Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Ulica Zapomnianych Córek
AutorWiadomość
Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]13.02.20 19:32
First topic message reminder :

Ulica Zapomnianych Córek

Ulica wybrukowana prymitywnymi pragnieniami marynarzy, przybijających do londyńskiego portu. To tutaj udają się najbiedniejsi ludzie morza, marzący o zaznaniu kobiecego ciepła - boczna ulica w dokach za dnia wydaje się opuszczonym śmietniskiem, dopiero po zapadnięciu zmroku tętni życiem oraz blaskiem setek lewitujących pomiędzy kamienicami świec. Budynki po obydwu stronach niezwykle wąskiej i stosunkowo krótkiej ulicy, kończącej się ślepym zaułkiem, zajęte są przez wątpliwej jakości domy publiczne. Nie znajdzie się tutaj wyrafinowanych kurtyzan, a podrzędne ladacznice, ceny są jednak przystępne a na parterach niemoralnych przybytków często można dobrze pojeść i wypić. Spotkanie tutaj kogoś z rangą kapitana jest niezwykle rzadkie, równie nieczęsto zapędzają się tutaj służby prawa, więc okolica sprzyja nielegalnym rozrywkom niskiego poziomu.
Tak naprawdę ulica nie ma swej nazwy - przydomek zyskała dzięki pracującym tu dziewczętom, które na zawsze porzuciły swoje rodziny i nazwiska (lub zostały ich pozbawione).
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ulica Zapomnianych Córek - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]29.06.20 20:47
12.06

Po upadku Rudery jeszcze bardziej nie wiedziałem co ze sobą zrobić, więc ostatecznie robiłem to, co udawało mi się najlepiej - sięgałem dna; chlałem i ćpałem, włóczyłem się bez planów i celów, wtedy kiedy mogłem malowałem, chociaż bycie bezdomnym niekoniecznie sprzyjało sztuce, więc mocno zwolniłem z produkcją obrazów do Fantasmagorii, dupczyłem i tak w kółko. Trochę straciłem rachubę czasu, a dni zlewały mi się w jedno, mijały kolejne tygodnie, które niczym nie różniły się od poprzednich. Do portu przywiało mnie już jakiś czas temu i chociaż miałem tutaj wielu przyjaciół (i pewnie drugie tyle wrogów) to jakoś niekoniecznie chciałem zawracać im głowę; przecież mieli mnóstwo swoich problemów, bo w takich pojebanych czasach nie mogło być inaczej. Nie kontaktowałem się z nikim, śląc tylko ten jeden list do Philippy, w którym podzieliłem się z nią swoimi wątpliwościami i lękami. A później długo nic, Johnatan Bojczuk zapadł się pod ziemię; nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą, bywało przecież, że znikałem na krócej bądź dłużej, czasem gdzieś na morzu, pływając pod różnymi banderami, innym razem w głębi lądu, wałęsając się po nieznanych ścieżkach. Dzisiaj padło na burdelownie, bo potrzebowałem sobie ulżyć, a przecież nic nie leczyło chorej duszy lepiej niż ciepłe ramiona dziwek; no, przynajmniej pozornie, chwilowo. No bo nie mogę przecież powiedzieć, cobym nie czuł się lepiej wychodząc od kolejnej szmaty. Zatrzaskuję za sobą drzwi burdelu, w ręce ściskam butelkę z Ognistą Whiskey, prawie już opróżnioną, z której zresztą ciągnę kolejnego porządnego łyka; alkohol spływa mi po pysku, więc przecieram twarz rękawem, po czym rzucam flaszkę na bruk, w zamian sięgając do kieszeni po paczkę tanich fajek. Umieszczam jedną między wargami, od razu zaciągając się chmurą dymu. We łbie mi wiruje do tego stopnia, że kiedy stawiam kolejne kroki, to tracę równowagę - KURWA, JA PIERDOLE!!!... - ciąg przekleństw wypada z moich ust, łącznie zresztą ze szlugą, kiedy padam na kolana, wprost w błotną kałużę. A jebać to, i tak nie myję się od tygodnia, więc kilka kolejnych plam nie robi mi żadnej różnicy. Próbuję wstać, a gdzieś za plecami słyszę charczący śmiech, należący do równie pijanego marynarza. Tak się cieszy z mojego nieszczęścia, że zaraz mu braknie powietrza, a ja zaciskam wargi w wąską kreskę, jednak nie umiem powstrzymać się przed wyrzuceniem z siebie kolejnych kilku przekleństw - No i czego rżysz, jełopie, chuj ci w dupe - nawet mu środkowy palec pokazuję, taki ze mnie kozak jak się najebię; żałuję jeszcze zanim zdążę złączyć wargi, bo oto odpłaca  mi się pięknym za nadobne i zanim pozbieram się z ziemi, dostaję takiego kopa, że ląduję w kolejnej dziurze w bruku. Gość pluje mi pod nogi, po czym oddala się mrucząc pod nosem wiązankę pod moim adresem. A ja znowu próbuję wstać. I znowu mi coś przerywa; najpierw do uszu docierają kroki, później dostrzegam podłużny cień, niewyraźny, chyboczący się w świetle ulicznych lamp; w pierwszej chwili jestem wręcz pewien, że to tamten gamoń się cofnął, żeby mi jeszcze bardziej dowalić, więc mówię, zanim jeszcze podniosę wzrok - Dajże mi spokój człowieku... - to brzmiało nawet bardziej jak prośba niż rozkaz, w tonie głosu dało się wyczuć, że nie mam siły na żadne potyczki, słowne, ani tym bardziej siłowe. Powoli wznoszę spojrzenie na tajemniczą sylwetkę i kiedy dostrzegam kto to, to dalsze słowa grzęzną mi w gardle, a oczy rozszerzają się w wyrazie... no właśnie, czego? Zdziwienia? Nie powinienem się dziwić, że spotykamy się porcie, przecież obydwoje byliśmy stąd. Strachu? To już bardziej, bo trochę obawiałem się tego spotkania. Wiem, że nie powinienem, widziała już wszystko i zawsze była dla mnie, tylko myślałem, że kiedy spotkamy się znowu to będę mógł powiedzieć, że jest okej, a tymczasem było dokładnie tak samo chujowo jak poprzednio - Nic nie mów - kręcę głową, zbierając się do pionu na równe... albo raczej na chwiejne nogi.






Ostatnio zmieniony przez Johnatan Bojczuk dnia 19.08.20 23:14, w całości zmieniany 1 raz
Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]01.07.20 23:26
Kolory wypłowiały dawno temu. Port tonął w syfie, choć powiadają, że syfu nikt nie ruszy. Dni upływały smętnie, mętnie, wilgotno od ludzkich resztek, ponurych deszczy i przelanego przez uliczki alkoholu. Ludzie cierpieli, czuli się niepewne, tracili bojowy entuzjazm, chociaż niektórzy mówili, że nie istniało w Londynie miejsce bardziej oporne od doków. W tawernie wyłapywała piękny kalejdoskop nastrojów. Brody moczyły się w kielichu, rodzinne dramaty szukały schronienia, ofiarowując ostatni dobytek i własne sumienie. Mniej było statków, choć lokalne bandy miały się całkiem nieźle. Z pozoru niewiele się zmieniło wraz z nadejściem wiosny. Trzeba było tu być, zanurzyć się w świecie morskich przyśpiewek i nauczyć się patrzeć, by cokolwiek dostrzec. A jednak ulice z tygodnia na tydzień stawały się bardziej niebezpieczne. Mimo to Philippa nie zamykała się w chałupie jak przerażona mysz, którą kocur zagonił do nory. Tutaj to ona wyciągała pazury, panoszyła się ufnie po swoim terenie, łypiąc brzydko na obcych. Nie bała się, choć może powinna. Niektóre osoby sugerowały jej odejście stąd, porzucenie sióstr i braci, wypłynięcie daleko, daleko poza port. Te głosy słabo ją znały, nie pojmowały natury, nie zdawały sobie sprawy z tego, że to walka z wiatrakami. Jej się nie dało powstrzymać, jej się nie dało wygonić. Ją trzeba było pokonać. Walecznie zadeptywała dni, ale nawarstwiały się troski, które spychała konsekwentnie na margines. Marzyła o dawnych czasach, kiedy bliscy byli tutaj, kiedy świat miał gdzieś czy mugole tu są, czy ich nie ma, kiedy bano się portowej ekipy a nie niewiadomych podłych mocy czy łbów z plakatów. Metoda nie działała, czuła się coraz gorzej, zgubiona, choć dalej elegancko stąpająca po błocie w pięknych, wysokich butach. Podmuch wiatru zaczepiał je spódnicę. Zapomniała kapelusza, ale mimo to nieszczególnie dało się wyłapać, że wewnątrz niej coś było nie tak. Pozostawiona przez śmigających po świecie braci zdana była na siebie i radziła sobie świetnie. Tak przynajmniej jej się zdawało.
Stukot był dumny, charakterystyczny, cholernie kobiecy. Mogła być dziwką, mogła być zagubioną damulką, która chciała się stąd wymknąć jak najszybciej. Tymczasem okazało się, że jest tą drobną barmanką z Parszywego, której krzyk niejednego już przywołał do porządku. Wracała skądś, potrzebowała czegoś. Merlin jeden wie, o co jej tak naprawdę chodziło. Wydawała się rozdrażniona. Czubki butów ślizgały się niepewnie, ale nim zdążyła stracić równowagę, znajdowała się już pięć kroków stąd. Nie liczyła na żadną niespodziankę, choć w ostatnim czasie znikali ludzie i działy się rzeczy, które nie śniły się nawet w największych koszmarach dzieciom z bidula.
Stuk, a tu zwłoki menela. Kolejny zafajdany gamoń utracił kontrolę, a teraz topił się pewnie we własnych rzygach. Przemówił. Zatrzymał jej kroki. Charakterystyczny głos nie mógł zostać zignorowany. Jasna cholera! Uniosła brwi i popatrzyła na kupę nędzny w ludzkim fraku. Johnatan Bojczuk. Ciekawe czy wpłynął do Londynu razem ze ściekami. Była pewna, że ten smród czuła już trzy ulice dalej. To nie był pierwszy raz, kiedy spoglądał na nią tak upodlony. Szkoda, że nie miała rękawiczek. – Wstawaj – zamruczała, pochylając się nad nim i łapiąc go za szmaty. Pewnie nawet nie poczuł jej siły, bo akurat z tym to u niej kiepsko, ale w razie co znała zaklęcie, które postawi go do pionu. – Kurwa – mruknęła, kiedy doleciała do niej mocniejsza woń Bojczuka. – Tarzałeś się w gównie, czy co? – burknęła, już wiedząc, że zwykła kąpiel tu nie pomoże. – Idziemy – rzuciła, pociągając go za sobą. – Zanim nas ktoś sprzątnie… - dodała, oglądając się czujnie na boki. Pytania będą później, niech sobie nie myśli, że teraz to już tylko mydło i cukier. O nie, koleżko.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]01.07.20 23:26
The member 'Philippa Moss' has done the following action : Rzut kością


'Londyn' :
Ulica Zapomnianych Córek - Page 2 PB0XXgd
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ulica Zapomnianych Córek - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]05.07.20 13:28
Czuję drobne dłonie zaciskające się na materiale i to jak ciągnie mnie w górę; w sumie jestem nawet rad, bez pomocy pewnie zaliczyłbym kilka kolejnych upadków, zanim udałoby mi się utrzymać pion. Pieprzona grawitacja. Wbijam spojrzenie w Philippę i marszczę gniewnie twarz, kiedy ponownie się odzywa - Pierdol się - rzucam, zanim zdążę ugryźć się w język. Wszyscy niech się jebią i dadzą mi święty spokój; rozchylam wargi, żeby dodać coś jeszcze, ale zanim wypadnie z nich choćby pół głoski, łączę je w wąską kreskę. Przecież to była Phillie, moja Phille, która nigdy nie życzyła mi źle; ba, wręcz przeciwnie, chciała dla mnie jak najlepiej; była ze mną zawsze, kiedy traciłem grunt pod nogami, to ja okazałem się chujem, beznadziejnym przyjacielem i egoistą, który nie widział nic więcej poza czubkiem własnego, wielgachnego nochala - Przepraszam - dodaję po chwili, jakby momentalnie potulniejąc i opuszczam spojrzenie, bo nie wiem co więcej mógłbym dodać. Było mi trochę wstyd, że znowu spotykamy się w takich beznadziejnych okolicznościach; inaczej sobie to wszystko wyobrażałem, a wyszło jak zwykle - Gdzie? - pytam, ale nie drążę tematu; byle nie do Parszywego, jakoś niespecjalnie miałem ochotę paradować tak przed innymi, nie, kiedy wyglądałem i czułem się jak gówno. Prawda, Pasażer gościł mnie w różnych stanach, ale to było co innego, kiedy upijałem się z innymi marynarzami i zgonowałem na stole, nie chciałem teraz znosić miażdżącego spojrzenia pani Boyle ani Keatona, już z Philippą było ciężko, a przecież ona była mi najbliższa ze wszystkich. Niemniej daję się pociągnąć gdziekolwiek, dłonie chowam w obszernych kieszeniach płaszcza, zaciskając palce na pojedynczych drobiazgach, które tam chowam. Wzrok opuszczam na bruk, uważając na wyrwane dziury, ale tak po prawdzie po prostu jakoś nie mogę patrzeć na Moss, zerkam na nią jeno kątem oka, wtedy kiedy ona nie patrzy na mnie. Z oddali dochodzi do nas stukot różnych kroków i odgłosy zaklęć; nie widać jednak świateł ani błysków promieni, więc chyba jesteśmy bezpieczni, przynajmniej na tyle na ile to możliwe - No to... - zaczynam, bo męczy mnie zawisła między nami cisza, ale tak naprawdę nie wiem co chcę powiedzieć, w tym momencie żadne słowa nie wydają się na miejscu - Jak sobie radzisz? - rzucam w końcu; debilne pytanie, ale inne brzmiały jeszcze gorzej, nawet w głowie, a co dopiero wypowiedziane na głos.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]05.07.20 22:42
Nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Ta postawa, ten układany na szybko z kamieni mur, o który miała się uderzyć, byleby tylko nie dostać się jeszcze bliżej. Jej palec i tak zawsze znalazł lukę, niedostrzegalną na pierwszy rzut oka szparę, przez którą potrafiła dostać się tam, gdzie pozornie wcale nie dało się wcisnąć. Jego niedoczekanie, jego zafałszowane marzenie, rzucony na odczepnego wulgaryzm, który był jak kolejny rechot w wielkim morzu pokaleczonych języków. – Chciałbyś, Johnatanie – odpowiedziała beznamiętnie, specjalnie jednak wymawiając to imię w pełnej formie, dokładnie i z chłodem, który mógłby przeciąć jego zabrudzoną facjatę na bolesne kawałeczki. To jeszcze nie czas na pierdolenie. Pierdolić to mu dopiero zacznie, jak się stąd wreszcie wyniosą. Jak dobrze, że chociaż podniósł z rowu dupsko i był w stanie iść dalej. Miała tylko nadzieję, że nie przesiąknie tym odorem całkowicie, nim zdoła doprowadzić go do mydła. Krok w krok, ściskane mocno ramię, niewzruszone spojrzenie i ten błysk w oku. Ciągnęła go tak uparcie, a on wiedział, że nie ma wyjścia. Wzajemnie wyciągali się z niejednego syfu. Dobrze, że port nie śmiał ich tknąć. Może ludzie wokół dalej pamiętali, czyje obcasy dudniły o kamienną uliczkę właśnie tak. Może kojarzyli kudłatą czuprynę rozbrykanego żeglarza. Może czuli respekt, na który on dziś z pewnością nie zasługiwał.
Przeprosiny nastąpiły, spodziewała się, że krucha, buntownicza postawa rozsypie się zaraz na milion małych kawałków. Nie ją powinien jednak przepraszać, ale siebie, swoje wszystkie pieprzone ambicje i talenty, które teraz porastały wstrętnym grzybem, kiedy on staczał się na samo dno. Zaspał na jakiejś bocznej uliczce. Zamierzała go obudzić i wcale nie powinien liczyć na delikatne metody. – A jak myślisz? – zaburczała trochę rozczarowana jego niedomyślnością. Przecież go nie zostawi tutaj, przecież go nie odda w objęcia błysków wojennych różdżek. Pani Boyle wygoniłaby ją na zbity pysk, gdyby przyprowadziła jej tego gamonia w takim stanie do tawerny. Było tylko jedno miejsce, gdzie to ona wyznaczała warunki, gdzie mógł wleźć, jak do upragnionej, bezpiecznej nory i tam rozpocząć żmudne próby odnajdywania siebie.
Patrzyła przed siebie, uparcie, pośpiesznie, jakby jak najszybciej chciała usłyszeć echo własnej klatki schodowej, a potem powitalne kwikanie niuchaczy. Jeszcze tylko parę uliczek, byli dość blisko. Szedł, więc nie było najgorzej. Wiedział dobrze, że nie miał innego wyjścia. Byli jak brat i siostra, jedno pociągało drugie za łapsko i jakoś to szło. Nawet gdy było tak gównianie jak teraz. Zacisnęła mocniej usta, gdy zadał to pytanie. To ona powinna łypać z zainteresowaniem, wołać o odpowiedzi, wymuszać wyjaśnienia i wyznania, na które mógł nie mieć ochoty. Pazury przestały się tak mocno wciskać. – Na pewno lepiej niż ty – odpowiedziała, nie odpowiadając wcale. – Nie masz pojęcia, jak ciężko jest znieść przedłużające się tygodnie tej wstrętnej niewiedzy. Ciche, przerażające jak śmierdzący oddech tej durnowatej wojny. Tutaj – mówiła, na koniec, pociągając go między dwie ciasne kamieniczki, które pamiętały chyba młodość ich dziadków. Tych dziadków, o których nigdy się nie dowiedzą, których nigdy nie dopasują do swoich historii. Oni, dwie sieroty. Jasna cholera. Wypuściła ze świstem powietrze, a potem poczuła irytujące ciepło, od którego zakręciło jej się w głowie. – Nie pytaj mnie, kurwa, jak się trzymam, kiedy sam leżysz w gnoju, Bojczuk. Znikacie wszyscy, jeden za drugim, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo w imię jakich świętych spraw, a potem wracacie z maślanymi oczami i pytacie, jak się trzymam. Albo próbujecie dyktować mi, co mam robić. Chcesz wiedzieć? Trzymam. Ciebie – mruknęła sucho. To nie była dobra pora i dobre miejsce na przyjacielskie pogawędki. Londyn się bardzo zmienił, ale jeszcze nie wiedziała, czy ten żeglarzyna cokolwiek o tym wiedział. – Szybciej – dorzuciła, dostrzegając już w oddali swoją rozpadającą się kamienicę. Zadeptywali zaschnięte ślady krwi tych, którzy pozostawili po sobie jedynie łzy sierot. Być możne nie znała najintymniejszych planów tego gościa, ale wątpiła, by chciał zginąć od przypadkowego łomotu.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]06.07.20 21:23
W sumie to było oczywiste; szliśmy do nędznej kamienicy przy Pont Street 13 i w zasadzie odpowiadało mi to. Mimo brudnych szyb liczyłem, że właśnie tam uda mi się odnaleźć promienie słońca, do tej pory zagubione gdzieś między kłębowiskiem czarnych chmur unoszących się nad moją głową. Budziłem się tam nie raz, nie raz zasypiałem, pomieszkiwałem dłużej lub krócej, zostawiałem na podłodze brudne ubrania i prawie puste butelki, dokładałem kilka popielatych muśnięć dymu papierosowego do starych firanek zasłaniających szyby. Czułem się tam swobodnie, bo przy Philippie mogłem pożegnać cały wstyd, pomimo tego, że w tej chwili zalewałem różem moje blade policzki; znaliśmy się od zawsze i od zawsze zajmowała specjalne miejsce w moim sercu. Nie umiałem opisać słowami łączącej nas więzi; nie byliśmy jak rodzeństwo, przecież niejednokrotnie wpadaliśmy sobie w ramiona lądując razem w potarganej pościeli. Akceptowaliśmy się z całym wachlarzem swoich wad i to chyba było w tym wszystkim najlepsze; wiedziałem, że nawet jeśli mnie skarci to i tak zrozumie, zresztą bywały chwile kiedy potrzebowałem, żeby ktoś mną porządnie potrząsnął. Tak jak teraz. Czuję jak luzuje uścisk gdzieś na moim ramieniu i zerkam na nią kątem oka - O to nietrudno - parskam gorzkim śmiechem, a później wsłuchuję się w jej słowa i cóż, nawet sobie nie wyobraża jak bardzo ją rozumiem. Odkąd Rudera upadła nic nie było pewne; mogłem tylko mieć nadzieję, że nie znaleźli tam niczego co obciążyłoby mnie lub innych mieszkańców. Nie wiedziałem co przyniesie kolejny dzień, byłem bezdomny i włóczyłem się po całych wyspach w poszukiwaniu Bóg jeden wie czego; ostatecznie i tak nie znalazłem nic. Czasem myślałem o bliskich, gdzie są i jak sobie radzą, ale jednocześnie nie mogłem się przemóc by choćby napisać do kogokolwiek. Wiele razy siadałem nad papierem, ale każde nakreślone słowo wydawało mi się tak beznadziejnie żałosne, że giąłem w dłoniach pergamin i wrzucałem go do kosza, skończyło tak zbyt wiele myśli. Odwracam twarz w kierunku dziewczyny i unoszę wysoko obie brwi - świętych spraw? Chyba nie mówiła o mnie. Ja nie miałem już żadnych ideałów, byłem bierny, tak głęboko zatopiony w nihilizmie, że nie wiedziałem w którą stronę powinienem płynąć, żeby się z niego wynurzyć - To czemu ty zostałaś? Czemu nie opuściłaś Londynu, tak jak inni? - pytam, pierwszy raz wlepiając w nią spojrzenie na dłużej; mogłem podejrzewać co powie, ale chciałem usłyszeć wszystko z jej ust - Przecież nigdy nie próbuję mówić ci co masz robić - po pierwsze i tak by nie posłuchała, a po drugie w tej kwestii nie różniliśmy się wcale. Mnie też najbardziej wkurwiało to, jak ludzie próbowali mną dyrygować. Kiedyś nie miałem nic, byłem wówczas wolny i jeśli próbowano pozbawić mnie tej wolności, to dostawałem jebanego szału. Wyobrażacie to sobie? Johnatan Bojczuk w szale, paskudna sprawa - No przecież idę - wywracam oczami. Ciężko stawiać kroki, kiedy kręci ci się w głowie, ale posłusznie przyspieszam, uważając by nie potknąć się o wyrwę w chodniku.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]09.07.20 23:24
W drodze myśli wzajemnie się przekrzykiwały. Jedne siały panikę, inne wymuszały spokój. Nie słuchała ich. Skupiona na rytmie wybijanym przez podeszwy wytartych obcasów nie chciała się rozpraszać. Bojczuk człapał za nią, dobrze wiedząc, że zaraz znajdą się w domu. Dokładnie tak. W domu. Moss dzieliła się czterema ścianami, mimo swojego wielkiego wygodnictwa i jasnej potrzeby bycia panią tej ziemi. Jego jednak musiała wpuścić. Nie zniosłaby widoku rozjechanych gdzieś na ulicy resztek przyjaciela, a właśnie taki sobie obraz rzeźbił, dając się pochłonąć śmierdzącej ulicy, jakby już nic poza nią na niego nie czekało. Idiota.
Spodziewała się, że wcale nie miał za sobą krótkich, prostych historii. Wytłumaczalnych przeżyć, z którymi można było się raz dwa rozprawić. Toczył się po ulicy jak ta porzucona beczka – długo, długo po dokach, aż w końcu lądowała na dnie Tamizy. Tego właśnie chciał? Nie zamierzała mu na to pozwolić. Zastany obraz wydał jej się na tyle nędzny, że aż poczuła w sobie ogrom dawno nieobecnej motywacji. Za cholerę nie chciała go puścić, jakby miał pięć lat i nie mógł zapanować nad rozpasanymi kończynami. Powodów było jeszcze więcej – tak samo jak emocji. Kiedy rodzisz się jako porzucony przez świat bachor, doceniasz tych, którzy poza więzami krwi stali się braćmi i siostrami. Ta relacja wydawała się Filipie silniejsza od faktycznych rodzinnych przywiązań, tych od pierwszych spojrzeń i pierwszych wyszarpanych z czubka głowy włosów. A Bojczuk? On te dziewczęce włosy czesał, kochany, dobry, taki swój. Nawet gdy robił głupstwa, łapała się na rozumieniu ich. Sami sobie stworzyli rodzinę, to było staranie, to były długie lata troski, która nie objawiała się w tak oczywisty sposób. Mało kto pojmował ten rodzaj bliskości, to mentalne połączenie, które nie mogło pozostawić go samego. Pociągała więc chłopca za sobą. Jego nędzna stawała się jej nędzą. – Zadajesz pytania, na które znasz odpowiedzi – stwierdziła najpierw chłodno i uważnie zmierzyła go spojrzeniem. – Nie mam dokąd pójść. Nie oddam jedynego domu, jaki miałam i kiedykolwiek będę miała. Jaki sobie sama stworzyłam. Nie zostawię naszych portowych braci. Nie schowam się w piwniczce jak pieprzony tchórz. Tu jest moje miejsce – mówiła twardo, dość sucho, jakby emocje na moment udało jej się zamieść pod dywan. Przecież rozumiał, przecież wiedział.
– A ty co? Wracasz znów tutaj? W środku wojny? Nie uwierzę, że wpadłeś stęskniony. W tym stanie całkowicie wtapiasz się w tłum… -
skomentowała, rzucając mu jeszcze pojedyncze spojrzenie. Byli dość blisko, jeszcze tylko parę kroków. Chciała znać te historie, a Johnatan nie miał wyjścia. Powiedziałby jej nawet, gdyby nie zapytała. A może po tych tygodniach rozłąki, kiedy wyruszył dokądś, by odnaleźć siebie, odkrył zupełnie innego Johnatana?
Licho wie.
– Ty może nie, ale znaleźli się tacy. Wyjątkowo przemądrzali. A ja tego nie cierpię, nie cierpię, kiedy widzą we mnie byle dziewuchę. Słabą, łamiącą się pod byle uderzeniem. Nikt mi nie będzie mówił, co jest dla mnie dobre. Nauczyłam się radzić sobie. Przetrwam i to przekleństwo – burknęła, owijając się szczelniej materiałem. Zupełnie jakby powiewy uliczne pokropiły ją lodowatym powietrzem. – Ale tobie się pogorszyło, Johnatanie – zauważyła, wciągając go na klatkę schodową. Już prawie dom. Jego i jej. – Nie będziesz spał na ulicy – oświadczyła jeszcze, kręcąc głową. Przymknięte na moment powieki zasłoniły błysk niepokoju.
Co się stało?
Dobrze, że wciąż oddychał.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]21.07.20 22:52
- Przecież możesz pójść wszędzie - rzucam cicho, chociaż wiem, że nie usatysfakcjonuje jej ta odpowiedź, może nawet wkurwi? W przeciwieństwie do mnie Phillie znalazła swoje miejsce i dbała o nie pewnie bardziej niż ono o nią, chociaż tak mocno wsiąkła w port, że jestem więcej niż przekonany, że nawet jeśli nikt nie przyznałby się do tego głośno, wszyscy wiedzieli, że nie poradzilibyśmy sobie tutaj bez niej; Parszywy bez Moss włóczącej się między stolikami i ustawiającej rozbestwionych marynarzy do pionu, nie byłby tym samym Parszywym. W każdym razie kontynuuję zanim wejdzie mi w słowo - Właściwie gdziekolwiek. Może powinniśmy prysnąć stąd razem? Znajdę nam miejsce na jakimś statku, popłyniemy... gdzieś z dala od chaosu, a tutaj powiemy, że widziano jak topimy się w Tamizie, będziemy mogli zacząć żyć od nowa - kiwam głową; naprawdę mógłbym to zrobić i może na dnie mojego głosu kryła się jakaś marna iskra nadziei, że na to przystanie? Nawet jeśli wiedziałem, że tak nie będzie i prędzej mnie wyśmieje. Pewnie ciężko byłoby ot tak zostawić za sobą dosłownie wszystko co spotkało nas do tej pory. Zapomnieć i próbować na nowo. Znikałem nie raz, ale zawsze ze świadomością, że kiedyś wrócę, prędzej czy później, to nie było aż takie istotne - Nie wiem dokąd iść - wzruszam nieznacznie ramionami - Rudera upadła, w połowie maja mieliśmy najazd psiarskich, Łapserdak nas stamtąd teleportował, od tej pory chodzę i... i nie mogę dojść do celu, właściwie nie mam żadnych celów. Nie wrócę do domu, bo jakby mama się o tym wszystkim dowiedziała, to chyba by mnie stamtąd nie wypuściła, a wiesz, że ja tak nie umiem. Byłem w Cromer, starałem się pracować i nie myśleć, ale to też nie przyniosło ulgi, a jeszcze więcej zmartwień, więc teraz jestem tutaj - wyjaśniam pokrótce; tutaj znów próbuję uciekać przed rzeczywistością, ale jest zbyt namacalna i podła, zbyt okrutna, żeby o niej zapomnieć; udawało się tylko na krótką chwilę, kiedy alkohol i narkotyki wesoło krążyły w żyłach. A później zwała, jeszcze podlejsze i okrutniejsze zderzenie z realiami - Nie jesteś słaba, Phillie - była silna, na pewno silniejsza ode mnie, radziła sobie zawsze, nawet w wyjątkowo chujowych sytuacjach i nie śmiałem wątpić, że tym razem będzie inaczej - Więc? Kim on jest? - zerkam w kierunku dziewczyny; to przecież było oczywiste, jeśli mówiła, że "znaleźli się tacy przemądrzali, którzy próbują mówić mi co mam robić" to wiadomo, że miała na myśli "znalazł się ktoś, kto naprawdę się martwi, ale może powinien o siebie". Za długo się znaliśmy, bym nie wyłapywał takich ukrytych znaczeń. Później milczę, przekraczając próg śmierdzącej klatki. Pogorszyło się? Może, a może było tak samo jak wcześniej - chujowo i niestabilnie. Chciałbym, żeby było gorzej, być może to pchnęłoby mnie dalej, bo aktualnie stałem w tym samym czarnym punkcie i nie wiedziałem co robić - Dziękuję - mówię cicho, kiedy wspinamy się po schodach, dłoń wspieram na szorstkiej barierce, sunąc palcami wzdłuż jej nierównej powierzchni, spojrzenie wciąż wbijam w pannę Moss i dodaję szeptem, zanim znikniemy za skrzydłem drzwi od znajomego mieszkania - Kocham cię, wiesz? - myślę, że doskonale wiedziała.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]26.07.20 21:31
A spojrzenie rozcięłoby jego czołowo na pół, gdyby tylko potrafiło.
Mogła. Jasne. Poza portem nie istniało nic. Nie istniała nawet licha więź, możliwy dom, azyl, pod którym mogłaby się obronić przed deszczem, a co dopiero zamieszkać. Chociaż istniały sojusze poza Londynem, to nie były one tak silne, by pomogły jej przetrwać, by wciągnęły ją na dobre do swojej rzeczywistości. Na tym świecie nie było drugiej pani Boyle, ale pan Bojczuk postanowił wybawić Filipę od tych udręk i sam w sobie stać się bezpieczną przystanią, towarzyszem drogi, której cel był dokładnie takim samym chaosem jak jego życie. Jak więc chciał przed tym zwiać? Kąciki ust drgnęły lekko, zatrzymało się spojrzenie na oczach błyszczących pod mocą ekscytujących propozycji. – Znajdź mi ten raj, przedstaw jakiś rozsądny plan, a przemyślę sprawę. Na razie mam ciebie pod dachem i robotę jutro od rana, której nikt za mnie nie zrobi. Zaczynałam już kilka razy życie od nowa, Johnny. Sieroty w kółko zaczynają życie od nowa. Nie chcę wiecznie martwić się o to, czy jutro będę miała gdzie spać i co zjeść. A dziś mam szafę spódnic i własną wannę. To już całkiem nieźle. Przemęczę jakoś ten wojenny burdel. Przecież to się kiedyś skończy, nie? – rzuciła, nie oczekując jednak żadnego potwierdzenia. Przecież nie mógł jej tego ofiarować. Tak samo jak nie mógł poważnie mówić o uciekaniu od chaosu. Ktoś go podmienił? W tym stanie wyglądał jak najgorsza wizja siebie, ale wciąż nazywał się Johnatan Bojczuk. Nie chciała, aby to się zmieniło. Może przynudzała jak jakaś stara baba zakorzeniona w swojej chałupie, ale po prostu.. po prostu nie miała już tak naiwnych ocząt i nastoletniej dzikości, nie teraz, nie, gdy chodziło o dom. To słowo stało się w którymś momencie świętością. Nigdy jej nie doświadczyła, wiec próbowała sama stworzyć sobie choćby pozory tej… wygody.  
- Tutaj nie jest żadną dobrą opcją, ale przynajmniej mogę mieć cię na oku – stwierdziła, zaczynając właściwie od końca jego gorzkiego monologu. – Rudera w końcu wyzionęła ducha. Przykro mi, Bojczuk. Ale jeśli myślisz, że z tego powodu pozwolę ci wyglądać jak rzeźba z gówna, to się mylisz. Zostaniesz tu, aż wymyślimy, co zrobić dalej. Aż znajdziesz swój przeklęty cel. Bo jakiś jest, jest na pewno. Jestem tego pewna. Twoje dłonie są o wiele więcej warte od moich – kontynuowała, zerkając przelotnie na czarne łapska artysty. Przecież mógł wiele, gdyby tylko wziął się w garść. – I nikomu nic do tego, co płynie w twojej krwi – dodała, pamiętając o obecnych nastrojach wśród co poniektórych wywyższających się czarodziejów. – Ale nie myśl sobie, że pozwolę ci lamentować przez całe dnie – zagroziła na koniec, unosząc palec w ostrzegawczym geście. Szedł za nią, tyle w tym dobrego. Mogła pomóc mu wstać i pokazać, że świat nie jest aż tak bezsensowny, jakby się to mogło wydawać. Potrzebował jakiejś sensownej roboty, dobrej dla artysty i lekkoducha. Tylko że te słowa już same ze sobą się gryzły. No nic, zamierzała to potem na spokojnie przemyśleć. Zaraz po tym, jak wyszoruje go od góry do dołu. – Oczywiście, że nie jestem – odparła chłodno, trochę zbyt sztywno. Trudno było odgadnąć czy to duma czy może tamowanie ewentualnej wątpliwości w tym względzie. – Idiotą. Tylko to powinieneś wiedzieć – burknęła niespecjalnie zadowolona z takiego pytania. Oczywiście, że już coś wyniuchał z jej półsłówek. Mogłaby zbyć pytanie i wywrócić oczami, ale odpowiedziała całkowicie po swojemu. To miało jej pomóc. Pomóc w przekonaniu samej siebie, że to… nikt i nic, czym powinna się przejmować.
Jego wyznaniu zawtórowały trzaskające drzwi do nędznego mieszkanka na Pont Street. Obróciła się i zsunęła buty, milcząc przez chwilę. Kiedy nie miało się na świecie zupełnie nikogo, miłość stawała się inna, trudna do pojęcia, trudna do poczucia, pozbawiona wzorców i naturalnych więzi. A jednak ta relacja wydawała się być jedną, jedyną, która trwała od pierwszego zapamiętanego wspomnienia. Ten chłopiec, ten Johnatan Bojczuk. Dokładnie to samo zrobiłby dla niej. Przyciągnęła za szmaty tego zafajdańca, majac przez tę chwilę w nosie, że może się czymś zarazić (a pamiętała krzywą akcję z dziwkarskim choróbskiem!). Ścisnęła go mocno. – A ja kocham ciebie – odparła pocieszająco, cicho. To brzmiało jak zaklęcie. Tylko powroty do rzeczywistości mogły okazać się brutalne.
- Ale nie zniosę tego smrodu. Leć się wykąpać, a ja poszukam cichuchów Keata – zakomunikowała, dobrze wiedząc, że od czegoś trzeba było zacząć.
W końcu znajdą cel. I jego. I jej.

zt x2, wchodzimy do domku
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]11.09.20 19:59
10 lipca 1957 r.



Chociaż wojna dreptała ludziom po piętach, życie w porcie toczyło się dalej. Mieszkańcy wydawali się bardziej przezorni, rzadziej wypełzali z nor, ale bywały dni, kiedy ulice na nowo wypełniały się odgłosami namolnego bełkotania i mniej ważnych rozmówek, które przeradzały się w krzyki. I wcale nie były to melodie przerażenia. Mimo niepewności robotnicy wciąż gnali do zakładów, statki przypływały i odpływały, alkohol lał się przez barowe stoły, a nędzne kamienice wypełniały się zapachem smażonej ryby. Od początku obserwowała, jak zmieniały się nastroje. Minęło kilka miesięcy, przeminęła wiosna, w letniej duchocie puchły siwiejące łby żeglarzy, ale wraz z nadejściem słońca nie doszło do żadnego druzgocącego przewrotu. Wciąż istniała dość spora szansa, że podczas popołudniowej wędrówki po dokach wdepniesz w trupa. O wiele większa niż na spotkanie chętnej dziwki, a to zdecydowanie pozostawało dalekie od normalności.
Pełnym oburzenia i niepewności opowieściom chętnie przysłuchiwała się w tawernie, wiedząc dobrze, że cena informacji w godzinie wojny wciąż wzrastała. Nie nadstawiała jednak uszu w poszukiwaniu pogłosek o tajemniczych ładunkach, skarbach i wątpliwych personach wpraszających się do portowego domu zbyt odważnie. Nieco bardziej zaczęła dbać o swoich. Interesowała się dobrem tawerny, dobrem pani Boyle, Rain i wszystkich bliskich, dla których gotowa była stanąć oko w oko ze złośliwą śmiercią. Dobrem Keata, o którym zaginął słuch już od ładnych miesięcy. Wiedziała, że ma jakieś swoje sprawy, że włóczy się za nim pieprzone bohaterstwo i że gna z porywem nagłych pomysłów. Tylko że cholerne lusterko milczało. Nic, żadnego śladu krzywego nosa i cwanego oka. Po jaką cholerę obiecali sobie pozostawać w kontakcie, skoro nie potrafił zrobić dla niej nawet tego? Nie potrafił mrugnąć raz na tydzień i objawić, że żyje. Martwiła się coraz mocniej, choć uspokajała ją myśl, że zawsze spadał na cztery łapy. Siostrzane przeczucie stawało się jednak upierdliwe jak nigdy. Dała mu czas, spodziewała się nocnego walenia do drzwi, spodziewała się świstka pergaminu w dziobie sowy lub innego marnego znaku. Nic się jednak nie wydarzyło. Portowy smród zaczynał ją dusić, poczuła, że nie wysiedzi w dokach ani jednego dnia dłużej. Pan Boyle również nic nie wiedział, a przecież Burroughs wciąż latał z jakimś podejrzanymi sprawunkami starego kanciarza. Wątpiła, by dał się tak po prostu złapać, umiał się bronić. I ze wszystkich sił chciała zwalić na jego roztrzepanie lub jakąś pokraczną formę troski. To byli ci tajemniczy przyjaciele z Proroka, o których wspomniał gdzieś na początku kwietnia. Powiedział jej wtedy, że może zniknąć, ale przecież obiecał wrócić. Najwyraźniej jednak miał duży problem z tym powrotem. Może powinna mu w tym pomóc? Nie znosiła wtrącać się w takie sprawy, ale przez przeklętą wojnę zaczynała się przejmować za bardzo, grzebać za głęboko i podskakiwać zbyt głośno. Nastały czasy, w których pozostanie w starych ramach graniczyło z cudem. Ludziom wokoło odbijało, a Moss mógł spotkać taki sam los.
Dużo czasu spędziła, myśląc, jak to wszystko uporządkować. Powrotom z pracy towarzyszył nie tylko dźwięk jej obcasów. Ogon rozważań ciągnął się upierdliwie i niewidzialnie. Nie potrafiła się skupić. Frances stąd uciekła, ludzie znikali, umierali. Potworne widowiska dewastowały zjednoczoną portową społeczność. Tym razem naprawdę poczuła niepokój. Łapała się na zbyt nerwowych, szybkich krokach, na uldze w odgłosie zatrzaskiwanych drzwi mieszkania. Mimo to nie chciała stąd uciekać. Ukojeniem okazywał się widok ludzi wędrujących jedną z bardziej.. tłumnych uliczek. Szła odważnie, mijała twarze, z zadowoleniem przyglądała się poruszeniu. A może coś się działo w porcie? Skąd wracali? Dokąd szli? Szuranie obcych i przyjaciół zbiegało się w jednej ulicznej melodii. Patrzyła pewnie przed siebie, nie spodziewając się już żadnych niespodzianek. Jednak kiedy typ przed nią popatrzył w bok, świecąc śmiało dość charakterystycznym profilem, otworzyła szerzej oczy, tłumiąc przekleństwo. W dwóch krokach znalazła się za jego plecami i wbiła końcówkę różdżki w środek jego pleców. Skąpany w smrodzie obcości, dokładnie taki w barach i w rozwianym włosie, idealnie wysoki, idealnie znajomy. Przeklęty, mały obsraniec.
– Mam nadzieje, że masz bardzo dobre wytłumaczenie, Keat –
rzuciła ostro, wznosząc przy tym pięty, by znaleźć się bliżej jego ucha. Przecież to absurdalne. Łazi sobie po porcie jak gdyby nigdy nic, kiedy ona umiera ze strachu. Idiota. – I że szedłeś właśnie do mnie. By przeprosić i błagać o litość. Na kolanachmruknęła, choć zdecydowanie bardziej zabrzmiało to jak warknięcie. Była wściekła i rozczarowana. Ale cieszyła się, że widzi go w jednym kawałku.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]11.09.20 19:59
The member 'Philippa Moss' has done the following action : Rzut kością


'Londyn' :
Ulica Zapomnianych Córek - Page 2 7uUO97C
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ulica Zapomnianych Córek - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]27.09.20 19:36
To było ryzykowne - wcielać się w niego. Ale wierzyła, że poznała go już na tyle dobrze, żeby być w stanie wybrnąć z sytuacji w razie czego. Widziała go też dostatecznie dokładnie, żeby móc odzworować dokładnie sylwetkę, każdą najmniejszą bliznę, pieprzyk, wszystko dostatecznie ralne, prawdziwie. A przynajmniej takie miało sprawiać wrażenie. Cichy wzięła od Michaela i najpierw kilka razy przemaszerowała się przed lustrem krytycznie oceniając swoje ruchy. To nie tak. Trochę bardziej nonszalancko. Z rękami w kieszeniach. Spróbowała raz jeszcze. Tak, lepiej. Dobrze. Bardziej gotowa być już nie mogła. Spróbowała jeszcze raz coś powiedzieć, zamykając oczy, sprawdzając, czy głos brzmi odpowiednio. Brzmiał. Tak, jak go zapamiętała. A później wyszła z domu, teleportując się pod Londyn, do niego weszła używając jednego z przejętych przez Zakon wejść.  
Potrzebowała informacji, a Keata znali w porcie, tak miało być lepiej - łatwiej. Zaciągnie języka trochę tutaj i trochę tam. Może dowie się tego, czego potrzebowała się dowiedzieć. Może jemu ktoś więcej coś powie. Musiała jednak liczyć się z tym, że ktoś może go rozpoznać i wtedy musiała grać. Udając, że wie co robi, że dokładnie zna tą osobę.
Nie spodziewała się jednak, że stanie się to tak szybko. Zdążyła zrobić ledwie kilka kroków na ulicy w porcie. Tylko tyle. A może aż. Przesuwała spojrzeniem po otoczeniu, wyznaczając dla siebie właściwą drogę, układając w głowie plan. Kiedy poczuła na swoich plecach różdżkę. Zastygła, zaciskając dłoń w prawej kieszeni na osikowej różdżce. Spojrzenie przesunęło się po ulicy. Nie, walczyć tutaj, nie było mądrze. Kiedy ciepły oddech owiał jej ucho powstrzymała drgnięcie. Znała go chyba. Mgliste wrażenie że już go słyszała nie potrafił opuścić jej głowy. Ale nie tym teraz musiała się zająć. Musiała znaleźć dobrą odpowiedź. Rozluźniła mięśnie wyciągając ręce z kieszeni i unosząc je w geście poddania. Słowa, zdania, jedno i drugie wskazywały na to, że znała go bardziej niż trochę.
- Gdzie indziej miałbym iść. - odpowiedziała opuszczając dłonie i wsadzając je w kieszenie ponownie. - Ale tego błagania o litość bym się nie spodziewał. - dodała nie odwracając się jeszcze w jej stronę i wtedy je dostrzegła, zgromadzenie, które wtoczyło się na ulicę. Zacisnęła usta. Niedobrze. Odwróciła się i pociągnęła za ramię, bliżej budynku kobietę, której twarz zmierzyła szybkim spojrzeniem. - Szlag. - podsumowała jedynie krótko, powstrzymując się, przyjmując na twarz obojętny wyraz, jednak mierzyła tłum uważnym spojrzeniem, czekając, licząc na to, że przejdą obok, zostawiając ich samym sobie.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Ulica Zapomnianych Córek - Page 2 Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]30.09.20 21:21
Przekupywanie się przez przymglone obrazy nie miało sensu. Czego miała szukać? Błyszczące oczy tamowały całe powodzie sekretów, które nie były dla niej. Słowa modelował w zagadki, na które nie miała cierpliwości. Zupełnie jakby nie mógł po prostu powiedzieć jej prawdy. Cokolwiek kombinował, w jakiekolwiek gówno się wpakował, przecież wiedział, że zawsze mógł do niej wrócić. Ale nie, on musiał zapaść się pod ziemię i nie stać go było na jedną cholerną sowę. W snach dusiła go i jednocześnie tuliła się do piersi, zaciskając ramiona wokół, zaborczo, żeby już nigdy więcej nie mógł się wymknąć. Znała towarzystwo, z którym się szlajał, ale całe lawiny głów spoglądały na nią tępo, wzruszały ramionami i powracały do swoich spraw. Keat ich nie obchodził. Wiedziała, dla kogo był ważny, wiedziała, kto mógł pomóc. I wiedziała, że coś musiało być na rzeczy. Nie była tylko pewna, jak długo zdoła po prostu czekać. Czekać i spokojnie dreptać ulicami spustoszonego Londynu na tej nudnawej trasie między kamienicą a tawerną. Odkrywała, że obce łby bezczelnie przejmowały miejsca należące do nich, do ludzi z doków. Odkrywała, że ludzie naprawdę znikali i nie były to pijackie zagubienia. Dlatego tym bardziej czuła, że powinna mieć na oku wszystkich bliskich. Szkoda tylko, że byli tak bardzo nieposłuszni. Parszywy jednak stał, wciąż stał, a to oznaczało, że jeśli tylko zechcą, znajdą drogę. I znajdą Philippę.
Nie wyobrażała sobie jednak, że ujrzy go tak po prostu. Dziesięć kroków przed zbiegowiskiem nawiedzonych szajbusów i ledwie dwadzieścia kroków od domu. Chyba go kompletnie pogrzało. A może właśnie tym razem wracał i powinna powstrzymać łaskoczące pięści? Złość gotująca się w kotle razem z ulgą była kuriozalną wariacją. Skłócone dwie emocje rozdzierały jej serce na pół. Jeszcze chwila i pożałuje tego milczenia. W nosie miała nasilające się głosy zawszonych ważniaków. Nikt ich tu nie chciał, wyobrażała sobie frustracje odpoczywających w mieszkaniach robotników. Mało kto pragnął relaksować się przy dźwiękach propagandowej operetki. A Philippa? Philippa chciała ograbić Keatona z każdej, najmniejszej tajemnicy. Doprowadzić go do domu nagiego. Może jak nie będzie pyskował, to okaże mu łaskę. Wbijała mu więc różdżkę między kręgi, w duchu przypominając sobie najpodlejsze zaklęcia.
- No nie wiem, może do tych swoich tajemniczych koleżków – rzuciła w pierwszej chwili z jadem, z żalem, z nutą zaskakującej nawet dla niej niepewności. Prychnęła w odpowiedzi na kolejne słowa. Naprawdę uważał, że to było w porządku? – A powinieneś, bracie – wyrzuciła, robiąc pauzę przed ostatnim słowem. Była dużo niższa, mniejsza, ale potrafiła jeszcze sięgnąć do jego ucha i przemówić do tego pustego łba. Czekała chyba na żart, na kilka potulnych słów. Przecież potrafiłby to zrobić na środku ulicy – klęknąć i błagać. Może jednak chmara krzykaczy kiepsko spisywała się w roli orkiestry dla jego lamentów. Cóż, szkoda, popatrzyłaby. Tłum przesunął się bliżej nich, a wtedy poczuła szarpnięcie, lichawe kamienice zadrżały w fundamentach, świsnął je przed oczami tłum wrzeszczących popaprańców. Potem go ujrzała. Bez roztrzaskanego pyska, o dziwo. Uśmiechnęła się pod nosem. – Proszę, proszę… - rzuciła, pozostając w tym potrzasku miedzy ścianami a chłopakiem z doków. Widziała, jak zerkał w stronę zgromadzenia. – Już nawet myślałam, że zrobili ci pranie mózgu i jednak wolisz ich. Albo że nie żyjesz – rzuciła zaczepnie, niespecjalnie dbając o zlanie się z ponurawym otoczeniem. Cicho też nie zamierzała siedzieć. Wyciągnęła dłonie w stronę jego piersi i poklepała ją niezbyt mocno, jakby chciała się upewnić, że Burroughs naprawdę był realny. – Mogłabym być złośliwa i cię im oddać. Ale wolę sama zrobić z tobą porządek – burknęła, rzucając mu podejrzliwe spojrzenie. Jeśli myślał, że znów ją nabierze, że się wywinie, to był w błędzie.Gadaj rzuciła sucho, domagając się tłumaczenia. Tak, tu i teraz. Wcale nie opuściła różdżki.

rzut na spostrzegawczość (II), próbuję się dowiedzieć, co kombinujesz
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]30.09.20 21:21
The member 'Philippa Moss' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 16
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ulica Zapomnianych Córek - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Ulica Zapomnianych Córek [odnośnik]18.10.20 3:20
Podszywała się nie tylko pod Daisy, próbowała z wielu stron kiedy znajdowała chwilę. Rozwijała mocniej swój dar, szlifująf go i szlifując. Zdając sobie sprawę, że nie opanowała jeszcze kontroli absoltunej. Że ta, nadal pozostawała do zdobycia - do zrobienia. A ona, zamierzała po nią sięgnąć. Doszła już daleko. Potrafiła zmienić wszystko. Dosłownie wszystko, łącznie z kolorem tęczówek i kształtem oczu. Kilka razy natknęła się na informacje, że są to jedynie bajki - bujdy, bardziej leżące w sferze marzeń, niźli możliwości. Ale ci, którzy nie wierzyli, nie wiedzieli. Może w ich pokoleniu nie było takich jak ona - a może rozsądnie, nie mówili o tym głośno. Przybranie sylwetki Keatona kosztowało ją trochę. Tak jak przyzwyczajenie się do jego wzrostu, czy poprawne poruszanie w o wiele większym ciele. Ale wiedziała, że czas który w to włożyła, może zaowocować. Musiała tylko to mądrze rozegrać. Nie spodziewała się jednak że tak szybko, przyjdzie jej kogoś spotkać.  
Musiała zachować zimną krew. A może bardziej, luz. Bez znaczenia. Nie dać po sobie poznać. Na razie pozwalała, by różdżka wbijała się w jej plecy. Uniosła ręce w geście poddania, wypowiedziała słowa. Badając, sprawdzając, lawirując. To nie była wygodna sytuacja, bo nie ona prowadziła.
- Od nich właśnie wracam. - odpowiedziała, jego głosem. Pewnie, ze spokojem do którego musiała się zmusić. Opuściła dłonie, wsadzając je w kieszenie spodni. Szczęśliwie dla niej, kiedy padły kolejne słowa nadal stała plecami do kobiety. W innym razie, przegrałaby wszystko.
- Kto miałby zrobić mi pranie mózgu? - zapytała jego usta, zerkając w stronę mijającego ich tłumu. Był ostatnim, czego tu potrzebowała. A jej reakcja, mogła być łagodniejsza. Keaton nie był poszukiwany. Przynajmniej, nie przez nich. Odprowadzała spojrzeniem mijających ich ludzi, jej uwagę zwrócił dopiero jej głos, kiedy odezwała się ponownie. Spojrzała na nią, w dół, krzyżując z nią spojrzenia. Milcząco wysłuchując słów, które wypowiadała. Nie zerkając na rękę, która ułożyła się na jej piersi klepiąc ją lekko. Dziwne to było uczucie. Głównie dlatego, że nie często zmieniała się w mężczyzn, a w tym rejonie którego dotykała przeważnie znajdowały się piersi. Teraz ich tam nie było.
- Oh, naprawdę? - mruknęła zamiast tego, unosząc ku górze jedną z brwi. Mierząc znajdującą się przed nią Filipę spojrzeniem. Wiedziała, że będzie jeszcze trudniej. Nie bez powodu użyła tego określenia. Bracie. Jeśli to była prawda, miała zwyczajnie przesrane. Sprawa się rypnie, prędzej czy później. Potrzebowała dużo szczęścia, żeby stało się inaczej. - No, bo to idealne miejsce, na rodzinne pogawędki. - odpowiedziała na padające z jej ust żądanie. czuła różdżkę, która nadal przyciskała do jej ciała. Ale sama nie sięgała po swoją. Maszerujący za plecami tłum, wykrzykujący chwalebne wersety ku nowej władzy. Tak, Moss, porozmawiajmy tutaj o wszystkim. Zwłaszcza, że ci ludzie, mieli duże uszy i nie robili sobie już nic z lojalności.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Ulica Zapomnianych Córek - Page 2 Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Ulica Zapomnianych Córek
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach