Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Weranda
AutorWiadomość
Weranda [odnośnik]06.08.17 18:42
First topic message reminder :

Weranda

Oszklona weranda wychodzi na najbardziej dziką część ogrodu - to ciemne, ustronne miejsce z doskonałą widocznością na zewnątrz, w powietrzu czuć zapachy z zewnątrz - aromaty ziół i kwiatowych nektarów. Obsydianowa rzeźba smoka znajdująca się tuż przy miękkich kremowych ławach przypomina o dziedzictwie Rosierów. Przestrzeń oddzielona jest od pozostałych pomieszczeń haftowanym, eleganckim parawanem, a drewnianą podłogę zakrywają perskie dywany. Wysokie sklepienie podtrzymują drewniane krokwie, solidne i rzeźbione w różane wzory. Zimą pomieszczenie ogrzewa zaczarowany piecyk. Mówią, że czasem widać stąd smoki unoszące się nad nieodległym Dover.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Weranda - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Weranda [odnośnik]30.10.17 19:41
Uśmiechnęła się niejednoznacznie, słysząc o zmianie nawyków i przyzwyczajeń: o oswojeniu samotności, kreowaniu własnego świata, budząc się każdego dnia dla siebie, bez troskliwych - lub irytujących - męskich ramion, bohatersko trzymających nieboskłon na patriarchalnych barkach. Eir była silna, doskonale radziła sobie w pojedynkę, nie tylko wychowując syna, ale także prowadząc nieco szemraną działalność. Trucizny, czarnomagiczne eliksiry, płynne choroby, mogące zniszczyć ludzkie życia - kupowali je ludzie o wątpliwej reputacji, niebezpieczni i sprytni, lecz nieustępliwość i spokój Goyle chroniły ją od ulegania oszustom i pętania się w nieprzyjemne, niebezpieczne powiązania. Nauczyła się żyć sama - i Deirdre doskonale ją rozumiała. Ich historie drastycznie się od siebie różniły, Eir od początku miała prawdziwą rodzinę, szybko wyszła za mąż, urodziła syna, dlatego stawianie kroków w mroku, bez wsparcia najbliższych, musiało kosztować ją znacznie więcej od Deirdre, zawsze chadzającą własnymi drogami. Nawet w czasie trwania narzeczeństwa z Apollinarem, większość dnia spędzała sama, ze swoimi pasjami, zainteresowaniami, w pracy - wracając jednak do miejsca, które mogła nazwać domem. Czy białe ściany nadmorskiej willi miały też, z czasem, zasłużyć na to miano? Na razie odpowiedniejszym określeniem wydawała się złota klatka, przestronna, zachwycająca - lecz przecież w każdej chwili mogła odejść. Przynajmniej w teorii, gdyby nie trzymało jej tutaj...właśnie, co? Brak innej możliwości, uzależnienie finansowe, zatrzaśnięcie w ślepym zaułku, do którego zapędziła się błędnymi decyzjami? Czy może coś więcej, coś, co odkrywała coraz jaśniej - z coraz większą pogardą do samej siebie, przygnieciona ciężarem tak mocnym, że zamierzała złamać złożone samej sobie obietnice i podzielić się nim z kimś jeszcze.
Wpatrywała się w Eir z uwagą, na razie skutecznie pętając własne wątpliwości, niedorzeczne i nieważne w kontraście z dobrymi nowinami, przyniesionymi przez przyjaciółkę. - Całkowicie? Porzuca swą kapryśną, morską kochankę, i powraca na łono rodziny na stałe? - dopytała, nie kryjąc niedowierzania - i jednocześnie zadowolenia. Mężczyźni tacy jak Cadan, z dzikością w sercu i pragnieniem nowych przygód, rzadko kiedy dobijali na stałe do brzegu. Gdyby nie widziała miłości, z jaką spoglądał na swą żonę, powątpiewałaby w jego intencje, ale znając łączące ich uczucie, mogła jedynie westchnąć nad chwiejną przyszłością. Miała dziwne wrażenie, graniczące z pewnością, że Cadan ponownie umknie ku morzu. Jeśli nie tuż po narodzinach drugiego dziecka, to za kilka lat, skuszony wolnością. A Eir - pozwoli mu na to, nigdy kurczowo nie trzymała się męskiego ramienia, niewzruszona i silna niczym nadmorska skała, obojętna na lodowate podmuchy orkanu, niepotrzebująca dodatkowego wsparcia. Za to pokochała ją Deirdre - i za to, bez wątpienia, pokochał ją Cadan. Ponownie uśmiechnęła się do swoich myśli, wypuszczając z dłoni palce złotowłosej. - Przyzwyczaisz się. I on do ciebie - obydwoje przecież nie widzieli się od dawna, zapewne tak samo stęsknieni jak i nadwrażliwi na nowe nawyki, wynikające z tworzenia stabilnej rodziny. - Nie sądzisz, że to właśnie liczne rozłąki wzmocniły was jako małżeństwo? Wiesz, zaufanie, tęsknota i te ciągłe miesiące miodowe, kiedy wracał zza morza... - podsunęła nieco żartobliwie, podciągając lewą nogę pod brodę i kładąc bosą stopę na brzegu otomany. Objęła łydkę dłońmi, w jednej ciągle jednak trzymając kieliszek wina, napełniony właśnie przez Prymulkę, posłusznie spełniającą rozkaz: tuż przed nimi, na niskim stoliku, pojawiły się misy ze świeżymi owocami i słodkie przekąski. Deirdre nie odjęła jednak wzroku od twarzy Eir, bliskiej, rozświetlonej wpadającym przez barwione szkło słońcem. - Naprawdę wyglądasz dobrze - powtórzyła z nieco nieprzyjemną - dla osoby postronnej, one znały się przecież zbyt dobrze - mieszanką niedowierzania i zaskoczenia. Ciąża kojarzyła się jej z przekleństwem, koszmarem, z obcym pasożytem, zanieczyszczającym ciało, wysysającym siły. Eir stanowiła zaś żywy przykład na obalenie tej tezy, co wprowadzało Dei w pewien dyskomfort. Nie lubiła się mylić.
Prawie tak samo mocno, jak dzielić się z kimkolwiek swoimi słabościami. Nawet dla bliskich osób stanowiła zagadkę, milcząc, dystansując się i zdradzając jedynie to, co istotne. Dziś miało być inaczej - odwlekała jednak ten moment, kiwając tylko głową na sugestię Eir. Najpierw chciała wysłuchać jej historii, nie tylko z przyjacielskich pobudek: porywała się na wywiad środowiskowy, szukając wspólnego gruntu, płaszczyzny idealnej do porównań. To, o czym mówiła złotowłosa, wymykało się jednak szaleńczym kategoriom, przypominało stateczne porozumienie dusz i wypracowanie kompromisu - a nie beznadziejną szarpaninę wśród setek iskier. Nie wątpiła w uczucie łączące jedyne szczęśliwe małżeństwo, jakie mogła obserwować z tak bliska - lecz odpowiedź wcale jej nie pomogła. Przyjęła ją więc milczeniem, tylko przelotnie uśmiechając się na wspomnienie wściekłej, ciężarnej Eir, którą przecież mogła sobie jedynie wizualizować. Upiła kolejny łyk wina, opierając brodę o kolano - i w ogóle nie przejmując się białą sukienką, podjeżdżającą do połowy ud, odsłaniając blade nogi i złotą bransoletę, okalającą smukłą kostkę. Słysząc proste, rzeczowe pytania Eir, przymknęła oczy: trochę w natychmiastowej irytacji na celność pytań Goyle, jakiej przecież mogła się po niej spodziewać, trochę by choć na chwilę uciec od spokojnego, choć uważnego wzroku.
- Nie - zaprzeczyła od razu, prawie prychając i wycofując się właściwie bezmyślnie, odruchowo. Czy tak chciała postąpić? Czy nie powinna w końcu zaufać komuś jeszcze? Poszukać obiektywnej oceny u kogoś, kogo zdanie ceniła  - zamiast idiotycznie walczyć z własnym umysłem, płatającym jej żenujące figle? Gdyby była pewna trzeźwego osądu sytuacji, poradziłaby sobie z wątpliwościami sama - ale była na tyle inteligentna, by rozumieć, że w przypadku postępującej choroby psychicznej nie może słuchać własnych podszeptów. Podzielenie się ciężarem z przyjaciółką, myślącą tak trzeźwo jak ona i znająca ją dość dobrze, jak na skrytość i wycofanie Deirdre, wydawało się wyjściem więcej niż rozsądnym - choć równie nieprzyjemnym. - Może - zmieniła zdanie w zaledwie pół sekundy później, z kolejną porcją zdziwienia przyjmując nerwową reakcję ciała. Czuła niezwykłą chęć obracania nóżki kieliszka w palcach, wyprostowania się, poruszenia stopą, oblizania warg, zastukania paznokciami o szkło, spojrzenia za wysokie okno - powstrzymanie odruchów nie wymagało od niej żadnego wysiłku, ale sam fakt, że fizycznie poruszany temat wprawiał ją w dyskomfort, sygnalizował, że coś było poważnie nie tak. Wyzbyła się przecież odruchów, nieznośnego swędzenia drżących dłoni, nawyku ucieczki lub parcia do walki -
doskonale je udawała, wstawiała w odpowiednie luki, wywołując planowaną reakcję. Prawdziwe uczucia jednak wyczyściła, zniszczyła wszystko, co czyniło ją wrażliwą i podatną - a teraz Tristan otworzył w jej sercu wielką, ziejącą ranę, uwrażliwiającą ją, sprawiającą, że traciła wyćwiczoną obojętność. Uczynił ją żywą, przynajmniej w kwestii jego przeklętej, nieskromnej osoby. Zacisnęła usta w wąską linię, nie umykając przed przeszywającym ją spojrzeniem Eir. - Nie, nie chodzi o wytwórcę amuletów. Tamto narzeczeństwo było...pomyłką. Nie przemyślałam tego tak, jak powinnam - sprostowała powoli, zaczynając od kwestii najprostszej, najbardziej konkretnej. Może jeśli zatrzyma się na suchych faktach, zdoła zapanować nad tym nieznośnym wewnętrznym drżeniem? Zerknęła dyskretnie w bok; Prymulki nie było w pomieszczeniu, miała nadzieję, że nie powtórzy tych słów Rosierowi, obawiała się, że jego ego nie wytrzymałoby kolejnego dowodu na nieomylność. A ona - nie wytrzymałaby wzmocnionego błysku w triumfującym, drapieżnym - i protekcjonalnym - spojrzeniu. Czyżby wpadała w paranoję? Czy Prymulka mogła być tu nie po to, by zadbać o komfort, ale po to by jej pilnować? Zamilkła na dłużej, patrząc ciągle na spokojną, mądrą twarz Eir. - Tristan Rosier - powiedziała w końcu, krótko, wieloznacznie, jakby szlacheckie personalia wyjaśniały wszystko, choć były jedynie wstępem do krótkiej historii o postradaniu zmysłów. Z jednej strony oddałaby wiele za możliwość wyciągnięcia ze swej głowy myśli i pokazania ich Eir, bez zmuszenia do werbalizowania żałosnych paranoi, z drugiej - nigdy nie pozwoliłaby na to, by te konkretne obrazy, dotyczące Tristana, ujrzały światło dzienne. Opowiedzenie o tym, co targało nią od dłuższego czasu byłoby równoznaczne z przywróceniem inferiusa do świata żywych, ukonstytuowania przerażającego koszmaru, nadania mu znaczenia, sprawienia, że uczucie stanie się prawdziwe. A z tym nie potrafiła sobie na razie poradzić.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]11.11.17 20:43
Nie znały się długo, ale nawet ten fakt nie znaczył nic w porównaniu z tym, jak wielu rzeczy dowiadywały się o sobie z każdym spotkaniem, jak wiele tajemnic przed sobą odkrywały, z irracjonalnym spokojem przyjmując do wiadomości pewne kosmetyczne różnice w poglądach na różne sprawy. Eir czasami miała wrażenie, że życie Deirdre wsiąknęło niejako w nią samą – była z nią w trudnych momentach, chociaż Tsagairt nie zdawała sobie z tego sprawy. Wyobrażała sobie, co mogła czuć po połknięciu wnętrza fiolki ze szkarłatnym wybawieniem, jak cierpiała – mimowolnie chciała ulżyć w cierpieniu; była dotykanym szkłem ampułki z miksturami, które pozbawiały ją płodności na określony czas. Była bliżej niej, niż kiedykolwiek mogła być. I właśnie ten aspekt pozwolił im na pewną intymność; to on pozwolił im odgadywać humory z nieodgadnionych twarzy, z niemal przezroczystych tęczówek. Bo kobiecość, którą się traci, to najdalsza granica, jaką tylko można dostrzec w przyjaźni dwóch kobiet.
Nie wiem, czy całkowicie, ale w najbliższym czasie, latach? – w jej głosie wyraźnie zachybotała się nuta zapytania. – Nie rozmawiałam z nim jeszcze na ten temat. Właściwie… - ona też powinna podzielić się z nią czymś, co ja męczyło. – Wrócił milczący. Pamiętasz go na pewno. Łatwo mu znaleźć temat do rozmowy, jest taki prostolinijny – kącik ust drgnął, myśli rozjaśniła wizja nieskomplikowanego życia sprzed jego powrotu. - Rozedrgany, zły, zirytowany, nieobecny. Taki był powrocie. Niedawno z nim rozmawiałam. Okazało się, że w czasie sztormu niemal roztrzaskali się w kamiennej zatoce. Zginął jego najlepszy przyjaciel.
Zdanie zakończyła twardo, nie musiała wymuszać na sobie płaczu czy udawać, że było jej przykro, zachowała neutralny wyraz twarzy. Oczywiście, że czuła pewien żal, ale ciężko było mówić o jego realnej istocie – Eir nie znała tak dobrze tego mężczyzny. Najbardziej odczuwała stratę Cadana i tylko dlatego jej błękitne tęczówki lekko zmatowiały. Jej trucizny przynosiły śmierć, widziała ją na własne oczy. To dlatego czuła się w tej sytuacji taka… bezradna?
Uniosła powoli spojrzenie tych oczu na Deirdre i uśmiechnęła się kątem ust, biorąc kolejny, drobny łyk napoju.
- Możliwe – odparła na zadane przez nią pytanie. W domu był teraz nieco tłoczniej, nieco żywiej. Teraz wieczory upływały jej przy sylwetce męża, do której mogła sięgnąć, nacieszyć się jej ciepłem. Przyjemna odmiana, chociaż ciało krzyczało obrażone, że tej zmiany absolutnie nie potrzebuje. Wzrokiem dopełzła do przyniesionych przez skrzata przekąsek. Mimowolnie szukała wśród nich musów świstusów w karmelu. Albo pieprznych diabełków. Żadnych. Niech to szlag. – Dobrze wyglądam? – zdziwiła się, swoje ciążowe potrzeby krzyżując ze zdaniem przyjaciółki. – Cieszę się w takim razie. Mam za czym chować gorsze samopoczucie.
Nagłe pragnienia, kompletnie wyrwane z kontekstu dnia codziennego, były jego częścią i, cóż, wstydziła się ich. Nienawidziła siebie za to, kiedy stojąc w kolejce na sowiej poczcie, nabrała takiej ochoty na mleczne bryły z pobliskiego sklepu ze słodyczami, że doprowadzało ją do niemalże niemej furii. Ale jeszcze chwila, Eir, jeszcze chwila i będziesz mogła cieszyć się w końcu wszystkim tym, co teraz ci zbrzydło. Prowadzona wyobraźnią dłoń przesunęła się po materiale ciemnej szaty okrywającej jej widoczny już dobrze brzuch. Pocieszyła się kawałkiem brzoskwini. Nadziała go na widelczyk i wsunęła sobie na widelczyk, od razu kierując do ust. Przeżuwając go dyskretnie i powoli, obserwowała zachowanie Deirdre, które niepokojąco się zmieniło. Do tej pory spokojna, teraz wyglądała, jakby szukała drogi ucieczki, ujścia przed chwilą, która miała nadejść, przed słowami, które miała wypowiedzieć. Eir nie naciskała na nią, wiedząc, że jeśli Tsagairt będzie chciała się z nią czymkolwiek intymnym podzielić, zrobi to; jeśli nie – nie. I słuchała jej wytrwale, nie przerywając wcale. Zabrała głos dopiero, gdy za nazwiskiem postawiona została wyraźna kropka.
Boisz się, że wpadłaś z deszczu pod rynnę? – popatrzyła na nią uważnie, chociaż ta uwaga nie mogła być kojarzona z nachalnością czy natarczywością. Była miękka, ostrożna. – Opowiedz mi o nim. Nie mów mi, czym się zajmuje. Opowiedz mi, jakim jest czarodziejem. Dla ciebie.


Powiedz ty mi, kości biała,
Kto cię więził w mrokach ciała,
Kto swój los na tobie wspierał,


Kiedy żył i jak umierał?

Eir Goyle
Zawód : trucicielka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
nierozumni
niestali
bez serca
bez litości
OPCM : 1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 31
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
Weranda - Page 2 N9cjEVZ
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4853-eir-goyle https://www.morsmordre.net/t5088-do-eir https://www.morsmordre.net/t4873-eir#105642 https://www.morsmordre.net/f329-grimmauld-place-4-2 https://www.morsmordre.net/t4874-skrytka-bankowa-nr-1246#105646 https://www.morsmordre.net/t5386-eir-goyle
Re: Weranda [odnośnik]14.11.17 0:07
Spokojny wyraz twarzy Deirdre nie zmienił się nawet odrobinę pod wpływem krótkiej, rzeczowej opowieści Eir. Cadan powrócił, lecz tym razem oprócz ciężkiej od rumu, artefaktu i tęsknoty skrzyni, wyciągnął na stały ląd coś jeszcze - poczucie winy. Rozpoznawała je od razu, bez większego zastanowienia, może zbyt pochopnie upraszczając wściekłość, niezgodę, żal i bolesną odpowiedzialność do tego jednego uczucia. Coś ciemnego zawisło nad do tej pory beztroskim żeglarzem, ale wcale nie sprowokowało jej to do smutku lub westchnięcia, wręcz przeciwnie, w głowie rozbłysła jedyna krótka wdzięczność. Dobrze. Dobrze, że tak się stało, dobrze, że zginął ktoś - a nie Cadan, mąż Eir, ojciec ich dzieci, opoka rodziny, jaką od lat tworzyli. Wspomniany przyjaciel zapewne też pozostawił za sobą rodzinę, ale Deirdre w ogóle to nie obchodziło: niewielu ludzi uważała za bliskich, ale Goyle należała do tego wąskiego grona, i jeśli w ofierze za życie jej małżonka miałaby wyrżnąć całe miasto, zrobiłaby to. Na świecie istniała sprawiedliwość silnych - a to oni stali u władzy; szarpnięcie losu, spychające łódź Cadana prosto w sztorm, nie mogło przebić sztyletem ich szczęścia, nawet jeśli opierało się na przywiązaniu, rutynie i stabilizacji a nie szalonych, szczenięcych uczuciach. - Poradzi sobie z tym - skomentowała jedynie z całkowitą pewnością. Ze stratą kompana podróży. Ze strachem o przyszłość. Z lepkimi koszmarami, stawiającego jego samego na miejscu nieszczęśnika. Jeśli potrzeba było tragedii, by przygnać głowę rodziny do domu, nie była to ofiara bezsensowna. Deirdre nie dzieliła się tymi ostrymi spostrzeżeniami, pewna, że Eir jest w stanie odczytać je z niewzruszonego spojrzenia - i odnaleźć w nim siłę. Wraz z Cassandrą wspierały się wzajemnie, stanowiąc opokę, podtrzymując się wzajemnie, wymieniając się w chwilach słabości. Czasem z zaskakującą dla tak stanowczych kobiet czułością, czasem - chłodnym, stoickim spokojem, z jakim stawiały czoła przeciwnościom losu.
Na przykład spadających na nie w postaci chcianych i niechcianych dzieci. Tych o przeszywającym spojrzeniu, ciemnych włosach; zgrabnie lawirujących po zakamarkach lazaretu. Tych biegających po korytarzach Grimmauld Place niczym złoty ognik. Tych rozpychających się w brzuchu Eir. Tych wylewających się z niej samej krwawą falą, bólem, cierpieniem i poczuciem ubezwłasnowolnienia, braku kontroli nad własnym ciałem. Przekleństwa, obrzydzenia, pulsującego od środka. Goyle uśmiechała się, mimowolnie gładząc brzuch, a Deirdre zareagowała na to instynktownym, trudnym do opanowania wzdrygnięciem. - Jak to jest? - spytała nagle, nie musząc precyzować, ze chodzi jej o przerażający stan. Nigdy nie doczekała ruchów pasożyta, nigdy nie stała się - nawet na chwilę - matką. Obawiała się ciąży, obrzydzała ją - i w pewien sposób fascynowała. Czyż nie tak, na początku, było z czarną magią? Ohydną, straszną, wywołującą mdłości - dopóki w pełni nie dorosła do momentu, by pojąć jej tajemnice, sięgnąć po wynikającą z niej całkowitą potęgę - prowadzona przez odpowiedniego człowieka?
Zamilkła na dłużej, pozwalając, by na werandzie zapadła cisza. Nie patrzyła już na Eir, miękko przenosząc wzrok za barwione szkło, nadające buchającemu zielenią ogrodowi dodatkowych barw. Budowany pieczołowicie mur, odgradzający przyjaciółkę od dość istotnej części jej życia, miał zaraz się rozpaść, ale nieuchronność szczerości nie osładzała dyskomfortu płynącego z odsłonięcia najsłabszego miejsca. Czuła się upokorzona własną emocjonalnością, brutalnie zdradzona - przez własny zdrowy rozsądek. Zrobiła wszystko, by do tego nie dopuścić; sięgnęła po niepewnego Valhakisa, oddała się Wenus, zaciskała zęby, gotowa pozwolić rozerwać się na strzępy - byleby zrobić to samodzielnie, w wyniku własnej decyzji, a nie emocjonalnego chaosu, ściągającego na nią najgorszą klątwę. Niemożliwą do uniknięcia, rozłąka tylko nasiliła porywy zatrutego serca, sączącego do krwiobiegu odurzającą truciznę.
Powróciła wzrokiem do Eir, pełne usta wygięły się w uśmiechu - ale czarne oczy pozostały dziwnie niespokojne. Wiedziała, jak obiektywnie wygląda ta historia dla każdego, kto znał ich relację. Manipulacyjna dziwka, która finalnie zdołała wkupić się w łaski bogatego arystokraty, pozostając pod jego luksusową protekcją. Utrzymanka. Kochanka. Czysty, słodki układ, oparty jedynie na pozbawionych uczuć profitach, zaspokajających ustalone potrzeby obojga. Chciałaby, żeby naprawdę tak było; żeby mogła wznieść teraz kielich wina w toaście za pełne profitów oddanie się najhojniejszemu ze sponsorów, mężczyźnie wysoko postawionemu - zarówno na salonach, jak i w mrocznej hierarchii Rycerzy Walpurgii. Tak byłoby łatwiej, nie musiałaby godzić się z prawdą, ciążącą jej czarnym kamieniem węgielnym na od nowa odbudowanym sercu, szarpiącym się w ciasnym uścisku żeber.
Jakim był czarodziejem? Jakim był mężczyzną? Jaki był - dla niej? Eir nie zaczynała od pytań miękkich, choć jej ton na to wskazywał: palce Deirdre mocniej zacisnęły się na chłodnej nóżce kielicha, który ciągle trzymała w splecionych za łydką dłoniach. Konkrety. Musiała zacząć od nich, skupić się na banalnej chronologii - być może zatrzyma się w odpowiednim momencie, wzruszając ramionami i tchórzliwie spychając opowiadaną historię na grząski grunt doskonale udawanego lekceważenia. - Poznałam go w Wenus. Jeden z wielu gości - zaczęła prawie obojętnym tonem; dobrze, byleby utrzymać ten uprzejmy spokój - chwiejący się już kilka wdechów później. - Był jednak...inny, wyróżniał się, czymś mnie do siebie przyciągał. Znasz go - przesada, mogła go jedynie widzieć, ale Deirdre była pewna, że wystarczyło jedno spotkanie w pozwalających na swobodę warunkach spotkań Rycerzy, by dość dobrze poznać Rosiera. Władczego, pewnego siebie, o wilczym spojrzeniu i ostrym, aroganckim uśmiechu, wzbogaconym nutką zasłużonej dumy. Stojącego ponad innymi. Statecznego w swej władzy, niepotrzebującego sztucznego poklasku i szczeniackiego obnoszenia się z własną pozycją. - Zaczął uczyć mnie czarnej magii, stał się dla mnie kimś ważnym. Wzorem. Mentorem. Opiekunem. To on przedstawił mnie Czarnemu Pan, to on za mnie poświadczył, to on pomógł mi osiągnąć potęgę, zdobyć coś, co wydawało mi się niemożliwe. To dzięki niemu zasłużyłam na Mroczny Znak - machinalnie potarła lewe przedramię, przesłonięte groteskowo białą, niewinną koronką rękawa. - Ale...uczucia potrafią przeszkadzać i niszczyć - osłabiają. Czynią podatnym - a przecież nie jesteśmy takie, prawda, Eir? Zależne, bierne, rozkochanym wzrokiem podążające za mężczyzną. Słabe. - Odsunęłam się od niego, dla naszego dobra - powiedziała z pewnością, pomijając egoistyczny aspekt ucieczki. To ona się bała - nie on. To ona zmagała się z przeżerającym ją żywcem uczuciem, w oczach Tristana będąc jedynie przyjemną zabawką. -Zerwałam z nim kontakt, on do niego także nie dążył. Było lepiej i lżej - drobne kłamstwo; zmyła je szybko łykiem wina, które ciągle nie smakowało nim. - Ale przed kilkoma dniami...po prostu pojawił się w Wenus i zabrał mnie stamtąd. Tutaj. Do domu swojego ojca - dodała, nie musząc dodawać, że miejsce należało do Corentina Rosiera; o odejściu lorda mówiono wszędzie, wyrwa w szlacheckiej elicie była nadal świeża i sączyła się z niej czarna, żałobna pustka. Czuła ją także ona, zawłaszczając rozpacz i chaos dla siebie, własnych uczuć, trudnych do okiełznania. Spowitych kirem i niewinną bielą. Uśmiechnęła się do Eir krótko, trochę krzywo, ukrywając zażenowanie. Proszę, oto moja banalna historia - zagłuszająca odbijające się ciągle w jej głowie pytanie. Jaki jest dla ciebie? Kat i zbawca, ofiara i agresor, kim był, kim byli oni - pod wszystkimi nakładanymi od miesięcy maskami? Czy mogła od nich uciec, umknąć z luksusowego teatru, ze sztuki jego reżyserii; rozmyć się w czarnej mgle, jak wtedy, zniknąć - i liczyć na to, że tym razem Rosier pozwoli jej odejść? Mogłaby, ale tym razem, w odróżnieniu od kwietniowego wieczoru - naprawdę się go bała. Rósł w siłę a złowieszczy błysk w ciemnobrązowych oczach nie pozostawiał wątpliwości. Czuła, że gdyby zniknęła, odnalazłby ją, tym razem nie po to, by zamknąć w luksusach złotej klatki, a udusić własnymi rękami. Patrzeć, jak jej czarne oczy tracą blask. Kiedyś nie sądziła, że byłby do tego zdolny wobec niej, najwierniejszej uczennicy, w której kształcenie włożył tyle czasu: kochała jego brutalność, uwielbiała patrzeć na napięte żyły umięśnionych przedramion, gdy unosił różdżkę lub przytrzymywał ich najczęściej złotowłosą ofiarę, ale chwilowe napięcie, wibrujące między nimi na początku maja, otworzyło jej oczy. Uderzył ją. Mgła niedorzecznej baśni, w której ukrył ją przed całym światem, nie pozwalała w pełni wybrzmieć wspomnieniu ciosu; dalej z trudem przypominała sobie ból, siną skórę, rozcięcie wywołane obrączką. Nie spoliczkował ją a uderzył. Gdyby uciekła: zabiłby ją - i miałby do tego pełne prawo. Widziała tę niewypowiedzianą groźbę pierwszej nocy, jeszcze w Wenus, widziała następnego wieczoru w błyskawicach burzy, widziała później, w koszmarach, z których budziła się z sinymi odciskami pasów na rękach.
Nie została jednak w Białej Willi ze strachu, jej serca nie przesłaniało paraliżujące przerażenie. Wyczuwała je, zaczynała się z nim oswajać, pozostając zaślepiona chwilowym paroksyzmem szczęścia, którego nie powinna czuć. Zacisnęła usta, powracając w końcu do sedna, do ważnego pytania, które stanowiło podstawę troski przyjaciółki. Widziała ją w błękitnych oczach.
- Jest dla mnie - Łaskawy? Wyrozumiały? Najlepszy? Brutalny? Jest dla mnie wszystkim? - dobry - powiedziała w końcu, wybierając najmniej odpowiednie słowo, nie mogąc jednak powstrzymać nieco histerycznego rozbawienia, na krótko przebrzmiewającego w perlistym wybuchu śmiechu. Pierwszy raz powiedziała Eir tak wiele, tak szczerze, konkretnie - i zarazem tych konkretów unikając. Zastanawiała się, jak dużo Goyle zdołała wyczytać z jej twarzy; podczas opowieści nie pilnowała się tak, jak zawsze, nie odgrywała żadnej z ról, nie przykładała maski, pozostając niepewna, cyniczna, rozgoryczona i jednocześnie upokarzająco pełna uczucia, błyszczącego w czerni tęczówek, którymi odważnie wpatrywała się w złotowłosą, podając jej jak na tacy własne przekleństwo, niemoc i zawstydzającą słabość.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]12.12.17 21:33
Miała rację, Cadan sobie z tym poradzi. Ale jaką ceną? Nie darzyli zaufaniem zbyt wielu czarodziejów, podchodzili do nowych kontaktów z ogromnym dystansem, świadomi tego, jak wiele mogli stracić, wykonując nawet pojedynczy, niewłaściwy ruch. Dlatego tak bardzo bolała ich każda strata osoby, która miała już wyrobioną opinię; której obecność stała się czymś naturalnym, tak dobrze znanym. Przyjaciel Cadana był dla niego właśnie takim elementem - niezaprzeczalnie związanym z jego jestestwem grubym, mocnym supłem. Nigdy nie wątpiła w to, że jej ukochany sobie poradzi, wszak posiadał w sobie siłę tysiąca morskich węzłów, której często mu zazdrościła i gdy tylko mogła, czerpała z niej garściami.
Uśmiechnęła się więc kątem ust, łącząc swoje własne rozważania ze słowami Dei.
- Poradzi sobie z tym - powtórzyła cicho, przenosząc spojrzenie z miękkiego włosa dywanu na oczy przyjaciółki. Wodziła nim między jedną tęczówką a drugą, z powodzeniem odczytując w nich to, co bezdźwięcznie chciała jej przekazać.
Nie tylko od Cadana uczyłam się tej siły, droga. Tobie i Cassandrze również ją odebrałam.
- Jak to jest nosić pod sercem dziecko? - zadała to pytanie, musiała, chociaż było czysto retoryczne. Wiedziała, co Dei ma na myśli; wiedziała, że chciała poznać ten stan od innej strony - tej zdrowej, pozbawionej chęci unicestwienia tego, co rozwija się w twoim wnętrzu. - To odpowiedzialność. Ogromna. O czyjeś życie. O życie, o którym nie masz nawet bladego pojęcia. Nie wiesz, co się z nim dzieje, jak rośnie - razem z całą tobą. Czasami to wręcz przygniata. Te wszystkie dolegliwości, zmiany nastrojów, mdłości, jakby dziecko rozwijające się w tobie chciało ci zaszkodzić, zamiast pomóc, skoki ciśnienia, strach o to, czy donosisz tę ciążę do końca. Nigdy nie twierdziłam, że to coś przyjemnego i nigdy tak twierdzić nie będę, ale to... jest warte każdego wysiłku. - podniosła na jej twarz spojrzenie błękitnych tęczówek, przypominających lód, który pod wpływem jakiegoś przedziwnego rozrzewnienia zaczął topnieć. Białka zaszkliły się, ale Eir odgoniła łzy ciepłym, może nieco kpiącym uśmiechem. Od początku maja chęć rozryczenia się jak małe dziecko atakowała ją z częstotliwością szczekających na koty psidwaków. I właściwie nie miała powodu ku temu, by faktycznie płakać, co było jeszcze dziwniejsze. - Potem patrzysz w te jasne oczy i wiesz, że miniony ból nie ma już znaczenia. To twoje dziecko. Twoja duma.
Sięgnęła widelczykiem do misy i nadziała na kilka ząbków kawałek brzoskwini. Wsunęła ją do ust, żując powoli, miarkując słodki smak w czasie długiej opowieści Deirdre. Kotłowało się w niej, uczucia buzowały, ale zewnętrzna powłoka doskonale to maskowała. Eir wyczekiwała tylko drobnych, ale wyraźnych zmian w mimice, chcąc w ten sposób lepiej zrozumieć problematykę. Relacja między Tristanem a Deirdre była skomplikowana i nie dziwiła się, że przyjaciółka tak bardzo plątała się między byciem a niebyciem; między kochaniem a nienawiścią. Nie, nie znała go zbyt dobrze, ale nie sądziła, by to w czymkolwiek przeszkadzało. Wystarczyło jej te kilka informacji, które zdołała sama wyłapać nie tylko na spotkaniu Rycerzy Walpurgii, ale również z ust Tsagairt. Rysował jej się jako człowiek, który wie, czego chce; wie, dokąd dąży; wie, jak zdobyć władzę i odnaleźć potęgę. Ale czy w tej sytuacji jego władczość nie uczyniła Deirdre więcej szkód niż pożytku? Sprawił sobie z niej może nie swoją służebnicę, co element pasujący do całości. Była kolejną, którą zdobył. Było w tym obustronne uczucie? Czy w ich relacji w ogóle było miejsce na takie uczucie?
Jej ostatnie słowa jakby wyklarowały Eir pogląd na całą sytuację. Było jej z nim dobrze, ale czy była z nim, opierając się na romantycznym, ale dość trafnym frazesie, szczęśliwa?
Jeśli tyle ci podarował – zaczęła ostrożnie, wędrując między czarnymi liniami na jej przedramieniu. Mroczny Znak. Czaszka i wąż lśniące nad domami zamordowanych. – To była oznaka jego dobroduszności i przywiązania do ciebie czy chęci posiadania cię tylko na wyłączność? – pytanie zakończyła lekko, bez ani krztyny podejrzliwości czy pretensji do samego Rosiera i jego stanowiska w tej sprawie. Była po prostu ciekawa. Ciekawa tego, czy faktycznie jej przyjaciółka czuła się z nim bezpieczna. Nie podzieliła śmiechu, pozostawiając swoją twarz w stanie jasnego, nieokreślonego skupienia. Znów jednak spojrzała na Tsagairt, szukając w niej oznak ostatecznej odpowiedzi na kotłujące się w jej głowie pytania. Czujesz się wyzwolona, będąc znów zniewoloną, Deirdre?
Może to szaleństwo jest dla was lekiem. Trudne relacje zawsze są tymi najbardziej trwałymi – odparła, chwytając widelczykiem kolejny kawałek brzoskwini. – Mnie i Cadana spaja odpowiedzialność za nasz ród, za nasze tradycje, za nasze dzieci. Was spaja szaleńcze przywiązanie, od którego nie potraficie się uwolnić. Jeśli jest ci z nim dobrze, nie rezygnuj z niego. Nie powinnaś. On kiedyś może okazać się kluczem do wszystkich tajemnic.
Tak jak kluczem do moich tajemnic był Cadan.


Powiedz ty mi, kości biała,
Kto cię więził w mrokach ciała,
Kto swój los na tobie wspierał,


Kiedy żył i jak umierał?

Eir Goyle
Zawód : trucicielka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
nierozumni
niestali
bez serca
bez litości
OPCM : 1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 31
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
Weranda - Page 2 N9cjEVZ
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4853-eir-goyle https://www.morsmordre.net/t5088-do-eir https://www.morsmordre.net/t4873-eir#105642 https://www.morsmordre.net/f329-grimmauld-place-4-2 https://www.morsmordre.net/t4874-skrytka-bankowa-nr-1246#105646 https://www.morsmordre.net/t5386-eir-goyle
Re: Weranda [odnośnik]17.12.17 18:40
Pomiędzy nimi nie istniały tematy tabu, tematy omijane szerokim łukiem przyzwoitości: Deirdre nie obawiała się już odsłonić przed Eir swoich wątpliwości, pewna, że przyjaciółka nie odbierze pytań jako wyrazu niechęci lub pogardy. Różniły się. Złotowłosa strażniczka domowego ogniska, oddana żona, wiernie wypatrująca powrotu męża, wytrwała matka roztaczająca opieką nad synem, zdolna alchemiczka, działająca zza kurtyn brutalnego spektaklu, unikająca bezpośredniego ryzyka. Pozornie więcej je dzieliło niż łączyło, lecz przepaść poglądów i słabości stała się nieistotna wobec szacunku i zaufania, spajających kobiety silniej od płytkich, wspólnych więzów kobiecych stereotypów. Mogły się nie rozumieć, mogły przyglądać się własnym życiom spod przymrużonych powiek, przekonane, że zachowałyby się inaczej - ale nigdy nie sugerowały, nie naciskały na zmianę decyzji, nie przekonywały do swego punktu widzenia, jednocześnie zdecydowane i łagodne. Siła była kobietą, tak samo jak mądrość, a Deirdre miała szczęście do przyjaciółek, które reprezentowały te dwie cechy. Odnalazły ją w najgorszym momencie życia, pomogły przebrnąć przez okrucieństwa pierwszych tygodni w Wenus, nauczyły ją prawdziwej rzeczywistości - nigdy nie pozwalając sobie na złośliwość, z poważaniem podchodząc do przeciwieństw. Deirdre uśmiechnęła się lekko na słowa Eir: kochała ją właśnie za szczerość, nie zachowywała się jak ślepo zakochane w swych zawiniątkach matki, potrafiła mówić jasno o ciężarze, smutku, bólu; o odpowiedzialności, samotności i niechęci, a mimo to w błękitnych oczach lśniło szczere wzruszenie. Tsagairt nie zamierzała go wyśmiewać, ale nie odwracała spojrzenia, chłonąc tą drżącą słabość, udowadniającą, że ufają sobie wzajemnie - na tyle, by odsłonić się do tego stopnia. Nie rozumiała ani jednego słowa, które padło z ust Goyle, nie potrafiła wyobrazić sobie podobnego poświęcenia, przerażał ją fanatyzm, w jaki popadały znane jej matki, gotowe umrzeć dla swego dziecka - Eir przedstawiała to jednak w tak naturalny sposób, że w myślach Dei nie pojawiły się gotowe, umniejszające odpowiedzi. Miała do czynienia z tajemnicą, przerażającą i w pewien sposób obrzydliwą; tajemnicą, której nigdy nie zgłębi. Była pewna, że jest bezpieczna, że jej łono pozostaje martwe - i ta świadomość przynosiła jej ulgę, pozwalając obserwować rosnący brzuch przyjaciółki z masochistycznym zaciekawieniem, jak dziecko, które nie potrafi oderwać spojrzenia od zmarłego zwierzęcia, zafascynowane i przerażone śmiercią. Nic dziwnego, że Deirdre niepokoiło życie, należała przecież do śmierci; nie pojmowała także poczucia własności, posiadania czegoś - kogoś - na wyłączność; nie istniała nawet sama dla siebie, zmęczone ciało dalej nosiło ślady Wenus, powoli odkrywała je na nowo, wędrując po omacku po miejscu, w jakim po raz pierwszy mogła być wolna. Względnie. Zacisnęła usta, tłumiąc wybuch perlistego, nerwowego śmiechu, wieńczącego jej rzeczową opowieść, wzniesioną na stereotypach baśń. Czy dotarła już do etapu i wszyscy żyli długo i szczęśliwie? Nie była naiwna, coś, co z pozoru wydawało się spełnieniem wszelkich marzeń, aż wibrowało od niepewności, jakby złoty zamek, w którym czuła się tak dobrze, zbudowany został na ruchomych piaskach. W każdej chwili wysokie sufity mogły stać się wiekiem trumny, różane ogrody zamienić w labirynt trujących roślin a miękkie pościele, pozwalające zapaść w pierwszy od lat zdrowy, głęboki sen, owinąć się wokół jej szyi aksamitną pętlą, odbierając na zawsze niedawno odzyskany dech. Stała pomiędzy, pomiędzy sercem a rozumiem, oddaniem i niepewnością, nienawiścią i czymś mocniejszym, mącącym w głowie, utrudniającym ubranie swych myśli w słowa.
Na pełnych ustach wykwitł pełny, choć krzywy uśmiech; trochę ironiczny, trochę pogardliwy, z zażenowaniem skierowanym w nią samą, nie w Eir. Zadawała celne pytania - na które Deirdre nie chciała - lub po prostu nie potrafiła odpowiedzieć. - Dobroduszności - powtórzyła powoli, pieszcząc to słowo w ustach, przegryzając je niczym zbyt słodki fragment deseru, lukrową powierzchnię, mdlącą i satysfakcjonującą jednocześnie. - To ostatnie określenie, które można by przypisać Tristanowi - rzecz jasna poza wiernością i łagodnością - poinformowała lekko, nie przeszkadzało jej to, nie potrzebowała jego dobroduszności ani wierności. Potrzebowała jego siły i wiedzy, a także ostrej obecności, zaspokajającej ciągle nawarstwiającą się tęsknotę. Co do brutalności - oczywiście, że tak był, a ostatnio w swej sile: coraz mniej przewidywalny, mknął razem z nią w otchłań czarnej magii, zostawiając daleko za sobą wenusjański status quo. Ona korzystała pilnie z jego nauk, chłonąc wszystko, co pokazywał, lecz przecież szli tą drogą razem: on kilka kroków z przodu, widząc więcej, szybciej poruszając się po nieznanych terenach. Obydwoje się zmieniali, pogrążając w mocy, która odciskała niewidoczne piętno, wiążące ich mocniej od romantycznych obietnic i dramatycznych przysiąg. - Mogę tylko podejrzewać, co nim kieruje - odpowiedziała w końcu, werbalizując niewygodne prognozy, które do tej pory spychała na krawędź umysłu, przesłaniając je podszeptami innego rodzaju. Chciał ją ochronić, chciał pomóc, chciał, by stała się w pełni tym, na kogo ją wychował - wcale nie z powodu zaborczości a dumy mentora, zadowolonego z postępów najpilniejszej uczennicy. Czy mogła jednak wierzyć rozhuśtanej emocjonalności, zamieniającej zdrowy rozsądek w kwilące z tęsknoty zwierzątko, gotowe łasić się do stóp? Upiła ostatni łyk wina, odkładając je na stolik; spuściła także stopy na ziemię, złota bransoleta zdobiąca kostkę ponownie ukryła się za białym materiałem sukni. - Możliwe, że traktuje mnie jako zabawkę, którą posiadł na wyłączność. Chwilową przyjemność. Mężczyźni naprawdę szybko się nudzą - wiedziała przecież o tym najlepiej; coś, co nieosiągalne zawsze sprawiało im więcej rozkoszy; zaprogramowani na zdobywanie, tracili zainteresowanie pochwyconą zdobyczą. Deirdre zdawała sobie z tego sprawę, ale wypowiedzenie tej ramy ich relacji na głos wcale nie sprzyjało odzyskaniu zdrowego rozsądku. Czy gdyby faktycznie tak było, nie znudziłby się nią wcześniej? - Ale nawet jeśli tak - to nie zmienia tego, co - co do niego czuję; jedynie krótki błysk w czarnych źrenicach mógł zdradzić natychmiastową zmianę słów wypowiadanych przez wilgotne od wina wagi. Nie mogła obnażyć się aż tak, pokazać, że jej serce ciągle pulsuje ludzką czerwienią i może zostać rozszarpane na kawałki, wywołując emocjonalną agonię - co zdołałam uzyskać. Nie pamiętam, kiedy ostatnio nie musiałam się przejmować podstawowymi aspektami przeżycia - zmarszczyła nieco brwi, zgrabnie wypływając na znane, cieplejsze wody, dalekie od uczuć, bliskie za to wrodzonemu pragmatyzmowi. Dach nad głową, spokój, wyśmienitej jakości jedzenie, ucieczka od lepkich rąk burdelu: nie mogła prosić o więcej. Wolała być postrzegana jak interesowna kurewka, wykorzystująca swego nowego opiekuna niż jako ktoś, kto naiwnie wierzy w odwzajemnienie uczucia...które przecież nie istniało. Hamowała instynktowne odruchy, tłumiła szybsze bicie serca - nie potrafiła jednak cofnąć słów, które wypowiedziała, a które Eir podsumowała z typową dla siebie trafnością.
Klucz do wszystkich tajemnic. Czyż nie tym się dla niej stał? Odpowiedzią na wszelkie pytania, opoką na której budowała od nowa swoją potęgę, gwarantem pozwalającym jej stanąć nad innymi mężczyznami. Nauczycielem, mentorem, opiekunem, kochankiem - najważniejszym i jedynym, który potrafił ją naprawdę okiełznać, sięgnąć dłonią poprzez żebra aż do serca, zamknąć je w poznaczonej odciskami dłoni, zmusić do rytmu, dyktowanego jego życzeniem.
- Już nim jest - odpowiedziała tylko cicho, wpatrzona w blade stopy i złączone nogi; na dłonie splecione na podołku niczym pensjonarka: wzrok był jednak skupiony na złotej bransolecie, migoczącej w promieniach popołudniowego słońca nawet przez materiał białej koronki. Ponownie uśmiechnęła się dziwnie, trochę niepokojąco, trochę niewygodnie. - Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego - dodała jeszcze ciszej, właściwie niemożliwie do zrozumienia, pełna goryczy i lęku. Czym innym była szarpanina z własnymi emocjami skryta za zasłoną samotności a czy innym wypowiadanie tych śmiałych klątw na głos, dzieląc się z Eir tym, co najbardziej wstydliwe. Co przerażało ją do głębi i jednocześnie napełniało dziwnym, niezrozumiałym uczuciem, bliskim nieosiągalnemu przecież szczęściu. Naiwnemu, głupiemu; wyrywała się
z objęć ckliwego zadurzenia, nie potrafiąc jednocześnie wyzwolić się z okowów tęsknoty, nasilającej się z każdą sekundą nieobecności Tristana. Opuścił Białą Willę przed kilkoma godzinami a już czuła pulsujący brak, niecierpliwość, niewygodę przebywania z daleka od jego poznaczonego poparzeniami ciała. Westchnęła delikatnie, prostując się na wygodnym szezlongu - ponownie przeniosła spojrzenie na Eir, po czym sięgnęła dłonią ku jej ustom, by otrzeć wargi ociekające brzoskwiniowym sokiem. W prawie opiekuńczym geście, odwracającym nieco uwagę od wyszeptanego wyznania, osiadającego na jej języku goryczą zawstydzenia.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]13.01.18 20:37
Odrobinę zaczynała czuć się przygnieciona odpowiedzialnością, jaka spadała na jej barki, uświadamiając alchemiczce, że tak naprawdę doskonale szło jej zapewnianie siebie samej o swoich czystych intencjach – to jej, nikomu innemu Ramsey postanowił powierzyć tajemnice umiejscowienia tajemniczej komnaty w Białej Wywernie; to jej Deirdre postanowiła zdradzić, jak wiele intymności istniało pomiędzy nią a Tristanem Rosierem. Niby powinna przyjąć ten ciężar bez mrugnięcia okiem, a jednak serce biło odrobinę szybciej, jakby dla sprawdzianu podkuwane drobną szpilką. Jesteś godną zaufania osobą, Eir, nawet nie myśl o zniszczeniu tego.
Chciała zachować równowagę, z zamkniętymi oczami kroczyć po krętej ścieżce, a jednak ciąża uruchamiała w niej mechanizmy, o których istnieniu całkiem zapomniała. To prawda, że z lubością przyglądała się niemowlęciu, które kilka godzin temu jeszcze nosiła pod sercem, ale nigdy nie miała zamiaru rozpłakać się nad jego urokiem, zakochać w nim po wszystkie krańce swojego ciała. Zawsze ważyła emocje, rozumiała je i akceptowała, pozwalając, by czasami pokazywały się w swojej pierwotnej formie, ale nigdy nie przesadzała. Nie była paranoikiem, furiatem, nie była roztkliwioną matroną. Nie była też na ślepo zakochana w swoim mężu. A jednak teraz uroniła kilka łez nad tymi kilkoma słowami, jakie przyniosła na jej język ślina. Szczerymi, prostymi, przedstawiającymi faktycznie realia, a nie zakreślone w opowieściach mamek bajki o cudownym macierzyństwie. To wcale nie było łatwe, nie było proste. I Deirdre, zasługiwała na odpowiedź bez ani grama fałszu.
Otarła lekko policzki, zajmując się przeżuwaniem kawałka brzoskwini. Wzrokiem znów niemal wykręciła dziurę w półmisku. Musy świstuny. Pieprzne diabełki. Kaprysy żywieniowe były jak podszepty demonów. Atakowały nie tylko w dzień, ale też i w nocy. Stawały się wyznacznikiem, drogowskazem, za którym nie chciała, ale musiała podążać. Ciąża więziła, niewoliła – dopowiedziała w myślach, kiedy już skończyły ten temat. Mogła jej o tym powiedzieć, ale w związku z tym, że dopiero teraz przyszło jej to na myśl, nie miała już możliwości.
Błękitne tęczówki prześledziły kolejne gesty Deirdre, tym razem skupione w mimice twarzy. Zaciskała wargi – kpina czy gorycz? Na ułamek sekundy powieki drgnęły, jakby chciała je przymrużyć. Badała ją, chciała rozgryźć do końca, sprawdzić, co kryje… a zamiast tego coraz lepiej poznała sylwetkę jej kochanka. Miłości? Zbyt surowe określenie. Był zimny, bo pasożytnicza dobroduszność szukała sobie tylko zdrowych, ciepłych miejsc, gorących serc gospodarzy, którzy mieli empatię i altruizm za dwójkę najlepszych przyjaciół. Nie był wierny i łagodny. Ale był dobry – dla Deirdre. Eir próbowała dopasowywać do siebie elementy, układać z jej słów pełen obraz, ale mimo zapotrzebowania na tak niewiele fragmentów, wciąż widziała wiele pustych miejsc. Mimo to słuchała cierpliwie, uważnie, niemal mimowolnie sięgając po kolejne kawałki owoców.
Jej zawahanie nie umknęło jej uwadze. Co, Deirdre? Zajrzała do jej ciemnych tęczówek, ogarnęła wzrokiem owal twarzy. Zagłębiała się w ten związek jako obserwator, osoba trzecia, czuła się bezpiecznie wiedząc, że wszystkie wnioski pozostaną w zasięgu tylko jej dłoni.
Nie jest całkiem czysty w twoich oczach – uśmiechnęła się kątem ust, ale nie triumfalnie, nie kpiąco czy z pogardą. Zobaczyła teraz przywiązanie i umocnioną więź, która spajała ich ze sobą mocnym węzłem. – Może to i lepiej. Biel nigdy nie pasowała do szaleństwa.
Powiedziała to do przyjaciółki, chociaż było to raczej zwerbalizowanie myśli Eir, które tworzyła, konkluzji, jaka plątała się po jej głowie od czasu, gdy podjęły ten temat. Sięgnęła po kieliszek i uchwyciła jego cienką, szklaną nóżkę, podsuwając sobie pod wargi, by w końcu umoczyć je w czerwonym winie.
I nigdy już nie poczujesz – odparła niemal od razu, nie zastanawiając się nawet, czy wypowiadane słowa mają sens. Instynkt zareagował pierwszy. Wiedziała, że musi to powiedzieć. Odstawiła kieliszek z powrotem na stolik. – Zerwał kwiat, Deirdre. Czarną różę. Raz zerwany już zawsze pozostaje pod opieką swojego pana. Jeśli pan go zostawi, kwiat umrze.
Uśmiechnęła się subtelnie, łagodnie, nieco eterycznie, ale wprost do Deirdre – to ona, tylko ona miała stać się odbiorcą tego cichego gestu, który przekazywał jej wszystko to, czego słowa przekazać nie potrafiły. Troskę, uwagę i wsparcie, ale nie współczucie. Spuściła wzrok na jej dłoń, w milczeniu chłonąc jak kciuk zakreśla łuk na jej ustach, oczyszczając je ze słodkiego, brzoskwiniowego soku. Uścisnęła lekko jej dłoń, jakby w pożegnalnym geście, by zaraz podnieść się, ostrożnie i z pewnym trudem.
Będę już szła. Zostawiłam Hjalla pod opieką matki. – podeszła do sofy, by rozłożyć swoją czarną pelerynę i nałożyć ją sobie na ramiona. Zanim jednak zdecydowała się odejść, powróciła do przyjaciółki, ujęła jej policzki w dłonie i złożyła na jej czole miękki, matczyny pocałunek. Gest niegasnącego pojednania i pożegnania, który w jej domu był dobrą tradycją. – Gdybyś mnie potrzebowała, jestem do twojej dyspozycji.
Gdy Dei odprowadzała ją do drzwi, do końca zapinała płaszcz i osłoniła nim dobrze swój brzuch, tworząc dookoła swoich ramion szczelną kopułę. Do wioski wróciła sama, a stamtąd wróciła do swojego mieszkania korzystając z sieci Fiuu w tamtejszej tawernie.

| zt x2


Powiedz ty mi, kości biała,
Kto cię więził w mrokach ciała,
Kto swój los na tobie wspierał,


Kiedy żył i jak umierał?

Eir Goyle
Zawód : trucicielka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
nierozumni
niestali
bez serca
bez litości
OPCM : 1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 31
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
Weranda - Page 2 N9cjEVZ
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4853-eir-goyle https://www.morsmordre.net/t5088-do-eir https://www.morsmordre.net/t4873-eir#105642 https://www.morsmordre.net/f329-grimmauld-place-4-2 https://www.morsmordre.net/t4874-skrytka-bankowa-nr-1246#105646 https://www.morsmordre.net/t5386-eir-goyle
Re: Weranda [odnośnik]12.06.18 17:10
| 5 sierpnia

Słońce zawisło wysoko nad horyzontem, zalewając ostrym światłem nawet najciemniejsze zakamarki ogrodu. Zazwyczaj skryta w cieniu weranda także aż lśniła od rozbłysków purpurowo-złotych witraży, zamieniających eleganckie meble w barwne elementy układanki. Deirdre obserwowała je beznamiętnie, mrużąc oczy przed złośliwymi promieniami, igrającymi na jej egzotycznej twarzy. Lubiła tu przebywać, odnajdywać ochłodę i swobodę. Mieszkała tu już prawie trzy miesiące, nazywała to miejsce domem, lecz ciągle nie czuła się tutaj w pełni komfortowo. Przestronne komnaty nieco przytłaczały przepychem, wysokie sufity tonęły w bieli a grube mury oddzielały ją od zewnętrznego świata, zbytnio przypominając więzienie. Najwięcej czasu spędzała więc w ogrodach, na wybrzeżu lub właśnie tutaj, na werandzie. Gdyby usunąć z niej drogie obsydianowe rzeźby oraz przymknąć oko na wyjątkowe drewno, stanowiące podstawę kunsztownie wykonanych mebli, kameralna przestrzeń mogłaby istnieć wszędzie, nie tylko w willi możnego arystokraty. Bujna zieleń, zroszona intensywnymi deszczami, rozkwitła z zaskakującą siłą. Ciężkie pęki róż zwisały z krzewów, zbliżając się do pełnego rozkwitu, liście mknęły w stronę słońca a bluszcz wypełzał coraz wyżej po ścianach Białej Willi, zacieniając część witraży.
Lato nigdy nie było ulubioną porą Deirdre, obojętnej na przyrodę i zachodzące w niej zmiany; doceniała to, co otaczało ją w danym momencie, ze stoickim spokojem rozkoszując się zarówno gorącem jak i chłodem. Narastająca frustracja, związana z ostatnimi trudnościami, jakie przechodzili wraz z Tristanem, pozbawiła ją tej rzeczowej ogłady. Irytowały ją nawet drobnostki. Dzielnie stawiała im czoła, ale później długo musiała odchorowywać zachowanie kamiennej twarzy. Dziś także powróciła z Festiwalu Lata, gdzie prezentowała się niczym perfekcyjna, nudna panienka, dopiero w zaciszu Białej Willi pozwalając sobie na chwilę słabości. Ze złością rozdarła starannie zapakowane, eleganckie pudła z ubraniami, które dyskretnie zamówiła przed dwoma dniami, wyciągając z nich lekkie niczym mgła koronki. Przesunęła po nich palcami, czując gniew, silniejszy nawet od goryczy upokorzenia. Myślała, że zamknęła ten etap - to nic, że sama pragnęła powrócić do tych estetycznych rytuałów. Nie przyznawała się do tego przed sobą, wytrącona z równowagi surową oceną Rosiera. Przełknęła dumę, lecz nie na tyle, by przemierzać teraz wyrafinowaną i obrazoburczą bieliznę oraz peniuary. Przerzuciła te, które zdołała już wyjąć, przez parawan. Nie chciała na to patrzeć, potrzebowała relaksu, a jedyny dostępny odnajdowała w doskonałym winie sir Corentina. Bez problemu odnalazła wiekowy rocznik i razem z butelką oraz kielichem ruszyła, boso, na werandę, zasiadając na wygodnym szezlongu. Podciągnęła kolana pod brodę: nie musiała krygować się dobrą pozycją, materiał odsłonił kostkę obciążoną złotą bransoletą oraz smukłe łydki. Przymknęła oczy, prychając głośno, a następnie umoczyła usta w winie, mocno ściskając kielich w długich palcach. Koszmar Azkabanu powoli odchodził w niepamięć - cóż z tego, rzeczywistość przynosiła ciągłą frustrację, wpędzając ją w poczucie winy i zagubienia. Na szczęście mogła przeżywać je w samotności: a przynajmniej tak się jej naiwnie wydawało, bowiem nagle usłyszała wyraźne kroki podkreślone stukotem obcasów. Tsagairt leniwie otworzyła powieki, nie ruszając się z miejsca. Jeśli była to Fantine, zapewne nie chciała się z nią zobaczyć i lepiej omijać się szerokim łukiem. Jeśli Melisande - sama ją znajdzie. Deirdre nie miała dziś ochoty na żadne spotkania ani konfrontacje; oparła się wygodniej o bok szezlongu i upiła kolejny łyk, nieco osładzający narastające poczucie dyskomfortu. Stukot stał się głośniejszy; nieśpiesznie przekręciła głowę w bok, pozostając w tej samej pozycji, wypatrując pojawiającej się na progu werandy sylwetki. Nieznajomej sylwetki.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]12.06.18 23:30
Najlepszym dowodem na to, że świat ulegał zmianie, a wszystko w jej życiu przewracało się do góry nogami był niewątpliwie fakt, że Festiwal Lata opuszczała wściekła, zmęczona i przepełniona emocjami, których nie rozumiała. Niegdyś stanowił idealną okazję do zabaw, dziewczęcych harców przy ognisku, ploteczek i odpoczynku. Teraz zostawił ją z poczuciem zagubienia, irytacji buzującej pod skórą i ciekawości, którą pobudziło spotkanie Anthony'ego Macmillana. Coś musiało zajść między nim, a Cygnusem. Coś, czego Druella nie rozumiała, a co sprawiało, że atmosfera w ich obecności robiła się gęsta niczym melasa, a powietrze niemal iskrzyło od siłą utrzymywanych na wodzy nerwów. Była ciekawa, a ta ciekawość paliła trzewia i wypełniała głowę. Spotkanie Ramseya, przeklętego Ramseya, którego spotykać wcale nie chciała - a przynajmniej tak powtarzała sobie od kilku dni, by zdławić poczucie tęsknoty - również nie pomogło jej w sprawieniu, że feralny Festiwal Lata robił się lepszy. Wręcz przeciwnie.
Nic więc dziwnego, że gdy tylko jej stopy dotknęły londyńskiego bruku, złość na wszystko i wszystkich eksplodowała ze zdwojoną siłą. Nie miała ochoty wracać do rodowej posiadłości, w której ciotka i matka natychmiast obsiadłyby ją jak muchy, plotąc nieprzerwanie o przygotowaniach do ślubu. Nie miała ochoty zostawać w Londynie, w którym jedyna rozrywka, będąca warzeniem eliksirów w Świętym Mungu niosła za sobą ryzyko natknięcia się na Lupusa. Kolejny, niech go skrzaty porzucą, beznadziejny męski przypadek i dowód na to, że cała płeć brzydka miała coś nie tak ze zwojami mózgowymi. Jego przemiana, która nastąpiła właściwie z dnia na dzień, drażniła ją niepomiernie. Oczami wyobraźni widziała już konieczność zasiadania z naburmuszonym, wykrzywiającym drwiąco usta szwagrem do wspólnego stołu podczas świąt i rodzinnych uroczystości, a ta perspektywa napawała ją jeszcze większym gniewem.
Przez moment zastanawiała się co powinna zrobić, aż wreszcie rozwiązanie nasunęło się samo, wraz z wrzaskiem mew kłócących się o kawałek chleba nad brzegiem Tamizy. Biała willa. Kent, posiadłość, w której spędzała wakacje jako dziecko, w której wciąż bywała - z kuzynkami lub bez nich – by uciec od przepełnionego wrażeniami dworskiego świata.
Wyjazd na Wyspę Sheppey był pomysłem idealnym. Samotność, dobrze zaopatrzona piwniczka z winem i błogi spokój.
Zaaranżowanie podróży zajęło skrzatowi zaledwie godzinę, może dwie. W tym czasie brunetka, wygodnie wyciągnięta na nieprzyzwoicie wręcz miękkiej sofie w salonie swojego londyńskiego mieszkania, oddawała się prostej przyjemności, jaką w określonych okolicznościach mogła być popołudniowa drzemka. Nie był to sen, który mógł dać jej wypoczynek ani taki, który mógł przynieść miły sen na poprawę humoru, ale w zupełności wystarczył by mogła postawić stopy na piaszczystym brzegu plaży rześka jak skowronek i w zupełnie innym nastroju.
Spacer po kamienistym wybrzeżu, ryczącym falami rozbijającymi się w zatoczkach pomiędzy wielkimi, ponurymi głazami i szepczącym zefirem zrywającym się w słoneczny dzień przyniósł jej ulgę, której tak pragnęła. Choć dla wielu okolice otaczające białą willę mogły wydawać się przygnębiające, w ich niezmienności i dzikiej naturze panna Rosier zawsze odnajdowała coś bezpiecznego, znajomego. Gdy dotarła wreszcie do posiadłości, doskonale wiedząc, że jej rzeczy znajdują się już tam, gdzie powinny, na jej twarzy wykwitał łagodny uśmiech. Uwieńczenie tego dnia książką i lampką wina na werandzie wydawało się być doskonałym pomysłem. Zrzuciła więc z głowy kapelusz z delikatnym jak mgiełka fascynatorem i odkładając go niedbale na stół w salonie, z książką pod pachą i kieliszkiem ulubionego wina w dłoni ruszyła w stronę werandy. Stukot jej obcasów ustał raptownie, gdy stanęła w progu oszklonej werandy, na szezlongu dostrzegając nieznajomą postać. Dziewczyna, czy może raczej kobieta, wpatrywała się w nią z równym zdziwieniem. Rozsądek stłumił zryw instynktu, każącego jej sięgnąć po różdżkę. Postąpiła kilka kolejnych kroków w głąb pomieszczenia, nie spuszczając jasnych oczu z nieznajomej.
- Kim jesteś? - spytała bezceremonialnie, nie zamierzając bawić się w zbędne uprzejmości przed ustaleniem tego istotnego faktu. Była, psia kość, u siebie. Nie musiała przestrzegać wszystkich konwenansów, gdy w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby o tym poświadczyć.
W milczeniu doceniła wyjątkową urodę kobiety, a choć jej spojrzenie pozostawało świdrujące, w głosie nie było wrogości. W końcu mało kto mógł dostać się na tę wyspę bez bezpośredniego zaproszenia.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Weranda [odnośnik]16.06.18 11:06
Biała Willa miała stać się oazą spokoju, komfortową przestrzenią o wyraźnych granicach, których nikt nieproszony nie będzie w stanie przekroczyć. Wybudowana na małej wyspie, z dala od siedzib ludzkich, odstraszała przypadkowych przechodniów, pozostając niewidoczna dla nieproszonych gości. Deirdre wiedziała, że na dom zostały nałożone mocne zaklęcia ochronne, gwarantujące odpoczywającej tu rodzinie całkowity spokój. Geograficzne odseparowanie od kontynentu oraz magia dawały poczucie bezpieczeństwa oraz intymności – dlatego właśnie czuła się tu tak dobrze, szybko oswajając się z nową rzeczywistością. Willa przypominała przecież jej pokoje na stancjach – gwarantujące samotność oraz ciszę – zwiększone tylko kilkadziesiąt razy i odmalowane w barwach pełnych przepychu. Cieszyła się z tego miejsca i choć nie ingerowała w jego wygląd, swoje rzeczy trzymając w jednej tylko komódce na poddaszu, to traktowała każdy pokój z czułością typową dla swoich przestrzeni, zaadoptowanych i dających poczucie swobody. Nawet parząca nieobecność Tristana nie była w stanie zniweczyć tej aury: poruszała się po komnatach tak, jak zawsze, korzystając z wszelkich wygód oraz możliwości domu, zaprojektowanego z myślą o odpoczynku. Bogata biblioteka, wspaniałe wybrzeże, łaźnia, zachwycający dzikością ogród; miała to wszystko dla siebie, starając się zapomnieć o prętach, ograniczających złotą klatkę. Słodkie wino pomagało ukoić irytację spowodowaną wymuszonym bieliźniarskim zakupem, lecz nie było jej dane rozkoszować się nim w ciszy.
Stukot obcasów zapowiadał towarzystwo, lecz nie takiego gościa się spodziewała. Bez mrugnięcia wpatrywała się w stojącą na progu werandy kobietę. Elegancka, zadbana, z wyprostowaną sylwetką, ubrana w suknie z najdroższych materiałów – potrafiła to już względnie ocenić – wyglądała na szlachciankę w każdym calu. Pierwsza myśl, jaka przyszła Deirdre do głowy, była jednak irracjonalna: czyżby Tristan sprowadził tu sobie zastępstwo, inną kochankę, wyglądającą jak prawdziwa kobieta? Umalowana, z ułożonymi włosami, ubrana, z doskonałymi manierami. Sądziła, że gustował w złotowłosych pięknościach, brunetka, choć urodziwa, nie wpisywała się w hołubiony przez Rosiera kanon urody. Ich napięte stosunki doprowadzały do snucia najdziwniejszych fantazji, którym nie dała się porwać. Myśl logicznie. Wyniosła kobieta oraz jej uroda wskazywały raczej na powinowactwo, Biała Willa należała do Corentina, może poinformował jakąś chrześniaczkę o tym miejscu a Tristan nie zdążył cofnąć zaproszenia. Tsagairt nie werbalizowała jednak żadnych podejrzeń, nigdy nie zdradzała się z aluzjami, jeśli nie była ich prawie pewna lub nie miała konkretnego celu. Bez ruchu, bez najmniejszego gestu, z długimi palcami zaciśniętymi na nóżce kielicha i kolanami podciągniętymi pod brodę, obserwowała nieznajomą.
- Mogłabym zadać to samo pytanie – odpowiedziała miękko, z umiarkowanym zainteresowaniem. Zazwyczaj traktowała ludzi, tak, jak na to zasługiwali – lub tak, jak pragnęła ich zmanipulować – dlatego czekała na pokazanie się brunetki z jakiejkolwiek strony. Nie mogła być kimś przypadkowym, zaklęcia ochronne nie pozwoliłyby tu pojawić się komuś nieproszonemu, zachowywała więc spokój i nie sięgała po różdżkę ukrytą w kieszeni granatowej sukni. Zasugerowałaby, że uprzejmość wymagała, by gość przedstawił się jako pierwszy, ale na razie nie mówiła nic więcej, po prostu wpatrując się w brunetkę z kocią uważnością, niepozbawioną pewnego rozleniwienia i względnej ciekawości. Uniosła kielich do ust, upijając z niego łyk wina, bez zrywania kontaktu wzrokowego z kobietą. Może powinna opuścić nogi na ziemię i zadbać o to, by smukłe łydki skryły się pod materiałem, ale na razie nie wiedziała z kim dokładnie miała do czynienia. W takich niepewnych sytuacjach wybierała najbezpieczniejsze wyjście: dopóki nie poznała rozmówcy, stawała się lustrem, odbijając poziom rozmowy, intonacje głosu oraz podejście, nie dając się sprowokować. Odsunęła usta od kielicha i oblizała z nich czerwień wina, powracając do wręcz nienaturalnego bezruchu, w którym obserwowała brunetkę.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]31.07.18 0:20
Życie Prymulki naprawdę nie było łatwe, choć nigdy nie ośmieliłaby się narzekać na swój los, przyjmując z wdzięcznością fakt, że może służyć tak znakomitej rodzinie. Bycie służką Rosierów było nie lada zaszczytem, nawet jeśli panienki Rosier często traktowały ją po prostu podle, kaprysząc i grymasząc na wszystko, podczas gdy Prymulka bez słowa skargi sprzątała ich komnaty, czyściła suknie, podawała posiłki i spełniała wszelkie inne zachcianki, jakie tylko przychodziły Rosierównom do głowy. Urodziła się, by służyć i pragnęła to czynić do końca życia, bo zwolnienie ze służby było dla każdego szanującego się skrzata najwyższą hańbą i wstydem. Poświęcała swojej służbie całe dnie, bo w tak dużym dworze zawsze było dużo pracy, zwłaszcza biorąc pod uwagę mnogość zachcianek jej panów.
Zgodnie z poleceniem pana pojawiała się także w Białej Willi, usługując mieszkającej tam panience Deirdre i dbając, by niczego jej nie brakowało. Nie śmiała pytać swego pana, kim jest panienka, ale polubiła ją na swój skrzaci sposób – panienka Deirdre wydawała się miła. Nie rzucała w nią przedmiotami ani wyzwiskami, nie okazywała jawnie swojego niezadowolenia i grymasów. Była inna niż panienki Rosier, które Prymulka zawsze bała się zdenerwować, wiedząc, że później będzie się musiała za to ukarać. Nie mogła być przyczyną złości swoich panów i zawsze musiała wymierzać sobie konsekwencje, przytrzaskując sobie dłonie pokrywką od garnka lub okładając się po głowie drewnianą łyżką. To było silniejsze od niej.
Zmaterializowała się w domku, ze zdumieniem dostrzegając, że panienka Deirdre nie była sama, a towarzyszyła jej panienka Druella. Prymulka zmieszała się, nie spodziewając się obecności panienki Rosier, ale skłoniła się z uniżonością, mając nadzieję, że nie przeszkadza. Pragnęła tylko wykonać swoje dzisiejsze obowiązki, czyli wysprzątać dom i spełnić zachcianki jego obecnej lokatorki.
- Panienko Druello, panienko Deirdre – odezwała się do kobiet piskliwym, skrzacim głosikiem. Czarownice wydawały się równie zaskoczone swoją obecnością, jakby wcale nie spodziewały się zastać tu tej drugiej. Ale Prymulka nie śmiała zadawać żadnych pytań ani okazywać ciekawości. – Prymulka nie będzie panienkom przeszkadzać. Prymulka chciała tylko zapytać, czy może panienka czegoś nie potrzebuje – spojrzała szybko na Deirdre. – Może przynieść panienkom owoców? Albo herbaty? Prymulka może zaparzyć herbaty. Cokolwiek panienki sobie zażyczą.
Znowu się skłoniła, po czym spojrzała na kobiety, gotowa natychmiast spełnić wszelkie zachcianki.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Weranda - Page 2 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Weranda [odnośnik]31.07.18 14:23
Pytanie spotkało się z krótką i rzeczową odpowiedzią - Deirdre dostąpiła zaszczytu poznania jednej z bliskich kuzynek Rosiera, damy nieco zawstydzonej tym przypadkowym spotkaniem. Sama Tsagairt poczuła się odrobinę nieswojo, zdążyła zadomowić się w Białej Willi i uznać ją za swoje miejsce; samotnie, do której nie miał dostępu nikt niepowołany. Niezapowiedziane wizyty sióstr a później kolejnej reprezentantki rodziny róż odbierały jej poczucie bezpieczeństwa, okazałaby jednak skrajną niewdzięczność, gdyby skarżyła się na podobne niedogodności Tristanowi. Zaprosił ją tutaj, zaoferował luksusy, o jakich nie śmiała nawet marzyć, utrzymywał ją na wiecznych wakacjach, zamykając w złotej klatce, wyłożonej najdroższymi materiałami. Doceniała hojność swego mentora, przy jednoczesnej niezgodzie na podobne traktowanie. Co, jeśli byłaby tutaj nago? Co, jeśli byłaby tutaj z nim, rozmawiając tak, jak robili to najlepiej i najprzyjemniej? To nie pruderia nakazywała zastanawiać się nad podobnymi kwestiami, raczej chęć pozostawienia ich relacji w sekrecie. Nie chciała wyjść na utrzymankę i kochankę, jedną z wielu, jakie przewijały się przez jego łoże. Powinna się cieszyć, że urodziwa brunetka nie okazała się jej zastępstwem, bardziej krągłym i zadbanym.
Tuż za Rosierówną na werandzie pojawiła się zaaferowana Prymulka, towarzystwo znacznie bardziej akceptowane od elegancko ubranej lady - Druella spojrzała na skrzata z odrazą i opuściła werandę, ale Deirdre nie zamierzała sprawdzać, czy kobieta w ogóle zniknęła z Białej Willi czy też po prostu wybrała się na relaksujący spacer brzegiem morza. Mało ją to interesowało; ciągle siedziała w tej samej pozycji, z kolanami pod brodą i z kieliszkiem wina w ręku, w zamyśleniu spoglądając na drzwi, za jakimi zniknęła ciemnowłosa szlachcianka.
- Prymulko, przynieś mi wino, to najsłodsze - powiedziała spokojnie, przenosząc wzrok na przejętą Skrzatkę. Ignorowała ją, nie odczuwała wobec stworzenia żadnych cieplejszych uczuć, ale nigdy nie potraktowała jej nieprzyjemnie. Wbrew pozorom Deirdre nie widziała sensu w okrucieństwie, które nie przynosiło żadnych profitów, a pastwienie się nad tą zniewoloną istotą takowych nie gwarantowało. Podchodziła do skrzatki dość łagodnie jak na standardy arystokracji, nieprzyzwyczajona i niewychowana do przebywania w ich towarzystwie. - I miskę owoców. Moich ulubionych - dodała, odgarniając z czoła czarne włosy. Przebywała w Białej Willi na tyle długo, by Prymulka poznała jej zachcianki - niewygórowane, proste, zazwyczaj nie prosiła jej o podobne przysługi, ale teraz nie chciała biegać po zakamarkach domu, by nie wpaść na zirytowaną Rosierównę. Wolała dać szlachciance przestrzeń w domu jej krewnych, samej spokojnie przebywając na werandzie.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]31.07.18 16:15
Prymulka zdawała sobie sprawę, że jej państwo mieli swoje sekrety. Ale dobre skrzaty nie zadawały pytań o prywatne sprawy ich panów. Pan nakazał tu przychodzić i dbać o to miejsce – więc robiła to bez szemrania. Wizyty na wyspie wręcz stanowiły ukojenie po całych dniach usługiwania rozkapryszonym Rosierównom, chociaż nigdy nie powiedziałaby czegoś podobnego głośno. Prędzej odgryzłaby sobie język i przytrzasnęła uszy drzwiami niż otwarcie wyraziła się źle o którymkolwiek ze swoich panów, nawet jeśli nie raz i nie dwa była podle traktowana.
Widząc panienkę Druellę, której się tu nie spodziewała, zmieszała się i przestraszyła, że im przeszkadza, ale ta szybko się oddaliła, kiedy tylko skrzatka niechcący przerwała rozmowę i pojawiła się w samym środku gęstniejącej atmosfery między dwoma czarownicami. Ale skrzatka nie śmiała zapytać, o co chodziło i co stało się między panienkami. Po prostu się ukłoniła i czekała na polecenia, trzymając się z boku, nie wchodząc żadnej z kobiet w drogę. Patrzenie na nią z odrazą nie było dla niej niczym nowym, widywała takie spojrzenia bardzo często, nawykła do tego, że jest jedynie nędzną służką, i to traktowanie jej z szacunkiem było bardziej niezwykłe i dziwne niż pogarda i wyższość, bo praktycznie tego nie doświadczała.
Gdy tylko zostały same znów spojrzała na panienkę Deirdre; panienka Rosier najwyraźniej oddaliła się w swoich sprawach, w końcu to był dom jej rodziny. Prymulka nie interesowała się tym, dopóki panienka nie wezwie jej w potrzebie i nie wyda jej polecenia. W końcu dobry skrzat nie plątał się bez celu pod nogami, a robił swoje i był na każde skinienie.
- Oczywiście, panienko, Prymulka już idzie po wino i owoce – pisnęła, kiedy kobieta wydała jej polecenia. Ukłoniła się i szybkim krokiem oddaliła się, by z piwniczki przynieść najsłodsze wino. Przygotowała też ulubione owoce panienki, starannie układając je w misie, nie zapomniała także o kieliszku na wino. Rzeczywiście znała już jej zachcianki, wiedziała, jakie wino i jakie owoce panienka Deirdre najbardziej lubi. Wróciła na werandę i postawiła wszystko na stoliku, starannie nalewając wina, by nie uronić ani kropli. – Czy Prymulka może zrobić dla panienki jeszcze coś? – zapytała, kiedy już spełniła wcześniejsze polecenie.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Weranda - Page 2 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Weranda [odnośnik]31.07.18 16:36
Służalczość Prymulki najpierw budziła w Deirdre niepokój, potem zdziwienie, by finalnie spotkać się z akceptacją. Nigdy nie przebywała tak blisko skrzata, nie widywała ich w swym życiu, ani w domu rodzinnym ani w Hogwarcie, pierwszy raz bezpośrednio stykając się z tym stworzeniem w Białej Willi. W czasie największych, gwałtownych zmian, gdy bardziej skupiała się na swych uczuciach niż na świecie zewnętrznym. Początkowo obecność w Białej Willi kogoś obcego odrobinę ją peszyła, ale szybko przywykła do cichej i nienachalnej obecności skrzatki. Przygotowywała jej łoże, przynosiła ciepłe posiłki, serwowała przekąski, dbała o to, by barek był hojnie zaopatrzony, okna wychodzące na taras umyte a puchate ręczniki złożone na półkach łaźni zawsze świeże. Prymulka robiła wiele, ale nie narzucała swej obecności, bywały dni, gdy w ogóle nie zauważała chudego ciałka, przemykającego szybko po schodach domostwa. Deirdre nie zwracała na nią uwagi aż do dzisiaj, kiedy to w pewien sposób została zamknięta na werandzie, musząc wysługiwać się w bezpośredni sposób niezwykle oddanym swej pracy skrzatem. - Dziękuję - powiedziała odruchowo, beznamiętnie, bez szczerej wdzięczności; sięgnęła do ogato zdobionej szklanej misy z owocami, wyciągając z niej soczystą brzoskwinię. Wgryzła się w nią od razu, bez usuwania pestki; sok popłynął z kącika ust, otarła więc brodę wierzchem dłoni, przesuwając spojrzenie na Prymulkę. - Czy lord Rosier...był ostatnio w Białej Willi? - spytała pozornie obojętnie, czekając jednak na odpowiedź. Pojawiał się tutaj niczym duch; mijali się z daleka, ostrożni i nastroszeni; odrzucił ją przecież i wzgardził, obawiała się, że niedługo mógł wyprosić ją z tego miejsca, znudzony lub zniechęcony. Zgarbiła się odrobinę, oczekując szczerej odpowiedzi. Obawiała się każdej wersji: tej, w której Tristan pojawiał się tutaj, ale nie chciał jej widzieć, lub tej, gdy omijał z daleka Wyspę Sheppey. Sięgnęła znów po kieliszek, upijając głęboki łyk. Alkohol mile rozgrzewał gardło, rozluźniał miejsce, ale i prowokował wyobraźnię do snucia najodważniejszych i najbardziej przykrych wizji. - Właściwie, tak - odpowiedziała na pytanie dotyczące dodatkowych zadań. - W pokoju dziennym znajdziesz moją bieliznę. Przewieszoną przez parawan, rzuconą na kanapę. Zbierz ją, złóż i schowaj do kufra w mej sypialni na poddaszu - wydała konkretny rozkaz, nie chcąc teraz konfrontować się ze zmysłowym ubiorem, przygotowanym...właściwie sama nie wiedziała po co. Czuła się zagubiona i osamotniona, wyrzucona poza nawias, pozbawiona stabilnej podstawy.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]31.07.18 17:50
Prymulka taką już miała naturę. Jak każdy skrzat była służalcza i posłuszna, a najważniejsze było dla niej dobre wypełnianie obowiązków wobec panów i dbanie o to, by niczego im nie brakowało. To była treść jej życia, nie znała niczego innego, a większość czarodziejów, z którymi się stykała, to byli Rosierowie lub ich goście. Z reguły nie była nachalna, dobrze wiedząc, że panowie wezwą ją, gdy tylko będzie potrzebna, ale o bieżące obowiązki zawsze dbała, sprzątając, piorąc, gotując i robiąc mnóstwo innych rzeczy. Robiła to także na wyspie, a panienka Deirdre z czasem mogła przywyknąć do jej obecności, gwarantującej zawsze zadbany i czysty dom oraz dostatek ulubionych smakołyków. Zwykle przemykała w ciszy, spokojnie i dyskretnie dbając o wszystko, nie narzucając swojej obecności, była przecież służącą, a państwo raczej nie trwonili czasu na czcze pogawędki ze skrzatami.
Przyniosła panience owoce i wino, cierpliwie i grzecznie czekając na ewentualne kolejne polecenia, które mogłaby wypełnić, zanim zabierze się za sprzątanie. Musiała dziś umyć podłogi i zetrzeć kurze, więc czekało ją sporo pracy.
Słysząc pytanie panienki drgnęła; spojrzenie dużych, skrzacich oczu ponownie skupiło się na kobiecie, która wzięła z miski jedną z dorodnych, słodkich brzoskwiń.
- Tak, pan czasami tutaj bywa – przytaknęła cichutko. Nie widziała w tym nic dziwnego, że jej pan odwiedzał to miejsce. Ale jemu również nigdy nie narzucała obecności, chyba że wydawał jej polecenia. Cokolwiek było między nim a panienką Deirdre, nie było sprawą skrzatki, więc nie doszukiwała się w pytaniu żadnego drugiego dna, uznając po prostu, że panienka zapewne tęskni za towarzystwem pana.
- Prymulka zaraz się tym zajmie i zaniesie wszystko do kufra – odezwała się, kiedy panienka Deirdre poleciła jej zajęcie się bielizną. Ukłoniła się kolejny raz i wycofała się chyłkiem, udając się do pokoju dziennego i zbierając porozrzucaną bieliznę, którą zaniosła do sypialni, starannie ją składając i umieszczając w kufrze. To byłoby niedopuszczalne, żeby panienka sama musiała sprzątać rozrzucone ubrania, skoro była tu Prymulka i mogła, a wręcz powinna zrobić to za nią. A później wzięła się za porządki, gotowa pojawić się na wezwanie, gdyby takie się pojawiło.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Weranda - Page 2 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Weranda [odnośnik]01.08.18 13:59
Czasem tu bywa. Brew Deirdre drgnęła, nie o taką informację jej chodziło, spytała, czy skrzatka widziała go ostatnio - ale była zbyt dumna, by drążyć ten temat. Podejrzewała, że Prymulka nie tylko zajmuje się sprzątaniem pomieszczeń i usługiwaniem nowej lokatorce; że do jej obowiązków należy także dyskretne upewnianie się co do działań nowej mieszkanki Białej Willi. Nieraz miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje i początkowo ją to drażniło, lecz szybko przywykła do obecności pomarszczonej istoty. Nie robiła przecież nic złego, nie sprzeciwiała się rozkazom Tristana, nie działała na jego niekorzyść; wręcz przeciwnie, wypełniała męską wolę, odpoczywając i zbierając siły do dalszej nauki i walki. Czcze myśli o tym, by zaplanować dalsze życie bez smyczy oplecionej wokół gardła, szybko się rozmyły. Ucieczka nie wchodziła w grę, oswoiła nowy dom i Wyspę Sheppey, czując się tu bezpiecznie. Po raz pierwszy w życiu przeżywając wielkie, brytyjskie wakacje. Ze zmienną pogodą, traumatycznymi wspomnieniami wycieczek do podejrzanych więzień i niepokojem o odwzajemnione zainteresowanie najprzystojniejszego czarodzieja na magicznym turnusie.
Wino musiało powoli uderzyć jej do głowy; uśmiechnęła się krzywo do swych myśli, obserwując krzątającą się wokół niej Prymulkę, wkrótce zajmującej się sprzątnięciem świeżo rozpakowanych bieliźniarskich zakupów. Nie wydawała się zgorszona, zgrabnie i zwinnie zawinęła koronkowe cudeńka w miękkie materiały i zniknęła na schodach prowadzących na piętro. Deirdre miała nadzieję, że jej szponiaste dłonie nie podrą delikatnego materiału, cienkiego niczym pajęcza sieć. Powinna planować, kiedy przywdzieje na siebie arcydzieła uszyte zwinnymi rękami Solene, ale ciemne myśli pochłaniały ją zbyt mocno, by pozwalała przebić się przez nie promykowi nadziei co do ponownych odwiedzin Tristana. Znów skosztowała kęs brzoskwini, owoc był równie słodki co wino, jakim przepiła ten wystawny podwieczorek. Przez dłuższy czas nie ruszała się z miejsca, nasłuchując odgłosów świadczących o tym, że w domu znajduje się ktoś jeszcze - dopiero, gdy upewniła się, że znów może poczuć się swobodnie, opuściła werandę, kierując się do biblioteki w gabinecie Corentina.

| ztx2


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt

Strona 2 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Weranda
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach