Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Korytarz na piętrze
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Korytarz na piętrze

Pomalowane na biało drewniane deski sprawiają wrażenie łagodnych i przyjemnych. Korytarz prowadzi do wszystkich sypialni, które znajdują się na wyższym poziomie zakupionego domu i jednej łazienki. Okna nie wychodzą na morze, przeważnie króluje tutaj półcień.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Korytarz na piętrze - Page 2 Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Powrót do góry Go down


Śniła mu się krew, albo może marzył o krwi. Nie wiedział, czy dręczyły go senne koszmary, czy też przeleżał noc w bardziej świadomym półśnie. Wszystko go bolało, ciało nadal buntowało się przeciwko przemianie, przypominało mu o wczorajszym bólu. Miał zakwasy, jak po sporym wysiłku fizycznym i kręciło mu się w głowie, jakby błędnik wciąż postrzegał przestrzeń wilczymi zmysłami. Spodziewał się, że najbardziej będzie go kłuć sumienie - ale ku jego zaskoczeniu, chwila histerii pod prysznicem była jedyną gwałtowną reakcją na kolejną już utratę kontroli. Utratę…? Chciałeś tego, wybrałeś to. Chciałeś chronić własną męskość - tamten kopniak bolał, prawda? A najbardziej chciałeś chronić ją i bez namysłu zapłaciłeś cenę. Nie wiedział, czy świadomy wybór powinien przerażać go bardziej niż przypadkowy, oszałamiający wybuch gniewu. W sierpniu o mało nie zabił Hannah, a teraz… mógł sobie wmawiać, że ochronił Corę, że tamci na pewno by ją zhańbili i zabili, że ukarał morderców innej mugolki… ale przecież wiedział, jak mało brakowało. Cora nie uciekała. Nie wiedział właściwie, jakim cudem przeżyła. Pamiętał, że próbował odzyskać kontrolę, ale potem na moment znowu ją stracił, przytłoczony bólem powrotnej przemiany. Koszmarne obietnice, jakie składał Corze, osunęły się w mgłę podświadomości.
Powinien się bać, powinien się nienawidzić, powinien żałować - ale był cały odrętwiały. Tak, jakby pogrzebał wszystkie emocje gdzieś głęboko, jakby (o zgrozo!) prawie pogodził się z tym, że znowu przebudził w sobie potwora. Do pełni zostało zaledwie kilka dni, niedługo znowu będzie przechodził katusze. Zwykle o tej porze miesiąca był drażliwy i podenerwowany, ale dziś nie czuł znajomej irytacji, tak jakby wilk uspokoił się, usatysfakcjonowany wczorajszą rzezią.
Ubrał się i starannie ominął lustro wzrokiem, jakby bojąc się kogo lub co tam ujrzy. Zaparzył kawę i kwadrans szorował dłonie nad zlewem, mając wrażenie, że nadal widzi na nich plamy krwi. Śniadania nie zjadł, żołądek miał ściśnięty. Siadł na kanapie z kubkiem, próbując wmusić w siebie kilka łyków kawy i podświadomie mając nadzieję, że Cora będzie spać jak najdłużej. A może już jej tu nie ma. Może wymknęła się nad ranem, uciekła jak Hannah. - łudził się, wiedząc, że to nieprawda. Nie słyszał jej kroków na korytarzu, nie czuł jej zapachu w przedpokoju. Wreszcie usłyszał skrzypienie podłogi na piętrze, a potem poczuł jej obecność za plecami. Ciche stąpanie po podłodze, znajome ciepło. Odruchowo spiął mięśnie, nie wiedząc, czego się spodziewać. Była zbyt łagodna, by mieć pretensje, ale też by przejść obojętnie obok rzezi trójki ludzi, nawet rzezimieszków. W teorii wiedziała o nim wszystko, ale praktykę zobaczyła dopiero teraz. Dlaczego los splatał ich ścieżki w tak okrutny sposób, dlaczego widziała Michaela tylko na samym dnie? Po pełni, tracącego zdrowy rozsądek po Cruciatusie, a teraz jako potwora. Spędzili w maju kilka normalnych chwil w jej chatce, ale to za mało, by przełamać tą gorycz. Wtedy ocaliła życie jemu, teraz on ocalił ją - może są kwita. Może to wystarczy, by odeszła z czystym sumieniem, by ośmieliła się zerwać kontakt.
Drgnął, gdy się przywitała. Zawsze wypowiadała jego imię tak… szczególnie. Nie obejrzał się za siebie, uparcie błądząc wzrokiem po posadzce. Poranne odrętwienie mijało, zaczynał czuć palący wstyd.
Zaczęła mówić, cicho, przyjaźnie, tak jakby nigdy nic. Pod normalnymi słowami czaiły się jednak niepewność i lęk, które łamały mu serce. Nie pamiętał, że przecież zawsze się go bała, nawet jako człowieka, zwłaszcza jako człowieka. Liczyły się tylko wspomnienia z ostatniej doby.
Odstawił kubek z kawą, dłoń lekko mu drżała. Morze? Na zewnątrz?
Kogo ty oszukujesz, Cora?
-Oczywiście. - idź popatrz na morze. Ku jego zaskoczeniu, poprosiła jednak o jego towarzystwo. Bała się nieznanego, kolejnych rzezimieszków? Skinął sztywno głową. -Chodźmy. - Trudno było mu zebrać słowa, ale otworzył przed Corą drzwi, poprowadził ją dróżką za dom, na wzgórze, z którego mogli zobaczyć wybrzeże. -Chcesz… chcesz zejść na plażę? - zapytał, zerkając na nią z ukosa. Morska bryza i promienie słońca pokrzepiały, gula w gardle zelżała. -Jak się czujesz? - nic ci nie zrobili? Nic ci nie zrobiłem?


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Korytarz na piętrze - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Byłaby zdziwiona, gdyby wiedziała, że wciąż dziwiło go jej dobro, jej przyjazne szepty nawet w obliczu tego, jak bardzo ją skrzywdził. I dawniej i teraz. Nie umiała go nienawidzić. Darzyła go niesamowitym, niewytłumaczalnym i wręcz bezmyślnym uczuciem. Przerastało ją ono, więc przestawała z tym walczyć. Cokolwiek czuła, jak bardzo obejmowało ją uczucie przerażenia w kontekście niedawnych kataklizmów, nie potrafiłaby przekląć go i rozgromić. Kochała go. Nawet jeśli był wilkiem. W tym wcieleniu ukazał jej mordercze oblicze, imponujące, wściekłe i niemożliwe do zlekceważenia. Żyła, choć nie rozumiała, dlaczego jej nic nie zrobił. Być może posiadł kontrolę nad zwierzęcym instynktem, może całkiem nie zatracił siebie i zdołał powstrzymać pazury przez rozerwaniem jej skóry. Bo to, co znajdowało się głęboko w Corze, podrapał i pożarł już wiele lat temu.
Zgodził się, więc spróbowała się choć odrobinę rozpromienić, uśmiechnąć jakkolwiek. Trudno ocenić, czy faktycznie jej się to udało, bo raczej wciąż chowała przed nim twarz. Tak dziesięć lat temu jak i teraz. Niewiele się zmieniło, choć teraz byli w trójkę. Cora, Mike i wilczur. Może jednak zaspokojona bestia pozwoli im odzyskać utraconą przed chwilą… normalność. O ile w ogóle w ich przypadku można było tak mówić. Cora zamierzała się postarać. Zawsze się dla niego starała, wiedząc dobrze, że zachowuje się jak kompletna kretynka. Głupia, zakochana i bardzo naiwna. Zawsze mógł na nią liczyć i zawsze mógł po nią sięgnąć. Pewnie nie zaprotestowałaby. Wstrzymała na moment powietrze, aby tylko zablokować zbliżające się myśli, zbyt mocno przesycone niepokojami, by potrafiła to przed nim skryć.
– Może być plaża. Albo jakieś twoje miejsce. Jeśli zechcesz mi pokazać – wyznała cicho, połykając pierwsze promyki słońca, pierwsze świeże oddechy. Wciąż umykała przed jego spojrzeniem, jakby bała się konfrontacji, którą… sama przecież zainicjowała. Prośba okazała się nietypowa. Próbowała się znów zbliżyć, dobrze wiedząc, jakie to okrutne i niepoprawne w tej trudnej sytuacji. Przestań. Przestań. Uciekaj!
Słońce rozpoczęło taniec dreszczy na jej ramionach. Chętnie przyjmowała piękno okolicy. Odpowiedź na jego pytanie utknęła gdzieś przy jej ustach. Nie nadchodziła, choć minęło już kilka minut. Zebranie słów okazało się zbyt ciężkie. Zebranie uczuć jeszcze gorsze, bo łatwiej było powiedzieć cokolwiek, niż odsłonić prawdę. Czy mogła mieć nadzieję, że się zmartwił? Oczywiście, że się zmartwił. Stanęła w ogniu, w mordzie, w morzu krwi. Zaatakowano ją i próbowano skrzywdzić, więc dlaczego milczała, dlaczego pochylała się, by wydobyć z piasku muszlę, zamiast wyrzucić z siebie to wszystko i poprosić o odrobinę ulgi.
–  Nic mi nie jest – wydukała w końcu, prostując plecy. Spoglądała z oczarowaniem na małe znalezisko. – Zdążyłeś, zanim zdołali mi… mnie… To było głupie. Nie powinnam się znaleźć w tym lesie. Nie powinnam w ogóle wychodzić z Kłębka – mówiła powoli, spokojnie, choć trochę z trudem. Wyrzuciła go, wzgardziła nim, a potem rzucała się w nieznane dla niego. Teraz zaś rozmawiali po masakrze jak gdyby nigdy nic. Bezmyślne zachowanie. Nic się nie zmieniło. Przez osiemnaście lat nic się nie zmieniło. – Jak to zrobiłeś? Jak opanowałeś się przed… - zacisnęła powieki i wypuściła muszlę z dłoni. W pięknych obrazkach kryła się nieprawda. – Choć może wolę nie wiedzieć… Powinnam podziękować, obroniłeś nas – zauważyła i wreszcie zebrała dostateczną ilość odwagi, by na niego spojrzeć. Smutnymi oczami, oddanymi, tajemniczymi, zupełnie tymi samymi co zawsze. Widziała w nim bezgraniczne dobro, nawet gdy ją krzywdził. Stał się jej bohaterem, choć tak naprawdę już dawno temu odkryła w nim to wcielenie. Od samego początku się nią opiekował, a ona starała się czynić to samo. Choć najwyraźniej uwierzyła w to wszystko za bardzo.
Cora Howell
Zawód : przygarniam pogubione kudłonie
Wiek : 30
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Słyszysz pieśń lasu?
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8263-cora-howell-budowa https://www.morsmordre.net/t8275-listy-do-cory#239409 https://www.morsmordre.net/t8271-corka#239378 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t8273-skrytka-nr-1986#239400 https://www.morsmordre.net/t8608-cora-howell

Powrót do góry Go down

Uchwycił kątem oka jej blady uśmiech, niezmiennie zaskakujący. Nie rozumiał jej, co martwiło go i trochę przerażało na przemian, a na sumieniu ciążyły mu oskarżenia Vincenta. Widzieli się znowu, po raz pierwszy od kompromitacji w jej chatce, po raz pierwszy odkąd stchórzył i odszedł po słowach Rinehearta. Mógłby tyle jej wyjaśnić, ale słowa więzły mu w gardle, a uśmiech - co dziwne - uspokajał. Może Cora miała rację, może nie potrzebowali słów, a spokoju, ciszy i tchnienia morza.
-Lubię plażę. - skinął lekko głową, próbując podchwycić jej spojrzenie, ale ona uparcie uciekała wzrokiem. Pewnie powinien odwrócić swój, ale przez chwilę bawili się w kotka i myszkę, wilka i baranka, a tańczące na jej twarzy słońce nie pozwalało oderwać od niej wzroku.
Faktycznie jest piękna. - wymruczało coś w jego wnętrzu, a Mike drgnął lekko, ale zdołał zachować spokój.
Ruszył w dół ścieżką ze wzgórza, na plażę, nad brzeg morza. Odruchowo strząsnął ze stóp buty, jak zawsze, gdy tutaj przychodził. Zatrzymał się kilka kroków od fal, nie mocząc jeszcze nóg i odczekał ze swoim pytaniem dopóki nie popatrzyli chwilę w horyzont. Słońce tańczyło na morskiej tafli, tak jak na skórze Cory.
-To... dobrze. - zapewnił, choć w jego głosie zadźwięczał cień niedowierzania. Nic jej nie jest? Fizycznie pewnie tak, ale... poza tym? Pamiętał zapach jej przerażenia, pamiętał puste spojrzenie, gdy stali nad nią tamci mężczyźni. Na samą myśl, nadal czuł gniew.
-Unikaj lasów i odludnych miejsc, to pożywka dla szmalcowników. Vincent zabezpieczył już Kłębek? - zapytał cicho, błogo nieświadom, że Cora znalazła się tutaj przez jego głupią sowę, z powodu pisanego w roztrzęsieniu listu. Wygodnie było zmienić temat na zabezpieczenia, prosił w końcu Rinehearta o nałożenie u Cory pułapek.
Kolejne pytanie było trudniejsze. Tym razem to Mike, speszony, umknął wzrokiem, wbił go w horyzont.
-N... nie wiem. - przyznał cicho. -Gdy się przemieniałem, myślałem o tym, że nie mogą ci nic zrobić i że to...dla ciebie - to wszystko dla ciebie, powiedział jej potem, czego zupełnie nie pamiętał -i... chyba zapamiętałem tą ostatnią myśl. Lepiej... lepiej znasz się na zwierzętach i stworzeniach, co ty o tym myślisz? - wydusił w końcu, desperacko pragnąc rady, a może pocieszenia.
Nie spodziewał się podziękowania. Byłoby na miejscu dla człowieka, nie dla potwora. Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczyma, uświadamiając sobie, że miała rację. Zdołał poskromić wilka. Osiągnąć swój cel i nie skrzywdzić nikogo więcej. Ochronić siebie i ją. A ona… ona nie uciekła, nie okazywała strachu ani obrzydzenia. Trwała. Zdawała się… rozumieć? W skutym trwogą sercu nagle zrobiło się odrobinę cieplej, w martwych źrenicach zapalił się przebłysk światła. Tak długo trwał w odrętwieniu, że trudno mu było zebrać własne myśli - nie wiedział, czy właśnie spojrzał inaczej na Corę, czy na siebie samego, czy na perspektywę życia z wewnętrznym wilkiem. Ale w uszach nagle rozbrzmiały mu słowa Vincenta o tym, że normalność jest możliwa, a szum morza nęcił nikłą nadzieją.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Korytarz na piętrze - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Być może wciąż go wyczuwał. Gęsty zapach przerażenia. Nie wygłaskała wszystkich najeżonych lęków, nie nakarmiła głodnych oczu bestii, ani też nie odważyła się wciąż podejść bliżej. Może to zauważył, kiedy szli ścieżką z morskich piasków i kamieni. Cora trzymała dystans, nie wyrywała dłoni, by w przypadkowym zakołysaniu musnąć jego palce, nie pozwalała wiatrom przeciągnąć materiału spódnicy bliżej jego sylwetki. Szła spokojnie, czasem zachęcona wyglądała za morskim widokiem, czasem zbierała coś spomiędzy przesuszonych traw i wygrzanych kawałków skały. Stąpała ostrożnie, pilnowała oczu, aby tylko uczucie nie zdołało ich skusić i nie poprowadziło bliżej aurora. Podziwiała szalone loty owadów, odsłaniała włosy z uszu, byleby pochłonąć jeszcze więcej wodnych arii, zakołysać się w nich. Czarowała ją natura nie od dziś. Poza budynkami i miastami tyle spraw umykało na daleki plan. Oddychała mocno, świeżo, nabierała sił niezbędnych do zmierzenia się z Tonksem.
Przeczuwała, że poprosi o więcej, że zechce zbadać jej smutki i lęki, że spróbuje je znów rozgonić. Bo zawsze jej bronił, choć nigdy nie tak, jak mogłaby tego pożądać. Czasem czuła, że ich niespodziewane połączenie wraz z pierwszymi wejrzeniami wiosny to efekt nieobecności Leo i dziwnej powinności, lojalności Tonksa wobec przyjaciela. Otoczył ją troską przez wzgląd na niego. Rozumiała to i wiedziała, że podobne zachowanie pasowało do Michaela. Znali się przecież od wielu lat, zapewne Kłębek był siedliskiem wspomnień, jego osobistą nostalgią. Obydwoje tęsknili za Leopoldem. Cora jednak nie chciała, by spotkania te stały się jakimś dawnym przyrzeczeniem, obowiązkiem wobec duchów. Brat rozpłynął się w świecie podobnie jak matka. Opuścili ją wszyscy. Michael istniał jak żywy odłamek obrazów z przeszłości, ruchomy, barwny i drapiący jej smutne oczy za każdym razem, gdy tylko odnajdywali się we wspólnym wejrzeniu. Jak teraz. Łączył przyszłość z przeszłością. Był wszystkim i niczym. Niedostępnym marzeniem możliwym do uchwycenia nawet w tej sekundzie. Nie sięgała jednak, zbyt pokrzywdzona i niespiesznie ucząca się zadeptywania tej miłości.
– Zwykle nie wychodzę. Chciałam spróbować, ale może faktycznie nie powinnam – przytaknęła, na koniec przełykając ślinę gdzieś pod zasłoną włosów. Znów, znów tak schowana, kiedy najbardziej w świecie chciała móc unieść wyżej brodę i zmierzyć się ze wszystkim, co ją dręczyło. – Vincent się wszystkim zajął. Jest wspaniałym przyjacielem – wyznała z odrobiną pogody.
Rineheart zdawał się rozumieć ją nawet wtedy, kiedy unikała otwierania ust, wygłaszania opowieści o skrytym na dnie duszy żalu i potężnym niespełnieniu. Choć jako magiwet osiągnęła wiele i każdego dnia przynosiła ulgę zmęczonym łapom, jako Cora, kobieta, jako kłębkowa rodzina czuła, że jej życie utknęło, że któregoś dnia uwięziła łydkę we wnykach, a drobne szarpnięcia sprawiały, że metal wbijał się tylko mocniej w ciało. Płoche zwierzę. Przypominała wpędzone w pułapkę stworzenie, zupełnie bezradne. Źle się z tym czuła. Jakby ktoś rozrywał jej pióra i nie pozwalał wzbić się w powietrze. Michael... On nie mógł być wyłącznie koszmarem. Los Cory nie powinien zależeć od niego. A jednak uratował ją, jak cichy stróż w tej wilczej skórze.  
– A ja czułam, że ci się uda. Nie odeszłam, choć ucieczka wydawała się naturalną reakcją –
przyznała trzeźwo i otarła powoli ramię, byleby dać dłoniom jakiekolwiek zadanie. Każda konfrontacja z nim stanowiła wyzwanie. Za każdym razem rwała się, by opowiedzieć mu więcej, by rozpuścić zasupłany język i uwolnić wodospady emocji. Nie powinna jednak tym wszystkim go obarczać. Mijali się w tych niepokojach. To było wystarczająco trudne. – Michaelu, nie wierzyłeś mi wtedy, ale ja ufam więzi człowieka i zwierzęcia. Tak między mną i moim podopiecznymi jak… jak między tobą i nim, wilkiem. Trudno mi wyobrazić sobie, co czułeś, gdzie byłeś ty jako ty, kiedy złote oczy… - Zacisnęła na drobną chwilę powieki i powoli nabrała powietrza. – Im dłużej ty i on jesteście razem, tym bardziej go rozumiesz, prawda? Nie chciałam cię zostawiać, Michaelu – powiedziała w końcu, a ostatnie zdanie wybrzmiało emocją aż nazbyt wyraźną. – Chociaż bardzo się bałam – wyszeptała niespodziewanie i popatrzyła w rozkołysaną morską kurtynę. – Ich, nie ciebie. Widzisz w sobie potwora, ale w lesie to nie ty nim byłeś – kontynuowała wciąż, choć spodziewała się przymknąć wargi już kilka zdań temu. Nie mogła jednak. Wreszcie na niego patrzyła. Wreszcie pojęła, że nawet jeśli nigdy nie zdołają się pokochać, nie mogła go utracić. Bo pozostawał przyjacielem, był ważny, był jej bliski. I był diabelnie roztrzaskany. Wyżerany od wewnątrz przez wilcze zębiska. Jeśli więc mogła mu pomóc, to nie zamierzała się wahać. Myśl ta przepełniała ją siłą. Nawet jeśli zdawało się, że najbezpieczniej byłoby odgrodzić się od niego już na zawsze i pójść dalej.
Cora Howell
Zawód : przygarniam pogubione kudłonie
Wiek : 30
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Słyszysz pieśń lasu?
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8263-cora-howell-budowa https://www.morsmordre.net/t8275-listy-do-cory#239409 https://www.morsmordre.net/t8271-corka#239378 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t8273-skrytka-nr-1986#239400 https://www.morsmordre.net/t8608-cora-howell

Powrót do góry Go down

Zauważył pewną nieobecność dopiero po dłuższej chwili. Znał Corę od (jej) dzieciństwa, a jej dziecięce/młodzieńcze/nieustające zauroczenie wrosło w ich znajomość do tego stopnia, że niemal go nie dostrzegał. Maślany wzrok, nieprzypadkowe muskanie jego dłoni lub ramienia i rozmarzony wyraz twarzy splotły się w jedną całość dopiero po tamtym nietrzeźwym pocałunku. A choć nie przeminęły, nawet w maju gdy leżał ranny w Kłębku, to dopiero list dał mu ostateczną pewność. Pomimo naturalnej spostrzegawczości, gdy przychodziło do uczuć był raczej człowiekiem czynów i faktów, a nie domysłów. Może dlatego to wszystko było takie trudne.
Gdy schodzili na plażę, przez moment było prawie normalnie - jak z innymi znajomymi, z którymi nie łączyły go niespełnione tęsknoty i nieroztropne pieszczoty. Dopiero gdy znaleźli się na brzegu, zdał sobie sprawę, że czegoś brakuje. Że Cora unika go wzrokiem, w powietrzu unosi się zapach strachu, a jej ciało i dłonie trzymają stanowczy dystans.
Czyżby wilkołacza przemiana wstrząsnęła nią do tego stopnia, by wreszcie ukrócić jej nieszczęśliwe zauroczenie (albo coś więcej...)? Spodziewał się, że tak będzie. Wiedział, że był zbyt niebezpieczny, zbyt wygłodniały, zbyt szkaradny by.... by ktokolwiek zniósł taki widok. Kładące się cieniem na ich relacji poczucie winy podpowiadało mu nawet, że tak będzie lepiej. Że dzięki jego wybuchowi, Cora wyszła z tamtego lasu nie tylko żywa, ale i wolna od toksycznego idealizowania byłego aurora. Dlaczego zatem poczuł się speszony, smutny i jakby nieco... rozczarowany?
-Spróbować...? - powtórzył za nią, mimowolnie czyniąc z jej stwierdzenia pytanie. -Jest niebezpiecznie. Głównie w Londynie, ale boję się, że coraz bardziej poza jego granicami. Szmalcownicy dostają pieniądze, za takich jak my... - mugolaków. -Ale tamci... - zacisnął mocno pięści, żyłka na czole zaczęła mu pulsować. -Szukałem ich tam, Cora. Nie... nie jestem mordercą - aby na pewno? -ale zobaczyłem co oni... tobie... - nagle twarz oblał mu rumieniec, a potem pobladł, równie gwałtownie. Odwrócił wzrok, nie chcąc zawstydzić jej tamtym okrutnym wspomnieniem, tym czego był świadkiem. -...wiedziałem, co zrobili innej dziewczynie. Dlatego ich szukałem, mugole przekazali mi, że las jest niebezpieczny... - dokończył głuchym głosem. Tamta dziewczyna nie wyszła z tego żywa.
-Mhm, jest. - odmruknął na komplement w stronę Vincenta. W jego tonie nie brzmiała jednak pogoda, a poczucie winy. Odciął się od Rinehearta po Connaught Square, może niesłusznie? A pod domem Cory dał mu w nos, bez powodu. Wiedziała o tym? Powiedział jej, czy zniósł uderzenie w ciszy, z tym irytującym Vincentowym honorem, tym dobrem i spokojem, które przychodziły mu tak naturalnie?
Czułam, że ci się uda?
Drgnął nerwowo, splótł ramiona na torsie, jakby chcąc odgrodzić się od tych dziwnych słów. Potworów... nie można oswajać, nie można przestać się ich bać. Były niebezpieczne, sam widział i przeżył to na własne oczy, sam pamiętał śmierć Astrid i ból własnego, rozrywanego ciała... Czerwień tamtej nocy znów stanęła mu pod powiekami. Zamrugał nerwowo, biorąc głęboki wdech.
-To nie jest zwierzę, to bestia. - przerwał szybko. -Produkt... zaraźliwej i nieuleczalnej klątwy, może nawet czarnej magii... - mówił coraz szybciej, teraz już raczej hipotetyzując. Mrrr, tak sądzisz? Pozwól jej mówić, jest milsza od ciebie, nudziarzu.
-Rozumiem? Obawiam się, że to działa w dwie strony. - szepnął z goryczą, spoglądając na nią płochliwie, ostrożnie. To ja rozumiem jego, to ja łaknę krwi i agresji, to we mnie wojna wzbudza chęć mordu i zemsty - ale może to nie wojna, może to on?
Powoli usiadł i wbił paznokcie w piasek, jakby to miało pomóc mu się uspokoić.
-Nigdy tego nie chciałem. Boję się, że jeśli go zrozumiem, to... kiedyś się w tym zatracę. Pokonałem ich łatwiej niż przy pomocy różdżki, to... - upaja, uzależnia -...nikt nie powinien mieć takiej możliwości. - wymamrotał nerwowo. -W lipcu... w lipcu nie powinienem zwalać tego wszystkiego na ciebie, nie myślałem trzeźwo, oberwałem wtedy bolesnym zaklęciem, a to jakoś jego przebudziło i... tak strasznie się bałem. Mówiłem wtedy szczerze, że obiecałem sobie, że jeśli nie poradzę sobie z likantropią to nie będę już chciał żyć. - wyrzucał z siebie słowa coraz szybciej, nieświadom, że nie mówił o tym nikomu oprócz jej i Vincenta, że nawet sam sobie tego nie ułożył. -Ale chcę żyć. - dokończył nagle, a w jego głosie wybrzmiał szczery smutek. -W sierpniu... aresztowali Justine, Cora. Więc chcę żyć dla niej, muszę jej pomóc, ale... nie tylko dla niej, tylko tak... po prostu. Bardzo to egoistyczne? - przymknął oczy, obnażając swe wątpliwości przed kobietą, która poznała go przecież z najbardziej egoistycznej strony - obleśnej, nieczułej, wrażliwej i pijanej, która wiedziała, co to egoizm.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Korytarz na piętrze - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Ale ona to zniosła. Wszystko zniosła, choć szept za szeptem pociągał ją w stronę przepaści. Zniosła, ukoiła dobrem serca, wewnętrzną cisza i ramionami wszechmocnej natury. Zniosła, ale nie dlatego, że na cokolwiek jeszcze liczyła, że zaufała tak naiwnie w pomyślne finały i przejmujące odwzajemnienie. Od samego znieść wolała zaakceptować, przyjąć, uwierzyć. Co z tego, że wszyscy wokoło znosiliby Michaela Tonksa? Wilka, furiata, słabeusza, mieszańca, mordercę. Co z tego? To mu nie pomoże. Tymczasem walcząc z własnym lękiem i zupełnie nowymi rodzajami emocjonalnych ugryzień, odkrywała w sobie nieobecne wcześniej siły. Stąpała wciąż po niepewnych ścieżkach, bujała się gotowa w jednej sekundzie przechylić ciało tak, by upadło ciężko, boleśnie i już się więcej nie podniosło. Bywało źle, bywało tak, że niewidzialnymi pazurami wydrapywała z duszy smutki. Może też miała w sobie bestię? Może jej miłość była już tylko szaleństwem i przekleństwem? Nie umiała o niej mówić, wciąż się tego nie nauczyła, choć minęło tak wiele lat. Pisane w szale listy były mizernymi próbami bycia odważnym, ale wyłącznie przed samą sobą. Jaka to była odwaga? Żadna.
Mylił się. Wilcza masakra nie wymazała uczucia, nie wycisnęła go z niej za pomocą tak nieposkromionego mordu. Dystans nie miał na celu odgrodzenia się od wilka. Dystans pomagał jej mierzyć się z uczuciami, które rozłamała przed wieloma laty nagła bliskość. Musiała zmienić metodę, spróbować nowego rodzaju patrzenia, ale wcale nie po to, by zagarnąć go łapczywie w ramiona i zmusić do miłości. Po to, by wreszcie pomóc samej sobie. Uciekanie przed nim nie byłoby dobre, bo kiedy tylko znikał fantazje, skakały nieskrępowanie, jak stworzenie wypuszczone z pułapki wprost na szerokie łąki. Gdy zaś był obecny, musiała znów pilnować się i przyzwyczajać, koić na bieżąco wszystkie bodźce. Dotyku się bała, bo zrobiłby jej teraz największą krzywdę. To nigdy nie miało nadejść. Zakochała się za wcześnie, zbyt młodo i zbyt silnie, choć przecież jako dwunastolatka powinna przeżywać ulotne ekscytacje. Nijakie w perspektywie czasu. Tak jednak się nie stało. Do dziś nie umiała zrozumieć, dlaczego los postanowił związać jej serce z nim i wykluczyć już zupełnie wszystkich innych. Nigdy nawet nie miała szansy! Podświadomie chyba chowała się po tych lasach i wsiach, będąc pewną, że tam zazna wiecznego spokoju.
Tymczasem nigdzie nie było bezpiecznie
– Nie, Michaelu, nie jesteś mordercą, nie jesteś tacy jak oni, ale… ich zabiłeś. Gdybyś tego nie zrobił, nie byłoby mnie tutaj dzisiaj. Nasza krew wabi ich. Myślą o nas tak źle, tak okrutnie. Jak o kimś, kto nie zasługuje, by żyć –
mówiła cicho i zdawało jej się, że wiatr rozmywa część słów. Wypowiedzenie tej prawdy na głos wydawało się mordęgą. Nie chciała umierać, choć czasem nie mogła oprzeć się wrażeniu, że tak byłoby łatwiej. Jego twarz, emocje malowane kolorami, ucieczki oczu i nagłe powroty. Troszczył się o nią. By nie poddać się nagłemu rozczuleniu, jedynie na drobną chwilę wstrzymała oddech, ścisnęła mocniej usta. Już dobrze. – Tak dobrze, że tam byłeś. Dobrze – wymówiła wreszcie, czując, że bliskie są jej warkocze łez zaplatane misternie pod powiekami. Odgoniła natychmiast zakradające się pragnienie odnalezienia jego dłoni, pochwycenia jej w pocieszającej melodii. Czuła się czarownicą, czuła się także siostrą mugoli i wszystkich ludzi wokół. Nie widziała w sobie zła i choroby, jakiej najpewniej doszukiwała się w nich polująca wściekle władza lub ci wszyscy… ci mordercy.
Rozpędzał się we wstrętach, wrogości, makabrach własnego jestestwa. Linczował samego siebie, okrutne brzemię, ostre pazury schowane pod człowieczymi palcami i ogniste oczy, które zwiastowały tragedię. Rozpędzał, mówiąc szybciej, w coraz większych emocjach. – Nie – wymówiła głośniej. – To wciąż część ciebie. Nie miałeś jej wcześniej, to prawda, ale teraz jest. Będziecie razem żyli. Zanim całkiem znienawidzisz siebie, pomyśl o tym inaczej. Ja… - też staram się myśleć inaczej. O nas, o tobie, o uczuciach. – Ja wierzę, że jesteś w stanie przełamać jego dominację – dodała spokojniej.
Zniżyła się i również ulokowała w piaskach, prawie nie czuła ich przyjemnego ciepła. Popatrzyła w morze, pozwalając mu mówić. Natłok słów, chaotyczne wyjaśnienia, powroty do przeszłości, których teraz zupełnie się nie spodziewała. Chciałaby mu pomóc, ale nie wiedziała, czy potrafi i, przede wszystkim, czy jest odpowiednią osobą. Podciągnęła kolana wyżej i zaplotła wokół nich dłonie. Myślała, poszukując bez pośpiechu tych odpowiednich słów. Nie było ich aż tak wiele. – Oczywiście, że chcesz żyć – odpowiedziała cieplej, miękko, jakby padły wcześniej najbardziej oczywiste słowa. – I zupełnie naturalny jest twój lęk. Rozprawisz się z tym. O ile to nie stało się już, może niedawno, może przed chwilą, a może właśnie teraz się dzieje – rozmyślała głośno.  – I to tak po prostu jest tym, na co zasługujesz jak nikt inny. To nie jest egoistyczne. To ludzkie. Michaelu, opiekujesz się wszystkimi, Justine, ona… dla niej walczysz, nią się opiekujesz i odzyskasz ją, jestem tego pewna. Jesteś dobry. Tego dobra odkrywam w tobie coraz więcej – dokończyła, ostatnie zdanie wypowiadając z mocniejszym drżeniem. Bo wcale nie było jej łatwo. Ale musiała być dzielna. I on też powinien. Nawet mną szepnęła nagle najciszej, jak tylko mogła. Możliwe, że delikatne poruszenie ust nigdy nie dopłynęło do jego uszu. Może tak było lepiej. Nawet mną się opiekujesz.
Cora Howell
Zawód : przygarniam pogubione kudłonie
Wiek : 30
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Słyszysz pieśń lasu?
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8263-cora-howell-budowa https://www.morsmordre.net/t8275-listy-do-cory#239409 https://www.morsmordre.net/t8271-corka#239378 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t8273-skrytka-nr-1986#239400 https://www.morsmordre.net/t8608-cora-howell

Powrót do góry Go down

Dobrze. Dobrze, że tam był. Bo tym razem miał powód, tym razem się udało, tym razem skrzywdził tylko tych, którzy na to zasługiwali. Ale... poprzednim razem? A następnym?
-To nie pierwszy raz. Przemieniłem się, gdy usłyszałem o pojmaniu Justine. - szepnął chrapliwie, kładąc się i młócąc palcami piasek, spoglądając w chmury na niebie. Jedna z nich wyglądała jak wilk. Druga - jak półleżąca kobieta. Hannah, na podrapanej podłodze? Cora, otoczona napastnikami? -Byłem wściekły na tych, którzy to jej zrobili, tak samo wściekły jak na tamtych w lesie... ale nikogo nie było wokół. Tylko nasza przyjaciółka - jego i Justine. Ale to jego serce rozpadało się na milion kawałków, gdy myślał o Hannah pomiędzy swoimi pazurami. Na szczęście, pękającego serca nie było słychać. W przeciwnym wypadku już dawno usłyszałby serce Cory -której cudem nie zabiłem. - jeśli cudem było pertraktowanie z wilkiem przy odwoływaniu się do najprymitywniejszych popędów. Odwrócił wzrok od Hannah utkanej z chmur, od Cory siedzącej (leżącej?) obok. Wcale nie był lepszy od tamtych gwałcicieli z lasu - po prostu nigdy nie dał wilkowi na tyle wolności, by przekonać się, do czego tak naprawdę oboje są zdolni.
-Nie chcę. - zaprotestował marudnie, gdy usiłowała przekonać go do przedziwnej symbiozy. Była magizoologiem, może patrzyła na... pasożyty inaczej. Wrrrau, no wiesz co...
-Jest jak pasożyt, którego nie można się pozbyć, jest coraz... głośniejszy. Jak mam walczyć na tej wojnie, na raz z wrogami, z nim, ze sobą? - zapytał retorycznie, bo Cora nie mogła mieć na to odpowiedzi. Przygryzł lekko wargę. Ostatnio, gdy wymądrzał się o wojnie, kazała mu sobie iść.
Nie chciał, by teraz szła.
Spojrzał na nią dopiero, gdy stwierdziła, że jego wola życia i chęć przetrwania to nic złego. W jego znękanym wzroku mogła dostrzec, że nadal walczył - tym razem nie z wilkiem, a z sobą, z własnymi przekonaniami.
To jest ludzkie.
Ludzkie, ludzkie, ludzkie. Chciał być człowiekiem, najbardziej na świecie. Tylko człowiekiem, nikim mniej, nikim więcej.
Oczy mu się zaszkliły.
-To ty jesteś taka dobra. - szepnął, spoglądając na jej szczerą buzię. Dlaczego wcześniej tego nie widział? A może widział, może lękał się tej poważnej dobroci, wybierając zabawę i beztroskę?
Patrzył wprost na nią, widział ruch warg, układających się w bezgłośne słowa. Mógłby nawet przysiąc, że je słyszał - on, albo wilk.
-Zostań, dopóki nie dojdziesz do siebie. - poprosił, choć nie wiedział, czy większą pomocą będzie to dla niej, czy dla niego. -Nałożę na Kłębek dodatkowe pułapki, umiem ich trochę więcej od Vincenta. A Justine... - głos lekko mu się załamał, ale postanowił być odważny i pełen wiary. Dla Justine, dla Cory. Dla Hannah. -...umie nakładać Fideliusa. - obiecał, próbując wierzyć w rychły powrót.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Korytarz na piętrze - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Niewiara, zapadające się w rozpaczy ciało, wchłaniające mokradła, a w nich człowiek, który widział i przeżył za dużo. Za mocno. Człowiek, w którym mieszka bestia. Człowiek samotny i porozbijany, ale walczący. Jasno ustanowione światło przyciągało jego spojrzenie, wypalało wilczą żółć – albo rozpalało ją jeszcze jaśniej, by i ona stawiła się w tej bitwie. Nawet w pierwszym szeregu. Kiedy mówił o siostrze, Cora pomyślała, że Leo też kiedyś stawał przy niej, wyciągał ją z pułapki leśników, pomagał zejść z drzewa i przestrzegał przed zbytnim zbliżaniem się do zwierzęcych nor, gdy jeszcze nie wiedziała. On ją uczył, jak powinna poruszać się po lesie, on wspierał małe kolana, kiedy potykały się o pierwsze korzenie. Był jej strażnikiem, a teraz, gdy uciekł, we wrogich lasach zjawił się Tonks. Zupełnie jakby przeczuwał. Wydawało jej się to niesłychane, wręcz niemożliwe, ale jednak – to prawda. – Nie cudem. Swoją determinacją, łamaniem wilka, dialogiem z nim, buntem wobec potrzeby skrzywdzenia bliskich. Michaelu, to nie jest przypadek. To ciężko wyrobione drogi, to twoja silna wola –  kontynuowała nieco naiwnie, ale za to z wszelką, ludzką wiarą. W przyjaciela. – Nie myślałeś o tym tak? Że może udało ci się nad tym choćby w tej części zapanować? Justine, te emocje, myślę, że nie mogłeś znieść tego. I wiem, że będziesz się winił. Tylko, proszę, spróbuj chociaż przez chwilę popatrzeć na to inaczej – odparła, wstrzymując lekko oddech. Odrzuci to, osądzi ją o bzdury, bo przecież nie była w jego skórze. Nie mogła być w jego skórze. Bo przecież tak naprawdę nie wiedziała niczego. Nie zamierzała mądrować mu nad uchem, zresztą to nie byłaby Cora. Zwykle raczej mówiła niewiele, ale przy nim budziła się w niej ta determinacja. Chciała opiekować się bliskimi i nieść im pocieszenie, a Tonks najpewniej potrzebował rozmowy.
Nie chciał. Wiec jednak powinna się zamknąć. Drgnęła lekko po tych słowach. Chciała pokiwać głową, spróbować zmienić temat. Nie zamierzała przekonywać go na siłę. Ostatnim razem skończyło się to kłótnią, ostatnim razem nie mogła go znieść. Nie chciał zaufać jej słowom, ale jeśli tylko jakkolwiek ufał jej intuicji, może jej wiedzy, to powinien to rozważyć. Jak mógł walczyć ze sobą? To było jak szpila, ale nie taka, która wbija się w jedno miejsce i pozostaje jako oznaka męki. To się ciągnęło od pierwszego do dziesiątego oddechu. I ze wszystkich tych wariantów, przeciwników to ten wydał jej się najbardziej przykry. Nie mógł znieść siebie. Milczała więc, lekko zatapiając palce w piasku. Nie miała żadnej odpowiedzi, która podniosłaby go na duchu.
Niedostatecznie dobra. To przeszło jej przez myśl, ale odepchnęła pesymizm niesłychanie szybko. Smutek został, zawieszony między nimi jak te burzowe chmury, wciąż zbyt suche, by schronić się pod dachem, ale mimo to bardzo niepokojące. Trwali razem narażeni na srogość wiatrów i ból myśli. Podobno ci zbyt dobrzy kończą najgorzej. Jeszcze jej nie dopadli, ale tym razem było bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Wciąż jednak nie tym najbardziej się martwiła. O wiele więcej zagrożenia wyłapywała we własnych depresyjnych myślach i to nimi powinna się zająć na samym początku. Przecież poszatkowane serce można było zaszyć. – Nie wiem, czy… - zaczęła, ale urwała, uznając, że miał rację. Że teraz być może będzie bała się zostać sama w domu. – Jesteś pewien? – zapytała, unosząc te bursztynowe oczy prosto na jego profil. Obawiała się tego. Powinien wiedzieć dlaczego. Zebrała w sobie dość trzeźwych myśli, by rozróżnić jego troskę od nie wiadomo czego. Od niewłaściwych interpretacji. Czułaby się dziwnie, ale to miało być tylko na chwilę. – Nie za bardzo wiem, co to, ale… ale dobrze. Dziękuję, Michaelu – odpowiedziała w końcu i ułożyła głowę na piasku. Zamknęła oczy, na policzkach czuła łaskoczące promienie, w ich świetle piegi stawały się bardzo wyraźne. Dotyk przelewających się przez palce piasków wydał jej się nagle niesamowicie kojący. Poczuła spokój.
Cora Howell
Zawód : przygarniam pogubione kudłonie
Wiek : 30
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Słyszysz pieśń lasu?
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8263-cora-howell-budowa https://www.morsmordre.net/t8275-listy-do-cory#239409 https://www.morsmordre.net/t8271-corka#239378 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t8273-skrytka-nr-1986#239400 https://www.morsmordre.net/t8608-cora-howell

Powrót do góry Go down

Odwrócił wzrok od chmur, odwrócił głowę aby spojrzeć prosto na Corę - wzruszony, niepewny, wdzięczny. Jej słowa były jak balsam, roztaczając przed nim słodką wizję w przyszłości, w której jego determinacja wystarczyła, w której mógł się kontrolować. Przez moment spoglądał na jasną twarz panny Howell, na złote włosy, w których tańczyły promienie słońca. Przez chwilę był tu i teraz - słuchał szumu morza, czuł ciepłe słońce i chłodną bryzę na twarzy, był sobą. Michaelem, człowiekiem, w którego Cora zdawała się wierzyć, nawet po tym, gdy odsłonił przed nią oblicze bestii. Człowiekiem, który nie był nieomylny, ale który próbował się podnieść. Którego pokonał nie zwierzęcy instynkt, a ludzki ból po aresztowaniu siostry.
Z tego równania jednak kogoś brakowało. Zamrugał i nagle wrócił do przeszłości, przed oczyma mignęła mu blada i przerażona twarz Hannah, zobaczył swoje pazury na jej ramionach. Cud, że nie rozorał wtedy jej ciała, że nie skosztował jej krwi. Wzdrygnął się, próbując powrócić do Cory nieobecnym, zlęknionym spojrzeniem.
-To proces. Jestem wilkołakiem już dwa lata i dopiero teraz... umiem zwracać się do niego bezpośrednio. - bąknął. -Walka, silna wola, determinacja. To zajmuje czas, a każde potknięcie... każda pomyłka może kogoś zabić, zranić, nieodwracalnie zmienić w taką samą bestię. - wyjaśnił, mówiąc coraz szybciej, coraz bardziej gorączkowo.
Zmienić w bestię? Nie chcielibyśmy mieć towarzystwa?
NIE.
Wilk umilkł, jakby rozczarowany.
Mike przygryzł wargę, gdy poprosiła, by popatrzył na to inaczej.
-To twója talent, Cora. To ty potrafisz ujrzeć w każdym dobro. - a przynajmniej we mnie, ale co, jeśli tam nic już nie ma? Jeśli jestem tylko pustą skorupą, motywowaną dawnymi wspomnieniami, obecnymi obowiązkami, instynktem przetrwania?
Ostro odrzucił możliwość symbiozy z wilkiem. Czy Cora widziała już, że sama możliwość akceptacji tej części swojej natury budziła w nim lęk i odrazę? Miał wrażenie, że jeśli tylko spróbuje lekko poluzować smycz, to zdradzi samego siebie, zaprzepaści własne człowieczeństwo, zatraci się całkowicie. Nie wiedziała - i nie miał odwagi tego przyznać - że tamta natura była trochę jak nałóg, oferując natychmiastową ucieczkę od niebezpieczeństwa, zapomnienie od trosk, siłę i poczucie wolności. Nie mógł, nie mógł nawet o tym myśleć, nawet zbliżać się w swojej głowie do wilczej jaźni.
Zauważył jej rozczarowanie, ale nie mógł wydusić z siebie nic więcej. On nie mógł znieść siebie, ona nie mogła znieść jego podejścia, zabrnęli w smutny impas.
-Tak, Cora. Mam dla ciebie miejsce. Powinnaś... powinniśmy odpocząć. - zaproponował nieśmiało. Wciąż był obolały po wczorajszej przemianie, jego myśli wciąż brnęły w ciemne miejsca, to nie najlepszy stan na nakładanie pułapek w pełnym skupieniu. A ona... wolał sobie nawet nie wyobrażać, co przeżyła. Strach, szmalcownicy żądni jej cnoty i mordu, wilczy potwór. Musieli ochłonąć, oboje.
-To pułapka, która uniemożliwi nieznajomym dotarcie do twojego domu, uniemożliwiając komukolwiek zdradzenie jego położenia. - wyjaśnił. -To ja dziękuję. - dodał ciszej, orientując się, że... -Jesteś jedyną osobą, z którą o... tym rozmawiam. - bąknął. Poza Vincentem, ale ostatnio przecież nie rozmawiali, więc nie mógł już prosić go o radę, wstydził się.
-Lubisz pływać? - zmienił szybko temat, spoglądając na taflę wody. Fale były kuszące, ale nie za duże. Bezpieczne. Jak jego dom. Jak jej towarzystwo.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Korytarz na piętrze - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Znała procesy. Uciążliwą walkę z pułapkami własnych emocji, zatrzaskujące się powieki. Znała bój z samym sobą, te nieustające rozważania, pielęgnowanie złej udręki. Włóczyła się po własnych rozmyślaniach, próbowała je uporządkować, porozdzielać, odgrodzić się. Tak, to proces. Trudny i niemożliwy, bo przejście z jednego etapu do drugiego wymagało zmierzenia się z blokadami zakorzenionymi w duszy aż za bardzo. Michaelowi nie będzie dane nigdy więcej zbudzić się bez wilczego głosu w uszach, bez pazurów ściskających jego serce, bez tego rozdarcia. Wewnątrz ciała tkwiły dwie dusze. Drugą nazywał pasożytem, potworem, który zagrabiał jego życie, odbierał mu energię i prawo do…szczęścia. Kiedy tak o tym wszystkim zaczęła myśleć, pojęła, że istniało pewne okrutne podobieństwo. Że równie dobrze to samo mogłaby powiedzieć o sobie. O nim, o Michaelu natrętnie tkwiącym w niej przez tyle lat. W pięściach zacisnęły się kupki piasku, a potem ciurkiem przelały pomiędzy palcami. Popatrzyła na jego walkę, prawie niewidoczną w oślepiających liźnięciach słońca. Na moment ledwie zatrzymała oddech, a potem odwróciła głowę. – Nie idzie mi chyba zbyt dobrze zrozumienie… ludzi – wydusiła cicho, a potem obronnie ścisnęła powieki. Nie poradziła sobie z bratem, który przecież zawsze wracał – teraz go nie było. Nie poradziła sobie z matką, która była jej miłą ostoją – teraz uciekła daleko stąd, może nawet już nie żyła. Nie poradziła sobie z Michaelem, który nigdy jej nie pokochał, choć przez chwilę w to uwierzyła. Wcale nie była w tym dobra. – Ale to nic – dodała pewniej, jakby tym samym chciała rozwiać ponurości, zanim Tonks zdążyłyby się o nie zaczepić. Wolała nie rozgrzebywać dodatkowego smutku w i tak dość trudnej dla nich obojga chwili.
– My, ty też. Pamiętaj o tym – podkreśliła, pociągając lekko za kosmyk swoich słonecznych włosów. Owinął się chętnie wokół palców. Promienie przypiekały jej opuszczone powieki, oddychała morzem, wylegiwała się w piaskach tak beztrosko. Wciąż nie mogła w to uwierzyć. Że udało im się połknąć kilka łyków niesamowitego spokoju. Był pozorny? Możliwe, ale zamierzała w to wszystko uwierzyć. Zaserwować sobie odmianę. – Justine musi mieć zatem wielką moc. Tak jak i ty. Jesteście bardzo zdolni. Chętnie przyjmę dodatkową pomoc. Nie chciałabym, by… - by to powtórzyło się znów. By ich zaatakowano. Skrzywdzono stworzenia. Ponowie otworzyła oczy, gdy tylko wyznał coś tak nieoczekiwanego. Serce zabiło jej na moment wyraźnie mocniej, a niemożliwe ciepło wspięło się od zanurzonych w piasku palców aż po ramię i szyję. – Zawsze cię wysłucham – obiecała powoli i chyba niechcący głos jej zadrżał. Chciała dodać coś więcej, ale poczuła, że to nie byłoby to, czego chciałby teraz wysłuchać. Zamilkła więc dość potulnie i ponownie wróciła do tak niepozornego rytuału.
To wszystko przerwał dopiero głos Michaela. Uniosła głowę i usiadła, wpatrując się przez chwilę w rozkołysaną linie morza. To była.. czy to propozycja? Zerknęła na ramiona obtoczone materiałem, na sukienkę sięgającą przecież do kostek. A Tonks? Czy nie miał ran? Nieco nieśmiało poszukała jego dłoni i, ignorując całą kakofonię emocji, zaplotła razem ich place. Gwałtownie poderwała się do góry, próbując pociągnąć go za sobą. – Myślę, że obydwoje lubimy – objawiła nagle tak promiennie, prowadząc go prosto do brzegu, a kiedy tylko pierwsza fala obmyła jej stopy, poczuła zupełnie nowy rodzaj… wolności.

zt?
Cora Howell
Zawód : przygarniam pogubione kudłonie
Wiek : 30
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Słyszysz pieśń lasu?
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8263-cora-howell-budowa https://www.morsmordre.net/t8275-listy-do-cory#239409 https://www.morsmordre.net/t8271-corka#239378 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t8273-skrytka-nr-1986#239400 https://www.morsmordre.net/t8608-cora-howell

Powrót do góry Go down

Dwie dusze, dwie osobowości, dwa podejścia do życia. Zaślepiony bólem po ugryzieniu wilkołaka i rezygnacji z własnych planów na przyszłość, nie zauważył znajomej ironii w cichym warkocie, jakże znajomych wad. Przecież to coś złego odzywało się w nim już wcześniej, nawet wtedy, gdy po pijaku poddał się żądzy przy pannie Howell. Wtedy to coś było po prostu o wiele, wiele, wiele rzadsze i cichsze.
Teraz Mike nie pamiętał już ciszy. Od lipca tamten warczał nieustannie.
Przynajmniej przy Corze robiło się trochę ciszej.
-Nie tylko tobie. - wypalił od razu, a na jego wargach zamajaczył wreszcie nieco rozbawiony uśmiech. Podparł się na łokciu i ciepło spojrzał na Corę, Corę, której miłości nie rozumiał przez lata i nie rozumiał również nadal. Odczuwał z tego powodu nieustanne wyrzuty sumienia, ale szum morza zdołał na moment je zagłuszyć. Mike zdołał się do niej uśmiechnąć, w głębi duszy pragnąc, by otworzyła oczy i ten uśmiech odwzajemniła.
Przesunął wzrokiem po piegach na jej uroczym, zadartym nosku; po promieniach igrających w złotych włosach; po ustach, których smak poznał zbyt dobrze.
Myślisz, że nadal smakuje tak samo?
Cofnął lekko tułów, woląc nie narażać się na żadne pokusy. Znał siebie zbyt dobrze. I coraz lepiej poznawał jego.
-Ja też odpocznę. - przyznał niechętnie, choć na usta cisnęło mu się aurorskie powiedzonko, "odpocznę po śmierci." Kiedyś go bawiło, ale teraz...
...teraz by w sumie odpoczął. Chociaż wiedział, że nie zdoła. Nie, gdy Justine siedzi gdzieś w Tower.
Zawsze cię wysłucham.
-Cora... - zaczął, głos mu zadrżał. Chciał powiedzieć zupełnie coś innego, ale dodał po prostu, cicho i miękko: -Ja ciebie też. - wysłucham i w ogóle...
Trzymał się na bezpieczny dystans, nie spodziewając się dotyku. Za dużo było między nimi niewypowiedzianych emocji, ran z przeszłości, a w nim wstydu i wstrętu. Ale Cora chwyciła go niespodziewanie za rękę - zawsze była taka odważna. Uśmiechnął się szeroko i nagle wszystko było proste i piękne. Ruszyli obmyć nogi w chłodnych falach, a Mike usiłował pamiętać o tym, że ich przyjaźń jest równie ożywcza jak rześka woda (a nie równie gorąca, jak piasek).

/zt x 2 :pwease:


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Korytarz na piętrze - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

8 listopada 1957


Był zmęczony. Piekielnie, cholernie zmęczony.
Nie do końca pamiętał, jak w ogóle znalazł się we Wrzosowej Przystani. Wiedział tylko, że wcześniej ustalili z Michaelem, że nie wrócą na odpoczynek do Wrzosowiska, choćby niebo miało runąć. Nie ważne, co mogłoby się im przydarzyć, gdy srebrzysta tarcza spoglądała w wilcze pyski. Dopiero dzięki towarzystwu starszego wilkołaka Castor w pełni zrozumiał zagrożenie, które im groziło. Do tej pory działalność brygady była tylko ciekawostką, kolejnym zawodem dostępnym dla czarodziejów. Nie myślał o tym, jak faktycznie wyglądały szczegóły podobnych akcji, że brygadziści nader często przekraczają granice, nie widzą człowieka, czarodzieja skrytego za wilczą świadomością. Często przerażonego, a mimo wszystko starającego się zrobić jak najwięcej, by zabezpieczyć swe otoczenie przed skutkami klątwy.
Związani srebrnym łańcuchem stanowili łatwy cel.
Gdyby nie mieli wystarczająco dużo szczęścia, nawet częściowe poskromienie wilczej natury nie dałoby rady ich uratować...
Stop.
Myśli wróciły, gdy wynurzył się nad powierzchnię snu. Ciężkiego, ciemnego, dziwnie obezwładniającego. Choć spał całkiem sporo, w końcu obudził się gdy słońce było wysoko ponad horyzontem, nie czuł się wypoczęty, nawet w niewielkiej części. Bolały go kości, wszystkie mięśnie, a twarz wydawała się być jeszcze bardziej zapadnięta niż zazwyczaj. Dodatkowo czuł uciskanie gdzieś na wysokości zatok — wszystko to składało mu się tylko w jedną myśl. Musiał się przeziębić.
Wspaniale. A to przecież dopiero listopad, jeszcze cała zima...
Przebudził się tylko raz, jednak teraz, gdy dźwignął się wreszcie na drżące łokcie, nie był pewien, czy w ogóle miało to miejsce. Pamiętał, że położyli się razem, on i Michael, chyba przyjaciel bał się zostawić go na noc samego. Lecz gdy teraz szaro—błękitne oczy Castora przyjrzały się pomieszczeniu, w którym się przebudził, pościel po jego lewej była skotłowana. Odruchowo ułożył na niej otwartą dłoń, łudząc się, że pozostała na niej przynajmniej część ludzkiego ciepła.
Zimna. Musiał wstać wcześniej.
Taki obrót spraw postawił Castora w wyjątkowo niewygodnym położeniu. Był bowiem w tym miejscu pierwszy raz, nie znał zupełnie rozkładu domu, było niemożebnie późno jak na wstawanie i chęć zjedzenia śniadania, a w dodatku musiał się przecież doprowadzić do porządku. Gdyby Mike poczekał na jego przebudzenie, lub chociaż sam obudził, mógłby chociaż spytać, gdzie znajdzie łazienkę albo czy mógłby zejść do kuchni i coś sobie przygotować. Im przygotować.
Trwał w zamyśleniu, odruchowo zagryzając wewnętrzną część policzka. Przecież nie mógł też popaść w drugą skrajność i czekać Merlin—wie—ile, aż Tonks pojawi się znowu w drzwiach sypialni i łaskawie umożliwi mu bardziej komfortowe wyjście. Z drugiej strony Sprout nie wiedział, czy był gotowy na spotkanie z Kerstin lub Gabrielem. Tematu Just nie podjął nawet z Michaelem, wciąż musieli przecież przeżywać odejście siostry, a tu jeszcze po domu łazi im pewien wychudzony zielarz zbyt mocno pachnący lasem, by był to przypadek.
Przewrócił się wreszcie na bok tak, by zerknąć na to, co znajduje się bezpośrednio przy łóżku. Ich pakunki, jego okulary. Sięgnął drżącą dłonią po szkła, po czym wsunął je sobie na nos. Rzeczywistość powracała do normy, choć zdarzenia ostatniej nocy wciąż wolał pamiętać tak, jak pamięta się senny koszmar. Opadł ponownie na plecy, zaś wzrok skupił na suficie.
Ruszyć się, czy nie?
Trwał tak jeszcze kwadrans. A może trochę krócej? Nie był zbyt dobry w odmierzaniu czasu, gdy czuł się aż tak zmęczony. Czuł jednak, że plecy zaczynają mu doskwierać, że łóżko z każdą kolejną minutą robi się coraz to mniej wygodne. Musiał się ruszyć. Przysłuchiwał się jeszcze wszelkim dźwiękom dochodzącym zza zamkniętych drzwi. Nie wydawało się, aby ktokolwiek był w domu, przynajmniej tej jego części.
Ruszył. Wyplątanie się z pierzyny i wydostanie z łóżka, przyszło mu wyjątkowo prosto. Założył na siebie sweter, który znalazł na krześle niedaleko łóżka. Czerwony, oczywiście mugolski, wyraźnie na niego za duży, choć akurat rękawy były odpowiednio długie. Swe spodnie odnalazł złożone w pakunku, wsunął je więc prędko, aby następnie wcisnąć w nie tylną część swetra. Chwilę gmerał przy pasku, zaciskając go na tyle mocno, by spodnie nie zsunęły się z wąskich bioder przy pierwszym poważnym wysiłku. Żeby ukryć ten komiczny zabieg, przód swetra wypuścił ze spodni tak, by materiał przykrył pasek.
Przeczesał włosy dłonią, chyba bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Kilka kroków dzielących go od drzwi przeszedł zaskakująco prędko, choć nogi wciąż lekko drżały, jakby niepewne stawianych kroków.
Dłoń na zimnej klamce.
Ściszone szczęknięcie zamka.
I blond czupryna wyglądająca na korytarz, niczym bardzo mało rozgarnięty złodziejaszek puszczony na zwiad.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Rehabilitacja przechodziła poprawnie. Dłonie zaczynały jej słuchać, na tyle, że właściwie była w stanie zajmować się już sobą sama. Potrafiła łapać rzeczy a te nie wypadały z zesztywniałych, nierozruszanych palców. Odetchnęła w końcu dostrzegając jakąś nadzieję. Nie wiedziała, jak wszyscy z nią wytrzymali w czasie ostatniego miesiąca. Bywała zwyczajnie okropna, humorzasta, uparta jak osioł i całe szczęście, że nie posiadała języka, którym mogłaby wyrzucać przekleństwa na świat. Pozostawało jej tylko nienawistne bombardowanie niezadowolonym spojrzeniem. Była pod wrażeniem pokładów ich cierpliwości. Zwłaszcza tej Vincenta, który bez słowa zbierał rzeczy które upadały, albo te, którymi rzuciła prawie świadomie. Nie irytował się, nie unosił głowy, zdawał się nie przyjmować jej bezsilności. A może pozwalać, by wyrzuciła ją z siebie, by mógł chociaż to zabrać. Nadal nie wiedziała, co w niej widział. Bo ona, nie widziała w sobie wiele. Właściwie, nie widziała w sobie nic. Czuła się pusta, psychicznie wykończona, fizycznie wcale nie było lepiej i jedno spojrzenie oczu wystarczyło, żeby to dostrzec. Wyglądała tak, jakby jeden silniejszy podmuch wiatru był w stanie ją złamać. Nie mógł, bo wbrew temu jak wyglądała, wszystko co przeszła wzmacniało jej hart ducha.
Poranek zastał ją samą, a właściwie to uderzające jej własne ciało o taflę zimnego morza wyrwało ją z szybkim biciem serca ze snu, podciągając do siadu. Opadła na poduszki, układając przedramię na twarzy. Oddychając ciężko, czując walące w klatce serce. Jeśli była sama, to znaczyło że Rineheart musiał zebrać się jakoś w nocy. Zasnęła szybko, nie miała więc pewności, czy został w ogóle na noc. Podniosła się schodząc najpierw na dół do kuchni, mając w zamiarze przygotowywać nieskomplikowane śniadanie, licząc na to, że Vincent zostawił trochę kawy. Ale zanim w ogóle zaczęła znalazła gęś o której wspominał Michael. Zdenerwował ją wczoraj tym listem. Kogoś przyprowadzę, ale nie mogę powiedzieć kogo. W złości zgniotła kartkę w ręce i prychnęła pod nosem. Była zła, głównie na niego. Bo im mniej osób wiedziało o tym, że na ich domu był Fideliusa, tym było lepiej. Co prawda nikt nie był w stanie zdradzić dokładnej lokalizacji, ale Justine nie ufała już nikomu. Ale sama złość, przeszła jej równie szybko co przyszła. Z rana właściwie zapomniała o tym, że pisał w liście o zmianie twarzy.
Z kubkiem kawy - chwała Merlinowi za Vincenta - ruszyła po schodach do góry, po książkę, którą zostawiła obok łóżka. Długi sweter zwisał z jej ramion, a w jego kieszeni znajdowała się różdżka. Weszła do swojej sypialnia i zgarnęła pod pachę opasłe tomiszcze o magii obronnej. Widocznie noszone na sobie znamiona użytkowania. Musiała jeszcze doczytać trochę i transfiguracji zabezpieczeń. Wodospad złodzieja zdawał się okrutnie skomplikowany. Ruszyła z powrotem na dół, żeby ułożyć się po swojemu na jednym z foteli. Zrobiła kilka kroków na korytarzu, żeby dostrzec wyglądającą zza drzwi do sypialni Michaela twarz młodego chłopaka.
- Jeśli planowałeś wymknąć się po cichu, trzeba było użyć okna. - wypowiedziała w kierunku młodzika, unosząc kubek z kawą z którego upiła trochę. Mimo wszystko, jej prawa dłoń zdążyła już sięgnąć po różdżkę, którą kierowała w jego stronę.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Korytarz na piętrze - Page 2 Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Powrót do góry Go down

— Problem w tym, że nie planowałem się wymy... — słowa uciekły z ust Castora prędzej, niż zmęczony umysł mógł taki fakt zarejestrować. Na swe szczęście lub nieszczęście Sprout nie był w momencie rozpoczynania wypowiedzi odwrócony w jej kierunku. Błąd nadrobił w trakcie, a gdy wreszcie jego spojrzenie skupiło się na tej, która w ogóle posądziła go o czyn równie haniebny (jak w ogóle można było pomyśleć, że wymknąłby się z czyjegoś domu bez podziękowania za gościnę!), urwał w pół słowa, nie mogąc właściwie zebrać się w sobie.
Był bowiem w szoku i nie potrzeba było być nawet początkującym obserwatorem, by to dojrzeć. Dłoń oparta na klamce zsunęła się z niej, czemu towarzyszył nagły, niespodziewany dźwięk odskakującego zamka. Był święcie przekonany, że to Kerstin mogła go nakryć, nie rozmawiał z nią wcześniej, nie mógł więc pamiętać, jak brzmi jej głos. Właściwie poza Michaelem znał tylko jego młodszego brata, ale nie dzielili między sobą jakiejś szczególnie gorącej zażyłości.
Tymczasem miał przed sobą kogoś, kogo obecności spodziewał się najmniej. Szok, w którym zastygnął można było przyrównać chyba tylko do jednej sytuacji z jego wcześniejszego życia, do momentu, w którym wreszcie ułożył porozsypywane elementy układanki, które podrzucał mu sam brat Justine i dzięki którym doszedł do wniosku, że w istocie, jego przyjaciel był wilkołakiem. Z tą różnicą, że wtedy niemal w ogóle się nie bał, a teraz... Teraz nie mógł zignorować nagłego, zimnego prądu, który spłynął w dół kręgosłupa, wprost do samych palców u stóp.
— Ju... Justine? Znaczy się... Pani Tonks? — pamiętał dobrze jej zdjęcia z listów gończych. Pamiętał też, jak uległy one aktualizacji, że serce mu wtedy podeszło do gardła, jak napisał bardzo długi list, który nigdy nie został wysłany. Był wtedy święcie przekonany, że to już koniec, że czas bohaterskiej Just Tonks dobiegł końca.
Jeżeli oni ją... To już nie ma nadziei..., myślał wtedy, jak tchórz, którym był, jak tchórz, z którego butów zapragnął nagle wyskoczyć, a które w jednym momencie zmieniły się w żelazne okowy strachu, które oplotły jego kostki.
— Ty... znaczy się pani... Pani żyje? — musiała żyć! Przecież nie była przezroczysta, nie mogła być duchem... Oczywiście, była wychudzona, już na pierwszy rzut oka można było z powodzeniem założyć, że było z nią coś nie tak, ale to była Tonks! Bez dwóch zdań! Bez wątpliwości! Zawieszona w powietrzu dłoń wreszcie przylgnęła do czerwieni swetra, akurat na wysokości brzucha. Druga, puszczona do tej pory luźno wzdłuż ciała dołączyła do niej zaraz, niepewna, co powinna zrobić. Różdżki nie miał, została w pakunku w sypialni. Nie spodziewał się bowiem, że będzie mu w ogóle potrzebna, przynajmniej przez tak krótki czas...
Może powinien się po nią zawrócić? Nawet gdyby chciał, zauważenie, że poza tomiszczem ma w dłoniach coś jeszcze, że jest słusznie przygotowana na konfrontację, paradoksalnie uniemożliwiło mu ucieczkę. Przełknął więc głośno ślinę i uniósł ręce ponad głowę, w wyraźnej oznace poddania.
— J—ja... Ja tylko szukałem Michaela, bo nie chciałem przeszkadzać... Niech pani nie robi mi krzywdy, o ile mogę prosić...? — zaciśnięte w panice wargi, rozbiegane spojrzenie. Gdyby nie ponadprzeciętny wzrost można byłoby pomyśleć, że Just właśnie celuje różdżką w bezbronnego dzieciaka, który do końca nie wiedział, czy chciał uciekać, czy płakać, a jeżeli płakać, to czy ze szczęścia, czy smutku lub przerażenia... A jeżeli weźmie się pod uwagę to, że wszystkie słowa wypowiadał szybko, a głos łamał mu się przy końcówkach zdań...


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Czarny materiał spódnicy zafalował przy stopach, kiedy zatrzymała się natrafiając na intruza. Biała bluzka wciągnięta w dolną część garderoby niemal niknęła pod za dużym, brązowym swetrem. Widocznie męskim i widocznie nie jej. Podwinięte rękawy ukazywały sznyty na wewnętrznej stronie przedramion, ciągnące się wyżej, ginące pod materiałem swetra, kiedy ten okrywał ramiona. Ciemny tatuaż, symbol jej zniewolenia i pojmania wybijał się, kiedy nie przykrywała go włosami. Te spięte na czubku głowy pozwalały jej mocniej skupić się na trudnej sprawie - choć nie istniał na to żaden logiczny dowód. Uniosła kubek z kawą zaraz po wypowiedzeniu słów. Zanurzając w energetycznym płynie wargi, kiedy młodzieniec odwrócił się konfrontując z jej swoje własne spojrzenie. Różdżka kierowała się w jego stronę, a dłoń choć jeszcze nie do końca wyleczona potrafiła już nie drgać i wykonywać odpowiednie gesty. W końcu zaczynała czuć się bardziej sobą. A zapach kawy przyjemnie wypełniał nozdrza. Vincent przynosił jej swoje specyfiki zamiast kawy i czasem nawet je pijała. Miał jednak w sobie na tyle dobroci, żeby raz na jakiś czas pozwolić jej na małe odstępstwa. Nie wspominając, że z pewnością posiadał świadomość, co wrzuca do kubka, kiedy tylko znika z pola widzenia.
Jasna brew uniosła się ku górze, kiedy obserwowała jak szok wpływa na młodą twarz. Jak właściwie paraliżuje chłopaka przed nią. Jak ręka nieświadoma już swojego działania zsuwa się z klamki. Nie powiedział mu - zrozumiała szybko, jednocześnie przypominając sobie o liście, który sprezentował jej brat. A dokładniej o innej twarzy o której wspomniał. Z niechęcią przyznawała właśnie w myślach Michaelowi rację. O tym, że nie gniła w Azkabanie wiedziało niewielu. Z tego co powiedzieli przy niej strażnicy istniała możliwość, że nie posiadali nawet świadomości jej zniknięcia. Dementorzy zaprowadzają więźniów do celi nikt ze strażników nie wiedział kto do jakiej trafiał. Choć wiedziała, że jej tajemnica zostanie prędzej czy później odkryta. Nie zamierzała się ukrywać dłużej, niż było to konieczne. Musiała dojść do siebie, nie pozwolić wygrać nękającym ją głosom. Wiedziała, że proces dochodzenia do siebie nie będzie łatwy, ale nigdy nie wybierała łatwych dróg - a może to one nigdy jej nie wybierały.
Cóż, czasu nie mogła cofnąć. A przysłowiowe mleko właśnie się rozlało. Usta prawie drgnęły w rozbawieniu. Prawie. Bo twarz pozostała bez wyrazu.
- Panno, jeśli chciałbyś być dokładny. - podsunęła usłużnie, nadal celując w niego różdżką. Nie opuściła jej, uważnie obserwując jego zachowanie i niedowierzanie malujące się na twarzy. - Na to wychodzi. - potwierdziła ze spokojem, obserwując wykonywane gesty. Był sojusznikiem ich sprawy, tak napisał Michael. Przesunęła po nim spojrzeniem od góry do dołu. Patrząc na uniesione dłonie w geście poddania. Kolejne słowa, sprawiły że jej brwi zmarszczyły się trochę, kiedy kontynuowała lustrowanie jego twarzy, rozbieganych oczu, zaciśniętych warg. Uświadamiając sobie coś zwyczajnie zdumiewającego. On rzeczywiście, całkowicie prawdziwie się jej obawiał. Emocje wykwitały na jego twarzy mieszając się ze sobą. Prawdziwie zaskakujące.
- O ile możesz prosić? - powtórzyła po nim, przekrzywiając odrobinę głowę w prawo. Oceniająco przeniosła wzrok od jednej dłoni do drugiej. - Gdzie masz różdżkę, Złotowłosy? - zapytała mrużąc odrobinę oczy. - Zamierzasz tak po prostu, bez walki się poddać? - postawiła kolejne pytanie, nie opuszczając trzymanej w dłoni różdżki. Przysunęła się o krok. Jeden, drugi, zbliżając się z wyciągniętą różdżką. Twarz pozostawała nieprzenikniona. Jedynie zasinienia pod oczami wskazywało na zmęczenie. Skóra właściwie opinała się na kościach, czyniąc jej policzki jeszcze bardziej wystającymi. W oczach brakowało łagodności, teraz zdawały się jedynie mroźne niczym lód. - Sądzisz, że kogoś powstrzyma wystosowana prośba? - następne padające po sobie słowa, białe drewno zatopiło się w materiale swetra, przyciskając do klatki o wiele wyższego chłopaka.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Korytarz na piętrze - Page 2 Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Korytarz na piętrze

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach