Wydarzenia


Ekipa forum
Portowa lecznica
AutorWiadomość
Portowa lecznica [odnośnik]05.02.21 12:54
First topic message reminder :

Portowa lecznica

Niegdyś opuszczony budynek będący najprawdopodobniej małą przetwórnią, bądź magazynem. Obecnie w zdecydowanie lepszym stanie przerobiony został na lecznicę. Uszczelniono okna, tynk nie odpada, dach przestał przeciekać, a w podłodze nie utknie już niczyja noga. Otwarta przestrzeń podzielona została na pomieszczenia - dużą salę z poustawianymi w dwóch szeregach łóżkami, kolejną mniejszą ze stołem na środku oraz łazienkę. W żadnym wypadku nie jest to jednak miejsce luksusowe, ale zdecydowanie do zniesienia, jeśli nie ma się oczywiście nadto wygórowanych standardów. Pomoc jednak otrzyma się tu zawsze jeśli tylko ktoś po takową się tu zjawi.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:08, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Portowa lecznica - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Portowa lecznica [odnośnik]11.05.22 11:35
Serce jej się krajało patrząc na młodziutką dziewczynę. Teleportacja czkawka to uciążliwa przypadłość, ale co gorsze niebezpieczna. W końcu nie wiadomo na kogo Sheila trafi następnym razem. - Oczywiście, że możesz i to żaden problem, wręcz nalegam byś do mnie napisała. - Chciała jej pomóc, ale prócz schronienia i leków nie mogła dla niej zrobić nic więcej. Naprawdę odradzałaby jej teleportacje na własną rękę. Jej ciało było osłabione, a magia chwiejna. Mogłoby się to skończyć dla niej tragicznie. - To dobrze. Dolina to bezpieczne miejsce pełne dobrych i pomocnych ludzi. - Tam nic nie powinno im grozić, a przynajmniej taką miała nadzieję. Nie wiedziała jakiej krwi są, ale samo to, że byli cyganami mogło się okazać dla nich niebezpieczne, a już szczególnie tu w Londynie. - Ale to kawał drogi. - Gdyby wciąż mieszkali w Londynie mogłaby ją po prostu zaprowadzić do domu, a tak dalej tkwiły w sytuacji bez wyjścia. Uśmiechnęła się smutno odwzajemniając uścisk dłoni, aby udać się do kuchni i przygotować napar. Zajęło to wszystko chwilę, po której od razu wróciła do dziewczyny. - To zioła, a to eliksir. Jesteś pewna, że nie chcesz tu zostać na dłużej? Wyjaśniła demonstrując fiolkę z eliksirem i zaparzony już napar przelany do słoika. Tutaj byłaby bezpieczna. Mogłaby wziąć eliksir i zostać tu tak długo ile by musiała.
- Nie musisz niczego dla mnie robić w zamian za to Sheila. Nie ma takiej potrzeby. To nic. - Pamięta dobrze jak wielokrotnie zapewniała Jamesa, że nie musi jej się za nic odwdzięczać, ten jednak się uparł i przez jakiś czas pomagał jej w lecznicy całkowicie za darmo. Byli dumni. Dobrze, Przesadne unoszenie się dumą jednak mogło mieć swoje konsekwencje o czym doskonale wiedziała na własnym przykładzie. - Ale z chęcią skorzystam z twoich usług, za które oczywiście zapłacę. Słyszałam, że jesteś naprawdę zdolną krawcową, a mi faktycznie przydałoby się kilka nowych rzeczy. - Zasugerowała nie chcąc jej urazić i faktycznie myśląc o tym, aby z usług Sheilii skorzystać. Będzie musiała odłożyć nieco grosza, bo nie chciała niczego za darmo szczególnie wiedząc, że rodzeństwu się nie przelewa, a każdy knut się liczy. - Daj mi jeszcze sekundę. - Rzuciła na moment zostawiając dziewczynę samą w salonie, aby po kilku minutach wrócić z zarzuconymi na przedramieniu grubszą, ciemnozieloną sukienką, rajstopami, szalikiem i trzymanymi w dłoni botkami. - Sukienka powinna pasować, nie wiem jak buty. Możesz się przebrać w łazience. - Wyjaśniła kładąc buty na podłodze, a ubranie na oparciu kanapy. Biedactwo wyglądało jak siedem nieszczęść w koszuli nocnej, za dużym płaszczu i bez butów na nogach. Na dodatek była przemarznięta. Był styczeń, a pogoda nie rozpieszczała. Chociaż tyle mogła dla niej zrobić.

[bylobrzydkobedzieladnie]


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.



Ostatnio zmieniony przez Yvette Baudelaire dnia 17.05.22 8:50, w całości zmieniany 2 razy
Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Portowa lecznica [odnośnik]16.05.22 1:43
- Dziękuję, jest pani ideałem. – Spojrzenie, które obecnie kierowała w stronę Yvette, przypominało swoim spojrzeniem smutnego szczeniaka, a jednocześnie takiego, który wciskał się pod ramię, głodny jakiejkolwiek emocji czy okazanej troski. Całą swoją wiarę i nadzieje przelewała w takim momencie na tę jedną dłoń, która nie uderzała, ale która z troską wydawała się otaczać opieką. Taką, na ile oczywiście pani Baudelaire mogła sobie pozwolić. Szkoda, że więcej osób nie rozumiało, jak ważna była tutaj jej rola i jak wiele osób zawdzięczało jej obecności to, że jeszcze chodzili po tym świecie. Ale prawda była taka, że wiele osób nie doceniało czegoś, dopóki tego nie straciło. Tak samo jak ona.
- Mam nadzieję. Chciałabym znowu szyć…dostałam parę poleceń od Neali, ale…nie wiem czy w ogóle ktoś zainteresuje się przyjęciem mnie. – Oraz tym, aby w ogóle mogła tam pracować, bo znając Jamesa i Thoamasa, odstawią coś prędzej czy później. Nie chciała tego. Nie chciała kolejnych ucieczek bo wszędzie palili za sobą mosty, gotowi do zrobienia wszystkiego co najgorsze, kiedy chcieli dobrze. A wychodziło oczywiście jak zawsze.
- Wystarczy takie zapewnienie i na pewno dam sobie radę… - uścisnęła dłoń, tak bledszą od niej, a jednocześnie nie mniej spracowaną. Miała teraz wyrzuty sumienia, że jakkolwiek pozwoliła Yvette zestresować się, sprawiając, że sama pani Baudelaire miała dodatkowe zmartwienie. A przecież nigdy nie chciała być problemem. Przysunęła ostrożnie sobie pergaminy oraz pióro, niczym niewprawne w pisaniu dziecko na nowo skrobiąc list, litera po literze. Nie było to nic wielkiego, ale mogło zapewnić Eve, że jest cała i zdrowa i że wróci do domu jak tylko da rade i teleportacja wyda się bezpieczna. Zwłaszcza, że w wypadku Londynu i tak mowa była o tym, aby jednak najpierw schować się i przemknąć na oberża, aby stamtąd móc w końcu się teleportować do domu.
- Ale chcę…zdobędę materiały, a pani może tylko zapłacić za robociznę. – Westchnęła cicho, pozwalając sobie na zaznanie chwili spokoju. Słodkiego spokoju, którego dawno nie miała, ale który teraz wydawał się przynajmniej w zasięgu spojrzenia. Ostrożnie też przebrała się przy Yvette, nie czując żadnego skrępowania, zwłaszcza, że uzdrowicielka pewnie nie jeden raz widziała kogoś, kto nie miał na sobie całego odzienia. Buty były nieco zbyt wielkie, ale przecież to żaden problem, prawda?
- Dziękuję, odeślę je jak tylko będę mogła… - drgnęła, kiedy na nowo poczuła to dziwne uczucie. Nie, nie, nie chciała tego! Chciała już wrócić, bez jakiegoś rzucania jej, z miejsca na miejsce. Wyciągnęła dłoń do Yvette, nie zdążyła jednak powiedzieć nic kiedy świat rozmył się na nowo.
Hep!


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Portowa lecznica [odnośnik]17.05.22 9:16
Rozchyliła usta w szczerym zaskoczeniu na słowa Sheili. Niezwykle jej to schlebiało, ale było dalekie od prawdy. Nie była ideałem. Czasami zastanawiała się nawet czy była w ogóle dobrym człowiekiem. Zawstydzona uciekła na moment spojrzeniem, aby po krótkiej chwili znów przenieść swój wzrok na piwno-zielone tęczówki, w których odbijał się smutek w jej własnych oczach. - Nikt nim nie jest. - Nie było takich ludzi, bez wad, bez błędów, a już na pewno nie ona. - Lady Weasley? Krawcowe zawsze będą potrzebne, szczególnie dobre. Myślę, że na pewno znajdą się chętni. Jedną klientkę już masz. - Jeśli zacznie wykonywać zlecenia słowo pochwały o niej powinno pójść dalej. Sama z chęcią ją poleci jeśli tylko ktoś będzie potrzebować usługi krawcowej.
Odpowiedziała na uścisk dłoni odwzajemniając go i posyłając dziewczynie uśmiech, aby w końcu odsunąć się by dziewczyna w spokoju mogła napisać list. - Każdy Doe jest tak uparty? - Zapytała kręcąc głowę, ale wciąż się uśmiechając. Nie chciała z nią już o tym dyskutować, ale taka opcja nie wchodziła w grę. Zapamięta, aby najpierw kupić materiały, a później dopiero skontaktować się z dziewczyną. Potrzebowali w końcu pieniędzy jak każdy, a może nawet i bardziej. Nie będzie jej wyzyskiwać.
Odwróciła się, aby dać dziewczynie nieco prywatności zauważając, że ta ma zamiar przebrać się jednak tutaj. Faktycznie nie miała nic przeciwko. Nie pierwszy i nie ostatni raz widziała kogoś w niepełnym odzieniu, bądź w jego braku. Nie zawstydzało ją już to, ani nie gorszyło. Ciało było po prostu ciałem. Podczas gdy szatynka się przebierała ona ujęła w dłonie męski płaszcz, w którym się u niej zjawiła, aby w jego kieszenie wsadzić słoik i fiolkę z eliksirem. Miło z czyjeś strony, że go dziewczynie podarował. Widząc, że Sheila skończyła się przebierać podała jej płaszcz, aby się nim okryła. - Nie kłopocz… - Przerwała zauważając pełne niepokoju spojrzenie dziewczyny. I ona wyciągnęła do niej rękę, ale zanim mogła jej dosięgnąć była już sama w pomieszczeniu. - …się. - Westchnęła marszcząc brwi w zmartwieniu opuszczając dłoń. Miała nadzieję, że dziewczyna trafiła w bezpieczne miejsce. Opuściła dłoń spoglądając na skreślony do Eve list pozostawiony w zapomnieniu. Sheila zdążyła go dokończyć przed teleportacją. Nie przeczytała go, ale pozwoliła sobie skreślić jeszcze kilka słów od siebie o tym, że dziewczyna znów się gdzieś przeniosła, o eliksirze i ziołach jakie jej podarowała i o tym, że jeśli blondynka otrzyma jakiekolwiek wieści od razu do niej napisze. Złożyła pergamin i włożyła go do koperty natychmiast przekazując go Antaresowi by ten poniósł wieść dalej.

| ztx2


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Portowa lecznica [odnośnik]11.06.22 22:09
29.04
Nie przepadał za osobistym odbiorem przedmiotów, które interesowały niektórych z jego klientów - a jednak wojna sprawiała, że o ile rąk do pracy wciąż przybywało, bo każdy potrzebował kawałka chleba, tak nie każdy nadawał się do wszystkich zadań. O niektórych klientów i niektóre przedmioty powinni zadbać dodatkowo z odpowiednią troską, nie mogli sobie pozwolić na spadek jakości lub jakieś wypadki po drodze, szczególnie w takich dzielnicach Londynu jak port - śmierdzący rybami i szczynami, przepełniony szczurami. Odnosił czasem wrażenie, że bezpieczniejszy był Nokturn niż dzielnica portowa.
W jego torbie znajdywał się worek ze skóry widłowęża, który krył w sobie niewielki przedmiot - pięknie zdobiony kompas, który z pewnością przykuwał wzrok i był niezwykłym podarkiem. Oyvind nie mógł się doczekać, aby nieco przyjrzeć się przedmiotowi na zapleczu - głównie przez ręcznie malowaną tarczę. Historia przedmiotu, zgodnie z opisem który otrzymywali od klienta, była niezwykła - na kompas podobno wielokrotnie były nakładane różnorodne klątwy, przez co z czasem, przechodząc z pokolenia na pokolenie i będąc przez lata wystawionym na działanie czarnej magii, zaczął przejawiać niezwykłe właściwości. Trudno było dokładnie zidentyfikować dokładną ilość czy działanie klątw, było to z pewnością swego czasu wyzwanie, któremu nie mógł się doczekać, aby się poddać.
Przechodząc kolejną uliczce, zerknął na moment na niebo. Zaczynało padać - chociaż już dzisiaj pogoda jasno dawała o sobie znać. Lubił deszcz i wilgoć, chłód był czymś co stanowczo preferował ponad ciepłymi dniami, więc kwiecień w pełni spełniał jego oczekiwania.
Nie zwrócił uwagi na schody, przy których się zatrzymał czy stukot butów, który z nich dochodził w pośpiechu. Kto i po co mógłby się śpieszyć tutaj w porcie? Ci ludzie nie mieli miejsc, w których potrzebowali być - wręcz przeciwnie, mogliby skryć się w swoich norach i nigdy więcej nie wychodzić na zewnątrz. Nawet zapach by się nie zmienił.
Przesunął wzrokiem za przebiegającym szczurem, krzywiąc się w niezadowoleniu.
Poprawił swój czarny płaszcz, chwycił dotychczas zwinięty parasol aby go otworzyć, kiedy usłyszał krótki pisk czy krzyk, może westchnięcie? Bliżej nieopisany kobiecy głos, a kiedy obrócił się w bok, zareagował intuicyjnie, łapiąc kobietę mocno za ramię i podtrzymując, kiedy ta wyraźnie poślizgnęła się na wciąż mokrych od poprzedniego deszczu schodach. Przytrzymał ją bez słowa, pozwalając aby znalazła w nim podparcie, ale prędko uświadamiając sobie, jak blisko znalazła się torby. Nie dał jednak po sobie poznać, że coś mogłoby być nie tak - przez jego umysł jednak od razu przebiegło zwątpienie i niepewność. Czy czarnomagiczny przedmiot znajdywał się w worku? Czy przeklęty kompas nie mógł przypadkiem wypaść? Sprawdzał dokładnie czy skóra widłowęża dokładnie okrywa jego przesyłkę - ale nie mógł nigdy mieć stuprocentowej pewności.
Uśmiechnął się łagodnie, wciąż nie puszczając kobiety. Musiał się upewnić, że wszystko było w porządku - a jeśli nie, to kobieta mogła być doskonałym okazem badań.
- Oh... przepraszam bardzo, nic pani nie jest..? Proszę, powoli... potrzebuje pani pomocy? Śliskie schody są naprawdę problemowe. Proszę się oprzeć, proszę się nie wahać, może pani iść? - zapytał, nie widząc dokładnie upadku kobiety. Poślizgnęła się, źle stanęła i skręciła kostkę? Mógł zaoferować swoją pomoc w obejrzeniu jej nogi - i spróbować zorientować się pod tą przykrywką czy żadna klątwa się jej nie trzymała.


I den skal Fienderne falde

Dalens sønner i skjiul ei krøb
Oyvind Borgin
Zawód : Pracownik Borgin and Burkes, specjalista od run nordyckich
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Hide away the proof that I had loved you
Never see the truth, that final breakthrough
OPCM : 7
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9 +2
CZARNA MAGIA : 16 +3
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11114-oyvind-borgin#342285 https://www.morsmordre.net/t11189-frode https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f419-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t11191-skrytka-bankowa-nr-2433#344452 https://www.morsmordre.net/t11190-oyvind-borgin#344451
Re: Portowa lecznica [odnośnik]22.06.22 3:58
Od momentu, gdy w jej życiu na nowo pojawiła się Celine praktycznie całą swą uwagę skierowała właśnie na nią pracę odkładając na drugi plan. Prócz rzeczy pilnych starała się unikać jakikolwiek zleceń, aby opuszczać dom tylko gdy było to konieczne. Nie mogła jednak już dłużej zaniedbywać swoich obowiązków, nie gdy była potrzebna. Obawiała się jednak zostawiać dziewczynę samą, a i każda chwila z nią spędzona była czarownicy droga i doceniona jak nigdy wcześniej. Trzymanie jej pod kloszem nie miało jednak jej pomóc. Celine musiała pomału wracać do normalnego życia, o ile można było to w ogóle w ten sposób nazwać. W czasie wojny, po tym co przeszła... Starała się jej w tym pomóc jak tylko mogła, nie była jednak w stanie zaoferować jej profesjonalnej pomocy, której przecież potrzebowała. Dlatego właśnie wysunęła prośbę w tej sprawie do Hectora. Nie poradzą sobie z tym same. Potrzebowały pomocy. Pojawiły się też nowe zmartwienia. Była ich teraz trójka. Co prawda zima się skończyła, ale wciąż nie było łatwo, co mogła poczuć nawet po tych kilku straconych zleceniach w tym miesiącu. Dzisiejszą wizytą w porcie nie zarobi na chleb, ale korzystając z okazji uda się popołudniem do innej części Londynu z wizytą domową.
Z torbą przerzuconą przez ramię zjawiła się w swoim dawnym mieszkaniu. Zwykle Dorothy towarzyszyła jej u pacjentów, bo choć nie miała predyspozycji do nauczenia się magii leczniczej tak lubiła pomagać jak mogła. Dziś jednak postanowiła zostać w domu z racji tego, że jej młodsza córka pochorowała się. To właśnie nią Yvette zajęła się w pierwszej kolejności zbijając jej temperaturę i podając odpowiednie leki. Zeszło jej tam dłużej niż zakładała nie tracąc okazji na rozmowę z kobietą. Orientując się jednak jak późno już było ubrała płaszcz w pośpiechu w przelocie poprawiając upięte włosy, które nijak przez wilgoć w powietrzu dziś z nią nie współpracowały. W końcu gdy udało im się z Dorothy pożegnać ruszyła w dół stromych schodów w pośpiechu nie chcąc tracić ani chwili więcej. Spojrzała przelotnie na niebo czując na policzkach spadające na nowo krople deszczu. Pogoda zdecydowanie ostatnio nie rozpieszczała.
Była już praktycznie na ostatnich schodkach, gdy poczuła jak ugina się pod nią noga, a ona traci równowagę. Wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk wystawiając ręce w poszukiwaniu czegokolwiek, aby móc się tego złapać i powstrzymać, bądź chociaż zamortyzować upadek. I znalazła. Zacisnęła kurczowo dłonie na materiale płaszcza mężczyzny, który zdążył ją złapać. Dzięki temu, że wciąż ją podtrzymywał była w stanie odnaleźć równowagę i stanąć pewnie na nogach, a raczej jednej. Próba postawienia lewej stopy na bruku skończyła cichym jękiem bólu. Zawstydzona i skruszona w końcu uniosła wzrok do góry by móc spojrzeć na mężczyznę, który ją złapał i na dodatek uprzejmie oferował pomoc. - To ja pana najmocniej przepraszam. - W końcu to ona wpadła na niego, a nie ona na nią. Co za wstyd... Postawiła krok w tył chcąc zwiększyć dystans między nimi z mizernym jednak skutkiem, bo wciąż nie mogła w pełni stanąć na lewą stopę. Gdyby nie to, że wciąż ją podtrzymywał pewnie skończyłaby na mokrym bruku.- Raczej nie za daleko. - Westchnęła próbując poruszyć bolącą stopą w powietrzu. Nie była złamana, ale kostka była na pewno zwichnięta, albo skręcona. - Gdyby pomógł mi pan wejść do środka byłabym wdzięczna. Muszę usiąść żeby móc obejrzeć tą nogę. - Poprosiła zerknąwszy na drzwi do lecznicy, od razu wykluczając opcję z wejściem po tylu schodach do dawnego mieszkania, a później przenosząc swój wzrok znów na górującego nad nią mężczyznę. Miała nadzieję, że prośba nie była zbyt nachalna. Nie chciała nadużywać jego uprzejmości. Poczekała na jego odpowiedź, aby razem z nim udać się w kierunku drzwi. Wolną dłonią odszukała w kieszeni płaszcza klucz do lecznicy dzięki, któremu mogli dostać się do środka. Była szczerze zdziwiona, że jeszcze nikt się tu nie włamał. Co prawda niewiele po sobie tu zostawiła. Gołe łóżka i szpitalny zapach, którego nie zdążyła jeszcze zakryć stęchlizna. - Bardzo panu dziękuję, panie...?


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Portowa lecznica [odnośnik]22.06.22 11:21
Nie puścił kobiety, nawet kiedy zobaczył że ta próbuje się odsunąć. Jeszcze tego mu brakowało, żeby musiał ją łapać ponownie na śliskich schodach. Raczej wątpił, aby kobiecie stała się zbyt wielka krzywda, przynajmniej w fizycznej kwestii, kiedy sam wciąż nie był pewny czy przypadkiem nie dotknęła przedmiotu znajdującego się w jego torbie.
Uśmiechnął sie przyjaźnie na jej nieśmiałą prośbę - tak jak zwykł robić to względem klientów.
- Oczywiście, proszę się nie martwić. Mogę pani pomóc z kontuzją - zapewnił, bo choć nie znał się na magii lecznicznej, potrafił udzielić pierwszej pomocy i reagować na podobne urazy. Co prawda jego umiejętności wynikały z innych potrzeb niż niesienie pomocy, jednak rzucenie zaklęcia z dziedziny uzdrawiania mogło być również doskonałym argumentem do wyciągnięcia różdżki przy kobiecie i upewnieniu się, że klątwa na nią nie przeszła. Jeśli przedmiot dotknąłby jego, był w końcu w stanie poradzić sobie z klątwą w późniejszym czasie.
- Proszę się oprzeć, i powoli. Dostosuję się do pani tempa, tak aby nie narazić bardziej nogi - zapewnił, układając się za kobietą i prowadząc ją po schodach, pozwalając oprzeź się na sobie, kiedy przychodził moment stanięcia na rannej kostce.
Poczekał aż kobieta otworzy drzwi, chociaż wnętrze go delikatnie zaskoczyło. Nie dał tego jednak po sobie poznać, wciąż zachowując delikatny i przyjazny uśmiech, w głębi zastanawiając się w jakim miejscu tak naprawdę teraz się znaleźli. Gdyby zapach był gorszy, mógłby uznać to za jedną z portowych umieralni - choć tak naprawdę przy braku czegokolwiek w środku, równie dobrze mogła właśnie tym być, a czystość była wyłącznie pozorami. Szpitalny zapach w końcu był czymś, co pozostawało charakterystycznym nawet pomimo prób pozbycia się go.
Zaprowadził kobietę na jedno z łóżek, pozwalając jej na nim usiąść, odkładając na bok zarówno swój parasol jak i torbę - choć tę na podłodze przy nodze łóżka, z daleka od nieznajomej, nie chcąc ryzykować wpływu na nią czarnomagicznego przedmiotu.
Zaraz jednak klęknął przed kobietą. Zdjął jedną z rękawiczek, aby móc lepiej wyczuć, na czym polegało uszkodzenie. Jeśli nie było niczym poważnym, powinien sobie z nim poradzić bez większych komplikacji.
- Przepraszam, mogę? - zapytał, zaraz po tym ostrożnie zdejmując buta kobiety, odkładając go z dbałością na nadgryzioną czasem posadzkę. Może nigdy nie była najlepszej jakości, a może jej stan świadczył wyłącznie o wieku?
Przyglądał się jej stopnie. Nie mógł mieć pewności, ale kostka rzeczywiście zdawała się już zaczynać puchnąć - zwykłe skręcenie? Nie był uzdrowicielem i nigdy do niego nie aspirował, ale stanowczo z podobnym urazem mógł sobie poradzić, nie była to wszak zaawansowana magia.
Słysząc jednak pytanie, przesunął powoli wzrok ze stopy kobiety na jej twarz, nie podnosząc się jednak z ziemi. - Och, oczywiście. Proszę wybaczyć, gdzie moje maniery. Zbyt mocno zaaferowałem się niesieniem pomocy - powiedział, ponownie okazując kobiecie delikatny i łagodny uśmiech nim podał jej swoje imię. Powinien skłamać? Podać się za kogoś innego? W końcu nie znał blondynki siedzącą przed nim na łóżku. Powinien mieć ograniczone zaufanie względem ludzi spotykanych w porcie - ale często jego nazwisko wystarczało do zapewnienia sobie spokoju. W końcu różne legendy krążyły po ulicy Śmiertelnego Nokturnu, ale również i o podejrzliwym sklepie. Jednym Borgin & Burke nic nie mówił, kiedy inni mogli słyszeć różnorodne plotki na temat lokalu. - Oyvind Borgin - przedstawił się, przesuwając wzrokiem po prędce po dłoniach potrzebującej pomocy. Powinien zrobić to szybciej, ale zupełnie mu to uciekło z myśli. Wrócił z powrotem do jej twarzy, wbijając swoje chłodne spojrzenie w jej oczy. - A panna..? - dopytał, nie dostrzegając chwilę wcześniej na jej dłoniach obrączki. Samotna kobieta żyjąca w porcie? Nie zdawała się być podlotkiem, bardziej określiłby ją już jako dojrzałą, choć wcale nie pozbawioną uroku. Co więc było powodem podobnego stanu?
Przesunął dłonią na jej stopie, sięgając również po swoją różdżkę.
- Czy konkretny zakres ruchów sprawia pannie dyskomfort?


I den skal Fienderne falde

Dalens sønner i skjiul ei krøb
Oyvind Borgin
Zawód : Pracownik Borgin and Burkes, specjalista od run nordyckich
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Hide away the proof that I had loved you
Never see the truth, that final breakthrough
OPCM : 7
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9 +2
CZARNA MAGIA : 16 +3
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11114-oyvind-borgin#342285 https://www.morsmordre.net/t11189-frode https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f419-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t11191-skrytka-bankowa-nr-2433#344452 https://www.morsmordre.net/t11190-oyvind-borgin#344451
Re: Portowa lecznica [odnośnik]24.06.22 10:48
Nie spodziewała się pomocy kogokolwiek. Złapanie jej to jedno, ktoś zdarzył się być u dołu schodów w odpowiednim czasie, ale to, że w dalszym ciągu chciał jej pomóc, asekurować i odprowadzić... Niby nie było to nic dużego, ale z bezinteresownością nie spotykała się nad wyraz często. - Zna się pan na tym? - Zapytała zaciekawiona z kim w ogóle miała do czynienia. Nie widziała go tu nigdy wcześniej, a wyglądał na tyle charakterystycznie, że miała wrażenie, że by go na pewno zapamiętała. Blond-miedziane włosy rzucały się w oczy z daleka, choć ją osobiście bardziej zainteresowały jego nienaturalnie wręcz jasne spojrzenie. - Dziękuję, to bardzo miło z pana strony. - Odwzajemniła jego uśmiech korzystając z zaoferowanej pomocy. Poprawiła wciąż przewieszoną przez ramię torbę chwytając mężczyznę za ramię i w razie potrzeby przenosząc swój ciężar na niego. Na szczęście od drzwi dzieliło ich zaledwie kilka metrów. Wciąż była jednak zawstydzona zaistniałą sytuacją. Tym, że w tak idiotyczny sposób się kontuzjowała i bliskością mężczyzny. Absolutnie nienachalną, jak mniemała, skrywającą za sobą wyłącznie dobre intencje. Była to jednak dla niej nowość. To ona zawsze była osobą niosącą pomoc, inicjującą dotyk, oczywiście wyłącznie o charakterze medycznym. Teraz rolę się odwróciły. - Przepraszam za to jak tu wygląda. Lecznica jest już zamknięta od jakiegoś czasu. - Zerknęła na mężczyznę wchodząc wraz z nim do środka. Wcześniej też nie była zbyt reprezentatywna. Zrobiła wszystko by doprowadzić to miejsce do stanu użytkowalności, gdy jeszcze mieszkała w porcie wkładała w to miejsce każdego zaoszczędzonego knuta. Jej środki były jednak niewystarczające by uczynić to miejsce takim o jakim marzyła.
Z pomocą mężczyzny usiadła na materacu najbliższego łóżka będąc przekonaną, że zaraz się z nim pożegna, a ich drogi się rozdzielą. Nie kryła zdziwienia widząc, że mężczyzna zamiast się odwrócić i pójść w swoją stronę, uklęknął przed nią chcąc w dalszym ciągu jej pomóc. Sam zaoferował, ale wciąż... - Proszę. - Zgodziła się cicho obserwując jak ostrożnie zdejmuje z jej nogi but próbując ocenić powagę kontuzji. Zamrugała kilkukrotnie, a jej policzki okrył lekki rumieniec, gdy intensywne spojrzenie jasnych oczu pomału zarysowało ścieżkę od jej stopy do jej twarzy. - Proszę nie przepraszać, nie ma w tym nic złego. - Gdyby każdy rozkojarzył się niesieniem pomocy świat byłby lepszy. Obcobrzmiące imię i znajome nazwisko sprawiło, że spojrzała na niego w nieokreślonym spojrzeniu. Borgin. Posiadała wiedzę o ich pochodzeniu, bliskich konotacjach z rodziną Burke, o sklepie na Nokturnie, ale co najważniejsze o poglądach. Dotyk na jej nodze palił teraz jeszcze bardziej niż wcześniej. - Pani. - Poprawiła go mimowolnie kciukiem ocierając po palcu serdecznym tej samej dłoni. Nie było na nim nic. Po obrączce nie było nawet śladu. Żadnego wgniecenia w skórze, czy odbarwienia. Nic co świadczyłoby, że kiedyś nosiła na palcu pierścionek. Czy gdyby teściowa go jej nie zabrała w ogóle by go zdjęła? Wydaje jej się, że nie. Zawsze była sentymentalna, a Edmond był dla niej ważny. Był dobrym mężem i przyjacielem. Nie potrzebowała przypomnienia o tym w postaci pierścionka, ale byłoby miło wciąż go mieć. - Yvette Baudelaire, miło mi. - Choć okoliczności nie były sprzyjające. Posłała kolejny uśmiech mężczyźnie samej zerkając przelotnie na jego dłoń również i na jego palcu nie odnajdując obrączki. - Pośpiech to nie najlepszy doradca. - Pokręciła głową na swoją własną nieostrożność. Tak się spieszyła do pacjentów, że sama została jednym. Też był uzdrowicielem? Wstrzymała na krótki moment oddech widząc jak wyciąga różdżkę i przesuwa dłonią po jej nodze. Teraz już wiedziała jak to jest gdy rolę się odwracają. Słysząc zadane pytanie pochyliła się do przodu podciągając nieznacznie materiał spódnicy by móc samej spojrzeć na nieszczęsną stopę poruszając nią nieznacznie i samej jej dotykając w miejscu, które najbardziej ją bolało, zaraz obok dłoni mężczyzny. - To staw skokowy. Skręcenie. Nie doszło do deformacji. - Obrzęk był jednak spory, a na kostce zaczynał formować się krwiak, więc musiało dojść do uszkodzenia wiązadeł. Nie było to jednak nic poważnego.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Portowa lecznica [odnośnik]24.06.22 14:22
Nie był uzdrowicielem, nie zajmował się niesieniem pomocy czarodziejom - choć zależało, jakiego rodzaju pomocy ci oczekiwali. Niektóre życzenia i potrzeby, pracując w sklepie na Nokturnie, był w stanie spełnić. Ale leczyć? Nie, nigdy nie miał do tego pociągu, choć podstawowa pierwsza pomoc szła w parze z anatomią. Jeśli wiedział jak wyglądało ciało ludzkie, często wiedział jak poradzić sobie z niektórymi drobnymi urazami.
- Leży to w zakresie moich umiejętności - odpowiedział, choć stanowczo swojej wiedzy zwykle stosował w zupełnie innych okazjach. Ocena komponentów i składników, które przychodziły do sklepu na wykonanie baz pod klątwy - czasem innych, prywatnych zamówień. Ludzie potrzebowali różnych przedmiotów na różne potrzeby - i nie było to jego zadaniem, aby dopytywać o szczegóły.
Zanotował od razu, że ta umieralnia, czy raczej lecznica, była w opiece kobiety. Cóż, wyglądała z pewnością lepiej niż niejedno miejsce w porcie - ale wcale nie znaczyło to wiele. Było wręcz puste, stanowczo czyste, ale wyraźnie brakowało tutaj wielu przedmiotów.
- Proszę się tym nie martwić - zapewnił od razu, wiedząc przecież doskonale, że to miejsce nie stało nawet obok świętego Munga, a ciekawe czy nie było i gorzej zaopatrzone niż chociażby prywatny uzdrowieciele, których czasem można było spotkać na Nokturnie i w innych rejonach Londynu?
Przez jego myśli od razu przetoczyły się podejrzenia, którym jednak nie dał jednak wypłynąć na swoją twarz. Była wdową, mężatką która nie nosiła obrączki? Jakie były powody braku pierścionka? Wywodziła się rzeczywiście z Francji - i czy jej panieńskim nazwiskiem było Baudelaire? Czy jednak to należało do jej męża, skoro nie była już panną?
Jeśli nie urodziła się jako Baudelaire - z pewnością otrzymała należytą edukację w swojej rodzinie. Można było to w końcu ocenić po sposobnie rozmowy czy nawet ruchach, które zdawały się teraz jeszcze wyraźniejsze. Ludzie z ulicy nie zachowywali się w taki sposób, nie pilnowali tych drobnych grzeczności i nie posiadali pewnego rodzaju gracji w swoich ruchach - a jednak znajdywała się tutaj w porcie. Co Baudelaire robiła w podobnej dzielnicy? Żona, wdowa? Do tego samotnie, bo nawet jeśli gdzieś w okolicy powinien znajdywać się jej mąż to wyraźnie był nieobecny. - Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział, pozwalając sobie tymczasowo nie uścisnąć dłoni kobiety - tym bardziej nie w pozycji, w której się znajdywali. - Choć muszę przyznać, że nie spodziewałbym się w podobnym miejscu kogoś noszącego tak szanowane nazwisko na salonach - dodał, nie wchodząc zbytnio w sam fakt, że jako Borgin sam właśnie znajdywał się w dzielnicy portowej. W końcu on był mężczyzną - i wykonywał pracę, która czasem wymagała od niego zapuszczenia się w miejsca, które niekoniecznie go fascynowały.
- Precyzja z reguły wymaga czasu, błędy są wynikiem jej braku - zgodził się, już od dziecka przecież ucząc się jak istotna jest rozwaga i ostrożność. Dorastając w domu, który przepełniony był różnego rodzaju magicznym rzemiosłem - ale również i czarnomagicznymi artefaktami czy klątwami, wiedział jak istotnym było zachowanie ostrożności. Może stąd wynikał jego spokój? Jak i z podróży do Norwegii?
Widząc jak kobieta nieco podciąga materiał spódnicy, oparł jej stopę na swoim kolanie. Dłonie skierował do materiału okalającego jej nogi i delikatnie podwinął jego spód do środka, tak aby sam się przytrzymał - a może i Yvette poczuła nieco bardziej komfortowo, nie musząc się obawiać, że coś przypadkiem zostanie podejrzane. Robiąc to, Oyvind również spoglądał wyżej na twarz rozmówczyni, a nie na jej nieco odsłonięte kostki i ciut więcej.
Po tym już wrócił dłonią do stopy kobiety, podnosząc na nią ponownie wzrok. Zdawał się niewzruszony jej bliskością - choć może delikatnie się uśmiechnął na jej rumieniec. Czuła się niekomfortowo? Była zawstydzona sytuacją, w której się znalazła?
- Szczęście w nieszczęściu, pani Baudelaire. Zaklęcie powinno szybko wszystko zagoić - zgodził się, choć wcale nie umknęła jego uwadze znajomość kobiety. Była uzdrowicielką? Pracowała... tutaj? Chociaż z pewnością trudno było nazwać to pracą jeśli sama wspomniała chwilę wcześniej, że miejsce jest zamknięte. Jeśli takie było, tym bardziej napataczało się pytanie, dlaczego tutaj się znajdywała?
- Arcorecte - wypowiedział cicho, celując różdżką w kostkę pani Baudelaire, uważnie skupiając się na przepływie magii, która nigdy silnie nie leżała w zasobie jego specjalizacji. Jednak leczenie skręceń i drobnych urazów okazywało się być przydatną umiejętnością.
Magia jednak była jednym - a właściwy odpoczynek zupełnie inną kwestią.
Odłożył na moment różdżkę. Czy gdyby kobieta była pod wpływem klątwy, nie dostrzegłby już sygnałów o tym? Powinien sprawdzić swoją torbę, wątpił w końcu w pierwszej kolejności, aby przedmiot wypadł z zabezpieczającego go woreczka i stanowił zagrożenie.
Ułożył obie dłonie na stopie kobiety, delikatnie rozmasowując miejsce, które wskazała na najbardziej bolące.
- Jest lepiej? Nie jestem biegły w magii leczniczej, często niektóre zaklęcia wymagają nieco więcej czasu na zadziałanie, jednak mam nadzieję, że za moment niewygoda minie - powiedział, wzrokiem skupiając się na twarzy kobiety. Było widać na niej znaki mieszkania w porcie - nie w miejscu, w którym podejrzewałby o mieszkanie kogoś o nazwisku Baudelaire. Pracowała tutaj charytatywnie? Czy w ogóle można było określić to pracą?
- Może powinniśmy zawiadomić pana Baudelaire o wypadku? Warto byłoby, aby ktoś panią odeskortował do... miejsca docelowego - powiedział, bo w końcu kobieta wyraźnie była w pośpiechu na schodach lecznicy.


I den skal Fienderne falde

Dalens sønner i skjiul ei krøb
Oyvind Borgin
Zawód : Pracownik Borgin and Burkes, specjalista od run nordyckich
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Hide away the proof that I had loved you
Never see the truth, that final breakthrough
OPCM : 7
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9 +2
CZARNA MAGIA : 16 +3
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11114-oyvind-borgin#342285 https://www.morsmordre.net/t11189-frode https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f419-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t11191-skrytka-bankowa-nr-2433#344452 https://www.morsmordre.net/t11190-oyvind-borgin#344451
Re: Portowa lecznica [odnośnik]02.07.22 23:37
Leżało to w zakresie jego umiejętności... zaciekawiło ją to. Odpowiedź była zdawkowa i wymijająca. Cóż, nie musiał zdradzać jej swojej profesji. Nie był w żaden sposób zobowiązany, aby to zrobić. Wiedza z zakresu anatomii i uzdrawiania nie była jednak w zasięgu każdego. Takich rzeczy nie uczono w Hogwarcie, ni w Beauxbatons. Jak każda dziedzina naukowa wymagała czasu i poświęcenia w zdobywaniu na jej temat wiedzy. Zaimponowało jej to. Nie dopytywała. Nie ciągnęła tematu. Uwierzyła mu na słowo chcąc zobaczyć co mężczyzna faktycznie potrafił.
Wnętrze lecznicy nigdy nie zachwycało, teraz jednak było po prostu puste. Wszystko co mogła i było jej potrzebne zabrała ze sobą, bo w tych czasach jak nigdy należało szanować każdą jedną rzecz i złamanego knuta. Nigdy nie było to miejsce idealne. Nie spełniało nawet jej oczekiwań, ale wciąż pełniło swoją funkcję jak należało. Dach nie przeciekał, budynek utrzymywał ciepło i dało się go utrzymać w czystości. Służył jej dobrze. Na tyle ile umiał, na tyle ile środków mogła na niego przeznaczyć. Patrzyła na puste ściany i popękane płytki z żalem. Spędziła tu w końcu kilka lat, włożyła w to miejsce mnóstwo pracy, przeszło tędy tak wiele osób. Nie łatwo było jej to zostawić za sobą. Z drugiej strony, gdzieś głęboko poczuła ulgę. Miejsce, które początkowo było jej azylem i wybawieniem stało się ciężarem. Piętrzące się problemy i zmartwienia przytłaczały. Zmiana to nie tylko koniec, ale też i początek. Przerabiała już to. Kilkakrotnie. Poradzi sobie więc i tym razem.
Był uprzejmy. Bardzo wręcz. Mało kto zwracał się do niej z takimi manierami. Przez lata w porcie zdążyła już odwyknąć, więc zawsze była pozytywnie zaskoczona. Pomógł jej. Bezinteresownie i to z zaangażowaniem, którego absolutnie się nie spodziewała. To również było przyjemnym zaskoczeniem. Obserwowała go próbując skryć kalkulujące spojrzenie. Miękkość ruchów świadczyła o pewności siebie, swobodzie? Zadbane, nie tanie ubrania o statusie. Znał zasady etykiety. Wzrok miał przenikliwy, badawczy. Oceniał ją tak jak ona jego? Borgin. Słowo to wciąż wisiało nad jej głową niczym topór, który miał spaść na jej szyję. Uważała teraz bardziej niż kiedykolwiek z kim się zadaje, co przy kim mówi. Za to co robiła kara była oczywista, a ona nie mogła ryzykować. Nie teraz i nie tak głupio. Chroniło ją nazwisko, status krwi, dokumenty skryte w kieszeni płaszcza, ale wystarczył jeden błąd, chwila nieuwagi, wymsknięte słowo, cokolwiek co mogłoby wzbudzić podejrzliwość, a byłaby skończona.
- Niezbadane są ścieżki losu. - Ten wydawał się jednak z niej zawsze drwić. Jako młoda panna w życiu nie pomyślałaby, że skończy w tym miejscu, w którym była teraz. Był to tak abstrakcyjny scenariusz, że nie mieścił się on w głowie. Losem kobiet jak ona straszono dziewczęta przez guwernantki. "Macie być ułożone i posłuszne" mawiały ostrzegając, że jeśli wykażą się choć krztą asertywności skończą jak ona. To nie było jednak takie oczywiste. Na to jak potoczyło się jej życie wpłynęło kilka rzeczy. Wciąż była jednak jednym z powodów. Miała własne zdanie. Za mało się uśmiechała? Była za mało piękna, za mało zdolna? - Z salonowym życiem nie jest mi od jakiegoś czasu po drodze. - Od długiego czasu. Nie zapomniała zasad panujących tamtym światem, ani tego co zostało jej wpojone. Szanowała nauki swoich rodziców. - Prowadziłam to miejsce przez kilka lat. - Mieszkałam tu przez parę lat. Żyłam śród tych ludzi, brudu i smrodu ryb. Wiedziała jak to wygląda. Jak ludzie zapatrują się na port. Sama też niegdyś myślała podobnie. Dopiero poznając to miejsce od podszewki było się w stanie pełni je poznać. Ceniła to miejsce za surową i okrutną prawdę, nikt tu nie udawał, nie grał. Była wtedy zbyt zmęczona udawaniem.
- Nie zawsze posiada się jednak taki komfort. Wtedy trzeba opierać się na metodyce i intuicji. - Czas zwykle działał na niekorzyść podczas ratowania ludzkiego życia. Zaskoczona obserwowała poczynania mężczyzny z wdzięcznością zauważając co chciał osiągnąć zawijając koniec materiału jej spódnicy. Nie tym jednak była zaaferowana. Gdy uniósł głowę wzrok kobiety błądził po jego twarzy mogąc skupić się wyłącznie na dotyku jego dłoni. Przywykła do tego, że musiała dotykać ludzi podczas badania, czy uzdrawiania. Nie myślała nad tym. To była jej praca i zachowywała profesjonalizm. Teraz jednak było inaczej. To ona była pacjentką i to pierwszy raz od wielu lat. Peszyło ją to. Zawstydzało. Chociaż w tej bliskości nie było przecież żadnych skrywanych zamiarów. Zachowywała się niepoważnie. Zupełnie jakby miała dwadzieścia jeden, a nie trzydzieści jeden lat.
Widok różdżki w dłoni mężczyzny sprawił, że jej mięśnie się spięły. Nie na długo jednak, gdy po rzuconym zaklęciu poczuła momentalną ulgę w kostce. Zaklęcie było udane, dobrze wymierzone, wiązadła musiały się zasklepić. Mężczyzna nie dawał jej chwili wytchnienia dwoma dłońmi rozmasowując wciąż bolące miejsce. Spięła się na nowo zaciskając dłonie na krańcu łóżka. W piersi poczuła nerwowy ucisk, a usta zamknęła w wąskiej linii blokując nie daj Merlinowi jakikolwiek dźwięk. Zabrała nogę z pomiędzy jego dłoni powoli stawiając ją na zimnej posadce. Nie chciała dać po sobie poznać, że czuła się z tym wszystkim... niekomfortowo. Niekoniecznie w złym sensie, ale wciąż. - O wiele. Dziękuję. Zaklęcie wyszło bez zarzutu. - Posłała mu szczery uśmiech czując jak na nowo jej ciało się uspokaja zwiększając dystans między nimi.
Pochwyciła swoją własną różdżkę, aby skierować ją na nieszczęsną kostkę. - Episkey, Subsisto Dolorem Maxima - Rzuciła zaklęcia jedno po drugim, najpierw zajmując się powiększającym się krwiakiem, a następnie towarzyszącemu kontuzji bólem. W domu zadba o nogę lepiej. Zrobi okłady, posmaruje maścią, ale na razie musiało to wystarczyć. Schowała różdżkę, aby wygładzić materiał spódnicy i wsunąć na nieopuchniętą już stopę z powrotem pantofel. Kolejne słowa mężczyzny ponownie na krótką chwilę zbiły ją z tropu. Oczywiście, że pomyślał, iż ma męża. Nie była już młódką, a raczej bycie mężatką przychodziło jako pierwsze do głowy przed wdówką, czy starą panną. - Nie ma żadnego pana Baudelaire. Po śmierci męża wróciłam do panieńskiego nazwiska. - Wyjaśniła, choć nie musiała. Nie była to jednak wielka sprawa, ani nic z czym się kryła. - Mam kilku pacjentów u których muszę się dziś zjawić, ale noga nie powinna już teraz sprawiać mi zbyt dużych problemów. Proszę się nie martwić. - Poradzi sobie. Zaklęcie przeciwbólowe pomoże jej na jakiś czas, później zawsze może rzucić je ponownie. Wieczorem za to da kostce nieco odpoczynku. Nie miała najmniejszego zamiaru rezygnować z dzisiejszych wizyt i zleceń. - Jeszcze raz bardzo panu dziękuję. Ugościłabym pana, ale nie mam nawet czym. - Wstała w końcu licząc, że mężczyzna jej zawtóruje. Noga faktycznie już nie bolała, mogła swobodnie na niej stanąć jakby zupełnie nic jej jeszcze chwilę wcześniej nie było.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Portowa lecznica [odnośnik]03.07.22 23:13
Był nauczony szukania detali w rozmówczyni - i nie spodziewał się niczego innego po niej, jeśli rzeczywiście dorastała do, jak miał się kilka chwil później przekonać, córki Baudelairów ceniących sobie tradycje i odpowiednie towarzystwo.
Nauki etykiety, choć nigdy nie śmiałby stwierdzić że wpajano mu je tak jak szlacheckim dzieciom, jednak wchodziły w krew. Trudno było zapomnieć o nawykach i o natrętnych myślach, które pojawiały się za każdym razem, kiedy jeden temat się pojawiał.
Chociażby tak jak teraz, kiedy uważnie przyglądał się kobiecie. Nie zdziwiły go wcale jej słowa o tym, że nie było jej po drodze z życiem na salonach - choć stanowczo czas, o którym wspomniała, był znacznie dłuższy niż mógłby sam założyć. Kilka lat mogło znaczyć tak wiele, a jednocześnie tak niewiele. Dwa, cztery lata? A może niemalże dziesięciu? A mimo to było widać, że w samej aparycji Yvette przypominała to miejsce - była zadbana, choć z pewnością na jej twarzy malowało się zmęczenie wojną i sytuacją, w jakiej ta ją postawiła. Nie prezentowała się źle - raczej odpowiednim określeniem było pusto czy surowo.
Jej ubranie było zadbane i czyste, gdyby się bardziej przyjrzał możliwe, że dojrzałby na nim ślady reparacji. Nie zdobiła jej ciała żadna biżuteria, nawet pierścionki czy broszki, ozdobne chusty. Nic, czego mógłby się spodziewać po wychowanej przez Baudelairów córkę.
- Kilka lat? - zapytał nieco zaskoczony. Czyli była uzdrowicielką? W... takim miejscu? Jej umiejetności były niewystarczające czy był inny powód, dla którego zdecydowała się na pomoc w porcie?
A może właśnie to było jej celem? Pomoc? - Jak rozumiem, nie miała pani do czynienia z podobnym miejscem wcześniej? Mam na myśli... port londyński - odchrząknął cicho, wiedząc że nie musiał więcej dodawać na ten temat - to nie było miejsce kobiety wywodzącej się z rodziny, która dbała o status. - Zwykła chęć zmiany widoków? Ucieczka do miasta, do Anglii? - podpytał, będąc zainteresowanym, co też było prawdziwym powodem. Pochodziła z Francji, a może jednak z Anglii? Nie był pewny jej wieku, ale nawet jeśli - trudno było mu znać ją ze szkoły, bo w końcu nie uczęszczał do Hogwartu, więc i trudniej było mu określić, gdzie kobieta się wychowała. Może studiowała za granicą - jeśli tak to z pewnością nie w Durmstrangu. A może źle określił jej wiek?
- Doświadczenie jest niezastąpione - zgodził się, choć samemu stanowczo cenił, kiedy miał ogrom czasu do dyspozycji - nie przepadał za śpieszeniem się. Pośpiech był przyczyną błędów, które w dziedzinie którymi się zajmował mogły być śmiertelne. Może dlatego cenił spokój? Niekoniecznie ciszę - choć ta była dla niego mile widziana. Po prosty zwykły brak poruszenia dookoła niego.
Uśmiechnął się łagodnie dostrzegając, że wodziła wzrokiem po jego twarzy. Nie był speszony podobnym odkryciem - w końcu zawsze był poddawany ocenie, szczególnie w ostatnich latach przez swoją rdzawość i piegi. Czy w słabym świetle lecznicy jego kolor wybijał się aż tak mocno? Czy prezentował się jako ciemniejszy blond? Nie mógł tego ocenić samemu bez widoku swojego odbicia.
Nie było trudnym do zauważenia spięcie kobiety - szczególnie, że jeszcze do chwili jej stopa znajdywała się w jego dłoniach. Nie powstrzymywał jednak, kiedy ta chciała zabrać nogę i ułożyć ją na zimnej posadzce. Sam skierował dłoń wtedy do jej buta, jakby w oczekiwaniu aż ona zażyczy go sobie z powrotem.
Posłał jej kolejny uśmiech. Łagodny i przyjazny, z jakiegoś dziwnego powodu jednak kłócący się z jego lodowatym spojrzeniem - choć może był to wyłącznie ich kolor? Lodowy i mroźny, przywodzący na myśl zimną północ, z której w końcu jego rodzina się wywodziła.
- Dziękuję. To ocena specjalistki? - zapytał, pozwalając sobie na delikatnie lżejszy ton. - Dobrze to jednak usłyszeć, czasem zaklęcia nie będące często używane, mogą sprawiać kłopoty - przyznał, nie zmieniając swojej pozycji - ale również nie zbliżając się do kobiety, kiedy ta wyraźnie zwiększyła między nimi dystans. Zestresowała się? Choć z pewnością rumień w porównaniu z uśmiechem pasował do jej twarzy - ogromną szkodą było, że zdawała się nie dbać o tę odrobinę kolorytu. Nawet odrobina błękitu mogłaby sprawić, że podkreśliłoby to znacznie jej oczy, na których zatrzymał na dłuższy moment swój wzrok.
Po tym przeniósł wzrok na ściskaną w jej dłoni różdżkę, prędko podając jej na nowo pantofel, kiedy skończyła już rzucać swoje zaklęcia.
Czy domyślał się, że mogła być wdową? Nie, choć brał to jako jedną z możliwości. W końcu wojna odbierała ludzi - a któż mógł znać historię kobiety z domu Baudelaire zagubionej w portowej londyńskiej dzielnicy, gdzieś pomiędzy jednym sypiącym się budynkiem, a drugim śmierdzącym wszystkim, co tylko znajdywało się w Tamizie. Nie było to miejsce, w którym spodziewał się na natrafić na kogoś godnego uwagi - a w końcu kimś podobnym była czystokrwista czarownica.
Jeśli taką właśnie była jej krew. Zawsze pozostało ryzyko, że rzeczywistość wyglądała inaczej, prawda?
- Oh, rozumiem, proszę mi wybaczyć moje założenie. Nie znałem pani sytuacji - od razu przywołał zmartwienie na twarz, jakby było mu przykro na wieść o wdówstwie kobiety.
Kiedy kobieta wypowiadała słowa o nie martwieniu się, słuchał jej spokojnie Podobnie jak o gościnie - wyciągając zaraz dłoń dla niej, aby mogła się podeprzeć, kiedy podnosiła się z łóżka i stawała na stopie, która jeszcze chwilę wcześniej miała kontuzję. Jakby z troską i dobrą myślą o niej, nawet jeśli przecież byli zupełnie nieznajomymi.
- Och, proszę się nie martwić brakiem poczęstunku, to żaden problem. Sam powinienem niedługo wrócić do własnych obowiązków. Ostrożnie, Yvette, dobrze? - poprosił, nie zabierając zaoferowanej do pomocy dłoni, wypowiadając jej imię ze starannością, biorąc pod uwagę, że wywodziło się ono w końcu z nieznanego mu języka. - Proszę wybaczyć, francuski nigdy nie był moją mocną stroną - dodał chwilę później, znów łagodnie się uśmiechając - w sposób, który był tak sprzeczny z jego oczami, chociaż przecież powierzchowność często mogła kłamać. Nie powinno oceniać się po aparycji, po tym jak ktoś zdawał się wyglądać, a po jego zachowaniu i czynach.
- Na pewno kostka nie sprawia kłopotu? Nie jest najlepszym nawykiem biec na pomoc innym, kiedy samemu potrzebuje się odpoczynku. Pierw trzeba zadbać o własne bezpieczeństwo - upewnił się.


I den skal Fienderne falde

Dalens sønner i skjiul ei krøb
Oyvind Borgin
Zawód : Pracownik Borgin and Burkes, specjalista od run nordyckich
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Hide away the proof that I had loved you
Never see the truth, that final breakthrough
OPCM : 7
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9 +2
CZARNA MAGIA : 16 +3
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11114-oyvind-borgin#342285 https://www.morsmordre.net/t11189-frode https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f419-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t11191-skrytka-bankowa-nr-2433#344452 https://www.morsmordre.net/t11190-oyvind-borgin#344451
Re: Portowa lecznica [odnośnik]04.07.22 22:16
Kim był on? Też bywał na salonach? Kiedyś? Wciąż? Schludne odzienie z drogiego materiału świadczyło o majętności, o byciu kimś. Przeważnie dzieci były dumą swych ojców i matek, a przynajmniej nie zawodziły. Nie tak jak ona. Wyróżniał się na tle swojego rodzeństwa, kuzynostwa? To jaki był, czym się interesował, w co wierzył, czego pragnął. Czy raczej wpasowywał się idealnie w obraz swego rodu i nowego porządku? - Czas płynie szybko. - Za szybko. - Byłam wcześniej w jego magicznej części. - Zwiedzała. Jeszcze z rodziną, gdy bywali razem za granicą. Rozumiała skąd brało się to pytanie. To nie było miejsce dla kobiety. Nie dla pani Baudelaire, która niegdyś bywała na salonach. Rozumiała, że mogło wyzwolić to ciekawość. Ludzie łaknęli wiedzy z natury, a już szczególnie tej nieoczywistej. W tym co tu robiła nie było nic z oczywistości. Problem był w tym, że nie lubiła dzielić się tym co ją tu przywiodło. W Mungu co niektórzy wiedzieli. plotki panoszyły się tam szybciej niż choroby w pacjentach. To był jeden z powodów dlaczego odeszła. Łatwo było kogoś ocenić bazując na rzeczach, o których nie miało się zielonego pojęcia. W porcie nikogo nie obchodziło skąd była. Każdy pilnuje tu swojego nosa, a jej to odpowiadało.
Uśmiechnęła się półgębkiem na kolejne słowa czując jednak zimną niepewność rozlewającą się po jej ciele. - Tak, port zdecydowanie ma swoją specyficzną atmosferę. Krystaliczna woda w Tamizie i zapach ryb potrafią być ujmujące. - Sarkazm z niej aż kipiał nie brał się on jednak ze złośliwości, a z rozbawienia. Trzeba było być prawdziwym koneserem brzydoty chcąc wprowadzić się do takiego miejsca dla widoków. Chłód wdarł się w kości, a ona na moment całkowicie spoważniała. - Skąd pomysł, że była to ucieczka? - Bo nią była. On jednak nie mógł o tym wiedzieć, prawda? Nie była paranoiczką. Uznała dobór słów za przypadek, bo nie wierzyła, że ktoś zadawałaby sobie tyle trudu na podobne podchody jeśli faktycznie mężczyzna posiadałby taką wiedzę na jej temat. Dało się to jednak tak łatwo wydedukować? Zdradziła się czymś? A może był to po prostu szczęśliwy traf? - Zamieszkałam tu i założyłam lecznice z własnego wyboru. Po przeprowadzce do Anglii pracowałam w Świętym Mungu, ale uznałam, że pomoc jest potrzebna też gdzie indziej. - Tak powstało to miejsce, choć nie była to cała prawda. Chęć niesienia pomocy była głównym powodem, plotki innym, to co działo się w jej głowie ją jednak do tego ostatecznie pchnęło. Potrzebowała czegoś takiego. Ocucenia. Kubła zimnej wody. Misji.
- A pan? Nie przypominam sobie, abym widziała tu pana wcześniej. - Wprowadził się tu niedawno? Przybył w interesach? Odwiedzić kogoś? Zadawał sporo pytań, przez co w tym krótkim czasie zdążył już zdobyć kilka informacji na jej temat, ona jednak nie wiedziała o nim nic. Przenikliwie jasne oczy nie chciały zdradzić jej niczego. Pokiwała głową na zgodę słysząc jego słowa o doświadczeniu. Tego miała już trochę, ale wciąż uczyła się nowych rzeczy, wciąż mogła doskonalić to co już umiała. Posiadała nieprzeniknione wrażenie, że jej nauka nigdy się nie skończy. Co chwilę pojawia się coś nowego. Nowa metoda, nowy eliksir, nowa choroba. Nic się jednak nie zmieniło w kwestii tego, że wykonywany przez nią zawód wciąż tak samo ją ekscytował. - Czym się pan zajmuje? Jeśli mogę oczywiście spytać. - Nie był biegły w magii leczniczej, więc bycie uzdrowicielem było wykluczone. Musiał znać się jednak na anatomii, aby w prawidłowy sposób scalić naderwane ścięgno za pomocą zaklęcia.
- Trochę kostek w swoim życiu już wyleczyłam. - Znała się na swojej pracy, a wbrew wszelkim pozorom w porcie poszerzyła zakres swoich umiejętności, zdobyła takie doświadczenie, którego nie byłaby w stanie uzyskać wciąż pracując w Świętym Mungu. Tu zajmowała się wszystkim, poszerzała swoją wiedzę i horyzonty. Specjalizacja i oddział ograniczały. - Nie ma czego wybaczać. - Jej mąż nie żył już od lat i choć zawsze miało jej na nim zależeć opłakała już go. Żałowała, że to tak się dla niego skończyło, dla nich. Jego śmierć mogła być kolejną rzeczą, za którą przyszłoby jej się obwiniać. Mogła go poprosić by nigdzie nie wyjeżdżał, żeby nie zostawiał tak prędko młodej żony i nawet nierocznego syna. Wykorzystać to, że sam miał wątpliwości, nie zrobiła jednak tego wiedząc bardzo dobrze jak mu zależało. I jak to się dla niego skończyło?
Skorzystała z oferowanej jej dłoni posyłając w stronę mężczyzny wdzięczne spojrzenie. Stanęła na kontuzjowanej stopie najpierw niepewnie, ostrożnie, aby mieć pewność, że ta nie ugnie się pod ciężarem jej ciała, że nie poczuje przeszywającego bólu. Gdy nic podobnego się nie wydarzyło położyła stopę w pełni na posadce stając na obu nogach przed mężczyzną. - Dobrze. - Zgodziła się cicho unosząc głowę by móc spojrzeć w oczy mężczyzny, po chwili wysuwając dłoń z jego dłoni i stawiając krok do tyłu. - Poszło ci równie dobrze co z zaklęciem. - Zaśmiała się krótko lecz dźwięcznie faktycznie mając na myśli to co powiedziała. Powtórzył idealnie wręcz każdą zasłyszaną przez siebie głoskę skrytą w jej imieniu. Przejście na "ty" nie umknęło jej uwadze, samej korzystając z tejże okazji.
Faktycznie nie oceniała po wyglądzie. Starała się nie oceniać w ogóle. Nie czyniło się w końcu drugiemu tego samemu sobie było niemiłe. Pozory często okazywały się mylące o czym zdążyła się już przekonać wielokrotnie. Mężczyzna okazał się być niezwykle miły i pomocny, ale wciąż pozostawał zagadką. Niegdyś nie zastanawiałaby się wiele nad tym. Nazwisko nie stanowiłoby problemu, status widoczny w odzieniu nie stawiałby powodu do zadawania w jej umyśle kolejnych pytań. Teraz była znacznie ostrożniejsza. Musiała być. Naiwność była jednym, głupota drugim.- Co najwyżej będę szła szybkim tempem. - Czuła się już bardziej swobodnie w pozycji i z dystansem, który sama wyznaczyła. Czy jej pacjenci mają podobne odczucia, czy "problem" leżał raczej w niej? Nie stroniła od dotyku. Francuzi byli bardziej swobodni jeśli chodziło o tą kwestię. Ten męsko-damski jednak, nie na jej zasadach, był czyś do czego nie była przyzwyczajona. Nie doszukiwała się w intencjach mężczyzny drugiego dna, oczywiście. Chciał jej tylko pomóc, na tej samej zasadzie co zawsze robiła to ona. Ale wciąż było to... nowe. - Naprawdę nie było to nic poważnego. Zaklęcia zadziałały, a w domu odpowiednio zadbam o siebie i o nogę. - Zapewniła mężczyznę po raz kolejny naprawdę doceniając jego troskę. - Nie będę już dłużej cię zatrzymywać. I tak aż nadto wykorzystałam twoją uprzejmość. Naprawdę jestem wdzięczna. Za złapanie mnie i dalszą pomoc.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Portowa lecznica [odnośnik]06.07.22 3:06
Ona chciała również poznać Londyn ze wszystkich stron - czy znalazła kiedyś sposób, aby za jego plecami udać się do tych najbiedniejszych dzielnic; tych najniebezpieczniejszych, w których to królowali mugole otoczeni biedą i smrodem? Mógł to tylko przypuszczać, nie znając dokładnej odpowiedzi. Nawet nigdy mógł jej nie poznać.
A jednak jakby... się spięła? Poruszył temat, który nie był dla niej wygodny?
- A była? - odpowiedział na pytanie zaraz pytaniem, zupełnie jakby ich rozmowa była grą w odbijanie pytań i słów. Może nawet to słowo zabrzmiało nieco chłodniej, nieco drwiąco - jakby coś podejrzewał, ale nie chciał do końca pozwolić by kobieta odgadła, jak wiele wiedział. Automatycznie przybrał ten ton i maskę, często to robił, w szczególności pracując w miejscu takim jak Śmiertelny Nokturn, gdzie kontakt z klientem bywał... trudny. -Czarodzieje zdają się czasem uciekać w nieznane, nie uważa pani? Ze wsi, z innego miasta, gdzieś w dalekie regiony świata, które nie były im nigdy znane. Wielu czarodziejów przybywa do Londynu, mając nadzieję zacząć od nowa, nieprawdaż? To duże miasto z wieloma możliwościami... i urokliwym zapachem rzeki - dodał już znacznie spokojniej i miękko, choć jego spojrzenie zaraz w niej utknęło. Obserwował ją uważnie, zastanawiając się przez dłuższy moment. Dlaczego zareagowała w ten sposób? Coś jej było nie po drodze, a może chodziło o coś zupełnie innego?
Pokiwał delikatnie głową. Jego kuzynka pracowała również w Mungu - czy miała podobne odczucia względem swojej pracy? A może chodziło o coś jeszcze innego? O coś, o czym kobieta nie mówiła wprost? Choć z pewnością ostrożność była bardziej niż rozważna w tym momencie - nie znali się przecież. Nie mogli założyć o sobie niczego - szczególnie w czasach, w których przyszło im żyć. Mogli pozwalać sobie wyłącznie na domniemania, które potrzebowali z czasem skonfrontować z faktami.
Była jedną zagadką - nieodkrytą księgą, która obiecywała wiele informacji, dając zaledwie skrawki w ramach zachęty do sięgnięcia po nią dalej.
- Praca w Świętym Mungu nie była aż tak zajmująca? - dopytał się, nigdy tak naprawdę nie interesując się obowiązkami, które w szpitalu spełniała Belvina. Uzdrowicielstwo było z jednej strony dobrym zawodem dla kobiety - z drugiej, kto mógł wiedzieć na pewno czy praca z magią nie wpływała na kobiety w negatywny sposób? Było w końcu wiele wątpliwości co do tego...
- Ah, oczywiście, proszę mi wybaczyć, zdaje się, że dotychczas wyłącznie zadawałem pytania sam... - przyznał, jakby zupełnie się reflektując. Uśmiechnął się lżej, nieco przepraszająco. - Urodziłem się w Anglii, w Londynie, w jego magicznej części - wyjaśnił, będąc wręcz pewnym, że Yvette pytała właśnie o to - czy zamieszkiwał Londyn, czy może pochodził zupełnie z innego regionu świata. Chociaż tak naprawdę spędził znaczną część swojego życia w Norwegii, to jednak nie mógł ukrywać czy udawać, gdzie się urodził i wychował. - Rzeczywiście w niemagicznej części Londynu bywałem zwykle dużo rzadziej... teraz jednak to się zmieniło, od czasu kiedy jest nieco bezpieczniej - wyjaśnił, chociaż z pewnością nigdy portu nie uznałby za miejsce bezpieczne. Nawet, jeśli według jego standardów, było bardziej bezpieczne niż Śmiertelny Nokturn.
- Och, naturalnie. Zajmuję się badaniem run - wyjaśnił spokojnie, wyuczony unikania opowiadania o pracy w Borgin & Burke. Nie od razu, nie wprost. Swój zawód mógł przedstawić na wiele różnych sposobów. - Pomagam ludziom dotkniętym różnymi rodzajami czarnej magii, szczególnie w kwestii klątw nakładanych przy pomocy run. Znam biegle norweski, ale również i staronordycki, który był zapisywany właśnie runami - podzielił się, zaraz cicho się śmiejąc. - Proszę wybaczyć, mógłbym opowiadać godzinami o tym temacie. Runy są niezwykle fascynującą formą pozostawioną nam z przeszłości. Dzisiaj w tej okolicy odwiedziłem jednego z klientów, który odnalazł stare zapiski swojego dziadka z podróży po wybrzeży Szkocji, napotykając się na wiele dzisiaj już nieczytelnych symboli, szczęście chciało że dokonał ich kalki, co znacznie pomoże w ich odczycie - wyjaśnił, zupełnie mijając się z prawdą, choć żywo wyjaśnił wyimaginowany powód swojej wizyty w okolicy. Kobieta zdawała się nabierać podejrzeń - lub czegoś podobnego. Nie był pewny jak to określić, ale wolał podzielić się z nią samemu większą ilością informacji niż narazić na jej niechęć względem siebie - coś podpowiadało mu, że mogła być interesująca. Jakieś ziarno tajemnicy znajdujące się w niej, przyciągało do niej jego spojrzenie, chcąc jednocześnie zadawać więcej i więcej pytań, dowiadując się coraz to większej ilości faktów.
- A jednak zawsze odrobina smutku się pojawia na myśl o tych, których przy nas już nie ma, prawda? - odpowiedział spokojnie na jej słowa. Wiedział, że przecież nikt kto przeżył żałobę, nie miał za złe podobnych wspomnień przez osoby nie mające świadomości o tym, co się wydarzyło. - Oh, wybacz. Tak po prostu... zdaje mi się, że sam też czasem wracam myślami do mojej własnej żałoby, kiedy ktoś przypadkiem wysunie temat mojej zmarłej małżonki - wyjaśnił z przepraszającym, miłym uśmiechem, dzieląc się z nią kolejnymi informacjami o sobie - nie chcąc, aby poczuła się jak na przesłuchaniu ponownie, chociaż z pewnością potrzebował pilnować, w jaki sposób i na temat czego się z nią dzielił.
- Nie mógłbym wyobrazić sobie lepszego komplementu od uzdrowicielki, jak mniemam wywodzącej się z Francji? Czy wychowałaś się tutaj, w Anglii? - dopytał ponownie.
Spiął mięśnie, aby kobieta mogła stabilnie oprzeć się na wysuniętej ręce, ujmując jej dłoń. Nie podnosił się z klęczek, obserwując to jak układa stopę i upewnia się, że wszystko było w porządku - ostrożności w końcu nigdy za wiele. Wątpił, aby zaklęcia nie poskutkowały, tym bardziej jeśli Yvette rzeczywiście była uzdrowicielem. A jednak był to zabieg mający służyć na celu ocieplenia jego wizerunku.
Pozwolił jej jednak w końcu zwiększyć dystans, kiedy poczuła się z tym pewniej - nie miał zamiaru narzucać się kobiecie w aż tak ogromnym stopniu, dostrzegając że posiadała mieszane uczucia względem jego bliskości. Mieszane? Jakby bała się przyznać do nich, że nie były niczym złym? Ten rumieniec, te drobne gesty i mimika jeszcze przed kilkoma chwilami...
Podniósł się z klęczek, sięgając po swoją torbę z podłogi oraz parasol.
- Cała przyjemność po mojej stronie, proszę się nie martwić, naprawdę - zapewnił z uśmiechem, mimo wszystko ciesząc się, że kobieta, która zdecydowała się spaść na niego ze schodów, okazała się być... kimś. Nie nikim, nie brudną czarownicą śpiącą na ulicy w potarganych sukienkach - a właśnie kimś.
Wyciągnął zaraz do niej dłoń ze swoją czarną parasolką.
- Proszę, jeśli masz zamiar udać się do pacjentów, dobrze będzie mieć ochronę przed deszcze przy sobie. Do tego, gdyby kostka znów się odezwała, warto użyć parasolki jako podparcia, aby odciążyć nogę dla własnego komfortu - zaoferował, zaraz jednak dodając znów. - Nie, nalegam. Nie chcę nawet słyszeć o sprzeciwie.


I den skal Fienderne falde

Dalens sønner i skjiul ei krøb
Oyvind Borgin
Zawód : Pracownik Borgin and Burkes, specjalista od run nordyckich
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Hide away the proof that I had loved you
Never see the truth, that final breakthrough
OPCM : 7
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9 +2
CZARNA MAGIA : 16 +3
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11114-oyvind-borgin#342285 https://www.morsmordre.net/t11189-frode https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f419-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t11191-skrytka-bankowa-nr-2433#344452 https://www.morsmordre.net/t11190-oyvind-borgin#344451
Re: Portowa lecznica [odnośnik]11.07.22 18:11
Gdyby tylko wiedział... nie miało jednak nigdy się tak stać. Była ostrożna w tym co mówi, ważyła każde słowo bardzo dobrze zdając sobie sprawę, że w kłamstwie nigdy nie była dobra. Przeszywające ją na wskroś jasne oczy od razu wypatrzyłyby próbę oszustwa, a przynajmniej takie właśnie odniosła wrażenie. Nie odpowiedziała na pytanie, a wyłącznie na jego spojrzenie. Nie miała zamiaru uciekać wzrokiem, okazać słabość, dawać mu powody do podejrzeń. Stanęła mu na przekór milcząc, ale czy brak odpowiedzi nie był odpowiedzią? Z ulgą przyjęła to, że kontynuował dalej. Pokiwała miękko głową wciąż wpatrzona w jasne tęczówki. - Zacząć od nowa... tak, tak można to chyba nazwać. - Nie chodziło jej jednak o nowy początek. Chciała być jak najdalej od Francji, od rodziny, od tego co tam zostawiła. Od bólu, ale ten postanowił udać się w podróż razem z nią. Żyła, funkcjonowała, ale nie miało to nic wspólnego z nowym początkiem. Nie dopóki nie trafiła do portu.
- Prawdę mówiąc to nie. Była wyzwaniem w innym sensie. Teraz nie ograniczam się wyłącznie do swojej specjalizacji, ale zajmuję się wszystkim. Rozwijam się w każdym kierunku, choć często są to jednak przypadki trywialne. - Pomysł z lecznicą był nieoczywisty, ryzykowny, może nawet i głupi, ale wciąż upierała się przy swoim, że słusznie zrobiła. Potrzebowała czegoś takiego, chciała też pomóc ludziom. Nie było idealnie, ale działało. Wciąż go obserwowała próbując zignorować dotyk jego dłoni na swojej nodze, chcąc zachować jasność umysłu. O czym myślał? Mówił wiele, ale był zagadką. Nieprzenikniony, nieoczywisty, krążył wokół tematów jakby lawirował z nią w tańcu. To on prowadził naciskając, ciągnąc ją za język, prowokując. W końcu zaczął mówić o sobie. O tym skąd pochodził, o w końcu bezpiecznym Londynie. Na tą uwagę znowu się spięła nie mówiąc jednak nic. Chodziło mu o mugoli i mugolaków, czy po prostu o wojnę? Rozsądek nakazał jej przyjąć pierwszą opcję pod uwagę. Jej podejrzliwość jednak ucichła w momencie gdy zaczął opowiadać o tym czym się zajmuje. Uśmiechnęła się pod nosem z trudem kryjąc zaimponowanie. - Mówi pan z pasją. Ja też mogłabym godzinami rozmawiać o pracy. - Nie miał za co przepraszać. Z przyjemnością słuchało się ludzi, którzy kochali to co robili. - Brzmi jak ciekawe zajęcie. - I naprawdę tak uważała. Nie znała się kompletnie na tej dziedzinie, ale ściąganie zaklęć z ludzi i przedmiotów, niekiedy pradawnych, potężnych i zapomnianych, było czymś o czym można było słuchać godzinami. Gdyby zaczęła zadawać pytania odpowiedziałby jej na nie?
Wspomnienie Edmonda już nie bolało, nie powodowało ukłucia w piersi, a raczej przywoływało słodką melancholię. Smutek się pojawiał, oczywiście, jej mąż był dobrym człowiekiem, którego kochała, a odszedł zbyt szybko. - Przykro mi. - Odpowiedziała od razu ze szczerą troską, zrozumieniem i współczuciem brzmiącymi w jej głosie, słysząc jego słowa. Nie zauważyła obrączki na jego palcu, ale od razu przyjęła, że jest po prostu kawalerem. Jak widać błędnie. Była to wciąż świeża rana, a może opłakał swoją żonę już lata temu? Może miał nigdy nie przestać? Tak jak ona, ale jej żałoba nie była związana już ze zmarłym mężem. - Z Francji. Do Anglii przeprowadziłam się na stałe później. - Potwierdziła jego przypuszczenia nie widząc powodu dlaczego miałaby nie. - Po śmierci męża. - Dodała, aby nie pozostawiać niedomówień i miejsca na snucie domysłów. Miała ochotę zapytać o jego żonę, o to jak wiele czasu minęło, ale nie śmiała. Było to całkowicie nie na miejscu. Zresztą, to nie jej sprawa.
Wstając wsparła się na jego dłoni przyjmując gest ten z wdzięcznością. Za wszystko ją odczuwała. Naprawdę nie musiał jej pomagać, bądź co najwyżej swoją dobroduszność ograniczyć do zaprowadzenia jej do środka, a jednak wciąż tu był. Człowiek zagadka. Faktycznie wywołał u niej mieszane uczucia. Nie mogła tak po prostu zapomnieć z kim rozmawiała, ale czy tak naprawdę wiedziała kim był faktycznie? Okazał się w końcu być pomocny i bezinteresowny, czyż nie? Czy dla wszystkich? Był inteligentnym człowiekiem z pasją, co mogła stwierdzić po zaledwie kilku jego słowach o pracy. Jego obecność przytłaczała. Nie był nachalny, swobodny, ale jej się nie narzucał. Wciąż miała jednak wrażenie jakby swoją obecnością opanował całe pomieszczenie, a jasne spojrzenie potrafiło odczytać każdą jej myśl.
Wzrokiem śledziła jak wtórując jej i on stanął wyprostowany. Przyglądała się jak podnosi swoje rzeczy, a następnie zadarła głowę do góry chcąc natychmiast zaprzeczyć jego propozycji, lecz ten od razu przerwał niewypowiedzianą jeszcze próbę. Zamknęła usta przyglądając mu się przez chwilę, aby po przeciągającej się chwili unieść kąciki ust i sięgnąć po zaoferowany jej parasol.- W takim razie dziękuję. - Chciała obiecać, że ją mu zwróci, ale nie była pewna czy będzie mieć kiedykolwiek takową okazję, czy w ogóle jej wyglądała jakkolwiek zaciekawiona by nie była tym co skrywało się w błękicie jego tęczówek i ciepłocie dłoni.

| ztx2


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Portowa lecznica
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach