Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Boczna ulica
AutorWiadomość
Boczna ulica [odnośnik]17.07.17 1:49

Boczna ulica

Jedna z bocznych uliczek Hogsmeade. Niczym nie wyróżnia się wokół innych ulic w magicznych wioskach: dość szeroka, z charakterystycznymi, nierównymi budynkami. Rzadziej odwiedzana przez uczniów, nie ma tu bowiem dla nich szczególnych atrakcji, raczej domy mieszkalne i kilka zakładów rzemieślniczych: można znaleźć tu krawca, zegarmistrza, czy podobno najlepszego w całej Szkocji kowala.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Boczna ulica [odnośnik]19.10.18 2:43
20 VII 1956

Końcówka papierosa jaśnieje pomarańczowo złotym żarem, poprzez zachłanność oddechu spopiela cienką bibułę, ku niebu śląc szary dym przeplatany niemal niezauważalnie błękitem. Każdy wdech pozwala gryzącym nikotynowym oparom wedrzeć się do gardła, ponieść dalej ku płucom nieświadomym, jak wielką krzywdę właśnie im uczyniono. Dość jednak rzec, iż właściciel tejże konkretnej pary płuc nie przejmował się tym wcale, za nic mając wszelkie ostrzeżenia o zdrowiu i potrzebie dbania o siebie bardziej. Wszystko, co los zamierzał mu ofiarować, planował przyjąć z naturalnym mu spokojem, być może w szczególnych przypadkach okraszonym stosownym uniesieniem jednej ciemnej brwi, ot tak dla podkreślenia ironiczności — tudzież idiotyczności — danej sytuacji. Zresztą, poranny papieros był swoistą tradycją, zapewniającą szczęśliwą przeprawę przez wszelkie znoje codzienności. Szczególnie ten mugolski, pozbawiony wszelakich magicznych udziwnień, stosowany tuż przed zmiany rozpoczęciem. On miał właśnie za zadanie zmysły ukoić obojętnością, które wciąż niepokojąco szalały po koszmarach doznanych w nocy. To zabawne, jak dorosły chłop potrafił obudzić się zlany zimnym potem przez coś, co wydarzyło się lata temu. Trochę też sugerujące, że powinien się do specjalisty udać.
Prang? — słyszy raptem głos, choć nie sposób jest odnaleźć właściciela, do którego on należy. Ernest wysuwa ostrożnie fajkę spomiędzy wąskich ust, wzrok ku niebu kierując, chociaż w zasadzie ku ziemi winien go przenieść, biorąc pod uwagę o co zaraz zapyta.
Szatanie? — odpowiada więc niepewnie, z lekka nieufnie się rozglądając. Wedle słów siostry Augusty, z tym rogatym kolesiem powinien się zapoznać nieco bliżej, gdy ciemność blask zastąpi, a śmierć świat swym całunem skryje. Albo, kiedy się poślizgnie, wywali się na swój głupi ryj i skręci przy okazji ten durny kark. Nie był do końca pewny, która z tych wersji była tą wypowiedzianą przez siostrę zakonną. Trochę go to nawet nie obchodziło.
Kto? Co? Prang do cholery, weź się w garść. Walter zaraz będzie — ach, tak. Teraz ją zauważa, Molly Rogers, bileterka Błędnego Rycerza oraz jego częsta partnerka w tej urokliwej robocie. Kobieta, na której widok serce w piersi zamiera, bowiem właśnie doznajesz jakiegoś ataku i masz wylew wewnętrzny. W skrócie wredna baba — I kim jest w ogóle szatan? — pyta czarownica z ciekawością. Musi jednak zaczekać, gdyż oto znikąd pojawia się potężny autobus, zatrzymując się przed nimi w odległości dwóch kroków. Drzwi otwierają się z żałosnym skrzypnięciem, pojazd jakby na kołach osiada i Ernest lubi myśleć, że Błędny Rycerz właśnie w ten sposób wita swego ulubionego kierowcę.
Eee, znajomy. Ognisty temperament, ma też straszną słabość do kociołków wszelkiej maści, przy nim aż chce się krzyczeć. Po prostu diabeł nie człowiek — zapewnia ją usłużnie, wyciągając zaraz rękę na powitanie do mężczyzny, który jeździł na nocnej zmianie. Witają się średnio mocnym uściskiem oraz uśmiechem zdradzającym chęć natychmiastowego skończenia z własnym życiem. Ot, takie tam pracownicze porozumienie dusz — Nie martw się, siostra Augustyna zapewnia, że prędzej czy później każdy z nas go spotka. Tylko rada na przyszłość, nie zwracaj uwagi na kolor skóry i nigdy, serio, nigdy nie proponuj mu skrzydełek do jedzenia — kiedy tak papla radośnie, upewnia się, że wszystkie wajchy są na swoim miejscu, a radio nie wygrywa tych smętów Celestyny a porządną muzykę. Na przykład Krwawe Druzgotki, no to była niesamowita muzyka! I to taka, przy której aż chciało się głową machać i żałować, że się dłuższych włosów nie ma. Molly z drugiej strony, burczy tylko ciche 'dziwak', a następnie machnięciem różdżki zmienia puste łóżka na w miarę wygodne, nawet niewyglądające jak psu z gardła wyjęte siedzenia. Potem sprawdza, czy maszyna do gorącej czekolady działa sprawnie i jest pełna, podobna rzecz ma się zapasami kawy, herbaty oraz cukru. Kiedy dziewczyna siada obok, klepiąc go po ramieniu na znak gotowości, Ern zapina pas bezpieczeństwa — bo jak wiadomo, bezpieczeństwo to podstawa! — i uruchamia autobus. Trzy uderzenia serca zajmuje mu zlokalizowanie pierwszego tego poranka zlecenia, potem wciska gaz i dzieje się magia. Autobus jakby się kurczy, gdyby tylko odwrócił wzrok mógłby ujrzeć, jak tył nieuchronnie zbliża się w ich stronę. Ale nie patrzy, bo tak jakby wciska gaz i świat staje się po prostu smugą. Błędny ponownie obiera naturalny sobie kształt, pędzi przed siebie, a każde szarpnięcie kierownicą sprawia, iż stojące na drodze pojazdu przeszkody takie jak skrzynki na listy, hydranty, drzewa oraz małe pieski w typie westa niemal natychmiast odskakują. Zatrzymuje się równie gwałtownie, jak wystartował, instynktownie pięścią przyciska guzik a Molly, nieco rozdygotana wita pasażera standardową formułką, przyjmując przy tym kilka wymaganych knutów.
Doberek panie Sheridan, szykuje się ciężki dzień huh? — wita się ze stałym bywalcem, który mierzy go niechętnym spojrzeniem, w dłoni kurczowo trzymając zmiętego Proroka Codziennego. Ernie tylko wzrusza ramionami, jakoś tak podświadomie przeczuwając, że ciężko być entuzjastycznie nastawionym, kiedy część twoich współpracowników zostaje spopielona podczas zamachu na Ministerstwo, przez co musisz telepać się dzień w dzień do cholernej Szkocji, tylko żeby pracować. I chociaż Hogwart to całkiem spoko sprawa, zwłaszcza w okresie letnim, tak nie wiadomo, jak to wyglądać będzie, kiedy korytarze zapełnią się smarkaczami. Aż wzdycha ze współczuciem ten brunet nieszczęsny, zamyka drzwi i rusza w dalszą trasę.
Czasem ma wrażenie, że kiedy tak opony odrywają się od podłoża na jakimś przypadkowym wzniesieniu — albo jakiejś górze, co za różnica — to jest prawie tak, jakby latali. I to miłe doświadczenie, takie dzielone z wiernym autobusem, wyrywające z ust śmiech szczery oraz z głowy myśli przedziwne. Tej sympatii nie podzielają jednak pasażerowie, których liczba zwiększyła się z każdym przystankiem, ani też panna Rogers nieco zielona na twarzy, lecz dzielnie wczytująca się w horoskopowe zawiłości. Ha! Wiara w przeznaczenie zapisane od chwili narodzin była mu obca, jednak jeśli było w tym jakieś ziarno prawdy, to on stanowczo żąda jakiegoś odszkodowania, bo — serio? Co to ma być! Gdzie jego galeony?! To pytanie dźwięczy nawet wtedy, kiedy dzięki paru pociągnięciom za wajchy oraz dźwignie, zwęża autobus tak, by mógł się przecisnąć między parą jego mugolskich odpowiedników. To nawet zabawne uczucie, lekko ssące w żołądku. No albo to uczucie, albo ta kanapka z pastrami szczerząca w jego stronę zęby. Tak czy inaczej, z zatłoczonych Londyńskich uliczek pojawiają się na starych, dobrych angielskich drogach, gdzie pasma pól układają się po obu stronach, a w tle majaczą odległe linie lasów. I te się zaraz zmieniają, teren staje się bardziej wyboisty, a płaskie pola ustępują nierównemu terenowi oraz wzgórzom. Błędny podskakuje nieco na wertepach, co Ernest może wykorzystać na radosny refren słyszanej piosenki, którą zwieńcza solówką na kierownicy wybijaną dłońmi. W ostatniej chwili łapie kierownicę, nim piętrus wyrywa się spod kontroli i zmierza w stronę urwiska. Nie spadliby oczywiście, przecież Ernest jest licencjonowanym kierowcą oraz odpowiedzialną osobą, po prostu pewne melodie wymagają odpowiednio długich solówek. Dokładnie tak! Tym razem skręca ostro w prawo, krzyki wyrywają się spomiędzy ust pasażerów, kątem oka młodzieniec nawet widzi, jak siedzenia zjeżdżają to w prawą, to w lewą stronę. Jakaś starsza pani oblała się nawet czekoladą, ale to chyba dobrze, gdyż obecnie bardzo mocno ściskała się za brzuch i napój mógł w takim przypadku wyrządzić jeszcze więcej szkód. Nigdy nie wiesz, kiedy grypa żołądkowa cię przyciśnie. W końcu jednak zauważa znajome rysy budynków, rozpoznaje poszczególne szyldy, poprzez które pamięć sięga do najmilszych wspomnień jeszcze ze szkolnych lat. Ach, tęsknił za Miodowym Królestwem, za piwem kremowym i próbach dostania się do Świńskiego Łba na coś mocniejszego. Tęsknił za tym, a może za regularnymi posiłkami oraz stabilnością finansową. I może jeszcze za mamą, bo za matulą nigdy nie powinno przestawać się tęsknić. Zatrzymuje się przy bocznej ulicy, donośne łupnięcie świadczy o tym, że ktoś opuścił swe miejsce na rzecz podłogi, ale Ern nie ocenia — jest przekonany, że każdy powinien wybierać sobie miejsce do siedzenia wedle własnej woli.
Hogsmeade! — woła raźno kierowca, już chce rzec kilka ciepłych słów do pana Sheridana, kiedy ten nieco przykurzony wskazuje na niego palcem wskazującym, warcząc coś, że któregoś dnia go zamortyzuje. Huh. Dziwne. Tego jeszcze nie słyszał. Niemniej Prang kiwa głową, ręką macha. Drzwi zatrzaskują się, a on może ruszyć w kolejną trasę. Przez ten cały chaos z podpaleniem, za jakieś dziesięć minut autobus będzie tak przepełniony, że nie będzie w co rąk włożyć. Czyli generalnie za kupę czasu, może jeszcze zdąży skoczyć do tej małej walijskiej wioski, gdzie serwują wprost niesamowitą kawę oraz naleśniki. Brzmiało jak plan, wystarczyło tylko pociągnąć za wajchę i wcisnąć gaz.

| zt


The risk I took was calculatedBut man, I'm so bad at math...

Ernie Prang
Zawód : kierowca Błędnego Rycerza, lep na kłopoty, twoje marzenie
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I don't do the right thing

OPCM : 20
UROKI : 11
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej
nanananana Ernie!
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6139-ernest-prang https://www.morsmordre.net/t6223-keto https://www.morsmordre.net/t6226-good-guy-ernie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6224-skrytka-bankowa-nr-1526 https://www.morsmordre.net/t6225-ernest-prang
Re: Boczna ulica [odnośnik]29.12.18 14:22
| wrzesień, zaraz po spotkaniu Zakonu Feniksa

Spotkanie było... emocjonujące? Nie ma co się dziwić, Zakon mimo wspólnej sprawy stanowił barwną zbieraninę różnorodnych indywiduów. Nie wyobrażał sobie, żeby coś mniejszego od ratowania świata mogło ich zebrać razem.
Miał wiele spraw do przemyślenia. Dzisiejsze spotkanie było szczególne, pod znakiem zapytania stawiało słuszność ich działań. Poza tym dowiedział się o... nie, nadal nie mógł tego zaakceptować. Coś mrocznego mogło czaić się w Deirdre, ale żeby od razu pchnąć ją na tak radykalną drogę? Co się z nią stało, jakie tragedie doprowadziły ją do Rycerzy?
Wyszedł z Gospody pod Świńskim Łbem, najbardziej obskurnego lokalu w Hogsmeade, z małą ulgą zostawił za sobą brudne wnętrze. Nie przeszkadzało mu podczas spotkania, nadając wtedy jakiegoś konspiracyjnego, ryzykownego tonu, ale teraz pozostawał niesmak. Zabawne, mimo wszystko, mimo całej sympatii dla mugolskiej strony, chyba nadal pozostawał lordem Longbottomem. Jeszcze raz zerknął za siebie, wspominając, że według "Historycznych miejscowości magicznych" właśnie tu ponoć mieściła się siedziba główna buntu goblinów w 1612 roku. Brudne, ale zarazem trochę ciekawe miejsce. Mimowolnie parsknął śmiechem, gdy przyszło mu do głowy porównanie Zakonników do tych istot.
Dostrzegł znajomą sylwetkę Benjamina Wrighta. Nie było to specjalnie niezwykłe osiągnięcie, w końcu mowa o jednym z największych czarodziejów jakich znał... tylko żeby nie było niejasności, nie chodzi tu o wielkość jaką miał profesor Albus Dumbledore, a raczej znacznie bardziej prozaiczną. Jeśli Artur byłby złośliwy (lub głupi), to spytałby czy Ben ma rodzinie jakiś olbrzymów.
- Masz chwilę, Ben? - spytał, podchodząc do Gwardzisty.
Mimowolnie spodziewał się ewentualnego ataku, połączenie wrodzonej ostrożności Longbottoma z gwałtownością Wrighta. W końcu Gwardzista może teraz się spodziewać, po swoich ostatnich słowach, że ktoś będzie chciał teraz podważyć jego zdanie i pozycję. Oczywiście taka reakcja byłaby przesadzona, a Benjamin nie zaatakowałby kogoś na przysłowiowe "dzień dobry"... przynajmniej taką nadzieję miał Artur.
- Słyszałeś co mówiłem o sprawie... Peregrina? - zapytał na początek, nie będąc pewien czy w zamieszaniu Benjamin zwrócił na niego uwagę. Chyba większą część skupił siedzący niedaleko Artura Kieran. Przez chwilę było gorąco.
Artur Longbottom
Zawód : Rebeliant
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie:
na pustym niebie
jasny jest lot sokoła
OPCM : 28
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica Tumblr_n8cqa3m4uo1r9x5ovo5_250
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6321-artur-longbottom https://www.morsmordre.net/t6433-merlin#164095 https://www.morsmordre.net/t6379-przekonaj-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6850-skrytka-bankowa-nr-1487 https://www.morsmordre.net/t6391-artur-longbottom#162495
Re: Boczna ulica [odnośnik]29.12.18 16:51
Potrzebował chwili wytchnienia. Spokoju. Wieczornego chłodu, który delikatnie gładził go po pokiereszowanej twarzy, przynosząc ulgę zaczerwienionym policzkom i nabrzmiałej, pozszywanej tkance. Powinien się tego spodziewać, kolejnych razów zadawanych przez osoby, którym bezgranicznie ufał, kolejnych agresywnych wypowiedzi bazujących na nigdy niewypowiedzianych przez niego słowach, kolejnych oznak niechęci lub zwykłego pieniactwa. To nie złość wypełniała go całego, nie gniew czy urażona duma, a smutek i co najwyżej delikatna irytacja. Spotkania Zakonu Feniksa nie powinny wyglądać w ten sposób, zjawiali się w gronie przyjaciół, czarodziejów mających na celu zadbanie o dobro świata, nie tylko magicznego - dlaczego więc zachowywali się w ten sposób? Zwłaszcza wobec niego? Oczywiście nie ubolewał nad swym ego, ostatnim określeniem pasującym do Benjamina Wrighta byłby narcyz - chodziło mu o Gwardzistów, osoby, które udowodniły swą wartość i oddały życie idei Zakonu, idei Albusa Dumbledore'a, trwającej w nich pomimo upływu czasu od śmierci samego czarodzieja. Brak zaufania i wręcz strofowanie mocno go dotknęły: komu mieli ufać, jeśli nie sobie? Razem byli silni, podzieleni narażali się na wielkie niebezpieczeństwo.
Gdy wyszedł ze Świńskiego Łba, skręcił w bok, w zaułek tuż obok - uliczka była o tej porze opuszczona, ciemna, rozświetlana tylko chwiejącą się przy głównym wejściu latarnią i końcówką żarzącego się papierosa - Benjamin zaciągnął się nim głęboko, strzepując popiół na brudny bruk. Usłyszał kroki i odwrócił się, uśmiechając się nieco słabo do nadchodzącego Artura. Akurat jego pojawienia się nie obstawiał podczas kreślenia słów o dodatkowym spotkaniu, ale ucieszyło go, że młody Longbottom postanowił coś z nim wyjaśnić. Mniej spodobała mu się ostrożność chłopaka, dziwny dystans - naprawdę sądził, że może go zaatakować? Chłodne ostrze, tkwiące w plecach Jaimiego, przekręciło się jeszcze o cal, wywołując kolejną falę bolesnego smutku.
Brodacz poklepał się po kieszeniach skórzanej kurtki, w końcu odszukując tam skrawek pergaminu i połamane pióro. Szkoda, że rozmowa miała przebiegać w takich warunkach, ale cóż było zrobić - musiał dostosować się do zaleceń uzdrowicieli i zarazem do własnej, mającej niedługugo się zakończyć, niemości. Nie, hyba już wyszedłem. Powtórzysz? Dobrze cię widzieć, Longbottom- nakreślił, po czym wcisnął blondynowi karteczkę, zastanawiając się jednocześnie, czy nie powinien rzucić Lumos, by ten w półmroku zdołał odczytać niewyraźne pismo.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Boczna ulica [odnośnik]29.12.18 17:53
Zaufanie - z tym chyba zawsze miał trochę problem. Właściwie nie wiedział co byłoby głównym tego powodem, tym jednym momentem, w którym gdzieś wyparowała dziecięca naiwność. Zdobycie się na zaufanie komuś było dla niego trudne, ale chciał tego, potrzebował. Chyba właśnie to był jeden z powodów dołączenia do Zakonu Feniksa - chciał mieć towarzyszy, którym mógłby bezgranicznie zaufać, choć coś takiego nie wydawało się ani trochę rozsądne.
Z wysiłkiem odczytał krzywe pismo Bena, ale wolał na razie nie świecić sobie w półmroku.
- Ciebie również, Wright - przyznał szczerze. Tylko słyszał o tym co spotkało Bena, ale zobaczyć na własne oczy skutki - to co innego. Miło było jednak zobaczyć, że ani trochę go to nie złamało, przynajmniej z pozoru. - Niezniszczalny Ben, tak chyba powinni cię nazywać - spróbował zażartować.
Rozluźnił się, ponownie karcąc wewnętrznego paranoika. Wiedział, że nie tylko on tak ma, że ziarno nieufności i niezgody powoli kiełkuje między Zakonnikami. Nie mieli jednego przywódcy o tak silnym autorytecie jak lord Voldemort po przeciwnej stronie, więc kwestią czasu było osłabienie więzów. Żadne rozwiązanie nie było idealne.
- Ben, co się z nami dzieje? - spytał ściszonym tonem. - Mam wrażenie, że profesor Dumbledore zaraz by wszystkich zdrowo opierniczył, nawet on straciłby cierpliwość. Zaczynamy wariować - przyznał, świadom, że sam też nie jest bez win, jego również czekałaby reprymenda. Przy Benie mówił "normalnie", ale nie ze względu na niedocenianie rozmówcy. Zwyczajnie było tak wygodniej, odetchnąć na chwilę od uważania na każde słowo w rozmowach z wysoko urodzonymi.
Spróbował sobie przypomnieć zdania, których użył w pokoju gościnnym.
- Niech pomyślę, jak to szło... na pewno zaczynało się jakoś tak... - Chrząknął, jakby przygotowywał się do recytacji trudne wiersza. - Chyba właśnie oszalałem, bo skłaniam się ku propozycji Benjamina - zacytował, pozwalając sobie na szczery uśmiech. Był zwyczajnie ciekaw, czy Ben będzie tym zdziwiony tak samo jak Artur. - Moja logiczna strona stwierdziła też, że może nie ma sensu rozstrzygać czy ów Peregrin lub Peregrim rzeczywiście zasługuje na odkupienie. Desperacko potrzebujemy pomocy, a jego wiedza może okazać się dla nas kluczowa - ciągnął niewzruszony, zupełnie jakby opisywał pogodę, a nie ich nierówną walkę.
Na samą myśl o wiedzy, jaką mógł posiadać Rycerz coś w nim nie mogło usiedzieć. Tyle możliwości, mrocznych sekretów, które mogliby obrócić przeciw Czarnemu Panu. Uchylić rąbka tajemnicy, otaczającej tego potężnego czarnoksiężnika.
- Poza tym wyraziłem dość naiwną myśl, że Rycerze nie dają drugich szans. Są bezlitośni, dla nich życie nie ma znaczenia. W takim razie może my, jako ci po dobrej stronie, powinniśmy dać? - dokończył, spoglądając pytająco na Bena. - Ben, czy Oni zasługują na odkupienie? - spytał zaskakująco bezradnie.
Nie sądził, że będzie o coś takiego pytał Gwardzistę. Zmieszała go chwila słabości, jak w tym momencie próbował racjonalizować swoje pytanie. Ben go wyśmieje? A jeśli wręcz przeciwnie, dostanie odpowiedź... tylko czy będzie w stanie ją zaakceptować?
Artur Longbottom
Zawód : Rebeliant
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie:
na pustym niebie
jasny jest lot sokoła
OPCM : 28
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica Tumblr_n8cqa3m4uo1r9x5ovo5_250
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6321-artur-longbottom https://www.morsmordre.net/t6433-merlin#164095 https://www.morsmordre.net/t6379-przekonaj-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6850-skrytka-bankowa-nr-1487 https://www.morsmordre.net/t6391-artur-longbottom#162495
Re: Boczna ulica [odnośnik]01.01.19 10:46
Z niejakim zakłopotaniem przyjął bezpośredni, żartobliwy komplement. Na trzeźwo i po tak przykrym doświadczeniu, jakie przeżył na poddaszu Świńskiego Łba, odruchowo doszukiwał się w słowach Artura kpiny - spojrzał na niego z ukosa, trochę podejrzliwie, ale widząc, że jasne spojrzenie młodego lorda nie zasnuła żadna złośliwa dwuznaczność, uśmiechnął się do niego. Z powodu otrzymanych obrażeń dość krzywo, prawy kącik warg, podtrzymany szwami, odmawiał współpracy z resztą mięśni twarzy, ale bez wątpienia szczerze. Wcale nie uważał się za niezniszczalnego, po prostu za wystarczająco wytrzymałego. Na tyle, na ile mógł, ostatnio bowiem, w koszmarnych wnętrzach sowiej poczty, zawiódł na całej linii. Wątpił jednak, by złotowłosy czarodziej przyszedł do niego w tej sprawie - i się nie pomylił.
Słuchał go uważnie, kiwając głową, po czym westchnął. Wzruszył ze smutkiem ramionami na to nie do końca retoryczne pytanie, które zadawał sobie sam, właściwie od pamiętnej dyskusji o neutralności, o powstrzymaniu gwałtowniejszych działań. Później odejście Vane'a, rozsądnego przecież i szanowanego profesora, a teraz to. Wkładanie w usta Gwardzisty słów, których nigdy nie wypowiedział, sugerowanie złych intencji i lekkomyślności, ba, wręcz nonszalancji. A z nich wszystkich to on poślizgnął się na Perseusie - oni nawet nie pamiętali tamtych wydarzeń. Im bardziej skupiał się na odtwarzaniu ostrych słów sprzed kwadransa, tym bardziej pochmurniał - na szczęście następna wypowiedź Artura zdołała rozgonić mroki burzy, zbierającej się nad rozczochraną czupryną Benjamina. Może nie z siłą Patronusa, całkowicie przeganiającego wysysającą nadzieję ciemność, lecz na razie wystarczyło, by Wright zaciągnął się mocniej papierosem i zgasił go na ścianie, o jaką się opierał. Wystarczyły dwa wdechy, by dym podrażnił rozerwane struny głosowe, które zapiekły bólem. Niech to szlag. Uzdrowiciel miał rację, nie powinien teraz palić.
Znów sięgnął po karteczkę, którą przed momentem wręczył Longbottomowi i zaczął pisać, a wokól nich szeleścił nocny wiatr. Ludzie się boją, są niepewni a utrata Garretta mocno wszystkich przybiła. Rozumiem to, mnie terz, ale się tak durnowato nie zachowuje - nakreślił pierwsze zdanie, po czym kontynuował, starając się pisać jak najwyraźniej, co nie wychodziło mu najlepiej. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe i że wszyscy pójdą po rozóm do głowy i przestaną odwalać jak nieśmiałek w tartaku dodał jeszcze, wzdychając ciężko. Na moment podniósł wzrok na Artura, zdziwiły go jego słowa, rozsądne, pełne wsparcia ale i ostrożności - czyżby młodziutki lord, w oczach Benjamina zaledwie chłoptaś, miał pod tą bujną czupryną więcej zdrowego rozsądku od doświadczonych aurorów? O tym właśnie mówiłem. On może nam pomóc. Posiada informacje z pierwszej ręki, pomoże nam zdobyć nowe, ale też potwierdzić nasze dotychczasowe domysły. To doskonałe źródło, okazja, która sama wpadła nam w ręce. Niewykorzystanie jej byłoby skrajną głupotą. Dzięki niemu, możemy zapobiec kolejnym tragediom - pisał szybko, coraz mniej czytelnie, ale chciał przekazać jak najwięcej, świadom, że się powtarza, ale najwidoczniej mało kto słuchał go wtedy, w pokoju gościnnym. On zasługuje. Na pewno. Na gacie Merlina, ten typ zdradził Czarnego Pana, skazał się na bolesną śmierć w męczarniach - na darmo? Chce nam pomóc, wyprostować ścieżki swego rzywota - zacytował jakiś zapomniany wiersz lub inną bajeczkę, nie pamiętał dokładnie - a my nie dość, że nie wykorzystamy danej nam szansy, to jeszcze skarzemy go na śmierć? O n i nie zasługują na odkupienie, ale ci, którzy się opamiętają, w porę, szczerze, sądzę, że tak. Oczywiście uprzednio sprawdzeni i przemaglowani na wylot - pisał dalej, drapiąc się końcówką pióra w nos. - No i nie wiem jakiej deklaracji oni oczekują od Perc...od Peregrina. Jest lordem, to co ma zrobić? Ma wyjść na środek Stonehenge na tym corocznym jarmarku i wrzasnąć, że uwielbia mugoli i żałuje swoich błędów i w ogóle Lord Voldemort to jest lamus nad lamusy? Niedorzeczne. To naturalne, że na razie działa cicho, by zwiększyć szanse na przerzycie westchnął rozdzierająco, po czym wręczył Longbottomowi kartkę, przyglądając się uważnie jego młodej twarzy. Naprawdę cieszył się, że ten postanowił z nim porozmawiać.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Boczna ulica [odnośnik]03.01.19 17:48
Spojrzenie Bena trochę go zmartwiło, Artur może przesadził z tym żartem, w końcu ból i wspomnienia są dość świeże. Miał wrażenie, że ostatnio co raz częściej próbował rozluźnić atmosferę humorem, kiedy nie powinien tego robić. Po chwili jednak gigant uśmiechnął się do niego, z uwagi na rany w sposób nieco makabryczny, ale wydawał się w tym wszystkim szczery, a przecież to jest najważniejsze w uśmiechu.
- Odwalać jak nieśmiałek w tartaku, nie znałem tego... - stwierdził, powstrzymując śmiech. Jakoś takie proste żarty trafiały w jego lordowskie poczucie humoru. - Oby tak było, ale tyle już musieliśmy stracić, niektórzy nieporównywalnie więcej od innych. Nie wiem czy po czymś takim można przestać wariować - wyznał, martwiąc się o innych Zakonników. Tak naprawdę Artur mógł się uznać za jednego z większych szczęściarzy w Zakonie, cała ta wojna kosztowała go śmiesznie mało w porównaniu z niektórymi, często bliskimi mu osobami. Odczuwał przez to dziwne, kompletnie irracjonalne wyrzuty sumienia.
Na ułamek sekundy uchwycił zdziwione spojrzenie Bena, kompletnie nie świadomy tego, że w jakiś sposób zdobył uznanie doświadczonego Gwardzisty.
- Masz rację. Nie dziwię się, że tak zareagowali, w końcu nadal jesteśmy tylko ludźmi - przyznał, jednocześnie przyznając rację argumentom Wrighta.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, świadom doskonale jak wielką szansą, ale też i ryzykiem może być dla nich pomoc tajemniczego zdrajcy.
- Lamus nad lamusy, ale Voldemort nie doceniłby takiej szczerości - zażartował, choć oczywiście w rzeczywistości daleko mu było do niedoceniania przeciwnika. W pewnym sensie, co napawało Artura niepokojem, Czarny Pan był dla niego postacią równie okropną co intrygującą. - Wybieram się na ten jarmark, dam ci znać, jeśli jakiś tajemniczy lord Peregrin da na środku taki popis.
Chciał zapytać kim właściwie jest, ale raczej nie było sensu, najpierw całej sprawie musieli się przyjrzeć inni Gwardziści. Poza tym, czasem może lepiej, żeby wszyscy wszystkiego nie wiedzieli, bo inaczej ich tajemnice byłyby zbyt łatwe do zdobycia. Zamiast tego zapytał:
- Czy Peregrin był twoim przyjacielem? - spróbował zgadnąć, zaufać swoim domysłom, jednocześnie odwołując się nieco do własnej sytuacji.
Artur Longbottom
Zawód : Rebeliant
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie:
na pustym niebie
jasny jest lot sokoła
OPCM : 28
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica Tumblr_n8cqa3m4uo1r9x5ovo5_250
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6321-artur-longbottom https://www.morsmordre.net/t6433-merlin#164095 https://www.morsmordre.net/t6379-przekonaj-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6850-skrytka-bankowa-nr-1487 https://www.morsmordre.net/t6391-artur-longbottom#162495
Re: Boczna ulica [odnośnik]03.01.19 19:11
Coraz bardziej podobało mu się nastawienie Artura. Chłopak nie musiał nawet wiele mówić, z jego młodej, przystojnej twarzy emanowała troska i frasunek, pozbawione jednak zgryźliwości i goryczy. Chciał dobrze i to pragnienie wręcz wibrowało w każdym jego słowie, w każdym geście, ba, nawet w urywanym śmiechu wywołanym przysłowiem z nieśmiałkiem. Potrzebowali w Zakonie takiej właśnie energii, nadziei, opiekuńczości nad ich wspólnym działaniem, nad ideą, którą przysięgali bronić. Właściwie nie powinno dziwić go podejście Artura, blondyn był przecież Longbottomem, honorowym i wiernym prawu - oraz całkiem, jak na szlacheckie, nadęte standardy, pozbawionym zadufanego przekonania o własnej nadwyższości. Wright uśmiechnął się do niego nieco słabo, lecz szczerze, łącząc się z aurorem w tych samych odczuciach. Dlatego jestem wyrozumiały, nie obrarzam się, bo i po co. Ale jak któś cóś ma do mnie, to dlatego tu czekałem, żeby powiedział. Nie, rzeby dać sobie po mordzie, ale żeby wyjaśnić - wytłumaczył, znów pisząc, tym razem opierając jednak pergamin o ścianę Świńskiego Łba: pochylanie się nad własnym kolanem było zbyt męczące, krew napływająca mu do twarzy dziwnie napęczniała rany i szwy, wzmagając ból. Zerknął przez ramię nieco pytająco, po czym szybko nabazgrał kolejne słowa. Świetnie, daj mi znać, ale wątpię, żeby Peregrin się tam pojawił. I zrobił coś równie durnego. To by mu nie pomogło. Nam chyba też nie. Znów podrapał się końcówką pióra w nos, gojące się rany potwornie go swędziały, ale powstrzymywał się przed ich rozdrapywaniem, nie chcąc, by wdało się zakażenie, które wpłynęłoby jeszcze gorzej na jego nadwyrężoną czarnomagicznym zaklęciem prezencję.
Nie spodziewał się następnego pytania, dlatego też nieco zdębiał, mrugając zawzięcie powiekami. Naiwnie sądził, że więź łącząca go z Percivalem pozostanie sekretem, że nikt nie wyciągnie pochopnych wniosków, wmawiając mu słabość do dawnego przyjaciela, z którym łączyła go wieloletnia, silna więź, ale jakimś cudem - lub może po prostu uważnie, jak na aurora przystało, słuchając jego wypowiedzi - Longbottom odkrył tę tajemnicę poliszynela. Z gardła Jaimiego wyrwał się nieco nerwowy kaszelek, przeradzający się w pełnoprawną kanonadę niepokojących dźwięków, a biały pergamin zabarwily kropelki krwi. Do kroćset, niepotrzebnie palił. Po nerwowej chwili uspokajania poobijanego gardła i płuc, Ben szybko odpisał, tak niestarannie, że Artur potrzebował dłuższej chwili, by odcyfrować poplątane ze sobą literki. Nie. To znaczy, tak. No, przyjaźniliśmy się. Trochę i bardzo. Ale to nie ma nic do rzeczy, nie oceniam go ze względu na naszą więź, a na to co zrobił. Teraz wiem, że rzałuje, że chce dobrze, że chce to naprawić. Ryzykuje swoim rzyciem, to dla mnie ostateczny dowód.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Boczna ulica [odnośnik]03.01.19 23:53
Z niewielkim zdziwieniem odkrył, że dobrze dogaduje się z Benem. Oczywiście, znał go wcześniej, ale poprzednie kontakty przyćmiewały słyszane o nim historie lub agresywna gra podczas Festiwalu Lata. Jedno wiedział jednak zawsze - Benjamin miał serce po właściwej stronie. Artur trochę mu zazdrościł, w jego opinii Gwardzista był tym, który zawsze wiedział co (w jego mniemaniu) słuszne. Zawsze mógł się mylić, ale jego kompas moralny prowadził pewnie, a sam użytkownik bez wahania się nim kierował... przynajmniej takie odnosił wrażenie, samemu nie będąc tak pewnym własnych wyborów.
Podobała mu się jego rozsądność, miłe znalezisko, którego kiedyś nie spodziewał się przy poznaniu eks-gwiazdy Quidditcha. Nie oceniać po pozorach, bardzo rozsądna myśl.
- Powiedz, w pierwszej chwili myślałeś, że będę ciebie krytykował? - spytał, trącają go nieco łokciem, zupełnie jakby byli dobrymi kumplami.
Szczyt zbliżał się nieubłaganie, a Artur nie miał złudzeń - będzie się na nim działo. Minister Magii, przy okazji jego stryjek, miał zbyt wielu wrogów. Miał złe przeczucie, zbierały się ciemne chmury... chyba powoli stawało się to jego mottem. Chyba dobrze, że tego całego Perc... Peregrina tam nie będzie.
- Cieszę się - rzucił, uświadamiając jak jego uwaga jest niekonkretna. - Mam na myśli, że twój przyjaciel się pogubił, ale chyba wychodzi na to, że się odnalazł. Musiała to być dla ciebie ulga - wyznał nieco zmieszany, nie wiedząc co mu się zebrało na taką szczerość wobec Bena. Nie był kompletnie świadomy prawdziwej natury relacji Gwardzisty i Rycerza/Zdrajcy. Takie związki obecnie, zwłaszcza wśród szlachty, zamiata pod dywan lub piętnuje, dlatego Longbottom nie miał z nimi za dużo do czynienia. Gdyby jednak Artur wiedział, to nie miałby zamiaru w żaden sposób potępiać Bena. Blond włosy auror był człowiekiem rozsądnym - jako taki wiedział, że czasem mamy mało do gadania, jeśli chodzi o to do kogo poczujemy coś więcej.
- Nikomu nie powiem - obiecał, widząc nerwową reakcję Bena. - Gramy w końcu w jednej drużynie, pamiętasz Lwy Przestworzy? - wspomniał ich wspólną grę w Quidditcha podczas Festiwalu Lata, nie będąc jednak pewnym czy nie przekręcił nazwy.
Artur Longbottom
Zawód : Rebeliant
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie:
na pustym niebie
jasny jest lot sokoła
OPCM : 28
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica Tumblr_n8cqa3m4uo1r9x5ovo5_250
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6321-artur-longbottom https://www.morsmordre.net/t6433-merlin#164095 https://www.morsmordre.net/t6379-przekonaj-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6850-skrytka-bankowa-nr-1487 https://www.morsmordre.net/t6391-artur-longbottom#162495
Re: Boczna ulica [odnośnik]04.01.19 12:22
Wright nigdy zbytnio nie przejmował się tym, co opowiadają o nim inni - pomijając świetlane lata jego sportowej kariery, kiedy to faktycznie z przejęciem czytał artykuły na swój temat, dziwiąc się napotkanymi plotkami lub ciesząc, gdy wychwalano go pod niebiosa. Popularność uderzyła mu do głowy, niezbyt mocno, to fakt, nigdy nie stał się przygłupią gwiazdeczką, ale szczerze przyznawał, że niewiele brakowało. Chciał wierzyć w większy sens tego, co się stało i chociaż wtedy, gdy otrzymywał dyskwalifikację i stał się persona non grata wydawało mu się, że świat zawalił mu się na głowę, to z perspektywy czasu widział w takich kolejach losu pewien sens. Doprowadzający go - przez błota i szamba błędów, owszem - do tego momentu. No, nie tego konkretnego, bo akurat teraz było mu dość smutno i beznadziejnie, ale ogólnie: do chwili, w której oddał Zakonowi Feniksa swoje życie, jakie w końcu nabrało większego sensu. Zamierzał bronić podstawowych wartości do ostatniej kropli krwi i nie wątpił, że stojący obok niego blondyn kieruje się taką samą motywacja.
Łypnął na niego spod krzaczastych brwi w udawanej, groźnej minie, po czym uśmiechnął się z rezygnacją. Poniekąd przeczuwał, dlaczego każdy od razu uznawał go za bezmózgiego agresora, gotowego każdemu, kto się z nim nie zgadza, złamać nos, ale sądził, że członkowie Zakonu Feniksa znają go już z zupełnie innej strony. No, nie przeczę, troszkę się tego spodziewałem. Ale bardziej, że wpadnie tu Kieran i będzie mi suszyć głowę jak dziecku - wyznał szczerze, gryzmolac kolejne słowa. Pióro przebijało pergamin i zdrapywało tynk ze ściany gospody, obsypując przód jego mugolskich ubrań ceglanym proszkiem. Ulga nie ulga, raczej zaskoczenie. Naprawdę inaczej to zaplanowałem. Chciałem porwać tego psidwakosyna i z nim porozmawiać, a on...po prostu mogłem z nim porozmawiać. Wiem, że nie kłamie. Po prostu to wiem, jak znasz kogoś tyle lat, nie da się tego ukryć - pisał tak szybko i z taką mocą oraz przekonaniem, że kilka słów zlało się w atramentową kałużę, spływającą w dół kartki niczym ciemnogranatowa łza. Ben zaśmiał się cicho na wspomnienie Lwów Przestworzy - a raczej zaśmiałby się, gdyby gardło chciało z nim współpracować; zamiast tego bezgłośnie zamknął i otworzył spierzchnięte od chłodu usta. A ciebie coś trapi, młody? Bo wyglądasz na zamyślonego. Na takiego smutnego fizjonoma, co za durzo myśli o rzyciu - dopytał znów pisemnie, wciskając Arturowi kartkę i poklepując go po ramieniu z zaskakującą jak na niedawno poturbowanego czarodzieja siłą. Coś tliło się w jego jasnych oczach, ale może było to po prostu ogólne zmartwienie stanem Zakonu Feniksa i świata.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Boczna ulica [odnośnik]04.01.19 23:01
W sposób równie udawany co Benjamin Artur zasłonił się przed wyimaginowanym ciosem, nie mogąc jednak przestać się przy tym uśmiechać.
- O tak, pan Rineheart potrafi suszyć głowę jak mało kto - wyznał, odruchowo z szacunkiem wyrażając się o starszym aurorze, mimo lekkie treści wypowiedzi. - Na początku pracy opierniczył mnie, że zbyt sztywno stoję - wyznał, przypominając sobie, że w sumie była to przydatna uwaga, zbyt sztywną osobę łatwo przewrócić.
Musieli tak dziwnie wyglądać: jeden zawzięcie pisał coś, jako podkładkę wybierając ścianę, a drugi regularnie starał się żartować i uśmiechać. Nie wyglądali na członków tajnej organizacji, która miała zamiar zwalczyć anomalie oraz pokonać Czarnego Pana. Artur po namyśle stwierdził, że to chyba dobrze.
Zawsze można coś ukryć - pomyślał Artur, ale zachował swoje spostrzeżenia dla siebie. Wiedział, że Zakon Feniksa sprawdzi całą sprawę najlepiej jak umie, więc był spokojny. Oczywiście nie na tyle, żeby w pełni i bezkrytycznie ze wszystkim zaufać, nic z tych rzeczy. Na to Longbottom był zbyt rozsądny.
Młody, dawno tego nie słyszał, choć oczywiście do starych aurorów nie należał. Taki zwrot skojarzył mu się z kursem oraz początkami pracy, tymi naiwnymi momentami, kiedy po raz pierwszy konfrontuje się ideały i wyobrażenia z aurorską rzeczywistością. Mimowolnie uśmiechnął się na wspomnienie tamtych dni, ale momentalnie ten uśmiech zniknął. Ile mógł właściwie powiedzieć Benjaminowi? Po chwili Wright zaskoczył go ponownie, tym razem silnym poklepywaniem po ramieniu, chyba tylko dzięki praktykom w Klubie Pojedynków Artur nie stracił równowagi.
- Martwię się o nas i naszą misję, ale jest coś jeszcze - zaczął, biorąc głęboki wdech. - Dziwnie było słyszeć odkryte przez nas nazwiska, poznanych przez nas Rycerzy Walpurgii - przyznał spokojnym tonem, panując nad emocjami. - O niektórych z nich słyszałem lub miałem okazje spotkać. Kiedyś, nie jako niebezpiecznych fanatyków, ale zwykłych ludzi. Różnie mogłem o nich myśleć, ale żeby być do czegoś takiego zdolnym... parszywa sprawa - zakończył z rezygnacją.
Nie skłamał, tylko przemilczał znaczenie jednej z osób. Znów poczuł się z bezsilny, przeklinając własną słabość.
- Pewnie brzmię jak jakaś jęcząca mandragora z tym moim użalaniem - stwierdził, siląc się na jakąś karykaturę uśmiechu. - Masz rację, za dużo myślę o życiu.
Artur Longbottom
Zawód : Rebeliant
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie:
na pustym niebie
jasny jest lot sokoła
OPCM : 28
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica Tumblr_n8cqa3m4uo1r9x5ovo5_250
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6321-artur-longbottom https://www.morsmordre.net/t6433-merlin#164095 https://www.morsmordre.net/t6379-przekonaj-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6850-skrytka-bankowa-nr-1487 https://www.morsmordre.net/t6391-artur-longbottom#162495
Re: Boczna ulica [odnośnik]05.01.19 17:28
Wright westchnął rozdzierająco, co dzięki wsparciu pokiereszowanego gardła wyszło mu doslownie wspaniale. Sam nie do końca wiedzał, co ma sądzić o Kieranie. Szanował go, cenił, ba, do dzisiejszego wieczoru był gotów przekazać swą ukochaną siostrzyczkę w jego odpowiedzialne ręce, ale po tym dziwacznym wybuchu zmienił zdanie. Furiat i tyran, ot co. Doskonale sprawdzający się w boju oraz podczas procesu szkolenia młodych, nieopierzonych jeszcze aurorów, lecz w innych okolicznościach...Cóż. Wright mógł zagłębić się w analizę osobowości Rinehearta - co doprowadziłoby go do sensownych wniosków na temat Jackie oraz wpływu wychowania na dzieci - ale to byłoby nieeleganckie, toczył przecież niewerbalną konwersację z blondynkiem szlacheckiego pochodzenia. Łaskawie nie nakreślił tego, co myślał na temat przypieprzania się do nieistotnych szczegółów musztry, zresztą, ręka zaczynała go boleć od tego pisania. Nie mógł się doczekać aż wróci mu głos i pełnia sprawności.
Głęboki wdech Artura nie uszedł jego uwadze, tak samo jak głęboki frasunek, rysujący się wyraźnie w jasnych oczach. Co jak co, ale z Longbottoma można było czytać jak z otwartej książki - a przynajmniej tak otwierał się przy znajomych. Jaimiemu poprawiło to humor, cieszył się, że ktoś taki jak stojący przed nim lord, młody przecież i zapewne skory do wyciągania natychmiastowych wniosków, obdarzył go zaufaniem. Ja też tak miałem. I chyba każdy z nas, prędzej czy później, usłyszał, że dawni znajomi, współpracownicy...nawet przyjaciele! stoją po przeciwnej stronie barykady. Nic nie morzemy z tym zrobić, jedynie liczyć na to, że szybko pujdą po rozum do głowy. Nie powinniśmy tracić nadziei, na przykładzie Perc....Peregrina widać, że to możliwe - ale nie morzemy też tracić ostrożności. Silni, niezwyciężeni, odważni, ale zachowujący ludzkie serce i empatię: tacy powinniśmy być -zaprezentował Arturowi swoje wypracowanie na temat idei Zakonu Feniksa, nie dociekając, o kim mówił Longbottom; nie było to istotne, zresztą, na pewno chodziło o jakiegoś koleżkę z wyższych sfer. Czyż sam nie przyjaźnił się z Rosierem? Czy nie pojedynkował się z Averym? Czy - gdy był popularny, bogaty i kochany przez czarodziejskie społeczeństwo - nie przebywał wśród śmietanki towarzyskiej, podając rękę wielu z tych, którzy obecnie najchętniej by go zadźgali? Uśmiechnął się, chcąc nie wyglądać smutn a wspierająco, o czym znowu poklepał blondyna przyjacielsko po ramieniu, tym razem znacznie lżej, nie czyniąc mu większych szkód ani nie obdarzając bolesnymi siniakami. Jak mandragora nie, ale jak mały psidwak tak. A one rozczulają dziewczęta, więc stary, wykorzystuj swój urok. Jak to powtarzam za aurorem panny taborem! wcisnął mu do rąk kartkę, wykorzystując swoje ulubione powiedzonko. Sprawdzone, nie wiedział, co ci służbiści mają w sobie, ale panienki wzdychały do nich z wręcz nienaturalną intensywnością. Bądź zdruw, Longbottom. dzięki za rozmowę, dobrze wiedzieć, że mogę na ciebie liczyć - dopisał jeszcze szybciutko na ostatnim wolnym skrawku papieru, a część słów zlewało się w jednego kleksa, łącząc się z poprzednimi wypowiedziami. Dopiero gdy upewnił się, że Artur odczytał pożegnanie, pomachał mu ręką i ruszył w stronę kolejnej bocznej uliczki, chcąc dyskretnie opuścić Hogsmeade. A potem złapać Błędnego, który mógłby dowieźć go do okolic domu, do jakiego trafiłby już długim spacerem.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Boczna ulica [odnośnik]05.01.19 18:17
Artur był ciekaw co chodziło Benowi tak naprawdę po głowie, nieświadomy jego przemyśleń dotyczących Kierana, choć raczej nie powinny dziwić, tym bardziej przypominając sobie odpowiedź Gwardzisty. Zastanawiał się czy nie spróbować pogadać później z panem Rineheartem, oczywiście nie żeby go skarcić, ale dla poznania dokładnego spojrzenia na całą sprawę. Artur był rozsądnym człowiekiem, który zawsze był gotów wysłuchać wszystkich stron, nie zamykając się na argumenty. Pytanie tylko czy Kieran chciałby z nim o tym rozmawiać, potrafił być dość zamknięty w sobie, Longbottom zdecydowanie lepszy kontakt miał z jego córką. Nadal pamiętał okropne wyjce, które od niego regularnie dostawała... może intencje miał dobre, ale przez ich pryzmat nigdy nie potrafił do końca pałać sympatią do doświadczonego aurora. Nie miał zamiaru go za to otwarcie krytykować, w końcu to nie jego sprawa, a Jackie była już dorosła i potrafiła sama o siebie zadbać.
Otworzył się nieco przed Benem, nieco nieufnie, ale i tak jak na jego standardy w zaskakująco dużym stopniu. Był wdzięczny, że ten nie dopytywał, a jedynie ograniczył się do swoich spostrzeżeń. Były dość rozsądne, dowodząc, że nie należy człowieka oceniać po pierwszych pozorach.
- Pełni nadziei i ostrożności, trudne połączenie - przyznał z nieco nieco złośliwym uśmiechem, ale pokiwał ze zrozumieniem głową.
Nie wiedział skąd Ben bierze swoje przysłowia, ale zrobiłyby one furorę jako wydany w małej książce zbiór. Niekoniecznie w sposób pozytywny, doceniając domniemane wartości, ale już jako źródło głupkowatego humoru - jak najbardziej. Uczniowie by się o nią zabijali.
- Dobrze, że moja żona tego nie słyszy - zauważył ze śmiechem. - Ty też, Wright. Równy z ciebie chłop - zakończył rozmowę "po szlachecku".
Odmachał Gwardziście i ruszył w swoją stronę. Nie wiedział właściwie czy w ostatecznym rozrachunku rozmowa mu pomogła, ale miał już postanowienie - będzie musiał zobaczyć na własne oczy kim teraz ona jest.
Alea iacta est.

zt

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Artur Longbottom dnia 06.02.19 11:45, w całości zmieniany 2 razy
Artur Longbottom
Zawód : Rebeliant
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie:
na pustym niebie
jasny jest lot sokoła
OPCM : 28
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej
Boczna ulica Tumblr_n8cqa3m4uo1r9x5ovo5_250
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6321-artur-longbottom https://www.morsmordre.net/t6433-merlin#164095 https://www.morsmordre.net/t6379-przekonaj-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6850-skrytka-bankowa-nr-1487 https://www.morsmordre.net/t6391-artur-longbottom#162495
Re: Boczna ulica [odnośnik]28.01.19 21:29
12 październik


Lubiła odwiedzać tę wioskę.
Hogsmeade było jedynym miasteczkiem zamieszkanym jedynie przez magiczną społeczność w całej Anglii, Szkocji i Irlandii. Mugole nie kalali tego miejsca swą brudną, szlamowatą obecnością. Nie potrafili go odnaleźć. Zarówno na zamek Hogwart, szkołę magii i czarodziejstwa, obłożono zaklęciami ochronnymi; jeśli tylko w pobliżu znalazł się ktoś niemagiczny, natychmiast przypominał sobie o naglącej, bardzo pilnej sprawie, która nakazywała mu zawrócić i odejść. W Hogsmeade czarodzieje mogli być w pełni sobą - bez obaw używać różdżek i czarów, latać na miotle i urządzać magiczne widowiska. No, przynajmniej tak właśnie było do maja. Wybuch magii, który dał początek zaburzeniom energii w eterze wszystko popsuł, zniechęcał czarodziejów do używania czarów, ale Rookwood wierzyła, że uda im się odnaleźć sposób, by naprawić to, co spieprzył Zakon Feniksa. Rycerzom Walpurgii przewodził potężny czarodziej. Najpotężniejszy czarnoksiężnik jaki stąpał po tej ziemi. Z nim, jako liderem, zdołają zaprowadzić w ich kraju należyty porządek.
Rookwood przygotowywała się od kilku dni do Dyniobrania, mającego odbyć się w pełnię w październiku; chciała dowiedzieć się o nieoficjalnym jego zakończeniu jak najwięcej, dlatego dwunastego pojawiła się w Hogsmeade. Była umówiona ze znajomym, który brał już udział w tej zabawie; popołudniu miała stawić się nieopodal Ludlow na spotkanie z innymi łowcami wilkołaków, służących lordom Avery, dlatego spotkali się w godzinach popołudniowych. W chwili, kiedy kroczyła uliczkami przypomniała sobie, że to musi być sobota, albo niedziela; Hogsmeade było pełne uczniów Hogwartu. Zdecydowana większość z nim miała na sobie płaszcze z kompletu szkolnych szat. Dostrzegała naszywki i szaliki w barwach domów: Gryffindoru, Slytherinu, Hufflepuffu i Ravenclawu.
Umknęła przed ich wesołą gromadą do Gospody Pod Świńskim Łbem, gdzie spędziła przeszło dwie godizny. Kiedy ją opuszczała była w zdecydowanie dużo lepszym nastroju. Po kilku szklaneczkach whisky (co prawda smakowała paskudnie, ale trudno) i garścią informacji w kieszeni. Chciała zajść jeszcze do Miodowego Królestwa, skoro już tu była, dlatego ruszyła w tamtą stronę. Gospoda była nieco na uboczu wioski, kiedy ruszyła w stronę głównej uliczki - coś zwróciło jej uwagę.
Śmiechy, chichy i słodko-mdlący zapach. Doskonale jej znany i znajomy. Instynktownie podążyła w stronę bocznej, opustoszałej uliczki, ujrzawszy za rogiem dwóch młodzieniaszków - niewątpliwie uczniów. Splotła ręce na piersi, a na usta wpłynął arogancki uśmiech.
- Wiem co robicie - wypaliła Sigrun. Była wysoką czarownicą o bardzo jasnych, niemal białych włosach, które opadały łagodnymi falami na ramiona i plecy; miała na sobie ciemnozieloną szatę składającą się ze skórzanych spodni, butów z wysoką cholewą i płaszcza do połowy uda. Ostre rysy twarzy podkreślał mocny makijaż.


She tastes like every

dark thought I've ever had
Sigrun Rookwood
Zawód : dowódca grupy łowców wilkołaków
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
I am not
ruined
I am

r u i n a t i o n
OPCM : 40
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 56
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Metamorfomag
i n s a n e
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5310-sigrun-rookwood https://www.morsmordre.net/t5379-astrid#121534 https://www.morsmordre.net/t5378-sigrun https://www.morsmordre.net/f100-harrogate-skala https://www.morsmordre.net/t5380-skrytka-bankowa-nr-1330#121543 https://www.morsmordre.net/t5381-sigrun-n-rookwood#121544
Re: Boczna ulica [odnośnik]06.02.19 11:05
Lubił wycieczki do Hogsmeade; zawsze to jakaś odskocznia od chłodnych murów zamku, chociaż kłamstwem byłoby stwierdzenie, że czuł się w Hogwarcie źle. Wręcz przeciwnie - szkocki zamek był mu drugim domem, tylko czasem po prostu tęsknił za rodzicami i rodzeństwem... Po to jednak były sowy, by mógł się z nimi swobodnie kontaktować. Swojej co prawda nie posiadał, ale szkolna sowiarnia aż pękała w szwach!... W każdym razie dzisiaj po prostu miał odpoczywać, włócząc się po urokliwych miejscach Hogsmeade. Musiał odwiedzić Miodowe Królestwo, tutejszy sklep zielarski i kilka innych pomniejszych, a przede wszystkim gospodę pod Świńskim Łbem, bo właśnie w niej odbierał tajemniczą przesyłkę, o której lepiej żeby nikt nie wiedział. Owy przybytek był więc idealnym miejscem do takich ciemnych interesów; bo tak, tym właśnie była dlań wymiana z dilerem - kilka złotych monet za woreczek pełen aromatycznego suszu. Za worek diablego ziela. Miał ledwie szesnaście lat i naprawdę, NAPRAWDĘ, było to najbardziej nielegalne przedsięwzięcie jakiego dopuścił się w swoim krótkim życiu. Nic więc dziwnego, że zżerał go stres, szczególnie, że młodzieniec odznaczał się na tle klienteli Świńskiego Łba. Ale mimo tego transakcja poszła w miarę gładko i zanim zdążył się zaznajomić z tym miejscem, już je opuszczał - lżejszy o kilka monet, natomiast z narkotykiem ciążącym w kieszeni. A ciążył bardzo, choć sam Hiacynt nie do końca rozumiał tę całą nagonkę na diable ziele. Czemu komuś przeszkadzało, że niektórzy wolą zrelaksować się w ten sposób, a nie, chociażby, przy szklance wina? Dziwny był ten świat! Nie jemu jednak to oceniać. Założył za uszy kilka rudych loczków i poprawił czapkę, naciągając ją głębiej na głowę. Poprawił również szalik w barwach Hufflepuffu, luźno, wręcz nonszalancko oplatający długą, bladą szyję.
- ...a jak Greta walnęła wtedy na schodach? Myślałem, że już się nie podniesie! - chichocze. Nie tylko ze względu na samą śmieszność owego wspomnienia, a dodatkowo pod wpływem przyjemnych skutków palenia zielska. Cienki, aczkolwiek równy skręt spoczywa pomiędzy jego szczupłymi palcami, więc ponownie unosi go do ust, łapiąc w płuca kolejnego bucha. Oczy ma już jak szparki, w dodatku lekko zaczerwienione. I w pierwszej chwili nie rozumie, dlaczego towarzyszący mu Paddington nagle rozszerza ślepia z przerażenia, a jego wargi lekko drgają.
- Paddy?... - pyta niepewnie, ale odpowiedź pada z innych ust i Hiacynt aż podskakuje w miejscu, odwracając się w kierunku nieznajomej kobiety. Machinalnie wyrzuca skręta, chociaż ten jest dopalony dopiero do połowy.
- My nic... nie robiliśmy nic złego. - próbuje się tłumaczyć, a gdy chce się zwrócić do drugiego chłopaka orientuje się, że ten wziął już nogi za pas. No świetnie, taki właśnie był z niego kolega - beznadziejny.
Hyacinth Sprout
Zawód : uczeń
Wiek : 16 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
every day i'm hufflin'
OPCM : 8
UROKI : 10
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6018-hyacinth-sprout https://www.morsmordre.net/t6096-parapet-hiacynta#146288 https://www.morsmordre.net/t6095-ziarenko-sproutow#146286 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6097-hiacynt-sprout#146513

Strona 1 z 5 1, 2, 3, 4, 5  Next

Boczna ulica
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach