Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Klif Babbacombe
AutorWiadomość

Klif Babbacombe

Babbacombe to jeden z potężnych klifów u wybrzeża Devon, u którego podnóża roztacza się urokliwa plaża Oddicombe. Z początku był nie do okiełznania, jednak ostatecznie mieszkańcom pobliskiego miasteczka Torquay udało się utworzyć na nim kolejkę z dwoma wagonikami, na zmianę kursującymi w górę i dół: miało to zapobiec tragicznym wypadkom przy próbach skrócenia sobie drogi ze szczytu klifu na roztaczającą się u jego podnóża plażę. W środku każdego z wagoników mieści się do czterdziestu osób w pozycji stojącej, jednak dziś trudno spotkać tu podróżnych. Ze względu na zawirowania lat 1956-57 kolejka popadła w zapomnienie i powoli niszczeje.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Klif Babbacombe Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

12 października

Skraj klifu wydawał się nie istnieć, gdy szło się w jego stronę. Jeden nieopatrzny krok za daleko i właściwie nie miało się nawet czasu, by pomyśleć o powrocie na górę, bo spadało się zbyt szybko. Wiatr wiał z południa, uderzając o twarz, wypełniając płuca świeżym, mocnym zapachem, przede wszystkim słonej wody. Miała wrażenie, że jakoś od razu lepiej się jej oddychało, tylko dlatego, że gdy tutaj usiadła, kilka fal uderzyło o klif, wzbijając wodę w górę, przez co powietrze stawało się wilgotne i przyjemne dla oddychania. Pojawiła się wcześniej na miejscu, swoją pozycję zajmując z tego, dla niej, bezpieczniejszego miejsca - od strony morza. Towarzyszyła jej miotła, ułożona na ziemi tak, by witkami szturchać udo swojej pani, która założyła wygodnie nogę na nogę, układając splecione w koszyk palce na kolanie. Wokół rozciągały się złotawe witki światła, sunące od niej niczym korzenie od drzewa i kończące się w obrębie kilkunastu metrów od niej po równym okręgu. Nie dostrzegłoby ich jednak żadne inne wprawne oko jakiekolwiek czarodzieja, jeśli by się tego nie spodziewał lub po prostu nie wiedział, że powinien bardziej zwrócić uwagę na otoczenie. Nie bez powodu pojawiła się tutaj wcześniej, zajęło jej prawie dwadzieścia minut, by rozłożyć wokół siebie przezorne Cave Inimicum. Wierzyła, że mężczyzna, który został na tyle zaufaną osobą, by być ich sojusznikiem z pewnością nie przygotował na nią zasadzki i nie przyjdzie tutaj z konwojem policyjnym. Skąd mogła jednak wiedzieć czy z Londynu nie przyciągnie za sobą ogona? Nabrała potężnego wyczulenia na spotkania z zupełnie nowymi osobami, nowymi w jej życiu, ale daleko jeszcze jej było do aż tak aspołecznej i przewrażliwionej, by takich rzeczy odmawiać sobie w ogóle. Poza tym miała plany. I to poważne, a potrzebowała do nich pomocy.
Czasami gdy się zastanawiała, dochodziła do wniosku, że jest w Zakonie Feniksa dlatego, że sama nie osiągnęłaby tego co chciała. Do tego potrzeba było wielu umiejętności i wielu różnych znajomości. To brzmiało jak klucz tego... tego wszystkiego. Tego, czego nie umiała już ogarnąć umysłem.
Drgnęła lekko, wyczuwając, że jedna osoba weszła na teren działania zaklęcia.


nim w popiół się zmienię, będę wielkim
płomieniem
Marcella Figg
Marcella Figg
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
porysował czas ramiona
OPCM : 36
UROKI : 26
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6925-marcella-figg#181615 https://www.morsmordre.net/t6971-arkady#183169 https://www.morsmordre.net/t6970-lelolelo-bagiety-jado#183167 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t6991-skrytka-nr-1723#183527 https://www.morsmordre.net/t6972-marcella-figg#183216

Powrót do góry Go down

Nie miał pojęcia, dlaczego w ogóle zgodził się na spotkanie, może przekonała go ta naiwność tytułowania go jako jednego z Weasleyów? Już dawno zdawał się odejść od wszelkich cech godnych przedstawiciela rudej rodziny z Ottery, którym niegdyś był. Teraz nijak poczuwał się za jednego z nich, jednocześnie starając się z całych sił być właśnie takim, jak należało. Odpowiedzialność stała się jego zmorą, która przy pijańskich libacjach stawała się drugorzędna względem chęci skroplenia otoczenia własną krwią. Pozbywał się nurtujących potrzeb ciała, które nie były mu znane, może czasem nawet umyślnie spychane gdzieś w kąt tylko po to, aby zapomnieć, że było się dojrzałym mężczyzną z krwi i kości. Wieczór wcześniej wszelkie problemy codzienności zniknęły gdzieś pomiędzy łykami bursztynowego płynu, którym zapijał ból w rozwalonych kostkach ponownie rozwalonych na kafelkach we własnej łazience w Londynie. Bał się spotkać kogoś, kto mógłby spojrzeć na niego z taką samą pogardą, jak on spoglądał we własne odbicie. List o spotkaniu z nieznajomym w pewnym sensie go rozbawił, był to śmiech przez łzy, choć wszystkie zdołał wylać we własnym kącie po spotkaniu z Michaelem. Starał się jak mógł, żeby powiązać koniec z końcem w sposób, jaki znał i potrafił, a po raz kolejny czuł, że przyczynia się do staczania świata w odmęty ciemności, której nikt nie powinien oglądać. Był zbyt zaangażowany w życie gdzieś w małym kącie, aż zapomniał, jak mogło ono wpływać na ważne i bliskie mu osoby. Nie mógł pozwolić na tak przerażający bieg wydarzeń, co jeśli nie była to jedyna sytuacja, a tylko Mike zdołał się przyznać? Potworne rzeczy pojawiały się w głowie rudowłosego, który wraz z przetransportowaniem się do Devon nie był w stanie choćby pomyśleć o wstąpieniu do rodzinnej posiadłości. Był przekonany, że jego wręcz wisielczy humor mógłby zostać zauważony, a tego dnia nie miał wystarczająco dużo siły na tłumaczenia. Odpowiadały mu zapowiedziane wizyty, podczas których czuł się bardzo nieswojo, jakby rzeczywiście ktoś inny siedział w jego skórze i próbował udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie było. Zniknął na niemal dwa lata, trzymał w rękach umierającego mentora, a potem zaszył się w obrzydliwym świecie, udając, że niepamiętne wieczory i noce były czymś normalnym, co zdarza się każdemu.
Od razu wskoczył na miotłę, pozwalając wiatru uderzyć w sprężynowe, rude włosy, które pojawiły się dopiero w momencie dotknięcia stopami ziem Devon. Wzbił się w górę, obserwując zielone tereny. Było mu zimno, bo zamiast pomyśleć, ruszył od razu do akcji, próbując przyjemnie wykorzystać czas i oczywiście dostać się w umówione miejsce. Był ciekaw tego spotkania, bo co gdyby okazała się to jedna z mend przeszłości albo i teraźniejszości? Rzadko przebywając we własnym ciele, nawet nie był w stanie sobie przypomnieć, kogóż mógłby urazić lub zdenerwować swoim zachowaniem…chyba że nieobecność traktowana jest jako jeden z przytyków…
Nie zwracał uwagi na bicze powietrza smagające jego zabandażowane ręce. Nikt przecież nie musiał wiedzieć jakim głupcem był, wierząc, że jego bliscy są rozsądniejsi. Wciąż nie potrafił przyjąć myśli, że Tonks zrobił to, co powiedział, wydawało się to zbyt wielką abstrakcją. Nie wiedział, kiedy miotła zaczęła pikować w dół, prosto w strumień wody. Starał się nie myśleć o tym, że być może faktycznie tego pragnął, zamiast tego mocno wygiął się do góry, próbując nakierować trzon miotły gdzieś wyżej. Klify były już widoczne, a więc i jego niezamierzone popisy również. Bez zawahania się podleciał bliżej, lądując z rozbiegiem i miotłą w ręku; tego świetnego triku nauczyli go już w szkole, bo przecież wiadomo, że mecze Quidditcha należało wygrywać i przegrywać z klasą. Rozejrzał się po klifie, dostrzegając nieopodal niszczejący wagonik. Urokliwie jak zwykle.
- Ym…dzień dobry. – zaczął grzecznie, nie wiedząc do końca jak się zachować; przedstawić się? Ukłonić się? Pocałować w rękę? Obrócił się twarzą w jej kierunku i czekał na jakieś dalsze wyjaśnienia. Na trzeźwo nie wychodziły mu rozmowy z kobietami, których nie znał przed wyjazdem, nic więc dziwnego, że jedyne, na co był w stanie sobie pozwolić to stanie i obserwowanie jej niczym słup soli. Wiedziała, kim jest, spotykali się w Devon, więc pewnie była jedną z postaci od Zakonu, z którą Michael miał go spiknąć…był szybki, to trzeba przyznać. Myślenie o byłym aurorze przyprawiała go o przerażające uściski w żołądku, dlatego ograniczył myślenie, po prostu próbując jakoś złapać kontakt z nieznajomą. – To dla mnie dosyć niespotykana sytuacja…przepraszam, kim jesteś? – wypalił mało taktownie. Nie potrafił określić, czy znał ją z Hogartu, a może meczów Quidditcha? W końcu pewnie grała, skoro mieli oboje zabrać ze sobą miotły, a to już była druga zagadka.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 22
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

Jeszcze nie opadł kurz po tym co stało się przez nieopatrzność jednego z Zakonników. Akcja ewakuacyjna na szczęście przebiegła bardzo sprawnie, ale za to uświadomiła Figg kilka ważnych rzeczy - po pierwsze, ostatnio dostrzegła, że stała się jedną z bardziej doświadczonych w swej błękitnej roli osób, a jednocześnie, którzy byli w tejże dużo krócej, potrzebowali pewnych wskazówek co powinno się robić, a co wykracza już poza pewne przyjęte normy. Poczuła też odpowiedzialność, przez co stwierdziła, że powinna lepiej poznawać swoich nowych towarzyszy broni. Nie miała zarzutów do nikogo będącego po tej stronie barykady. Nie uważała, że ktokolwiek mógłby się nie nadawać na ich sojusznika. Każdy, kto chciał chwycić różdżkę w ich sprawie był równie ważny. Domyślała się, że w przypadku tego rudowłosego, miotlarskiego akrobaty samo nazwisko już wzbudzało pewne zaufanie. Popytała również tu i tam - okazało się bowiem, że ten mężczyzna jest również bratem Rii, a Marcella zajmowała się przecież bezpieczeństwem zarówno pani Macmillan jak i kuzynki Anthony'ego - Ginny. Świat to po prostu małe miejsce.
Po przyjrzeniu się jak biednie wygląda sytuacja we wszystkich szpitalach polowych i punktach pomocy z całej Wielkiej Brytanii z bliska, wiedziała, że coś musi zdziałać. Doraźna pomoc była średnim wyjściem - przyniesienie chleba raz na jakiś czas to zwyczajnie rozwiązanie zupełnie fantomowe. Będą się przez chwilę czuli lepiej, ale później wszystko wróci do dawnego stanu. Dlatego potrzebny był plan. Działający plan, który poruszy wszystkie sprawy i nakręci koło - tak, jak powinien działać dobry biznes. Ostatnie sprawy, które rozegrały się w jej życiu, poukładały jej w głowie. Marcella stała się o wiele bardziej analityczna w działaniach, konkretniejsza, a myśli płynęły strumieniem, a nie wirowały jak tornado. Spojrzenie też miała bardzo spokojne, przyglądała się jego piruetowi, wsuwając ręce w kieszenie, a w myślach powoli zaczynała uciekać w odmęty tęsknoty za tytoniowym dymem. I stanął przed nią mężczyzna, który został jej nakreślony jako dostawczy specjalista, a teraz miał postawę chłopca z pierwszego roku szkoły, który po raz pierwszy dosiada się do kogoś w Ekspresie Hogwart. To dzień dobry. Ani ono mocne, ani z żadną intencją. Próbowała coś wyczytać z tego więcej, jednak nie za bardzo umiała się skupić. Mężczyzna jak mężczyzna... Znajdowała w jego twarzy cechy podobne do Rii, podobne piegi, podobny kolor oczu, podobny skręt włosów, choć twarze mieli prawie zupełnie różne. - Kim jestem? Wydawało mi się, że już całkiem większość czarodziejów kojarzy taką sławę... Może w ten sposób będzie łatwiej? - Powiedziała, z lekkim uśmiechem, a tonem raczej żartobliwym i zaczepnym. Przekręciła najpierw głowę, by prawie dotknąć swym podbródkiem ramienia, a następnie obrócić się raptownie, wprawiając jasnorude włosy w ruch, robiąc przy tym bardzo dramatyczną minę, tak by sparodiować swój wygląd na każdym plakacie, który głosił, że za tę czarownicę jest wysoka nagroda w galeonach. Może to przez okulary nie było jej tak łatwo poznać? Akurat Ministerstwo się postarało i wybrali naprawdę jedno z jej ładniejszych zdjęć! Może powinna wysłać list z podziękowaniami?
Zrezygnowała jednak z podchodów, chrząknęła pod nosem. - Jestem Marcella Figg, współpracuję z Twoim szwagrem jako ochroniarz jego kuzynki oraz Twojej siostry. Mi, jak i z resztą wszystkim, którym teraz pomagasz zostało przekazane, że zajmujesz się... Dystrybucją szeroko pojętą, tak? I to w Londynie... Imponujące. Dlatego mam dla Ciebie propozycję.


nim w popiół się zmienię, będę wielkim
płomieniem
Marcella Figg
Marcella Figg
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
porysował czas ramiona
OPCM : 36
UROKI : 26
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6925-marcella-figg#181615 https://www.morsmordre.net/t6971-arkady#183169 https://www.morsmordre.net/t6970-lelolelo-bagiety-jado#183167 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t6991-skrytka-nr-1723#183527 https://www.morsmordre.net/t6972-marcella-figg#183216

Powrót do góry Go down

Może znał, może tylko sprawdzał, a może zwyczajnie chciał zagaić, żeby powiedziała coś jako pierwsza. Test na początek zdawał się dosyć dobrym pomysłem, w końcu mógł trafić na kogoś o podobnych zdolnościach, kogo zamiary nie były zbyt czyste, a bezpieczne miejsce było wyłącznie przykrywką. Słysząc jej pierwsze słowa, na szczęście główne uczucie niepokoju minęło, choć nic nie uśpiło jego czujności. Obserwował ją, kiedy imitowała swój portret z Londynu. Wychodziło dosyć zabawnie, choć nie było mu do śmiechu, zbyt dużo nienawiści przelewało się przez wszystkie te listy, a pośród nich także ten z licem jego szwagra. Zdecydowanie nie było mu do śmiechu, choć miała całkiem niezły występ nadający się do podrzędnego kabaretu. Zaraz wytłumaczyła swoją rolę, zapuszczając kolejne sidła zainteresowania jego uwagi, która wydawała się nie mieć żadnych granic. Swoją dosyć zagubioną minę zastąpił mocnym spojrzeniem i zaciśniętymi zębami uwypuklającymi zewnętrzne rysy szczęki. Dotknęła tematu bardzo delikatnego, a on, jak zwykle dał się ponieść emocjom. Rodzina była mu zbyt droga, a Macmillan zbyt lekkomyślny. Łatwo było mu go oceniać z daleka, kiedy nie widział większości rzeczy, jakie tamten robił dla społeczności.
- Faktycznie, mój s z w a g i e r zdecydowanie potrzebuje jakiegoś ochroniarza. – stwierdził płynnie, przypominając sobie ich pierwsze spotkanie po długim czasie jego nieobecności. Chyba nie poszło zbyt dobrze, ale grunt, że się starali…unikać. – Mam nadzieję, że jesteś skuteczna w bronieniu ludzi, bo jeśli coś się stanie mojej siostrze i Gin… – nie zagroził jej, choć między jego słowami była wyczuwalna złość, którą wystarczyło jedynie uwolnić na powietrze. Nikt nie mógł skrzywdzić jego familii, nikt. Między brwiami pojawiła się zmarszczka od ściągniętych brwi. W żaden sposób nie próbował umniejszyć jej, że była kobietą i uznawała się za ochroniarza, już dawno zdołał pojąć, że jedną z większych mocy nie tylko przekonywania, są właśnie kobiety. Ich siła widoczna nie tylko w jego rodzinnych progach, lecz także w szerokim świecie. Szanował je na równi z mężczyznami, dlatego wszelkie głupawe zasady uznawane przez konserwatywnych szlachciców były przez niego nie tylko nierespektowane, lecz także wyśmiewane. Gdyby kiedyś zostali w sytuacji, kiedy ich życie zależy od kobiety, bardzo szybko przekonaliby się, że ich rola jest wręcz kluczowa.
- Owszem, właśnie… - zaczął bezmyślnie, zaraz zatrzymując się w pół słowa. Przecież nie będzie jej mówił, jak duże mają plany na obrabowanie jednego ze statków, byłoby to co najmniej nierozważne! – czego potrzeba? – zirytował się lekko na własną głupotę, która mogła wypłynąć bez żadnych śledztw, czy tortur. Jasnowłosa dawała mu żmudne poczucie bezpieczeństwa w rozmowie, a samo prześliczne miejsce, które kiedyś nazywał domem, sprawiało, że nie był w stanie cały czas utrzymywać gardy. Sentymentalizm powoli obniżał mury budowane na potrzeby Londyńskiego życia, o którym tak żywo Zakonniczka chciała porozmawiać. Chyba powinien być bardziej entuzjastyczny, ale jakoś nie był w nastroju do robienia interesów tam, gdzie wszystko miało być takie nietykalne i czyste. Czuł, że plugawi tę ziemię nawet wtedy, kiedy zwyczajnie oddychał, a myśli odpływały gdzieś pomiędzy znajome uliczki, które stały się teraz całym jego życiem. – Jaka ta propozycja? – mruknął poprawnie już, nie jak naburmuszone dziecko, a zwyczajny obywatel, taki byle kto, bo przecież właśnie taki był. Wzrok ulokował w jej oczach, niech przedstawi swoją ofertę, w końcu są tu w sprawach biznesowych, czyż nie?


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 22
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

Chociaż w maju, gdy jej zdjęcie pojawiło się na plakatach w Londynie, w ogóle nie było jej do śmiechu, to dzisiaj nabrała już do tej sytuacji dystansu. Musiała, bo to było tragikomiczne, a przecież nie zedrze każdego napotkanego na drodze plakatu, nie zabierze swojej twarzy z oczu ludzi. Dlatego postanowiła to wyśmiać, robiła to na każdym kroku. Bo przecież to brzmi komicznie - Ministerstwo uznające kobietę o zastraszającym wzroście metr sześćdziesiąt, z rudymi włosami z okularami na nosie za niebezpieczną terrorystkę i wysyła za nią pełen pościg. I jeszcze od pół roku nie mogli jej złapać. To dopiero profesjonaliści. Policja zeszła na psy od kiedy jej tam nie było, pewnie zupełnie wszystko się posypało. Skinner dawał z siebie zawsze wszystko, by to funkcjonowało jak trzeba, nawet jak miał zespół złożony z kretynów jedzących ciągle pączki. Był podziwiany przez Marcellę... A teraz, po odejściu z Ministerstwa. Nawet bardziej, bo miał serce po właściwej stronie.
Wyczuła od razu tutaj pewien konflikt z Anthonym, który w tej chwili był jednym z najbliższych przyjaciół czarownicy. Dlatego, gdy usłyszała przytyk, dosyć wyraźny, przymknęła lekko oczy, obserwując teraz rudowłosego czarodzieja trochę jak drapieżnik przyczajający się do skoku. Nie śmiała jednak wtrącać się w sprawy rodzinne między nimi. To nie jej sprawa. - Rozumiem Twoje zmartwienie, ale jest bezzasadne. Niech dowodem tego, co umiem będzie to, że właśnie stoisz w mojej pułapce. - Nawet jeśli chciałby rzucić z tej chwili komentarze o jej płci, Marcella już dawno była odporna na takie przytyki. Wybierała sobie męskie zawody, musiała być przygotowana na to, że będzie traktowana pobłażliwie i będzie musiała znaleźć swój sposób na swoje miejsce w tym wszystkim. Nie przeszkadzała jej atmosfera kobiecości, a swoją skuteczność oceniała przy porównaniu się do człowieka, nie do mężczyzny. Ale trzeba było przyznać - kobiety walczyły inaczej. A szereg pozytywów przechylających szalę na korzyść jej zamiast wielkiego i umięśnionego bydlaka był ogromny. Choćby, przykładowo, bez strachu, wstydu czy oskarżenia o brak szacunku, mogła wejść wszędzie. Do łazienki, toalety, do sypialni. - Spokojnie, nie jest groźna.
Miała straszną ochotę zapalić...
- Czytasz Proroka Codziennego? Chodzi dokładnie o punkty pomocy dla osób pokrzywdzonych wojną. Jest tam wielu czarodziejów, którzy przymierają głodem lub brakuje im eliksirów leczniczych. Pomyślałam, że... Będziesz znał dobre drogi, by takie rzeczy zdobywać. Przy odrobinie pomocy, mogą oni stworzyć własne społeczności, a później pomagać nam w naszych sprawach. W zamian... od siebie mogę zaoferować transporty i zabezpieczenia. - Nie brzmiała jakby to co proponowała było bardziej rozbudowaną akcją, ale po jej dobrych relacjach z Ministerstwem Magii (aż się kaszel na usta cisnął), że nie będzie czuła wielkich oporów nawet do najbardziej rozbudowanych akcji. - Jeśli trzeba będzie przez to bogatszym uszczuplić trochę ich bogactwa... Mugole mają taką bajkę o Monsieur Hoodzie. - Jej próba wypowiedzenia francuskiego słowa z wyraźnym, szkockim akcentem brzmiała komicznie.


nim w popiół się zmienię, będę wielkim
płomieniem
Marcella Figg
Marcella Figg
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
porysował czas ramiona
OPCM : 36
UROKI : 26
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6925-marcella-figg#181615 https://www.morsmordre.net/t6971-arkady#183169 https://www.morsmordre.net/t6970-lelolelo-bagiety-jado#183167 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t6991-skrytka-nr-1723#183527 https://www.morsmordre.net/t6972-marcella-figg#183216

Powrót do góry Go down

Powędrował wzrokiem po otoczeniu, starając się wyłapać to, co niewidoczne. Blefowała albo mówiła prawdę, dziś mógł uwierzyć w blef, innym razem niekoniecznie, bo przecież przynależność do zorganizowanego buntu nie oznaczała, że byli w stanie zawierzać swoje życia... w sumie to rudzielec mógł i to jeszcze jak! Głównym kłopotem było nienarażanie innych, a w tym wypadku zdawało się, że nikt poza ich dwójka nie ucierpi, co oznaczało tylko jedno - świetny plan, który de facto on zaczął już tworzyć od spotkania z Nealą. Przez głowę jednak przebijały mu się całkiem inne myśli związane z handlem narkotykami, które tak niefortunnie trafiły do Michaela... gdyby miał kontrolę nad wszystkimi używkami, może zdołałby powstrzymać tych niewinnych, którzy... cholera, idiota jeden, sam to na siebie sprowadził...
- Od jakiegoś czasu interesuję się tym tematem... i z przyjemnością przyjmę na zabezpieczenie pleców, tym bardziej, jeśli słynie ze swoich czarodziejskich zdolności. - przytaknął z uznaniem, pozbywając się w pełni swojej niepewności i zagubienia, mówili o interesach, a to należało do strefy pełni skupienia i precyzji. - Robin miał chyba na imię. - przytaknął z nagłym uśmiechem na twarzy, mogli się nie znać, ale dogadywali się we własnym języku, nawet jeśli jej zwrot był mu totalnie obcy i być może nawet wydawał się oryginalnym - w końcu dowiedział się o Robin Hoodzie w Oslo, gdzie norweskim akcentem jeszcze mocniej przemieniano słowa na zabawniejsze. Dobra bajka. Myśli zaczęły pędzić do przodu, rozważając nad sposobami wykorzystania sytuacji; kiedy odbędzie się następna dostawa do Ministerstwa i w sumie co najważniejsze, jak utrzymać dobry przepływ dóbr...
- Sytuacja nie jest stabilna, wiadomo... zajmuję się teraz jedną z takich... dostaw, co wcale nie wyklucza angażu w innych... - zamyślił się na chwilę, próbując przywołać jakieś informacje związane z dostawami, czy też dobrami, które mogliby odbić. Zaraz jednak w głowie zaświtała mu myśl, którą miał od pierwszego listu, powinni mieć to hyż dawno za sobą! - Urien Weasley jestem, mów mi Reginald, jeśli mamy kontynuować korespondencję należałoby zapewnić jej bezpieczeństwo. - zaproponował, wyciągając w jej kierunku rękę jak na pokwitowanie umowy, czy w ten sposób plamił wspaniałe ziemie Devon? - Czy masz jakiś konkretny plan? - spytał z powagą, obserwując jej twarz.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 22
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

eris & jayden26 października
Zanim jeszcze przeniósł się do Devon, był wściekły. Czuł, jak złość odzywała się w spiętych barkach, zaciśniętej żuchwie i zmarszczonych brwiach, nie odpuszczając ani na moment. Przywykł do negatywnych emocji krążących w żyłach - w końcu były z nim już tyle miesięcy, lecz tutaj, teraz kierował je ku komuś innemu niż on sam. Nie. Nie miało to żadnego związku ze znalezieniem się w Torquay oraz celem tej wyprawy, lecz z faktem, iż w głowie profesora odtwarzało się bez przerwy spotkanie sprzed zaledwie doby. To spotkanie, które powinno być jedynie obojętnym muśnięciem na karcie kolejnego przepracowanego dnia i zapewne też takie by było. Gdyby było normalne... Gdyby nie padły te wszystkie słowa, gdyby nie odbyłyby się te wszystkie gesty, które wytrąciły już i tak ciężko panującego nad sobą astronoma. Wszak kto by się spodziewał, że do Szkoły Magii i Czarodziejstwa przyjdzie jakiś mężczyzna podający się za kuzyna jego zmarłej tragicznie żony? Zawoalowany postarzającą go na dodatek magią? Bezczelny, bezpośredni i mało w swych słowach konkretny. Zbyt pyszny, żeby być w stanie powiedzieć, o co tak naprawdę chodziło. Brutalnie bezczeszczący imię zmarłej, rzucając nim prosto w twarz świeżo owdowiałego męża. Za kogo ów mężczyzna w ogóle go miał? Sądził, że Jayden rzuci wszystko, by usłyszeć o ukochanej? Że wybaczy nietakt? Że był zdesperowany? Ktoś, kto własnymi rękami wykopał grób matce swoich dzieci, nie ustępował przed nikim. Nie dawał się wykorzystywać słowami ani nie zamierzał pozwalać na zasłanianie się Pomoną komukolwiek. A na pewno nie członkowi Zakonu Feniksa. Organizacji, przez którą i dla której okłamała własnego męża...
Tak. Był więc wściekły i dlatego też profesor zdecydował się na pochwycenie świstoklika, a nie zawierzenie teleportacji - emocje nim targające wciąż były zbyt świeże i zbyt chwiejne, aby był całkowicie pewien, że nie groziło mu rozszczepienie. Od odejścia żony oraz jej śmierci to właśnie był jego główny środek transportu. Nie mógł w końcu sobie pozwolić na błędy, uszczerbek na zdrowiu lub dłuższą niedyspozycję - jako ojciec, jako nauczyciel, jako opiekun i naukowiec musiał być przytomny oraz dostępny. Nikt nie miał za niego zająć się trojaczkami, oporządzić domu, sprawdzić zadań domowych uczniów, ugotować obiadu czy napisać kolejnych stron książki. Bez względu na wszystko Vane pozostawał zajętym człowiekiem, nie chcąc posiadać nawet odrobiny wolnego czasu - gdy zatrzymywał się, myślał. Rozmyślał o Pomonie i to sprawiało, że cierpiał jeszcze silniej, niż był w stanie unieść. Znajdował sobie więc coraz to nowe zajęcia, ucząc się rzeczy, które niegdyś zarzucił, a które nagle wróciły do niego z mocą tsunami. Ten też element układanki sprowadził go w pobliże klifu Babbacombe, a konkretnie na plażę u jego stóp, gdzie miał odebrać tyczące się jego zainteresowań książki. Pomiędzy tomami poświęconymi astronomii miały znaleźć się też dzieła poświęcone sztuce szeroko pojętej transmutacji, animagii oraz nawet bliskiej mu grze na pianinie. Wiedział, że z tym ostatnim zawsze mógł zwrócić się do matki, ale nie miał jeszcze odwagi, by stanąć z nią twarzą w twarz. Nie w takim stanie. Nie w momencie, gdy był jedynie jedną wielką rozpaczą próbującą ustać na nogach. A idąc uliczkami Torquay i kierując się ku plaży, wcale nie prezentował się lepiej. Wysoka, górująca nad większością czarodziejów i czarownic sylwetka zdawała się nie zwracać uwagi na otoczenie pogrążona we własnym świecie. I tak właśnie było. W Jaydenie wciąż kotłowały się nie tylko myśli, ale też uczucia, których tam nie chciał. Przecież nie mógł wiecznie spalać i poświęcać cennej energii na teoretyzowanie o czymś, co miało go nie zajmować. Obiecał sobie, iż spotkanie z nieznajomym nie miało na niego wpłynąć. Nie wiedział, czy podający się za Samuela Skamandera mężczyzna faktycznie nim był - człowiekiem widniejącym na listach gończych w całej Wielkiej Brytanii. Lecz po co miałby to robić? Po co miałby udawać, że był zbiegiem? Nawet jeśli... Co za różnica? Mógł być faktycznie Skamanderem, którego poszukiwało całe Ministerstwo Magii, ale co to zmieniało? Jayden nie chciał mieć żadnego związku z Zakonem Feniksa, który pozbawił go ukochanej kobiety. Ostatnie czego potrzebował to pałętających się przy jego uczniach i dzieciach problemów w postaci samozwańczych buntowników. Bojówkarzy, których nie obchodziła prawda innych. Tylko ich własna.
Dopiero przystając na piasku plaży, pozwolił sobie na głęboki oddech, mający sprowadzić na niego większe rozjaśnienie umysłu. Nie. Nie mógł pozwolić na to, by te wszystkie emocje nad nimi zapanowały - musiał oczyścić myśli, pozwolić im przez siebie przepłynąć i uciec. Dokładnie tak jak robił to podczas nauki oklumencji, podczas zamykania umysłu. Podczas prób zablokowania bolesnej sztuki legilimencji... Zamknął oczy i wyregulował oddech, pozbywając się miarowo postarzonej zaklęciem twarzy Skamandera, jego słów i gestów. Wyrzucał z siebie część uczuć, jednak nie było to takie proste. One wciąż szalały z rozpaczy, w tęsknocie za ukochaną i strachem przed przyszłością ich dzieci. Jednak jeśli chciał je chronić, musiał odzyskać trzeźwość umysłu, bo bez tego był jedynie rzucającym się na wietrze liściem. Bez filarów, bez podłoża, bez przynależności... Spokój. Chociaż na chwilę. Otworzył oczy i spojrzał na rozciągającą się przed nim wodę kanału La Manche. Gdyby nie ten cały koszmar, być może poczułby się w pełni wyciszony. Zamiast tego rozejrzał się jednak za kolejką, przy której miał spotkać się z Diggorym - robienie z nim interesów nie było dla astronoma nowością i chociaż niekiedy długo czekało się na swoje zamówienie, zawsze się pojawiało. Nawet w trakcie szalejącej i wzburzającej się wojny.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Pewnego dnia mogłaby zapomnieć o podobnych przedsięwzięciach, samodzielnym udawaniu się po odbiór kilku książek dotyczących chlubnej sztuki tkania klątw czy flakoników rozdzielonych wpakowaną naprędce do drewnianej skrzynki słomą. Mieć kogoś na posyłki - nie na tyle zaufanego, by darować sobie zabezpieczenia przesyłek, dość jednak, by odbiór zamówień stał się formalnością nieangażującą jej własnego czasu. Tyleż pragnęła, jeden z bodaj setki punktów do zrealizowania w planie na życie. Póki zaś pozostało samemu stawiać kroki przez piaszczyste wybrzeże, wsłuchiwać się w szum fal zdolny niemalże zakłócić ten dźwięczący z każdym równomiernym oddechem.
Spokojnym, mimo potencjalnego zagrożenia wiążącego się z każdym podobnym spotkaniem i braku tytoniu zdolnego rozluźnić ciało, gdy papierosy z codzienności zmieniały się tymczasowo w mocno ograniczany luksus specjalnych okazji. Pozostało smakować na ustach co najwyżej morską bryzę, w jej własnym mniemaniu przywodzącą co najwyżej odór glonów wyrzucanych przez morze i ciężar soli wydającej się unosić w mgłach nadmorskich. Lepiej niż w Londyńskim porcie, ale nawet na łonie natury podobne aromaty zwyczajnie nie rozpieszczały.
Miała wyglądać zwyczajnie, umykając wzrokowi spotkanych przypadkiem w okolicy odludzia i znikając wkrótce po spotkaniu z myśli mającego spotkać ją na plaży. Prezentować się normalnie mimo wcale nieułatwiającej tej krwi, każącej wybić się w tłumie nawet mimo całkowitego braku starań ku temu. Próbowała więc przechylić siłą szalę na rzecz szarości prezencji, wczuć się w rolę czarownicy niedbającej o własną prezencje, wręcz nieposiadającej ku temu czasu przez natłok innych zajęć. Brunatny płaszcz, w którym drobna sylwetka zdawała się wręcz topić, pozostawał wyobraźni niemalże wszystko, z wyjątkiem może obleczonych rajstopami nóg. Buty na płaskiej podeszwie, ułatwiającej mocny krok, w razie czego mający zamienić się w bieg. I tylko z twarzą nie dało się uczynić nic ponad pozostawienie jej nietkniętej choćby muśnięciem różu. Pozostawały więc obleczone wachlarzem jasnych rzęs, spoglądające spod zmierzwionych wiatrem jasnych włosów, oczy wcale nie tak różne w barwie od niespokojnego nieba i linia ust, przez chwilę węższa, gdy dostrzegając na plaży inną osobę zacisnęła wargi.
- Nie nastawiałam się na spotkanie towarzyskie. Upudrowałabym nosek - słowa wybrzmiały głośno i wyraźnie, podbudowane nutą rozbawienia.
Miał zorientować się, że nie był sam, by zaskoczony nie popełnił jakiejś głupoty w odpowiedzi zaś oczekiwała komunikatu pozwalającego określić, chociaż pobieżnie intencje mężczyzny. Sama zatrzymała się kilka metrów od niego, z możliwie neutralną maską nasuniętą na lico i dłońmi wciśniętymi w kieszenie wierzchniego odzienia, z których jedna zaciskała się na dającej odrobinę pewności siebie w przepełnionej niewiadomymi sytuacji.
"Kto" i "po co" było chyba najważniejsze. Nie poznała go wszak w pierwszej chwili, bo i czemuż miałaby spodziewać się spotkania po latach, wplecenia znajomej postaci w realizowane interesy. Dopiero zmniejszenie dystansu, ocena drugiej osoby w kategoriach innych niż przyjaciel lub wróg dawała sposobność do połączenia kropek. Jayden Vane, znajomy z czasów szczenięcych, przez kilka pierwszych lat "kawaler z potencjałem" później zaś "wściubiający nos w nie swoje sprawy gówniarz". Przynajmniej tak mawiała matka. Eris, cóż, ona zwyczajnie nie miała zdania.
Był ciekawym rozmówcą dla dziecka, ale zdawał się nie rozumieć pewnych rzeczy, jak choćby konieczność respektowania domowego miru. Ściągał kłopoty, na siebie i na innych, lata po Hogwarcie nie obfitowały więc w próby odnowienia kontaktu, bo i na cóż. Jedyne co mogła kojarzyć z jego obecnej sytuacji to jego drogą małżonkę, której do momentu śmierci poszukiwano z woli rządzących. Pannie Rookwood nie mogło być bardziej wszystko jedno z tego powodu, skoro nie mogła na tym nic ugrać, w razie czego jednak gotowa była sklecić jakieś eleganckie kondolencje w ramach dopełnienia formalności. Nie uciekniesz od nich choćbyś dumnie przypinał sobie łatkę przestępczej szumowiny.



And that world about to be a witness


To the limitlessness of how I kill business


Eris Rookwood
Eris Rookwood
Zawód : Przestępca
Wiek : 23 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Show me how you move
Cause when you break
I'll get a new one
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t9762-eris-rookwood#296235 https://www.morsmordre.net/t9788-ludio#296929 https://www.morsmordre.net/t9772-watch-me-play-the-devil#296437 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9795-skrytka-bankowa-nr-1337#297089 https://www.morsmordre.net/t9816-e-rookwood#297747

Powrót do góry Go down

Gdyby wiedział, że nie był jedynym odbiorcą własnego zamówienia, nie spieszyłby się aż tak. Pozwoliłby sobie nawet spóźnić się na spotkanie z Diggorym, nie podając specjalnej przyczyny. Myśl o towarzystwie, drugim odbiorcy nie przeszła mu nawet przez myśl, chociaż już pojawiał się w magicznym porcie, gdzie tłum gęsto przewijał się przez marinę. Teraz jednak wszystko było inaczej. Nie tylko wojna, trudność ze zdobyciem i przewiezieniem podstawowych zamówień. Jak niegdyś najlepiej czuł się wśród ludzi, aktualnie astronom wręcz do perfekcji opanował unikanie bliskich. Pozwalał, by zżerała go praca, domowe obowiązki związane z posiadłością oraz własnymi synami. Zatapiał się w masie papierologii związanej z badaniami oraz książką. Drobiazgowe wolne chwile poświęcał na uczenie się transmutacji oraz powolne przyswajanie dźwięków fortepianu. Chciał odsunąć od siebie ciekawskie spojrzenia, zmartwione wyrazy twarzy, próby wymuszenia rozmowy. Ile razy mógł słuchać o współczuciu, chęci pomocy czy sławetnego odpocznij i otwórz się. Nie. Nie chciał tego robić. Cierpiał po utracie żony, przechodził żałobę, starając się zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło i co powinien był robić dalej. Bo przecież świat się nie zatrzymał. Nie zamierzał przystawać i pochylać się nad biednym Jaydenem, pytając, czy wszystko było dobrze. To tak nie działało i działać nie miało. Kto miał zamiast niego zająć się chłopcami, którzy już pozbawieni matki, umarliby bez opieki ojca? Kto miał uczyć w Hogwarcie, gdzie Ministerstwo Magii próbowało przepchnąć własnych pachołków? Kto miał skończyć projekt teorii panmagicznej, mającej wartość dla całego magicznego świata? To nie tak, że bez Vane'a wszystko miało upaść. Nie. Rzeczywistość nawet nie zauważyłaby jego zniknięcia, lecz ludzie na nim polegający już jak najbardziej. Właśnie o nich myślał, podejmując się decyzji o dalszym uczestniczeniu w życiu społecznym. O odpowiedzialności spoczywającej na jego barkach i egoizmie kryjącym się za zostawieniem tego chociażby na chwilę. I mimo że dystansowanie się od bliskich wychodziło mu naprawdę dobrze, ten zakres nie obejmował już ludzi trafiających się na jego samotnej drodze. Nie potrafił zliczyć, ilu ich było. Jak w dziwnych konfiguracjach, miejscach, w przedziwnych sytuacjach. Na konferencji naukowej, po wyjściu z rezerwatu smoków, przebywając na terenie Hogsmeade. W Hogwarcie... Niepoliczalny tłum zalewał profesora z każdej ze stron, nie pozwalając zaznać mu spokoju i ciszy własnego umysłu. Ale może właśnie w jakiś sposób ratowało go to przed popadnięciem w całkowite szaleństwo. Przed myśleniem o Pomonie, o winie, którą bez przerwy się katował. I chociaż żadna z tych rzeczy nie uciekła, na pewno dobry był fakt, iż na kilka chwil mógł o tym nie myśleć..
Nie nastawiałam się na spotkanie towarzyskie.
Obcy, niespodziewany głos wytrącił go z zamyślenia, a zmarszczone już wcześniej lekko brwi, drgnęły w oczekiwaniu. Przez wiatr i szum morza nie słyszał jej nadejścia, lecz równie dobrze w zewnętrznej ciszy, jego własne myśli mogły zagłuszyć wszelkie milczenie. Gdy spojrzał na źródło wcześniejszej wypowiedzi, dostrzegł ostro zarysowane linie twarzy, podniesiony podbródek i krótsze niż u innych kobiet włosy. Nawet otulona podstarzałym, szaro-burym płaszczem, zaliczała się zdecydowanie do grona czarownic, za którymi mężczyźni z chęcią ciągnęli swoje spojrzenia. Jego własne nie sięgało jednak tej płytkiej gry - utkwione w mimice, próbowało rozszyfrować znajome mu elementy w całość. Jej twarz coś mu mówiła, lecz nie potrafił odnaleźć właściwego nazwiska czy nawet zdarzenia. Może znał kogoś podobnego do niej lub faktycznie była kimś, kogo gdzieś minął. W innych okolicznościach, w innym etapie życia zapewne przywitałby się wylewniej. Bardziej otwarcie. Być może też by ją rozpoznał, ale jak mógł dostrzegać ludzi z przeszłości, skoro nie poznawał teraźniejszości?
- Diggory nie mówił nic o kobiecie - odparł, chcąc równocześnie dowiedzieć się, czy jej obecność była związania z postacią handlarza, czy chodziło o coś zupełnie innego. Skoro wiedziała o spotkaniu, musiała kontaktować się z mężczyzną. Nie widział jednak żadnej torby, w której mogłaby schować oczekiwane przez niego zamówienie. Była więc innym kupcem? Być może, jednak gdyby nadchodziły kłopoty, zostawała teleportacja, różdżka lub świstoklik w kieszeni jego płaszcza. Wyglądała na taką, która nie bała się walki, lecz nie oznaczało to, iż chciałby się z nią pojedynkować. W aktualnej sytuacji trzeba było być jednak gotowym na wszystko, bo kłopoty nadchodziły z każdej ze stron. Kłopoty... Gdyby wiedział, kim była jego rozmówczyni, przypomniałby sobie również o kłopotach, które wiązały się z nią bezpośrednio. Z nią lub właściwie które wiązały się z jej matką. Tamte wydarzenia wydawały się jednak niczym w porównaniu z aktualnym stanem rzeczy. Zakurzone, wymięte, porzucone i zapomniane. Parę ostrych słów krytyki, własna butność, ale nie żałował. Nigdy tego nie żałował, obwiniając się jedynie za to, że zauważył to tak późno. Jak zawsze robił wszystko za późno... Z dostrzeżeniem sekretu własnej żony również - być może gdyby zareagował zawczasu, nie znajdowali się na świeczniku. Byli wszak figurami publicznymi jeszcze zanim pojawiły się listy gończe - Pomona i on. Jako nauczyciele, jako angażujący się badacze. Jako młoda - być może dla niektórych za młoda - kadra. Teraz jako zneutralizowana przeciwniczka rządu i jej kontrowersyjny mąż.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Był nie dość ostrożny - tyleż mogła wywnioskować jeszcze nim otworzył usta, by coś powiedzieć. Być może tak właśnie wpływała na ludzi ciepła akademicka posadka, brak odpowiedniego przygotowania na te brzydsze aspekty życia i zbytnie osadzenie w cieple domowego ogniska. Stać na otwartej przestrzeni, spotykając się z osobą zajmującą nie zawsze legalnymi interesami i do tego odpływać gdzieś myślami, miast obserwować okolicę. Zapewne gdyby zechciała bez problemu zdołałaby podkraść się ku niemu, pozwalając szumowi fal zagłuszyć odgłosy przesypującego się pod nogami piasku.
Życie gasło prędko, wystarczyło chwilowo zapomnieć o konieczności sprawowania nad nim pieczy - coś, o czym zdawała sobie przypomnieć ruszając z miejsca, w którym chwilę temu przystanęła, wciąż pilnując zachowania odpowiedniej odległości. Cały ruch miał jeden cel, przesunięcie się by nie stać wciąż plecami wobec otwartej przestrzeni plaży, bardziej zaś w stronę wyrastających ku niebu klifów. Działo się to równie odruchowo, jak rozglądanie za drogami wyjścia w zamkniętych pomieszczeniach czy analizowanie własnego ubioru przez pryzmat korzyści oraz utrudnień w wypadku nastąpienia konfliktowej sytuacji. "Masz mózg, więc używaj go zawsze w pełni", jak to lubiła powtarzać jej rodzicielka.
- Biedak pewnie znów wskazał dwóm osobom ten sam czas - westchnęła, niby rozczarowana podobnym postępowaniem ze strony ich wspólnego znajomego, kręcąc nawet lekko głową.
Nie wydawała się przy tym szczególnie zaskoczona podobnym obrotem spraw, przynajmniej w przypadku tego konkretnego czarodzieja nie mając zbyt wygórowanych oczekiwań. Diggory potrafił zdziałać cuda w kwestii organizowanych dla swych klientów skarbów, zdecydowanie jednak nie miał głowy do logistyki tej części przedsięwzięć, która obejmowała przekazanie towaru i odebranie zapłaty zań. Możliwe, że rozmawiała z nim już kiedyś na ten temat - tłumaczyła, jak ważne było zapewnienie komfortowych warunków odbioru oraz anonimowości względem innych kupców.
Głupiec kiedyś umówi przez przypadek na ten sam dzień i miejsce któregoś z Rycerzy oraz poszukiwanego przez Ministerstwo, co w najlepszym wypadku skończy się stratą jednego z nich, w najgorszym zaś… Cóż, niewielu znajomym prognozowała śmierć ze starości, w otoczeniu gromadki wnuków. Ona sama również nie miała większych szans na podobny "happy end", ale, co całkiem zrozumiała, nie przepadała rozważać okoliczności potencjalnego zgonu własnej osoby. Takie użalanie się źle działało na cerę.
- I chociaż rozumiem frustrację z tego powodu, to jednak określanie mnie per "kobieta" jest dość nietaktowne, panie Vane - znów lekko zacisnęła usta, niby urażona z lekka, zaraz jednak pozwoliła wargom rozluźnić się, kąciki ich zaś podjechały lekko ku górze. - Czyżbym była tak niewartą zapamiętania osobą czy może w końcu zdołałam w pełni wczuć się w rolę anonimowej panny X?
Wbrew dobranym słowom ton ich był lekki, rozbawiony wręcz, wypowiedzi rozbrzmiewały zaś bez zbędnego dystansu. Przekrzywiała lico wystające znad płaszcza, w którym jeszcze chwilę temu wydawała się niby próbować zatopić, mrużąc oczy na kształt kota, dostrzegającego okazję ku psoceniu. Powaga nie miała tu większego sensu - można było ją śmiało ukryć w szkatułce na biżuterię i zakładać w razie bardziej oficjalnych wyjść, niby do kompletu z perłowymi kolczykami. Tam musiała grać podług wpojonych od małego zasad etykiety, każących uznawać wszystkich potencjalnie od siebie lepszymi, tutaj zaś…
Ulice nie znosiły braku dystansu, każdy uczył się tego prędko lub kończył życie, oberwawszy Avadą w plecy. To, w połączeniu bodaj z faktem, że wciąż pamiętała swego rozmówcę raczej z perspektywy młódki delikatnie zaganianej ku "moralnie przystępniejszemu" zachowaniu, wprawiało zwyczajnie w dość dobry nastrój. Nawet perspektywa faktu, że Diggory zapewne prócz zorganizowania im spotkania po latach zapewni również i konieczność czekania na wietrznej plaży, nie była zdolną pogorszyć nagle lepszego nastroju panny Rookwood. Ot sztuka cieszenia się małymi rzeczami w połączeniu z tolerowaniem pewnych niedogodności, na które nie mieli większego wpływu. Tak było dziś, ale i kiedyś, gdy korzystając z przywilejów wychowania godziła się z metodami wychowawczymi matki.
Profity zawsze przewyższały potencjalne straty, liczone w krótkich chwilach ostrego bólu i żalu, który przekuwała w coraz większą motywację. Ingerowanie kogoś z zewnątrz było niepotrzebne, nic nie wskórałby choćby angażując wciąż działającego wówczas Proroka - nikogo to nie obchodziło, ta jedna z codziennych tragedii jednostki, która hartowała ją niby mający przeciąć wszystko na swej drodze metal. Sztylet mający równie duży potencjał do tworzenia, jak i do niszczenia, z pozorną preferencją dla tegoż drugiego.



And that world about to be a witness


To the limitlessness of how I kill business


Eris Rookwood
Eris Rookwood
Zawód : Przestępca
Wiek : 23 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Show me how you move
Cause when you break
I'll get a new one
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t9762-eris-rookwood#296235 https://www.morsmordre.net/t9788-ludio#296929 https://www.morsmordre.net/t9772-watch-me-play-the-devil#296437 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9795-skrytka-bankowa-nr-1337#297089 https://www.morsmordre.net/t9816-e-rookwood#297747

Powrót do góry Go down

Mogła go postrzegać w sposób, jaki tylko chciała i nie miał nad tym władzy. Mogła nadawać mu cechy, których nie posiadał, barwić go wedle własnej woli, naginać fakty, by wyobrażenie Jaydena Vane nabierało w jej głowie efektu, jaki sobie wyznaczyła. Nawykł do oceny, do bycia na świeczniku już od wczesnej młodości, a szersza uwaga jedynie nasilała się wraz z wiekiem. W oczach innych ludzi mógł być karykaturą człowieka. Nędzną podróbką męskości. Figurą równie kontrowersyjną i wzbudzającą mieszane uczucia, co potrzebną i niezastąpioną. W końcu od samego początku wzbudzał poruszenie, a to oznaczało stawanie twarzą w twarz z komentarzami na swój temat. Pamiętał artykuł, w Walczącym Magu zaraz po objęciu przez niego posady nauczyciela najsłynniejszych z magicznych szkół. Poddawano w nim obiekcji wybranie kogoś tak młodego na tak poważne stanowisko i próbowano wzburzyć dyskusję o jego braku kompetencji. O tym, iż należało dbać o porządne wykształcenie młodego pokolenia, nie zaś stawiać przed uczniami kogoś, kto ledwie sam ukończył Hogwart. Młody. Nieodpowiedzialny. Czy dyrektor prowadzi na naszych dzieciach eksperyment?, brzmiały niektóre z komentarzy, podsycając niepoważną otoczkę sztucznie rozdmuchanej sytuacji. Część badaczy twierdziła, że cały swój prestiż zawdzięczał rodzinie. Że gdyby nie znaczące tło, sylwetka aktywnego i wciąż podróżującego dziadka nie osiągnąłby tego poziomu w tak młodym wieku. Że jego kapitał społeczny był tak wysoki, iż Jayden nie musiał nic robić ani niczym się wykazywać. Nikt w końcu nie zostaje profesorem Hogwartu w wieku dwudziestu czterech lat. Niektórzy czekają na to całe życie i nie mają najmniejszej szansy. Tak - był bardzo młodym czarodziejem i nigdy nie spodziewał się podobnej propozycji, jednak nie wykorzystywał żadnej przewagi, jaką miałby mieć nad innymi, bardziej doświadczonymi na polu astronomii badaczami. Dippet wybrał go spośród rzeszy innych, lepszych od niego. Dlaczego? Jay do teraz nie wiedział, jednak bez względu na wszystko miał być za tę szansę wdzięczny - bez niej nie znajdowałby się w aktualnym momencie życia. Nie poznałby Pomony, nie nauczałby, nie dojrzał. Nie był ojcem... Równe szczęśliwe chwile były przypieczętowane przez tragedie, chyboczące osłabionym męskim ciałem. Czyżby nawiedził go los, odbierając dług, który najwidoczniej został zaciągnięty przez mężczyznę? A świat... Świat zawsze był obok, czujny, by dostrzec ludzki upadek. By oceniać. By szarpać. By rozerwać na strzępy.
Ale Jayden nie był już chłopcem szokującym wiekiem. Był zbieraniną niewiadomych. Nieopowiadający się za żadną ze stron, lecz publicznie widoczny przez każdego. Zabierający głos, pojawiający się na łamach gazet. Wciąż bez problemu uczący w zdominowanym przez uczniów czystej krwi Hogwarcie, do niedawna współpracujący z Ministerstwem Magii nad projektem otaczającym całą Wielką Brytanię. Spowinowacony z zabitą Pomoną Sprout, poszukiwaną listem gończym członkinią Zakonu Feniksa. Nieudzielający komentarza na ten temat. Widziany przez wielu z trójką małych dzieci. Dokładający do świata naukowego coraz więcej istotnych, acz kontrowersyjnych zagadnień. Zadający pytania, nad którymi zastanawiali się wszyscy bez względu na pochodzenie czy poglądy polityczne. Człowiek tak bardzo znany, a równocześnie będący poza zasięgiem. Mógł więc być każdym, będąc przy okazji nikim. A ona... Ona mogła go kształtować tak, jak tylko chciała.
Zrobił krok w jej stronę, nieznacznie zmniejszając odległość między nimi, jakby miało to w jakikolwiek sposób pomóc przy próbie rozpoznania znajomych śladów z przeszłości. I chociaż nie odzywał się, przeciągając odpowiedź, szukał jej. Szukał znaku na to, co naprawdę czaiło się za elementami składającymi się na charakterystyczną twarz. Nie zwrócił uwagi na resztę jej słów - nie odczuwał frustracji, lecz nie zamierzał się temu przeciwstawiać. Nie było sensu, potrzeby. Kobieta przed nim wyglądała na taką, która sama pisała własną rzeczywistość, a polemizowanie z tym było jedynie stratą czasu. Nie zaskoczył się również, słysząc własne nazwisko. Nawet ci, którzy niespecjalnie interesowali się astronomią lub którzy nie posiadali dzieci w Hogwarcie, wiedzieli, kim był. - Przepraszam, ale... Nie pamiętam. - Nie był w stanie. Nie w przeciążonym od ponad półtora roku umyśle. Zapewne gdyby nie oklumencja nie uniósłby psychicznie całego ciężaru traumatycznych przeżyć. Być może rozsypałby się całkowicie, a być może nie zmieniłoby się nic. Podobnie jak podczas trwającego, niespodziewanego spotkania... Wszak pomimo próby rozpoznania twarzy nieznajomej, jej głosu, spojrzenia, do końca nie zależało Vane'owi na tym, by odkryć tożsamość czarownicy. Co miała mu dać, skoro jedynej kobiety, której potrzebował, była ta, która nigdy nie miała wrócić? Skoro po odebraniu własnych paczek mieli rozejść się w swoje strony? - Rozpoznaję fragmenty... - powiedział ciszej, czując, jak głos zacharczał lekko w swoim głębokim tonie, a wzrok z kobiecej sylwetki przesunął się w stronę otwartych wód. To wydawało się surrealistyczne... Ich obecność tam. To otoczenie. Ta wymiana zdań. - Przeszkadza to pani? - spytał, zerkając na nią jedynie krótko i wracając uwagą ku morzu. Gdyby spotkała go dwa miesiące wstecz, usłyszałaby skruchę i wstyd. Teraz niczego podobnego nie było. Był jedynie dystans, którego nie zamierzał naginać.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Instynkt kazał cofnąć się o krok, gdy dystans został zmniejszonym o te kilka centymetrów, siła woli jednak pozostawiła ją pozornie obojętną względem potencjalnie zagrażającego posunięcia, z wyjątkiem może chwilowego zaciśnięcia się mocniej palców dłoni wokół różdżki. Nie było czego się bać, raczej nie, nawet jeśli zaś rzeczywiście za maską znanego jej poczciwego psora czaiła się osoba o wcale nieprzyjemnych intencjach, wówczas okazywanie strachu na nic nie miałoby się zdać. Z ludźmi było czasami jak z dzikimi zwierzętami - spróbuj wycofać się lekko a od razu odzywał się w nich instynkt łowiecki.
Mogłaby grać dalej obruszenie brakiem rozpoznania jej osoby, które wszak w oczach wielu dam byłoby grzechem. Powinny były błyszczeć w towarzystwie, zapadać w pamięci spotykanych rozmówców i zdawać się im niby senne mary, pozbawione tak wszelkich wad, jak i możliwości wyciągnięcia ku nim dłoni. Eteryczność nie była jednak jej domeną, zbyt mocno osiadła we własnym ciele, za bardzo utwierdzono ją w prawdzie, iż składa się z krwi i kości.
Ważnych dla niej, przynajmniej jako podstawę dla dalszej egzystencji w tej formie, ale mało istotnych w przypadku otoczenia, któremu fizyczność była co najwyżej chwilowym źródłem estetycznych wrażeń. Zapomniali i być może w gruncie rzeczy tak było lepiej. W cieniach swobodniej było się poruszać, nawet jeśli pewnego dnia miała z nim zginąć i odejść w zapomnienie.
- Nie ma za co przepraszać, to żaden afront- bo czemóż miałby być?
Musiała być jedną z setek dzieciaków, które przewinęły mu się pod nosem. Kolejna porażka wychowawcza, gdyby mierzyć miarą niektórych z pedagogów, na kształt tych Gryfońskich, czy też całkiem zręcznie radząca sobie w życiu młódka wypuszczona z murów Hogwartu, potrafiąca już za młodu zrozumieć mechanizmy świata dorosłych. Trudniej zrozumieć było czemu ona go zapamiętała.
Ot jeden z zaślepionych ideałami wspaniałości wykonywanego zawodu belfrów, którzy przeceniali swoje możliwości w gestii wpływów na życie najmłodszych. Niby dorośli a przecież głupsi od niej, żyjąc w ułudzie własnych możliwości by uczynić świat lepszymi.  I mimo całej tej naiwności, pogoni za idealizmem pachnącej bratkami utopii, dostrzegł ją - pojedynczą uczennicę, wyrastającą w swoim własnym, prywatnym piekle i bez większych perspektyw na wyrwanie się poza jego bramy. Z góry skazany przypadek, który oznaczałby jedynie zmarnowanie własnych wysiłków a jednak Vane próbował, nawet za cenę zrujnowania ciepłych relacji ich matek i odsunięcia się obu rodzin od siebie. Szaleństwo, głupota, dobroć - może wszystko po trochu. Tacy ludzie zapadali pamięć o wiele lepiej niż podobne jej indywidua.
- Nie, nieszczególnie. Zwłaszcza, że możemy w ton sposób zapełnić sobie najbliższe chwile! - obyło się nawet bez kłamstwa, gdy nieco bardziej już rozluźniona wyjmowała dłonie z kieszeni. Przez chwilę wydawała się bliska przyklaśnięcia swemu pomysłow, ostatecznie jedynie splotła ze sobą palce dłoni. - Skoro 'ggory zdołał umówić się tu z nami w ramach jednego okna czasowego, to równie dobrze pomylić się mógł również i w czasie własnego przybycia na miejsce. A jakież zajęcie jest lepsze na zabicie czasu niż odkrywanie wielkich sekretów, hmm? - po raz pierwszy od wkroczenia na plaże uśmiechnęła się i było coś bardzo dziewczęcego w tym wyrazie twarzy.
Sama propozycja zresztą również brzmiała niby wypuszczona z ust kilkunastoletniego podrostka, nie zaś dorosłej kobiety. O czym jednak mieli właściwie rozmawiać? Beznadziejnej brytyjskiej pogodzie, która jedynie pogarszała się na wybrzeżach, jakby głębia oceanu zwoływała kłębiące się chmury? Czy może bezkresie horyzontu, w który tak smętnie wpatrywał się jej towarzysz, miast zgodnie z zasadami wychowania patrzeć na swą rozmówczynię? Alternatywnie mogliby utkwić tu w ciszy, okazjonalnie wzdychając ciężko w oczekiwaniu na dostawce i coraz bardziej pogrążając się w negatywnych sentymentach względem jego braku zdolności organizacyjnych.
Doprawdy jeśli tak miałoby to wyglądać wówczas zwyczajnie odwróciłaby się na pięcie i wysłała sowę prosząc o wyznaczenie alternatywnego miejsca oraz terminu do przekazania paczki. Luksus marnowania czasu przez bierne tkwienie na tym czy innym odludziu zdecydowanie jej nie dotyczył, zbyt wiele rzeczy było do dopilnowania, zwłaszcza gdy panujący obecnie głód zakłócał w wielu przypadkach zwyczajowe linie zaopatrzenia, z jednej strony utrudniając zwyczajową działalność a z drugiej zaś dając sposobność do rozszerzenia zakresu prowadzonych interesów.



And that world about to be a witness


To the limitlessness of how I kill business


Eris Rookwood
Eris Rookwood
Zawód : Przestępca
Wiek : 23 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Show me how you move
Cause when you break
I'll get a new one
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t9762-eris-rookwood#296235 https://www.morsmordre.net/t9788-ludio#296929 https://www.morsmordre.net/t9772-watch-me-play-the-devil#296437 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9795-skrytka-bankowa-nr-1337#297089 https://www.morsmordre.net/t9816-e-rookwood#297747

Powrót do góry Go down

Przepraszam. Nie pamiętam. W wielu przypadkach zdarzało mu się pragnąć, by wspomnienia nigdy się w nim nie budziły. By naprawdę nie pamiętał. By zapomniał, lecz równie szybko sam siebie karcił, wiedząc, jak bzdurnym były takie życzenia. Błoga niewiedza wcale nie oznaczała spokoju ducha. Była oszustwem, manipulacją, substytutem rzeczywistości. Dlatego właśnie potrzebował pamiętać. Potrzebował wiedzieć - w końcu była to część jego samego. Część jego historii składającej się na jego postać. Część innych ludzi. Część Pomony. Część jego synów. Kim byłby, poddając się łaknieniu wymazania tych chwil? Potrzebował czuć, nieść to w sobie bez względu na ciężar, który to za sobą ciągnęło. Tak samo jak tęsknotę, którą z dnia na dzień odczuwał coraz silniej. Bo chciał, by w rzeczywistości mógł ponownie czuć znajome ciepło, słyszeć charakterystyczny głos, badać dłońmi gładkie ciało... Tak się jednak nie działo. Nie mogło. Zostało mu więc tylko jedno. Pamiętać. Tęsknił za tymi wspomnieniami. A one utrudniały mu egzystowanie, w którym przestawał być mężem, a stawał się ojcem, opiekunem, nauczycielem - a co jeśli wciąż potrzebował tej pierwszej roli? Co jeśli wciąż potrzebował otwierającej mu drzwi, czekającej w domu Pom? Może właśnie na tym polegała ludzka egzystencja. Na wiecznej tęsknocie za rajem utraconym. Na wspomnieniach dawnych dni i łaknieniu powrotu do czasów pełnego szczęścia. Gdyby był sam, być może poddałby się temu walkowerem, jak wówczas gdy dowiedział się z ust Jocelyn o śmierci Pandory i Mii. Być może zamknąłby się w sobie, odcinając od świata i czekając na koniec. Nie wiedząc jak odnaleźć się w tym nowym okrutnym świecie przepełnionym agresją oraz złem. Bez Pomony nie udałoby mu się odbić od dna i ponownie zacząć czerpać z powietrza ponad powierzchnią. Krok za krokiem leczyła go z marazmu kolejnym posiłkiem, wspólnym milczeniem, sprawdzaniem przy kuchennym stole esejów szkolnych. Później już tego nie było i pozostało jedynie niezręczne siedzenie obok siebie na Wielkiej Sali, do czasu aż okazało się, że połączyło ich rozwijające się w kobiecie życie. Teraz jej nie było, a zostało ów życie. Okrutna, niesprawiedliwa wymiana - nagradzająca szczęściem i równocześnie je odbierająca. Wszyscy ludzie świata mogli odejść, lecz ktoś przy mężczyźnie pozostawał i sprawiał, że już nigdy nie miał być sam. W przyszłości nie tylko obecność trzech istot miała to podkreślać, ale jednakowo podobieństwo wyrysowane w twarzach, głosach, gestach. Figura ojca wpisana w postaci synów, a między nimi również i elementy przypominające o niej. Pani Vane odbijać się miała w ich dzieciach - jeszcze nie wiadomo, czy w gęstych włosach, czy w oczach, czy w marszczeniu nosa, czy w miłości i czułości wobec flory. Chciałby się tego dowiedzieć, mając ją u swego boku. Odkrywać to, czym się charakteryzowali i co zamieszkało w drobnych ciałkach niewielkich ludzkich istot. Mam nadzieję, że większość cech odziedziczy po tobie. Czy naprawdę tego chciała? Widzieć głównie jego odbicie w ich dzieciach? Powiedziała to w jakimś konkretnym celu, który wtedy mu umykał? Czy tamten moment, w którym zatrzymał ją przed ucieczką, był zapowiedzią przyszłości? Czy było im pisane, by koniec końców stać się oddzielnymi bytami? Nie wierzył w tak okrutne przeznaczenie. Nie wierzył też w to, że Pomona zrobiła to wszystko, bo nie miała już dla niego miłości. Czuł, wiedział, że wszystkie słowa, które ku niemu kierowała, były prawdziwe. Nie tylko te szeptane w chwilach intymności, ale również krzyczane w złości, ukryte w smutnych westchnieniach, momentach spokoju. Gdy tylko o tym myślał, chciał ją z powrotem. Chciał znów poczuć znajomą fakturę skóry, usłyszeć charakterystyczny śmiech, poczuć przyjemny zapach. Wymagał wiele?
A jakież zajęcie jest lepsze na zabicie czasu niż odkrywanie wielkich sekretów, hmm?
- Nie jestem dobrym towarzystwem do takich rzeczy - odparł grzecznie, uśmiechając się blado i przenosząc spojrzenie na stojącą obok kobietę. Wydawała się być swoim pomysłem bardzo podekscytowana, jednak musiał zawieść drugiego człowieka nawet w czymś tak trywialnym. Ale nie miał na to ochoty. Na słowne gry czy próbę kolejnego wysiłku - zakopując się przy tym w możliwych scenariuszach. I tak był już przemęczony rzeczywistością - dlaczego miałby ją sobie jeszcze utrudniać kolejną dawką czegoś, co w tym momencie nie miało większego znaczenia? Gdyby miał wybierać, wybrałby milczenie. Czy było ono aż tak złą opcją? Czy nie mogli po prostu pozwolić, by czas minął, a oni wraz z nim? Chciałby w tym momencie po prostu patrzeć na wodę przed sobą, na piasek, na rozciągające się u wybrzeża klify wystrzeliwujące w górę niczym wieże Hogwartu. Jay zerknął również na ścieżkę prowadzącą z miasteczka, mając nadzieję na znalezienie tam swojego ratunku. Nie musiał jednak czekać długo, gdy dostrzegł majacząca kawałek dalej sylwetkę, zmierzającą w ichnim kierunku. Duża torba przewieszona przez ramię i fikuśna tiara przytrzymywana dłonią oznaczała nie kogo innego jak samego Diggoryego. Ten człowiek zawsze się gdzieś spieszył. W ten samej powiewnej szacie w dziwny wzór bez początku i bez końca. Normalnie astronom nie widziałby w tym problemu, lecz odkąd miał trójkę niemowląt pod opieką, marnowanie czasu drażniło go mocniej niż kiedykolwiek. Nie odezwał się jednak aż do momentu, w którym zalatany czarodziej nie stanął między nim a nieznaną kobietą.
- Profesorze! Panno Rookwood! Dobrze, że jesteście. Wybaczcie za to utrudnienie, lecz w miasteczku pełno patroli policji i znalezienie spokojnego miejsca na spotkanie... Rozumiecie na pewno doskonale. Żadna z tego przyjemność - Diggory wygłosił swoją przemowę, w międzyczasie zaklęciem wydobywając paczki przeznaczone dla zamawiających. Jayden na chwilę zapomniał o handlarzu i po raz kolejny przyjrzał się kobiecie. Słysząc nazwisko, prościej było mu już odnaleźć osobę, która je nosiła. Ukryta niczym za mgłą twarz dziecka, a później nastolatki z dziecięcym tłuszczykiem kryjącym się na podgardlu. Tak... Elementy były znajome, lecz zdecydowanie nie była tą samą Ślizgonką z przyszytą na piersi tarczą własnego domu. W końcu w jego wspomnieniach, w jego postrzeganiu zawsze była i miała być dzieckiem. - A więc Eris Rookwood, hm? - mruknął cicho, gdy zostali sami ze swoimi pakunkami w dłoniach, a odgłos trzasku teleportacji Diggoryego jeszcze roznosił się po okolicy. Czy powinien był być zaskoczony? Może kiedyś byłby silniej. Może gdyby świat nie stawał na głowie, dawałby się zaskakiwać. Teraz jednak jedyne co łączyło go z tymi wszystkimi ludźmi z przeszłości, była właśnie przeszłość.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Zmarszczyła lekko brwi, niby w geście niezadowolenia, gdy bez najmniejszych starań darował sobie próbę podjęcia rękawicy, umilenia im czasu tą na prędko zaprojektowaną przez nią rozrywką. Doprawdy, czyżby morskie fale zlewające się z szaroburym horyzontem były rzeczywiście o tyleż bardziej intrygujące od jej osoby, że wolał patrzeć się w nie niby niedorobiony poeta o zbolałej duszy, szukający wśród tafli zrozumienia dla rozedrganego serca? Jakkolwiek mogło budzić to pewne rozgoryczenie pozostawało jej jedynie westchnąć lekko i zarzucić próby wciągnięcia towarzysza w śledztwo dotyczące jej tożsamości, godząc się z chwilą zupełnej bezczynności oraz zwyczajnej nudy.
Ta trwała krótko, chociaż dłużyła się jej okropnie, nim w końcu zjawił się ich nieszczęsny znajomy. Z "oczywiście, Diggory" i "wspaniale się spisałeś, Diggory" przejęła od niego paczkę, wypowiadając słowa niby bardziej miękko i uśmiechając się wyjątkowo urokliwie, przez co nawet mimo wyjątkowo skromnej prezencji zdolna była nakłonić mężczyznę do chwili ociągania względem konieczności zniknięcia. Może gdyby byli sami zdołałaby zatrzymać go na kilka, kilkanaście minut, dopytać o parę spraw i przekazać mu informacje zasłyszane w mieście. Skoro jednak mieli świadka dla wymiany zdań musiała się ograniczyć, czyniąc mentalną notatkę dla konieczności zaaranżowania innego spotkania.
- We własnej osobie - odpowiedziała, skupiając ponownie uwagę na Jaydenie. - Chociaż mówiłam już Diggoremu by ograniczał się do imienia w rozmowach - westchnęła, lekko zrezygnowana wobec niereformowalności ich wspólnego znajomego. Nie żeby była poszukiwanym zbiegiem, który musiał ukrywać się ze swą tożsamością, ale wystarczyło samo charakterystyczne dość imię zgodnie z rodzicielską inwencją artystyczną. Zwyczajnie ceniła sobie pewną dozę dyskrecji w większości ze swych przedsięwzięć, zwłaszcza tych wiążących się nieodzownie z niekoniecznie akceptowanymi przez społeczeństwo zajęciami. I wyposażeniem, którego drobną cząstkę w końcu dostała w swoje ręce, by na czas rozmowy oprzeć dla wygody o biodro. Nie było najcięższe, stąd nawet w tej mało komfortowej pozycji mogłaby wytrzymać chwilę, której nie przewidywała szczególnego wydłużenia się.
Jayden wydawał się prezentować zupełnie odmiennie, niż pamiętała z lat szczenięcych. Nie z wyglądu, po tym wszak rozpoznała go w pierwszej chwili, gdy przyszło im wpaść na siebie przypadkiem w ramach nietypowego spotkania, ale z osobowości. Mogła być ledwo podrostkiem, gdy poznali się, ale nie mając za wiele znajomych dość mocno czepiała się wszelkich tworzonych relacji, nawet tych z osobami znacznie starszymi od niej samej. Jego historie, ciekawostki dotyczące czasów szkolnych oraz wyczytywanych ze stronic ksiąg dotyczących wiedzy o ciałach niebieskich. Te jasne punkciki na nieboskłonie, które wydawały się niby dziury w wieczku słoika w którym zostali zamknięci a które okazały się posiadać własne nazwy, według niektórych układając się w różne wzory. Eris starała się bardzo w tamtych czasach dostrzec te wielkie i małe niedźwiedzie, znaki zodiaku wijące się między gwiazdami, odległe mgławice mające jawić się jako coś więcej niż tylko smuga chmur na niebie. Wszystko na marne, bowiem niewprawione oko raczej średnio odnajdywało opisane naukowym słowem formacje, dziecięca zaś wyobraźnia zbyt mocno została okaleczona matczyną ręką, czyniąc dziewczynkę już od małego osobą zbyt mocno osadzoną w rzeczywistości. Mogła więc wpatrywać się ku górze, walczyć z opadaniem powiek, pragnących jedynie przymknąć się dla zapewnienia jej nocy pełnej regenerującego snu. Wszystko ostatecznie bez większych efektów. Nie była stworzona do takich rzeczy, nie ku takim kreowały ją rodzicielskie dłonie, w końcu więc ograniczyła się ku astronomii jedynie jako jednemu z narzędzi pomocnych w sztuce warzenia eliksirów. Kolejny odarty z piękna instrument, bez większej wartości sentymentalnej.
Podobnież było ze znajomościami, nawet tą łączącą ją oraz mężczyznę, zaniedbaną na przestrzeni lat nie tylko przez fakt prowadzących ją w zupełnie inne rejony życia ścieżek losu. Równie mocno co zwyczajna odmienność aspiracji istotnym okazywał się rachunek zysków i strat, uznanie relacji za potencjalnie przynoszącą korzyści wymierniejsze niż tylko miłą pogawędkę. Wyborowe towarzystwo miała już przebywając sam na sam ze sobą, obecnie więc szukanie rozmówców dla samej przyjemności konwersacji okazywało się mało opłacalnym. Nawet teraz jakaś jej część nakłaniała do prędkiego ucięcia spotkania, wypowiedzenia słów pożegnania i ruszenia ku własnym sprawom, miast produkować się na rzecz mężczyzny o wyraźnie słabym humorze. Kiedyś był zabawniejszy, ale może właśnie tak negatywnie działał na ludzi długotrwały związek, rodzicielstwo i w końcu życie wdowca - jeszcze więcej przykładów z życia skłaniających do zastanowienia się mocno, skąd podobny pęd ku zakładaniu rodziny wśród tak wielu z osób w jej otoczeniu. Doprawdy możnaby zacząć się zastanawiać czy wszystkie składane życzenia rychłego znalezienia wybranka serca rzeczywiście miały miejsce w dobrej wierze, czy może powinna zacząć myśleć o nich w kategorii gróźb.
- Ile to już minęło? Och, może lepiej nie mówić, jeszcze wyjdziemy na seniorów wspominających stare dobre czasy - jeszcze poczuliby się staro a chociaż na pewno nachylając się bliżej dostrzegłaby u niego kilka siwych włosów czy zmarszczek kalających twarz, to sama wolała nie pochylać się względem własnego posunięcia w latach. Wystarczyły brzmiące poważnie osądy matki iż widmo staropanieństwa znajdowało się bliżej niż dalej. - Za to zapytać muszę jak kariera?
Sprawy zawodowe były bezpiecznym tematem, nawet jeśli średnio pojmowała to konkretnie powołanie do prób wtłaczania młodzieży odrobiny rozsądku w te małe główki. Z perspektywy jej skromnej osoby było to zajęcie raczej nieszczególnie wdzięczne dla żadnej z zaangażowanych stron. Ani małe parchlaki niezdolne pozostawały cieszyć się procesem edukacji, ani pedagodzy nie byli właściwie wynagradzani spływającymi do sakwy monetami. Nawet rodzice, teoretycznie w geście zaufania oddawający swe pociechy pod cudzą opiekę, zbyt często odnosili się względem kadry z pogardą, podważając jej kompetencje. Za poklepanie po pleckach nie opłacało się czynić podobnych wysiłków, zwłaszcza względem cudzych dzieci - może z własnymi wyglądało to inaczej, ale trudno było to sobie wyobrazić, nawet mimo istniejących gdzieś tam w jej umyśle zamysłów na macierzyństwo.



And that world about to be a witness


To the limitlessness of how I kill business


Eris Rookwood
Eris Rookwood
Zawód : Przestępca
Wiek : 23 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Show me how you move
Cause when you break
I'll get a new one
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t9762-eris-rookwood#296235 https://www.morsmordre.net/t9788-ludio#296929 https://www.morsmordre.net/t9772-watch-me-play-the-devil#296437 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9795-skrytka-bankowa-nr-1337#297089 https://www.morsmordre.net/t9816-e-rookwood#297747

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Klif Babbacombe

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach