Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Zlata Raskolnikova
AutorWiadomość

Zlata Raskolnikova

Data urodzenia: 06.11.1920
Nazwisko matki: Wrońska
Miejsce zamieszkania: Śmiertelny Nokturn
Czystość krwi: Półkrwi
Status majątkowy: Średniozamożny
Zawód: Pracownica Gringotta w dziale windykacji i łowczyni nagród po godzinach.
Wzrost: 137
Waga: 30
Kolor włosów: Jasny blond
Kolor oczu: Ciemna zieleń
Znaki szczególne: Wschodni akcent, ostre goblinie rysy twarzy, obcięte na krótko włosy, niski wzrost, dużo drobnych blizn po zaklęciach na plecach, brzuchu i nogach; proteza z goblińskigeo srebra zamiast lewej ręki.


Czego chcesz?
Opowieść?
Nie mam czasu, wynoś się.
Zapłacisz? No dobra. Ile?
Niech będzie. Dorzuć pół litra wódki i obiecaj, że będziesz trzymać mordę na kłódkę.

Podobno, kiedy się urodziłam, był piękny listopadowy poranek, a takich to w moich stronach w tym okresie jak na lekarstwo. To był piękny dom, stary. Należał do rodziny matki, gdyż ojciec i jego liczne rodzeństwo musieli zabierać się z Petersburga, przez rewolucyjny i polityczny chaos. Na szczęście każdy Raskolnikow ma we krwi chęć przeżycia za wszelką cenę. W końcu domy, złoto i inne gówna da się odzyskać. No a życie ma się tylko jedno.
Nazwali mnie na cześć matki mojego ojca - Zlaty Gregorovich, która niedawno przed moim urodzeniem przegrała walkę z jakąś paskudną chorobą. Albo klątwą. Nie wiem, mój ojciec nie chciał o tym mówić. Pewnie coś związane z tworzeniem różdżek albo magicznych przedmiotów.
Cała moja rodzina zajmowała się zdobywaniem różnych - nie zawsze legalnych - ingrediencji dla handlarzy i rzemieślników oraz inwestowaniem w najnowsze wynalazki. W końcu byliśmy jednymi z pierwszych wśród magicznych rodzin, które ruszyły za carem do nowej stolicy - Petersburga, kiedy ja z Moskwy przenosili.
Ryzyko często się opłaca i zawsze o tym wiedzieliśmy.
Jak moi rodzice się poznali? Czy to ważne? Moi rodzice pobrali się z miłości do interesów i pieniądza, żeby razem, już jako rodzina, wzbogacać się i rozwijać. Dlatego w domu nigdy nie było kłótni, zdrad i większych problemów. Nie jakieś tam romantyczne pierdolenie bez sensu.
Jako że interesy zawsze były dla nas najważniejsze - mnie i moje rodzeństwo od dziecka uczono właściwego podejścia do nich. Czym jest pieniądz. W co warto, a w co nie warto inwestować. Podobało mi się to, bo liczby… są po prostu piękne.
Eh, kurwa, widzę, że będę musiała nam polać, bo ty chyba nigdy tej butelki nie otworzysz… Tak, wiem, że nie zmienia się “ręki”. Dobra, to albo ty to robisz, albo zdajesz się na mój gust. Ale jak będziesz za chwile rzygał, to nie mój problem.
Tak naprawdę osobą, która najwięcej mnie nauczyła, była moja babka Ronegda Wrońska. To prawdziwa solidna goblinka z krwi i kości. Widzę, że dziwisz się, jak ktokolwiek mógłby związać się z “tym czymś”. Nie oszukasz mnie. Widziałam już milion podobnych reakcji, jak ktokolwiek się dowiadywał… czym jestem. No więc jej związek z Wrońskim da się nazwać jednym słowem - pieniądze. Mój dziadek był biedny. Ona bogata. On miał dom i interes, a ona miała koncepcję na biznes, ale jako kobieta potrzebowała męża, żeby to wcielić w życie. Tyle. Wrońscy też lubią pieniądze, mimo że nie mówią o tym głośno. A Ronegda znała się na ludziach i jak z nimi żyć, ponieważ któryś tam jej kuzyn dziadka, czy ki chuj, tu, w Anglii sobie też rodzinę z ludźmi założył.
Oh, moja babka. Mówię ci - nigdy, ale to przenigdy nie spotkałeś ani nie spotkasz osoby takiej jak ona. Zabiłaby cię jednym spojrzeniem. Nawet nie zdążyłby pisnąć. Kochana kobieta.
Tyle mnie nauczyła. I angielskiego i Naszego języka, i historii. I jak sobie w świecie radzić - kłamać i rozpoznawać, kiedy ktoś próbuje oszukać. Innymi słowy - wszystkiego, co istotne. A jak była dumna, kiedy pierwszy raz pokazał się mój magiczny dar! Byłam w kuchni, żeby ukraść kawałek ciasta, a wtedy mnie brat przy tym przyłapał. Rabanu narobił, wrzeszczał, tragedia. Ja się przestraszyłam i teleportowałam garnek z zupą do innego pokoju. Wprost na głowę handlarzowi czarnomagicznych przedmiotów, który aż za bardzo wykłócał się o cenę jakiegoś słoja z oczami.
Nie dostał zniżki.


Szkoła. Nie mam większego sentymentu do Durmastrangu. Inni się spuszczają nad tym, czego to tam nie było. Jak dla mnie, no… Szkoła jak szkoła. Co, myślisz, że chcę o tym zapomnieć, bo musiałam siedzieć z innymi mieszańcami? Ha, jeszcze czego.
Nie miałam z tym problemu, mimo że mnie wpakowali do najgorszych komnat. Ale nie byłam szlamą, więc nie dałam sobie wejść na głowę. Byli idioci, co próbowali na samym początku do mnie z tym wyskoczyć, ale szybko dali sobie spokój. W końcu wiele innych historii chodzi o ludziach mojej krwi i mało kto wie, do czego jesteśmy zdolni. Mogli spytać, ale nie mój problem, że byli debilami. Tak naprawdę to cała ta sytuacja była wygodna. Wolałam, żeby się mnie bali, niż żeby zawracali mi głowę swoimi gównami.
Inne mieszańce też nie za bardzo mnie lubiły. Mówili, że mam ciężki charakter. Gówno prawda. Oni nie mieli pojęcia, czym jest ciężki charakter. Babki mojej nie poznali.
Chociaż od czasu do czasu pomagałam któremuś, jak ci wyżej go za mocno przycisnęli. Wkurwia mnie to we mnie, ale po prostu aż nie mogę się powstrzymać, żeby komuś czasem solidnie i profilaktycznie nie nakopać do dupy, żeby przestał odwalać. To się po paru takich akcjach co niektórzy mieszańce mnie przyczepili, że niby jestem w porządku. Nietypowe. Dziwne. Ale w końcu jakoś tak się dogadaliśmy i sobie nie przeszkadzaliśmy. Nawet razem się uczyliśmy. Pomagałam im w zaklęciach ochronnych i urokach. Te dziedziny magii były mi najbliższe. No i numerologia! Piękno i tajemnice cyfr, a nie tylko idiotyczne liczenie monet w domu. Reszta pomagała mi z tymi eliksirami i transmutacją. Gówniane rzeczy, które trzeba było odhaczyć, żeby mieć z głowy.
Myślałam, że jak skończę szkołę na poważnie zajmę się magicznymi zabezpieczeniami. Rodzinny biznes był ciekawy… w pewnym sensie. Ot polowania, żeby zdobyć konkretne surowce…
Ale nie. Ja siebie widziałam w kompletnie innej roli - jako ta, co ogarnie chałupę w taki sposób, żeby była bezpieczna, solidna, gdzie każdy porządny przedsiębiorca mógłby w spokoju prowadzić swoje interesy. Życie jednak lubi zaskakiwać - tyle ci powiem.
Nauczyciele miewali mnie dość.
Też tak masz, że kiedy jest ktoś dla ciebie autorytetem, a zachowuje się kompletnie inaczej, niż powinien, to masz ochotę wyrwać mu włosy, żeby się ogarnął? Nie?
No oni też nie rozumieli, dlaczego irytują mnie ich słabości. Ich emocje. Pewnie teraz bym to inaczej odebrała, bo ludzie to ludzie - magiczni, półmagiczni, niemagiczni. Wszyscy są tylko słabymi kawałkami mięsa z burdelem w głowie. Ty też. I ja.
No to pijemy.
Zdrowie!


Jest taki typ ludzi, na których patrzysz i zastanawiasz się, jak im się udało w ogóle przeżyć w tym paskudnym i brudnym świecie? Rusłan Dolohov, mój mąż, należał do tego typu ludzi. Samym swoim istnieniem wkurwiał mnie do granic możliwości, z tym jego uśmiechem, chęcią rozmowy i ciastami, które piekł. Za każdym razem, kiedy nas odwiedzał, żeby dostarczyć eliksiry czy tam babce okłady zrobić, bo kości ją bolały, chciałam dać mu w twarz. Nie bałam się go, mimo że był wielki i silny jak niedźwiedź. Miał też w zwyczaju zahaczać o meble. Niezdara.
Tak… chyba można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia.
Chyba tak.
Swołocz mnie nawet we śnie prześladowała! Wyobrażasz sobie? A jak o pracy opowiadał! Gadał jakieś brednie o tym, czego to on nie zrobi, czego to on nie wymyśli i że będzie leczyć nie tylko czarodziejów, ale i mugoli, bo czasy ciężkie, wojna... A ja głupia, zamiast mu powiedzieć: “Stary, kurwa, to idiotyczne, rodzina cię znienawidzi, zajmij się leczeniem czystkorwistych bogaczy”, tylko się uśmiechałam, klepałam po dłoni i jak taka typowa baba mówiłam: “Tak Rusłan. To doskonały pomysł, możesz na mnie liczyć”. Wtedy właśnie tak myślałam. Że damy radę, że będzie dobrze, że będziemy się wspierać aż do śmierci.
Cóż. Przynajmniej w jednym się nie pomyliłam.
Mój plan na przyszłość drastycznie się zmienił. Zamiast stać się specjalistką od magicznych zabezpieczeń, zamieniłam się w kurę domową i "złotą rączkę" - Rusłan zawsze do tego miał dwie lewe ręce. Zamieszkaliśmy w małej chatce w lesie koło Połocka. Było tam cicho i spokojnie, partyzanci i hitlerowcy omijali nasz teren. Zadbałam o to. Oczywiście, mogliśmy próbować ulokować się w mieście. Ale… no wojna. I do wszystkich roślinek i korzonków, co Rusłanowi do leczenia były potrzebne było na wyciągnięcie ręki. Mogliśmy liczyć tylko na wsparcie mojej rodziny, bo Dolohovie kompletnie się chłopa wyparli. Że mugoli chce leczyć no i że związał się, no, ze mną. Durni idioci…
I mieszkaliśmy sobie tak. Chodziłam z Rusłanem do okolicznych wiosek leczyć, czasami wpadali do nas jacyś czarodzieje, którym zależało na jak najmniejszym rozgłosie… Pracowaliśmy tak razem... ja robiłam za asystentkę. Bandażowanie, odkażanie… No i inne takie. Musiałam jeszcze udawać córkę Rusłana. No bo wiesz. Za niska jestem, to podejrzane. Ale kiedy zaszłam w ciąże, to wycieczki do wsi się skończyły.
Ech, wtedy wydawało się, że wszystko rzeczywiście będzie dobrze. My tu - w lesie, daleko od wojen i chaosu, ja poluje, Rusłan zbiera grzyby i kwiaty. Razem leczymy potrzebujących...
Co tak patrzysz? Polej mi, kurwa, bo nie będzie miło.
Pamiętam to jak dziś. Był koniec stycznia '44. Śniegu napadało po pas, szlag człowieka trafia, bo szósty miesiąc to nie przelewki. Rusłana nie ma, poszedł do wsi. Ja gotuje obiad. Jest szaro i sennie. Sama przysypiam, kiedy tak mieszam w garze jakieś przeklęte grzyby.
Wtedy padł strzał… później drugi. Myślę, cholera, partyzantów napierdalają przed domem, nie mogli wybrać lepszego momentu. Ale, wiesz, coś mnie wtedy tknęło, że wyszłam na ganek. Tak w fartuchu, ze szmatą u boku i drewnianą łyżką w ręce… i różdżką w drugiej.
Polewasz, czy nie? Ile można czekać?!
I kiedy tak wyszłam na ten ganek, na ten śnieg, mróz… Zobaczyłam jak ебанные бляди, jak te sępy kręcą się koło mojego Rusłanka. Szperają w kieszeniach, zabierają buty. A on leży… taki martwy w śniegu. I krwi było tak dużo…
To ja ruszyłam na nich - śmieszna karlica w fartuchu uwalonym zupą.
Rzuciłam Bombardę. Część ogłuszyło, reszta uciekła.
Próbowałam go przenieść, zrobić cokolwiek, ale nie byłam w stanie pomóc swojemu mężowi. Nie byłam medykiem, tylko cholerną asystentką.
To śmieszne, ale kiedy umierał, powiedział mi, że mam piękne oczy i że pachnę domem.
Jak myślisz, dlaczego oni to mu zrobili? Nie ufali nam? Byli głodni? Mieliśmy z nimi inną umowę.
Nie, nic nie mów. Nie ważne. To już nieważne.


Zdecydowałam prawie od razu, że wrócę do Sankt Petersburga… Leningradu, jak go teraz nazywają. Kojarzysz, prawda? W końcu, od samego początku historii miasta, był to nasz dom. Mieliśmy tam nawet własną kamienicę, ale nie przetrwała nalotów. Pech. Ale takie to uroki wojny. Wojna… Nie uwierzysz, jak zmieniła to miasto. A może to po prostu mój ojciec w taki sposób je przedstawiał? Ja to nigdy wcześniej tam nie byłam. Ale tatko mówił o kolumnach i marmurach, pomnikach, pałacach i złotych kopułach cerkwi… Teraz to były gruzy, choroby, trupy na ulicach, rzeźby, zakopane w parkach, żeby bomby ich nie rozjebały. I szczury. Ogromne, wygłodniałe plagi… tak się to rozmnożyło podczas oblężenia miasta, kiedy skończyło się jedzenie i ludzie musieli przez prawie trzy lata pożywiać się czymkolwiek. A mówiąc czymkolwiek, mam na myśli… A zresztą. Dobrze, że znam sprawę tylko z opowieści i ten cały rozpierdol mnie ominął. W lesie było lepiej. No i był co jeść.
Coś wolno pijesz. A, no tak. Ty nieprzyzwyczajony.
Upłynęło parę tygodni od zakończenia oblężenia. Miasto było nadal zamknięte przez mugolskie władze. Pewnie Stalin zarządził jakieś czystki, czy tam posprzątać musiał, żeby wszyscy uwierzyli, że wszystko jest pięknie w mieście. Cholera go wie. Ważne, że sami mugole byli zajęci odnawianiem swoich domów, chorowaniem i innymi mugolskimi sprawami i nie mieszali się do naszych spraw. Wtedy wydało się, że to najlepsze miejsce, żeby się ukryć. No i magicznym było tam łatwiej. Mimo głodu i chorób magia była ratunkiem. Szczególnie teleportacja. Nadal im to zostało, no, u tych, co to oblężenie przeżyli, że tylko by i robili, co się teleportowali wszędzie. Nawet, kurwa, do kibla.
Udało mi się wyjść na znajomych mojego ojca co, mimo rewolucji nie wyprowadzili się z miasta i zostali. Od nich dostałam cynk na miejsce, gdzie można by zamieszkać - nieduże mieszkanie w porządnej kamienicy po jakimś bogatym rodzie, co wymarł, ale chałupę tak zabezpieczył, że mimo nalotów to nawet szyb w oknach nie zmiotło. Porządna robota. Takie to szanuje. Zawsze lubiłam piękne domy.
Były też tam inne rodziny, co próbowały zacząć od zera, bo nikt nic nie miał. Stracił w wojnie, rewolucji czy w atakach psów Gridewalda. No więc wzięliśmy do roboty. Ze wszystkich czynności, które można robić rękami, oprócz gotowania, zawsze lubiłam naprawiać rzeczy. Sprzątanie, malowanie i wynoszenie rupieci z tamtej starej zakurzonej kamienicy dawało mi taką śmieszną nadzieję, że odzyskuję kontrolę nad własnym życiem. Przygotowałam pokój dla Niny.
Nina - tak w myślach nazwałem nasze dziecko. Wiedziałam, że to będzie córka. Jakąś częścią siebie. Matki tak mają.
Cały nasz dom chciał za wszelką cenę żyć normalnie. Powoli też wszyscy staliśmy się takimi przyszywanymi spadkobiercami tego rodu, który rozpłynął się gdzieś w przeszłości, pozostawiając tylko ten dom i stertę fotografii z nieznanymi nam osobami.
Teraz myślę, że w ogóle powinniśmy byli to wszystko w cholerę wysadzić. Niestety miesiąc później dopiero zdaliśmy sobie sprawę, w jak wielkie gówno wdepnęliśmy, przekraczając progi tamtej kamienicy.
Teraz to nie będzie przyjemne. Powinieneś się napić… Mi też jeszcze dolej.
Było już dość późno i miałam kłaść się spać… Wtedy przyszli oni. Był huk i krzyki. Oni czegoś szukali, czegoś ważnego. Z buta wchodzili do kolejnych do mieszkań. Zaklęcia uderzały w ludzi, przedmioty… Kurwa, nawet sobie nie wyobrażasz, co się tam działo. Ja zabarykadowałam się w pokoju. Byłam wściekła, bo miałam do wyboru, albo zostać tu i chronić siebie i Ninę… albo ratować tych tam na dole… albo próbować to robić. I co? Zostałam w pokoju! A co innego miałam robić?!
Liczyłam na to, że oni znajdą, co trzeba i to sobie pójdą. My wyjdziemy, ocenimy straty, opatrzymy rannych...pochowamy martwych.
To by było zbyt piękne... Jak zdobyli to, po co przyszli - nie odeszli. I dobrali się do moich drzwi.
Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że zabezpieczenia wytrzymają. Nie wytrzymały.
Te psidwacze syny, wlazły do mojego domu jak do siebie. Nie mogłam im tego darować. Znowu poleciały zaklęcia. Robiłam, co mogłam, żeby się ochronić - w końcu jeszcze w szkolę byłam dość dobra w zaklęcia ofensywne... ale ich było za dużo. I byli wściekli, że jakiś jebany mieszaniec stanął im na drodze. Mieszaniec, który pomagał mugolom. Nawet nie wiem, jak oni się o tym dowiedzieli.
Wolałabym, żeby mnie wtedy zabili, wiesz? Tyle mogę ci powiedzieć o tym, co mi wtedy zrobili. Блядь, nawet byłam gotowa się poddać. Gdyby nie to, że jedna kurwa znalazła mój album ze zdjęciami… i ze śmiechem podpaliła zdjęcie Rusłana, żeby tym sobie przykurzyć papierosa. Coś wtedy przeskoczyło w mojej głowie, i to był jej ostatni papieros w życiu. A tamci idioci zapomnieli, że ja i bez różdżki mogę czarować… więc zdzira wyleciała przez okno i skończyła nadziana na barierki, które otaczały skwerek przed domem. To był taki… bardzo charakterystyczny dźwięk. Nie dało się go z niczym pomylić.
I przez chwilę myślałam, że ucieknę. Oni rozproszeni - tego na pewno nie przewidzieli. Wystarczyło prześlizgnąć się przez drzwi… Nie mogłam się teleportować. Za bardzo bałam się o Ninę. Ale nie zdążyłam.
Najpierw pozbawili mnie ręki, którą niby podniosłam na ich przyjaciółeczkę.
Później usłyszałam “Nullam rem natam”.
Po co - pytasz? Dla Większego Dobra, no bo jakże by inaczej.


Tak naprawdę, to nie wiem, ile przeleżałam w szpitalu. Gapiłam się w stary obdrapany sufit i to była moja jedyna rozrywka. Medycy mówili, że szok. W dupie miałam medyków. Patrzyłam gdzieś w przestrzeń. Nie chciało mi się myśleć, nie miałam siły myśleć o tym, jak tu trafiłam, wlokąc się zakrwawiona przez miasto, przez mokry jak błoto śnieg.
Przychodziła pielęgniarka i pytała, czy chce zobaczyć dziecko. Pożegnać się. Nie chciałam.
Nic nie miało sensu. A nawet nie mogłam się podrapać, bo jedna ręka złamana i usztywniona, a z drugiej nie zostało nic - tylko chujowy kawałek ramienia.
Sytuacja była do dupy i nic lepszego nie mogło mnie już spotkać. Nie mogłam wrócić do tamtego domu, nie po tym, co się stało. Wiesz, jestem pewna, że wtedy ktoś nas zdradził, bo tak po prostu nie dało się obejść ty zabezpieczeń. Ktoś nas sprzedał. Ciekawe czy też wtedy go zajebali? Oby tak.
No i wtedy przybyła w gości do mnie moja babka. Ta stara goblinka tylko łypnęła na mnie i powiedziała, że mam się zebrać do kupy, bo ona już wszystko ma dogadane. W tamtej chwili miałam to gdzieś. Ale tak mnie wkurwiła, że pierwszy raz od Merlin wie ilu dni, zaczęłam wrzeszczeć. Zwyzywałam ją od wszystkiego, co najgorsze. Kazałam wypierdalać. A ona się tylko uśmiechnęła zadowolona, że już nie siedzę bez sensu, tylko coś robię. Ale mam iść, bo robota czeka. Eh, mogłam dopytać, co za robota.... Nauczka na przyszłość.
No więc na czym polegała umowa? Tak więc chodziło o to, że ona mnie dogada z rodziną… goblińską, a oni mi załatwią rękę. Dlaczego nie poprosiłam o pomoc rodziny? No chyba zwariowałeś. O pieniądze prosić? Co ja - żebraczka? Jeszcze czego...
Nie zadawaj głupich pytań, tylko lej. Przydaj się w końcu do czegoś.
W końcu rodzina stworzyła mi o to cudo. Stal i goblińskie srebro. Nie ima się tego rdza, chociaż te stalowe wstawki trzeba z krwi czyścic, bo potem plamy się robią i ciężko chodzi.
No ale. Jak już wiesz - nie ma na tym świecie nic darmo… Więc musiałam to spłacić… a że pieniędzy nie było, to musiałam znaleźć na to inny sposób. Na szczęście albo i nie, umowie było zaznaczone, że w przypadku braku funduszy, zawsze się można dogadać.
Tak na właściwie, to zostałam postawiona pod ścianą. Ale umowa to umowa, a w szczerość akurat tej części rodziny wierzyłam zawsze i powiem ci, że nigdy, przenigdy się na nich nie zawiodłam.
Warunek był taki, że muszę dla nich pracować. Odzyskiwać skradzione i przywłaszczone przez innych Nasze Przedmioty. Ścigać dłużników.
Zgodziłam się na to… Bo to w rzeczywistości była dobra umowa.
Wiesz, nie miałam wtedy też pomysłu na siebie - wszystkie moje plany na przyszłość trafił szlag.
Nie sądziłam, że będę wykorzystywać je w zupełnie inny sposób. Zamiast stawiać zabezpieczenia - rozbrajać je i włamywać się do domów. Zamiast chronić - łapać. Zastawiać pułapki w celu, żeby dopaść, a nie się bronić. Musiałam przypomnieć sobie, jak to jest używać czarnej magii. Ale… tak szczerze, to podobało mi się to. Magia ofensywna była do tego o wiele bardziej przydatna i pozbawiona nieprzyjemnych efektów ubocznych. Trzeba w końcu być kreatywnym, przyjacielu.
Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo lubiłam patrzeć, jak bronią się i uciekają. A ja ich łapałam, łamałam… Albo zabierałam do rodziny, a oni już robili z delikwentem porządek. Taki to błagał o litość o litość. Krzyczał.
Tak miło było w końcu się odegrać. Byle na kim. Jakkolwiek. Zrobić coś ze złością, niemocą i koszmarami.
Wszystko, co dobre już i tak dawno umarło - razem z Rusłanem i Niną.
Wtedy tak myślałam.


Śmieszna sprawa, ale po tych latach pracy dla rodziny i spłacaniu protezy nie mogłam już sobie wyobrazić, jak to jest robić cokolwiek innego. To wszystko jakby… wlazło pod moją skórę i zamieszkało tam na dobre.
Tak że ostatecznie zostałam w tym “biznesie”. Na szczęście nie musiałam specjalnie szukać klientów. Było tylu magicznych czy tam mugoli, którzy mieli problemy z innymi osobami, kradzieżami, interesami, więc że robota była. Nie ograniczałam się. No i miałam już pewną reputację… Jak to się mówi? “Osoba szeroko znana w wąskich kręgach”? Do dupy ten wasz angielski. Po rosyjsku brzmi to lepiej.
Żeby nie było - dbałam o anonimowość. Po tej wpadce z suczkami Grindewalda wolałam nie ryzykować, że znowu jakieś  wjadą mi na chatę… Miałam parę imion, którymi się posługiwałam i twarzy, które ubierałam. Dla magicznych inne. Dla niemagicznych jeszcze inne... Tak sobie myślę, że gdybym znała się choć trochę na miksturach, to zaoszczędziłabym tony złota na eliksirze wielosokowym.
No i wtedy los w końcu się do mnie uśmiechnął.
Musiałam znaleźć jakieś bezpieczne miejsce do zamieszkania. Opcji nie było wiele, ale oszukać mugoli jest łatwiej niż magicznych, tak że ostatecznie wybrałam sobie pokój w komunałce. Stara kamienica. Kiedyś piękna… podzielona na pokoje - w każdej po rodzinie. Wspólna kuchnia, wanna, sracz. Bajka.
Oprócz tego, że za ścianą jakiś zjeb cały czas awanturował się ze swoją żoną.
Wjera - bo tak miała na imię, była dobrą kobietą, czarownicą półkrwi, tym samym typem człowieka, co Rusłan. Kochająca, wyrozumiała… Pytałam ją wielokrotnie, kiedy paliliśmy papierosy w naszej zajebanej praniem kuchni, patrząc na szare podwórko i szare leningradzkie niebo, po co ona daje się tak poniewierać. Przecież jednym ruchem różdżki mogłaby mu zrobić wszystko - wymazać pamięć, złamać kark. Kazać się wynosić. Ale nie. Ona go kochała. Mimo ran i siniaków, które jej robił ten popapraniec… i nie tylko. Wjera miała dwóch synów - bliźniaków. Tak różnych, jak dwie strony monety. Dobre to były chłopaki. Próbowali radzić sobie z tym gównem, jaki serwowało im życie każdego dnia. Byli też moimi bratankami. Dlatego się nimi zajęłam. Pokazałam co i jak w biznesie. Co robić, jak robić, na co uważać. Bo tylko mając żelazne jaja, można sobie radzić w tym życiu. Odpalałam im też pieniądze, za każdą sprawę, w której mi pomogli - czy to z eliksirami czy umawiając mnie z kolejnym klientem na spotkanie.
Widziałam, że są kumaci i że na pewno sobie poradzą. W odróżnieniu od ich matki. Kurwa, z każdym jej krzykiem za ścianą, z każdym odgłosem przewracanych mebli, z każdym siniakiem na jej ciele bardziej się wkurwiałam. Na niego, na nią… jak kiedyś wkurwiała mnie dobroć Rusłana.
Czy to była miłość?
Prawdopodobnie.
I szklanka znowu pusta. Nie masz, przyjacielu, kondycji, oj nie masz.
Pamiętam, to była jesień. '55? '54? Może. Ciemno, zimno, piździ wiatrem znad morza. Roboty chwilowo nie było, więc próbowałam czytać. Szklanka wódki i do przodu. Jak zawsze. Wtedy on znowu zaczął standardowo: krzyk, wyzwiska, brzdęk tłuczonego szkła. Ale to tylko narastało. Kurwa, myślałam, że Wjera nie żyje! Wrzeszczał też, że zabije chłopaków. Ona płakała. Czyli tym razem nie zabił.
Tym razem.
To była ostatnia kropla. Wiedziałam, co się dalej stanie i już nie mogłam się doczekać.
Zauważyłam juz dawno, że zawsze po kłótni wychodzi z domu. Szedł po wszystkim do kiosku po papierosy. Ruszyłam za nim. Noc, nic nie widać - latarnia wysiadła, a ten się zatacza. Najebany w trzy dupy.
Złapałam go, zanim zdążył przekroczyć próg bramy. Zabiłam skurwiela, a ciało wrzuciłam do rzeki. Nie chcesz wiedzieć, co mu zrobiłam, ile bólu zadałam. Ale nikt nie był w stanie go później rozpoznać. Wielu w ogóle miało wątpliwości, czy to w ogóle człowiek, jego ciało. Powiem ci - nigdy tym człowiekiem nie był.
Dolej jeszcze, bo w gardle mi zaschło.
Po tym wszystkim było dobrze. Zamieszkałyśmy razem, a chłopaki w końcu mogły nie chować się po kątach i przychodzić na obiad do domu.
Tu mogłabym skończyć, ale dogadaliśmy się na całą opowieść. Cóż.
Widziałam, że Wjera nadal za nim tęskni. Za tym zjebem i sadystą. Wypatruje go przez okno, pyta, czy może czegoś nie słyszałam na mieście, w końcu obracam się w różnych kręgach… Za każdym razem mówiłam, że nic nie wiem, może się zapił albo wyjechał, bo tacy to tak robią. Ale ona go zaczęła szukać! Wściekłam się. To nie był dobry czas, bo robiłam robotę dla pewnego bydlaka, a tamten mi nie zapłacił. Połamałam mu nogi za to, ale pieniędzy i tak nie nie dostałam. Byłam zmęczona, zła i miałam dość. A tu jeszcze Wjera ze swoim śledztwem. Bawić w detektywów jej się zachciało. To jej mówię - nie ma typa, bo jak wtedy ją najebany pobił, to go utopiłam. Bo się bałam o nią, o to, że ją pewnej nocy zabije.
A wiesz, co ona zrobiła? Wiesz?! Wyjebała mnie z domu. Zakazała mi się zbliżać do niej i do chłopaków. Krzyczała, że jestem potworem.
Czy jestem? Powiedz?
Jebać to. Nie ważne.
Żałuję, tego, że jej to powiedziałam. Mogłam trzymać język za zębami i dalej kłamać, ale nie mogłam. Po prostu nie mogłam. Idiotka. Debilka.
Później wszystko stało się tak szybko. Po jakimś czasie dostałam informację ze sprawdzonego źródła, że poszedł donos do mugolskich władz od innej naszej sąsiadki. Że ona wie, kto zamordował rodzinę, która była jej sąsiadami.
Rodzinę. Tak, nie przesłyszałeś się.
Tego samego dnia dostałam sowę od Pana Złamane-Kolano.
“Zdążyłaś pożegnać się z kochaneczką?”. I pukiel jej włosów.
On ją zabił, jego ludzie, a całą winę zrzucił na mnie. Ебанный урод...
Nie było czasu - musiałam spierdalać. Zgarnąć pieniądze ze wszystkich skrytek i uciekać. Nie wiedziałam, ile on powiedział władzom. Czy doniósł też magicznym służbom porządkowym. Ile swoich kontaktów ruszył. Nie mogłam ryzykować. Chłopakom wysłałam list, żeby spierdalali, ale nie dostałam odpowiedzi. Modliłam się, żeby wszystko było u nich w porządku. Nie wiem nadal… czy przeżyli. Gdzie są i co robią.
Udało mi się tylko ruszyć goblińskie znajomości, podsypując sporawą sumę złota z oszczędności. Ale było warto .
No i znalazłam się tu w Anglii. Na jakiś czas “osiadłam na dno” na Nokturnie. Takie sobie miejsce, ale bywały gorsze.
Chciałam przeczekać... Mieć pewność, że nikt za mną nie ruszy. Tu władza mugolskich traktatów i umów już nie sięgała, a magiczni również nie do końca wiedzieli, kogo szukać. No i zaczęłam pracę w najbezpieczniejszym, jak wtedy mi się wydawało, miejscu świata - Gringottcie. Dział windykacji. Wzięli mnie od razu, bo już słyszeli o moich umiejętnościach. Ale wciąż muszę podszkolić język, bo zapomniałam niektórych niuansów goblideguckiego.
Czy mi się tu podoba? Czy ja wiem.
Wojna to syf. Trupy, bieda, głód. Widziałam już takie obrazki. Ale wojna to też praca i możliwości. Pieniądz w końcu nie śmierdzi. Widziałeś te listy gończe? Ciekawe czy to prawda - ta ilość zer w nagrodzie? Pewnie kiedyś to sprawdzę… Trzeba powoli zaczynać się rozglądać za klientami.
Chociaż… ciekawe, czy zanim rozkręcę interes, miejscowe władze uznają, że my - mieszańce i gobliny, jesteśmy równie mało magiczni co cholerni mugole i szlamy? Niegodni mieszkania w stolicy...
Ale na razie... jest cicho i spokojnie. Mimo krzyków i gówna za oknem.


I oto jestem tu przed tobą. Ja, Zlata Raskolnikova. To nazwisko brzmi dziwnie, jednak przyjemnie jest wrócić do korzeni.
A ty? Już masz, czego chciałeś?
Dobrze.
Teraz pamiętaj, jeśli nie dotrzymasz umowy, to zajebię cię jak psa.


Patronus: Obecnie Zlata nie jest obecnie w stanie wyczarować Patronusa określonej formy. Jednak przed śmiercią jej męża i dziecka, przybierał on kształt niedźwiedzicy - silnej obrończyni i troskliwej matki, która zrobi wszystko, żeby chronić swoje młode. Tym właśnie Zlata chciała być dla swojej rodziny.

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 153 (rożdżka)
Uroki:122 (rożdżka)
Czarna magia:60
Magia lecznicza:10
Transmutacja:00
Eliksiry:00
Sprawność:2Brak
Zwinność:10Brak
JęzykWartośćWydane punkty
rosyjskiII0
angielskiII2
goblideguckiI1
norweskiI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia MagiiI2
KłamstwoI2
NumerologiaII10
ONMSI2
SpostrzegawczośćII10
SkradanieI2
ZastraszanieII10
Zręczne ręceI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
EkonomiaII10
Odporność magicznaI5(+20)
MugoloznawstwoI2
Wytrzymałość FizycznaIII10
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Neutralny--
RozpoznawalnośćI-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Architektura (wiedza)I0.5
GotowanieI0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI0.5
PływanieI0.5
Walka wręczI0.5
WspinaczkaI0.5
ŁowiectwoI0.5
ŁucznictwoI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
Półgoblin- (+0)
Reszta: 0



To go wrong in one’s own way is better than to go right in someone else’s.


Ostatnio zmieniony przez Zlata Raskolnikova dnia 17.02.21 10:44, w całości zmieniany 11 razy
Zlata Raskolnikova
Zlata Raskolnikova
Zawód : Komornik i łowczyni nagród po godzinach
Wiek : 37
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
ultra-violence
OPCM : 15
UROKI : 12
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Półgoblin

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9153-zlata-raskolnikova#276833 https://www.morsmordre.net/t9433-sowa-bez-imienia#286806 https://www.morsmordre.net/t9439-zlata#287045 https://www.morsmordre.net https://www.morsmordre.net/t9434-skrytka-numer-2143#286811 https://www.morsmordre.net/t9432-zlata-raskolnikova#286793

Powrót do góry Go down

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Alkoholizm, zaburzenia psychiczne (lekkie PTSD).
UMIEJĘTNOŚCI
Magia bezróżdżkowa (genetyka półgoblina).

Kartę sprawdzała: Deirdre Mericourt
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zlata Raskolnikova Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down



KOMPONENTYstrączki wnykopieńki x1

[17.02.21] Komponenty (listopad/grudzień)
[18.06.21] [G] Zakupy: Strączki wnykopieńki x1, -50 PM

BIEGŁOŚCI-

HISTORIA ROZWOJU[17.02.21] Karta postaci, -50 PD, -50 PM
[17.02.21] Rejestracja różdżki
[18.06.21] [G] Zakupy: Strączki wnykopieńki x1, -50 PM
[17.07.21] Wykonywanie zawodu: październik-grudzień, +20 PD
[23.07.21] Spokojnie jak na wojnie: +37 PD, +1 PB organizacji
[27.07.21] Zdobyto osiągnięcie: Do wyboru, do koloru; +30 PD
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zlata Raskolnikova Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Zlata Raskolnikova

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach