Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Klif Babbacombe
AutorWiadomość
Klif Babbacombe [odnośnik]17.02.21 1:13
First topic message reminder :

Klif Babbacombe

Babbacombe to jeden z potężnych klifów u wybrzeża Devon, u którego podnóża roztacza się urokliwa plaża Oddicombe. Z początku był nie do okiełznania, jednak ostatecznie mieszkańcom pobliskiego miasteczka Torquay udało się utworzyć na nim kolejkę z dwoma wagonikami, na zmianę kursującymi w górę i dół: miało to zapobiec tragicznym wypadkom przy próbach skrócenia sobie drogi ze szczytu klifu na roztaczającą się u jego podnóża plażę. W środku każdego z wagoników mieści się do czterdziestu osób w pozycji stojącej, jednak dziś trudno spotkać tu podróżnych. Ze względu na zawirowania lat 1956-57 kolejka popadła w zapomnienie i powoli niszczeje.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Klif Babbacombe - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Klif Babbacombe [odnośnik]02.05.21 15:06
Wszystko ulegało przemianie. Oni również. Ucząc parę lat w Hogwarcie, Jayden dostrzegał rozwój swoich uczniów nie tylko pod względem intelektualnym, lecz również czysto fizycznym. Jak mógłby zapomnieć, gdy mały chłopiec kryjący się w krużgankach płakał z tęsknoty za rodziną, stawał się równym mu wzrostem młodym mężczyzną? Gdy siedząca na ławie dziewczynka niesięgająca przy okazji nóżkami ziemi, opowiadała na ostatnim roku z dumą o zaręczynach i szykującym się dorosłym życiu po zakończeniu szkoły. Równocześnie jednak zostawali w jego pamięci tymi drobnymi pierwszorocznymi z wypisanym na twarzy przerażeniem zmieszaną z satysfakcją, zajmując miejsca przy stołach Wielkiej Sali. Wszyscy przez to przechodzili. Każdy był kiedyś na ich miejscu i wielu następnych miało przyjść po nich. Pytanie było tylko, jak wielu jeszcze? Jayden chciał, aby Hogwart pozostał na zawsze otwarty dla uczniów każdego pochodzenia, każdego statusu społecznego. Każdej kultury. Jaki sens leżał w zamykaniu swoich granic dla innych, skoro równało się to z ignorancją? Ignorancja wszak prowadziła do strachu, a strach do cierpienia i tragedii. Ich świat potrzebował ekspansywności, aby się rozwijać - nie zaś cofać do epoki kamienia łupanego, co na razie właśnie się działo. Zamknięte elity chciały jeszcze bardziej pozostać zamknięte, kisząc się we własnych, nieprzystępnych kręgach - nie rozumiały, że to też miało je zniszczyć, a nie wzmocnić? Niszczyli rzeczywistość, która ich otaczała, łaknąc większej władzy, większych terenów, lecz tak naprawdę koniec końców mieli być królami niczego. Którzy mieli wybić się nawzajem, widząc wrogów w swych braciach, ojcach, matkach. Niczym zagłodzone szczury na skraju wykończenia, które stawały się kanibalami. Czy miało się to wydarzyć za jego życia, czy może wiele lat po śmierci? Czy jego synowie mieli być obciążeni niezniszczalną prawdą po kres swoich dni, czy konflikt mógł rozwiązać się, by dać im szansę na przynajmniej chwilę spokoju? Pytania, które można było zweryfikować jedynie przyszłością, a nikt nie znał przyszłości. Nieważne, jakimi czarami się posługiwał, prawdziwe ścieżki pozostawały poza ludzkim zasięgiem.
Za to zapytać muszę jak kariera?
Tak samo było z teraźniejszością, której nie spodziewał się, udając się na spotkanie z handlarzem. Bo patrząc na Eris, wciąż widział dziecko - chociaż przecież stała przed nim teraz, nie zaś kiedyś. A jednak tak właśnie było. Widział dziewczynkę wystawiającą w jego stronę dłonie w geście, którego znaczenia nie rozumiał. Małą dorosłą pragnącą znać najskrytsze tajemnice świata, wertując kolejne stronice atlasów. Może i miała ciało kobiety, ale nie dla niego. Nie zamierzał jej lekceważyć ani nie zamierzał też brać na poważnie. Jakżeby mógł - z tym uśmiechem, lekkością w słowie? Które sprawiały, że czuł na plecach nieprzyjemny dreszcz sztuczności. Nie. Eris Rookwood nie była typem osoby, przy której czuł się swobodnie i której zawierzyłby swoje przemyślenia. Jakie zresztą mogły mieć dla niej znaczenie? Żadne, a on nie był w nastroju do zwierzeń. - Dobrze. Dziękuję. - Nie miał siły ani ochoty brnąć w to głębiej. Szczególnie że sytuacja Hogwartu winna była pozostać w granicach zamku. Chwalenie się nie było też dla niego niczym potrzebnym, bo co miało jej przyjść z wieści, iż ostatnio zajął posadę opiekuna Krukonów? Jeśli naprawdę była ciekawa i jeśli czytała gazety, za jakiś czas mogła w jednej z nich napotkać cały artykuł poświęcony jego badaniom i zapoznać się z najnowszymi osiągnięciami. O ile doprawdy ją to interesowało... - A twoja? - Nie miał pojęcia, czym się zajmowała, ale chyba lubiła mówić. Jakakolwiek miała być odpowiedź, miał ją przyjąć. Mniej więcej w tym samym czasie podniósł też spojrzenie, kontrolując słońce i obliczając czas, jaki mieli. W zależności wszak od godziny mógł być potrzebny w wielu miejscach - chociażby we własnym domu. Przeniósł uwagę na czarownicę, odszukując jej spojrzenia. - Wybacz. Muszę udać się gdzie indziej. - Czy naprawdę ją przepraszał, czy chodziło o wychowanie oraz dbałość o zapewnienie szacunku drugiej osoby? Chyba wszystko razem. Skinął jej krótko głową na pożegnanie, po czym skumulował magię, balansując na charakterystycznej granicy znanej każdemu, kto nauczył się teleportacji. Zanim zniknął w trzasku, stojąca przed nim kobieta mogła usłyszeć swoje imię dopełniające spotkania. Dziwnego spotkania.

|zt


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Klif Babbacombe [odnośnik]04.05.21 13:57
Dobrze. Dziękuję. Możnaby pomyśleć, że jako belfer powinien operować nieco bardziej rozbudowanym słownictwem. Podobna lakoniczność była doprawdy rozczarowujące, ale nie pozwoliła by smęcenie przeszło i na nią zupełnie, choćby przez wzgląd jak bardzo nie do twarzy było jej ze smutkiem. I tak, ładnemu mogło być ładnie we wszystkim, ale niektóre z emocjonalnych kreacji zwyczajnie mniej pasowały do jej skrupulatnie utkanego wizerunku, zakłócając przy czym niby wiecznie doskonałe samopoczucie. Nikt nie powinien mieć podobnej mocy, takiego wpływu, zwłaszcza zaś przedstawiciel rodzaju, który nawet własnymi uczuciami nieraz gospodarował mało umiejętnie. I tak zamiast pochylać się wobec jego aktualnej sytuacji pozwoliła sobie pokrótce udzielić odpowiedzieć na zadane, zapewne raczej przez grzeczność, pytanie o jej własne powodzenie w życiu profesjonalnym.
- Długo by opowiadać, ale jeśli kiedyś będziesz w okolicy Southbury Road daj znać. Zadbam byś dostał kolejkę na koszt firmy - i nie oberwał zaklęciem w plecy.
To ostatnie bowiem, niestety, zdarzało się sporadycznie w jej upatrzonej na działalność okolicy, zwłaszcza wobec czarodziejów niezaznajomionych z niepisanymi regułami rządzącymi dzielnicami na północy Londynu. Miejsca, gdzie mało znaczyły cudze tytuły czy szacunek zaskarbiony sobie w kontekście całości społeczeństwa, więcej zaś posiadane umiejętności do obrony nietykalności cielesnej czy znajomość odpowiednich nazwisk, przemykających z ust do ust wraz ze skrzypieniem koślawych domów i krzykami ulicznych sprzedawców.
O dziwo nie rozgadywała się zbytnio, chociaż przecież o szczegółach swojego portfolio mogłaby rozmawiać godzinami, zachwalając szeroką gamę usług. Z drugiej jednak strony potrafiła wyczuć moment, zrozumieć kiedy słuchacz jednym uchem wpuściłby a drugim wypuścił złożone na jego ręce informacje. Wolał milczeć, oddać się rozrywkom innym niż toczona z dawną znajomą konwersacja i chociaż mogła się nieco o to boczyć, to nie zamierzała pozwolić sobie na zbędne emocje wobec podobnego głupstwa. Gdyby przejmować się miała każdym jednym czarodziejem, dla którego okazywała się jedynie wyblakłym wspomnieniem z przeszłości, bez znaczenia dla teraźniejszego życia, musiałaby zapewne usiąść i płakać przez całe doby. Na to zaś nie miała ani czasu, ani ochoty, preferując odwdzięczenie się raczej podobnym poziomem beznamiętności.
- Oczywiście, panie Vane. Do zobaczenia - bo zapewne nie było to ostatnie spotkanie.
Może znów wpadną na siebie przypadkiem, stroskany czarodziej zajdzie do jej baru lub też co najwyżej ujrzą się w tym czy innym periodyku, gdzie z uśmiechniętą gębą towarzyszyć będą któremuś z artykułów. Teraz grymas ten zniknął z twarzy, gdy pozostawiona sama sobie jeszcze przez chwilę tkwiła w miejscu, ze spojrzeniem omiatającym przestrzeń po jego zniknięciu. W innych okolicznościach zapewne wyjęłaby z kieszeni płaszcza papierosy i odpaliła jednego z nich, teraz jednak poły ubrania świeciły pustkami a jej pozostało zająć dłonie poprawiając chwyt na własnym pakunku.
Na nim, a konkretnie jego zawartości, skupiała swoje myśli miast oddać się wcale pozbawionym produktywności rozważaniom o niezwykle przygnębionym profesorze. Bez sensu było też wystawać zbyt długo, patrząc na morskie fale, gdy wzywały kolejne sprawunki, ostatecznie skłaniające ją do ruszenia z miejsca i pozostawienia klifów za sobą, razem ze wspomnieniem nietypowej schadzki.

zt



And that world about to be a witness


To the limitlessness of how I kill business


Eris Rookwood
Zawód : Przestępca
Wiek : 23 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Show me how you move
Cause when you break
I'll get a new one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9762-eris-rookwood#296235 https://www.morsmordre.net/t9788-ludio#296929 https://www.morsmordre.net/t9772-watch-me-play-the-devil#296437 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9795-skrytka-bankowa-nr-1337#297089 https://www.morsmordre.net/t9816-e-rookwood#297747
Re: Klif Babbacombe [odnośnik]13.05.21 17:34

4 XI 1957


It's a world of laughter, a world of tears,
A world of hopes and a world of fears

Na początku zawsze jest oddech, wypuszczany z cichym świstem spomiędzy pełnych warg, niby modlitwa, ulatująca ku niebu. Wyprostowane wąskie ramiona, uniesiona na sztywno głowa nim wykona pierwszy krok, nim obce oczy przylgną do sylwetki w niemym oczekiwaniu. Lęk, początkowa obawa zanika wraz z pierwszym brzmieniem skrzypiec, uderzeniem dłoni o powierzchnię niewielkiego bębenka baskijskiego, delikatnym brzęku dzwoneczków wprawionych w ruch. Spojrzenia lepkie, łaknące, czekające na najdrobniejsze potknięcie, kiedy zaczęła spychać je na same krańce świadomości? Kiedy to muzyka dyktowała każdym ułożeniem ciała? Czy zaczęło się to, odkąd wstąpiła na uklepaną ziemię cyrku, czy może jeszcze wcześniej, w życiu, którego nie było, gdzie umysł uciszał każde niewygodne spojrzenie wywołujące ścisk serca? Nieistotne. Odrzucała przeszłość, choć przecież ta przylegała do skóry niczym cienkie nicie babiego lata, szepcąc mglistymi obrazami wspomnień, ciężarem na duszy osiadając. Odrzucała przeszłość, a mimo to unosiła prosząco dłonie w stronę minionych miesięcy, kiedy strach przeszywał równie mocno co teraz, kiedy magia odmawiała posłuszeństwa nawet najzdolniejszym, kiedy zadana krzywda wyciągnęła ją poza granice znanego świata. Miała tutaj swój początek, pośród obcych ulic, pośród przypadkowych grajków, kuglarzy przydrożnych przyjmujących ją do swojego grona z nieufnością, przeradzającą się stopniowo w litość dla nieopierzonego pisklęcia rzuconego w przepaść, póki bystre oko nie wyłapało jej, wciągając w przestrzeń pełną barw oraz dziwów wykraczających ponad przyjęte normy niezwykłości. Czy spodziewała się do nich wrócić, teraz, po takim czasie? Ponownie wystąpić, zebrać wokół niewielkiego placu równie niewielki tłum ludzi, gotowy sypnąć, chociaż parę knutów za chwilę zapomnienia o pochmurnej rzeczywistości? W zasadzie, to tak. Zamykanie rozdziałów swego życia nie wychodziło jej najlepiej, ich dalsze spisywanie na kartach losu również wyglądało dosyć marnie, tak też nie zakładała z góry, że tutaj, będąc kimś innym, niż winna być, nie będzie w stanie zrobić czegokolwiek. Acz przyznać musiała, że nie przypuszczała, iż powodem nie będzie zwykła chęć na pląsy, utrata obecnej posady, czy potrzeba prędkiego ulotnienia się z Londynu, a zwykły...cóż, przekręt. W zasadzie przekręt to było bardzo brzydkie i duże słowo, delikatne naginanie prawdy brzmiało zdecydowanie lepiej, nawet jeśli wskazywało na jedno - zwierciadło musi zniknąć. Wyrzucić było trochę szkoda, ramę miało ładną, taką zrobioną pierwsza klasa, nie żeby Finnie znała się na lustrzanych oprawach, ale pośród widzianych ta zasługiwała na mocne dziewięć na dziesięć. To z taflą był problem, kiedy odbicie ożywało, posyłając wiązankę przekleństw pod adresem swego właściciela. I chociaż na początku było to zabawne, Smith sam parskał śmiechem, zakładając się, ile lustro wytrzyma tak gdacząc, tak po czasie zaczynało męczyć, jeśli nie nudzić. Więc było jasne, że zwierciadło musi zniknąć. W stolicy nikt tego szajsu nie kupi, zaczarowane zostało nader trefnie, kto chciałby mieć zresztą coś takiego w domu? Ale artefakt, zaginione lustro z legend, może nie pokroju tego należącego do Parkinsonów, ale mające w sobie historię mogło przykuć uwagę kogoś naiwnego, kto gotowy jest wyciągnąć sakiewkę sykli, może nawet poratować galeonem, za takie cudo ze trzy powinny być jak nic. John próbował wcisnąć je jako pierwsze, tylko zagadane panny były bardziej zainteresowane jego uśmiechem i potencjalnymi darmowymi drinkami, niż szczerym zakupem. Zresztą czego się spodziewał, próbując sprzedać swój niesamowity prezent w pubie? Jones czasem brakowało na niego słów, siła w przewracaniu oczami, jaką zawarła, niemalże przeniosła ją do innego wymiaru, gdzie rzekomy przyjaciel z pewnością miał więcej rozumu w tej swojej pustej łepetynie. Trudno, ona to naprawi, zarobią, będzie w porządeczku. Czyżby? Coś złośliwego tli się, niebywale sceptycznego, gotowego wyciągnąć wszelkie błędy w wysnutym planie, lecz żart obróci się przeciwko tobie wewnętrzny złośliwcze, albowiem Finley nie miała planu żadnego. Przynajmniej nie na nadchodzące minuty. Pełne wargi wyginają się w uśmiechu, kocim, nie do końca szczęśliwym, nie do końca figlarnym, jakby w kącikach ust tlił się jakiś sekret, który dotąd na języku tańczył. Ostatni oddech, ostatnia modlitwa. Słońce chyli się ku zachodowi, promienie słońca żegnając się z ziemią Devon, nadają urokliwego nastroju, kiedy różdżką podpala grot przytwierdzony do bawełnianej liny łańcuchem. Zaczynaj, woła chłodny wiatr poruszający barwionymi na blond i róż włosami, zaczynaj, mówią zgromadzone na bezpieczną odległość sylwetki. Wygina się na bok, pozwalając płomieniom zawisnąć nad podłożem, nogi krzyżuje w kostkach, odchylając kolano, nim wykona krok, nim w ruch wprawi kulę ognia, płynnie przechodząc w obrót na śródstopiu, piruet pozbawiony sztywnej gracji baleriny, albowiem żywioł żył własnym życiem, a sztywne ramy technik nie mogły go spętać. Wykonuje kilka kroków, świetlista kula okrąża jej ciało w bezpiecznej odległości, zmieniając się w smugę, nad którą po zniżeniu wykonuje podskok, okrążenie, opada na kolana, pozwalając linie oplątać się wokół szyi, nim odpowiednim ruchem nadgarstka zmieni jej bieg, nim powstanie w kolejnym piruecie, rozstawiając dłonie szerzej, zyskując tym samym większy dystans od wyrzuconego przed siebie grotu. Skrzypce cichną, są ledwie tłem podsycanym przez miarowe uderzenia dzwoneczków, jakby oczekiwały, nawoływały do tego, co miało właśnie nastąpić.
- Jest legenda, na kartach historii niespisana, powtarzana z ust do ust, jak sekret, jak tajemnica - nie mówi aż tak głośno, dzięki czemu wszelki szmer zamiera poddany magii płomienia oraz głosu, który wprawiony w arkana śpiewu łatwo nader zdobywał posłuch. Obraca się raz jeszcze, a grot poddaje się jej woli, gdy snuje dalej swą opowieść - O magadh sgàthan, tym który kpi i tym, który głosi prawdę. Mówią, że zrodziło się z bólu przeszywające serce wzgardzone, wieki temu, z niewiasty, która odrzucona przez swego wybranka na rzecz innej, próbowała zrozumieć, w czym gorsza jest od swej rywalki, co sprawiło, iż nie ona była w stanie go poruszyć, wzniecić uczucie gorączkowe - poruszała się powoli, kontrolując całkowicie ruch płomieni, ubarwiając je wyskokiem, próbując wprawić swą widownię w odpowiedni nastrój - Jedni szepcą, iż w rozpaczy tańcząc pod poświatą księżyca, wyprosiła wróżki o pomoc, że z wód pobliskiego jeziora wyłoniło się zwierciadło zroszone ich łzami litującymi się nad dziewką. Ale czy to mogła być prawda? - pytanie brzmi niemal jak koci pomruk, zadowolony, z lekka rozbawiony, gdzieś słyszy nawet pojedyncze chichoty - Inni w pogardzie mając swych poprzedników, twierdzą, iż była wiedźmą, odtrąconą przez tego, na którego osiadło jej spojrzenie, lecz niebywale zdolną. Magią oraz kunsztem rzemieślniczym, tkając uroki, zdołała zakląć stworzone przez siebie lustro, żądając prawdy wobec swych niedoskonałości. Jeśli jestem potężna, zdolna ze wszystkich pań, a młodość wciąż drzemie w mym ciele, to czego mi brak? Pytała, pytała żądając odpowiedzi - milknie, odchylając głowę i śmiejąc się, kiedy jeden obserwatorów wykrzyknął `pewnie urody ci brak`, mocniejsze szarpnięcie liną podczas okrężnych ruchów ramienia sprawia, iż grot styka się z ziemią, wywołując snop iskier zmieniających swój kształt na drobne motylki, niknące w ostatnich promieniach słońca - Jej odbicie niewzruszone dotąd, ożyło, odzywając się gromko: jam jest magadh sgàthan, prawda i kpina. A kiedy odbicie ponownie się odezwało, z ust jego popłynęła prawdziwie okrutna wiązanka, uderzająca w każdy czuły punkt wiedźmy, każdą wadę wnosząc do rozmiarów Ben Nevis. Obrażało ją w dzień, obrażało ją w nocy, wywołując tysiące łez na jej policzkach. Och, jaką straszną musiała być potworą, z którą nikt losu związać nie pragnął! Zasłuchana w lustrzane słowa, nie słyszała głosów rodziny ni przyjaciół, zaprzeczających złośliwemu zwierciadłu gorączkowo. A kiedy dna już zdawała się sięgnąć, jakaś skra zadrgała w jej wnętrzu - piruet, kilka kroków, zwiększyć dystans, niech płomienie ciągną się ku bladej skórze, niech uszy nastawiają się na dalszą część historii - Mogę być najgorszą istotą, jaka stąpa po tym świecie, najbrzydszą i najgłupszą, lecz nigdy nie będę równie straszna, jak magadh sgàthan. I zwierciadło zamilkło, odbicie uśmiechnęło się łagodnie, przemawiając po raz ostatni: jam jest magadh sgàthan, prawda i kpina. Co prawdą, a co kpiną? Prawd szukasz w innych, lecz nie patrzysz po sobie. Miast być najgorszą dla tego, którego wzrok niesie kpinę, znajdź tego, kto dostrzeże prawdę, jaka drzemie w tobie, zaakceptuje i przyjmie jak swoją. A potem tafla mgłą zaszła, by zostawić po sobie zwykłe odbicie wiedźmy, więcej już nie odzywając się doń, póki jedna z jej cór zapłakana, za radą swej matki nie odkryła dotąd schowanego zwierciadła, z bólem serca słuchając: jam jest magadh sgàthan, prawda i kpina - tony schodziły coraz niżej, a gdy historia dobiegła końca, tak grot uderzył o podłoże, jarząc się światłem, na kształt drapieżnego kota płomienie opuściły swe miejsce, przebiegając nad tłumem wysoko w powietrzu, zawracając zaraz w stronę artystki, by ogniste kocie mogło nad nią przeskoczyć i rozpłynąć się nad przedmiotem ustawionym na rozpadającym się krześle. Wiatr chustą poruszył, w jaką był owinięty pakunek, a gdy materiał się zsunął, tak zebrani ujrzeć mogli misterną ramę oraz niewielki lustrzany fragment. Finley ukłoniła się pięknie, tak, jak robiła to tysiące razy, a muzyka skrzypiec na nowo rozbrzmiała radością, kiedy artystka zbliżyła się do pakunku, odchodząc nieco na bok. Złapią przynętę, czy nie? Zastanawiała się, mając nadzieję, że mieszkańcy Torquay lubili tego typu głupoty i nawet jeśli nie będą skłonni kupić ferelnego lustra, to chociaż zapłacą, by móc w nie spojrzeć.

| kłamstwo II, trochę kokietuje tłum


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Klif Babbacombe - Page 2 IYOfLg4
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Klif Babbacombe [odnośnik]23.05.21 23:32
Torquay nie znajdowało się daleko. Może dlatego cioteczka pozwalała mi czasem pojechać do niego samej. No, może nie całkowicie samej, zazwyczaj niby przypadkiem akurat w nim do zrobienia miał też ktoś, coś jeszcze, ale trudno jej się było dziwić, że się martwiła. Czasy nieprzychylne się stały. I mimo, że Devon było bezpieczniejsze, to nie całkowicie bezpiecznie. Chociaż wujaszek starał się nas nie martwić, to nie umknęło moim uszom jak czasem mówił o napaściach, które jednak - mimo wszystko - w Devon się zdarzały. To napawało mnie smutkiem, bo nie chciałam niczego więcej, niźli bezpieczeństwa do ludzi, którzy wybrali by życie swoje prowadzić na naszych ziemiach. Ale niewiele byłam w stanie zrobić. Zło czaiło się wszędzie, tak jak i dobro wszędzie dało się odnaleźć. Tego jednego byłam pewna całkowicie. To jedno zostało we mnie zakorzeni poważnie, za sprawą i mamy i brata. Ojca również, ale bardziej przez opowieści, które o nim słyszałam, niż samą jego znajomość. Zdawało mi się, że udało mi się stworzyć w głowie jego obraz na podobieństwo z opowieści, które usłyszałam od wujaszka i brata. Ale nigdy tak naprawdę nie dane było mi go poznać. Tęskniłam, choć dziwna to była tęsknota. Za kimś, kogo nigdy tak naprawdę nie miałam. Ale w jakiś sposób, mimo że ta znajomość nigdy nie rozwinęła się, jego krew gorąca płynęła i we mnie - a ostatnie czego chciałam, to ty by zawód mu sprawić. Tego najmocniej nie chciałam.
Miasteczko nie było jakoś nad wyraz duże, ale posiadało tutaj handlarza magicznymi specyfikami, kilka z nich dzisiaj właśnie miałam załatwić, zanim w podróż powrotną udać się miałam. Najpierw jednak odwiedziłam panią Blank z którą przy ciepłej herbacie porozmawiałam, wymieniając się tym, co działo się u mnie i u niej. Była miła dla mnie zawsze, a ciocia chciała żebym do niej weszła, przekazać jej pakunek, którego nie otwierałam, chociaż ciekawość mnie okrutnie zżerała. Miałam trochę nadzieję, że może otworzy go zaraz przy mnie, ale to się nie stało. Niecałą godzinę później z uśmiechem pożegnałam ją, ruszając w kierunku targu na którym miałam odnaleźć to, czego potrzebowałam nim ruszę w powrotną drogę. Przesuwałam się między kolejnymi jednostkami z początku zainteresowana jedynie tym, by do celu obranego wcześniej dotrzeć. Ale coś przyciągnęło moje spojrzenie. Nie coś, żywioł najprawdziwszy z prawdziwych. Moje oczy rozszerzyły się, a nogi same zmieniły tor. Nie powinnam - wiedziałam, że nie. Ale ogień nęcił mnie i zapraszał. Kusił tak strasznie, że aż oprzeć mu się nie umiałam. Nie chciałam nawet.
I wtedy ją zobaczyłam. Pośród tego ognia. Nimfę najprawdziwszą. Najpiękniejszą nawet. Smukłą, o twarzy jakby ciosana była przez najznamienitszych rzeźbiarzy. Ogień rzucał na nią światło, jedynie uwydatniając to, co piękne było też w słońcu. Ciepła czerwień odbijała się w moich tęczówkach, kiedy podekscytowanie zaróżowiło policzki ponad piegami. Jeśli ktoś coś kiedyś pięknym chciał nazywać naprawdę, to jej obraz wraz z tym ogniem wokół powinien pierwszym być, który na myśl przychodził. Och, jakże chciałam być tak niewadliwie kusząca. Oszałamiająco piękna. Niby cioteczka mówiła, że nie ważna jest uroda. Ale cóż mi po mądrości było, kiedy lustro krótko jasno i rzeczowo weryfikowało moją powierzchowność. Ta niezmiennie, nie była zadowalająca. Nie tak zachwycająca, jak dziewczyny stojącej niedaleko. A kiedy się odezwała, kiedy słowa zaczęły spływać z jej malinowych warg stworzonych wręcz chyba do tego by je mężczyzna mógł brać i całować, moja warga opadła trochę. Słuchałam z zapartym tchem historii o magadh sgàthan nie odrywając spojrzenie od kolejnych ruchów. Jak zahipnotyzowana słuchając i patrząc, karmiąc się tym widokiem. Widokiem jej samej i ognia migoczącego obok. Wszystko składało się w jedność tak ładnie, tak poprawnie, tak dokładnie, rzekłabym nawet. Byłam za-chwy-co-na. I niby wiedziałam, że czasu tracić nie powinnam, na stanie i słuchanie opowieści jakiś, ale nóg w żaden sposób zmusić nie mogłam do dalszej wędrówki. Chciałam usłyszeć całość. Ba! MUSIAŁAM całość usłyszeć. Inaczej sobie tego nawet nie wyobrażałam, nawet, jeśli złość cioteczki miało to na mnie ściągnąć. Więc słuchałam dalej, o losach kobiety i zwierciadła. Historii splecionej z wypowiadanych słów, podlewanej płomykami ognistego żywiołu. Uniosłam dłonie, żeby energicznie zaklaskać z całkowitym zachwytem wymalowanym na twarzy. Kiedy wiatr uniósł kawałek materiały uniosłam rękę, żeby zasłonić rozwierające się w ustach. Niemożliwe. NIEMOŻLIWE. Żeby to było ono. Może bym mogła… Tak tylko raz, na chwileczkę. Wziąć i zerknąć. Prawdy zaznacz jedynej?
Ludzie zaczynali się rozchodzić. A ja a w niezdecydowaniu odbiłam się kilka razy na piętach, zastanawiając się czy powinnam, czy też wcale nie. W końcu wypuszczając z ust powietrze ruszyłam do przodu, ku niej, przybierając poważną minę. Podeszłam bliżej i bliżej, jeszcze mocniej przekonując się, że piękna była naprawdę. Stanęłam obok.
- Cześć. - powiedziałam a kiedy zwróciłam się w jej kierunku podchodząc jeszcze bliżej. Łapiąc za jej dłonie. - Oh, historia z twych ust tak piękna była, jak piękna cała jest twoja jednostka. Powiedz mi proszę, to prawda, czy jedynie legenda? - moje oczy mimowolnie pomknęły w kierunku zawiniętego pakunku. - Myślisz, że może mogłabym… - nie wypowiedziałam myśli do końca, czując jak serce mi staje w oczekiwaniu na odpowiedź.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Klif Babbacombe [odnośnik]27.07.21 21:56
Ostatnie promienie słońca tańczą na jasnych policzkach, wkradają się między blond kosmyki, wyblakły róż na końcach w soczystość barwy przybierając. Łaskoczą w czubek nosa, ciepłem muskają kark, jakby zachęcały do kolejnych pląsów, do gry w niknącym blasku dnia, pozwalając drobną sylwetkę w enigmę oblec. Poruszała się więc podług ich woli, z lekkością, ze znajomością każdego drgnięcia mięśni, choć przecież popiół spojrzenia czujnie snuł się za grotem, bacząc by żaden kłopocik nie wtrącił się w występ, by chichot losu nie rozbrzmiał w uszach raz jeszcze, podle wszelkie starania wyśmiewając. Nie chciała zaprzepaścić szans, ni zbłaźnić się okrutnie, tutaj wokół twarzy obcych, ale i tych bliższych, z którymi spędzała sprzed miesięcy wielu czas. Czy dostrzegli, iż płynniej sobą włada? Że lepiej zamiar z chęcią zgrywa, dzięki czemu oczy, oczy ciekawe oraz łaknące, ciągną w ich stronę nieprzerwanie? A może nie ma to znaczenia, jak znaczenia sama Finnie nigdy nie miała, wiecznie kryjąca się w cieniu, lśniąca wtedy, gdy blask innych przygasa. Nieistotne, coś w niej woła, jakaś potrzeba wnętrze ściskająca nieprzyjemnie. Nie dla wspomnień tu przybyła, ani dla znajomości przerwanych, dla rzewnych myśli li nostalgii nierozsądnej. Miała cel oczywisty, potrzebę ogromną, dlatego należało uczynić wszystko - niemal wszystko, szepce nieśmiało sumienie - by zamiary swe spełnić, z tarczą powrócić oraz dłonią uniesioną, oczekującą za zderzenie się z drugą dłonią. Bo znowu im się udało, bo znowu im się upiekło. Więc rozchyla wargi i snuje swą opowieść na wietrze niesioną, oprawą głosu przyjemnego, ze śpiewem zaznajomionego, wydobywając z niej wszelki czar. Nie jest jej ona obca, może w życiu, którego nie było, znalazła swe miejsce, a może wymyśliła ją nie tak dawno, acz w pełnej trudów codzienności o niej zapomniała, że teraz naturalnym wydaje się przywołanie jej na usta. Nie jest to ważne, ważne jest, że słuchają, że chłoną, że tęczówki przylegają do sylwetki jaśniejące, bo historia nie jest o dzielnych czarodziejach, ni straszliwych bitwach - przemocy było wokół tak wiele i trudów i znojów, czy legendy też muszą je zawierać? Było o uczuciu, bo to one w sobie moc mają największą, czasem przy zmysłach w koszmarze zwanym rzeczywistością trzymają i chociaż ich sensowność od dawna pod znak zapytania dawała, tak nie oszukując się wielce - na miłości szło najwięcej ugrać. Czyż nie była tego najlepszym przykładem? Więc i ona jakże samolubnie coś uszczknąć zapragnęła, kosztem kogoś, najgorszym z możliwych, ale Johnny zawsze powtarzał, że jak się dają, a ty nie zmuszasz ich wcale, to ni krzty twej winy w tym nie ma. Jakieś to podejrzane, odpowiadała wtedy zawsze, ciemne brwi marszcząc jakoś tak mało przekonana, jednak Smith się znał, nie za jeden talerz potrawki się sprzedawał, toteż niechętnie ufała jego przedziwnej definicji uczciwości. I to nią się chyba kierowała, kłaniając się wdzięcznie, jakby to na ubitej ziemi Areny stała, a nie w przypadkowym miejscu oraz przypadkowym mieście. Pakując swoje rzeczy, odchodząc na bok, przykucnęła, poprawiając dosyć teatralnie materiał, coby ktoś inny ładną ramę spostrzegł, połączył ze sobą kropki w tej najprostszej łamigłówce. Słysząc kroki, czuje, jak zadowolenie w niej pęcznieje, by kiedy spod rzęs mogła spojrzeć na intruza, owo uczucie pęknąć mogło niczym balonik. Bo stanęła przy niej młoda panna, podlotek jeszcze, który, chociaż powagę na licach nosił, tak dziewczęca naiwność nadal drzemała w niebieskich oczętach. Buzia młodsza zdecydowanie niż jej własna, została ozdobiona konstelacjami piegów otulonymi rdzawymi pasmami, które przy wtórze zachodzącego słońca zdawały się płonąć. Coś ciężkiego osiada na sercu tancerki, czego strzepnąć się nie da niby okruszek i naprawdę, naprawdę zastanawia się poważnie, czy John mógł mieć racje. Prostuje się, rozchylając wargi na powitanie, ale jej dłonie zostają pochwycone przez równie szczupłe ręce i drga w zaskoczeniu, bo nie lubi dotyku, nie przypadkowego, nie bez zgody, ale uśmiecha się, bo to w końcu nic. Nic złego, ani nic strasznego, tylko muśnięcie skóry.
- Hej - wita się więc, oby niezbyt niezręcznie jak na nią, czując się dziwnie pod tym jasnym spojrzeniem, które z dołu do niej wyglądało. Mówiła gwarą, albo własnym stylem, manierą, z jaką się panna Jones nie spotkała jeszcze, acz przykra ona nie była. Raczej ciekawa, bo nikt jej dotąd jednostką nie określił - Och, miło mi to słyszeć - uśmiechnęła się, radośnie, z pogodą, jakby nic jej w środku nie skręcało. Jedno naciągnąć dorosłego, nazbyt zadufanego w sobie, co to życie ma poukładane, ale dziewczynkę, która wciąż pewność siebie zdobywa? Nu-uh, to brzmi słabo - W każdej legendzie tkwi ziarno prawdy, nie zwykły się one brać z niczego - zauważa, bo przecież legendy biorą się z wiary oraz kłamstw, lekkiego nagięcia prawdy i zwykłych zbiegów okoliczności. Osąd pozostawiam tobie, odpowiada popielaty wzrok, który przenosi się na pakunek w zamyśleniu - To okrutne lustro, kapryśne bardzo i niewychowane. Jego prawdy zdarzają się bolesne, innego dnia śmieszne, potrafi wiele niepewności zasiać. Jesteś pewna, że chcesz się z nim zmierzyć? To ciężki przeciwnik - i to nie tak, że uważa rudą pannę za kogoś słabego, lecz słowa ranią, czasem mocniej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, sieją ziarno zwątpienia, pod zapytanie kładą wartość własną. Czy tego pragnęła nieznajoma? Skrzywdzić się mocno, a może przekonać, że jest w niej więcej odwagi, niż sądziła? Że jest silniejsza, niż jakieś tam zwierciadło?


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Klif Babbacombe - Page 2 IYOfLg4
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Klif Babbacombe [odnośnik]31.07.21 15:47
Uwielbiałam historie - i czytać i pisać i w ogóle najlepiej snuć je, kiedy to ja jestem sama ich częścią. Dlatego też zatrzymałam się na dłużej, wpatrując się w piękną jak nimfa dziewczynę która wypuszczała na świat kolejne słowa i zdania. Która przyciągała mnie niemal jak syrena mamiąca na marynarzy. Ale nie uważałam, że akurat na zgubę mnie ciągnie. Wręcz przeciwnie raczej, że właśnie w niej mogę odnaleźć zrozumiałą dla mnie duszę, co historie kocha jak ja mocno, która potrafi w ich chwili się nieść i nim samym oddać. Dlatego stałam dalej, porzucając to, co w planach miałam wcześniej. Stałam słuchając. I stałam czekając też w jakiś sposób aż mówić nie skończyć, bo ponad wszystko wiedziałam, że kilka zdań z nią zamienić będę musiała. Nie było wyjścia innego, to już zostało postanowienie, teraz tylko zrealizować owy plan musiałam.
Dlatego ruszyłam, zaraz tylko kiedy mówić skończyła, nie chcąc pozwolić, żeby ktoś ubiegł mnie wcześniej. Wyminęłam wyższe jednostki, do przodu się przepchnęłam już wcześniej, ze swojego wzroku nie spuszczając jej samej. Z każdym krokiem zbliżając się coraz bliżej, czując podekscytowanie gorejące w młodym sercu, wiedząc, że będzie to niezapomniane spotkanie.
Właściwie sama nie wiedziałam, skąd wiedziałam, ale miałam przeczucie takie. Czasem chyba nawiedziało ono każdego - choć nie zawsze. I czasem w ogóle się nie sprawdzało. Ale przeczucie, to przeczucie. Ja mu względnie ufałam. Temu mojemu przynajmniej.
Więc szłam, pewnie, bez lęku czy strachu, łapiąc dłonie młodej kobiety i witając się z nią jak to miałam w zwyczaju ekspresyjnie. Nie wpadając nawet na to, że coś nie tak już na starcie zrobić mogłam. Uśmiech całą moją twarz obejmował razem z oczami a w nich tliło się zainteresowanie, całkowita ciekawość i zachwyt.
- Miło, nie miło. Prawda sama. - odpowiedziałam zaraz szybko. - Włosy tak piękne, gładkie, proste, jakby sama rosa co ranek prostowała je, dodając im pięknego zdrowego pomysłu. Twarz, jakby utkana przez największych artystów, oczy piękne i wargi tak pełne, że z pewnością każdy chłopak marzy żeby na nich pocałunki składać! - zachwyciłam się w końcu puszczając jej dłonie i cofając się o krok w tył. Wysłuchałam wypowiadanych słów, na które przytaknęłam energicznie głową.
- To prawda najczystsza sama w sobie. - zgodziłam się z zadowoleniem. - W słowie twoim, rzecz jasna. - dodałam jeszcze unosząc dłonie, żeby zebrać rude włosy i przerzucić je na plecy. Rozejrzałam się szybko dookoła, czy nikt w naszą stronę nie idzie, albo co gorsza Walter nie skończył spraw załatwiać i mi przeszkadza zaraz. Ale nigdzie go nie widziałam, więc znów jasne tęczówki zawisły na dziewczynie. A kolejne słowa na dłużej milczenie do mnie przyciągając, przenoszę spojrzenie na lustro, jeszcze zakryte dość i wracam nim do niej. Przełykam ślinę, czując jak ekscytacja z obawą się mieszać zaczyna. Jego prawdy zdarzają się bolesne - tak powiedziała. Ale jaka właściwie mogła być moja prawda? Tego nie wiedziałam i trochę na to czekałam. Może jednak wcale nie miała być taka zła ta prawda? Sama siebie oszukiwałam, bo przecież wiedziałam jak w lustrze nie tak jak chciałam wyglądam. Ale przecież, nie mogłam się wycofać, nie teraz, kiedy tak blisko stałam. Zacisnęłam dłonie w pięści, przełykając znów ślinę.
- Chcę. - powiedziałam więc w końcu jednym słowem. - Przed prawdą przecież uciekać nie można bo i tak nie bardzo się da, prawda? - zapytałam jej ale spojrzenie skierowałam już tylko na kawałek ramy, to w nią się wpatrując, czując jak serce tłucze mi się o serce w odwlekającej się chwili, kiedy cała prawda ukaże się przede mną.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Klif Babbacombe [odnośnik]31.07.21 23:34
Słowa są jak wiatr, tak mówili, dawno, w życiu którego już nie było i nie szło nawet odzyskać, bo nawet jeśli stopy raz jeszcze na wonnych trawach wysp postawi w niepewności kroku, tak nie sielskość ją otoczy a wojenny chłód. Ale słowa są jak wiatr, powtarzano i nie potrafiła się z tym nie zgodzić, wiedząc, że te potrafią raz jak bryza znad morza ciągnąca duszę otulić, nadać wrażenie bezpieczeństwa oraz zrozumienia, przywołać przyjemne ciepło w piersi łaskoczące. Kiedy indziej zaś, atakują podmuchem okrutnym i mroźną przenikliwością przesyconym, tą podłą surowością, co to do rzeczywistości przywołać potrafi oraz przy okazji skruszy wszelkie nadzieje niesione, złudzeń pozbawiając w sposób najokropniejszy z możliwych. Więc ważyła je ostrożnie, te słowa właśnie co spomiędzy ust tak lubowały się wymykać ukradkiem, każdy zefir kłamstw oraz prawd, próbując załagodzić uderzenie, zimno zakryć pod pierzyną błahych zapewnień. Opowieści jednak tego nie potrzebowały, tej ostrożności, tych obaw na ociężałe powieki składanych, przez co uniesione musiały być przez długie godziny, dla pewności umysłu sprawdzającego, czy czasem gdzieś błędu jakiegoś nie popełniła. Legendy, historie, bajki jak to lubił określać je Johnny, były li jedynie wymysłem, zakrzywieniem codzienności, czymś, co miało poprawiać nastrój i być może nieść jakieś przesłanie. Nie musiała martwić się o odbiór, albowiem te nie tyczyły się konkretnej jednostki, a sytuacji, z którą można się było, ale znowu niekoniecznie utożsamiać. Nie wydawało się dzięki temu takie złe, próbować ich użyć, żeby osiągnąć swój cel, drobny fortel, by pozbyć się niepotrzebnej odpowiedzialności. W końcu nie kłamała całkowicie, nie potwierdzała autentyczności produktu, wszystko, co czyniła, tonęło w całkowitych szarościach. Tylko skąd ten nacisk na żołądku, kiedy tak patrzy w lśniące niebieskie tęczówki? I ledwo w opanowaniu się trzyma, by dłoni z równie małych dłoni nie wyrwać i twarzy w zażenowaniu w nich nie skryć, kiedy słyszy, jak rudzielec kwiecistym językiem ją opisuje, językiem, który zwykła słyszeć tylko u Isabelli. Przestań, ma ochotę zawyć jak zranione zwierzę, czerwona cała jak soczysty buraczek, ale zamiast tego nadal się uśmiecha, nieco bardziej sztywno. Nie przywykła do pochwał, a ich ilość w tym momencie niemal przyprawiła ją o łzy najszczerszego przerażenia. Na szczęście potrafiła udawać, tak też wszystko było w porządku.
- I kto tu teraz baśnie opowiada? - pyta się, ale z lekką przekorą, delikatnie, acz z psotą zaklętą w popiele spojrzenia - Bardzo pięknie język okiełznać potrafisz panno...? - tutaj brew unosi ciemną, nieco wyżej nad drugą. Ilość zdań, jakie z lekkością wysypywała z siebie, była godna podziwu, tak jej się wydawało przynajmniej. W słowie moim nie sposób znaleźć prawdy, chciałaby odpowiedzieć Neali, westchnąć przy tym ciężko, acz nie może, bo Finley gra, gra, gra i gra. Nie wyjdzie z roli, nie będzie współczuć, chociaż dziewczyna obok jest tak młoda, wydawało się, że nieskalana okrucieństwem tego świata, a przecież to bzdura straszliwa, bo każdy cierpiał na swój sposób, każdy miał sekrety własne, których słońcu pokazać nie chce. Teraz to lustro miało wytknąć wady rudzielca, zakpić z niej wstrętnie i Jones musiała na to patrzeć w bezradności, z materiałem gotowym zakryć taflę jeśli tylko ujrzy łzy szklące się w oczach. Naprawdę powinna to zrobić? Niskie stworzenie było pewne siebie, ile tej pewności jej starczy?
- Nie każda prawda powinna być odkryta - odpowiada, wypominając sobie przy tym, że przecież ona ciągle ucieka, wzrok odwraca, udając, iż szczerość nie istnieje, bo ona ma przecież misję, chytry plan, któremu daleko jest do spełnienia - Ale jeśli jesteś absolutnie przekonana... - waha się, a potem bierze głębszy oddech - Tylko nie tutaj. Odejdźmy trochę od tłumu, lustro nie jest miłe, a raczej nie chcesz, by to, co do ciebie powie, usłyszał ktoś inny - zwierciadło mogło kpić z niej, taka jego natura, lecz postronni? Nu-uh, nie ma takiej opcji. Niewielka dawka wstydu nie wydawała się taka straszna, w porównaniu do tłumu, jaki skłonny jest przyglądać się podobnemu przedstawieniu - I powiedz mi, kiedy będziesz gotowa - dodała. Bo mogła być odważna, jednak w takim wypadku musiała w sobie jeszcze trochę brawury zebrać.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Klif Babbacombe - Page 2 IYOfLg4
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Klif Babbacombe [odnośnik]06.08.21 0:22
- Oh! Oh. - wypadło z moich ust, kiedy słowa skierowała swoje ku mnie. Brwi uniosły się w zdumieniu, pokręciła przecząco głową. - Sama prawda najszczersza, nie baśnie żadne - sprostowałam, jakby jeszcze jakieś wątpliwości co do tego były. Bo prawdę samą - ale tylko prawdę mówiłam teraz. Piękna była. Śliczna taka, jak nimfa jakaś o których czytałam kiedyś. Albo syrena, która swoją urodą mężczyzn pod wodę wabiła. Oh, jakbym ja tak piękna mogła być, życie od razu łatwiejsze by było. Róż nie przeszkadzałby już włosom takim, wręcz przeciwnie - pięknie by wyglądał. A ja? Ruda taka, jak czerwona to cała, kompletnie odbijając, albo zlewając się z włosami. Konflikt tu miałam od zawsze - nie powiem, że nie. Z jednej strony kochałam tą rudość całą, bo ona była mną, znaczy nami, pokazywała moje przynależenie, przypominała o tym kim byłam. Ale z drugiej strony, czy tak źle, że chciałam piękna być? Ciocia często mówiła, że próżna jestem. Ale zgodzić się nie mogłam, bo ze swojej własnej brzydoty zdawała sobie sprawę. A jak można było być próżnym i brzydkim jednocześnie?
Zwyczajnie się nie dało.
- Neala. Bez tej panny całej. Po prostu Neala. - przedstawiłam się, unosząc wargi w uśmiechu, który rozpromieniał mi twarz całą i całą też ją obejmowała. Przez wszystko najbardziej przebijała się ekscytacja - bo jak tu było się nie ekscytować czymś takim, co właśnie świadkiem przed chwilą byłam. Historię uwielbiałam! A jeszcze do tego wziąć i móc z lustrem takim stanąć twarzą w twarz, to dopiero było coś niespotykanego. Ależ szczęście miałam dzisiaj okrutne, że akurat tutaj dzisiaj przyszło mi się zjawić i właśnie na nią wpaść. Tym razem, ten jeden raz, po tylu innych los zdawał się dla mnie jakiś łaskawszy. Miałam czas jeszcze, tego byłam pewna. Walter miał rzeczy do załatwienia, ja zresztą też. Ale mniej, tak że w czasie byłam w stanie się wyrobić. Tego byłam właściwie pewna.
- Zależy. - po części nie zgodziłam się z nią wzruszając odrobinę chudymi ramionami. - Kiedy się ja skrywa a powód jest ważny, to taka pozostać winna. Prawda? Ale jeśli pomóc może, nawet jeśli serce zranić może, na wierzch wyjść powinna. - wytłumaczyłam na krótką chwilę marszcząc brwi, żeby zaraz się w jej kierunku uśmiechnąć. Bo tak też w sumie myślałam. Sama nie podawałam swojego nazwiska i nie kłamałam, ale też pomijałam prawdę. Bo mimo iż w Devon rozpoznać mnie się dało czasem, to wolałam nie chwalić się nim na wszystkie strony. Wiedziałam, że Brendan i Urien działali i wiedziałam, że stoimy w opozycji do tych, co świat do końca zrujnować chcieli. Oczy mi się zaświeciły, kiedy słowa o przekonaniu jej usta opuściły. Pokiwałam skwapliwie głową na potwierdzenie. Byłam gotowa! Okrutnie już wyczekując momentu, robią krok w stronę lustra, ale zatrzymałam się, spoglądając na dziewczynę, kiedy poradziła, żeby od tłumu odejść. Zmarszczka przecięła moje czoło, ale zaraz przytaknęłam głową, ruszając za nią. I im dłużej czekałam, tym bardziej się wahałam. Ale teraz w sumie już nie zamierzałam się wycofywać. Słynęłam przecież z tego - nawet jeśli tylko przed samą sobą - że podjętego zdania nie zmieniałam. No chyba, że argumenty widoczne wskazywały na to, że je właśnie zmienić należało. W końcu się żeśmy zatrzymały, a ja poczułam jak dłonie w pięści zaciskam, a niebieskie spojrzenie na niej ląduje, kiedy do mnie mówi. Gula mi przez gardło przeszła. Gotowa? Nie byłam chyba wcale, ale skinęłam głową, biorąc wdech w płuca.
Przecież dam radę.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Klif Babbacombe
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach