Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Dróżka na skraju lasu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Dróżka na skraju lasu   10.03.12 23:10

First topic message reminder :

Dróżka na skraju lasu

Pod skrajem lasu ciągnie się długa, wydeptana ścieżka, spacerniak, służący mugolom za odprężenie po męczącym, pełnym zajęć dniu. To nie jest część puszczy, można tędy spacerować, nie obawiając się niebezpieczeństw związanych z zagubieniem w głębi bądź napotkaniem dzikich zwierząt. Powietrze pachnie drzewami, żywicą klonów, słychać radosne ptasie trele, a raz na jakiś czas, można wychwycić co osobliwsze dźwięki dochodzące z kniei; dźwięki, których źródła, dla własnego bezpieczeństwa, lepiej nie próbować identyfikować. Wokół dróżki rosną kępki zielonej trawy, mniejsze bądź większe polne kwiaty, chwasty, a czasem maleńkie drzewa, wyrastające z ziaren przywianych tutaj z głębi mrocznego lasu.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   09.12.17 1:25

- Mhm. Mieliśmy mały potop. Ale już jest okej. Prawie kompletnie. Sporo rąk do pomocy się znalazło. - przyznał, bo Rudera powoli przestawała śmierdzieć wilgocią, co dało się naprawić było już naprawione, ostatnie rzeczy wymieniali, przede wszystkim miał pewność że zaklęcia chroniące ściany są już solidne. - Gdybyś miał kiedyś zaczarowany dom, zaklęcia na nim warto sprawdzać częściej niż raz na dwieście lat.
Dodał z rozbawieniem, bo taki z niego dzisiaj Pan Dobra Rada się zrobił. W sumie to nie był pewien czy to zabawne, ale jego bawiło więc chyba tak. Choć rozbawienie go nigdy nie było jakimś szczególnie wysokim progiem do przeskoczenia.
Przez chwilę obaj skupili się na pracy. Kolejne uderzenia, odłupywanie coraz większych fragmentów, by na koniec być w stanie wywrócić swoje dzisiejsze zdobycze. Dość młode rzecz jasna.
Dalej trzeba było drewno przygotować, przede wszystkim pozbyć się małych, kruchych gałęzi i porąbać do odpowiedniej wielkości. Ostatecznie pewnie zmniejszą je zaklęciami żeby dało się przenosić, skoro jednak wzięli się za robotę, warto doprowadzić ją do samego końca.
- Mhm. Była całkiem niezła. - przyznał. Zaraz jednak słuchał słów Lexa i uniósł lekko brew. Widać było, że słowa o wypadku mu się nie spodobały: nie podobało mu się, że komuś kto był mu bliski działa się krzywda, a on o tym nie wiedział. Oczywiście: szkole ich drogi trochę się rozeszły, znajomość się nie zatarła, każdy jednak wpadał w wir ogarniania swojego nagle dorosłego życia i było to całkowicie naturalne. Utrata pamięci brzmiała mu jednak na tyle poważnie, że mimo iż sytuacja miała miejsce najpewniej już dość dawno, poczuł się z tym dziwnie.
- Nie widujemy się ostatnimi czasy zbyt często, ostatni raz poprawialiśmy sobie nastroje ciasteczkami dwa tygodnie temu. - przyznał, zdecydowanie woląc określić termin, niż fakt, iż działo się to przed odsieczą. - Może czas trochę nadrobić. Widujesz czasem znajomych ze szkoły? W sensie to musi być dziwne, wynieść się nagle tak daleko.
Dodał, bo kiedy myślał o tym z kim kontakt po Hogwarcie udało mu się zachować, a kto zniknął z jego życia, pomyślał też o tym że Lex właściwie po szkole chyba zaczynał życie w Anglii całkowicie na nowo.
Spojrzał na Selwyna przez chwilę, zaraz jednak wrócił do zajmowania się drzewami.





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
24
13
0
16
5
0
6
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   11.12.17 23:17

Uniosłem brwi do góry, lekko zadziwiony. Mały remont, mały potop, mała katastrofa?
- Potop? - zapytałem żywo zainteresowany tematem. - Mi anomalie zniszczyły rezydencję w Chelmsford. Południowa część budynku przestała istnieć i zostałem zmuszony przenieść się do nestora w Boreham - wzruszyłem ramionami, mimo wyraźnego niezadowolenia z całej sytuacji lekko rozbawiony absurdalnością sytuacji. Rozmawialiśmy o pogodzie, lecz wykroczyło to zdecydowanie poza standardowe "dzisiaj jest ładnie" bądź "ależ się rozpadało!" - maj był o wiele bardziej nieprzewidywalny niż to; wymiana zdań o zniszczeniach dokonanych przez niepowstrzymane żywioły była już na porządku dziennym. Zwłaszcza wśród arystokratów - większość musiała zmieniać lokum, przenosząc się nierzadko do siedzib nestorów, ponieważ te z reguły chronione były najsilniej i nie ucierpiały aż tak bardzo w czasie burzy, która miała miejsce zeszłego czwartku. Zaśmiałem się, kiedy moje rozważania o zaklęciach zabezpieczających domy przerwał Bert, nawiązując dokładnie do tego samego tematu. - Sam się o to w takim razie poniekąd prosiłeś - skwitowałem wszystko, dalej rąbiąc drzewo. - Nie potrzeba ci już na pewno żadnej pomocy? Bowiem odkrywam w sobie powoli smykałkę do prac budowlano-remontowych - zaprzestałem pracy na moment, wypinając przed siebie dumnie pierś, w uniesionym podbródkiem i zębami wyszczerzonymi w firmowym uśmieszku. Tak naprawdę to powoli zaczynałem być już zmęczony, nie mogąc z kolei pochwalić się powalającą wytrzymałością na wysiłek fizyczny. Czas leciał szybko, z każdą chwilą wokół nas pojawiało się coraz więcej ściętych drzew, które były na tyle grube, by przerobić je na deski. Nie porywaliśmy się na razie na żadne większe sztuki, skoro znajdowaliśmy dość takich pni na wielkość w sam raz. Coraz bardziej jednak rosło moje zainteresowanie piłą, która z minuty na minutę stawała się coraz większa, zbliżając się już chyba do swoich rzeczywistych rozmiarów. Rzuciłem jej jeszcze ostatnie spojrzenie, nim nie wróciłem do machania siekierą. Pot spływał mi po skroniach i skraplał się na czole, czułem też jak koszula coraz ściślej przylega do mojego torsu, przyklejona gromadzącą się na moim ciele wilgocią. Rozmowa jednak pozwalała zająć myśli, odwodząc je od niewygód i nieprzyjemności pracy fizycznej - czegoś, czego arystokracja przeważnie nie miała okazji doświadczyć w swoim przepełnionym luksusem i służbą życiu.
- Wszystko już nią w porządku, nie musisz się martwić - powiedziałem, kiedy zauważyłem na twarzy Bertiego przebłysk niezadowolenia. Bott troszczył się o nią, to było widać. - Może faktycznie powinniście nadrobić co nieco - dodałem, myśląc o tym, że wspólna Odsiecz temu zdecydowanie nie sprzyjała. - Kogo ze szkoły? Ja nie miałem tam znajomych - zażartowałem, jednak nie byłem pewny czy nie był to przypadkiem ten rodzaj żartu, który bawi tylko opowiadającego. - Nie miałem zbyt wielu osób, z którymi miałem większy kontakt niż zdawkowe "cześć" na korytarzu. Przez pewien czas mieszkała w Londynie moja przyjaciółka, mugolaczka Monique. Wyjechała jednak pod koniec lutego na powrót do domu, do Francji. Oprócz tego są jeszcze siostry Baudelaire, ale tylko z młodszą mam kontakt. Jest krawcową i szyje mi ubrania - odpowiedziałem, nie licząc do grona znajomych ani Rosierów, ani Crouchów. Złapałem z Bertem na moment kontakt wzrokowy, nim obaj nie powróciliśmy do pracy. W rzeczywistości nie była to zbyt długa lista znajomych i dlatego prawdopodobnie na wiosnę tak zaczęła doskwierać mi samotność. - Ale to nie jest dziwne. Nie byłem społecznym typem w szkole, a pod koniec ósmej klasy jeszcze napytałem sobie biedy - machnąłem ręką, po czym przykucnąłem nad powalonym drzewem i zacząłem oczyszczać je z gałęzi. Taka praca na świeżym powietrzu była mimo wszystko dość przyjemna - wkoło był las, szumiący swoimi odgłosami, zieleń i słońce, ciepło i z zapachem mokrej ziemi unoszącym się w powietrzu.
- Czasem trochę tęsknię za Francją, jednak Zakon... tam mam wszystko, czego potrzebuję. To taka druga rodzina - odpowiedziałem, pomijając fakt, że właściwie to większość mojej rodziny też stała w szeregach Zakonników. - A jak tam układa Ci się w pracy? - zapytałem, będąc ciekaw jak idzie cukierniczy interes Bertiego.




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   12.12.17 15:01

- Taa, trochę za mocno zaufałem dawnym budowniczym chyba. - cóż, Bertie nie miał nawyku zastanawiania się. Nie był mistrzem budowlanki, podobało mu się jednak kiedy kupił Ruderę, dopiero zaczynał interesowanie się tematem. Właściwie to nadal nie wiedział o nim wiele choć na pewno zamierzał to rozwijać - ot, jako całkiem przydatne hobby. I sposób na zaoszczędzenie pieniędzy, których po ludzku nie miał. - No i nie spodziewałem się magicznej zawieruchy.
Nikt nie spodziewał się szaleństw z jakimi mieli do czynienia ostatnimi czasy. Marudzenie na pogodę nabierało powoli nowego znaczenia. Na informację o dworku Alexa skinął lekko głową.
- Słyszałem, że dość sporo padło. - przyznał. - Rany, trudno mi sobie wyobrazić powrót do rodziców. W sensie wiem, że to kompletnie inna sytuacja, inne tradycje i chyba relacje ale jednak. - wzruszył ramionami. Trudno było mu sobie to wyobrazić w jakikolwiek sposób. Uwielbiał swoją rodzinę, darzył szczerą miłością każdego Botta czy Rossa, ale jak chyba każdy dorosły potrzebował swojej przestrzeni, a tradycja jaką były szlacheckie dworki go lekko przerastała. Mieszkać z całymi pokoleniami Bottów? Aż trudno się zdecydować czy byłby to większy plac zabaw czy pole prawdziwego armagedonu.
Tak czy inaczej odbierał to podobnie też pod kontem finansowym. Nie wątpił że Selwyna ubodła strata, niewątpliwie jednak w ciągu miesięcy będzie w stanie postawić kolejny dworek a jeśli będzie mu spieszno to po prostu dom. Głównym problemem był sentyment i właśnie konieczność powrotu do rodziny.
- Dzięki, jak będziesz miał czas i chęci to zawsze znajdziesz u mnie zarówno jedzenie jak i robotę. - uśmiechnął się wesoło na wyraz dumy malujący się na twarzy Selwyna. - Dużo osób przyszło pomóc. - dodał po chwili, bo i faktycznie go to cieszyło: poczucie, że kiedy jest źle, nigdy do końca nie zostaje sam. I każdej osobie po kolei i z osobna był szalenie wdzięczny, tak samo jak kolejnym którzy jak Selwyn się oferowali: bo nie wątpił że oferta jest szczera i jeśli faktycznie zajdzie potrzeba, i on złapie młotek i kilka desek wraz z nim powymienia. - Trochę jestem zmęczony ale już jest prawie normalnie. - dodał zaraz, bo i wiele osób pomagało kiedy miało czas, on jednak wpadł w małą manię doprowadzenia Rudery do dobrego stanu i poświęcał na to absolutnie każdą wolną chwilę. - Będziesz stawiał nowy dworek? Czy po prostu dom byle szybciej?
Dopytał zaraz, między kolejnymi uderzeniami w drewno, pozbywając się kolejnych gałązek. Rozmowa przerywana chwilami bardziej wytężonej pracy sprawiała, że szło im szybciej, po chwili Bott podniósł z ziemi piłę która wróciła już do swoich naturalnych rozmiarów.
- Łap z drugiej strony. Będzie trochę łatwiej, możemy obalić nią jedno większe drzewo jeszcze i chyba na tym staniemy bo to wszystko trzeba jeszcze przetransportować. Choć najbardziej logicznie będzie chyba zmniejszyć po prostu.
Stwierdził. Jasne, magii trzeba teraz używać ostrożnie i tak dalej ale Bertie mimo wszystko nie zamierzał wpadać w paranoję i kombinować. Przez chwilę pomyślał o wykorzystaniu Miętusa, nie sądził jednak by taka podróż była bezpieczna, a i musieliby wtedy kawałki drewna skrócić co może później okazać się złym ruchem.
- Zdecydowanie. - były relacje które wymierały naturalnie ale były też takie którym po prostu nie wolno dać wymrzeć i to była jedna z nich. Dalej jednak słuchał co Lex ma do powiedzenia.
Uśmiechnął się pod nosem na żart-nie-żart i przyglądał przez chwilę towarzyszowi, nim zaczęli solidnie piłować drzewo.
- O, Clemmy? Faktycznie, nie pomyślałem o tym ale przecież uczyła się we Francji. - uśmiechnął się na wspomnienie niewidomej dziewczyny, której dawno nie widział i której siostrę najwidoczniej trochę lepiej znał Alex.
- Jakiej biedy?
Spytał ciekawsko. Trochę inaczej rysował mu się obraz Lexa do tej pory, dopiero co opowiadał mu w końcu o własnych wygłupach, wydawał się pełen werwy a takie osoby, pełne energii zazwyczaj jakimś sposobem przyciągają ludzi. Cóż, nie znali się jednak szczególnie dobrze, na każdą historię i dopełnienie obrazu przyjdzie jeszcze czas.
Uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie o drugiej rodzinie, miał w Zakonie wielu przyjaciół, egoistycznie jednak wcale się z tego nie cieszył. Jednocześnie przyszła do niego myśl, że miałby zobaczyć kogoś ze swojej rodziny w szeregach organizacji: nie wyobrażał sobie tego. Chyba za bardzo chciał wszystkich chronić.
- Dobrze. Prowadzimy badania nad nowymi słodyczami, jesteśmy blisko całkiem fajnej rzeczy. Jeśli znajdziesz czas na spacer pierwszego czerwca, wybierz się na Pokątną. - uśmiechnął się pod nosem. Byli blisko wynalezienia lizaków działających jak bańki mydlane, które zamierzali w ramach promocji wydmuchać na ulicy w trakcie spaceru. Niechaj świat na chwilę nabierze kolorów, a ludzie złapią swoje słodycze. - Będziemy musieli trochę przystopować chyba, ale za jakiś czas znowu ruszymy.
Dodał, nie biorąc się za wyjaśnienia, bo te wydawały mu się oczywiste: badania to pieniądze, remont to pieniądze, a cukiernik musi czasem wybierać. Nie wątpił jednak, że kiedy tylko się odbije, od razu wróci do działania.
- Musisz wpaść, spróbować nowości. - dodał po chwili. Był dumny z tego co razem z rodzeństwem Frotescue tworzyli. Może nie ratowali w ten sposób świata, jednak po części rozprowadzali trochę radości dookoła: a to czasami wystarczy.





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
24
13
0
16
5
0
6
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   14.12.17 0:04

Na moich ustach pojawił się malutki uśmieszek. Tak, Bertie był ufny, a w mojej opinii czasami nawet zbytnio ufny. Przez myśl przemknęło mi, że kiedyś to może się źle skończyć, jednak szybko to od siebie odepchnąłem. Będzie dobrze. U Botta zawsze jakoś wychodziło na dobrze.
- Owszem, całkiem sporo. Archibald z rodziną też musieli się przenieść - westchnąłem. Lubiłem West Lulworth, a stojąc teraz przed wizją, że w najbliższym czasie nie będę mógł się schronić w tamtejszej kuchni przed tym wszystkim, od czego chciałem uciekać, napawała mnie przeogromnym smutkiem. Zabawne, to przecież były tylko cztery ściany i najważniejsze zawsze było tylko i wyłącznie to, kto razem za mną w nich przebywał; jednakże w ogromie zniszczeń, jakie dotknęły czarodziejskie domostwa chyba popadłem w delikatną tendencję do dramatyzowania. Ale tylko odrobinę. - Powrót pod skrzydła nestora to jest.... ech. Jakby mi ktoś kaganiec założył - westchnąłem, tęskniąc za moją utraconą prawie-że-autonomią. Kiedy ojciec był w rozjazdach miałem dla siebie tak naprawdę całe Hylands, mogłem gospodarzyć nim podług woli. Teraz moja swoboda została znacznie ograniczona.
Kiedy kolejne drzewo padło pod moją siekierą zaprzestałem na chwilę pracy, ocierając mokre od potu czoło rękawem koszuli. Byłem już trochę zmachany, na moich policzkach wykwitły zapewne pokaźne rumieńce, a ciało całe lepiło się od potu. Mimo wszystko czułem z tego satysfakcję i poniekąd dumę - nie wiem, czy jakikolwiek z moich krewnych na przestrzeni ostatnich kilku wieków chwycił w ręce narzędzia, by oddać się fizycznej pracy. Czułem się po prostu dobrze. Kiedy łapałem oddech Bert zapytał się o dworek, a ja nie byłem w stanie mu odpowiedzieć, nie od razu.
- Nie wiem, nie myślałem jeszcze o tym - zmarszczyłem brwi. - Ale wydaje mi się, że raczej chciałbym coś mniejszego. Nie rzucającego się w oczy. I pod Fideliusem - dodałem, zamyślając się. - Coś trochę większego niż Stara Chata, ale na pewno mniejszego niż Rudera. Dom, tak, zdecydowanie dom - wzrok wbiłem w przestrzeń, oczami wyobraźni widząc już moją przyszłą posiadłość. Mój własny, ukryty przed światem dom. Całkowita cisza i spokój. I żadnej ciotki Brunhildy plotkującej o moich sprawach sercowych.
Odłożyłem siekierę na bok, opierając ją o drzewo, po czym przytaknąłem towarzyszowi i razem z Bertiem złapałem za długą piłę. Byłem odrobinę podekscytowany. Ostrze wyginało się lekko, emitując przezabawne dźwięki: coś trochę jakby uderzać o dno metalowej miski, jednak w połączeniu z konsystencją galaretki. Nie miałem pojęcia, jak da się połączyć konsystencję galaretki z dźwiękiem, lecz tak właśnie go odbierałem. Zgodnie z poleceniami Bertiego zacząłem razem z nim piłować pień - był to całkiem inny rodzaj wysiłku niż machanie siekierą. Czułem, jak inne partie mięśniowe w moim ciele zaczynają pracować na zwiększonych obrotach. To naprawdę było świetne uczucie. O wiele lepsze niż wspomnienia z ostatniego roku w Beauxbatons.
- Dziewczyny Bertie, dziewczyny - westchnąłem ciężko, wznosząc oczy ku niebu. Zawahałem się na moment, jednak ostatecznie zadecydowałem się na objawienie przed nim tego kawałka mojego życia. Wióry leciały spod piły w równym tempie, a środek pnia drzewa był coraz bliżej. - Przez trzy lata miałem w szkole dziewczynę. Inteligentna, urocza, śliczna. I mugolaczka - zerknąłem na Botta, ciekaw jego reakcji. Zaraz jednak podjąłem opowieść. - Skończyło się bardzo źle, jakaś zołza spoiła mnie amortencją i zdradziłem moją Annabelle. Ciągle nie mogę sobie tego darować - dodałem, tym razem na Botta nie patrząc. Nie przepadałem za mówieniem o tym, czułem się wtedy taki brudny. Zawiodłem zarówno ją, jak i siebie, jednak przede wszystkim ją. Może i zamknąłem to w szufladzie ze sprawami, do których nie powinienem wracać, lecz wciąż ten element mojej historii był zbyt istotny, by pomijać go przy poznawaniu się z kimś. A moja znajomość z Bertem zaczynała się coraz bardziej pogłębiać.
- Pierwszy czerwca? Zapamiętam i wezmę bratanków. W sensie dzieci bliższego kuzyna. Archiego. Och, to skomplikowane - westchnąłem w końcu, jednak poczułem potrzebę wytłumaczenia tej zawiłości. - Bo widzisz, siostra mojego ojca to matka Archibalda. A siostra ojca Archibalda była moją matką. Jesteśmy spokrewnieni trochę bliżej niż normalne kuzynostwo - powiedziałem, a w moim głosie pobrzmiewała wręcz duma. Prewett był dla mnie autorytetem w wielu dziedzinach, mogłem na niego liczyć w tarapatach i wtedy, kiedy trzeba było poużalać się na irytujących krewnych. Ciotkę Brunhildę najczęściej. Uniosłem do góry jedną brew, kiedy Bert napomknął o przystopowaniu z badaniami. Chciałem już się pytać: dlaczego?, jednakże wpierw chwilę mieliłem tę informację w umyśle, nim nie doznałem olśnienia. Puściłem wtedy piłę i wyprostowałem się.
- Bertie. Znamy się już w mej opinii dość czasu, żeby w razie problemów móc się zwrócić do siebie wzajemnie - zacząłem, patrząc uważnie na Zakonnika. - Jeżeli potrzebujesz pieniędzy na rozwój to po prostu powiedz. I tak nie mam co z nimi zrobić, a jeżeli mogą się komuś przysłużyć to nie widzę powodu, dla którego nie miałbym ich udostępnić - powiedziałem, całkowicie mając na myśli to, co mówiłem. Uśmiechnąłem się przy tym, całkiem skuszony wizją współudziału w tworzeniu cukierniczego królestwa Botta. - Wspominałem już, że mam słabość do słodyczy? - rzuciłem jeszcze na podparcie moich słów, znów łapiąc za piłę. Raz-dwa i drzewo już leżało na ziemi. Wyprostowałem się, przeciągnąłem i westchnąłem.
- To chyba czas się zabierać stąd powoli - oznajmiłem, po czym schyliłem się i zacząłem zbierać nasze rzeczy.
[bylobrzydkobedzieladnie]




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   15.12.17 0:04

Uśmiechnął się pod nosem na słowa dotyczące kagańca - w pewnym sensie mógł to zrozumieć. Byli już dorośli. Może to bardzo wczesny etap dorosłości, zdążyli jednak przywyknąć do pewnej swobody, do tego że w spokoju robią co chcą, kiedy chcą i gdzie chcą. No, Selwyn był pod tym względem bardziej ograniczony, nadal jednak nie tak bardzo, jak gdyby mieszkał z rodziną. Powrót pod rodzinny dach oznaczał w wypadku Bertiego ciągłe pytania i marudzenie na jego styl życia, domyślał się że w wypadku Alexandra mogło być w gruncie rzeczy gorzej. Ostatecznie szlachcice więcej oczekują od swojego zachowania, niż nie wracaj pijany do domu, czy wracaj na noc do domu.
- Mhmm. Przemyśl Dolinę, fajnie będzie mieć nowego sąsiada. Mamy fajną okolicę. - stwierdził luźno, może trochę zdziwiony bo i nie spodziewał się tak skromnych potrzeb po szlachcicu. Uśmiechnął się pod nosem, w sumie to byłaby bardzo dobra opcja. Im więcej ludzi dookoła tym weselej, prawda?
Dalej słuchał opowieści Lexa o dziewczynach, a doskonale wiedział jak te potrafią namotlać w sercu, duszy i życiu. Wystarczyła taka jedna, która zakręci człowiekowi w głowie i nagle wszystko było inne, a człowiek zachowywał się jakby nie był sobą. A może to on tak miewał? A może po prostu wpadł po uszy i w zestawieniu z młodzieńczą burzą emocji powstał taki miks, który w swojej wyobraźni podkręcił i trochę wyidealizował?
- Myślisz, że mógłbyś z nią być? - spytał ciekaw, bo i dopiero co żegnał przyjaciela, którego rodzina postanowiła wysłać do odległej Francji. Spotykanie się z wątpliwego pochodzenia dziewczyną było tylko jednym z jego przewinień względem głowy rodu, nadal jednak stanowiło oczywisty problem, coś co nie mogło mieć miejsca. - Tak czy inaczej historia niezła.
Przyznał.
- Kobiety bywają szalone, nastolatki szalone są z zasady. - uśmiechnął się pod nosem, przez chwilę przyglądając się Lexowi, zaraz jednak po prostu wrócił do pracy. Robiło się późno, musieli się powoli zbierać, kiedy kolejne drzewo padło.
- Czasem mam wrażenie, że wy wszyscy jesteście spokrewnieni. Znaczy cała szlachta. - stwierdził wcale nie zdziwiony tą zamianą, bo ile razy rozmawiał z przedstawicielem szlacheckiego rodu o rodzinie, zawsze miał okazję wysłuchać wielu szlacheckich nazwisk. Aż dziw, że oni są jeszcze w stanie się żenić z niby nie krewnymi.
Propozycja, jaka padła później była miła, jednak uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na rozmówcę, na moment przerywając pracę.
- Mam już dług u Titusa który będę spłacał do śmierci. Za Ruderę. A skoro jeden dług spłacę jako dziadek, z drugim mogę się nie wyrobić. - uśmiechnął się szeroko. - Nie jestem dzieckiem, nie muszę wszystkiego mieć na już, odłożę na te badania. Ale dzięki, miło z twojej strony. - nie do końca zrozumiał widocznie, że chodzi o jakąś formę współudziału, bo i wypowiedź Lexa zabrzmiała bardziej jak oferta darowizny, czy pożyczki - tej pierwszej nie mógłby wziąć, drugą pewnie by wziął, gdyby miał szansę spłacić w tym życiu. Trochę chyba jednak bał się pogłębiać w dalsze długi, a to że Alex sam nie wie co robić z pieniędzmi nie było argumentem: to nadal jego pieniądze.
- Obraziłbyś mnie gdybyś nie miał słabości do moich słodyczy. - stwierdził zaraz wesoło. Lubił swoją pracę. Była cudownym oderwaniem od szarej rzeczywistości.
Zaraz zaczęli się zbierać, trzeba było pomniejszyć przygotowane drewno, pozbierać narzędzia. Bertie podniósł jedną z siekier i nie zauważając Lexa odwrócił się idealnie, by szpikulcowatym końcem trafić w jego głowę.
Przerażony w pierwszej chwili odskoczył, niewątpliwie pobladł, bo ZABIŁEM SELWYNA, skoro ten jednak nie upadł to może nie stała się tragedia. Serce Bertiego biło jednak jakieś tysiąc razy szybciej niż normalnie i podskoczyło z żołądkiem pod sam przełyk.
- Rany, przepraszam. Ej... - podszedł zaraz, jednak widząc jak twarz Lexa zalewa się krwią nawet nie wiedział co ma robić. - Na wrzody Merlina, siadaj, wezwę kogoś.
Złapał go za ramiona, odstawiając pod drzewo, żeby aby nie poleciał zaraz na ziemię.





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
24
13
0
16
5
0
6
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   15.12.17 19:51

- Dolinę? Właściwie to mogę się zastanowić - powiedziałem, przygryzając po tym dolną wargę. Nie zastanawiałem się przecież wcześniej nad tematem, toteż teraz kiedy w końcu wypłynął moją głowę całkowicie zaprzątnęły galopujące pomysły, jeden po drugim zajmujące uwagę. Mijały w międzyczasie godziny, przedpołudnie zamieniło się w popołudnie, a wokół nas zalegało coraz więcej powalonych drzew. Rozmowy były przyjemnym przerywnikiem w pracy, splatały się w szumie liści w dość osobliwą melodię. Ta puszcza, a dokładnie jej głębsze części były niebezpieczne, nieprzyzwyczajone do ludzkiej obecności. I choć okolice dróżki na skraju lasu były zdecydowanie bardziej przystępne to i tak czuło się w tym lesie pewną dzikość i niedostępność. Zdecydowanie nie chciałbym tutaj kiedyś trafić całkiem sam.
Pod wpływem pytania Berta zacząłem przypominać sobie wszystkie miłe chwile, jakie spędziłem z Annabelle. Te kilka lat naprawdę wiele w moim życiu zmieniły, jednak teraz byłem już w zupełnie innym miejscu niż wtedy, kiedy kończyłem szkołę. Każde z nas żyło swoim własnym życiem, nie wiedzieliśmy o sobie nic. Tak się po prostu stało.
- Wiesz, czasem mam wrażenie, że tak. Jednakże stało się jak się stało, bardzo długo trułem się poczuciem winy, w końcu odpuściłem. Im dłużej się nad tym zastanawiam tym bardziej wydaje mi się, że prędzej czy później ten związek skończyłby się katastrofą - westchnąłem, rozmasowując sobie z lekka ręce, nim dalej nie przyłożyłem się z Bertiem do piłowania. - Są szalone, bardziej niż nam się wydaje - prychnąłem śmiechem, zastanawiając się, jak układały się statystyki płciowe pacjentów na oddziale magipsychiatrii w szpitalu świętego Munga. Postanowiłem, że sprawdzę to w archiwum przy pierwszej lepszej okazji, bowiem istniał taki rejestr, ba, nawet zdarzało mi się go aktualizować. Nie skupiałem się jednak nigdy na całościowym ujęciu. Podłapałem wzrok Bertiego i wzruszyłem ramionami. Pracowaliśmy dalej. - Bo jesteśmy - odparłem swobodnie, a w moim głosie wręcz było słychać, że gdybym nie miał teraz zajętych rąk to wzruszyłbym ramionami. - Bliżej bądź dalej. W pierwszej linii kuzynostwa jestem spokrewniony choćby z Prewettami, Fawleyami, Crouchami i kilkoma rodzinami czystej krwi jak na przykład Vane'owie - oznajmiłem, lekko marszcząc czoło. - Taki stopień pokrewieństwa to stąpanie po kruchym lodzie. Mnie się poszczęściło i nie mam żadnej choroby genetycznej, ale to jest niczym rosyjska ruletka. Albo trafisz albo nie - powiedziałem dość ponuro, przypominając sobie córkę Samaela. Wstrząsną mną lekki dreszcz, bowiem w dalszym ciągu takie rzeczy były dla mnie nie do pomyślenia. Z własną matką. Tak oto kończyło się zbyt bliskie pokrewieństwo rodziców dziecka i choć Avery byli przypadkiem skrajnym to powinien on służyć ku przestrodze. Inna sprawa, że poza mną raczej nikt o tym nie wiedział, wszyscy pozostali świadomi tego okropieństwa albo wyjechali, albo nie żyli.
Zmarszczyłem odrobinę brwi, gdy Bertie zaczął dziękować mi za propozycję. Nie o to mi chodziło.
- Chyba trochę źle ubrałem to w słowa - praktycznie przerwałem mu, kiedy mi dziękował. - Miałem na myśli to, że chętnie byłbym współudziałowcem. Szkoda, żeby mój kapitał leżał w skrytce, kiedy mógłby zacząć generować zyski - o to mi chodziło kiedy powiedziałem, że mogłyby się komuś przysłużyć - uśmiechnąłem się szeroko, opuszczając rękawy koszuli. Zatraciliśmy się w pracy tak, że powoli zaczynało już robić się chłodniej. - Praca w Mungu mnie satysfakcjonuje, lecz to może nie trwać wiecznie. Dobrze byłoby mieć coś choć po części swojego, w razie gdybym postanowił zmienić nazwisko - powiedziałem, zerkając na Bertiego. Mówiłem rzeczowo, to nie były żarty. Czułem pod skórą, że moje życie zaczyna zbiegać do jakiegoś punktu kulminacyjnego, po którego przekroczeniu wszystko się całkowicie zmieni. Lód szlacheckich konwenansów po którym stąpałem trzeszczał coraz głośniej, nawet dla mojej rodziny - nastawionej do mugoli pozytywnie - moja ideologia była nad wyraz poufała. Przymykali na to jeszcze oko, mówili: młody jest, wyszumi się i mu przejdzie. Ja jednak widziałem, że z wiekiem wcale nie zmieniałem zdania. Może gdyby ojciec bardziej przyłożył się do mojego wychowania to teraz wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej.
I tak, rzeczywiście brak słabości do słodyczy Bertiego byłby wielką obrazą. Zaśmiałem się, napawając się lekkością i niezobowiązującą atmosferą tego dnia, kiedy nagle wszystko trafił szlag. Ktoś dając nam do ręki ostre narzędzia powinien uwzględnić w rozrachunku fakt, że faktycznie któryś z nas ucierpi. I tym razem padło na mnie. Poczułem wpierw na czole dziwne swędzenie, lecz nim zdołałem choćby unieść rękę by sprawdzić o co chodzi, moją twarz zalała ciepła krew. Wdzierała się do lewego oka, wpływała do ust, skapywała z nosa. Prychnąłem i wyprostowałem się gwałtownie, zaszokowany. To jednak nie był dobry ruch, bowiem od razu zakręciło mi się w głowie, a różdżka wyślizgnęła się spomiędzy palców.
- Co to... - wymamrotałem, czując metaliczny smak na języku. Zaraz jednak był przy mnie Bert, naprowadzając dłońmi pod drzewo, gdzie mogłem się oprzeć. Otworzyłem prawe oko, jednak mroczki przyprawiły mnie tylko o dodatkowy zawrót głowy. Siekiera. Rękoma namacałem pień i powoli opuściłem się na ziemię, gdzie zdjąłem z siebie i tak już zakrwawioną koszulę, pozostając jedynie w białym podkoszulku. Zwinąłem materiał w kłębek i lewą dłonią przycisnąłem do czoła. - Nie wzywaj. Daj mi różdżkę - powiedziałem cicho, wyciągając przed siebie umazaną krwią prawą rękę. - Różdżka, Bert, bo Ci zemdleję - mówiłem już lekko rozwlekając sylaby, tak jakbym był trochę pijany. Urazy głowy niestety miały to do siebie, że krwawiło się obficie, a odpływało w nicość jeszcze szybciej. W sumie to było idealne porównanie, bowiem tak jak po alkoholu otaczający mnie świat wydawał się być nierealny. Kiedy w końcu poczułem w palcach hikorowe drewno odjąłem koszulę od głowy, opierając koniec różdżki na czole. - Curatio Vulnera Maxima - wymamrotałem, czując przyjemne mrowienie magii w ciele, Siedziałem tak z zamkniętymi oczami, nie ruszając się, jednak krew przestała mi już ciec po twarzy. - Będę miał po tym bliznę - westchnąłem, otwierając prawe oko. Nadal było mi słabo, ale świat już na szczęście przestał wirować. Zaśmiałem się nawet lekko, widząc przerażenia na twarzy Berta. - Jestem w dobrym rytmie do takich rzeczy - przedrzeźniałem Berta sprzed paru godzin, po czym zacząłem się śmiać. - Jak chuj Bertie, jak chuj - trząsłem się ze śmiechu, siedząc na ściółce i wyglądając, jakbym wyszedł z krwawej jatki na śmierć i życie. - Prawie mnie zabiłeś! - śmiałem się dalej. - Bert, jakie to by było głupie umrzeć w ten sposób. Wielka wojna, dobro ze złem, Avady śmigające w powietrzu? Nie, kurwa, siekiera! - śmiałem się dalej, rzucając przekleństwami na prawo i lewo, chyba odreagowując tak stres. Serce bowiem zaczęło mi teraz walić jak opętane. Rany, jakie to życie było kruche.




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   15.12.17 19:52

The member 'Alexander Selwyn' has done the following action : Rzut kością


'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dróżka na skraju lasu   22.12.17 23:54

Przez kilka chwil Bertie skupił się na pracy i zamiast paplać - słuchał co ma Selwyn do powiedzenia. Na wspomnienie o pięknych szaleńcach uśmiechnął się tylko pod nosem, bo i nic dodać nic ująć, pchnął mocno piłę i ustawiał ją, pracowali aż kolejne drzewo nie runęło i zaczęli się zabierać za pomniejszanie ich i szykowanie do transportu.
- Tak, wiem. - skrzywił się, bo dopiero co, zaledwie chwilę temu Titus wspominał że jego siostrze się pogorszyło ostatnimi czasy. Lubił małą Kyrę, była urocza, młoda dama jednak z ikrą jak to małe dziecko. Bott nigdy nie mógł pojąć, jak czarodzieje którzy oczywiście nie w pełni, ale w dość dużej mierze mają się za lepszych mogą popełniać tak jawne głupoty tylko po to, by nie dopuścić do siebie odrobiny mugolskiej krwi doprowadzać do tego, że z wysokim prawdopodobieństwem kolejne pokolenia w ich rodzinie będą tylko słabsze i słabsze. - To idiotyczne. W sensie... e, nie ważne.
Chyba nie było sensu się rozwodzić nad sprawą. Na pewno jeszcze kiedyś spyta Alexandra, dlaczego nawet rody otwarcie promugolskie robią sobie w ten sposób krzywdę i w ten sposób może Selwyn pomoże mu postawić kolejną cegiełkę na niewielkim Murku Zrozumienia Świata jaką Bott miał w głowie. Było wiele rzeczy które wydawały mu się po prostu nielogiczne. To jednak kwestia na kolejne rozmowy.
Dalej jednak Bertie uniósł brwi bo to co mówił Selwyn było ciekawe. Do tej pory to on, Bott fundował w większości badania, dlatego z resztą były one dość ubogie. Odpowiadały sponsorowi, choć efekty i tak napawały go zasłużoną dumą. Co, gdyby mieli zdecydowanie więcej pieniędzy? To, że Selwyn byłby jak to określił, udziałowcem nie stanowiło problemu, Bertie nie wątpił że zyski mogą się zdecydowanie powiększać.
- Brzmi zachęcająco. - przyznał. - Muszę pomyśleć, pogadać z pozostałymi ale pewnie za kilka dni się odezwę. - stwierdził jeszcze, nie chcąc istotnych decyzji podejmować bez jakiejkolwiek konsultacji, bez dogadania z resztą grupy, ostatecznie bez przemyślenia, bo okazuje się że nawet Bott ma takie dziedziny w których nie lubi podejmować pochopnych decyzji.
Dalej wszystko działo się w przeciągu sekundy, koniec pracy, odkładanie rzeczy, Selwyn bez krwi, Selwyn z twarzą bez krwi, Bott z poczuciem że zaraz padnie na zawał bo zabił towarzysza dzisiejszej pracy. Czuł jak serce tłucze mu w piersi jakby co najmniej Ben Wright tłukł w nie żelazym młotem.
Przeżył odsiecz ale nie przeżyje głupiego rąbania drewna w moim towarzystwie. Myśli pełne paniki malowały wyraz lęku na jego twarzy, odbijały się w jego spojrzeniu.
Nie był wcale pewien czy powinien podawać Selwynowi różdżkę, ostatecznie właśnie palnął go siekierą w głowę, czy ktoś z takim urazem powinien czarować? Widocznie jednak groźba mdlenia podziałała, bo Bott sięgnął po przedmiot i podał go właścicielowi, wpatrując się w zakrwawioną koszulę.
Nie znał rzucanego zaklęcia, jednak ewidentnie krew przestała w końcu cieknąć. Informacja o blizny była w tej chwili dla Botta jak z innej galaktyki, śmiech Lexa tak samo.
Rozluźnił się dopiero kiedy Selwyn wypowiedział kilka bardziej złożonych zdań świadczących o tym, że wie gdzie się znajduje, jest żywy i nie cofnął się mentalnie do poziomu pięciolatka.
Kiedy wszystkie emocje runęły z niego jak głazy w trakcie kamiennej lawiny, sam zaczął się śmiać, choć zdecydowanie bardziej nerwowo. Odreagowywał, nie był w tej chwili zbyt wesoły, może za jakiś czas spojrzy na to inaczej. Choć widok żywego Lexa zdecydowanie był powodem do radości.
- Bottokalipsa. Bycie ofiarą Bottokalipsy to godna śmierć, choć byłbyś pierwszy. Zazwyczaj szkodzimy sami sobie. - przyznał. Dał Selwynowi czas na dojście do siebie, sam w tym czasie zajął się zmniejszaniem drewna i pakowaniem wszystkiego, choć zerkał jeszcze na szlachcica i upewniał się, czy z tym aby na pewno jest okej.
- Chyba lepiej jeśli cię dzisiaj odwiozę, czy coś. - normalnie w życiu nie zabrałby drugiego faceta na motor, jednak chyba nie chciał żeby Alex się dziś teleportował lub łaził gdzieś w poszukiwaniu kominka. Szybciej będzie polecieć.

zt x 2





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
 

Dróżka na skraju lasu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

 Similar topics

-
» Obrzeża lasu
» Droga obok lasu
» Strumyk w środku lasu
» Południowa część lasu
» Bajeczna część lasu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest :: Las-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18