuł się z tym dziwnie.
- Nie widujemy się ostatnimi czasy zbyt często, ostatni raz poprawialiśmy sobie nastroje ciasteczkami dwa tygodnie temu. - przyznał, zdecydowanie woląc określić termin, niż fakt, iż działo się to przed odsieczą. - Może czas trochę nadrobić. Widujesz czasem znajomych ze szkoły? W sensie to musi być dziwne, wynieść się nagle tak daleko.
Dodał, bo kiedy myślał o tym z kim kontakt po Hogwarcie udało mu się zachować, a kto zniknął z jego życia, pomyślał też o tym że Lex właściwie po szkole chyba zaczynał życie w Anglii całkowicie na nowo.
Spojrzał na Selwyna przez chwilę, zaraz jednak wrócił do zajmowania się drzewami.





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
30
15
0
16
5
0
6
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   11.12.17 23:17

Uniosłem brwi do góry, lekko zadziwiony. Mały remont, mały potop, mała katastrofa?
- Potop? - zapytałem żywo zainteresowany tematem. - Mi anomalie zniszczyły rezydencję w Chelmsford. Południowa część budynku przestała istnieć i zostałem zmuszony przenieść się do nestora w Boreham - wzruszyłem ramionami, mimo wyraźnego niezadowolenia z całej sytuacji lekko rozbawiony absurdalnością sytuacji. Rozmawialiśmy o pogodzie, lecz wykroczyło to zdecydowanie poza standardowe "dzisiaj jest ładnie" bądź "ależ się rozpadało!" - maj był o wiele bardziej nieprzewidywalny niż to; wymiana zdań o zniszczeniach dokonanych przez niepowstrzymane żywioły była już na porządku dziennym. Zwłaszcza wśród arystokratów - większość musiała zmieniać lokum, przenosząc się nierzadko do siedzib nestorów, ponieważ te z reguły chronione były najsilniej i nie ucierpiały aż tak bardzo w czasie burzy, która miała miejsce zeszłego czwartku. Zaśmiałem się, kiedy moje rozważania o zaklęciach zabezpieczających domy przerwał Bert, nawiązując dokładnie do tego samego tematu. - Sam się o to w takim razie poniekąd prosiłeś - skwitowałem wszystko, dalej rąbiąc drzewo. - Nie potrzeba ci już na pewno żadnej pomocy? Bowiem odkrywam w sobie powoli smykałkę do prac budowlano-remontowych - zaprzestałem pracy na moment, wypinając przed siebie dumnie pierś, w uniesionym podbródkiem i zębami wyszczerzonymi w firmowym uśmieszku. Tak naprawdę to powoli zaczynałem być już zmęczony, nie mogąc z kolei pochwalić się powalającą wytrzymałością na wysiłek fizyczny. Czas leciał szybko, z każdą chwilą wokół nas pojawiało się coraz więcej ściętych drzew, które były na tyle grube, by przerobić je na deski. Nie porywaliśmy się na razie na żadne większe sztuki, skoro znajdowaliśmy dość takich pni na wielkość w sam raz. Coraz bardziej jednak rosło moje zainteresowanie piłą, która z minuty na minutę stawała się coraz większa, zbliżając się już chyba do swoich rzeczywistych rozmiarów. Rzuciłem jej jeszcze ostatnie spojrzenie, nim nie wróciłem do machania siekierą. Pot spływał mi po skroniach i skraplał się na czole, czułem też jak koszula coraz ściślej przylega do mojego torsu, przyklejona gromadzącą się na moim ciele wilgocią. Rozmowa jednak pozwalała zająć myśli, odwodząc je od niewygód i nieprzyjemności pracy fizycznej - czegoś, czego arystokracja przeważnie nie miała okazji doświadczyć w swoim przepełnionym luksusem i służbą życiu.
- Wszystko już nią w porządku, nie musisz się martwić - powiedziałem, kiedy zauważyłem na twarzy Bertiego przebłysk niezadowolenia. Bott troszczył się o nią, to było widać. - Może faktycznie powinniście nadrobić co nieco - dodałem, myśląc o tym, że wspólna Odsiecz temu zdecydowanie nie sprzyjała. - Kogo ze szkoły? Ja nie miałem tam znajomych - zażartowałem, jednak nie byłem pewny czy nie był to przypadkiem ten rodzaj żartu, który bawi tylko opowiadającego. - Nie miałem zbyt wielu osób, z którymi miałem większy kontakt niż zdawkowe "cześć" na korytarzu. Przez pewien czas mieszkała w Londynie moja przyjaciółka, mugolaczka Monique. Wyjechała jednak pod koniec lutego na powrót do domu, do Francji. Oprócz tego są jeszcze siostry Baudelaire, ale tylko z młodszą mam kontakt. Jest krawcową i szyje mi ubrania - odpowiedziałem, nie licząc do grona znajomych ani Rosierów, ani Crouchów. Złapałem z Bertem na moment kontakt wzrokowy, nim obaj nie powróciliśmy do pracy. W rzeczywistości nie była to zbyt długa lista znajomych i dlatego prawdopodobnie na wiosnę tak zaczęła doskwierać mi samotność. - Ale to nie jest dziwne. Nie byłem społecznym typem w szkole, a pod koniec ósmej klasy jeszcze napytałem sobie biedy - machnąłem ręką, po czym przykucnąłem nad powalonym drzewem i zacząłem oczyszczać je z gałęzi. Taka praca na świeżym powietrzu była mimo wszystko dość przyjemna - wkoło był las, szumiący swoimi odgłosami, zieleń i słońce, ciepło i z zapachem mokrej ziemi unoszącym się w powietrzu.
- Czasem trochę tęsknię za Francją, jednak Zakon... tam mam wszystko, czego potrzebuję. To taka druga rodzina - odpowiedziałem, pomijając fakt, że właściwie to większość mojej rodziny też stała w szeregach Zakonników. - A jak tam układa Ci się w pracy? - zapytałem, będąc ciekaw jak idzie cukierniczy interes Bertiego.




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   12.12.17 15:01

- Taa, trochę za mocno zaufałem dawnym budowniczym chyba. - cóż, Bertie nie miał nawyku zastanawiania się. Nie był mistrzem budowlanki, podobało mu się jednak kiedy kupił Ruderę, dopiero zaczynał interesowanie się tematem. Właściwie to nadal nie wiedział o nim wiele choć na pewno zamierzał to rozwijać - ot, jako całkiem przydatne hobby. I sposób na zaoszczędzenie pieniędzy, których po ludzku nie miał. - No i nie spodziewałem się magicznej zawieruchy.
Nikt nie spodziewał się szaleństw z jakimi mieli do czynienia ostatnimi czasy. Marudzenie na pogodę nabierało powoli nowego znaczenia. Na informację o dworku Alexa skinął lekko głową.
- Słyszałem, że dość sporo padło. - przyznał. - Rany, trudno mi sobie wyobrazić powrót do rodziców. W sensie wiem, że to kompletnie inna sytuacja, inne tradycje i chyba relacje ale jednak. - wzruszył ramionami. Trudno było mu sobie to wyobrazić w jakikolwiek sposób. Uwielbiał swoją rodzinę, darzył szczerą miłością każdego Botta czy Rossa, ale jak chyba każdy dorosły potrzebował swojej przestrzeni, a tradycja jaką były szlacheckie dworki go lekko przerastała. Mieszkać z całymi pokoleniami Bottów? Aż trudno się zdecydować czy byłby to większy plac zabaw czy pole prawdziwego armagedonu.
Tak czy inaczej odbierał to podobnie też pod kontem finansowym. Nie wątpił że Selwyna ubodła strata, niewątpliwie jednak w ciągu miesięcy będzie w stanie postawić kolejny dworek a jeśli będzie mu spieszno to po prostu dom. Głównym problemem był sentyment i właśnie konieczność powrotu do rodziny.
- Dzięki, jak będziesz miał czas i chęci to zawsze znajdziesz u mnie zarówno jedzenie jak i robotę. - uśmiechnął się wesoło na wyraz dumy malujący się na twarzy Selwyna. - Dużo osób przyszło pomóc. - dodał po chwili, bo i faktycznie go to cieszyło: poczucie, że kiedy jest źle, nigdy do końca nie zostaje sam. I każdej osobie po kolei i z osobna był szalenie wdzięczny, tak samo jak kolejnym którzy jak Selwyn się oferowali: bo nie wątpił że oferta jest szczera i jeśli faktycznie zajdzie potrzeba, i on złapie młotek i kilka desek wraz z nim powymienia. - Trochę jestem zmęczony ale już jest prawie normalnie. - dodał zaraz, bo i wiele osób pomagało kiedy miało czas, on jednak wpadł w małą manię doprowadzenia Rudery do dobrego stanu i poświęcał na to absolutnie każdą wolną chwilę. - Będziesz stawiał nowy dworek? Czy po prostu dom byle szybciej?
Dopytał zaraz, między kolejnymi uderzeniami w drewno, pozbywając się kolejnych gałązek. Rozmowa przerywana chwilami bardziej wytężonej pracy sprawiała, że szło im szybciej, po chwili Bott podniósł z ziemi piłę która wróciła już do swoich naturalnych rozmiarów.
- Łap z drugiej strony. Będzie trochę łatwiej, możemy obalić nią jedno większe drzewo jeszcze i chyba na tym staniemy bo to wszystko trzeba jeszcze przetransportować. Choć najbardziej logicznie będzie chyba zmniejszyć po prostu.
Stwierdził. Jasne, magii trzeba teraz używać ostrożnie i tak dalej ale Bertie mimo wszystko nie zamierzał wpadać w paranoję i kombinować. Przez chwilę pomyślał o wykorzystaniu Miętusa, nie sądził jednak by taka podróż była bezpieczna, a i musieliby wtedy kawałki drewna skrócić co może później okazać się złym ruchem.
- Zdecydowanie. - były relacje które wymierały naturalnie ale były też takie którym po prostu nie wolno dać wymrzeć i to była jedna z nich. Dalej jednak słuchał co Lex ma do powiedzenia.
Uśmiechnął się pod nosem na żart-nie-żart i przyglądał przez chwilę towarzyszowi, nim zaczęli solidnie piłować drzewo.
- O, Clemmy? Faktycznie, nie pomyślałem o tym ale przecież uczyła się we Francji. - uśmiechnął się na wspomnienie niewidomej dziewczyny, której dawno nie widział i której siostrę najwidoczniej trochę lepiej znał Alex.
- Jakiej biedy?
Spytał ciekawsko. Trochę inaczej rysował mu się obraz Lexa do tej pory, dopiero co opowiadał mu w końcu o własnych wygłupach, wydawał się pełen werwy a takie osoby, pełne energii zazwyczaj jakimś sposobem przyciągają ludzi. Cóż, nie znali się jednak szczególnie dobrze, na każdą historię i dopełnienie obrazu przyjdzie jeszcze czas.
Uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie o drugiej rodzinie, miał w Zakonie wielu przyjaciół, egoistycznie jednak wcale się z tego nie cieszył. Jednocześnie przyszła do niego myśl, że miałby zobaczyć kogoś ze swojej rodziny w szeregach organizacji: nie wyobrażał sobie tego. Chyba za bardzo chciał wszystkich chronić.
- Dobrze. Prowadzimy badania nad nowymi słodyczami, jesteśmy blisko całkiem fajnej rzeczy. Jeśli znajdziesz czas na spacer pierwszego czerwca, wybierz się na Pokątną. - uśmiechnął się pod nosem. Byli blisko wynalezienia lizaków działających jak bańki mydlane, które zamierzali w ramach promocji wydmuchać na ulicy w trakcie spaceru. Niechaj świat na chwilę nabierze kolorów, a ludzie złapią swoje słodycze. - Będziemy musieli trochę przystopować chyba, ale za jakiś czas znowu ruszymy.
Dodał, nie biorąc się za wyjaśnienia, bo te wydawały mu się oczywiste: badania to pieniądze, remont to pieniądze, a cukiernik musi czasem wybierać. Nie wątpił jednak, że kiedy tylko się odbije, od razu wróci do działania.
- Musisz wpaść, spróbować nowości. - dodał po chwili. Był dumny z tego co razem z rodzeństwem Frotescue tworzyli. Może nie ratowali w ten sposób świata, jednak po części rozprowadzali trochę radości dookoła: a to czasami wystarczy.





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
30
15
0
16
5
0
6
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   14.12.17 0:04

Na moich ustach pojawił się malutki uśmieszek. Tak, Bertie był ufny, a w mojej opinii czasami nawet zbytnio ufny. Przez myśl przemknęło mi, że kiedyś to może się źle skończyć, jednak szybko to od siebie odepchnąłem. Będzie dobrze. U Botta zawsze jakoś wychodziło na dobrze.
- Owszem, całkiem sporo. Archibald z rodziną też musieli się przenieść - westchnąłem. Lubiłem West Lulworth, a stojąc teraz przed wizją, że w najbliższym czasie nie będę mógł się schronić w tamtejszej kuchni przed tym wszystkim, od czego chciałem uciekać, napawała mnie przeogromnym smutkiem. Zabawne, to przecież były tylko cztery ściany i najważniejsze zawsze było tylko i wyłącznie to, kto razem za mną w nich przebywał; jednakże w ogromie zniszczeń, jakie dotknęły czarodziejskie domostwa chyba popadłem w delikatną tendencję do dramatyzowania. Ale tylko odrobinę. - Powrót pod skrzydła nestora to jest.... ech. Jakby mi ktoś kaganiec założył - westchnąłem, tęskniąc za moją utraconą prawie-że-autonomią. Kiedy ojciec był w rozjazdach miałem dla siebie tak naprawdę całe Hylands, mogłem gospodarzyć nim podług woli. Teraz moja swoboda została znacznie ograniczona.
Kiedy kolejne drzewo padło pod moją siekierą zaprzestałem na chwilę pracy, ocierając mokre od potu czoło rękawem koszuli. Byłem już trochę zmachany, na moich policzkach wykwitły zapewne pokaźne rumieńce, a ciało całe lepiło się od potu. Mimo wszystko czułem z tego satysfakcję i poniekąd dumę - nie wiem, czy jakikolwiek z moich krewnych na przestrzeni ostatnich kilku wieków chwycił w ręce narzędzia, by oddać się fizycznej pracy. Czułem się po prostu dobrze. Kiedy łapałem oddech Bert zapytał się o dworek, a ja nie byłem w stanie mu odpowiedzieć, nie od razu.
- Nie wiem, nie myślałem jeszcze o tym - zmarszczyłem brwi. - Ale wydaje mi się, że raczej chciałbym coś mniejszego. Nie rzucającego się w oczy. I pod Fideliusem - dodałem, zamyślając się. - Coś trochę większego niż Stara Chata, ale na pewno mniejszego niż Rudera. Dom, tak, zdecydowanie dom - wzrok wbiłem w przestrzeń, oczami wyobraźni widząc już moją przyszłą posiadłość. Mój własny, ukryty przed światem dom. Całkowita cisza i spokój. I żadnej ciotki Brunhildy plotkującej o moich sprawach sercowych.
Odłożyłem siekierę na bok, opierając ją o drzewo, po czym przytaknąłem towarzyszowi i razem z Bertiem złapałem za długą piłę. Byłem odrobinę podekscytowany. Ostrze wyginało się lekko, emitując przezabawne dźwięki: coś trochę jakby uderzać o dno metalowej miski, jednak w połączeniu z konsystencją galaretki. Nie miałem pojęcia, jak da się połączyć konsystencję galaretki z dźwiękiem, lecz tak właśnie go odbierałem. Zgodnie z poleceniami Bertiego zacząłem razem z nim piłować pień - był to całkiem inny rodzaj wysiłku niż machanie siekierą. Czułem, jak inne partie mięśniowe w moim ciele zaczynają pracować na zwiększonych obrotach. To naprawdę było świetne uczucie. O wiele lepsze niż wspomnienia z ostatniego roku w Beauxbatons.
- Dziewczyny Bertie, dziewczyny - westchnąłem ciężko, wznosząc oczy ku niebu. Zawahałem się na moment, jednak ostatecznie zadecydowałem się na objawienie przed nim tego kawałka mojego życia. Wióry leciały spod piły w równym tempie, a środek pnia drzewa był coraz bliżej. - Przez trzy lata miałem w szkole dziewczynę. Inteligentna, urocza, śliczna. I mugolaczka - zerknąłem na Botta, ciekaw jego reakcji. Zaraz jednak podjąłem opowieść. - Skończyło się bardzo źle, jakaś zołza spoiła mnie amortencją i zdradziłem moją Annabelle. Ciągle nie mogę sobie tego darować - dodałem, tym razem na Botta nie patrząc. Nie przepadałem za mówieniem o tym, czułem się wtedy taki brudny. Zawiodłem zarówno ją, jak i siebie, jednak przede wszystkim ją. Może i zamknąłem to w szufladzie ze sprawami, do których nie powinienem wracać, lecz wciąż ten element mojej historii był zbyt istotny, by pomijać go przy poznawaniu się z kimś. A moja znajomość z Bertem zaczynała się coraz bardziej pogłębiać.
- Pierwszy czerwca? Zapamiętam i wezmę bratanków. W sensie dzieci bliższego kuzyna. Archiego. Och, to skomplikowane - westchnąłem w końcu, jednak poczułem potrzebę wytłumaczenia tej zawiłości. - Bo widzisz, siostra mojego ojca to matka Archibalda. A siostra ojca Archibalda była moją matką. Jesteśmy spokrewnieni trochę bliżej niż normalne kuzynostwo - powiedziałem, a w moim głosie pobrzmiewała wręcz duma. Prewett był dla mnie autorytetem w wielu dziedzinach, mogłem na niego liczyć w tarapatach i wtedy, kiedy trzeba było poużalać się na irytujących krewnych. Ciotkę Brunhildę najczęściej. Uniosłem do góry jedną brew, kiedy Bert napomknął o przystopowaniu z badaniami. Chciałem już się pytać: dlaczego?, jednakże wpierw chwilę mieliłem tę informację w umyśle, nim nie doznałem olśnienia. Puściłem wtedy piłę i wyprostowałem się.
- Bertie. Znamy się już w mej opinii dość czasu, żeby w razie problemów móc się zwrócić do siebie wzajemnie - zacząłem, patrząc uważnie na Zakonnika. - Jeżeli potrzebujesz pieniędzy na rozwój to po prostu powiedz. I tak nie mam co z nimi zrobić, a jeżeli mogą się komuś przysłużyć to nie widzę powodu, dla którego nie miałbym ich udostępnić - powiedziałem, całkowicie mając na myśli to, co mówiłem. Uśmiechnąłem się przy tym, całkiem skuszony wizją współudziału w tworzeniu cukierniczego królestwa Botta. - Wspominałem już, że mam słabość do słodyczy? - rzuciłem jeszcze na podparcie moich słów, znów łapiąc za piłę. Raz-dwa i drzewo już leżało na ziemi. Wyprostowałem się, przeciągnąłem i westchnąłem.
- To chyba czas się zabierać stąd powoli - oznajmiłem, po czym schyliłem się i zacząłem zbierać nasze rzeczy.
[bylobrzydkobedzieladnie]




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   15.12.17 0:04

Uśmiechnął się pod nosem na słowa dotyczące kagańca - w pewnym sensie mógł to zrozumieć. Byli już dorośli. Może to bardzo wczesny etap dorosłości, zdążyli jednak przywyknąć do pewnej swobody, do tego że w spokoju robią co chcą, kiedy chcą i gdzie chcą. No, Selwyn był pod tym względem bardziej ograniczony, nadal jednak nie tak bardzo, jak gdyby mieszkał z rodziną. Powrót pod rodzinny dach oznaczał w wypadku Bertiego ciągłe pytania i marudzenie na jego styl życia, domyślał się że w wypadku Alexandra mogło być w gruncie rzeczy gorzej. Ostatecznie szlachcice więcej oczekują od swojego zachowania, niż nie wracaj pijany do domu, czy wracaj na noc do domu.
- Mhmm. Przemyśl Dolinę, fajnie będzie mieć nowego sąsiada. Mamy fajną okolicę. - stwierdził luźno, może trochę zdziwiony bo i nie spodziewał się tak skromnych potrzeb po szlachcicu. Uśmiechnął się pod nosem, w sumie to byłaby bardzo dobra opcja. Im więcej ludzi dookoła tym weselej, prawda?
Dalej słuchał opowieści Lexa o dziewczynach, a doskonale wiedział jak te potrafią namotlać w sercu, duszy i życiu. Wystarczyła taka jedna, która zakręci człowiekowi w głowie i nagle wszystko było inne, a człowiek zachowywał się jakby nie był sobą. A może to on tak miewał? A może po prostu wpadł po uszy i w zestawieniu z młodzieńczą burzą emocji powstał taki miks, który w swojej wyobraźni podkręcił i trochę wyidealizował?
- Myślisz, że mógłbyś z nią być? - spytał ciekaw, bo i dopiero co żegnał przyjaciela, którego rodzina postanowiła wysłać do odległej Francji. Spotykanie się z wątpliwego pochodzenia dziewczyną było tylko jednym z jego przewinień względem głowy rodu, nadal jednak stanowiło oczywisty problem, coś co nie mogło mieć miejsca. - Tak czy inaczej historia niezła.
Przyznał.
- Kobiety bywają szalone, nastolatki szalone są z zasady. - uśmiechnął się pod nosem, przez chwilę przyglądając się Lexowi, zaraz jednak po prostu wrócił do pracy. Robiło się późno, musieli się powoli zbierać, kiedy kolejne drzewo padło.
- Czasem mam wrażenie, że wy wszyscy jesteście spokrewnieni. Znaczy cała szlachta. - stwierdził wcale nie zdziwiony tą zamianą, bo ile razy rozmawiał z przedstawicielem szlacheckiego rodu o rodzinie, zawsze miał okazję wysłuchać wielu szlacheckich nazwisk. Aż dziw, że oni są jeszcze w stanie się żenić z niby nie krewnymi.
Propozycja, jaka padła później była miła, jednak uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na rozmówcę, na moment przerywając pracę.
- Mam już dług u Titusa który będę spłacał do śmierci. Za Ruderę. A skoro jeden dług spłacę jako dziadek, z drugim mogę się nie wyrobić. - uśmiechnął się szeroko. - Nie jestem dzieckiem, nie muszę wszystkiego mieć na już, odłożę na te badania. Ale dzięki, miło z twojej strony. - nie do końca zrozumiał widocznie, że chodzi o jakąś formę współudziału, bo i wypowiedź Lexa zabrzmiała bardziej jak oferta darowizny, czy pożyczki - tej pierwszej nie mógłby wziąć, drugą pewnie by wziął, gdyby miał szansę spłacić w tym życiu. Trochę chyba jednak bał się pogłębiać w dalsze długi, a to że Alex sam nie wie co robić z pieniędzmi nie było argumentem: to nadal jego pieniądze.
- Obraziłbyś mnie gdybyś nie miał słabości do moich słodyczy. - stwierdził zaraz wesoło. Lubił swoją pracę. Była cudownym oderwaniem od szarej rzeczywistości.
Zaraz zaczęli się zbierać, trzeba było pomniejszyć przygotowane drewno, pozbierać narzędzia. Bertie podniósł jedną z siekier i nie zauważając Lexa odwrócił się idealnie, by szpikulcowatym końcem trafić w jego głowę.
Przerażony w pierwszej chwili odskoczył, niewątpliwie pobladł, bo ZABIŁEM SELWYNA, skoro ten jednak nie upadł to może nie stała się tragedia. Serce Bertiego biło jednak jakieś tysiąc razy szybciej niż normalnie i podskoczyło z żołądkiem pod sam przełyk.
- Rany, przepraszam. Ej... - podszedł zaraz, jednak widząc jak twarz Lexa zalewa się krwią nawet nie wiedział co ma robić. - Na wrzody Merlina, siadaj, wezwę kogoś.
Złapał go za ramiona, odstawiając pod drzewo, żeby aby nie poleciał zaraz na ziemię.





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
30
15
0
16
5
0
6
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   15.12.17 19:51

- Dolinę? Właściwie to mogę się zastanowić - powiedziałem, przygryzając po tym dolną wargę. Nie zastanawiałem się przecież wcześniej nad tematem, toteż teraz kiedy w końcu wypłynął moją głowę całkowicie zaprzątnęły galopujące pomysły, jeden po drugim zajmujące uwagę. Mijały w międzyczasie godziny, przedpołudnie zamieniło się w popołudnie, a wokół nas zalegało coraz więcej powalonych drzew. Rozmowy były przyjemnym przerywnikiem w pracy, splatały się w szumie liści w dość osobliwą melodię. Ta puszcza, a dokładnie jej głębsze części były niebezpieczne, nieprzyzwyczajone do ludzkiej obecności. I choć okolice dróżki na skraju lasu były zdecydowanie bardziej przystępne to i tak czuło się w tym lesie pewną dzikość i niedostępność. Zdecydowanie nie chciałbym tutaj kiedyś trafić całkiem sam.
Pod wpływem pytania Berta zacząłem przypominać sobie wszystkie miłe chwile, jakie spędziłem z Annabelle. Te kilka lat naprawdę wiele w moim życiu zmieniły, jednak teraz byłem już w zupełnie innym miejscu niż wtedy, kiedy kończyłem szkołę. Każde z nas żyło swoim własnym życiem, nie wiedzieliśmy o sobie nic. Tak się po prostu stało.
- Wiesz, czasem mam wrażenie, że tak. Jednakże stało się jak się stało, bardzo długo trułem się poczuciem winy, w końcu odpuściłem. Im dłużej się nad tym zastanawiam tym bardziej wydaje mi się, że prędzej czy później ten związek skończyłby się katastrofą - westchnąłem, rozmasowując sobie z lekka ręce, nim dalej nie przyłożyłem się z Bertiem do piłowania. - Są szalone, bardziej niż nam się wydaje - prychnąłem śmiechem, zastanawiając się, jak układały się statystyki płciowe pacjentów na oddziale magipsychiatrii w szpitalu świętego Munga. Postanowiłem, że sprawdzę to w archiwum przy pierwszej lepszej okazji, bowiem istniał taki rejestr, ba, nawet zdarzało mi się go aktualizować. Nie skupiałem się jednak nigdy na całościowym ujęciu. Podłapałem wzrok Bertiego i wzruszyłem ramionami. Pracowaliśmy dalej. - Bo jesteśmy - odparłem swobodnie, a w moim głosie wręcz było słychać, że gdybym nie miał teraz zajętych rąk to wzruszyłbym ramionami. - Bliżej bądź dalej. W pierwszej linii kuzynostwa jestem spokrewniony choćby z Prewettami, Fawleyami, Crouchami i kilkoma rodzinami czystej krwi jak na przykład Vane'owie - oznajmiłem, lekko marszcząc czoło. - Taki stopień pokrewieństwa to stąpanie po kruchym lodzie. Mnie się poszczęściło i nie mam żadnej choroby genetycznej, ale to jest niczym rosyjska ruletka. Albo trafisz albo nie - powiedziałem dość ponuro, przypominając sobie córkę Samaela. Wstrząsną mną lekki dreszcz, bowiem w dalszym ciągu takie rzeczy były dla mnie nie do pomyślenia. Z własną matką. Tak oto kończyło się zbyt bliskie pokrewieństwo rodziców dziecka i choć Avery byli przypadkiem skrajnym to powinien on służyć ku przestrodze. Inna sprawa, że poza mną raczej nikt o tym nie wiedział, wszyscy pozostali świadomi tego okropieństwa albo wyjechali, albo nie żyli.
Zmarszczyłem odrobinę brwi, gdy Bertie zaczął dziękować mi za propozycję. Nie o to mi chodziło.
- Chyba trochę źle ubrałem to w słowa - praktycznie przerwałem mu, kiedy mi dziękował. - Miałem na myśli to, że chętnie byłbym współudziałowcem. Szkoda, żeby mój kapitał leżał w skrytce, kiedy mógłby zacząć generować zyski - o to mi chodziło kiedy powiedziałem, że mogłyby się komuś przysłużyć - uśmiechnąłem się szeroko, opuszczając rękawy koszuli. Zatraciliśmy się w pracy tak, że powoli zaczynało już robić się chłodniej. - Praca w Mungu mnie satysfakcjonuje, lecz to może nie trwać wiecznie. Dobrze byłoby mieć coś choć po części swojego, w razie gdybym postanowił zmienić nazwisko - powiedziałem, zerkając na Bertiego. Mówiłem rzeczowo, to nie były żarty. Czułem pod skórą, że moje życie zaczyna zbiegać do jakiegoś punktu kulminacyjnego, po którego przekroczeniu wszystko się całkowicie zmieni. Lód szlacheckich konwenansów po którym stąpałem trzeszczał coraz głośniej, nawet dla mojej rodziny - nastawionej do mugoli pozytywnie - moja ideologia była nad wyraz poufała. Przymykali na to jeszcze oko, mówili: młody jest, wyszumi się i mu przejdzie. Ja jednak widziałem, że z wiekiem wcale nie zmieniałem zdania. Może gdyby ojciec bardziej przyłożył się do mojego wychowania to teraz wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej.
I tak, rzeczywiście brak słabości do słodyczy Bertiego byłby wielką obrazą. Zaśmiałem się, napawając się lekkością i niezobowiązującą atmosferą tego dnia, kiedy nagle wszystko trafił szlag. Ktoś dając nam do ręki ostre narzędzia powinien uwzględnić w rozrachunku fakt, że faktycznie któryś z nas ucierpi. I tym razem padło na mnie. Poczułem wpierw na czole dziwne swędzenie, lecz nim zdołałem choćby unieść rękę by sprawdzić o co chodzi, moją twarz zalała ciepła krew. Wdzierała się do lewego oka, wpływała do ust, skapywała z nosa. Prychnąłem i wyprostowałem się gwałtownie, zaszokowany. To jednak nie był dobry ruch, bowiem od razu zakręciło mi się w głowie, a różdżka wyślizgnęła się spomiędzy palców.
- Co to... - wymamrotałem, czując metaliczny smak na języku. Zaraz jednak był przy mnie Bert, naprowadzając dłońmi pod drzewo, gdzie mogłem się oprzeć. Otworzyłem prawe oko, jednak mroczki przyprawiły mnie tylko o dodatkowy zawrót głowy. Siekiera. Rękoma namacałem pień i powoli opuściłem się na ziemię, gdzie zdjąłem z siebie i tak już zakrwawioną koszulę, pozostając jedynie w białym podkoszulku. Zwinąłem materiał w kłębek i lewą dłonią przycisnąłem do czoła. - Nie wzywaj. Daj mi różdżkę - powiedziałem cicho, wyciągając przed siebie umazaną krwią prawą rękę. - Różdżka, Bert, bo Ci zemdleję - mówiłem już lekko rozwlekając sylaby, tak jakbym był trochę pijany. Urazy głowy niestety miały to do siebie, że krwawiło się obficie, a odpływało w nicość jeszcze szybciej. W sumie to było idealne porównanie, bowiem tak jak po alkoholu otaczający mnie świat wydawał się być nierealny. Kiedy w końcu poczułem w palcach hikorowe drewno odjąłem koszulę od głowy, opierając koniec różdżki na czole. - Curatio Vulnera Maxima - wymamrotałem, czując przyjemne mrowienie magii w ciele, Siedziałem tak z zamkniętymi oczami, nie ruszając się, jednak krew przestała mi już ciec po twarzy. - Będę miał po tym bliznę - westchnąłem, otwierając prawe oko. Nadal było mi słabo, ale świat już na szczęście przestał wirować. Zaśmiałem się nawet lekko, widząc przerażenia na twarzy Berta. - Jestem w dobrym rytmie do takich rzeczy - przedrzeźniałem Berta sprzed paru godzin, po czym zacząłem się śmiać. - Jak chuj Bertie, jak chuj - trząsłem się ze śmiechu, siedząc na ściółce i wyglądając, jakbym wyszedł z krwawej jatki na śmierć i życie. - Prawie mnie zabiłeś! - śmiałem się dalej. - Bert, jakie to by było głupie umrzeć w ten sposób. Wielka wojna, dobro ze złem, Avady śmigające w powietrzu? Nie, kurwa, siekiera! - śmiałem się dalej, rzucając przekleństwami na prawo i lewo, chyba odreagowując tak stres. Serce bowiem zaczęło mi teraz walić jak opętane. Rany, jakie to życie było kruche.




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   15.12.17 19:52

The member 'Alexander Selwyn' has done the following action : Rzut kością


'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   22.12.17 23:54

Przez kilka chwil Bertie skupił się na pracy i zamiast paplać - słuchał co ma Selwyn do powiedzenia. Na wspomnienie o pięknych szaleńcach uśmiechnął się tylko pod nosem, bo i nic dodać nic ująć, pchnął mocno piłę i ustawiał ją, pracowali aż kolejne drzewo nie runęło i zaczęli się zabierać za pomniejszanie ich i szykowanie do transportu.
- Tak, wiem. - skrzywił się, bo dopiero co, zaledwie chwilę temu Titus wspominał że jego siostrze się pogorszyło ostatnimi czasy. Lubił małą Kyrę, była urocza, młoda dama jednak z ikrą jak to małe dziecko. Bott nigdy nie mógł pojąć, jak czarodzieje którzy oczywiście nie w pełni, ale w dość dużej mierze mają się za lepszych mogą popełniać tak jawne głupoty tylko po to, by nie dopuścić do siebie odrobiny mugolskiej krwi doprowadzać do tego, że z wysokim prawdopodobieństwem kolejne pokolenia w ich rodzinie będą tylko słabsze i słabsze. - To idiotyczne. W sensie... e, nie ważne.
Chyba nie było sensu się rozwodzić nad sprawą. Na pewno jeszcze kiedyś spyta Alexandra, dlaczego nawet rody otwarcie promugolskie robią sobie w ten sposób krzywdę i w ten sposób może Selwyn pomoże mu postawić kolejną cegiełkę na niewielkim Murku Zrozumienia Świata jaką Bott miał w głowie. Było wiele rzeczy które wydawały mu się po prostu nielogiczne. To jednak kwestia na kolejne rozmowy.
Dalej jednak Bertie uniósł brwi bo to co mówił Selwyn było ciekawe. Do tej pory to on, Bott fundował w większości badania, dlatego z resztą były one dość ubogie. Odpowiadały sponsorowi, choć efekty i tak napawały go zasłużoną dumą. Co, gdyby mieli zdecydowanie więcej pieniędzy? To, że Selwyn byłby jak to określił, udziałowcem nie stanowiło problemu, Bertie nie wątpił że zyski mogą się zdecydowanie powiększać.
- Brzmi zachęcająco. - przyznał. - Muszę pomyśleć, pogadać z pozostałymi ale pewnie za kilka dni się odezwę. - stwierdził jeszcze, nie chcąc istotnych decyzji podejmować bez jakiejkolwiek konsultacji, bez dogadania z resztą grupy, ostatecznie bez przemyślenia, bo okazuje się że nawet Bott ma takie dziedziny w których nie lubi podejmować pochopnych decyzji.
Dalej wszystko działo się w przeciągu sekundy, koniec pracy, odkładanie rzeczy, Selwyn bez krwi, Selwyn z twarzą bez krwi, Bott z poczuciem że zaraz padnie na zawał bo zabił towarzysza dzisiejszej pracy. Czuł jak serce tłucze mu w piersi jakby co najmniej Ben Wright tłukł w nie żelazym młotem.
Przeżył odsiecz ale nie przeżyje głupiego rąbania drewna w moim towarzystwie. Myśli pełne paniki malowały wyraz lęku na jego twarzy, odbijały się w jego spojrzeniu.
Nie był wcale pewien czy powinien podawać Selwynowi różdżkę, ostatecznie właśnie palnął go siekierą w głowę, czy ktoś z takim urazem powinien czarować? Widocznie jednak groźba mdlenia podziałała, bo Bott sięgnął po przedmiot i podał go właścicielowi, wpatrując się w zakrwawioną koszulę.
Nie znał rzucanego zaklęcia, jednak ewidentnie krew przestała w końcu cieknąć. Informacja o blizny była w tej chwili dla Botta jak z innej galaktyki, śmiech Lexa tak samo.
Rozluźnił się dopiero kiedy Selwyn wypowiedział kilka bardziej złożonych zdań świadczących o tym, że wie gdzie się znajduje, jest żywy i nie cofnął się mentalnie do poziomu pięciolatka.
Kiedy wszystkie emocje runęły z niego jak głazy w trakcie kamiennej lawiny, sam zaczął się śmiać, choć zdecydowanie bardziej nerwowo. Odreagowywał, nie był w tej chwili zbyt wesoły, może za jakiś czas spojrzy na to inaczej. Choć widok żywego Lexa zdecydowanie był powodem do radości.
- Bottokalipsa. Bycie ofiarą Bottokalipsy to godna śmierć, choć byłbyś pierwszy. Zazwyczaj szkodzimy sami sobie. - przyznał. Dał Selwynowi czas na dojście do siebie, sam w tym czasie zajął się zmniejszaniem drewna i pakowaniem wszystkiego, choć zerkał jeszcze na szlachcica i upewniał się, czy z tym aby na pewno jest okej.
- Chyba lepiej jeśli cię dzisiaj odwiozę, czy coś. - normalnie w życiu nie zabrałby drugiego faceta na motor, jednak chyba nie chciał żeby Alex się dziś teleportował lub łaził gdzieś w poszukiwaniu kominka. Szybciej będzie polecieć.

zt x 2





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter https://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii https://www.morsmordre.net/t3643-sophia https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
33
20
0
1
0
0
6
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   18.05.18 20:24

| 03.07

Wiele się wydarzyło. Bardzo żywo pamiętała pożar w ministerstwie, szatańską pożogę przed którą ledwie uciekła. Nawet nocami śnił jej się szalony ogień popielący wszystko na swojej drodze i wyciągający po nią parzące macki. Budziła się zlana zimnym potem, a potem docierało do niej, że to naprawdę się stało. Ministerstwo w obecnym kształcie przestało istnieć, wielu zginęło. Ona z jakiegoś powodu przeżyła, ale widziała, że czarne chmury złych zmian były coraz bliżej, już docierały do Londynu, niszcząc jeden z fundamentów magicznego świata. Ministerstwo wiele razy ją zawiodło, ale przerażało ją to, co się stało i ten ogrom tragedii zwykłych ludzi, pracowników takich jak ona, którzy już nigdy nie wrócili do swoich rodzin, a zginęli w jeden z najgorszych możliwych sposobów.
Zastanawiało ją to, a także możliwe powiązania z wcześniejszą pożogą w Białej Wywernie, tą, która prawie zabiła jej brata. Czekała z niecierpliwością na spotkanie Zakonu Feniksa, ale i sama starała się rozglądać za potencjalnymi wskazówkami. Nie było łatwo, zwłaszcza że ministerstwo było w rozsypce i poszczególne departamenty zostały rozproszone w różnych miejscach, a wszelkie akta spłonęły. Na dodatek nie działała teleportacja, a sieć Fiuu szwankowała, więc podróżowanie było utrudnione. Na szczęście Sophia mieszkała w Londynie, więc jakoś sobie radziła z docieraniem do pracy. Teraz siedzibą jej departamentu, a więc i Biura Aurorów było Tower. Pewna ironia losu, że zwykle to aurorzy zamykali tu ludzi, a teraz sami mieli biura zaadaptowane w celach. Nie było to miejsce przyjemne, ale musiała do niego przywyknąć. Nie wiadomo, kiedy ministerstwo zostanie odbudowane i jak długo będzie pracować w Tower, choć najtrudniejsza była świadomość, jak wielu zginęło, jak wiele rodzin zostało rozdartych. A ona przeżyła, więc musiała dobrze wykorzystać szansę od losu.
Mimo rozgardiaszu Biuro Aurorów starało się działać, więc działała i Sophia, często pracując ponad normę i zostając po godzinach. Była uparta, wręcz zapalczywa; bardziej obchodziła ją praca niż własne dobro i komfort. W obecnej dobie chaosu męty spod ciemnej gwiazdy czuły się jeszcze bardziej bezkarnie, nie brakowało zgłoszeń o incydentach, w których pojawiała się czarna magia.
Jedno z takich zgłoszeń otrzymali wczesnym rankiem trzeciego lipca, od czarownicy mieszkającej na przedmieściach Londynu, w pobliżu lasu. Kiedy rano wyszła by wypuścić z domu kota, zobaczyła leżącą w swoim ogródku półżywą dziewczynę ze śladami po zaklęciach, bardzo prawdopodobne, że czarnomagicznych, co musieli zweryfikować aurorzy, bo starsza kobiecina niezbyt się na tym znała. Jak się okazało, dziewczyna była mugolką i uciekła z miejsca, które opisywała jako stary, podpiwniczony dom w lesie, pełną dziwacznych przyrządów i groźnych ludzi w długich szatach, którzy mierzyli w nią drewnianymi patykami i sprawiali jej tym ból. Samo to sprawiało, że aurorzy musieli się tą sprawą zainteresować. W ostatnich miesiącach niestety pojawiało się coraz więcej łajdaków krzywdzących mugoli.
Aurorzy przyjęli zgłoszenie. Sophia miała towarzyszyć Johnowi Simmonsowi, aurorowi w średnim wieku, któremu już pomagała w paru sprawach. I jako że teleportacja nie działała, musieli się tam udać w inny sposób – na miotłach, po zastosowaniu odpowiednich środków zaradczych, by nie zauważyli ich mugole. Oboje zarzucili na siebie peleryny-niewidki znajdujące się na wyposażeniu Biura; to musiało szybko zakupić nowe, kiedy wszystkie poprzednie pomoce aurorskie spłonęły w pożarze. Na szczęście Sophia latała całkiem nieźle; w ostatnich miesiącach trenowała trochę w tych nielicznych dniach wolnych od pracy, żeby odzyskać dawną sprawność, jaką miała w Hogwarcie w czasach gry w drużynie Hufflepuffu.
Starannie zawiązała niewidkę wokół siebie, by ta nie zsunęła się w trakcie lotu, a obie miotły Simmons zaczarował zaklęciem kameleona. Niewidoczni z ziemi mogli przelecieć nad spowitym mgłą Londynem. Od dnia pożaru ministerstwa mgły były niemal codziennością i to w znacznie większym stopniu niż zwykle miało to miejsce w ich deszczowym, brytyjskim klimacie. W tym przypadku mgła okazała się jednak pomocna, bo trudno byłoby przez nią cokolwiek zauważyć, gdyby tak któremuś z nich zsunęła się peleryna. Kilkanaście minut później wylądowali nieopodal uliczki, której nazwę podała starsza czarownica. Kobieta czekała na nich, opowiadając o rannej dziewczynie i dokładniej opisując jej relację o miejscu, z którego udało jej się uciec, kiedy napastnicy, czarodzieje, myśleli, że jest już umierająca i nie pilnowali jej zbyt starannie. Według niej mugolka miała kilka połamanych kości, dużo ran ciętych i siniaków, a w kilku miejscach zupełnie zdartą skórę. Była też brudna jakby spędziła w niewoli co najmniej parę tygodni.
- Gdzie ona jest? Z nią też będziemy musieli porozmawiać – odezwała się Sophia, ale czarownica powiedziała, że umieściła ją u swojej zaufanej sąsiadki, uzdrowicielki, która miała uleczyć jej obrażenia i później zmodyfikować jej pamięć.
- Teraz nie ma na to czasu, musimy ich znaleźć. Wyślę patronusa do Biura, zaraz przyślą kogoś, kto się tym zajmie – powiedział Simmons. Tak też zrobił; wyczarowany patronus w postaci niedużego psa pomknął do Biura Aurorów, mając ściągnąć kogoś, kto zajmie się dokładniejszym przesłuchaniem czarownicy oraz rannej, kiedy ta już odzyska przytomność i będzie zdolna do złożenia zeznań. Należało to zrobić przed zmodyfikowaniem jej pamięci, jej zeznania mogły być bardzo ważne, ale dziewczyna podobno straciła przytomność krótko po wyznaniu staruszce, co ją spotkało.
Dwójka aurorów musiała zająć się zlokalizowaniem sprawców, zanim ci zbiegną. Być może już odkryli brak swojej ofiary, więc było kwestią czasu, jak opuszczą kryjówkę, a na to nie można im było pozwolić, dlatego aurorzy znów wskoczyli na miotły, lecąc nisko nad lasem, wypatrując czegokolwiek, co wyda im się dziwne i odbiegające od normy.
- Wyczuwam coś niedaleko stąd. Ślady magii, prawdopodobnie jakieś zaklęcia ochronne, być może osłabione anomaliami – rzucił do niej Simmons lecący parę metrów przed nią. Nikt nie rzucałby zaklęć ochronnych bez powodu, a choć jeszcze nie widzieli żadnego zabudowania, nie ulega wątpliwości, że coś tam było. – Lądujemy. Teraz.
Oboje zniżyli lot, wlatując ostrożnie między drzewa, uważając na gałęzie, które mogłyby ich poranić, a także spowodować niepotrzebny, alarmujący hałas. Spowici pelerynami-niewidkami wylądowali na leśnej ściółce, rozglądając się dookoła.
- Krew – szepnęła Sophia, zauważając krwawy ślad na pobliskim drzewie, i kawałek dalej, na ściółce. Może to tędy uciekała ranna dziewczyna, i słaniając się z bólu otarła się o drzewo, a potem upadła na ziemię? I tak musiała być bardzo silna, skoro dała radę opuścić las i dotrzeć aż do zabudowań. Dzięki niej aurorzy w ogóle mogli się dowiedzieć, że w tych okolicach działo się coś złego. Znowu. Lasy były lubianymi miejscami na dyskretne kryjówki, z dala od miasta, gdzie ktoś mógłby dużo łatwiej zobaczyć lub usłyszeć coś niepokojącego, a w obecnych czasach nawet zaklęcia zabezpieczające nie dawały całkowitej gwarancji, że brudne sprawki pozostaną bezpiecznie ukryte. Nie był to pierwszy i na pewno nie ostatni raz, kiedy miała szukać śladów przestępstwa oraz ich sprawców w tym lesie.
Trzymając różdżki w pogotowiu, ostrożnie ruszyli dalej. Miotły trzymali w drugich, wolnych od różdżek dłoniach; w razie konieczności mogli je rzucić, wskoczyć na nie, lub nawet użyć jako broni w walce wręcz, zdzielając kogoś trzonkiem. Poruszali się cicho i bezszelestnie, idąc tak przez jeszcze kilkanaście minut. Być może zajęłoby im to szybciej, gdyby nie to, że rozglądali się, badając otoczenie i wypatrując śladów, a także próbując wykryć ewentualne klątwy, zabezpieczenia i inne przeszkody. Choć niedługo w okolice lasu miały dotrzeć posiłki, musieli zrobić przynajmniej rozpoznanie.
Na szczęście ślady krwi okazały się pomocne. Dzięki swojej spostrzegawczości Sophia mogła podążyć ich śladem, odtwarzając drogę, którą mogła pokonać ranna mugolka. Co jakiś czas na liściach widziała drobne smugi i krople; posoka musiała skapywać z ran, kiedy młoda kobieta w panice pokonywała kolejne metry.
- Jest – szepnął auror, wyciągając rękę, by ją zatrzymać. Oboje dostrzegli budynek, prawdopodobnie dawno opuszczony dom. Nie była to mała, mizerna chatka, ale dom pozostawał mały, murowany, z omszałym dachem i brudnymi, mętnymi oknami. W jednym z nich paliło się mdłe światło, prawdopodobnie świecy. Przez dłuższą chwilę oboje wpatrywali się w nie, w pewnym momencie dostrzegając nikły cień przesuwający się w pomieszczeniu.
- Więc ktoś wciąż tam jest... – odezwała się półszeptem Sophia, mocniej zaciskając palce na różdżce i zastanawiając się, co działo się w tym budynku. Po samej obserwacji wiedzieli już, że w środku jest co najmniej jedna osoba. Nie mogli wykluczyć ewentualności, że jest ich więcej i że być może było tam więcej ofiar takich jak tamta dziewczyna, której udało się uciec. Pytanie tylko, czy ci ludzie spodziewali się, że ktoś może trafić na ich trop?
Simmons znów wyczarował patronusa, który miał poinformować aurorów gdzie są i ściągnąć posiłki. Po chwili, korzystając z tego, że wciąż mieli na sobie ministerialne niewidki, cicho przemknęli bliżej budynku; jeszcze wcześniej sprawdzili teren zaklęciami wykrywającymi pułapki i ludzką obecność. To drugie wykazało, że w środku znajduje się sześć osób; trzy na górze i trzy niżej, w piwnicach, a na dom było nałożone zaklęcie antyteleportacyjne, ale to teraz i tak było bezużyteczne kiedy nikt nie mógł się teleportować.
- Zaraz dotrą posiłki – szepnął do niej Simmons, kiedy przesuwali się wzdłuż ściany, wykonując rekonesans i szukając słabego punktu, przez który mogliby się dostać do środka. Ominęli frontową ścianę, przemykając od tyłu, ale drzwi, które napotkali, były zamknięte na głucho, żeby się dostać do środka musieliby posłużyć się magią lub znaczną siłą. Sądząc po stosunkowo skąpej ilości magicznych zabezpieczeń, ofiarami mogli być wyłącznie mugole, którzy nie wymagali tak wielu środków zaradczych jak czarodzieje. A może winne były anomalie, które osłabiły zabezpieczenia i może tylko dzięki temu w ogóle zauważyli dom? Tak czy inaczej wystarczyły solidne mury i drzwi, żeby skutecznie uwięzić mugoli w tym zapuszczonym przybytku. Tylko po co? Dla eksperymentów? Dla zabawy? Nie dowiedzą się, póki nie złapią tych, którzy mogli być za to odpowiedzialni, i nie dokonają szczegółowego przeszukania domu.
Jedne z drzwi także nosiły na sobie nikłe ślady krwi.
- To tędy musiała się wydostać – zauważyła Sophia. Mimo niewidzialności zachowywała najwyższą ostrożność. Te drzwi wyglądały nieco mniej solidnie. Może to one były słabym punktem, lub po prostu któryś z oprawców w roztargnieniu nie zamknął ich jak należy?
- Ubezpieczaj mnie – mruknął auror i podszedł do drzwi, rzucając niewerbalne zaklęcie Abspectus, by mogli zajrzeć do środka. Sophia z różdżką w pogotowiu także się zbliżyła, ubezpieczając plecy aurora, na wypadek gdyby ktoś odkrył, że koło domu pałętają się aurorzy. Być może osoby znajdujące się w budynku były na tyle aroganckie, że nie spodziewały się nalotu aurorów? Jeśli tak, to działałoby na ich korzyść.
Zostawili swoje miotły oparte o ścianę metr od drzwi. Przez wyczarowane okno, niewidoczne ze środka, mogli zajrzeć do zapuszczonego wnętrza. Był to jakiś korytarz, nieco dalej było widać zejście do prowadzących w dół schodków – to tam musiało znajdować się wejście do piwnicy. Nie zobaczyli jednak żadnej osoby; domniemani czarnoksiężnicy znajdowali się z przodu budynku, w jego frontowej części, tam, gdzie wcześniej zauważyli okno z palącą się świecą. Tyłu nikt nie pilnował. Przynajmniej nie w tym momencie.
- Zaraz wchodzimy – zdecydował Simmons. – Niedługo przybędą posiłki. Zostaw dla nich jakiś znak, by wiedzieli, że weszliśmy już do środka i nadal tu jesteśmy.
Sophia oddaliła się na moment, pozostawiając umówiony znak. Już wcześniej przez całą drogę Simmons dyskretnie oznaczał drzewa, choć sama krew też była wystarczającą wskazówką, dokąd iść. Było kwestią niedługiego czasu, kiedy wezwani aurorzy dotrą, choć gdyby działała teleportacja na pewno już by tutaj byli.
Drzwi zostały ostrożnie otwarte zaklęciem. Uchyliły się z cichym skrzypnięciem, a aurorzy odczekali chwilę. Nie słysząc tupotu szybkich kroków ostrożnie wsunęli się do środka, wciąż niewidzialni i z różdżkami w dłoniach.
- Sprawdź piwnicę, Carter. Będę cię ubezpieczał – zwrócił się do niej Simmons.
Zgodnie z poleceniem Sophia bezszelestnie zbliżyła się do piwnicznych schodów i zeszła po nich z wyciągniętą różdżką. W piwnicy panowała nieprzyjemna, drażniąca woń, w której można było wychwycić zapachy jakichś eliksirów... I metaliczną woń krwi? Bardziej szokujące było jednak to, co ukazało się jej oczom, gdy znalazła się na samym dole.
Pod jedną ze ścian stało kilka dużych klatek. W trzech z nich znajdowały się zmaltretowane ludzkie sylwetki w brudnych, zakrwawionych ubraniach i ze śladami po ranach. Było tu dwóch mężczyzn i kobieta, a ostatnie dwie klatki stały puste. Być może w jednej z nich wcześniej przebywała znaleziona uciekinierka. Sądząc po ubraniach, to także mogli być mugole. Dwoje z nich było pogrążonych we śnie lub nieprzytomnych (miała nadzieję, że wciąż żyją), a jeden z mężczyzn wpatrywał się pustym wzrokiem w przestrzeń i zatrząsł się ze strachu, słysząc cichy szelest od strony schodów, ale nie widząc tam nikogo. Zaczął się wycofywać w głąb swojego więzienia, zapewne w obawie, że nadchodzi któryś z ich oprawców. Nie chcąc by któreś z nich zaczęło alarmująco krzyczeć, wycofała się; zanim ich uwolnią i zadbają o ich stan musieli spacyfikować napastników. Wiedziała już jednak, że ofiary są przetrzymywane w piwnicy, i tym samym zdobyła dowód, na podstawie którego mogli dokonać zatrzymania. Szeptem powiedziała o tym Simmonsowi, z którym wspólnie zaczęli przemieszczać się w kierunku pomieszczenia na przedzie domu.
Czarodzieje nie spodziewali się ich. Zajęci grą w karty i piciem alkoholu stracili czujność. Jeden z nich natychmiast padł rażony zaklęciem petryfikującym, ale dwóch kolejnych wyciągnęło różdżki, próbując mierzyć w niewidocznych aurorów. Jednemu z nich udało się zlokalizować Simmonsa po strudze zaklęcia które rzucił, i choć obronił się przed jednym z uroków, drugi trafił go gdy tylko zniknęła wyczarowana przez niego wcześniej tarcza. Auror zawisnął w powietrzu do góry nogami, a peleryna opadła w dół, odsłaniając jego ciało z wyjątkiem głowy, którą przysłoniły opadające fałdy niewidzialnego materiału. Sophia w tym czasie rzuciła celną Drętwotę, unieruchamiając napastnika który rzucił zaklęcie. Ostatni rzucił się w kierunku okna, najwyraźniej próbując uciec. Ci czarodzieje nie wyglądali na zbyt udolnych, biorąc pod uwagę, jak dali się podejść i łatwo pokonać dwójce aurorów. Całkiem możliwe, że byli tylko pionkami zajmującymi się tym miejscem, a ten, kto naprawdę brał odpowiedzialność za przetrzymywanych w piwnicy mugoli, na ich nieszczęście był akurat nieobecny?
Gdyby nie anomalia, przez którą nie wyszło jej zaklęcie, pewnie udałoby jej się oszołomić czarodzieja zanim otworzył okno i wyskoczył przez nie. Klnąc pod nosem na kapryśność magii podbiegła do okna, przeskakując nad spetryfikowanym wcześniej czarodziejem. Uciekinier wylądował na ziemi, podczas upadku prawdopodobnie skręcając lub łamiąc kostkę, bo uciekał chwiejnie i utykał. Sophia znów strzeliła w niego zaklęciem, za pierwszym razem mijając o kilkanaście cali, ale za drugim udało jej się sprawić, że jego ciało zesztywniało, a on sam zwalił się ciężko na ściółkę. Chwilę po tym w pobliżu domu pojawiło się jeszcze kilku aurorów na miotłach. Sophia tymczasem szybko odczarowała swojego kompana, który przez ostatnich kilka minut wisiał do góry nogami. Zdjęła też pelerynę, stając się znów widzialną. Wspólnie z Simmonsem starannie skrępowali oszołomionych napastników i wyciągnęli ich na zewnątrz.
- Na dole w piwnicy jest trzech rannych mugoli, prawdopodobnie używano na nich czarnej magii. Trzeba ich uwolnić i zabrać do uzdrowiciela – powiedziała Sophia, przekazując wleczonego przez siebie czarodzieja innemu aurorowi, który miał podczepić jego unieruchomione ciało do swojej miotły. – Kobieta mieszkająca pod lasem, którą pewnie odwiedziliście, znalazła rano ranną mugolkę. Prawdopodobnie uciekła właśnie stąd – uzupełniła.
Obydwu czarodziejów zabrano, trzeciego, tego który wyskoczył przez okno, także właśnie przywiązywano pasami do miotły. Tajemniczy zanik teleportacji wszystkim mieszał szyki, ale jakoś musieli zabrać opryszków do Tower i zamknąć w celi, gdzie poczekają na przesłuchanie.
Sophia tymczasem w towarzystwie dwóch innych aurorów wróciła do domu i do piwnicy, gdzie mugole zostali natychmiast uwolnieni z klatek. Niewiele starsza od Sophii aurorka miała ich uspokoić i zadbać o ich transport do uzdrowiciela, który miał ich wyleczyć z czarnomagicznych ran, a po przesłuchaniu przez kogoś z Biura Aurorów zmodyfikować pamięć i umożliwić im powrót do ich świata, z którego zostali zabrani. Dokładniejsze okoliczności ich uprowadzenia i pobytu tutaj były czymś, co musieli dopiero zbadać, bo nie było to coś, co można było odkryć po pobieżnym tylko obejrzeniu miejsca zdarzenia.
Kiedy zarówno czarodziejów, jak i mugoli stąd zabrano, Sophia została na miejscu, by wziąć udział w przeszukaniu domu i zabezpieczeniu wszelkich śladów, które mogły się okazać pomocne. Po zakończeniu czynności tutaj, prawdopodobnie późnym popołudniem lub wieczorem, wraz z Simmonsem mieli przesłuchać trójkę schwytanych mężczyzn. Kilka godzin spędzonych w Tower na pewno im nie zaszkodzi, a może sprawi, że staną się skłonni do zeznań. Ich różdżki zostaną szczegółowo sprawdzone pod kątem możliwości użycia czarnej magii; liczyła też na to, że ich zeznania doprowadzą do osoby, która mogła nad tym wszystkim czuwać, bo nie wierzyła, że mieli w swoich rękach wszystkich odpowiedzialnych. Zbyt łatwo poszło im złapanie ich, ale po nitce do kłębka znajdą tego łajdaka, który zaaranżował to odrażające miejsce. Z zapisków znalezionych w piwnicach wynikało, że mugole rzeczywiście służyli do eksperymentów i testowania na nich czarnomagicznych klątw i eliksirów, których rezultaty były starannie zapisywane. Zaczęła się zastanawiać, czy może ta grupa ma związek z inną podobną porywającą mugoli, nad którą pomagała pracować kilka miesięcy temu. Może to odłam tej samej grupki, która wówczas nie została schwytana w całości, a może inni, którzy w obliczu anomalii atakujących też niemagicznych wpadli na podobny pomysł? Ewentualne powiązania też czekały na odkrycie. Jaka szkoda, że akta tamtych spraw spłonęły! To niestety miało wszystko znacząco wydłużyć, bo nie tak łatwo będzie ustalić powiązania tej sprawy z inną, skoro akta przestały istnieć. Nie było to śledztwo, które dało się rozwiązać i zamknąć w jeden dzień, zwłaszcza że tych kilku aurorów wyznaczonych do sprawdzenia budynku i jego okolicy pracowało na miejscu aż do późnych godzin wieczornych. Kilkanaście metrów za domem znaleźli nawet stosunkowo świeże groby z zakopanymi tam trzema ciałami w stanie mniej lub bardziej zaawansowanego rozkładu, ale z wciąż widocznymi obrażeniami mogącymi wskazywać na użycie czarnej magii. Także ciała zostały zabezpieczone i zabrane do dokładniejszych badań, podobnie jak znalezione zapiski i przedmioty. Teraz aurorów czekał powrót do obecnej siedziby ich departamentu oraz przesłuchania złapanych domniemanych sprawców, a później cała masa innej mozolnej roboty, którą musieli wykonać, żeby doprowadzić sprawę do końca.

| zt.





Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Anthony Skamander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933
Auror
29
Czysta
Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
10
20
1
0
1
1
5
9
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   15.06.18 18:21

-> ciąg dalszy

Udało im się zapanować nad anomalią. Ta znikła sprawiając, że powietrze stało się wolne od plugawej magii, a historyczne ruiny wciąż mogły w spokoju trwać. Samuel i Anthony wznieśli się na miotłach w powietrze oddalając się od historii na tyle daleko by jednak nie zainteresować niepożądanych spojrzeń, lecz na tyle blisko obrzeży by móc skontrolować, czy czarna magia gnieżdżąca się w tym miejscu zdołała wpłynąć w nieodpowiedni sposób na okolicę. Z wysokości nic nie było widać przez gęstą mgłę zbijającą się pomiędzy wystającymi konarami.
Anthony wylądował nieco niepewnie. Miotła jednak nie była jego ulubionym środkiem transportu. Odetchnął więc z nieskrywaną ulgą, że obie stopy dotykają płaskiego, stałego gruntu. Oddech zamienił się w obłoczek widzianej pary. Pomimo iż był lipiec to anomalie wciąż trzymały pogodę w szponach sprawiając, że nocami termometry pokazywały temperaturę na poziomie kilku kresek ponad linią zera.
Blondyn zadarł swoje spojrzenie ku gwiazdom. Jego oddech wciąż się normował po podniebnej podróży, którą w tym momencie kontynuował z ziemi przenosząc spojrzenie od jednej do kolejnej gwiazdy, czytając kierunek ich marszu.
- Myślę, że najrozsądniej będzie przemieszczać się na wschód. Dojdziemy do ścieżki na obrzeżu. Idąc nią obejdziemy półokrąg, kończąc patrol na skraju lasu - oczywistym było, że nie będą w stanie rozejrzeć się dokładnie i przejść cały las upewniając się, że po wyciszonej anomalii nie zostało jakieś echo. To była jednak zdaniem Thonego w miarę rozsądna trasa łącząca to co chcieli wykonać z ich możliwościami.
- Możemy uznać, że teraz trwa już potem? - podjął gdy już jakiś czas zgodnie przemieszczali się w obranym kierunku, a adrenalina związana z naprawą anomalii w ruinach opadła. Anthony faktycznie się nie zmienił, Samuel miał rację - nie zwykł odkładać rzeczy w czasie. Gdyby dziś nie chciał podjąć tematu to w ogóle by o nim nie wspominał.
- Mam obawę, że nie będzie potrafiła w pewnym momencie dźwignąć sytuacji. W którymś momencie będzie musiała się ubrudzić - to była kwestia czasu kiedy to przyjdzie jej się skonfrontować z ponurą stroną medalu zawodu który obrała, a z którego w chwili obecnej prawdopodobnie nie do końca zdawała sobie sprawę. Tu ludzie umierali. Nie rzadko z powodu jakiegoś błędu popełnionego przez siebie lub kogoś innego. Czasem również czarnoksiężnicy okazywali się silniejsi. Czasem zaklęcia obronne nie wystarczało. Czasem trzeba było zrobić więcej. Zadecydować o tym, kto otworzy kolejnego dnia oczy. Albo my, albo oni. Westchnął - Wybory. To są trudne wybory, po których podjęciu żyje się do końca. Ona rzuca się w ich wir pełna ideałów - łaknie ich, chce przed nimi stanąć twarzą w twarz, konfrontować się, a z drugiej strony przeżywa przegraną potyczkę ze żmijoptakiem zdecydowanie...na wyrost - podkreślił znacząco ostatnie słowo przemykając swym spojrzeniem między smukłymi pniami drzew. To nie było coś od czego zależało bezpośrednio czyjekolwiek życie. Potencjalna porażka mogła zostać również wymazana przez innych zakonników - Krytykę z mojej strony przyjęła źle uznając że powodem tejże jest jej płeć, a nie postawa - nie potrafił nie ściągnąć brwi w niezrozumieniu kiedy sobie to przypomniał - Nie wiem jak z nią o tym rozmawiać. Może byłem za szorstki? Może trzy lata nieobecności to jednak trzy lata - chciałby ją przygotować, Sophię do tego by dała radę dźwignąć konsekwencje tego, że być może w przyszłości przyłoży rękę do czyjejś śmierci, że to większa tragedia. Nie wiedział jak się za to zabrać widząc jak wielkie emocje wywołała w niej nieudana akcja na cmentarzu. Przynajmniej jeszcze.




What some folks call impossible, is just stuff they haven’t seen before.
I'll show them.
Powrót do góry Go down
 

Dróżka na skraju lasu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

 Similar topics

-
» Obrzeża lasu
» Droga obok lasu
» Strumyk w środku lasu
» Południowa część lasu
» Bajeczna część lasu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest :: Las-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18