Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Stadion Zjednoczonych z Puddlemere

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 Empty
PisanieTemat: Stadion Zjednoczonych z Puddlemere [odnośnikStadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 I_icon_minitime26.11.20 21:17

First topic message reminder :

Stadion Zjednoczonych z Puddlemere

Ulokowany nad rzeką Piddle stadion pozostaje niewidoczny dla mugolskich mieszkańców Dorset, ale wszystkich czarodziejów juz z daleka witają niebieskie proporce. Po wystąpieniu drużyny z ligi quidditcha w sierpniu 1957 na szatnie nałożone zostały dodatkowe zabezpieczenia, ale zarówno trybuny, jak i murawa wciąż pozostają otwarte dla wszystkich fanów i gości. We wtorki i w czwartki gracze Zjednoczonych odbywają treningi, a wstęp na nie dla wszystkich jest wolny od opłat.

Możliwość gry w quidditcha


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Joseph Wright
Joseph Wright

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Zawód : były ścigający Zjednoczonych z Puddlemere
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : 15
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere

Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Stadion Zjednoczonych z Puddlemere [odnośnikStadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 I_icon_minitime18.01.21 0:36

9.08.

Zjednoczeni mieli raczej ponure nastroje. Nie ulegało wątpliwości, że decyzja podjęta o odejściu z Brytyjsko-Irlandzkiej Ligi Quidditcha ze względu na obecną sytuacją w kraju i wprowadzone przez Ministerstwo Magii obostrzenia, była dobra, ale choć ciężko trenowali, to jednak to nie było to samo. Brakowało im tych emocji towarzyszących meczom ligowym, brakowało radości kibiców po każdym przerzuconym przez pętlę kaflu, brakowało rywalizacji z prawdziwego zdarzenia. Do tego dochodziły ponure doniesienia o kolejnych zaginięciach i ucisku czarodziejów i mugoli, często będących ich bliskimi. Czuć było zniechęcenie zawodników, brak motywacji i zmęczenie nie tyle fizyczne, co bardziej psychiczne. Joe czuł to samo i doskonale rozumiał kumpli z drużyny, choć nie było tego po nim specjalnie widać. Natarczywe, nieprzyjemne myśli nawiedzały go, kiedy siedział z Kometą 210 w domu, ale kiedy zjawiał się na treningach, był stuprocentowo skupiony na ćwiczeniach, drużynie i grze. Odcinał od siebie wszystko inne - działalność rodzeństwa w zastępach tego całego Zakonu Feniksa, bezpieczeństwo bliskich będące pod znakiem zapytania. Tego nie było. Nie było obwarowanej przez Ministerstwo stolicy, rejestracji różdżek, prześladowań mugoli. Było za to boisko, cztery piłki, sześć pętli i oni - Zjednoczeni z Puddlemere - obecnie przebierający się w stroje treningowe w szatni. Był czwartek, więc i trening otwarty, ale trybuny ich stadionu jak nigdy świeciły pustkami i nie umknęło to uwadze żadnego z nich. Josephowi również, a jednak wmaszerował do szatni dziarskim krokiem pogwizdując sobie jedyny słuszny w tym miejscu utwór - hymn Zjednoczonych. Kiedy przekroczył próg, Mulligan, Jones i Brett kiwnęli mu głowami na powitanie, choć nie mieli zbyt wesołych min, a w samym pomieszczeniu panowała nieprzyjemna i nienaturalna cisza.
- Dzień dobry, panowie, co to za miny? - zagadnął pogodnie Joe kładąc torbę przy swoim miejscu na ławce. Koledzy milczeli, więc odwrócił się i spojrzał po ich posępnych twarzach.
- Przed chwilą przyleciała sowa - odezwał się w końcu Finn Mulligan i podał mu list. Wright szybko rzucił okiem na pismo bez wątpienia skreślone ręką ich kapitana - Johnsona - choć właściwie nie musiał go czytać.
- Trenera i kapitana nie będzie. Dostali jakieś pieprzone wezwanie do Ministerstwa - mruknął Brett i z całej siły kopnął w ławkę. Przewróciłaby się, gdyby nie siedział na niej Jones, który warknął jakieś przekleństwo w stronę ich pałkarza.
- Równie dobrze my też moglibyśmy dziś nie przychodzić. Słyszeliście, że nie chcą wypuścić Smitha? - kontynuował Brett. - To tylko kwestia czasu, kiedy przyjdą i po nas...
Mulligan spojrzał na niego wyraźnie spłoszony.
- Zaraz, zaraz, spokojnie. Nikt po nas nigdzie nie przyjdzie. Ministerstwo ma inne sprawy na głowie niż uganianie się za zawodnikami, którzy zrezygnowali z rozgrywek ligowych, tak? A to, że Smitha nie chcą wypuścić, to mnie akurat w ogóle nie dziwi - zaatakował Magiczną Policję, za coś takiego nikt go nie poklepie po głowie i nie puści do domu - odparł uspokajająco Joe marszcząc jednak lekko brwi. Bretta ewidentnie ponosiły dziś emocje.
- To źle zrobił? - zapytał młody Mulligan.
- Nie mówię, że źle, ale musiałby się z gumochłonem na rozum zamienić, żeby nie wiedzieć co go za to czeka. Znał konsekwencje, Finn - Joe zwrócił się tym razem do niego, po czym oddał mu list kapitana. - A z tego co pisze Dima, to właśnie w jego sprawie są w Ministerstwie, żeby mu pomóc. Nie chodzi o Zjednoczonych.
- Jeszcze. A po ciebie przyjdą najpierw. Może trzeba było nie odchodzić z ligi, zarejestrować różdżki i...
- Co ty pieprzysz, Brett?! - tym razem Jones nie wytrzymał i zerwał się z miejsca. - Po czyjej ty jesteś stronie, co? - już zaciskał pięści.
- HEJ - warknął Joe wchodząc pomiędzy nich. - Wszyscy jesteśmy po tej samej stronie. I mamy kupę szczęścia, że mogliśmy podjąć taką decyzję. Wolałbyś, żeby było jak z Harpiami? Jak z Jastrzębiami? Nie jest kolorowo, ale i tak mamy luksus...
- Ty to nazywasz luksusem?!  
- Możemy grać, Brett. Wszyscy. I grać dla wszystkich bez wyjątku tak jak to było zawsze. Możemy trenować i nam za to płacą. Siedzimy w tym wszyscy razem.
- Nie ma trenera, nie ma Johnsona, stadion świeci pustkami...
- Trening ma się odbyć jak zawsze - Joseph powiedział to głośno i stanowczo, patrząc już nie tylko na pałkarza, ale i na pozostałych zawodników. - Za tydzień gramy ze Srokami, ktoś o tym zapomniał?
- Myślisz, że ktokolwiek przyjdzie na mecz? Teraz? - rzucił z powątpiewaniem Brett.
- Jeszcze się zdziwisz - odparł Joe pewny swego. To znaczy... też miewał wątpliwości czy się nie okaże, że będą grali przy pustych trybunach, ale teraz, w tej chwili sprowokowany słowami Bretta i ponurymi minami współzawodników wiedział, że ktoś tu musi z nimi zrobić porządek. Zazwyczaj to było zadanie kapitana, ale skoro Dimitri był nieobecny, to Joe poczuł się w obowiązku trochę nimi wstrząsnąć i naprowadzić z powrotem na właściwe tory. Nie mogą się poddać otaczającej ich beznadziei, to w ogóle nie wchodziło w grę. Właśnie teraz powinni być silni i stawiać temu wszystkiemu czoła, nie było miejsca na wątpliwości.
- Przyjdą. A my musimy być w najlepszej formie. Dla nich i dla siebie, zrozumiano? Pokażemy wszystkim, że bez nas ta liga jest gówno warta. To my ją tworzymy. Każdy z nas bez wyjątku, bez względu na nasze pochodzenie, krew, kolor włosów czy upodobania kulinarne. To nie ma najmniejszego znaczenia w quidditchu. Wiecie co ma znaczenie? Umiejętności, ciężka praca, gra zespołowa i to, że jesteśmy... - zawiesił głos przetaczając wzrokiem po reszcie.
- Zjednoczeni - odezwało się kilku. Joe uniósł brew.
- Przepraszam, chyba nie dosłyszałem - rzucił ironicznie. - JACY?! - podniósł na nich głos.
- ZJEDNOCZENI! - tym razem odpowiedzieli wszyscy.
- SKĄD? - krzyknął jeszcze głośniej.
- Z PUDDLEMERE!
- KTÓRZY W LIDZE?! - ryknął na nich, a oni odpowiedzieli tym samym:
- ZAWSZE PIERWSI!
- CZY DAMY SIĘ PODZIELIĆ?!
- NIGDY!
- No to najwyższy czas się zabawić! Wypad na boisko i dziesięć okrążeń wokół. Kto będzie ostatni, robi dodatkowe pięć - zarządził, a oni spojrzeli po sobie i w te pędy rzucili się do przebierania. Mulligan wybiegł pierwszy, za nim ruszyła reszta przepychając się w korytarzu jak za hogwardzkich czasów. Joseph, który przyszedł do szatni jako ostatni, choć spieszył się jak mógł również ostatni wypadł na boisko. Co wcale nie oznaczało, że zamierzał się poddać. Nigdy w życiu! Zresztą... pałkarzy dogonił już w drugim okrążeniu. Rozgrzewkę prowadzili na zmianę - każdy wymyślał kolejne ćwiczenia najpierw na ziemi, a później także na miotłach w powietrzu. Bez niej nigdy nie zaczynali właściwego treningu, bo niepotrzebnie narażaliby się na kontuzje, a i sam trening byłby mniej efektywny - o tym to akurat wiedzieli wszyscy. Później podzielili się na grupy: pałkarze odbijali do siebie tłuczka, jakby grali w mugolskiego badmintona, a szukający (z pierwszego i drugiego składu) ścigali się po boisku ćwicząc błyskawiczne manewry. Trzecią grupę, do której oczywiście należał Joe, stanowili ścigający i obrońca, a swój trening rozpoczęli od krótkiej gry "każdy na każdego". Nieobecność kapitana i trenera w niczym im nie przeszkodziła, bo doskonale wiedzieli co mają robić, a swoje błędy wytykali sobie nawzajem, omawiając je wspólnie i wspólnie się pouczając. Nie było w tym nic ze złośliwości, wręcz przeciwnie, kierowali się jedynie doskonaleniem gry zarówno jako jednostki i drużyna. Co ciekawe, brak zwierzchnika wcale nie spowodował rozgardiaszu ani w ich grze ani w samym treningu, a chyba wręcz ich zmobilizował do pilnowania się nawzajem. Byli jednocześnie zawodnikami i swoimi trenerami. Johnson mógł tylko żałować, że go nie było i tego nie widział.
- Finn - Joe podleciał do młodego, kiedy ten rzucił kaflem do pętli, ale choć mocno, to rzut został z łatwością przechwycony przez ich obrońcę. - Jak podkręcasz kafla, to nie całym ciałem, bo przeciwnik będzie to widział i się na to przygotuje.
Podleciał do nich Jones z pytającym spojrzeniem, a Joe skierował wzrok na trzymanego przez kumpla kafla i już sam miał go w ręce. Po tylu latach potrafili porozumiewać się bez słów.
- Rzuć z taką samą siłą, ale spróbuj piłkę podkręcić w ostatnim momencie, dosłownie samymi palcami - wyjaśnił jednocześnie pokazując ten ruch w lekko spowolnionym tempie, by zakończyć podaniem do Mulligana. Finn spróbował powtórzyć, po czym bez ostrzeżenia nachylił się nad trzonkiem miotły i pomknął w stronę pętli. Wright i Jones ruszyli za nim w pościg, niestety Joe stracił sekundę na manewrze wymijania szukających, którzy śmignęli mu przed samą miotłą tym razem już w pogoni za zniczem... lub w zwodzie Wrońskiego, cholera ich tam wiedziała. W każdym razie nie wiedział jak poszło Mulliganowi, bo kafla już przejął Jones. Zgodnie z zasadami, żeby móc rzucać na pętle, wcześniej musiał okrążyć te po przeciwnej stronie boiska i tam się właśnie skierował. Finn usiadł mu na ogonie, tymczasem Joe zaszarżował wprost na niego. W takich chwilach zazwyczaj ścigający w zależności od tego pod którą pachą dzierży kafla, robi taki manewr, żeby go maksymalnie zasłonić. Jones był praworęczny i Wright założył, że właśnie w prawo będzie odbijał. Finn chyba zrobił to samo gotując się na przejęcie piłki. Jones jednak jakby to przeczuł i w ostatniej chwili dzielącej go od zderzenia z Josephem, zamiast skręcić w prawo lub lewo... on zanurkował pionowo w dół. Tego pozostali ścigający nie przewidzieli i choć w tej samej chwili próbowali się ratować przed zderzeniem w siebie nawzajem, to było ciut za późno. Ich miotły zderzyły się ogonami aż witki w obu nieprzyjemnie zatrzeszczały. Airgid Josepha szarpnęła mocno w bok ewidentnie niezachwycona z takiego potraktowania, a Wright przeklął szpetnie. Nie miał jednak czasu sprawdzać czy wszystko z nią w porządku, bo gra toczyła się dalej. Finn niemal wylądował na trybunach przez ten gwałtowny manewr, tymczasem Joe miał dobrą pozycję i pomknął w ślad za Jonesem. Airgid jednak nie leciała tak płynnie jak zazwyczaj i choć mknęła jak błyskawica, to jednak Joseph wyczuwał delikatne drżenie miotły. Znał to. Przez to, że miała witki z domieszką limby, potrafiła być humorzasta. Po tym zderzeniu, które jej zaserwował, to akurat nic dziwnego, że tak reagowała. Pogładził jej platanowy trzonek jakby w przeprosinach, nachylając się nad nim mocno.
Jones zdążył okrążyć pętle i zawrócił znów znajdując się na wprost Josepha. Tym razem jednak Wright nie zamierzał dać się tak łatwo wyprowadzić w pole. Pędząc w swoją stronę mierzyli się na spojrzenia gotowi na ruch przeciwnika. Jones nie zamierzał powtarzać wcześniejszego manewru, zamiast tego zwyczajnie podrzucił kafla, by ten śmignął nad Joeyem i którego z łatwością mógł później na nowo przechwycić jednocześnie pozbywając się kontr-ścigającego, który przecież leciał w przeciwną stronę. Plan był dobry, choć Joe w porę zareagował puszczając się miotły. Jego ręce wystrzeliły w powietrze, sam się wyprostował jak struna i jeszcze dodatkowo uniósł na miotle... i zdołał złapać kafla. Jones syknął wściekły, jeszcze zdążył się zamachnąć na Joeya czy to w faulu czy Transylwance, ale Wright zwinnie go wyminął. W tym momencie Mulligan usiadł mu na ogonie, więc nie zastanawiając się wiele, Joseph zrobił serię zygzakowatych manewrów to podrywając swoją miotłę do góry, to znów uciekając gdzieś w bok lub wykonując dziwaczne pętle w Woollongong Shimmy. Mimo, że Finn reagował szybko, to jednak jego miotła nie była tak szybka jak Airgid i młody został w tyle. Joe zrobił jeszcze ładny unik przed tłuczkiem, którym wciąż wymieniali się pałkarze i tylko by się popisać, przerzucił kafla przez jedną z pustych pętli. To też sprawiło, że prawie go stracił. Jones na pełnej prędkości się z nim zrównał w wyścigu po spadającą swobodnie w dół piłkę. Zaczęli się przepychać starając się zbić jeden drugiego z najlepszego toru, ale żadnemu się to skutecznie nie udało. Zanurkowali w dół lecąc miotła w miotłę, Jones już wyciągał ręce po kafla, gdy Joe jakby odpuścił, ale zrobił to tylko pozornie. Odbił w bok tylko po to, by z jeszcze większym impetem uderzyć w drugiego ścigającego. Ten właśnie chwytał piłkę, ale popchnięty w bok i nie trzymając trzonka miotły stracił nad nią panowanie. Odruchowo puścił więc kafla, by poderwać miotłę ku górze i nie rozbić się o ziemię... i to wykorzystał Joseph odzyskując piłkę. Błyskawicznie odwrócił miotłę i śmignął z powrotem do pętli strzeżonych przez ich obrońcę. Oczywiście zjawił się też i Mulligan chcący odebrać mu kafla i choć wykonał sprytną zmyłkę, Joe zgrabnie go wyminął robiąc przy okazji zwis leniwca. Kiedy odwracał się do pionu nie zdążył uchylić się jednak w porę przed tłuczkiem i oberwał w ramię prawej ręki. Syknął z bólu prawie upuszczając piłkę, ale złapał ją lewą, tym razem prawą nadal pulsującą bólem opierając o trzonek. By to tłuczek świsnął! (nawet dosłownie). Miał rzucać lewą ręką? To będzie jakaś totalna szmata banalna do przechwycenia... zresztą już widział tryumfalny uśmiech na twarzy obrońcy. O nie, nie... na pewno nie będzie tak łatwo!
Podrzucił kafel lewą ręką, ale do góry, po czym chwycił mocno trzonek miotły i jednym, gwałtownym ruchem obrócił ją odbijając jej ogonem kafla i posyłając go z dużą siłą wprost na pętlę. Ciekawe jak to obronisz.

[zt]




Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Stadion Zjednoczonych z Puddlemere [odnośnikStadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 I_icon_minitime27.01.21 23:00

16 lipca
braciszku :pwease:

Długo zwlekała z wysłaniem do Anthony'ego listu. Nigdy nie miała problemu ze zwracaniem się do kogokolwiek z jakąkolwiek prośbą, w przeciwieństwie do przyznania się, że grunt osuwa jej się spod nóg. Poproszenie Macmillana o pomoc, kiedy znalazła się w trudnej sytuacji było, jak najintymniejsze wyznanie, mówiące o tym, że przestała sobie radzić. Wychowana przez rodziców i dwóch starszych braci na wsi od dziecka hołdowała w sobie potrzebę zdobycia pewnej niezależności, udowodnienia wszystkim wkoło, że pomimo bycia młodszą, pomimo bycia po prostu kobietą, która miała mieć określoną rolę i określone miejsce potrafi sama zadbać o siebie i poradzić sobie nawet w trudnych warunkach. Pragnęła być samodzielna na tyle, ile była w stanie. Samodzielna i wolna. Może właśnie dlatego od zawsze kochała quidditch. To latanie na miotle dawało jej poczucie, że w danej chwili może robić co tylko chce, a jej własny los znajduje się w jej własnych rękach. A później dawała jej to spuścizna dziadka. Kiedy więc musiała zamknąć sklep została zupełnie z niczym. Lękała się napisania do Macmillana, ale w końcu okazało się, że nie miała innego wyboru.
Na stadionie, który znała z trybun, bywając tu na meczach brata i przyjaciół wkroczyła z drżącym sercem, wciąż nie do końca wierząc, że będzie jej nowym domem, a drużyna, nawet jeśli nie na boisku, a poza nim — nową rodziną. I to wszystko dzięki Anthony'emu. To on wstawił się za nią, pewnie nie zdając sobie nawet sprawy, że prócz możliwości zdobywania pieniędzy, daje jej dzięki temu szansę na rozwój, kontynuowanie tego, co zdążyła przez lata pokochać i realizację częściowych marzeń. Weszła na środek, błądząc oczami po trybunach, bez trudu oczami wyobraźni dostrzegając na nim wiwatujące tłumy. Już nie myślała o tym, że mogły skandować jej imię, patrzeć jak lata, zdobywa punkty dla drużyny. Cieszyła się, że mogła tu być, nawet jeśli w formie niewidzialnego pomocnika.
— Pani stąd wyjdzie natychmiast.
Nie usłyszała kroków za sobą, więc kiedy usłyszała męski głos aż podskoczyła, a narzędzia, które miała w torbie i na starym, znoszonym pasku wokół bioder aż zadrżały głośno.
— Ale mnie pan wystraszył — fuknęła na niego, nie rozpoznając jego twarzy. Choć była umówiona z kapitanem drużyny, Dimitrim, była pewna, że czarodziej, który szedł w jej stronę wcale nim nie był. Nie był nawet w ćwierci tak przystojny i dobrze zbudowany. Jego długie włosy falowały przy każdym jego kroku, a podejrzliwy wyraz twarzy koncentrował się na niej w sposób, który zamiast ją speszyć pewnie, tylko ją zirytował. — Byłam umówiona z kapitanem — odpowiedziała od razu, uprzedzając jego marudzenie. Dopiero kiedy się zbliżył, dostrzegła, że jest przygarbiony, a jego szata lekko przykurzona.
— Pani stad wyjdzie, ale już! Bo pogonię z miotłą, aż się będzie kurzyć. Zamknięte jest, dawno po treningu, wstęp był tylko dla wybranych. Ma pani bilet? Nie ma. Wynocha. Raz, raz.
— Pan chyba nie zrozumiał — powtórzyła mu, krzywiąc się. Naprawdę wziął ją za fankę, która postanowiła pochodzić po boisku z nadzieją, że spotka tu któregokolwiek z graczy? Samego kapitana? Wyglądała jakby rozglądała się za zawodnikami? — Byłam umówiona z Dimitrim Johnsonem w sprawie pracy, zostałam przyjęta. Mam się zająć miotłami zawodników.
— To pani chyba nie rozumie, po tym nie wolno chodzić, świeżo podlane! — Wskazał wreszcie dwoma rękami na ziemię a jego twarz wykrzywiła się w nieszczęściu tak wielkim, że zachciało jej się go przeprosić i przytulić. Spojrzała na trawę, na której stała, nie czując, by była szczególnie mokra. Nie zapadała się w niej. I choć o dbaniu o trawnik boiska nie wiedziała kompletnie nic, była pewna, że staniem tutaj nie robi mu szczególnie wielkiej krzywdy. Zmarszczyła brwi i popatrzyła na czarodzieja wyczekująco. — Już, niechże się pani ruszy wreszcie!— Przegnał ją ruchem dłoni, obchodząc ją dookoła.
Siłą rzeczy musiała się ruszyć, by machającymi dłońmi nie trzasnął jej przypadkiem. Ścisnęła mocniej torbę i ruszyła w stronę,  której przyszła, oglądając się za siebie raz po raz.
— Czy Dimitri jeszcze jest?— spytała w końcu niecierpliwie, schodząc z boiska na kamienie tworzące ścieżkę prowadzącą do wyjścia. Mężczyzna, który  musiał tu pełnić rolę porządkowego przystanął w końcu wyraźnie uspokojony i przyjrzał jej się czujnie, nieco podejrzliwie.
— Ach, znam tę twarz — wetchnął, odchylając się do tyłu po skończonych oględzinach. Zmarszczki na twarzy wyraźnie mu się wygładziły, podrapał się po żuchwie i rozejrzał za czymś, ale sama nie wiedziała za czym, kiedy wokół nic nie było. — Panna Wright, siostra Josepha. — Na to stwierdzenie spuściła wzrok. Nie chciała być tu dlatego, że była właśnie jego siostrą i głęboko wierzyła w to, że nie została przyjęta z jego powodu. A co jeśli nie? Westchnęła ciężko, w końcu wyraźnie zakłopotana. — Tak, wiem już o co chodzi. Za mną proszę. — Minął ją, by ruszyć w stronę drzwi prowadzących do szatni. Wyciągnął spod szaty gruby pęk kluczy, otworzył drzwi i wpuścił ją do środka. — Pan Johnson prosił, by panna się tu rozgościła. A pan Jones twierdzi, że z jego miotłą był problem, więc zostawił ją w szatni, zabrał drugą. Twierdził, że...
— Że miotła znosi go na lewo — zakończyła za niego, wchodząc do szatni. Wiedziała o tym już z listu przyjaciela. Kapitan miał, co do tego jednak inne zdanie. Zastanawiała się przez chwilę, co powinna odpowiedzieć, niezależnie od prawdziwego efektu — i jak zgrabnie wybrnąć z sytuacji.
Nie wiedziała dlaczego, ale jej serce zabiło nagle szybciej. Pomiędzy ławkami wisiały haki na miotły. Każdy z nich miał tabliczkę z imieniem i nazwiskiem, i choć część była pusta, kilka mioteł, zapewne tylko tych wykorzystywanych w trakcie meczów spoczywało na nich, zachwycając ją swoim wykonaniem. Szybko dostrzegła też własne nazwisko — a więc to było miejsce Josepha. — Zajmę się tym już, dziękuję.— Zdjęła torbę przez ramię i położyła ją na ławce, podchodząc bliżej do haków, na których wisiał sprzęt. Widziała po trzonkach, że były niedawno używane. Były zwyczajnie brudne, świecące od potu, na wiciach były paprochy, dostrzegła też źdźbła trawy. Zerknęła raz jeszcze na mężczyznę, kiedy opuszczał pomieszczenie, zostawiając ją w nim samą i pożegnała go skinięciem głowy. Wtedy też przystanęła przy miotle, która miała należeć do Jonesa. Zgarnęła włosy w obie dłonie, przekręciła je, plotąc sprawnie w nich i zarzucając niezwiązane na plecy. Miotłę zdjęła z haka i ułożyła na ławce, klękając przed nią na podłodze, przyglądając jej się z bliska. Z torby wyjęła jedną ręką ściereczkę, którą przetarła trzonek. Prócz powierzchownym zarysowań nie dostrzegła niczego niepokojącego na pierwszy rzut oka. Przesunęła się dalej, w stronę spojenia, obserwując, czy światło z otwartych drzwi załamuje się w którymś miejscu, co wskazałoby nieodpowiednią krzywiznę. Palcami delikatnie przesuwała po grzbiecie miotły, nie wyczuwając na niej dziur ani ubytków. Później oplotła trzon całą dłonią i przesunęła w ten sam sposób od góry do dołu, szukając od spodu podobnych rewelacji. Zazwyczaj miotły znosiły na jedną stronę z powodu mechanicznych uszkodzeń. Silne uderzenie mogło sprawić, że należało ją wyważyć od nowa. Pierwsza pomoc zwykle wystarczyła, by zaradzić kłopotom, ale w przypadku miotły Jonesa nie znalazła niczego, co mogłoby ją zaniepokoić. Spoiwo też było solidnie zamocowane, niezbyt luźno, całkiem sztywno trzymając wszystkie wici w odpowiedniej pozycji. Zajęła się więc nimi, palcami odchylając delikatne gałązki, dotykając każdej i chwytem opuszkowym pociągając za końce, by sprawdzić, czy któraś była złamana lub poluźniona. Obróciła miotłę. Problem miał być z lewej strony, więc to na tej stronie skupiła się szczególniej, w końcu dostrzegając coś dziwnego, wciśniętego mocno i głęboko w wici — niezauważalnego z daleka. Niewielka kulka otoczona gałązkami zablokowana nie chciała się ruszyć. Wyciągnęła więc jedno z najcieńszych dłutek, jakie miała przy pasku i wsuwając dłonie miedzy witki, delikatnie i ostrożnie, poruszała nim, zahaczając w końcu o zawiniątko. Wyciągnęła je ostrożnie, zdziwiona znaleziskiem. Zwitek zasuszonych gałązek akacji, nie będących częścią bukowej miotły przypominał fragment jakiejś kryjówki dla maleńkiego stworzonka. Nie była pewna, która z magicznych istot mogłaby wybrać sobie miotłę jako dom, czy myszy były w stanie zgromadzić patyczki i je tam upchać, czy jakieś maleńkie ptaszki — była jednak pewna, że albo było to wynikiem wyjątkowego żartu ze strony kolegów lub rywali, albo Jones nie czyścił jej tygodniami i pozwalał jej sterczeć w różnych warunkach. Westchnęła ciężko pozbywając się kilki suchych patyczków i obróciła miotłę, zwracając ją bardziej w stronę światła. Kilka witek było złamanych — wiedziała, że to mogło powodować znoszenie zawodnika na jedną ze stron. Zarówno ciężar kłębka, jak i kilka drobnych złamań nie mogły zbyt mocno oddziaływać na samo latanie, ale rzeczywiście były w stanie przyczynić się do zmniejszenia komfortu. Z paska chwyciła mosiężne cążki, które służyły jej do przycinania wici i ucięła pod kątem 45 stopni nadłamane witki, to samo robiąc po prawej stronie. Miotle przydałaby się lepsza opieka — powinna otworzyć spoiwo i wymienić podcięte i dołożyć kilka nowych wici. Zrobi to po południu, jeśli uda jej się załatwić bukowe gałązki odpowiedniej grubości, a najpóźniej jutro, tak, by przed kolejnym treningiem miotła była gotowa. Na wypadek gdyby jednak postanowił z niej korzystać jeszcze dziś, musiała zabezpieczyć to w ten sposób. Na razie, tymczasowo.
Z torby wyciągnęła jeszcze miarkę calową, by zmierzyć długość wici i ich obwód w najgrubszym i najcieńszym miejscu, w głowie zapamiętując bez trudu wszystkie wymiary — pojawi się tu już z gotowym materiałem, pozostanie tylko kosmetyka. Po wszystkim śmieci zgarnęła na kupkę. Suchą szmatką przeczyściła trzon. Kiedy skończy z tyłem, będzie musiała jeszcze wypolerować go i natłuścić pastą, ale zajmie jej to tylko chwilę — jutro, zrobi to po wszystkim. Dziś nie było sensu/ Wyczyszczoną miotłę odwiesiła na hak, przyglądając jej się jeszcze chwilę, a później posprzątała narobiony przez siebie bałagan i opuściła szatnię, w głowie licząc ile będzie potrzebnych gałązek.
Czarodzieja, który jej otworzył pożegnała skinięciem głowy.
— Ja tu jeszcze wrócę dziś lub jutro z samego rana, muszę tylko coś przywieść— zapowiedziała mu na do widzenia, po czym wsiadła na własną miotłę i od razu uniosła się ku górze, by dotrzeć do tartaku, który od kilku miesięcy zapewniał jej wszystkie dostawy.

| zt





storm in the sky
fire in the street
if there's nothing but pain
put in on me


Powrót do góry Go down
Evan McLaggen
Evan McLaggen

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9121-evan-mclaggen#275017 https://www.morsmordre.net/t9524-listy-do-evana#289662 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f180-dorset-weymouth-bond-street-14
Zawód : obrońca Zjednoczonych
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
narcyz sie nazywam
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej
https://64.media.tumblr.com/e65402481f245508ee7e592436895585/tumblr_pbibj2qJE61u4ypbyo1_400.gifv

Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Stadion Zjednoczonych z Puddlemere [odnośnikStadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 I_icon_minitime14.02.21 22:16

16.10

Człowiek ma kilka takich momentów w swoim życiu, które defniują jego życie. Zwykle przychodzą niespodziewanie i wymagają szybkich i zdecydowanych reakcji. Tak też było w tym przypadku, chociaż niv nie wskazywało na to, że Evan będzie miał właśnie takie odczucie apropo tej sytuacji. Informacja o rozwiązaniu drużyny Zjednoczonych przyszła w środku nocy. Może sowy dobijały się do domu McLaggenów nawet wcześniej, ale w nocy z piętnastego na szesnastego Andrea była w końcu w tak dobrym humorze, żeby żyć z mężem jak żona z mężem, więc Evan zasłonił wszystkie okna i zaryglował drzwi, rzucił zaklęcie wyciszające na pokój dziecka i korzystał z ostatnich, jak się później okazało, chwil beztroskiej zabawy w tym roku. Dopiero kiedy wyszedł do kuchni, żeby nalać sobie wody, zobaczył że padające z okna promienie słoneczne, oświetlają dwa listy, a gdzieś na drzewie nieopodal czekały sowy pocztowe. Ta należąca do Andrei była wyraźnie zadowolona, że Evan się obudził (czy raczej wyszedł z pokoju bo spania to tam nie było za dużo), podleciała na parapet, tym samym oczekując że da jej smakołyk za to, że przyniosła list. Mężczyzna jednak tylko poklepał jej piórka na głowie i otworzył pierwszy list. Był od Zaka Afrona, więc oczywiscie na początku McLaggen uznał, że nie będzie od typa nic czytać, bo jego menager co chwila mu wysyła informacje o tym, że może by chciał zareklamować nowy szampon Ulizanna. Podobno można by było z tego wyciągnać jakieś pieniądze, ale po pierwsze to Evan jest sportowcem, a nie jakimś modelem, a po drugie, to Andrea powiedziała, że to jest poniżej godności ludzkiej. Napił się jednak wody i otworzył kopertę, mimo że była zaadresowana do Andrei.
I od pierwszego zdania aż mu się słabo zrobiło. Zjednoczeni rozwiązani?! Przecież wszyscy mówili, że wojna się skończy i będą mogli wrócić do gry, nikt nie podejrzewał, że rozwiążą mu klub! Odstawił szklankę do zlewu i wraca do pokoju, ale nie patrzy na łóżko, tylko leci do szafy. Mówi Andrei, że musi jak najszybciej spotkać się z chłopakami z drużyny. Żona patrzy na niego z pytaniem w oczach, a on ciągle powtarza, że to to już koniec, rozwiązali nas, to dramat! Andrea przeczytała list w czasie, kiedy się ubierał, ale kiedy wychodził wziął go ze sobą i zaraz na progu domu deportował się na stadion Zjednoczonych.
Tak jak podejrzewał, inni już tam byli. Nie mógł sobie wybaczyć, że dopiero teraz dołączył, ale wyraźnie się ucieszyli, że się pojawił.
- Dopiero się dowiedziałem! Co się dzieje, rozwiązują nas? Zwalniają? Kurde Dimitri, czemu nikt nam o tym wcześniej nie mówił! - szukając spojrzeniem po twarzach kapitana, Evan widzi wielu ze swoich przyjacieli z drużyny, ale nie widzi pośród nich drugiego szkota. Co z tobą, Wright.


Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
Ain Eingarp

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 3baJg9W

Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Stadion Zjednoczonych z Puddlemere [odnośnikStadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 I_icon_minitime15.02.21 20:26

Informacja o zawieszeniu Zjednoczonych z Puddlemere wstrząsnęła chyba wszystkimi członkami drużyny, nawet jeśli gdzieś w kościach czuli, iż nadchodzące miesiące mogą być dla nich niepomyślne. Świat się zmieniał; ewoluował w dziwny sposób przywiązując niezwykle znaczenie do pochodzenia oraz krwi, płynącej w żyłach. A ta, niezależnie od rodziców była taka sama - brunatna oraz lepka, pozostawiająca w ustach metaliczny posmak, gdy nie udało się ominąć lecącej na twarz piłki.
On wiedział o tym doskonale.
Morda Masona “Skały” Hearth’a nie była niczym szklanka, przeżyła niejedną burdę i nie jeden kafel miał okazję złamać krzywy nos. Przeczuwał, gdzieś w środku trzewi, że wyjście z ligi przyniesie swoje konsekwencje, nikt jednak zdawał się nie słuchać pałkarza. Ponoć zbyt wiele razy oberwał po głowie, aby być w stanie powiedzieć coś sensownego oraz logicznego.
Gdy Evan przybył na stadion, chłopcy mieli już za sobą kawałek interesującej rozmowy, w powietrzu unosił się zapach alkoholu., a po twarzy Masona spływała strużka krwi, znacząca sobie drogę od rozciętego łuku brwiowego, przez zarośnięte policzki po wyraźnie zarysowaną linię szczęki. Kilku chłopaków siedziało na ławkach z wyraźnie przybitymi minami, a pałkarz miotał się niczym młody byczek. To w jedną, to w drugą stronę, w dłoni obracając pałkę.
- No kurwa jesteś. - Mruknął na widok Evana, zza pazuchy wyciągając piersiówkę. Wpierw pociągnął  z niej długi łyk, po czym wyciągnął ją w kierunku Evana, krzywiąc się przy tym jakby zżarł całą cytrynę. Paskudne cholerstwo, ale kopie. - Nie rozwiązują. Jak to pięknie ujęli zawieszają nas. Nie gramy w ligówkach, nie mamy sponsorów, nie zarabiamy… - Mruknął rozeźlony, miotając się po szatni niczym dzikie zwierzę. - Mówiłem, kurwa, mówiłem. To nie, kurwa, Skała mózgu nie ma, wybili mu tłuczkiem… Skała weź się opanuj… Skała  nie znasz się… I co? I gówno, wszystko się sprawdziło. - Warczał pod nosem, co raz podrzucając trzymaną w dłoni pałkę, ciemnym spojrzeniem poszukując… Czegoś. Właściwie nie był dokładnie pewien, czego. A mina innych chłopaków wskazywała, że słuchają tego od dłuższego czasu. - Widziałeś się z Dimitrim? Pisał do Ciebie? - Spytał, podchodząc na chwilę do Evana, by zaczekać na swoją kolej - do piersiówki, rzecz jasna. Dzisiejszy dzień nadawał się tylko do tego, by zachlać pałę i poszukać czegoś, co pomogłoby im rozładować negatywne emocje.
Pieprzony Dimitri, tchórz nad tchórze.




I show not your face but your heart's desire
Powrót do góry Go down
Evan McLaggen
Evan McLaggen

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9121-evan-mclaggen#275017 https://www.morsmordre.net/t9524-listy-do-evana#289662 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f180-dorset-weymouth-bond-street-14
Zawód : obrońca Zjednoczonych
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
narcyz sie nazywam
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej
https://64.media.tumblr.com/e65402481f245508ee7e592436895585/tumblr_pbibj2qJE61u4ypbyo1_400.gifv

Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Stadion Zjednoczonych z Puddlemere [odnośnikStadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 I_icon_minitime21.03.21 21:13

- Zawieszają, a co to ma znaczyć, że zawieszają ? - pyta, ale sam wie co to ma znaczyć, zresztą Skała to dobrze wyjaśnił. Nie grają, nie zarabiają, nie ma z nich pożytku. Odebrał piersiówkę z ręki kolegi i wychylił potężnego łyka. Nim się zorientował, już siedział na ławce (jak zresztą przez większość ostatnich miesięcy, kiedy nie grali z powodu napięć społecznych). - Cholera - przeklina pod nosem, popija znów podłego alkholu, a w jego oczach przyszłość jawi się już tylko najczarniejszymi barwami. Odsuwa te myśli sprzed nosa, jest przecież zawodnikiem, fighterem, kiedy widzi przeszkodę, robi wszystko żeby sobie z nią poradzić. Natomiast jojczenie Skały mu nie pomaga. Nie może już go wytrzymać. Zerwał się z ławki i rzuca na kolegę.
- Uspokój się i przestań. - odepchnął go, sprawiając, że Skała cofnął się na jeden krok a to już znaczyło, że Evan użył bardzo dużo siły. Dysząc patrzy na pałkarza. To, że postanowił się przeciw niemu zbuntować miało swoje powody. Zbierało mu się od dawna, wcześniej jednak sądził, że poradzi sobie z tą beznadziejną sytuacją. Nie było jednak to takie proste, a kiedy rozwiązali jego drużynę, to nagle stało się niemożliwe. - Gówno się sprawdziło. Mogliśmy się tego kurwa spodziewać. Co wy mysleliście, że będą w nas bulić pieniądze do końca świata i jeszcze dłużej i pozwolą nam tak siedzieć i pobierać pensję za nic? To nie jest jakieś podwórko, gdzie sobie możemy grać kiedy nam się podoba. Zjednoczonych już nawet Macmillian nie wyciągnie z tego gówna. To koniec, przestaliśmy istnieć, jesteśmy bezrobotni panowie - dopiero teraz zorientował się, że tamten spytał go o Dimitriego. - Nie ma go tu. Jest naszym kapitanem i go tu nie ma. To chyba najlepszy obraz tego, jak sam nie wierzył w tę drużynę. - rozeźlony Evan, znów nie oddał flaszki, tylko wziął łyk. - A wiecie co w tym jest najgorszego? Że w tym momencie przydałby nam się on. A gdzie są inni, nie widzicie, że inni też nie przyszli? Zjednoczeni... co to za nazwa - prycha z dezaprobatą i wciska Skale w pierś trunek. - Masz, schlej się, bo to jedyne co nam zostało. A wiecie co ja zrobie? Pójdę do tego kurwy, co nam zabronił grać i się go spytam czy jest teraz z siebie dumny, z takiej decyzji?


Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
Ain Eingarp

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 3baJg9W

Stadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Stadion Zjednoczonych z Puddlemere [odnośnikStadion Zjednoczonych z Puddlemere - Page 2 I_icon_minitime25.03.21 1:38

Skała wywrócił oczyskami, zupełnie jakby Evan pytał go o najoczywistszą oczywistość. Znaczenie zawieszenia było jasne, coś zatrzymywało się w przestrzeni by zwyczajnie wisieć, tak jak wisieli i oni w rozgrywkach powieszeni za to, co dyndało im między nogami przez jaśnie wielkiego Merlinjedenwiejaksiędokładnienazywał. Tłumaczył, co trzeba było, wściekłym spojrzeniem wodząc po otoczeniu niczym rozwścieczony borsuk. Był zły. Był cholernie, kurwa, zły. A zły Mason Skała Hearth oznaczał jedynie kłopoty dla tych, którzy nie byli w stanie nad nim zapanować.
- Co przestań, co przestań?! - Wzburzył się, a potężne mięśnie pałkarza napięły się, gdy McLaggen go popchnął. Wielgachny pałkarz zrobił krok w tył, tylko po to by unieść pałkę na wysokość jego twarzy. Drewno sterczało tuż obok jego ucha, gotowe w każdym momencie zwiększyć odległość, by boleśnie przyłożyć w jego czaszkę. - Przyznaj, że miałem rację McLaggen! - Warknął wściekle, a ton jego głosu sprawił, iż dwóch innych zawodników przezornie uniosło się z ławek, gotowi w każdej rzucić się na pomoc biednemu Evanowi, stojącemu przed rozwścieczonym Skałą. Dopiero butelka jaka znalazła się w jego dłoni, była w stanie odwrócić jego uwagę od chwilowej chęci porachowania mu kości.
- Mówiłem. - Mruknął, przytykając butelkę do ust, by upić spory łyk gorzkiego trunku. - Temu Macmillanowi to sam pałkę w dupę wsadzę, zobaczycie. Taki opiekun, taki zaangażowany i co? I gówno, jestem pewien, że nawet nie tknął palcem, żeby cokolwiek zrobić! A mówiłem uważajcie, szlachetnym zawsze źle z oczu patrzy to nie, trzeba było się uzależnić od jednego. - Mruczał poirytowany w złości wypowiadając kolejne groźby. Czuł jednak, że miał rację - gdyby myśleli bardziej wielotorowo, z pewnością byłoby inaczej. - No, bezrobotni. Macie panowie, jakieś te, releratywy? - Rzucił wściekłym spojrzeniem wodząc po zrezygnowanych twarzach. Sam Skała nie posiadał wielu alternatyw. Umiał uderzać i umiał latać na miotle, po za tym nie posiadał zbyt wielu umiejętności bądź zdolności, nie licząc silnej czaszki oraz całkiem niezłej wytrzymałości fizycznej. - Ja to, panowie... w dupie jestem. Może zaciągnę się na statek albo do innej drużyny... Sądzicie że pustułkom już przeszło, że połamałem jednego z nich? - Mruknął posępnie, nie widząc dla siebie innej możliwości. Cholera, lubił grać ze Zjednoczonymi, coś jednak do gęby trzeba było włożyć. - No kurwa, no nie ma. - Zauważył niezwykle bystro Skała, dając piękny pokaz elokwencji. - Zjednoczeni, dupa, nie Zjednoczeni. Zjednoczonych, panowie, już nie ma. - Mruknął, ponownie przystawiając butelkę czy tam piersiówkę do ust - uwagi na to nie zwracał, póki gorzałka paliła przełyk.- I jak go chcesz znaleźć, co McLaggen? Poderwiesz jakąś panią z ministerstwa co? Co na to Twoja żonka? - Mruknął, by parsknąć rechotliwym śmiechem.




I show not your face but your heart's desire
Powrót do góry Go down
 

Stadion Zjednoczonych z Puddlemere

Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Kornwalia-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21