Wydarzenia


Ekipa forum
Gabinet
AutorWiadomość
Gabinet [odnośnik]03.05.15 1:54
First topic message reminder :

Gabinet

Gabinet  jest miejscem, które rzadko użytkowane jest zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem; tylko czasem, wieczorami, czarodzieje przeglądają tu traktaty o smokach lub rodowe księgi. Nieduży regał wypełniony jest tomiszczami nie tylko z zakresu smokologii, ale również tomikami poezji, głównie francuskojęzycznymi. Tuż przy nim stoi fotel obity miękkim jasnym jedwabiem. Pod ręką znajduje się również wysoki stolik, podstawiony, by móc na nim ułożyć szklankę lub inną podręczną rzecz. Na przeciwległej ścianie wisi kilka skrzyżowanych ze sobą zabytkowych szpad należących do rodziny. Ścianę zdobi barwny arras ze sceną ogrodową, a centralne miejsce zajmuje solidne, ciężkie biurko.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Gabinet - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Gabinet [odnośnik]30.08.23 3:37
Usta rozciągnęły jej się w odrobinę cwanym uśmieszku kiedy wzruszył ramionami. Choć dla nich, to miejsce miało różne znaczenie. Nie widziała w tym nic złego. Różnili się od siebie. Różniło się też ich wychowanie. Podarowana ozdoba wzbudziła wspomnienia i nostalgię. Znajomą tęsknotę, która pozostawała w niej silna, mimo mijającego czasu. Opadła na oparcie niedbale, przesuwając palcami po bransoletce. Często żałowała tego, że spędziła tyle czasu na walce z Marie, na zazdrości która mimowolnie obijała się w niej wnętrzu, gdy matka pragnęła tylko tego, by była taka jak starsza siostra. Nigdy nie mogłaby by być jak ona - nie posiadała jednakiego z nią światła i ciepła. Kolejna prośba uniosła jej tęczówki wiążąc ich podobne spojrzenia. Na krótką chwilę zacisnęła wargi. A potem potaknęła głową. Tristan nie mógł stracić tych, którzy byli mu najbliżsi, bo to zachwiałoby jego myślą. A żałoba mogła być nieprzewidziana w skutkach. I jako tej, która znajdowała się najbliżej, jej obowiązkiem było nie dopuścić do tego, by musiał za nią tęsknić w ten sposób co za Marie. Musiała być rozsądna i ostrożna. Jej brwi uniosły się w zaskoczeniu na wypadające z jego ust słowa. Chciał wysłać ją do Rumunii? Odwróciła spojrzenie marszcząc nos, wypuszczając powietrze, zaplatając ręce na piersi. Z perspektywy rozwoju Rezerwatu miało to sens.
- Czy do tego węzła niezbędna jest nasza siostra? - zapytała Tristana skupiając na nim spojrzenie. Jasnym było, że jej znaczenie było największe. Teraz, kiedy ona wyszła za mąż, znaczyła więcej niż którykolwiek inny Rosier. Ale czy Tristan w istocie był na to gotowy? I jak miała przyjąć to sama Vivienne?
Potknęła krótką głową na padające pytanie, splatając dłonie ze sobą i układając je na nogach. Kiedy zredukował ich liczbę przekrzywiła głowę i spojrzała w górę nie potrafiąc ukryć niewielkiego niezadowolenia. Słuchała jednak tego co mówił, zastanawiając się, czy powinna wchodzić z nim dziś w pertraktacje. Chciała sprawdzić, kto poradzi sobie lepiej, ale zdawała sobie sprawę z obecnego stanu rzeczy i tego, że ta myśl była jej własną fanaberią.
- Niech więc tak będzie. - zgodziła się potakując krótko głową. Dwójka miała zniwelować pewne ryzyko. I miała sporo argumentów, które mogłaby wykorzystać próbując go przekonać. Ale nie było to coś, na czym zależało jej najbardziej. Potrzebowała kogoś, żeby choć w najmniejszym stopniu zastąpił ją kiedy będzie musiała pozostać w Crobenic Castle.
Malinowe wargi rozciągnęły się w zadowolonym uśmiechu, kiedy pogratulował jej osiągnięcia. Była z siebie dumna, choć jeszcze nie osiągnęła poziomu, który zadowoliłby ją całkiem. Jego kolejne stwierdzenie sprawiło, że odrzuciła głowę, żeby zaśmiać się perliście.
- Poważnie. - zgodziła się, unosząc dłonie w geście poddania. - Wierzę. Będę więc pamiętać, że mam jeden powód więcej, by nigdy go nie stracić. - powiedziała z majaczącym na wargach rozbawieniem.
- Złożyło się na niego kilka rzeczy. - przyznała, stawiając kolejny krok, zakręcając przy fotelu który zajmowała, układając ręce na jego oparciu. - Łączy w sobie transmutację z której słyną Traversi i moje własne możliwości. - podsumowała najpierw. - Choć zanim pojęłam o co chodzi - podciągnęła jedną z dłoni układając na niej na chwilę podbródek. - cóż, powiedzmy, że Anitha miała więcej niż zwykle pracy w ostatnich miesiącach. - cierpliwość nie była jej wrodzoną cechą. Potrafiła ją w sobie obudzić, kiedy dążyła do celu, ale kiedy puszczały jej nerwy, nie raz w złości zrzucała wszystko ze stolika. Potem, gdy jej emocje opadały z swoistego rodzaju skruchą zaczynała od nowa. - Do tego, można wykorzystać je na wiele sposobów. Mogą wam się przydać. Na razie, największą skuteczność mam przy najprostszych. Jeden z nich leży przed tobą i jest dla ciebie. - przesunęła się, przesuwając palcami o podłokietnik. - Ostatnią równie ważną jest to, że mój mąż ma do mnie wracać. I pojąć całkowicie, co posiada. Czyny, a nie słowa, nie ty mi to sugerowałeś? - zbliżyła się wsuwając na zajmowane wcześniej miejsce - Dostałam na urodziny parę hipokampów. - dodała sięgając po kielich. - Wspaniałe stworzenia. - przyznała rozciągając wargi. - To mój drugi krok. Zdecydowałam że pochylę się nad nimi, wspomogę w tresurze i rozwoju tych który posiadają, kiedy będę musiała pozostać w zamku. - wyjawiła bratu ze splecionych dłoni wyciągając palce wskazujące uderzając nimi o siebie. Milknąc, kiedy temat przesunął się ku jego żonie. Potakując krótko głową. Widziała zmianę, która w niej zaszła. A teraz upewniła się tylko w tym ile znaczyła dla Tristana. Nie zakładała, że mniej, nigdy po prostu nie potwierdził jej tego głośno i ze stanowczością.
- To dobre wieści. Gratuluję. - powiedziała, nie odciągając od niego tęczówek, bo nie widziała w nim żadnej emocji przy wypowiadanych słowach. - Nie cieszy się? - zapytała, przekrzywiając trochę głowę. Pytanie o Manannana zasznurowało na chwilę jej wargi biorąc wdech w usta. Ułożyła dłonie na podłokietnikach. Nie mogła mu przecież bezwstydnie przyznać się do tego, co zrobiła ostatnio.
- Początek, właściwie, był obiecujący. - przyznała po krótkiej chwili milczenia zgodnie z prawdą. - Oh, może pomijając ich barbarzyński stosunek do posiłków. - wywróciła ciemnymi tęczówkami unosząc kielich z winem. - Jestem niemal pewna, że na kolacji zaręczynowej wszyscy stawili się punktualnie tylko i wyłącznie dzięki lady Eurydice. - teściowa była z tego samego domu, co Evandra i jak i ona, była wilą po której Imogen odziedziczyła własne zdolności. - Która - swoją drogą - mnie uwielbia. - przyznała nieskromnie, rozciągając wargi w uśmiechu. - Imogen zresztą też. - przyznała zgodnie z prawdą. - Mocno pomogła mi ostatnio w budowaniu zaufania wśród mieszkańców. Oczywiście, pracowałam nad nim sama, ale jej - nazwijmy to podarkiem - zdecydowanie był mi na rękę. Słyszałeś z pewnością o Jarmarkach, wasz odbywa się chyba dziś? - zapytała, odkładając kielich na stół. Wróciła plecami na oparcie splatając dłonie na piersi. - Manannan… - powiedziała, pozwalając by ręka uniosła się a palce zatańczyły pod brodą, spojrzenie przesunęło się na okno, a kącik ust drgnął lekko na jego wspomnienie. - Ze spokojem mogę przyznać iż istotnie nie można go zaliczyć do grona tchórzy, siła którą dzierży mnie kontentuje. Choć jego arogancja i inteligencja.... - urwała z lekkim westchnieniem na krótką chwilę marszcząc nos. Przesunęła ciemne spojrzenie na brata. - Powiedzmy, że dużo wydarzyło podczas naszej ostatniej dyskusji. Zaintrygował mnie. - przyznała szczerze i zgodnie z prawdą. W momencie w którym uznała że jest wart jej obecności i umiejętności chciała, by ją dostrzegł. - Doszliśmy do porozumienia. - ignorancja którą ją obdarzył była gorzka i niewygodna. Ale tej nocy na plaży zdarzyło się więcej, niż pierwotnie zakładała. Coś w samym jej postrzeganiu Manannana się zmieniło, jego dotyk stał się podniecający i pociągający, a obecność… przyjemna. Choć i chwilami irytująca. - Nie stawiłabym się przed tobą, gdybym nie poukładała i zadbała odpowiednio o sprawy. Na tyle, by bez obaw móc zwrócić swoje spojrzenie dalej. Znam swoją rolę i jej znaczenie. To kwestia chwili nim dotrą do ciebie dobre wieści. Zapytaj go sam, jeśli chcesz. - wypadło wyzywająco z jej ust rozciągniętych w uśmiechu. Zapytaj go, Tristanie, co sądzi. Zapytaj go, niech potwierdzi, jeśli czujesz względem moich słów obawy. Ryzykowała ostatnim stwierdzeniem, nie potrafiąc jeszcze stwierdzić z całkowitą pewnością, że Manannan potwierdzi wszystkie z jej słów. Zgody, którą jej ofiarował jednak zabrać już nie mógł.
Jej brwi nie uniosły się w zaskoczeniu na padającą rewelacje. Nie dlatego, że nie dziwił jej ten fakt, a raczej dlatego, że do tego doprowadziły ją własne wnioski chwilę wcześniej. Drgnęły jednak, kiedy Tristan kontynuował. Słuchała go w milczeniu, pozwalając by jej palec wskazujący zatańczył pod wargą kiedy się zastanawiała. Na chwilę wróciła spojrzeniem do Tristana, kiedy mówił o synu. Zmarszczyła w krótkim skonfundowaniu brwi. - Wykazał się czym? - zapytała myśląc, że Tristan odnosi się do Evana. Ostatnie miesiące spędziła poza domem, nie wszystkie informacje do niej dotarły. W Ogrodach zaś, na pierwszym miejscu była praca - nie nadrabianie zaległości.
- Nie oszukuj jej więc. - padło z ust Melisande jako pierwsze. Nachyliła się, żeby sięgnąć znów po kielich. - Zakładam, że to będzie dla niej ciężkie choć z twoich słów wynika że już wykazała się czymś, na co nie wiem czy umiałabym się zdobyć. Ponoć i ludzi, i relacji nie powinno rozpatrywać się względem porównań. Więc pozwól, że zapytam, co będzie gorsze, Tristanie: prawda z twoich ust, świadcząca o tym, że naprawdę pragniesz waszej jedności a jej potrzebujesz silnej i zdecydowanej po swojej stronie, czy donos od kogoś kto użyje tej informacji dla swojej korzyści. - uniosła rękę wyciągając jeden palec jakby powstrzymując go przed wypowiedzeniem czegokolwiek. - Zdaję sobie sprawę, że wraz ze śmiercią Alpharda, którego wiązała przysięga - poza Deirdre - prawdopodobnie jedyne osoby które znają o nich prawdę znajdują się w tym miejscu - ja nigdy nie stanę przeciw tobie - powinieneś jednak, w moim odczuciu, rozważyć każdą z możliwości - nawet tą najbardziej nieprawdopodobną. Co jeśli ktoś się domyśli? Jakoś się dowie. Da się dotrzeć do celu, jeśli ma się odpowiednią determinację. - orzekła nadal snując swoje rozważania ze spokojem. - Miłość zaś - podobno - popycha ludzi czasem do mało logicznych czynów. - podobno. Tej wielkiej, niezrównanej, zalewającej niczym fale jeszcze poznała. Choć podobne zalaniu uczucie, wydawało jej się dziwnie świeże i znajome. - A może nie miłość a sama zazdrość, albo uraza. Czas w tym wypadku nie zadziała na twoją korzyść. Wraz z jego upływem ciężar tej tajemnicy tylko nabierze wagi. I sam to z pewnością wiesz. - spoglądała ku niemu, zastanawiając się i wypowiadając swoje myśli głośno. - Prawda może pomóc wam się umocnić, jak gorzka nie byłaby w smaku. Jeśli Evandra zaakceptowała istnienie Deirdre, może i na to posiada w sobie siłę. Ostatecznie pozostanie jej niewiele opcji - wybrać rozkwit u twojego boku mimo to, lub powolne więdnięcie pod urazą. Powinna być świadoma, że nawet mimo pozycji którą zyskała, nie jest w stanie stanąć przeciw tobie. Choć ja i tak bym spróbowała. Nie otwarcie, rzecz jasna - zaszkodziłabym tym sobie. Ale znów - zerknęła na brata, unosząc kącik ust. - jesteśmy całkiem różne. A ty, nie jesteś Manannanem. Gdyby chodziło o naszą dwójkę prawdopodobnie bym poległa, zbyt dobrze wiesz jak się ze mną obchodzić. - odwróciła spojrzenie unosząc kielich. Postukała kilka razy palcem w trzymane naczynie. - Zaś co do dzieci - podjęła dalej wracając do niego spojrzeniem. - skarbiec pozostaw zamkniętym. - kącik jej ust drgnął lekko. - Możesz zaoferować im coś innego niż majątek. Możesz podarować im możliwości - takich niewielu może uświadczyć. Ale o ich losie - moim zdaniem - decydować powinieneś wraz Evandrą - milcząco akceptującą, przepełnioną urazą czy złością z dokładnie taką jaką będzie. Jeśli naprawdę chcesz waszej jedności, Tristanie, jej zdanie w tej kwestii powinno mieć wagę niemal równą twojej. - niemal, bo ostateczna decyzja i tak pozostanie w jego dłoniach. - a jako nestorowi, nikt nie mógł sprzeciwić się jego słowu. Miał władzę - niemal absolutną - jeśli chodziło o ich ród. Jego słowo, było ostateczne - niezależnie od zdania. I jeśli chciał dla swoich dzieci wspólnej przyszłości Melisande wierzyła, że był w stanie znaleźć odpowiednie rozwiązanie. Jeśli zaś Evandra okaże się wielkodusznością i wspaniałomyślnością może sama wyjść z propozycją rozwiązania, która będzie jej odpowiadało i jednocześnie ukontentuje wszystkich. -Wybacz, tą ilość słów. - powiedziała przepraszająco kończąc swoje rozważania. Melisande wątpiła, by była w stanie na coś podobnego się zdobyć. Nie potrafiła wskazać kiedy ale niezauważalnie wyrosła w niej chęć - a może potrzeba - by być jedyną dla Manannana. A może po prostu ostatnią - nie okłamywała się przecież, zdawała sobie sprawę że w przeciwieństwie do niej, miał przed nią kobiety. Może dlatego tym bardziej chciała, by świadomie, dalej, wybierał ją. Zawsze ją, nikogo więcej.
Mimowolnie przesunęła się na fotelu na jego koniec, w jego stronę, przyciągnięta padającymi słowami. Zwabiona, skuszona, zainteresowana.
- Przy tobie. - powtórzyła po nim, mimowolnie unosząc brwi w zaskoczeniu. A później zamilkła w milczeniu go słuchając. Wsuwając się dalej w fotel zaplatając znów dłonie kiedy mówił, pozwalając, by jej dłoń uniosła się w charakterystycznym odruchu, na który pozwalała sobie, kiedy czuła się swobodnie lub kiedy problem pochłaniał ją całkiem i nie zauważyła w porę innej obecności. Jej spojrzenie mimowolnie przesunęło się na kometę. Te dwa zdarzenia, mogły być ze sobą powiązane, czy nie miały ze sobą nic wspólnego. Słowa Tristana wskazywały na to, że mogły nie mieć ze sobą nic wspólnego - wszak duchy o których wspominał i cenie o których mówił pojawiły się wcześniej. Chciałaby ją poznać - niepoprawna myśl, przemknęła po niej, ale zatrzymała ją dla siebie. Ducha potężnej czarownicy, druidki. Zaintrygował ją. - Masz na to wpływ? Na nią? Kiedy się pojawia. Wiesz kim jest? I… twoje słowa każą podejrzewać, że jest ich więcej. Wiesz gdzie? - zadała kolejne z pytań. Jej myśli mknęły już w całkowicie w tym kierunku. - Te legendy i różnice, mogę je dostać i pochylić się nad nimi? - zapytała, teraz już pragnąc dowiedzieć się więcej. Nie potrafiąc nic na to poradzić. - Planuje w najbliższych dniach spędzić trochę czasu w bibliotece, ale twoje słowa sprawiają, że zastanawiam się czy w zbiorach Traversów nie trafię na coś związanego z tematem. - byli mocno związani z celtami - od nich się wywodzili - druidzi zaś byli figurami z tamtych wierzeń. Korzystała z rodowych zbiorów, w ostatnim czasie przeczytała sporo pozycji, głównie zgłębiając historię rodu, ale wiedząc czego szuka, mogłaby wybierać pozycje odpowiedniej. Kometa była jej pierwszym wyborem i nie zamierzała jej pozostawić choćby bez próby, ale to o czym mówił było bliżej. Niemal nie wyciągnięcie ręki.
- A ty, jakie wieści masz dla mnie? - zapytała później, kiedy myśl na chwilę przestała galopować za ekscytującym nieznanym zjawiskiem. Wspominał w liście, że i on miał coś co chciał z nią poruszyć.


I've heard allegations 'bout your reputation
I'll show you my shadows if you show yours
Let's get it right dear, give a good fight dear
We'll keep it all up behind
closed doors
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Gabinet [odnośnik]31.08.23 15:05
- A jak miałoby się to dokonać bez naszej siostry? - zdziwił się, spoglądając na nią pytająco, nie mógł przecież wziąć sobie drugiej żony, nie mógł im też oddać Melisande. Istniały, naturalnie, inne opcje, dalsze zacieśnianie więzi na poziomie dyplomatycznym, ale były czasochłonne, nietrwałe i niepewne. Jeśli chcieli się rozwijać, nie mogli się wahać. Dostrzegał cień niezadowolenia na jej twarzy, gdy ściągnął liczbę do jednego czarodzieja, lecz gdy się z nim zgodziła i on porzucił temat, lubił za to słuchać jej śmiechu, perlistego i dźwięcznego, kojarzył mu się z dzieciństwem - i niewiele od tamtego czasu zmienił, choć rysy jej twarzy nabrały przez te lata znacznie wytworniejszej kobiecej urody.
- Łatwo się pośród nich odnalazłaś - stwierdził, gdy wskazała na powiązana swojej nowej rodziny z tą trudną i skomplikowaną dziedziną magii, unosząc ku niej spojrzenie, wciąż pytające. Ani Czuł dumę, bo zdawał sobie sprawę z tego, że pod presją było jej przecież znacznie trudniej - ale wyglądało na to, że wszystko układało się tak, jak powinno. Kiwnął głową dziękczynnie, gdy sprezentowała mu świstoklik, wziął puzderko jeszcze raz między palce i obrócił go z zainteresowaniem. - Ufam, że podróż przebiegnie bez boleści - rzucił prowokacyjnie, z rozbawieniem tańczącym w kąciku ust, był pewien, że wszystko przebiegnie bez zakłóceń, ale świstokliki niekiedy wywoływały nęcące mdłości. - Zawsze - przytaknął, rad, że odebrała nauki z powodzeniem.
- Wiesz, z jakiej hodowli je wziął? - zainteresował się, po prawdzie myśląc o podobnym ruchu. - Brzmi intrygująco. Daj znać, jak się sprawują. Od pewnego czasu zastanawiałem się nad sprowadzeniem dla Evandry namiastki jej domu. - Hipokampy przebywały wszak u wybrzeży wyspy Wight, nie miał z nimi żadnego doświadczenia i nie wiedział, na ile problematycznymi zwierzętami mogły być. Musieliby przygotować dla nich odpowiednie warunki, a obiecał sobie zrobić to z całą pewnością, jeśli na świat przyjdzie jego córka, która nie powinna odcinać się od dziedzictwa matki. - Uważaj na siebie - podkreślił jednak, bo wiedział, że i ona nie miała z nimi większego doświadczenia. Poradzi sobie bez trudu, lecz pierwsze kroki mogą zwiastować upadki. Patrzył na nie przez pryzmat koni, które znał lepiej, a o upadek z których nie było trudno, zwłaszcza bolesny. Zapominał, że woda amortyzowała większość ruchów, a usposobienie samych zwierząt pozostawało dla niego mało znane. - Cieszy mnie, że odnajdujesz tam swoje miejsce. I że ich zamek ma ci co zaoferować. - Nie widział sensu w udawaniu, że było to priorytetem przy wyborze jej przyszłego domu, ale Melisande potrafiła być elastyczna - wszystko też wskazywało na to, że udało jej się zadomowić w Corbenic. Ulgą było słyszeć, że potrafiła tam odnaleźć drobne radości. Uśmiechnął się, krótko, gdy wspomniała o barbarzyńskim podejściu do posiłków, Anglia taką była, oni hołubili tradycjom francuskich przodków. - Ach, tak, to dzisiaj - przytaknął, Evandra była na miejscu od rana. Jego zaangażowanie w tę kwestię było żadne, zagadnienie relacji z prostym ludem pozostawiał w rękach małżonki z pełnym zaufaniem, jej uśmiech radził sobie z tym bardziej niż doskonale, a do dyspozycji miała przecież cały dwór. - Działałaś nad nimi z... kim jest Imogen? - upewnił się, na wspólnej uroczystości poznał Traversów, a piękna półwila, nie mogło być inaczej, zapadła mu w pamięci, w pierwszej chwili nie był jednak w stanie skojarzyć twarzy z imieniem. Była bardzo młoda, wciąż panna, na salonach niewiele dłużej od Vivienne, być może dlatego trudno mu było dostrzec ją w roli przewodniczki. - Nie chciałaś stawić się na miejscu i u nas? - zagadnął, spoglądając na zegar, by oszacować, ile mogło zostać im jeszcze czasu. - Nie muszę pytać go o słowa, którym dajesz mi świadectwo. Ufam ci, Melisande, nie wysłałbym cię tam, gdyby było inaczej - odparł spokojnie, przyglądając się jej twarzy, spokojnej i chyba naznaczonej iskrą radości.
- Cieszy, oczywiście, że tak - przytaknął, choć przed siostrą nie ukrywał troski malowanej na twarzy. - Ale zamierzamy utrzymywać to w poufności tak długo, jak długo będzie to możliwe - kontynuował, zdając sobie sprawę z tego, ze będzie to już niedługo. Poród był jeszcze majaczącą w oddali wizją, zbyt daleką, by się na niej koncentrować. - Zamieszkał z nami znachor, specyficzny człowiek. Dba o jej zdrowie. Wydaje się wiedzieć, co robi - stwierdził, bez nadmiernego entuzjazmu, bo nie minęło jeszcze tak wiele czasu, by zaufać mu w pełni. Zaufać jednak musiał, bo nie miał innego wyjścia. Póki co - głównie wymagał. - Magią, oczywiście - odparł, gdy spytała o Marcusa. - Nie tego mi gratulowałaś? Zabił człowieka w obronie bliźniaczej siostry - A przynajmniej tak zostało mu to przedstawione i w to właśnie wierzył. - Choć ledwie nauczył się chodzić. Ma wielką moc. Wielki talent. Nie może go zmarnotrawić - I nie powinien dłużej być tajemnicą, gdy jasne stało się, że nie powinien okłamywać Evandry. Melisande miała słuszność. Słuchał jej słów w ciszy, w milczeniu, przecierając palcami bok brody w zastanowieniu. Z pewnością słuszność miała w jednym, powinna poznać prawdę od niego, nie z krążących plotek. Im starszy będzie, tym więcej się ich pojawi, a jeśli tylko wykaże cechy, które go do niego upodobnią... Egzotyczne rysy Deirdre mogły wiele zatuszować, ale azjatycka krew jego dzieci była już znacznie rzadsza od tej lordowskiej. Jego usta nie drgnęły, gdy Melisande otwarcie przyznała, że stanęłaby przeciwko niemu, nie drgnęły również, gdy przyznała, że i tak by poległa. Nie chciał walczyć z Evandrą, ani teraz ani w przyszłości. Nie zawiodła go, dlaczego wciąż miał obawy? Czy gdyby powiedziałby jej o Deirdre sam, wcześniej, czy wtedy dłużej napawałby się tym, czym mógł napawać się dzisiaj? Uniósł ku niej spojrzenie, gdy przerwała ciszę, odzywając się ponownie, jego brew ściągnęła się bez zrozumienia. Myśl, że Evandra powinna współdecydować o dzieciach, które nie były jej, wywołały jego konsternację. Deirdre strzegła ich zazdrośnie, były jej, podobny ruch byłby dla niej silnym i bolesnym ciosem. Nawet Tristan jej ustępował. - Deirdre odbierze to jako zdradę. Uzna, że chcę jej odebrać dzieci - I nie pomyli się mocno. Nie miał jej za dobrą matkę, choć obiecała mu, że taką będzie - tak rozpaczliwie, że - znów - zmuszony został ustąpić. - Mam jej to oznajmić tak po prostu, nad kielichem wina? Czuję, że to już trwa zbyt długo - Pokręcił głową, miała rację, z każdą chwilą będzie coraz trudniej. - Okazały magię, Melisande. To jak drugie narodziny, tym razem właściwe, podkreślili, że będą czarodziejami - i to wielkimi. Możliwości i ich los to zupełnie co innego, powinienem... jakoś pozwolić im na celebrację tej chwili. Ale jak można to zrobić z dziećmi ukrywanymi przed światem? - Jak być ojcem, kiedy ojcem być nie mógł? - Nie chodzi mi o majątek, raczej o pamiątkę, tak się przecież robi - rzucił z westchnieniem, bo całe jego życie jedno z drugim szło przecież w parze.
- Nikt nie ma nią wpływu - skrzywił się. - Nic o niej nie wiem. Czasem ją słyszę, mówi do mnie, choć przysięgam, Melisande, nie oszalałem. Jest przy mnie, we mnie, jak pasożyt. Myślę, że potrzebuje mojego ciała, bo z jakiegoś powodu go nie opuszcza. Chcę, bym pozostał żywy, ale jednocześnie się mną karmi. Czasem jestem w stanie ją kontrolować. A czasem to ona kontroluje mnie, przejmuje kontrolę... - Pokręcił głową. - Pomogła mi zdobyć Warwick. Pomogła mi odnaleźć Evandrę - A przynajmniej tak mu się wydawało. - Może stała się już częścią mnie - A może tak naprawdę oszalał? Skierował spojrzenie na siostrę, wcale nie chciał, żeby go opuszczała. - Gdybym zapanował nad mocą, którą ona dzierży i która jest we mnie, byłbym wszechmocny - oznajmił bez zawahania. Czuł przecież jej siłę. Czuł jej moc. Zdawał sobie sprawę z jej potęgi i chciałby być tak potężny. Opowiedział jej także legendę, którą tamtego dnia przekazał im Czarny Pan. - Nie mam wynotowanych różnić, Melisande. Sądzę, że te moce są tylko metaforą ich potęgi. To, co potrafiły duchy, wykraczało poza ich możliwości. Możesz pomówić z pozostałymi, którzy tam byli. Craigiem, Deirdre, Ramseyem - Pokręcił głową. Nie pamiętał detali, nie wiedział o wszystkim, co działo się z pozostałymi. - Mam odłamek tych kamieni, bardzo mi pomógł. Pozwalał czerpać z tych mocy. Nieprzewidywalnie, ale potężnie, podczas bitwy o Warwick - Rozparł się na krześle wygodniej, nim rozpoczął swoją opowieść.

Nastały lata posuchy. Na niebie dostrzec można było jedynie rozciągające się, czarne chmury i błyskawice, które w akompaniamencie donośnych grzmotów wypełniały dni oraz noce. Dawno nie przebiły się przez nie słoneczne promienie, od miesięcy nie poleciała z nich kropla deszczu. Ludzie stracili nadzieję.

Rodziny żegnały swych bliskich, których zabierał im nie tylko głód, ale przede wszystkim zaraza atakująca każdego – bez względu na wiek, czy płeć. Uliczki, wcześniej niezwykle malowniczego, miasteczka wypełniał jedynie strach i na próżno było pośród nich szukać wiary w łaskę Bogów, których obwiniano za okrutne czasy. Ucichły modlitwy, zniknęły religijne symbole, a kamienne kręgi, służące do składania ofiar, świeciły pustkami w swej nędznej, zniszczonej przez zrozpaczonych mieszkańców postaci. To właśnie przez powszechne nieposłuszeństwo i bluźnierstwo czarnoksiężnicy, nazywani druidami, odmówili pomocy będąc przekonanym, że śmierć oraz cierpienie jest właściwą karą. Oni nie odwrócili się od swych bóstw wierząc, że świat ogarnął ich gniew.

Zaraz po pierwszej kropli deszczu przyszła niewyobrażalna nawałnica. Druidzi nie mogąc sobie pozwolić na utratę reszty poddanych, starali się ocalić możliwie wiele istnień, lecz ich magia nie była na tyle silna, aby uratować wszystkich. Żywioł nie miał litości wobec nikogo - zginęło wiele kobiet, mężczyzn oraz dzieci, których wcześniej los zdawał się oszczędzić. Ponownie winą zostali obarczeni bogowie - ludność widziała w nich już tylko swego wroga, podobnie jak w grupie czarnoksiężników nieustannie głoszących ich dobre imię.

Ośmiu druidów wiele dni spędziło nad manuskryptami opisującymi najbardziej plugawe tajniki niezwykle potężnej i groźnej magii. Pragnęli odszukać sposób na zmuszenie ludności do ponownego oddania się sprawie, a przede wszystkim składania ofiar i datków, które finalnie stawało się ich uposażeniem. W końcu dostali czego chcieli – a przynajmniej tak sądzili – bowiem odnaleźli starożytną, runiczną inkantację mającą zapewnić im moce o jakich nigdy wcześniej nie śnili. Prastara sztuka miała jednak swą cenę, cenę najwyższą i choć nie mogli jej poznać przed narysowaniem runicznego kręgu, to jednogłośnie postanowili udać się w odpowiednie miejsce, by zaznać nieznanej wcześniej potęgi.

Droga nie była długa. Nim zdążyli rozbić kolejny obóz na horyzoncie ukazał się im kamienny krąg, który niczym nie różniłby się od tych przeznaczonych do religijnych kultów, gdyby nie sześć lewitujących kamieni poruszających się dookoła jednego w kształcie stożka, umiejscowionego na podłożu w samym środku okręgu. Druidzi wiedzieli, że nie zabłądzili, a treść manuskryptu nie była wyssaną z palca bujdą.

Pierwszy z nich, najbardziej zuchwały, ruszył przed wszystkimi chcąc bezzwłocznie rozpocząć czarnoksięską sztukę i choć nikt mu się nie przeciwstawił, to można było usłyszeć głosy niezadowolenia. Zbliżywszy się do centralnego punktu kręgu przycisnął różdżkę do jego powierzchni, która ugięła się po naporem drewna, a następnie zaczął kreślić runiczne znaki zapisane w starożytnym rękopisie. Czym więcej pojawiało się symboli, tym szybciej kamienie zaczynały się poruszać. Ich szczyty zamieniły się białym światłem, aż w końcu rozbłysnęły skierowanym ku górze, rażącym promieniem. W tej samej chwili czarnoksiężnik upadł z wycieńczenia, a łomoczące w piersi serce nie pozwalało mu złapać głębszego oddechu. Zaczął się dławić, jego oczy przeszły krwią – niewidzialna siła wbiła się w jego żebra i wyrwała bijący narząd tuż ponad powierzchnię martwego już ciała, po czym rozpłynął się on w powietrzu. Stożkowata bryła skalna zmieniła kolor poziomego światła w nieprzeniknioną czerń, a tuż nad jej szczytem uniósł się niewielki odłamek opleciony hebanowymi żyłkami. Gdy tylko kolejny z druidów zacisnął dłoń na znalezisku promień skierował się na jeden z lewitujących kamieni, by finalnie rozbić się o niego z dużą siłą. Momentalnie na jego powierzchni zaczęły pokazywać się identycznego koloru żyłki, które mieniąc się sprawiały wrażenie jakoby pulsowały.

Zachował jednak artefakt nie chcąc przekazać go nikomu z piątki pozostałych. Zdawał się poznać jego moc, okiełznać niezwykłą, nieznaną wcześniej siłę. Podczas powrotu przesunął wolno palcem wzdłuż czarnego wyżłobienia i pomyślał o osobach, które przodowały w debacie o ich wygnaniu, liderowały w dialogu o zdradzie. Gdy tylko dotarli do wioski dostrzegli kilkanaście ciał okrytych białym materiałem i wtem zrozumieli, że magiczny kamień naprawdę działał.

W ten sam sposób pozbywali się kolejnych przeciwników – jednostek lub niewielkich grup – i obserwowali jak intensywna czerń żyłek blednie, aż w końcu znika na dobre.

Bez cienia zawahania postanowili wrócić do kręgu, by ponowić rytuał. Druid nierozstający się z artefaktem był zaślepiony swą potęgą, dlatego to on przytknął różdżkę do skalnego stożka i kierując się manuskryptem kontynuował zapis swego zmarłego towarzysza. Cały proces powtórzył się, na co uniósł triumfalnie dłonie, lecz zaraz po tym rozległ się dźwięk krakania i w tej samej chwili jego ciało objęła niewidzialna siła ściskająca go do utraty tchu. W końcu mężczyzna upadł bez życia, a spod jego pleców zaczęła wydobywać się szkarłatna posoka wypełniając kamienne bruzdy. Nim brunatnoczerwony promień wystrzelił z wierzchołka centralnego punktu kręgu i pojawił się drugi odłamek, krew zniknęła. W druidzie, charakteryzującym się swą wyjątkową brutalnością, nie wzbudziła sytuacja większych obaw, dlatego pewnym ruchem chwycił artefakt powodując rozbłyśnięcie kolejnego, lewitującego kamienia. Na całej jego fakturze dostrzec było można liczne, mieniące się szkarłatnym kolorem żyłki – identyczne do tych znajdujących się na artefakcie.

Czarnoksiężnik poczuł to samo, co jego poprzednik i po powrocie do wioski mógł dostrzec, jak na skutek uruchomienia właściwości odłamka, wybrani mieszkańcy zyskiwali czasowe, magiczne zdolności. Nie potrafili ich jednak kontrolować; podpalali swe domy, wzajemnie zadawali rany i niszczyli wszystko, co spotkali na swej drodze. W ten sposób zbuntowali przeciw sobie kolejnych członków osady, którzy zaczynali dokonywać samosądów. Triumfowali.
Historia jeszcze cztery razy zatoczyła koło. Wpierw magia zaklęta w skalnym stożku zmusiła ostatniego właściciela artefaktu do rozbicia swej głowy, po czym nad wierzchołkiem pokazał się kolejny odłamek – tym razem opleciony granatowymi żyłkami. Po zabraniu go przez czarnoksiężnika trzeci lewitujący kamień upodobnił się do mniejszego odpowiednika i tym samym mężczyzna zyskał umiejętność kontroli ludzkiego umysłu. Jedno przesunięcie palcem, jedna myśl potrafiły zagłuszyć ludzki racjonalizm, a także odpowiedzialność za własne czyny. Człowiek człowiekowi stał się wilkiem.

Nie minęło wiele dni nim podzielił los swych zmarłych towarzyszy. Nowy, szmaragdowy odłamek zyskał swego pana i kolejnego z lewitujących kamieni oplotły charakterystyczne, mieniące się bruzdy. Druid zyskał władzę nad pamięcią – mógł wspomnienia dodawać, modyfikować a także je wymazywać, co skrzętnie wykorzystał do zebrania wiernej grupy poddanych.

Następny przyjął barwę ametystu, a jego moc pozwalała kontrolować emocje; wzbudzać strach, radość, miłość, smutek czy nienawiść. Czarnoksiężnik jednak szybko wykorzystał całą moc i przy jego martwym ciele stanął siódmy druid, z którego wyciągniętej dłoni mienił się bursztynowym kolorem ostatni, magiczny odłamek.

Po malowniczej wiosce pozostały jedynie zgliszcza. Na próżno szukać było żywego ducha pośród uliczek usłanych krwią i stosu rozszarpanych trucheł. Umiejętność przeobrażenia części ciała w zwierzęce odpowiedniki doprowadziła do ostatecznej klęski, za co ostatni z druidów sam wymierzył sprawiedliwość zabijając towarzysza we śnie.

Powrócił do kamiennego kręgu trzymając już tylko nieznacznie mieniący się odłamek i ułożył go tuż obok wszystkich innych wyczerpanych ze swej siły. Pragnął ukryć Locus Nihili, aby już żaden nie poddał się jego potędze. Stanąwszy tuż obok stożkowatej skały oparł różdżkę o jej powierzchnię, po czym zaczął wypowiadać prastarą, runiczną inkantację. Czuł opór, więc nieustannie zwiększał nakłady swej mocy. Lewitujące kamienie obracały się coraz szybciej, na niebie rozścieliło się pasmo kolorów, ziemia mocno zatrząsnęła i wtem wszystko znikło – razem z druidem, który jako jedyny nie był głodny niewyobrażalnej władzy.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Gabinet - Page 7 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Gabinet [odnośnik]04.09.23 16:32
Kiedy wypuścił pomiędzy nich pytanie które musiało paść - Melisande nie podejrzewała, że będzie inaczej - odsunęła od niego tęczówki. Przesunęła dłońmi po podłokietnikach w jedną i drugą stronę w końcu układając na nich łokcie, podciągając tęczówki dłonie, splatając przed sobą. Rozumiała zasadność tej decyzji, ale wiedziała też, co znaczy zostawić dom. Tristan nie był w stanie tego pojąć, mówiła mu to, gdy przynosił jej wieści o oświadczynach.
- Pytam tylko o to Tristanie, czy poza tym, co zyskamy, zastanawiałeś się, co to dla niej znaczy? To nie obcy ród funkcjonujący tutaj w Anglii czy wizja niedoświadczenia prawdziwej miłości. To nowy kraj, nowy język, samotność i niezrozumienie. To nie tylko pytanie o to czy sobie poradzi. - wróciła tęczówkami do Tristana. Melisande, potrafiła funkcjonować nastawiona na cele i zadania, choć jednocześnie potrafiła sobie wyobrazić jak niewygodne byłoby życie na zamku, na którym porozumienie się z kimkolwiek byłoby sztuką. - Ale też o to czy i ty jesteś gotów na możliwe konsekwencje tej decyzji. - bo poza zyskami, mogą być też straty. Może nie dla rodu samego w sobie, ale mogły przynieść rysę na relacji, która łączyła tą dwójkę. Nawet ona nie byłaby w stanie zaakceptować takiej decyzji łatwo.
Jeden z jej kącików drgnął wyżej w rozciągniętych już ustach w uśmiechu. Zerknęła na niego łagodnie unosząc brwi, opuszczając odrobinę brodę, jakby niewerbalnie pytając: myślałeś, że będzie inaczej?
Rozchyliła wargi, przez chwilę sprawiając wrażenie, jakby chciała coś dodać, jednak zacisnęła je sięgając po kielich. Bo… łatwo? Wcale nie. Wyruszyła z domu z mieszającym się w niej poczuciem zawodu i determinacji. Nie mogła w tym wszystkim zatracić siebie. Nigdy nie chciała być jedynie ozdobą przy boku swego męża, najbardziej obawiała się stagnacji i powolnego więdnięcia pod koroną pozorów. Chciała udowodnić coś im wszystkim: Tristanowi, Koronosowi, Manannowi, wszystkim mieszkańcom Corbenic Castle. A przede wszystkim samej sobie - może przekonać siebie, że naprawdę była w stanie coś więcej ponad to. Bo wraz z zaznaną porażką, przed sobą, nie mogła udawać, że zwątpienie nie osiadło na jej ramionach. Że nie kuło jej nieprzyjemnie przypominając o sromotnej klęsce którą poniosła i złości Tristana która niosła się echem w jej wspomnieniach. Ostrych głosek i słonych łez. Padający prowokacyjny komentarz sprawił, że w odpowiedzi uniosła w rozbawieniu tęczówki spoglądając na sufit. Pokręciła lekko głową.
- Odrobinę wiary. - wyrzuciła z siebie, zdając sobie sprawę, że Tristan nie wypowiada tych słów z powagą. Padające potwierdzenie przyjmując z rozciągającym jej wargi uśmiechem.
- Z Grecji. - powiedziała chwilę po tym, jak padło pytanie. - Astral jest zrodzony z jednego z tamtejszych championów, ale nie pamiętam nazwy hodowli. - zmarszczyła odrobinę brwi w zastanowieniu niepewna, czy Manannan w ogóle wspominał jej nazwę. Może ona nie słuchała dokładnie, karząc go za zdawkowe zainteresowani mocniej pochłonięta samymi zwierzętami. - Prawda? - ucieszyła się, widząc w krótkim stwierdzeniu niejako zrozumienie ze strony brata. Potwierdziła krótkim skinieniem głowy. Wróciła spojrzeniem do Tristana unosząc w przelotnym zaskoczeniu brwi, po którym rozciągnęła usta w uśmiechu. - To wspaniały pomysł. Napisz do Manannana, kiedy się zdecydujesz. Jestem pewna, że wspomoże cię w tej sprawie. Słyszałam że na Sycylii mają hodowle, która specjalizuje się w opalowej odmianie. - dodała jeszcze przypominając sobie jedne z padających tamtego dnia słów. Kiedy prośba o uwagę wypadła między nich jej wzrok złagodniał, pozostawiając usta rozciągniętymi. - Na razie prowadzę obserwację, czytałam, że to łagodne stworzenia. Zamierzam wziąć parę lekcji, ale nie martw się, wiem gdzie leżą moje priorytety. - pochyliła głowę. - Jestem już duża, Tristanie, poza tym w wodzie upada się łatwiej. - zażartowała, ale w oczach czaiła się wdzięczność za okazywaną troskę. I szczerość. Bo najważniejszym dla niej w tej chwili było i miało być dziecko. Teraz, kiedy sprawy wróciły na właściwy tor z niespodziewaną przyjemnością zabierała się do tego obowiązku. Ale nie zmieniało to faktu, że potrzebowała go - nie tylko ona. Miało być świadectwem sojuszu. Jego przyszłością. I choć czasem irytował ją fakt, że dla niego musiała zmienić swoje życie i jemu podporządkować świat wokół siebie, to nie zamierzała się uchylać od tego, czego od niej wymagano.
- Mnie też. - zgodziła się, po chwili milczenia w której zastanawiała się, czy powinna powiedzieć mu więcej. Zwierzyć się z tygodni wypełnionych frustracjami. Z tego jak mimowolnie coś nieprzyjemnie skręcało się wewnątrz niej kiedy z ust Imogen wypadały pochwalne słowa dotyczące jej brata, malujące go w obraz bez wad. Z próbami, których się podjęła, z czasem który spędziła czekają - gotowa - i w końcu ostatniego uczynku, którego się dopuściła. Ale ostatecznie odpuściła. Wolała, kiedy Tristan mógł odetchnąć z ulgą że wszystko układa się wedle ich życzeń. Przeszłość nie miała znaczenia, skoro ją zmieniła - choć własnemu mężowi, nie zamierzała odpuścić tak łatwo.
- To siostra Manannana, siedziała obok niego podczas zaręczyn. - przypomniała Tristanowi. - Oh, nie pracowałyśmy nad tym same. - sprostowała rozciągając łagodnie wargi. Przygotowanie takiego przedsięwzięcia potrzebowało różnych ludzi i różnych aspektów. - Wspomogłam ją radą i myślą z zainteresowaniem patrząc na to, jakich wyborów dokona. Jakoś tak wyszło - zaczęła rozciągając usta w rozbawieniu - że zanosząc dobre wieści jednemu z handlarzy ustanowiłam doroczny konkurs na - urwała, podrywając w jedną z brwi do góry, jej usta rozciągały się w rozbawieniu - najlepsze bydło. Może nazwą go moim imieniem. - zastanowiła się w krótkim żarcie unosząc brwi dla efektu. - Irina Macnair poprosiła też o pomoc przy tym w Suffolk. - tym razem, mimo uśmiechu, prawa część górnej wargi zadarła się jeszcze trochę, wyżej, w zadowoleniu. Oczy zmrużyły lekko. Sięgnęła po kielich, zerkając na Tristana kiedy wypuścił między nich pytanie. Westchnęła opadając na oparcie. - Nie dałabym rady zaangażować się wszędzie, zamierzałam wstąpić przed wizytą, ale musiałam zostać trochę dłużej w Rezerwacie. - wytłumaczyła się unosząc kielich. - Choć jestem pewna, że ten nasz zachwyca, skoro jest organizowany przez Evandrę. To też szansa dla Corinne, mam nadzieję, że towarzyszy jej dzisiaj? - zapytała brata wspominając nowo poślubioną małżonkę kuzyne, nie bez powodu zresztą, licząc że Tristan powie jej o niej coś więcej. Z milczeniem wysłuchiwała dalszych słów widząc troskę, która odbijała się na jego twarzy. Spoważniała, potakując krótko głową, choć nie pytał - nie musiał. To było jasne. Potrafiła pojąć jego obawy. Evandra dużo przeszła z tego co mówił Tristan a do tego toczyła ją choroba. Posiadanie uzdrowiciela pod ręka, było odpowiednim działaniem, choć Tristan nie zdawał się do niego przekonany. Wydaje padające z jego ust mówiło jej o tym wszystko.
- Lepiej żeby wiedział… - skomentowała, nie kończąc zdania, nie musiała. Tristana lepiej było nie zawieść. I choć wiedziała, że ją traktuje inaczej i ona nie przepadała za jego złością. A tą, którą potrafił rozpętać dla tych których kochał, trudna mogła być do opisania słowami. Potwierdzał to sam, swoją wcześniejszą opowieścią. Uniosła brwi w odpowiedzi na wyjaśnienia dotyczące syna. Coś zdawało się tutaj rozmywać we wspólnym zrozumieniu. Ale chwilę później jej brwi powędrowały jeszcze wyżej w zaskoczeniu kiedy dotarło do niej, że nie miał na myśli Evana a Marcusa. - Tego. - potwierdziła chwilę później. - Deirdre powiedziała tylko że objawiły magię, nie wspo… - urwała nagle, przypominając sobie coś, co zwróciło jej uwagę tego dnia. Przekrzywiła głowę, palcami ujmując wargę, marszcząc brwi, spoglądając na brata, mrużąc oczy. - Ktoś zaatakował Mysseline?- zapytała zaraz jednak wyprostowała się. - Niemniej. - podjęła wracając na właściwy tor. - To rola brata, czuwać nad siostrą. - choć nie potrafiła nie zastanowić się nad tym, czy było to jednocześnie świadectwem szybko rozbudzonej brutalności, czy nieświadomością.
- Nie dokonała jej w jakiś sposób sama? - zapytała brata, wzruszając łagodnie ramionami. Nie potrafiła jeszcze zrozumieć miłości matki do dziecka, a jej logiczny umysł rozliczał w tej chwili jedynie sprawy i uczynki. To prawda, akceptowała ich istnienie, akceptowała - i nawet polubiła - Deirdre, ale Deirdre, świadomie wiedziała co wybierała. Życie w cieniu, na boku, bez mężczyzny którego - prawdopodobnie kochała, dlatego też miłość dla niej określana była mianem cierpienia. Była kochanką i nigdy nie miała być nikim więcej. Czy nie powinna zadbać o to, by nie przysparzać problemów Tristanowi? - Jeśli chcesz znać moje zdanie; może zależeć ci na tym by posiadać je obie, ale jednej powinieneś nadać wyższą wartość. Wyznając Evandrze prawdę o dzieciach, ale nie pozwalając współdecydować w ich sprawie postanowisz jedynie zrzucić z siebie ciężar i postawisz przed nią wymóg, by zaakceptowała tą sprawę dokładnie taką, jaką jej podajesz bo nie liczysz się z jej zdaniem. Ot, dostała informację, na którą nie ma żadnego wpływu. - wypowiedziała argumentując własny sposób postrzegania. - Bez znaczenia - miejsce i czas nigdy nie będą wydawać się odpowiednie by wyznać coś takiego. Ale - zastanowiła się - nie wybierałabym jakiegoś w którym spędzacie razem chwile, które lubicie, zdecydowanie nie wasze komnaty. To miejsce na zawsze może osiąść wspomnieniem w którym jej to wyznajesz, lepiej więc by nie było dla was istotne. Gabinet też sobie odpuść, tutaj będzie na rozmowie z nestorem, nie mężem. - orzekła milknąc, kiedy Tristan znów się odezwał. Zmarszczyła odrobinę brwi słuchając jego słów. - Możesz im kupić co tylko dusza zapragnie. Masz problem ze zdecydowaniem co to powinno być? - stwierdziła w końcu kończąc pytaniem. Podejrzewała coraz mocniej, że Tristan chciał być ich ojcem. Być, nie tylko w kwestii biologicznej, móc powiedzieć: to mój syn. Odstawiła pusty kielich na stół opadając z westchnieniem na oparcie. Spoglądając w bok, za okno. - Ciężko mi jednoznacznie wnioskować w tej sprawie. - podjęła po krótkiej chwili. - Jeszcze miesiąc temu sądziłam, że podobne wieści w moim przypadku przyjęłabym ze spokojem i logiką. Ale ostatnio czas zweryfikował wszystko za mnie. - kącik ust drgnął jej, jednak nie był to grymas wypełniony radością. - Evandra może cię zaskoczyć zaproponowanym rozwiązaniem, bo już teraz z twoich słów wynika, że jej reakcje, są inne niż te, które zaprezentowałabym ja. Wierzę, że jeśli szczerze powiesz jej czego pragniesz, pomoże ci po to sięgnąć. Poza tym - zawiesiła spojrzenie na bracie, rozpogadzając się trochę. - jesteś nestorem. - przypomniała mu choć wątpiła, by potrzebował tego. Ale to też był jeden z faktów. - Przekonaj ją, że twoje rozwiązanie - cokolwiek nie postanowisz, jest tym czego i ona chce, albo ma największy sens. Wtedy wszyscy macie szansę być zadowoleni z efektów. - brać a nie prosić, czy nie tak sam jej mówił? I choć miała kilka rozwiązań, tym razem nie uważała, że powinna je prezentować. Wcześniej, nie zawahałby się nawet chwili, teraz jednak sama nie chciałaby się znaleźć w miejscu w którym Manannan wraz ze swoją siostrą decydują o tym, co zrobić w sprawie w której ona również powinna dostać prawo głosu. Nie, może nie powinna - ale z pewnością chciała. Chciała być choć uwzględnia - a najlepipej wysłuchana. A logicznym argumentom, trudno było się postawić.
- Zróbmy więc wszystko by znaleźć sposób, byś mógł to osiągnąć. - stwierdziła zaplatając dłonie przed sobą. - Jaka jest cena za korzystanie z jej mocy? - zapytała brata. - Poza tymi… niedogodnościami, o których wspomniałeś. - tajemnice, kusiły ją bardziej niż wszystko inne. A może wszystko to, co już poznała. A później zamilkła. Słuchając dokładnie tego, co mówił. Nie oszalał, wierzyła mu. W każde jedno słowo, które padło między nimi. Nie miała powodów, by wątpić w prawdziwość jego słów - jak nierealnie by nie brzmiały. A gdy na nią spojrzał zrozumiała, że w jakiś sposób to co czują jest podobne. Jego słowa ją wabiły, kusiły, fascynowały. W milczeniu słuchała też opowiadanej legendy. O gniewie bogów i druidzkiej mocy, co jakiś czas odrobinę marszcząc brwi w myśli, przemykające przez jej głowę, albo wnioski, pytania, pierwsze tezy. Świat zdawał się obrócić dla niej o całe sto osiemdziesiąt stopni. Wszystko składać, a zaraz przed nią znajdowała się zagadka, problem, czekający na to, by się nad nim pochylić. - Co zrobiła w Warwick? - chciała wiedzieć. - Dasz mi pergamin i pióro? Ten odłamek, chciałabym go zobaczyć. - zadała kolejne z pytań, a pochylając się, by zapisać znaczące rzeczy odezwała się raz jeszcze. - To mi przypomniało, że nie poruszyłam jednej sprawy. - wyprostowała się, kiedy ostatnie ze słów podkreśliła lekko. - Kwestii mojej nauki magii, którą nawet w tej historii się wspomina. Teraz jestem już niemal pewna, że powinnam się w nią zagłębić, by móc zrozumieć jej strukturę i wspomóc was odpowiednio. - stwierdzenie, jednocześnie majaczące jako niewypowiedziane pytanie.


I've heard allegations 'bout your reputation
I'll show you my shadows if you show yours
Let's get it right dear, give a good fight dear
We'll keep it all up behind
closed doors
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Gabinet [odnośnik]05.10.23 15:48
- To zaskakujące, ale rumuński ma wiele wspólnego z francuskim, szybko opanuje język - skontrował jej słowa, choć przecież nie o to jej chodziło. Melisande była od niej znacznie starsza, mała Vivienne - przynajmniej w mniemaniu Tristana - nie do końca rozumiała, dokąd wraca. Nie sądził, by była w stanie opanować mężczyznę w stopniu podobnym, w jakim oczekiwał tego od starszej siostry. Jej dociekliwość sprawiła, że zdradził się ze szczerością. - Gdzie indziej będzie bezpieczna? - spytał, tak daleko od granic konflikt jej nie dosięgnie, dokładnie tak, jak nie sięgał dotąd. Minęło już dużo czasu, Zakon Feniksa wciąż stawiał opór, a jego żona odczuła to na wlasnej skórze. Nie chciał tego samego dla niej. - Jest młodsza od ciebie. Słabsza. Może to zaboli. Może na początku nie zrozumie. Ale jest mądra, bo jest naszą siostrą. Słuszność tej decyzji prędzej czy później do niej dotrze. - Czy był gotowy na stratę? Ależ nie, nie liczył się z nią. Oczekiwał od niej dojrzałości, która pozwoli przez to przebrnąć całej rodzinie. Tam, za granicą, przyniesie im więcej chluby niż tutaj. - Spójrz na Salamandry, sytuacja w kraju jest tak niepewna jak nigdy. Próbowaliśmy wydać cię za Blacka - śmierć jednego Alpharda sprawiła, że ród przestał się liczyć, bo jego młodszy brat okazał się za słaby. A śmierci jest teraz więcej, niż kiedykolwiek wcześniej - to jak hazard, nie wiesz, na kogo wskaże dzisiaj ruletka. Wróciła do domu w złym czasie. Ale przecież nie zostawimy jej niezaręczonej na lata, jak to będzie o nas świadczyło? - Poniosą się plotki, o nich, o niej, może wątpiące w to, czy są w stanie wyprawić jej posag, a może godzące w jej reputację. Na nic takiego - pozwolić sobie nie mogli. Znała go dość, by zdać sobie sprawę z tego, że wypowiadanie podobnych słów nie przychodziło mu łatwo. Dopiero co do nich wracała, oczywiście, że wolałby mieć ją bliżej, móc mieć na nią oko i mieć pewność, że nie dzieje jej się krzywda. Ale czy to wciąż był przywilej, na który mogli sobie pozwolić? - Będę na miejscu z końcem miesiąca, wyruszamy z Evandrą w podróż. Zapoznamy się z absztyfikantem Vivienne, zwiedzimy tamtejszy smoczy rezerwat i spędzimy trochę czasu razem. Trwa zawieszenie broni, chcę to wykorzystać na zasłużony odpoczynek. Mam nadzieję, że znajdziesz czas, żeby sprawdzić, jak radzą sobie Mathieu i Corinne. Nasza najmłodsza róża wydaje się jeszcze trochę... zagubiona.
Z zainteresowaniem słuchał opowieści o greckiej hodowli, wahając się, czy nie powinien sprowadzić raczej okazów z wyspy Wight; greckie czempiony brzmiały zdecydowanie bardziej perspektywicznie, zdolne wzmocnić brytyjskie geny. Czy zastanawiał się nad tym aż tak przyszłościowo? Dotąd nie, krótka myśl rozjaśniała równie prędko, jak prędko zgasła. Na jego twarz leniwie wsunął się uśmiech, gdy przypomniała mu, że jest już duża. Była, udowodniła to, zyskując przychylność morskiego rodu - a jemu pozostało po tym poczucie dumy.
- Było co oceniać? - zagadnął, odnośnie konkursu bydła, zdając sobie sprawę z tego, ze zapewne niewielu mieszkańców wiosek było w stanie ocenić okazy, ich zdrowie i geny z taką pieczołowitością, co Melisande. Jednocześnie zwierzęta trzymane na wioskach - zwłaszcza wobec panującego głodu - rzadko przechowywane były w warunkach, które były w stanie wydobyć z nich pełnię potencjału. I choć uśmiech rozbawienia przemknął przez jego twarz, gdy próbował wyobrazić sobie Melisande czarującą pospólstwo, przynosiła tylko kolejne powody do dumy, brnąc w dalszą grę pozorów. To było bardzo ważne - ocieplać wizerunek nadszarpnięty przez konieczne, choć niekiedy w istocie brutalne działania. Kiwnął głową na dźwięk imienia Iriny, była intrygującą czarownicą, cenioną, jej znajomość mogła wyjśc Melisande na dobre. Wzruszył ramieniem, gdy spytała o Corinne, po prawdzie nie miał czasu zająć się kwestią tych przyjęć - wiedział jednak, że Evandra włożyła w to dużo serca. - Taką mam nadzieję. Corinne lubi... nic nie robić - zadumał się, spoglądając na Melisande, jakby szukając jej reakcji, może zaskoczenia, może rozbawienia. Rzecz jasna, na ich dworze będzie miała swoje obowiązki, ale zostawił tę kwestię Evandrze, ze szczerym zainteresowaniem przyglądając się postępom. Nie poznał jej jeszcze zbyt dobrze, parszywy nastrój po porwaniu Evandry dawał się we znaki wszystkim domownikom.
- Tak - zgodził się z nią, gdy wspomniała o roli brata. - Lecz czy to nie jest niezwykłe, że w tak młodym wieku jest w stanie czynić to tak skutecznie? Deirdre wspominała, że opiekunka ją uraziła, nie pamiętam dobrze - zbył nieco lekceważąco, choć tak ostra i czarna magia skierowana naprzeciw w gruncie rzeczy niewinnej osoby musiała wydać się niepokojąca. I, co gorsza, nieopanowana. To drugie spędzało mu sen z powiek. Nie odpowiedział na słowa Melisande, czy Deirdre dokonała zdrady w dniu, w którym ukochała jego dzieci? Wydawało mu się, że nie, na tym polegała rola matki, dla niej to one powinny być najważniejsze - jak oni zawsze byli dla swojej matki.
- Ja jestem ich ojcem - przypomniał siostrze, zastanawiając się nad jej słowy. Czy powinien, czy mógłby podzielić się z Evandrą władzą nad dziećmi? Przywykł do posiadania ostatniego słowa, do podejmowania decyzji, czy odtąd, nim zakomunikuje ją kochance, winien konsultować ją z żoną? Nie potrafił wyobrazić sobie siebie w tym układzie. - Evandra jest moją żoną, nigdy nie będzie znaczyć mniej od Deirdre - Nie traktował ich równo i bez tego. To z Evandrą żył, to z nią się liczył, to ich dzieci miały odziedziczyć wszystko. Być może wykazałby się zrozumieniem, gdyby obiecał Evandrze, że nie uczyni z dziećmi nic bez jej zgody, lecz jak szybko złamałby tę obietnicę? Kiwnął głową, gdy przestrzegła go przed poprowadzeniem rozmowy w ich komnatach, być może miała rację. Gdzie zatem - musiał się zastanowić. - Dochodzimy do sedna sprawy - westchnął, gdy dopytała, czy nie wiedział co powinien im sprezentować. Czuł, że powinni otrzymać pamiątkę, która zostanie z nimi na długi i podkreśli łączącą ich więź, nauczono go jednak w takie okazje przekazywać rodzinne dobra, których tej dwójce przekazać nie mógł.
- Jest bardzo wyrozumiała - odparł, gdy zastanowiła się nad reakcją Evandry. - Wie kiedy i czego potrzebuję. Wie, że... nie jestem jak inni. Ona też nie jest, jest... - zawahał się, w zamyśleniu uciekając wzrokiem gdzieś na bok w poszukiwaniu właściwego słowa. - Perfekcyjna - wypowiedział w końcu, powoli, racząc się każdą głoską. Była, była ucieleśnieniem jego snów, a nawet czymś więcej niż to. Zamierzał ją przekonać, że dzieci Deirdre będą częścią ich życia, ale nie potrafił się do tego należycie przygotować, znaleźć odpowiednich słów, wybrać odpowiedniej drogi. Prędzej czy później - będzie musiał.
- Wydaje ci się, że to niewiele? - westchnął, gdy spytała, czego jeszcze chciała od niego zmora. - Zabrała moje zdrowie. Jestem słabszy - przyznał, nie wiedziąc, czy osłabienie to wynikało z toczonej z nią batalii, czy z tego, że jak pasożyt wiła sobie gniazdo w jego ciele. Na pytanie, co zrobiła w Warwick, nie odpowiedział od razu. Zgodnie z jej życzeniem otworzył szufladę, wydobył z niej pergamin i pióro, po czym przesunął je w kierunku Melisande. - Zamordowała wszystkich, którzy stali przeciwko nam, nie czyniac krzywdy naszym sojusznikom - odparł w końcu, to ona, ona zdobyła fortecę, ona przechyliła szalę zwycięstwa. Objawiła potęgę. Nieskończoną, wielką, wyjątkową. - Mam go w sypialni, pokażę ci później. Nie ma w nim niczego wyjątkowego, jest czerwony, lecz nie reaguje. Już nie. - Czy jego moc uległa wyczerpaniu, czy powód był inny, tego też nie wiedział. - Craig może być kluczem. Kiedy było już po wszystkim... te cienie... pojawiły się po tym, kiedy on... pomów z pozostałymi, Melisande, na jednym z rycerskich spotkań objawił się duch, który opętał Craiga. - Był ich bliskim kuzynem, dotarcie do niego nie mogło być takie trudne, mimo tego, że od jego degradacji rozpłynął się w powietrzu. - Nie wiem, co działo się dalej. Zniknąłem, zanim mój duch skrzywdził więcej osób. - Musiał ich chronić, lecz tamtą absencję przypłacił niewiedzą. - Nie powinnaś się narażać. W szczególności nie teraz. To nie pozostaje bez wpływu na ciało - A twoje ciało - jest teraz twoją przyszłością, bo też dzielisz je z innym bytem.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Gabinet - Page 7 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Gabinet [odnośnik]06.10.23 15:45
Kiedy słowa odpowiedzi owinęły się wokół Melisande wzięła wdech w płuca, by wypuścić nagromadzone powietrze chwilę później. Powstrzymała chęć wywrócenia oczami - doskonale wiedział, że nie o to jej chodziło. Pozwoliła by zmarszczka przecięła jej czoło. Nie kwestionowała słuszności tego wyboru, po prostu obawiała się o młodszą siostrę. Różniły się - to było pewne i jasne. A do tego, Melisande zdążyła już funkcjonować w świecie. Szkołę skończyła lata temu, zapracowała na swoją pozycję ze wsparciem ojca, brata i Marianne. Zacisnęła łagodnie usta na pytanie, które zawisło między nimi. Tutaj - cisnęło jej się na usta. W Domu Róż, z nim przy boku. Nigdy niczego się nie obawiała mając go obok. Wierząc w niego i jego siłę. Kiedy przyszedł czas wyprowadzki jednym z jej największych obaw było to, że Manannan nie będzie w stanie ofiarować jej podobnego rodzaju pewności. Pewności, która opierała się na zaufaniu i znajomości. Zacisnęła usta, przez krótką chwilę wyglądała na niezadowoloną. Głównie dlatego, że Tristan miał rację. Selwynowie byli niepewni, dopiero powracający - może - na odpowiednią ścieżkę. Śmierć Alpharda w istocie wystarczyła, by sojusz z Blackami nigdy nie doszedł do skutku. Śmierci rzeczywiście było teraz więcej, niż wcześniej - wokół niej, toczyła się jej druga obawa. Nadal mogła mieć jedynie nadzieję, że Manannan nie podda się jej tak łatwo jak Alphard. Jej czoło złagodniało. Martwiła się, bo nie była pewna. Nie była pewna czy cena jaką przyjdzie im - a bardziej Tristanowi - zapłacić za tą decyzje rzeczywiście była odpowiednia. Niezrozumienie i złość Vivianne, jego własna tęsknota i obawa. Rozumiała, teraz, że to nie była decyzja polegająca tylko na swojej intratności ale i bezpieczeństwie, ale nadal nie umiała się do niej przekonać. Milczała jednak, nie znajdując argumentów, które mogłaby go w tej chwili przekonać. Które w istocie niosłyby ze sobą ładunek odpowiednio istotny, niźli stawanie przeciw niemu z przekory. Nie tego była nauczona i nie w ten sposób funkcjonowała. Przyciągnął jej spojrzenie kiedy wspomniał że planuje wizytę w Rumunii.
- Należy wam się chwila tylko dla was. - zgodziła się z nim. Nie pamiętała, by Tristan wyjeżdżał w ostatnim czasie - a może latach - żeby w istocie wypocząć. Od zawsze zaangażowany w sprawy nie tylko hrabstwa, ale i całej Anglii. Jeśli wyjeżdżał to w sprawach związanych z biznesem czy to rodu, czy rezerwatu. Wieść o tym, że wyjazd planował dotarła do niej, jednak sądziła, że i tym razem udaje się w podróż biznesową. Cieszyło ją to, że postanowił dać sobie i Evandrze chwilę wytchnienia. - Znajdę. Nie kłopocz swoich myśli, Tristanie. Naprawdę. - potwierdziła unosząc łagodnie kąciki ust ku górze. Dopilnuje, by wszystko przebiegło bez problemów. - Niewiele wiem o Corinne, ale dostatecznie znam Evandrę by nie mieć obaw, że zadba o wszystko przed wyjazdem. - rozciągnęła usta mocniej. Jej szwagierka była perfekcjonistką - podobnie do Melisande. Corinne pewnie dostanie konkretną listę rzeczy, do zajęcia. A to, co Evandra mogła zaplanować wcześniej z pewnością to zrobi. Odchyliła się na krześle wypuszczając powietrze, zaplotła dłonie na piersi. Spojrzała w bok. - Mathieu mnie martwi. - przyznała zgodnie z prawdą wracając tęczówkami do Tristana. - Poradziłam mu by wziął wolne do poniedziałku. - pominęła na razie spór, który nawiązał się między nimi. To co chciała, powiedziała już kuzynowi. Na razie nie zamierzała wspominać o tym w jaki sposób ją potraktował - poradziła sobie z tym sama. Nie wspomniała też o tym, że jego roztargnienie spowodowało że musiała dłużej pozostać w rezerwacie. - Nie sądzę jednak, by wydarzyło się coś z czym nie będę w stanie sobie poradzić. - dodała zgodnie z prawdą. To, że i Tristan dopilnuje wszystkiego przed wyjazdem czym tylko on mógł się zająć nie podlegało żadnej wątpliwości. Wszystkim innym, mogła zaradzić ona - albo Mathieu.
Kiedy wypadło pytanie Tristana z łagodnym uśmiechem pokręciła głową w zaprzeczeniu. Nie do końca było. Mogła jednak wprowadzić go w krótką perspektywę tego, co się stało.
- Oh, Imogen postanowiła wspomóc jednego z hodowców, który ma spory posłuch wśród mieszkańców okolicznych wiosek. Kupiliśmy od niego bydło - mięso przeznaczymy prawdopodobnie w większości na cele charytatywne, choć o tym nie musi wiedzieć. Chciała bym to ja przekazała mu informacje. Ale… - zawiesiła głos, opuszczając brodę z rozbawieniem. Iskry zaświecił się w jej spojrzeniu, wargi rozciągnęły. - …nie byłabym sobą marnując okazję, czyż nie? - zapytała z rozbawieniem, przerzucając jedną nogą na drugą, opierając się głową o oparcie. - Dlatego zaproponowałam byśmy stworzyli cykliczny konkurs. W skład sędziowski wchodzić będzie ubiegłoroczny zwycięzca i wybrani przedstawiciele rodziny. Pan Brown z pewnością posłał już informację w świat. - sięgnęła po trunek stojący na biurku. Możliwość poszczycenia się bydłem takiej jakości by zadowolić arystokratów dodawała prestiżu (choć prawdopodobnie większość, jeśli nie całość mieli przeznaczać na działania charytatywne), wcielenie zwycięzcy jednego roku do jury następnego wykluczyło go z gry na rok - znikał problem stronniczości. Pozostawało złudne wrażenie, że każdy mógł wygrać. To było niemal jak fanaberia, choć możliwe, że mogła przynieść im więcej. A fakt, że wszystko było sygnowane jej imieniem - dzięki Imogen - pomagało podnieść poparcie ku niej samej. Padające z ust brata stwierdzenie odnośnie Corinne sprawiło, że jej brwi najpierw poszybowały w krótkim dziwieniu ku górze, a później wyraz jej twarzy zmienił się, głowa opadła do tyłu z ust wypadł perlisty śmiech.
- Początki życia jako Róża mogą być więc dla niej rozczarowujące. - podsumowała lekko. Zaraz westchnęła. - Tym bardziej nie rozumiem problemów naszego kuzyna. - przyznała zgodnie z prawdą. Corinne była młoda i zgodnie z tym co zobaczyła i słyszała uważała, że Mathieu naprawdę mógł ją ułożyć pod siebie. Jedyne co miał z nią zrobić, to przedłuż linie ich rodu - nic więcej. O zajęcia dla niej zadba Evandra. On sam, mógł wieść własne życie.
- Jest. - zgodziła się bez wątpliwości. Tristan wspierał ją od kiedy pamiętała. Ich więź rosła przez lata, jego protekcja nad nią była wyczuwalna a Melisande potrafiła ze świadomością wykorzystać pozycję, którą wraz z biegiem czasu otrzymała. Ale nie miała wątpliwości że osiągnięcie o którym wspominał było istotnie czymś niebywałam. Jej brwi uniosły się na chwilę, by zaraz znów odrzuciła głowę i zaśmiała się łagodnie. - Więc o tym mówiła, kiedy wspominała że ich opiekunka odeszła na zawsze. - wyrzuciła z siebie kręcąc łagodnie głową. Musiała przyznać, że potrafiła ubrać w ładne słowa, rzeczy dość makabryczne w finalnym skutku. Ale śmierć nieznanej jej służącej nie interesowała jej nadto. Może zatęskniłaby za swoją własną służką z którą przeżyła tyle lat, jednak i ją dało się zastąpić.
- Jesteś. - potwierdziła ze spokojem, splatając ze sobą dłonie, układając je na nogach. Wypowiedziała własne zdanie - bo ją o nie poprosił. Ostateczne decyzje jednak, należały do niego. Spoważniała całkiem, kolejne stwierdzenie dźwignęło jej spojrzenie - skrzyżowała je z tym należącym do Tristana, przekrzywiając odrobinę głowę. - Dobrze. - wypadło z jej warg najpierw. - Obie winny to wiedzieć. - dodała ni to jako stwierdzenie, ni jako radę. Czy wiedziały? Powinny. Sądziła, że stąd mogła brać się pewność Evandry, umiejętność przyjęcia kochanki. Ze świadomości, że dla Tristana była najważniejsza. Deirdre też powinna mieć świadomość swojej pozycji i swojego miejsca. Melisande mogła tylko domniemywać. Nie wiedziała w tej kwestii nic na pewno. Jej dłoń powędrowała do góry, kiedy unosiła rękę ku brodzie, pozwalając palcom zatańczyć pod nią w zastanowieniu. Wypuściła krótkie westchnienie z warg.
- Może rozwiązaniem twojego problemu, jest stworzeniem nowej tradycji specjalnie dla was. - dumała, spoglądając za okno. - Rzeczy, które im wręczysz, które stworzą waszą więź - nową - jak to co dostaną, staną się tym, co same przekażą dalej, swoim córkom i synom? - zapytała brata wracając do niego spojrzeniem. Starała się pomóc, jednocześnie rozumiejąc i nie jego rozterki. Łagodny uśmiech objął jej usta kiedy zaczął wypowiadać się o swojej żonie.
- To dobrze. - ucieszyła się nachylając łagodnie głowę. Odrywając plecy od siedzenia by zbliżyć się w kierunku Tristana. - Bo czy byłaby odpowiednia, gdyby pozostawała nieskazitelnym tworem? Czy mogłaby wtedy zrozumieć ciebie? - to były pytania retoryczne, nie potrzebowała na nie odpowiedzi i nie chciała ich. Ale cieszyła ją to co, co widziała. Evandra była silnym wsparciem dla jej brata - choć z początku Melisande obawiała się, że nie będzie.
- Nie. - odpowiedziała na kolejne z pytań kręcąc lekko głową. To było wiele. A ona zadawała po prostu kolejne pytanie. Nic więcej. Rozplotła nogi, przysuwając się z siedziskiem bliżej, zaczynając spisywać wszystko to, co usłyszała już wcześniej, na boku dopisując kilka własnych myśli. Na kilka chwil milknąc całkiem pozwalając by przestrzeń między nimi wypełniło skrobanie narzędzia o papier. Uniosła znad niego wzrok słuchając dalej. Jej oczy rozpostarły się w szczerym zaskoczeniu, zdumieniu. Wszystkich. Ale to znaczyło, że… - potrafi ich rozróżnić. - wypadło z jej warg. Zmarszczyła odrobinę brwi. Skoro czerpała z Tristana i potrafiła się z nim porozumieć możliwie że i to potrafiła dostrzec. Potaknęła głową - chciała go zobaczyć, nawet jeśli już nie reagował. Notowała dalej, równo z padającymi słowami, pozwalając brwią zejść się ze sobą w zamyśleniu. - Pomówię. - zgodziła się bez zawahania. Nie wątpiła, że zarówno Dei jak i Ramsey odpowiedzą na jej pytania. Niewiadomą pozostawał lord Burke - nie mieli ze sobą wiele wspólnego ale i do niego zamierzała dotrzeć w jakiś sposób. Miała już cel, ten zdawał się coraz bardziej klarowny. Zacisnęła wargi i podniosła na niego niezadowolone spojrzenie. odkładając pióro. Wsuwając się mocniej w fotel. - Wiem. - odpowiedziała mu zaplatając dłonie na piersi. - Słyszałam, że ma swoją cenę. Chodzi mi o teorię, bracie, czy ona też może na mnie wpłynąć? - zapytała się go mrużąc oczy, mimowolnie z niezadowoleniem dźwigając trochę brodę. Dziecko na ten moment - dla niej samej - było jedynie niespełnionym tworem wokół którego podporządkowywała życie. Przez które nie mogła podejmować się tego, czego chciała, przez które musiała odkładać na bok pewne rzeczy. Było też spoiwem i obowiązkiem, dlatego nie szukała wymówek. Co nie znaczyło, że wszystkie zakazy - choć logiczne - nie irytowały jej bardziej niż trochę.


I've heard allegations 'bout your reputation
I'll show you my shadows if you show yours
Let's get it right dear, give a good fight dear
We'll keep it all up behind
closed doors
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Gabinet [odnośnik]07.10.23 18:39
Kiwnął głową, zgadzając się z siostrą; był pewien, że Evandra wszystkiego dopilnuje, kwestia tego, co wydarzy się z jej poleceniami, pozostawała jednak poza ich zasięgiem. Oboje będą spokojniejsi, jeśli Melisande będzie trzymała rękę na pulsie, darzył ją wszak znacznie większym zaufaniem, niż Corinne... a Mathieu wydawał się nieswój w ostatnim czasie. To ona wspomniała o nim jako pierwsza, unióśł ku niej spojrzenie, początkowo milczące. Nie spędził z nim dużo czasu odkąd oznajmiono mu, że stanie przed ślubnym kobiercem, było mu z tym niezręcznie. Nie chciał go do niczego zmuszać, ale jednocześnie bez tego - jego kuzyn wydawał się zagubiony. Błądził wśród kobiet, błędnie ustalając swoje priorytety. Corinne była młoda i śliczna, wydawała się posłuszna, wydawało się, że wybór Evandry był dobry. Nie sądził, by Mathieu tęsknił za Primrose - nic ich wszak nie łączyło - nie dało się jednak ukryć, że w ostatnim czasie wydawał mu się zdystansowany. A może to on sam szukał dystansu?
- Dlaczego? - zdziwił się jednak szczerze, gdy odniosła się do pracy w Smoczych Ogrodach. Mathieu zawsze odnajdywał tam ucieczkę, to rezerwat był jego ostoją, oazą, w której zbierał siły, miejscem, w którym mógł się wyciszyć. Coś się zmieniło? Niewiele ostatnio rozmawiali. Niewiele wiedział o zachowaniu i problemach kuzyna. Kiwnął głową, był pewien, że ewentualna drobna pomoc Melisande pozwoli pozostawić wszystko na właściwych torach - przecież nie będzie ich tylko tydzień.
Z rozbawieniem wysłuchał detali opowieści o konkursie, przyglądając się radości na twarzy siostry - cieszyła go. Cieszyło go, że potrafiła się odnaleźć w nowym życiu, a przede wszystkim to, że potrafiła sobie z nim poradzić. Nie tylko dlatego, że przynosiło mu to bezpośrednie korzyści, kochał siostrę.
- Podrzuć nam nazwisko zwycięzcy, kiedy się wyłoni. Będzie trzeba skosztować tej doskonałej wołowiny - rzucił lekkim tonem, od zawsze zainteresowany kulinariami. Jego podniebienie wyczulone było na smaki najwykwintniejszej kuchni, martwił się, że Traversowie mogą być nieco mniej wrażliwi na tę - istotną przecież i bardzo dużą - część życia. O dobre bydło wcale nie było tak łatwo, abstrahując od wystąpienia siostry podobne odznaczenie rzeczywiście wydawało się użyteczne. - Czy wykluczanie poprzedniego zwycięzcy ma sens? Najlepsza hodowla daje najlepsze gwarancje - stwierdził, delektując się kolejnym łykiem wina.
Skwitował wzruszeniem ramion śmiech Melisande, jego bawiło to nieco mniej, bo byłoby znacznie prościej, gdyby znała swoje obowiązki wcześniej.
- Jakich problemów? - spytał, Mathieu chciał żony i zadeklarował mu, że poślubi kobietę, która zostanie mu wskazana. A Corinne, niezbyt mądra, ale za to ładna, wydawała się dobrą żoną, można ją było wziąć do alkowy bez zamykania oczu. Rzeczywiście miał wrażenie, że kuzyn jej unikał, miał jednak nadzieję, że to jego złudne wrażenie. W ten sposób nie spłodzi dziedzica, a tylko o to w tym wszystkim chodziło.
Kiwnął głową na słowa o opiekunce, nieszczególnie przejęty jej losem - a mocniej zafascynowany mroczną mocą bliźniąt. W jego źrenicach nie odznaczało się nic prócz szczerego przekonania, gdy uniosła ku niemu wzrok.
- Wiedzą - odpowiedział, Deirdre o tym wiedziała, znała swoje miejsce, od zawsze, to Evandrę poznał pierwszą, nigdy nie tając przed nią jej obecności. To Evandrę pokochał pierwszą i to Evandrze dawał wyznania i dowody swoich uczuć. Czy wiedziała o tym sama Evandra? Wydawało mu się, że tak, inaczej nie zaakceptowałaby jej obecności. Lecz czy upewnił ją w tym wystarczająco mocno? Zachłysnął się ich bliskością, od tamtej pamiętnej nocy pragnąc mieć przy sobie je obie, czy tracił czujność? - Może - przytaknął jej słowom, zastanawiając się nad ich znaczeniem. Może tak miało się stać, może przez swoją wyjątkowość mogły zaznać czegoś więcej niż bękarciego losu. Nie należały do jego rodu, lecz zostały zrodzone z jego krwi, były różą, ale nie tą wystawną, nieszlachetną, pospolitą, dziką. Dziką różą. Jasna myśl zaświtała w jego głowie, ale nie ciągnął tematu. - Jest - wtrącił tylko, z tym samym zamyśleniem, w słowa siostry. - Jest nieskazitelna - Nie była, lecz w jego oczach taką pozostawała, wzmacniając tę pozycję ze wszystkim, co mu dawała. Zrozumieniem, wsparciem, miłością, cielesnością. Pięknem i wilim urokiem pomagającym zapomnieć o tym, co miał jej do zarzucenia. Ich relacja mocno zmieniła się przez ostatnie miesiące, wcześniej była tylko zarzewiem konfliktu i przyczyną rosnących frustracji. Ale kochał ją - niezmiennie - cały czas.
Pokręcił głową na zdumienie Melisande, że potrafiła odróżnić sojuszników od wrogów.
- To nie jest byt wiedziony instynktem, nie zagubiony poltergeist, który znalazł swoją norę w ludzkim ciele. To potężna istota, do której doprowadził mnie Czarny Pan. Nie wiem, jakie ma wobec tego plany, ale nie sądzę, by to, co się wydarzyło, było dziełem przypadku. Ta istota potrafi znacznie więcej, niż odróżnić dobro od zła. Walczyła dla nas. Zwyciężała dla nas, nie tylko w Warwick, odzywała się do mnie na froncie, przejmowała kontrolę, pozostawiała po sobie rzekę krwi i nic nadto. Jest we mnie, przy mnie, czuję jej emocje i pragnienia. I wiem, że pragnie krwi i krew ją zadowala. Raduje ją, że może ją rozlać w naszym imieniu. Panuję nad nią - po części. Co się stanie, jeśli zostanie spuszczona ze smyczy? Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. - Po prostu nie mógł na to pozwolić.
- W twoim aktualnym stanie wpłynąć mogą na ciebie nawet złe wieści, a co dopiero nauka mrocznych mocy - zastanowił się, o brzemienności wiedział niewiele. - Pomów z matką - zaproponował, bo to ona wiedzieć powinna o jej stanie najwięcej.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Gabinet - Page 7 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Gabinet [odnośnik]08.10.23 15:17
- Nie popełnił żadnych rażących błędów w opiece nad smokami. - zaznaczyła od razu wracając tęczówkami do brata. - Za mocno je kocha, a rezerwat jako organizm działa bez zarzutów, ale ostatnio zapomniał przekazać mi informacji. A Mathieu nie zapomina. - nie ich Mathieu, dla którego - tak jak i dla nich - rezerwat był nie tylko dziedzictwem, ale i życiem. Ich ludzie wiedzieli co robić - oni, wiedzieli jak funkcjonować. Potrafili to robić, ale szczęściem było, że przypadek z którym mierzyli się ostatnio nie wymagał bardziej złożonej analizy behawioralnej. Co nie znaczyło, że miała do nadrobienia tygodnie analiz, badań nad wpływem komety na zachowania ich smoków. - Dlatego poradziłam mu by odetchnął - sam się ze mną zgodził. - dodała pomijając kwestie jego obraźliwego zachowania względem niej. Potrafiła sobie poradzić z mężczyznami, którzy próbowali sprowadzić ją do nic nie znaczącej roli. Już potrafiła. Musiała nabrać twardszej skóry, nie pozwolić, by takie zachowania i słowa ją ruszyały - ale skłamałby mówiąc, że spodziewała się je kiedykolwiek usłyszeć od kuzyna. Ułagadzała własne słowa, nie chcąc i nie zamierzając go zdyskredytować - bo nie umniejszała ani jego umiejętnościom, ani oddaniu. Martwiła się jednak o to, co się z nim działo. Bo niepewny, skupiony nie na tym, na czym powinien nie mógł być oparciem, którego potrzebowali.
- Podrzucę. Każę też przesłać trochę mięsa od Browna. - dodała potakując głową. - Możliwe że ma i nie ma. - powiedziała przekrzywiając lekko głowę. Rozciągnęła wargi żeby zaśmiać się z zaistniałej sprzeczności. - Postanowiłam wykluczyć ich tylko na rok. - przypomniała Tristanowi. - Konkurs co rok wygrywany przez ulubieńca rodziny, z biegiem czasu zacznie zdawać się jednostronny. Oczywiście - kontynuowała unosząc rękę, wystawiając palec, jakby wstrzymując Tristana niewerbalnym znakiem, że będzie mówić dalej - sposobem by wygrać niezmiennie jest prześcignąć najlepszych. Ale, możliwe, że w ten sposób - rozłożona na dwa - determinacja, będzie prostsza do utrzymania. Nie próbowałam wcześniej tego rozwiązania, może przynieść ono zaskakujące rezultaty, albo żadne. - mówiła ze spokojem, pozwalając by stopa założonej nogi na nogę unosiła się i opadała. Właśnie rozpoczęła długoterminowy eksperyment. Sam konkurs był w jej mniemaniu lepszym rozwiązaniem niż jednorazowe wsparcie, które nie gwarantowało niczego zwrotnego poza równie jednorazowym dobrym słowem. - Chcę żeby hodowcy dążyli do pewnego poziomu który wskazujemy. Nie tylko jednym nazwiskiem. A jeśli zwycięska hodowla nie osiądzie na laurach co dwa lata może uzyskiwać tytuł najlepszych. Ostatecznie mięso, które będzie do nas trafiało, może pochodzić od kogo zechcemy. Kwestie ilości, tego ile go zakupimy - w jakim okresie czasu i całe formalności, są nadal do rozpisania. Na ten moment, to jedynie zaistniały twór, który rozchodzi się pomiędzy słowami mieszkańców. - wzruszyła łagodnie ramionami. - Szczegóły trzeba przemyśleć i dopracować. - to z całkowitą pewnością. Ale na to nadal miała czas - i sama nie była w stanie tego odpowiednio opracować. Brakowało jej wiedzy w pewnych aspektach, musiała poradzić się tych, którzy się na tym znali i wybrać najlepsze możliwe rozwiązanie dla obranej przez nią drogi. Najważniejsze zaś było to, że na ten moment jej imię zaczęło być powtarzane i przekazywane wśród ludności, zdecydowanie wzmacniając jej rozpoznanie i pozycję.
- Odniosłam wrażenie, że Mathieu jej unika. Kiedy wspomniałam, że jedyne co musi zrobić to dać jej dziecko, stwierdził, że moje podejście do sprawy jest mechaniczne. - krótkie westchnienie wypadło z ust Melisande. - Skoro jest młoda i nie wykazuje inicjatywy ułożenie jej pod siebie, nie powinno stanowić problemu. - ramiona Melisande powędrowały do góry, a ręce rozłożyły się na boki. Jej mąż nie posiadał takiego luksusu, to ona w swojej wspaniałomyślności teraz zamierzała wypełnić luki i dopasować się do niego. Teraz. Gdyby wybrał inaczej, poza spojrzeniem wszystkich toczyliby zimną wojnę. Siłą musiałby ją okiełznać. Nie potrafiła pojąć tego problemu. Corinne była młoda i ładna - a do tego podatna i widocznie odpowiadało jej bycie tym, czego Melisande chciała uniknąć - ozdobą. Mógł więc mieć żonę która będzie lśnić u jego boku, wypowiadając wszystkie poprawne zdania, która nie odstręczała widokiem - a jeśli to było za mało, mógł mieć i kochankę, albo kogoś kto zajmie się jego duszą czy tym czego potrzebował. Choć może z drugiej strony nie powinna się dziwić - sam Manannan na miesiące zapomniał o mniej, spychając ją na boczny tor zajmując się wojną i - może gdyby nie jej własne działanie - sami pozostawaliby nadal w stagnacji. Może więc winna rozmówić się z Corinne? - Liczę że te kilka dni pozwoli mu odetchnąć, zamknąć za sobą przeszłość i spojrzeć w przyszłość. - podsumowała, naprawdę w to wierząc. Napomknięcie o ciotce Dianie pominęła na razie - tego też nie pojmowała. Jeśli bolało go istnienie bękarta - mógł zadbać o to, by go więcej nie oglądać. W jej własnym mniemaniu ciotka nie zrobiła nic, czego nie dopuściłaby się sama. Drogi były dwie nie - dopuścić do tego, by mąż posiadał kochankę, albo pogodzić się z tym, że ją - albo je - miał i potrafić zadziałać na tyle rozważnie i rozsądnie, by świat nigdy się o tym nie dowiedział. Sytuacji Evandry i Deidre nie można było zaliczyć w poczet standardowych rozwiązań. Bo Evandra - co tylko potwierdziła jej dzisiejsza rozmowa z Tristanem - zdawała się wymykać schematom. Z początku Melisande brała obie pod uwagę - ale ostatnie wydarzenia zweryfikowały sprawy na tyle, że wiedziała dokładnie, że nie chciała być ani pierwszą, ani drugą - chciała być jedyną; jej mąż, otrzyma więc pierwsze rozwiązanie. Ale nie przez wyraźny zakaz - te miały siłę przynosić odwrotny skutek - przekona go, że nikt nie da mu tyle, co ona. Że żadna nie jest warta przekreślić tego, co stworzą razem. Decyzja - jak zawsze - będzie należała niego. Melisande zadba o to, by albo wybierał w tym, co było jej na rękę, albo postawi wszystko na ostrzu noża, chwiejąc się na krawędzi, kręcąc monetą i patrząc i na którą stronę upadnie.
Podejrzewała, że nie jest w stanie dostarczyć jednego i dobrego rozwiązania na sytuację którą rozważali - bo nie była ona prosta. Jakkolwiek by nie spojrzeć Marcus i Mysseline byli dziećmi z nieprawego łoża - choć nadal, jego dziećmi. Jeśli chciał, mógł zrobić coś innego i nowego. Prowadził przecież ich świat w nowym kierunku, mógł też i nowy nurt nadać tej sytuacji. Kącik jej ust drgnął lekko, na określenie Evandry - wcześniejsze słowa źle odczytując. Nieważne dla niej było czy była taka - nieskazitelna - czy też nie. Ważne było, że była dla jej brata odpowiednia i sam to głośno mówił. Potrzebował u swojego boku kogoś, kto zaakceptuje go w całości, ze światłem i cieniem, które niósł - choć z ogromu drugiego, nie była całkowicie świadoma.
Wszystko co uznała za ważne, każdą informację którą jej dostarczył spisała w krótkiej formie na pergaminie, który otrzymała. Zrobiła notatkę, wiedząc, że do samych słów będzie mogła wrócić przy pomocy myślodsiewni, jeśli tylko zechce. Ze słów Tristana wynikała, że duch - a może i duchy - były bytami nie tylko silnymi, ale posiadającymi też własną jaźń i rozum. I z każdą chwilą coraz wyraźniej potrafiła sobie wyobrazić potęgę, którą dzierżył.
- Czy powiedziała coś, co zwróciło twoją uwagę? - zapytała brata, marszcząc łagodnie brwi. Zanotowała kolejną informację tą o krwi, marszcząc łagodnie brwi. - Używała naszego języka? Może coś było… Niepasujące. Nie nawiązujące stricte do krwi o której wspomniałeś. - zapytała, unosząc tęczówki do brata. Może w jakiś jej słowach znajdowała się podpowiedź - odpowiedź. Zadawała pytania, ale nie obawiała się, że któryś nie zada. Dzisiaj, przyniosło jej dokładnie to co chciała. Niewypowiedzianą głośno akceptację, którą Tristan jej ofiarował. Po miesiącach stagnacji mogła się znów zaangażować. Mądrzejsza - z pewnością. Nie zamierzała popełnić jakieś błędu więcej niż raz. Nawet raz, to więcej, niż przeważnie zakładał jej plan.
Padające słowa przyniosły jej niezadowolenie, zmieniając mimikę. W aktualnym stanie? Zacisnęła usta. Jej stan pozostawał niepotwierdzony - to było założenie, które przyjęła i narracja, którą poprowadziła brata. Nie kłamała, naprawdę wierzyła w to, że teraz, to jedynie kwestia czasu - krótkiego. W końcu ostatnio ciężko pracowali wywiązując się z obowiązków. Wykłócanie się teraz o to - że nie wiadomo jeszcze z całkowitą pewnością że nosi w sobie dziecko i może został jej dzień, miesiąc, tydzień, byłoby zwyczajnie niepoważnie. Choć niechętnie, musiała zaakceptować istnienie tego faktu - czy nawet możliwości. Osiągnęła dzisiaj przecież naprawdę dużo.
- Twój stan szybko zacznie działać mi na nerwy. - mruknęła nie rozplątując splecionych na piersi dłoni. Palce uniosły się i uderzyły kilka razy w ramię. Nie skarżyła się, po prostu stwierdzała fakt. Ostatnie na co miała ochotę to rozmowa z matką - nie, nawet nie tyle co rozmowa, a pójście do niej po radę. Oh, była pewna, że nic słodszego dla Cedriny nie było - zgoła odwrotnie dla samej Melisande. - Kto by się spodziewał, że czytanie ksiąg może okazać się tak zatrważającym zajęciem. - zaironizowała wywracając tęczówkami. Frustrowała się - ale nie buntowała. Pozwalała sobie na to przy Tristanie, bo znał ją i przy nim, na osobności, nie musiała ukrywać własnej myśli. Zdawał sobie też na pewno sprawę z tego, że nie podejmie się niczego, co mogłoby zaszkodzić nawet w najmniejszym stopniu sojuszu, którego podwaliną się stała. Dlatego teraz siedziała przed nim - dlatego przedstawiała mu kolejne plany i stawiała pytania - oczekiwała zgody, potwierdzenia, skierowania w innym kierunku jeśli wybierała źle, albo jasnego zakazu(choć tego usłyszeć tak naprawdę nie chciała). Zbyt wiele od niej zależało i to w sojuszu - jego utrzymaniu i powodzeniu - na ten moment leżała - mimo wszystko - jej największa szansa. Nawet jeśli chciała więcej i ciągnęło ją dalej potrafiła być cierpliwa i odpowiednio ustawiać własne priorytety. Tego od niej oczekiwał i to miał dostać. Niezmąconą niczym pewność. Ta w niej pozostała niezachwiana. - Dobrze więc, zapytam matki. - powiedziała z westchnieniem wypuszczając powietrze z malinowych warg. Jakby samo podjęcie się tego było niemal katorżniczym zadaniem. Przesunęła ciemne tęczówki na brata. - Jeśli nie będzie żadnych przeciwwskazań dostanę księgi? - upewniła się, mrużąc odrobinę oczy, oczekując zapewnienia, że nie zbywa jej po prostu. Mogłaby podjąć się działania sama. Nie wątpiła, że dałaby radę znaleźć dostęp do woluminów traktujących o czarnej magii. Kilka pewnie znalazłaby nawet na własnym zamku - możliwe, że w gabinecie Manannana, wiedziała przecież że sam rozwijał się w tej magii. Ale nie w ten sposób funkcjonowała. Ryzyko nie skonsultowane z kimkolwiek podejmowała tylko kiedy była całkowicie pewna skuteczności i wyników własnego działania. Ostatnie czego chciała to złość Tristana za jej własną nierozwagę, tej posmakowała już ostatnio, więcej goryczy na języku czuć nie chciała. - Gdyby stało się inaczej, będę ich oczekiwać razem z listem gratulacyjnym kiedy twój siostrzeniec - albo siostrzenica - wydadzą na świat pierwsze tchnienie. - dodała dokładając jeszcze jeden warunek, unosząc brodę. Cel miała jasny - plan zamierzała dostosować do sytuacji. Wiedziała co zrobić i czym się zająć. Nawet w tej chwili, przy niepewnej odpowiedzi miała czym wypełnić możliwą lukę. Bo choć zakładała najlepsze i oczekiwała w tej materii od brata zgody - to jej natura kazała przemyśleć co zrobić, jeśli sytuacja rozwinie się inaczej. Jeśli w istocie matka uzna to za realne zagrożenie, wtedy skupi się na transmutacji. Przynajmniej przez pewien okres - ten wyznaczony przez ciążę. Sięgnęła po zapisany pergamin, składając go kilka razy, wsuwając w kieszeń wszytą w suknię. - Obejrzmy ten odłamek, dobrze? - zapytała, nie podnosząc się jednak z nachalnością, najzwyczajniej przesuwając się dalej, uznając temat czarnomagicznych nauk na ten moment odroczony w czasie. Wzięła wdech wypuszczając powietrze z płuc. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie udać się do matki od razu, zmieniła jednak zdanie postanawiając, że odwiedzenie jej w inny dzień odniesie lepszy skutek. Znaleziony dzisiaj czas chciała poświęcić na spotkanie z bratem. Nadrobienie zaległości, wymienienie opowieściami. Zerknęła na zegar, czasu pozostawało jeszcze trochę. - A skoro najważniejsze - jak sądzę - zostało uregulowane, może przejdziemy się na altanę? - zapytała brata przekrzywiając głowę. - Mam jeszcze chwilę chętnie posłucham co u Evana i jaki dokładnie masz plan na wizytę w Rumunii. Pozwolę sobie nie zostać na kolacji. Mój mąż może wszcząć poszukiwania kiedy nie ujrzy mnie na naszej. - zaśmiała się łagodnie, co prawda rano wspomniała, że po pracy uda się odwiedzić brata, ale na razie, kiedy wszystko było świeże i nowe - zgodnie z tym co powiedziała chciała by noce - a w tym wieczory - należały do nich. Tak długo, jak było to możliwe. Po wcześniejszej frustracji nie było miejsca. Trzymanie się jej, kiedy w tej chwili niewiele więcej mogła zrobić, nie miało dla Melisande sensu. A czas spędzony z Tristanem i samą wizytę w domu zaliczała do grona udanych. Właściwie każdy jej plan został zaakceptowany - pod znakiem zapytania stała nauka czarnej magii. Wszystko w końcu zaczynało się składać według jej myśli - nawet Manannan zaczął zjawiać się w jadalni zgodnie z godzinami w których sama tam bywała, wprowadzając ją jedynie w lepszy nastrój.


I've heard allegations 'bout your reputation
I'll show you my shadows if you show yours
Let's get it right dear, give a good fight dear
We'll keep it all up behind
closed doors
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Gabinet [odnośnik]04.11.23 16:55
Ze zdumieniem przyglądał się Melisande, zastanawiając się nad niesionymi przez nią wieściami. Rzeczywiście nie było to do niego podobne, czy potrzebował oddechu? Może ostatnie przejścia - ślub, porzucenie Primrose - kosztowały go więcej, niż Tristan mógłby przypuszczać. Wiedział też, że jego siostra nie poruszałaby tematu, gdyby nie martwiła się o niego naprawdę. Nie wiedział jeszcze, że wkrótce miał zrozumieć, o czym mówiła.
W istocie Tristan usiłował podnieść głos w pół słowa siostry, lecz umilkł pod jej gestem. Był dumny z jej przezorności, konkurs wydawał się bardzo dokładnie przemyślany, nastawiony na zyskiwanie poparcia i uciszanie waśni, ale nie byłby sobą, nie próbując wystawiać jej na kolejne wątpliwości.
- Czy monopol dwóch gospodarstw różni się znacząco od monopolu jednego gospodarstwa? - spytał zatem prowokująco, ciekaw nie tyle rozwiązania - co tego, jak Melisande poradzi sobie z odpowiedzią. Musiała potrafić walczyć o swoje - wiedział, że potrafiła, tak jak wiedział, że wielu będzie chciało to sprawdzić.
- Primrose zamierzał poślubić po to tylko, by dopełnić obowiązku. Doszukiwał się u niej pożądanych cech, do pewnego stopnia słusznie, niestety ta młoda dama nieskora była do szukania ustępstw i jako mężatka zamierzała zachować wszystkie przywileje panny na wydaniu. Nie spodziewałem się podobnych obyczajów po Burke'ach - przyznał, istniały przecież granice, dążąc do zaspokajania wyłącznie swojej ambicji, ośmieszyłaby Mathieu jako ledwie jej cień. Nie rozumiała, że winna była mu być wsparciem. Miał też w pamięci jej zachowanie z ceremonii odznaczenia, gdzie zwyczajnie nie potrafiła zachować się kulturalnie, odmawiając pomocy oferowanej damie. - Może kryło się za tym dobrze zamaskowane coś więcej, ale nie zająknął mi się o tym słowem. - Złamane serce stanowiłoby dostateczne uzasadnienie podobnego stanu rzeczy, ale przecież o złamanym sercu Tristan nic nie wiedział. Czy oszukiwałby go w taki sposób? Po co? - Chyba nie sądzisz, że kieruje nim nieśmiałość? - spytał, początkowo z drwiącym rozbawieniem, które jednak zastygło w pół słowa, gdy mimo wszystko rzucił siostrze pytające spojrzenie. Mathieu nie miał ojca, był jego starszym bratem. Rzadko o tym rozmawiali, czy powinni więcej? Los zadrwiłby z niego okrutnie, przypisując mu podobną rolę. - Próbowałaś porozmawiać z tą małą? Rozwiałaby wątpliwości, czy to tylko wrażenie. Mathieu szukał małżonki tak intensywnie, że sądziłem, że nie wyjdzie z alkowy przez miesiąc. - Był zdecydowany, prosił go o wskazanie kandydatki. Zajęła się tym Evandra, wybrała dobrze. Corinne była posłuszna i ładna, więcej od niej nie oczekiwano. Nie wiedział, co się z nim działo. Kuzyn wydawał się zagubiony, ale ostatnio miał dla niego mało czasu. To, co działo się z Evandrą, całkowicie wytrąciło go z rytmu codzienności.
Pokręcił głową.
- Mam wrażenie, że to kobieta. Wyobrażam sobie, że piękna. Szepcze do mnie pokusy, zdradza pragnienia, chce osiągnąć cele zbieżne z moimi. Gdy sprowadziła nad Warwick krwawy deszcz, mówiła, że tego dokonaliśmy. My, razem, wspólnie, nie jest mi wcale posłuszna, muszę z nią walczyć, lecz nasze cele są zbieżne. Sądzę, że służymy jednemu panu, choć na różny sposób. Nie wiem czy to człowiek, Melisande, nie wiem czy to na pewno jest istota. To po prostu we mnie jest - wyznał, Tristan nie wiedział nawet, czy była prawdziwa, byt był przecież srogi, potężny, nigdy go nie widział, czuł go we własnej głowie - mówił o tym, jakby stracił rozum. Poczucie rzeczywistości. Oderwał się od realności. Może nawet sam by to u siebie podejrzewał, gdyby nie widział efektów jej mocy. Lecz czy i one nie mogły być urojeniem? - Szepcze w obcym języku - wyznał, choć wyglądał, jakby myślał o czymś innym. Czy ten język istniał? - Nie znam go - Nie odróżniał pojedynczych słów.
Pokręcił głową przecząco, jego siostra kochała świat: pragnęła sięgać po więcej, pragnęła sięgać gwiazd. Ambicja była dobrą cechą, jeśli tylko pamiętało się, kiedy należało ją wyhamować. Deirdre nie wyhamowała. Nie był pewien, co to oznaczało dla jego dzieci, może posiadały imponującą moc, a może będzie je trzeba zabić jeszcze nim skończą jedenasty rok życia, bo okażą się potworami, nie ludźmi, bo nie zapanują nad najbardziej pierwotnymi instynktami. Nie wiedział. Nikt nie wiedział.
- Są księgi, które mogą pochłonąć duszę jak pocałunek dementora, Melisande - skontrował jej słowa, bo nie miała racji. Najczarniejsze tomiszcza mogły pozbawić rozumu każdego, kto spróbuje choćby sięgnąć po ich potęgę. Czarna magia była potężna i trudna. Nieokiełznana. Nie zamierzał dokładać się do lekkomyślności siostry. - Twój stan jest teraz najważniejszy. - Walczyli o czystą krew. Nie przetrwa, gdy przestaną rodzić się zdrowe i silne czystokrwiste dzieci. Każde jedno - cenniejsze było od diamentu wielkości noworodka. Nie chodziło tylko o sojusz. Chodziło o coś więcej. W końcu - po widocznej chwili zawahania - kiwnął głową ze zrezygnowaniem, potwierdzając daną obietnicę.
- Pokażę ci go nim wyjdziesz, lecz nie ujrzysz w nim nic szczególnego. Jest nieszkodliwy. Wydaje się, że nie jest cenny odkąd wspomógł nas w Warwick. Ale... - Nie był pewien, czy powinien jej o tym mówić. To nie pragnienie wiedzy a osobiste rozterki powinny zainteresować ją tym kamieniem. Był dla niej ważny, lecz nie z tego powodu, o którym myślała. - To właśnie zabiło Alpharda, Melisande. Moc, której już w nim nie ma, a która przez niego przepływała, zbyt potężna, by jeden czarodziej mógł ją ponieść. Zrobił to, by ocalić Sigrun. - Na marne poszła jego ofiara, śmierciożerczyni też już pośród nich nie było. Ofiara ważna, ofiara zbyt wielka. Trudno było zastąpić czarodzieja, jakim był Black. - Jesteś pewna, że chcesz to zobaczyć? - spytał, spoglądając jej w oczy, nim sam powstał z krzesła, zgodnie z jej propozycją zamierzając zabrać ją do ogrodów. - Chodźmy - przytaknął. - Możemy wysłać mu depeszę z zaproszeniem - zaoferował, gdy zmartwiła się o męża. Mogli przecież ugościć ich oboje, ich dom był otwarty na gości. I on i Evandra przepadali za towarzystwem. - Opiekunkom coraz trudniej go upilnować, ostatnio spadł ze schodów - westchnął, gdy spytała o Evana. Wyczekiwał chwili, w której okaże swoje magiczne zdolności, powinien nadejść lada moment. Niewiele wiedział o synu, nie zajmował się nim. Jego rozwój był prawidłowy, nie dotarło do niego nic niepokojącego ani od jego matki ani od uzdrowicieli. - Powoli uczy się mówić. Kazałem nauczyć go recytacji Ody do słowika Keatsa, ledwie radzi sobie z pierwszą strofą - Pokręcił głową niechętnie. Próbowały mu zasugerować, że utwór zawiera zbyt trudne słowa, ale wierzył, że melodia wersów eliminowała te mankamenty. Chciał usłyszeć od niego całą odę. Z faktu, że chłopiec z wiersza nic nie mógł zrozumieć, też sobie nic nie robił. - Ale słucham jej po kolacji codziennie - Przyprowadzano go, oddawał szacunek i zaczynał recytację, w której szybko się gubił. Strach na twarzy dziecka budził jego zawód, żeby wyrósł na silnego, musiał zacząć wcześniej niż Tristan.
- Co się tyczy Rumunii, ufam poznać ich techniki - i przekonać się, dlaczego największy smoczy rezerwat jest największy. Liczę na naukę i dobrą zabawę, jestem ciekaw, ile z ich metod można przełożyć na nasz grunt. Przekonałem się już, że są otwraci na współpracę, zatem liczę na owocną wymianę informacji. Hojnie oprowadziliśmy ich po naszych ziemiach, mniemam, że wykażą się adekwatną wzajemnością. Słyszałem o ich metodach behawioralnych zakładających metody adaptacyjne smoków, które przybyły adolescencję w niewoli. Zgodnie z jej teorią naturalny habitat niekoniecznie jest odpowiedzią na ich potrzeby... - zaczął snuć, prowadząc siostrę do ogrodów - do ogrodów, które zawsze były i zawsze będą jej. Do zapachu czerwonych róż i morskiej bryzy Kentu, do domu.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Gabinet - Page 7 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Gabinet [odnośnik]04.11.23 18:57
- Jeśli będą prezentować różne podejścia - inni hodowcy będą mogli wybrać bardziej pasujące metody do których będą dążyć. Nie chodzi wszak o to, by wszyscy pracowali w jednaki sposób, ale by dostarczali towar o najwyższej jakości. Jeśli tożsame niejako potwierdzi to sposób, który osiąga najlepsze wyniki. O monopolu będziemy mówić tylko w przypadku, kiedy reszta nie wykaże się odpowiednio wysoką ambicją, czyż nie? - odpowiedziała bratu, rozciągając wargi w odrobinę lisim uśmiechu. Och, tęskniła za dysputami z nim. Tristan był bezwzględny - nie tylko w walce i rozmowie. Zmuszał ją do wspinania się na najwyższe góry, ale Melisande lubiła te wspinaczki. Nie obawiała się dyskutować i mówić - nawet kiedy czasem musiała oddać zwycięstwo, kiedy znalazł się argument, którego nie była w stanie obalić. Może dlatego odnaleźli wspólny język z Manannanem, choć te ich rozmowy nie wyglądały jeszcze dokładnie w ten sposób. Może nie miały wyglądać nigdy, ale nie przeszkadzało jej to jakoś.
Wysłuchała słów o kuzynie w milczącym zastanowieniu. Przywileje panny na wydaniu zwróciły jej uwagę. Czy było ich naprawdę tyle, by przeważały nad tym, co zyskało się w małżeństwie? Melisande trwała gdzieś w pośrodku tej opinii, bowiem właśnie przed chwilą musiała pozostawić jedno z zadań, ku któremu wędrowała od lat. Ale wiedziała, że obstawanie przy objęciu roli dyplomaty rezerwatu było nawine. Była kobietą - jeszcze jako Melisande Rosier, siostra Tristana, samym padającym nazwiskiem wzbudzała szacunek. A za pobłażliwość z jaką ktoś ją traktował podczas rozmów - musiał potem srogo zapłacić. Wraz ze zmianą nazwiska traciła jednak na pierwszym wrażeniu, nadal była siostrą potężnego i wpływowego człowieka, ale teraz mocniej wybrzmiewała jako żona. Nie oddawała tej roli lekko, ale widziała ile zyskiwała. Przekrzywiła odrobinę głowę, marszcząc brwi. Mathieu nigdy nie powiedział jej o tym, by w istocie czuł coś do Primrose. Ale jeśli nie miał odwagi tego wyznać i o nią walczyć, być może nie było ono aż tak silne - o ile istniało w ogóle. Ostatnie z pytań wlało zdziwienie na jej twarz odrzucając głowę do tyłu kiedy się zaśmiała. Nieśmiałość? O to nie posądziłaby żadnego z ich trójki - najszybciej młodą Vivienne. Wzięła wdech w płuca by wypuścić je lekko.
- Nie. - pokręciła głową. - Co innego było moim priorytetem. Ale poproszę ją o spotkanie kiedy wyjedziecie. - zapowiedziała bratu - to będzie doskonały okazja żeby połączyć jedno i drugie.
Zainteresowania, trudna do ukrycia ciekawość odbijała się w iskrach jej ciemnych tęczówek - kim były duchy o których mówił. Kobieta, która w nim była, język, którego używała. Co właściwie było ich celem? I czy w istocie dało się nad tym - nad nią - zapanować? Nie zapytała na razie o więcej, pozwalając by szczupłe palce pociągnęły dolną wargę oddając się zamyśleniu.
Wzięła milczący wdech w płuca wytrzymując jego spojrzenie. Nie pokazując, że zaskoczyły ją jego słowa - choć po prawdzie nie spodziewała się tego. Wydęła w niezadowoleniu usta pół wywracając oczami, spoglądając gdzieś w sufit gabinetu teraz już Tristana.
- Wiem, bracie. - potwierdziła po chwili i w brzmieniu jej słów widocznie brzmiała świadomość, ale trudno było by nie przebijała się przez nią irytacja. Przesunęła dłońmi po oparciach przymykając na chwilę tęczówki. Odchyliła się plecami i głową przylegając o oparcie krzesła. Przekręciła odrobinę głowę zawieszając tęczówki na widoku za oknem. Łagodny mars przeciął jej czoło. - To nie zmienia, że konieczność dostosowania pod niego siebie i pojawiające się ograniczenia są… frustrujące. Nie miej obaw - zapewniła go, wracając tęczówkami do Tristania kąciki jej ust uniosły się leciutko - wiem gdzie leżą moje priorytety i nie zamierzam dać się ponieść egoizmowi po raz drugi. - nie udawała przy nim że dziecko w jakiś sposób psuło jej własne plany i domagało się uwagi - dostosowania świata wokół do niego. Nie wyglądała ciąży z chęcią i nadzieją - bardziej jej potrzebowała dla sojuszu i by spełnić powierzoną jej rolę. By wydać na świat pokolenie, które poprowadzi ich świat dalej. Czy jej postrzegania i świat miał się zmienić, kiedy malutkie istnienie pojawi się na świecie? Nie wiedziała. Czy postanowi wtedy porzucić to, do czego ją ciągnęło, do tajemnicy i mocny mrocznej, skrywające wiele zagadek? Nie miała pewności. Dlatego oczekiwała teraz jego zgody, jednocześnie zdając sobie sprawę z własnej naiwności nie chcąc jeszcze wypuścić całkowicie wymykające się z rąk możliwości. Przecież wiedziała, że po pierwszym porodzie, przyjdzie następna ciąża. Zwłaszcza że sama starania przynosiły jej sporo… przyjemności. Nie chciała z niczego rezygnować - choć wiedziała że musiała. Może wraz z pojawieniem się potomka, odpuszczenie sobie będzie łatwiejsze?
Jej brew łagodnie uniosła się, kiedy jej brat po zgodzie dotyczącej odłamka urwał na krótką chwilę. Przekrzywiła głowę. Padające wyznanie ją zaskoczyło - uniosła brwi nie kryjąc się z tym że to była niespodziewana informacja. Zaraz jednak jej brwi się zeszły. Zaplotła dłonie na piersi zastanawiając się co właśnie czuła w związku z tym. Przeszłości nie dało się zmienić. Czasu zawrócić. Tristan zyskał potężnego sojusznika, którego ceną było życie Alpharda który postanowił obronić kobietę której nie znała. Czy żałowała? Odwróciła tęczówki. Może wcześniej, wszystkich obietnic, które jej złożył i które stały się niczym, kiedy podjął tą decyzję. Czy go lubiła? Tak, nie nudził jej jak większość. Czy kochała? Na to, było za wcześniej. - Tak. - potwierdziła jedynie wracając spojrzeniem do brata. Chciała zobaczyć ten odłamek, nawet jeśli nie miał już mocy sprawczej i nie miało być w nim nic szczególnego.
Padająca propozycja sprawiła, że przyjęła ją z uśmiechem. Pokręciła w rozbawieniu przecząco głową.
- Nie dziś. - odmówiła, oplatając rękę wokół ramienia brata kiedy wędrowali w stronę ogrodów. Na razie chciała go dla siebie i jak zapowiedziała ofiarować mu wieczory. Ich związek - a może prawdziwa znajomość była świeża, ledwie kilkudniowa mimo że małżeństwem byli już ponad pół roku. I tymi wieczorami, tymi pierwszymi, na razie nie chciała się dzielić. - Ale chętnie przyjmiemy zaproszenie po waszym powrocie. - dodała, swoim zwyczajem odmowę rzadko pozostawiając bez propozycji zwrotnej. Milknąc by z malującym się na ustach zadowoleniem i radością słuchać o małym Evanie. O tym, jak spadł ze schodów, jak umykał opiekunom. O ambitnym ojcu - przypominając sobie o tym jak Deirdre własne dzieci nauczyła dygania - prawdopodobnie by tym mu zaimponowały. Mimo jego irytacji, zaśmiała się odrzucając głowę. Był mały, ledwie składał słowa, nie zdziwiło jej, że sobie nie radził. Nie zdziwiło też że Tristan tego wymagał. Sprawy Rumunni były równie interesujące, wyrzucała kolejne pytania zwłaszcza kiedy temat zahaczył o metody behawioralne prosząc brata by przywiózł jej z wyjazdy może ich notatki, albo opisy badań, razem z nim zatapiając się w kolejnych dywagacjach. Powstających i upadających tezach otoczonych zapachem znajomych róż i morskiej bryzy.
To był dom i miał nim pozostać nawet w obliczu zmian które nadeszły.

| zt x2


I've heard allegations 'bout your reputation
I'll show you my shadows if you show yours
Let's get it right dear, give a good fight dear
We'll keep it all up behind
closed doors
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Gabinet
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach