Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Sklepik zielarski pani Giddery
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Sklepik zielarski pani Giddery

Nie jest to przybytek wybitnie ekskluzywny, wręcz przeciwnie: niezwykle swojski. Pani Giddery, choć tak naprawdę nosi inne, zapomniane przez wszystkich nazwisko, jest wiekową kobietą, która prowadzi swój niewielki przybytek w Dolinie Godryka od lat. Przed nią robiła to jej matka, tak jak jej matka przed nią, a wiadomym jest nie od dziś, że po niej biznes przejmie jej córka, a następnie wnuczka. Sklepik zielarski, bowiem trudno nazwać go apteką, służy radą i towarem zarówno niemagicznym, jak i czarodziejom. Sprytne zaklęcia nałożone na parterową chatkę sprawiają, że ilekroć obsługiwany jest czarodziej to każdy mugol chcący wstąpić do pani Giddery w dosłownie magiczny sposób zapomni, że w ogóle do niej zmierzał, przypominając sobie o sprawunkach dopiero po opuszczeniu lokalu przez poprzedniego klienta.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Sklepik zielarski pani Giddery - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Nie był do końca pewny, czy chciał wsparcia. Dostał go już przecież dużo, a wszystkie te dawki wciskane mu były na siłę, podobnie do jedzenia. Opierał się im przecież zacięcie, ale nie dlatego, że nie szanował, czy nie lubił, bądź nie był wdzięczny za okazywane mu serce. Po prostu trudno było go przekonać do tego, że na jakąkolwiek pomoc zasługiwał.
Zawsze spoglądał na świat z perspektywy najmłodszego dziecka w rodzinie. Kogoś, którym należało się opiekować, bo przecież nawet jak mierzył ponad 180 centymetrów, to był dalej małym berbeciem, ze swoimi miodowymi lokami, które upodabniały go do cherubinka, ufnym spojrzeniem rzucanych przez szarobłękitne tęczówki schowane za okrągłymi szkłami okularów. Miał zaskakującą łatwość pakowania się w sytuacje, które potencjalnie bezpieczne, pozostawiały go z całym mnóstwem zacięć, siniaków i innych niespodziewanych pamiątek.
Ale jednak zawsze był mężczyzną. Wpatrzonym w starszych kuzynów którzy, choć posiadali dobre serca, nie pozwalali sobie wchodzić na głowę. W ojca, zawsze gotowego stanąć w obronie rodziny, który oddawał się w całości temu, co stanowiło esencję Sproutów. Wreszcie też w wujka Steviego i w całą masę innych mężczyzn, w których odnajdywał te cechy, które pragnął rozbudzić też w sobie. Obowiązkowość, opiekuńczość, siłę charakteru, odwagę i wiele, wiele innych.
Problem w tym, że nigdy nie potrafił ich naśladować w sposób, w jaki tego chciał. Był dla siebie zdecydowanie zbyt surowy, pragnąc przeskoczyć z dziecka do dorosłego mężczyzny w jednym skoku. A ostatecznie i tak byli tacy, którzy — oczywiście mając w sercu jego najlepszy interes — nieświadomie podrażniali ten jeden nerw jego psychiki, doprowadzając go do momentu, w którym... czuł przede wszystkim skrępowaną wdzięczność.
Wiedział, że nie powinien się nikim wysługiwać.
Że nie tak zachowują się mężczyźni.
Ale chyba był zbyt miły, by powiedzieć to wprost. Zwłaszcza kobietom.
— Minister Magii — odparł bezpośrednio, wzruszając przy tym ramionami. Jego słowa zabrzmiały okropnie oczywiście. Zupełnie tak, jakby była to wiedza powszechna (bo była, ale Thalia chyba nie miała stałego dostępu do gazet, za co nie mógł jej winić), a nie coś, co swoje źródło mogło mieć w sennym koszmarze. — A raczej ta pacynka, która się za niego podaje — doprecyzował prędko, czując gdzieś w środku, że Thalia mogłaby jeszcze uznać sir Longbottoma za jakiegoś szaleńca, który wyraźnie niedomagającego Sprouta chciał wysyłać na front. Zresztą, w Dolinie Godryka, gdy mówiło się o Ministrze, miało się przed oczami zawsze lorda Harolda, nie jakiegoś... Croissanta, czy jakkolwiek się nazywał tamten.
Oczywiście, że Castor wiedział, iż nie był to Croissant, a Cronos. Ale kogo to obchodzi.
Thalię na pewno obchodziło to, jak się czuł. Nie chciał sprawiać jej trosk, przykrości, tych miała już przecież całe naręcza, a zbierała jeszcze więcej, na własne zawołanie. Męska duma kazała mu zaopiekować się nią właśnie, ale w sposób, który nie będzie uwłaczał jej godności. Odnosił ciekawe wrażenie, że jeżeli w czymś byli z Wellers podobni, to przede wszystkim w durnie oślim uporze.
A mimo to pozwolił zagarnąć kosmyk włosów za ucho, ba, zmusił nieco spierzchnięte wargi do wygięcia się w uprzejmym uśmiechu, do którego przymknął oczy. Westchnął nawet cicho, jakby wypuszczając panikę, która chciała się w nim gnieździć od samego początku stycznia.
— Tully... Ostatnia rzecz, jakiej bym pragnął to, żebyś wchodziła w paszczę lwa dla mnie — obiecywał sobie, że nie będzie brzmiał protekcjonalnie. Ale jak było? Chciał tylko przekazać swoją troskę, dokładnie tak, jak robiła to ona. — Jak wpadniemy to... wiesz, co za to grozi. Jak będą mieli dobry humor to po trzy lata na głowę w Tower. A jak nie, to pokój z widokiem na "atrakcje" — żuł przez chwilę ostatnie słowo. Brzmiało niezwykle gorzko, zwłaszcza z tym, co już wiedział o ludziach, którzy wpadali za kratki londyńskiego więzienia. Jeszcze nie wiesz chyba o ucinanych rękach, legilimentach i całej rzeszy okropnych rzeczy. I nie dowiesz się, jeżeli to zależy ode mnie.
— Mike też tak mówi. Że nie mogę tam iść, ale jak nie pójdę, to przecież mnie znajdą. A jak nie mnie, to mamę, tatę, Aurorę — dodał po chwili, ledwie powstrzymując się przed odruchem, który zawsze budził się do życia w sytuacjach wysokiego stresu. Palce jednak nie zaczęły się wzajemnie zamęczać, tylko Castor zagryzł wnętrze policzka i zacisnął szczęki.
Znacznie bardziej wolał mówić o kwiatach, łodygach i kłączach. Zielarski sklepik i przecudowna pani Giddery okazały się być spokojną wyspą na morzu problemów. Miał nadzieję, że i Thalii wyjdzie to na dobre.
— Dobry trop — uśmiechnął się nieco szerzej. Uwielbiał słuchać, jakie wrażenie sprawiały rośliny i czy pytany miał wcześniej dostęp do jakiejkolwiek informacji na ich temat. — Mówisz o uspokajaniu, lecz rumianek nie działa na psychikę, a na ciało. Przede wszystkim rozkurcza mięśnie gładkie. Te napinają się w sytuacji zdenerwowania i stresu, dlatego picie naparu z rumianku na przykład sprawia wrażenie uspokojenia, bo napięcie się kończy. Poza tym jednak wybrałem na początek rumianek, bo pomaga w gojeniu się ran. Wystarczy aplikowanie naparu, wiesz, jak herbatę. Ale można też z tego zrobić maść. Na pewno pomoże w uniknięciu jątrzenia się rany. Ale też jakby bolał cię brzuch, wiesz... — dłonie ułożył na wysokości własnego podbrzusza. — Skurcze żołądka i jelit. Też pomoże.
Chwycił słoik z rumiankiem, by przysunąć go pod nos żeglarki.
— Przyjrzyj się dobrze. Nagie pędy, puste w środku. Kwiat niezbyt duży, żółty środek, białe płatki. Rozpoznasz?
Widząc, że Thalia pragnie wypuścić psinę z torby, Castor rozejrzał się zaniepokojony po sklepiku, lecz pani Giddery nie było widać. Staruszka zajęta była zbieraniem składników na jego zamówienie, więc Sprout mógł odetchnąć z ulgą i uniknąć bury za robienie ze sklepu podwórka dla psinek. Ale nie mógł przecież zabronić psiakowi typowego dla szczeniaków zachowania, zwłaszcza gdy poczuł język na swej dłoni. Ostrożnie chwycił zwierzę, by unieść je w ramionach i przytulić do piersi, trochę jak małe dziecko.
I słuchał Thalii, jej opowieści o tym, jak księżniczka bez imienia znalazła się pod jej — tymczasową — opieką. Czuł tylko, jak niewielki ogonek wywołuje podmuchy wiatru gdzieś w okolicy jego pępka, ale... Jak ona mogła myśleć, że odmówiłby opieki nad tym stworzonkiem?!
— Jeżeli uważasz, że jestem odpowiednim kandydatem to przecież... Nie mógłbym jej odmówić, spójrz na nią! — wodził spojrzeniem między kobietą a psiną, aż wreszcie obrócił tą drugą w kierunku pierwszej. Piesek znalazł się na wysokości policzka Castora, dzięki czemu teraz prawie błagalnie spoglądała na nią nie jedna, a dwie pary oczu. — Nie wygląda ci na Szarlotkę? Racuch byłby zachwycony, mając kogoś do zabawy... — nie wziął jednak pod uwagę tego, jak na ewentualną futrzaną lokatorkę zareaguje Michael. Ani jego rodzeństwo.
Chyba jej nie wyrzucą?
Bo w takim razie musiałby wynieść się razem z małą księżniczką, która teraz próbowała chwycić w zęby jeden z pukli jego włosów.
— I... co ty mówisz, jaki jeszcze prezent, na Merlina?


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Nie było łatwo, dostawać coś tak w zamian za nic. Człowiek od razu szukał haczyka, czegoś, co miało być powodem, dla którego było się jakimś odbiorcą tej dobroci. Przez prawie cale swoje życie Thalia podejrzewała, że była to kwestia wkupienia się w jej łaski albo ulżenia wyrzutom sumienia. Oni czuli się dobrze dbając o nią i pokazując innym ludziom, że troszczyli się kogoś i byli dobrzy, w zamian rzucając jej kolejne ochłapy z których powinna się cieszyć. Dopiero ostatnimi laty powróciła do tego, aby nie myśleć w ten sposób i skupić się na tym, że niektórzy ludzie po prostu byli mili.
Dlatego też uczyła się polegać na sobie, nie na kimś innym. Nie w kwestii braku zaufania, chociaż to czasem też przebijało się przez jej zachowanie wobec niektórych obcych, tak wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała zatroszczyć się o wszystko z własnej perspektywy. Kiedy trzeba będzie znaleźć jedzenie, kup, znajdź, wygrzeb ze śmietnika jak będzie potrzeba. Kiedy trzeba dostać nowy koc, pogrzeb w pustej skrzyni, może coś się znajdzie. Granice pomiędzy tym, co powinien robić kto zatarły się w jej umyśle, bez większego przekonania. Zresztą, płaciła już i tak wysoką cenę za spełnianie własnych marzeń, tylko dlatego, ze była kobietą. Dlaczego to miało jakiekolwiek znaczenie?
- Niedorobiona jebana jego mać, co za idiota! – Nie wydawała się przejmować się jakkolwiek faktem, że właśnie rzucała i tak łagodną wiązanką przy kimś, kto raczej do tego pozytywnie nie podchodził. Jej brwi zmarszczyły się tak mocno, że miałaby chęci, aby kiedykolwiek je prostować, tylko poszła by od razu do drzwi Ministra i pokazała się mu w ten sposób, tak aby teraz mógł zastanowić się nad wszystkimi decyzjami. Zwłaszcza, że bardzo chętnie uderzyłaby go prosto w nos. I poprawiła po parę razy.
- Castor. – Spojrzenie jej, chociaż wciąż łagodne, nabrało jeszcze większej powagi w swoim spojrzeniu. – Od paru lat jestem przestępcą. Jeżeli złapią mnie na gorącym uczynku, zwłaszcza w tych czasach, będę mieć szczęście jeżeli wyjdę z tego żywa. Dodatkowo zabić mnie mogą ludzie, z którymi pływam, sztorm, czyli zwykła pogoda, albo nawet ktoś przez przypadek, jeżeli zmieniłabym się w nieodpowiednią osobę. Nie musisz mnie uświadamiać o ryzyku. – Znała je z pierwszej ręki, nawet jakby miała teraz mu powiedzieć, że akurat w kwestii odczuwania konsekwencji mogło to nie być najłatwiejsze zadanie. – Jeżeli chodzi o ciebie, tak uważam, że zrobiłabym to bez wahania. Zaryzykowałabym, bo wiesz, dla ciebie warto.
Gładziła go delikatnie po głowie, tak jakby chciała go otoczyć jak najlepszą opieką. Zależało jej, żeby czuł się bezpieczny i żeby tylko mógł działać tak jak chciał, we wszystkim. Utrudniała to wojna, czasem utrudniały to też wydarzenia niezależne, brak gotówki, czy rozmaite sytuacje, na które wpływu się nie miało. Można było jedynie reagować na nie, dając się porwać prądowi i nie tonąć. To życie wtedy niosło ciebie, nie ty życie.
- Czy jest jakieś poważne zagrożenie, że coś zrobią ci na komisji? Wiem, że później jest jeszcze gorzej, ale najpierw myślę o tym i co się wydarzyć może tam na miejscu w Londynie. Na pewno da się ukryć nie tylko ciebie, ale też całą twoją rodzinę i jakbyś potrzebował, to we wszystkim pomogę. Chyba, że z jakiegoś powodu musicie odwiedzać Londyn? – W jej głowie, jak zawsze, pojawiało się już milion planów, pomysłów, następnych działań które mogła zrobić. Przywoływała już listę kryjówek, które znała – pamiętała o opuszczonych mieszkaniach w Dorset, nowych miejscach które odkryła w Lancashire, specyficznych budynkach w Kornwali…było tyle możliwości, pytanie tylko, czy w ogóle Sprout i jego rodzina chcieliby je rozważyć. Na pewno nie chciała zostawiać ich w takiej sytuacji.
Uśmiechnęła się, kiedy okazało się, że pamięć jej nie zawodziła, zaraz też uważnie słuchając informacji, które przekazywał jej Castor. Wiedziała, że zapamięta kiedy tylko przyjdzie jej znów spotkać się z tą rośliną, ale liczyła na to, że dowie się więcej. Potrzebowała rozumieć jak najlepiej, skupiając się na tym, co mogła dostarczać dla potrzebujących. Jeżeli będzie wiedziała, co jej sprzedają, będzie mogła szybciej operować transportem i nie skupiając się na tym, czy nie jest czasem oszukiwana. A przynajmniej skupiając się, ale potrafiąc korzystać z własnej wiedzy.
- Na pewno rozpoznam. Czy są jeszcze jakieś inne rośliny, które działają rozkurczowo? Tak na mięśnie ogólnie. Zioła, kwiaty, nie wybrzydzam. Co jeszcze użyłbyś do leczenia? – Sięgnęła jeszcze dłonią, ostrożnie wyciągając jeden kwiat rumianku. Przytknęła go do nosa, ciesząc się zapachem, potem zaś przymykając oczy i przesuwając jasnymi płatkami po policzku. Odłożyła go jednak ostrożnie, biorąc mniejszy koszyczek, spleciony z wikliny aby dorzucić tam parę innych kwiatków, nie czułaby się dobrze w momencie, kiedy ktoś musiałby kupić rzecz, którą już dotykała nieco mocniej.
Spoglądała z nieukrywaną radością w momencie, kiedy widziała, jak zachwycony był Castor, przytulając do siebie szarą kruszynkę, która w tym momencie usilnie próbowała się z nim zapoznać, ogonkiem wciąż trzepocząc na lewo i prawo, nos zaś próbując wsadzić w jego ucho, tak jakby każdy kawałek Sprouta był czymś interesującym i trzeba było to sprawdzić i wylizać, tak aby oznaczyć swojego człowieka.
- Jak bym mogła tak nie myśleć? W końcu tak mocno pasujecie do siebie, patrz, nawet już teraz wyglądacie jak dwie krople wody. – Uśmiechnęła się lekko, wyciągając dłoń aby podrapać psinkę za uchem, nawet jeżeli tak nie zwracała zbytnio na nią uwagi, dalej zafascynowana Castorem. Zaraz też roztrzepała jasne włosy swojego towarzysza, zwłaszcza kiedy tak uśmiechał się, więc pewnie nie miałby jej za złe tego, że właśnie to zrobiła. – Szarlotka? Wygląda jak do schrupania, tylko błagam, niech jej Racuch już nic nie wyjada z nosa. – Uśmiechnęła się, wywracając oczyma, nie mogąc nawet przez chwilę powstrzymać tego wspomnienia.
Na szczęście kolejne słowa pozwoliły jej na oderwanie się od dziwacznych wspomnień, a ona zaś pochyliła się, z worka wyjmując kolejną torbę. Teraz, kiedy nie spał tam pies, a i nowa rzecz odciążyła worek, miała wrażenie, że będzie przynajmniej to jeden ciężar, który będzie mogła z siebie zdjąć. Podała nowo wyciągniętą rzecz w stronę Castora, uśmiechając się nieco tajemniczo.
- Uważaj, to nie jest lekkie. – Od razu uprzedziła, zastanawiając się, czy domyśli się po tym, jak to otrzyma, czy jednak nie. – Nie wiem, na co ci będzie potrzebne, czy na psa, czy może na coś innego, bo wiem, że masz parę marzeń, które możesz spełnić, a jeżeli to by dało radę pomóc…to mam tylko nadzieję, że się przyda. – Wiedziała, że brzdęk galeonów wydawał się dziwny w sytuacji, kiedy wspomniała, że na własny wygląd nie miała środków, ale prawda była taka, że biedna nie była na ten moment. Potrafiła dokonać odpowiednich inwestycji i działań bankowych, tak aby mieć zachowaną pewną kwotę, po prostu nie przepadała za wydawaniem pieniędzy na samą siebie, uznając to za marnotrawstwo.

Przekazuję Castorowi psa
Thalia Wellers
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697

Powrót do góry Go down

Nagły wybuch Thalii przerwał wszelkie rozmyślania Castora. Bardzo prędko pochwycił go za wątłe ramiona, szarpnął do góry, wyciągając go prędko ponad powierzchnię marazmu, w którym zwykł się kąpać w podobnych chwilach, zawieszony pomiędzy tym, co trzeba, a tym, co faktycznie był w stanie zrobić.
Szarobłękitne tęczówki ukazały się światu w całej swej okazałości, a on sam przystanął nawet na moment, niezdolny do nabrania oddechu, zamiast tego wypuszczając spomiędzy delikatnie rozchylonych ust zaskoczone westchnienie. Dłoń odruchowo przyłożył do lewej poły swego płaszcza, mniej—więcej na wysokości serca, spoglądając ku swej rozmówczyni tak, jakby wciąż jeszcze potrzebował chwilę na przetrawienie tego, co powiedziała.
— Th—thals... — zająknął się, niezdolny chyba do poprawnego wymówienia jej imienia, w wyniku czego powstało zupełnie nowe, przynajmniej na standardy Sprouta, zdrobnienie. Różowe od szczypiącego mrozu policzki pobladły nawet na moment, nie dłużej niż cztery uderzenia rozszalałego serca, a spokój powracał do niego w falach.
Na początek wystarczyło jego własne imię, wypowiedziane z pewnością właściwą tylko ludziom, którzy nie mieli nic do stracenia. Znał ten ton głosu. Słyszał go przecież niejednokrotnie, ostatnimi czasy wyłapywał jego charakterystyczne pobrzękiwanie we własnej melodii, ale nie był chyba jeszcze na tyle przekonany, by przyznać przed sobą, że znajdował się w takim właśnie położeniu. Zresztą, gorzka była to świadomość, nie mieć już nic do stracenia. Znaleźć się przy ścianie, chude łopatki wbijające się w twardą i chłodną powierzchnię. Nie było innego wyjścia, jak tylko odbić się od niej i iść do przodu. Wbrew wszystkiemu.
Thalia była świadoma swego położenia. Dla Castora nawet zbyt świadoma, ale podobne przeczucie wynikało przede wszystkim z tego, że jako człowiek o psychice obiektywnie delikatnej, pochodzący z dobrego i kochającego domu, Sprout nie był szczególnie przystosowany do trudności życia codziennego. Nawet najmniejsze niedogodności, które mogłyby pozostać niezauważone przez tych, co przeszli w życiu więcej, przeżywał wciąż z niegasnącą intensywnością, dopiero przygotowując się do wzmocnienia fundamentów własnej psychiki. Zawsze prościej było zacisnąć mocniej powieki lub całkiem odwrócić wzrok. Świat gnał do przodu w zaskakująco prędkim tempie, nie pozwalając już na podobne wygodnictwo.
Niezauważone okrucieństwo pęcznieje bowiem, gotowe rozlać się w każdej chwili.
Brak działania sprowadzał się przecież do pomocy złu.
— To wszystko... co mówisz... to wszystko naprawdę bardzo piękne i doceniam — zaczął ostrożnie, ważąc każde słowo, które przechodziło mu przez gardło. Wiedział, że przyjmowanie odmowy nie było mocną stroną ani rudej, ani tym bardziej jego samego, lecz musiał w pewnym momencie postawić granice, których nie należało przekraczać. — Ale nie mogę. To nie tak, że ci nie ufam. Tobie czy twoim umiejętnościom. Po prostu... Już i tak zamieszałem w to wystarczająco dużo niewinnych osób. Są takie momenty w życiu, gdy trzeba wziąć na siebie odpowiedzialność, wiesz? I... jestem gotowy. Teraz.
Pewność, z jaką wypowiadał swe słowa, mogła pochwycić nawet najbardziej skamieniałe serca. Castor mówił bowiem pewnie, z głową uniesioną wysoko do góry, a głos mu nie drżał, stanowiąc całkiem piękny kontrast względem jego zwyczajnej, raczej wycofanej postawy.
— Jeśli chodzi o zagrożenie — głęboki wdech, głęboki wydech — Nie mam pojęcia. Nie napisali w liście nic ponad to, że komisja odbędzie się o 5:30 pierwszego dnia lutego. Nie wiem, czy nie zamkną nas tam od razu i nie wypuszczą. Wiesz, mam wrażenie, że to może być coś... poważniejszego. Że komisja to tylko przykrywka. Teraz nie można wierzyć w żadną informację, a tym bardziej, jeżeli pochodzi prosto z Ministerstwa.
Chyba potrzebował takiego wyartykułowania własnych myśli. Myśli, które kłębiły się pod złotymi lokami, które rozsadzały mu czaszkę od środka, które stanowiły coś okropnie nieznośnego i niepozwalającego mu spać, wyleciały z niego niemal natychmiast. Choć pozostało ich jeszcze trochę, pobudzonych pytaniem o wizyty w Londynie.
— Ja nie mogę wracać do Londynu — przyznał szczerze, zawieszając długie spojrzenie na jej sylwetce. Pociągnął zaczerwienionym od mrozu nosem, choć nie był pewien, czy to z emocji, czy od pary wodnej, która przeradzała się z jego oddechu i łaskotała w twarz. — A moja rodzina... Oni nie wiedzą, że grozi im niebezpieczeństwo. Nie mogą wiedzieć, w co się wpakowałem. Właściwie to im mniej wiedzą, tym bardziej są bezpieczni. Zakazałem rodzicom odwiedzin w stolicy, ale moja siostra... Wiesz, jak jest. Jest dorosła, może robić, co chce i nie musi się mnie słuchać.
Jeszcze nie wiedział, jak rozwiąże ten problem. Na całe szczęście mógł skupić uwagę na czymś innym, a słysząc pytanie Thalii powracające do tematu roślin, Castor stanął na palcach, sięgając po kolejny ze słoików.
— Dziurawiec — oznajmił, wskazując na słoik pełen bladożółtych kwiatów — Świeże kwiaty mają kolor intensywnej żółci, więc rzucają się w oczy. Ten tutaj jest suszony, w zimę ciężko jest o świeże, ale... Właśnie, byłbym zapomniał. Są zaklęcia, które wysuszają roślinę, ale kosztem jej właściwości. Pytaj się zawsze, jak będziesz łapać jakieś susze, czy odpowiada za to zaklęcie, czy natura. I wybieraj naturalne, jeżeli nie dasz rady sama sobie z tym poradzić.
— Dziurawiec najlepiej jest używać przy problemach żołądkowych. I to... powiedzmy, że każdego rodzaju. Bolący brzuch, biegunki, brak apetytu, poradzi sobie ze wszystkim tak naprawdę. — Odłożył słoik na miejsce, aby schylić się w pewnym momencie, by sięgnąć po coś, co wypełnione było bladozielonymi liśćmi o nieregularnych brzegach oraz intensywnym zapachem, który wydobywał się nawet pomimo zakręconej zakrętki. — Miętę pieprzową poznasz po zapachu. Nie dość, że działa rozkurczowo, to jeszcze antyseptycznie, to znaczy, że tak jak rumianek pomoże przy brzydkich ranach. A poza tym to możesz to wcisnąć też jednemu ze swoich kumpli, co ma niezbyt przyjemny oddech. Na pewno nie pożałujesz. — zaśmiał się krótko i byłby gotów złapać już kolejną rzecz z wystawki, pochylić się nad jej właściwościami, gdyby nie to, że jego uwaga znów przesunęła się na szarą kruszynkę.
Ledwo powstrzymywał się od śmiechu, gdy mokry i zimny nos wciskał mu się w ucho, lecz nie protestował, przynajmniej nieszczególnie aktywnie. Psina była naprawdę rozkoszna, a gdy Thalia znów zabrała głos, otworzył jedno oko, chcąc na nią spojrzeć, lecz zawodolone szczenię nie pozwalało mu na skupieniu więcej uwagi gdzieś indziej.
— Jak dwie krople wody? No dzięki... — udawane oburzenie runęło, gdy pieszczotę otrzymała Szarlotka, a potem i jego włosy roztrzepane zostały przez żeglarkę. Uśmiechnął się szeroko — naprawdę szeroko, bowiem odkrył nawet swe specyficzne uzębienie — na wspomnienie Racucha oraz jego specjalnego talentu. — Nie no, Szarlotka chyba nie ma gili, prawda? — byłby przyjrzał się jej samodzielnie, gdyby nie to, że mała bardzo pragnęła pokazać całemu światu, jak bardzo jest szczęśliwa. A jej niewielkie ciałko ledwo utrzymywało całą tę energię w ryzach.
Odebrał torbę, lecz nie zrobił tego świadomy, cóż takiego mogło się w niej kryć. Znacznie bardziej zaaferowany był psiną trzymaną teraz w jednej ręce, trochę jak wyjątkowo małe dziecko. Dopiero brzdęk galeonów raz jeszcze przywołał go do porządku, malując na płótnie jego twarzy wyraz — kolejny już raz tego dnia — szczerego zdziwienia.
— Thalia, ty chyba rozum postradałaś... — wydukał niepewnie, gotów oddać jej torbę z pieniędzmi w tej jednej chwili. Najpierw pies, teraz to...
Zamiast tego, chcąc być pewny, że nie zostaje powoli wmieszany w jakiś dziwny pakt, zbliżył się do przyjaciółki, by nachylić się nad jej uchem i pozwalając swemu ciepłemu oddechowi owiać płatek jej ucha, szepnął krótko.
— Nie są kradzione? Nie jesteś w tarapatach?


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Znów poprawiła jego włosy – skąd się brała ta jej łagodność, naprawdę nie miała pojęcia. Budziła się niewiele razy w jej życiu. Przeważnie była dzika i nieokiełznana, częściowo w kwestii buntu, częściowo aby po prostu zwrócić na nią uwagę. Jeżeli nie mogła liczyć na miłość ze strony drugiego człowieka, przynajmniej mogła spróbować zadbać o to, aby była zapamiętana. I aby nikt już nie miał wątpliwości, kim naprawdę była. Lavinią. Thalią. Kimkolwiek by nie zadecydowała. Nie zmieniało to pozostałych rzeczy w jej życiu ani tego, jak była traktowana przez innych – cóż, powiedziałaby, że wręcz to pogarszało – ale przynajmniej ona wiedziała, na czym stała, energię i agresję wydzielając na zewnątrz bez większej opieki.
Castor sprawiał, że odnajdywała w sobie coś, czego się do końca nie spodziewała. Umiejętności ochrony, nie tylko siebie ale też kogoś innego. Sprawiania, aby ktoś inny niż ona miał dobre życie. Czekanie na czyjąś obecność, tylko po to, aby zrobić coś dla tej drugiej osoby. Miała to przy kilku ludziach – Lizzie, Etta, Florean, Castor. Nie wiedziała, co w niej obudzili, ale potrafiła dla tych osób po prostu się zamknąć i być mniej sobą.
Zaśmiała się lekko, kiedy wspomniał o jej dobroci, jednak nie przez wzgląd na jego słowa, a raczej na własne rozważania. Poprawiła mu jeszcze szalik, na tyle szybko by zaraz naciągnąć go na jego twarz, parskając z rozbawieniem.
- Oh, Cassie… Przepraszam, ale to miłe, że w momencie, kiedy jestem przestępcą od czterech lat, mówisz o mnie jako o osobie niewinnej. Ah, dobre, stare czasy. – Może powinna trzymać to bardziej w tajemnicy, ale prędzej czy później, domyśliłby się wszystkiego. Nie mogła w końcu prezentować tak wiele rzeczy które potem zrzucałaby na zarobki. Nie były AŻ tak wysokie. Chyba, że już wiedział? Nie zdziwiłaby się, gdyby słyszał od innych.
- Rozumiem. – Przetarła czoło, doskonale rozumiejąc, skąd pochodziły takie obawy. – Jeżeli byś szedł, wiem, że to nie jest pełne wsparcie, ale mogłabym przysiąść gdzieś w okolicy w gotowości. Nie jako ja, oczywiście, tak aby nikt mnie nie rozpoznał. Oczywiście, gdybyś jednak tam szedł, tak na wszelki wypadek. Wiesz, żebyś…nie był sam. – Na pewno nie będzie sam, ale w tym momencie chciała dać mu znać na wszelki wypadek. Będzie w okolicy jeżeli jej potrzebował.
Umiała zrozumieć to podejście – w momencie tego, kiedy sama wplątywała się w problemy z przemytem i przestępcami od paru lat, starała się trzymać wszystkich z dala od tego, tak aby na wszelki wypadek nie wiedzieli nic o niej i nie mogli wpaść przez to w tarapaty. Martwiła się strasznie, wiedząc, że w tym momencie coś takiego nawet powstrzymywało ją od przyjęciem nazwiska ojca, ale cóż, wtedy mogła się postarać.
- Ciężko mi mówić, bo nie mam rodzeństwa, ale nie możesz powiedzieć jej tego wprost? W sensie przedstawić jej perspektywę, iż wybranie się do stolicy naraża całą rodzinę na problemy? Jeżeli ceni rodzinę, raczej posłucha? – Nie znała tak dobrze Aurory jak Castora, mogła więc tylko wysnuwać wnioski.I zanim powiesz coś na mój temat, to chcę tylko przypomnieć, że ja pakuję siebie w kłopoty, nigdy innych!
Ostrożnie przyglądała się każdemu słoikowi, zapamiętując nazwy i możliwości wykorzystania danych roślin. Cieszyła się, że poprosiła Castora o pomoc, wiedząc, że przyda się jej to nie tylko do możliwości handlowania towarem, ale też na własny użytek. Nie była całkowicie odporna na kłopoty i problemy zdrowotne, a chociaż mogła poszczycić się znajomościami z osobami, które w jakiś sposób opanowały magię leczniczą, wciąż bywały sytuacje, w których musiała poradzić sobie samodzielnie.
- Rumianek, dziurawiec, mięta…tej ostatniej nie ma na tyle na świecie, aby pomogła na kiepski oddech na statku. Chociaż jakby tak wypełnić ją ocean, przymusowe kąpiele mogłyby się okazać o wiele bardziej fortunne. – Posłała mu znaczące spojrzenie, rozglądając się jeszcze po półkach. – No dobrze, a jaki byłby termin ich przechowywania, uznając oczywiście, że leżą w suchym miejscu? A co do pozostałych, co jeszcze wykorzystuje się przy takich chorobach albo podstawowo do eliksirów?– Zastanawiała się, musząc też brać bazę twórców eliksirów za potencjalnych kupców.
- Patrz, nawet oburzacie się tak samo! Zaraz zostanie Castorą Junior jak tak dalej będziesz protestować – parsknęła, nie mogąc się powstrzymać przed jeszcze jednym pogłaskaniem psinki, która też skupiała się na wylizaniu jej palców by ostatecznie też spróbować pochwycić je między zęby. – Mam nadzieję, że nie ma gili, bo inaczej trzymałabym ją z dala od twojego tego pompona. – Uroczość rzeczy miała swoje granice, a wyjadanie gili było zdecydowanie jedną z nich. Przez chwilę skupiała się jeszcze na szczeniaku, a przynajmniej do momentu, kiedy Sprout nie postanowił zbliżyć się do niej, pytając o rzecz której się nie spodziewała.
- Oczywiście, że nie są kradzione! – Zareagowała oburzeniem, ale naprawdę, co miała innego powiedzieć? Pracowała…średnio uczciwie, ale pracowała! Mimo wszystko, te pieniądze wręczane teraz były wynikiem udanych inwestycji, odkładania i prawdziwej i solidnej pracy, nie zaś zabraniem komuś sakiewki i dorzucania sobie do puli zarobków. – A w tarapatach to ja jestem chyba zawsze, więc nie wiem, co to za pytanie. – Wywróciła lekko oczyma, mimo to zaraz też odwracając się bokiem do Castora, opierając się o półkę i krzyżując dłonie na piersi. Od razu było widać, że spoważniała, odchylając jeszcze głowę, tak jakby spojrzenie na sufit miało jej jakkolwiek pomóc. Nie była zła, nie była smutna, po prostu…była zamyślona. Tak jakby trawiła słowa, które właśnie miała wypowiedzieć.
- Prawdopodobnie nigdy nie spełnię swoich marzeń. Nie zmienię podejścia żeglarzy, nie znajdę matki i nie dowiem się, czemu mnie zostawiła, być może nigdy sama nie założę rodziny, nie będąc osobą, którą chce się przyjmować ze względu na opinię i status społeczny. – Dopiero teraz odwróciła się w jego kierunku, patrząc na niego łagodnie, jak zawsze. – Z mojej perspektywy, chociaż podejrzewam, że teraz się tak nie czujesz, byłeś i jesteś złotym dzieckiem, już nawet z faktu, że los urodził cię mężczyzną. Miałeś dobry dom, kochającą rodzinę, wszystkiego na tyle, by móc żyć na poziomie. A nawet jeżeli czegoś nie miałeś, zaraz znalazł się ktoś, kto ci to podarował. Zapewne nie mam całego poglądu i jestem tego świadoma, w końcu więcej mnie tu było niż nie było. Ale jako osoba, którą wystawiono za drzwi w momencie ukończenia szkoły, bez zainteresowania się, czy ma gdzie spać, czy nie i przez tyle lat nie miała jak zadbać o własny kąt… - skupienie na jego postaci uciekło, kiedy spojrzenie wbiła w drewnianą półkę, skrobiąc ją lekko, tak jakby to właśnie miało pomóc w tej konwersacji.
- Próbuję chyba powiedzieć, że nie do końca wiem, przez co przechodzisz. Ale wiem, jak to jest, kiedy nie masz nic, ale chcesz usilnie coś zmienić. Ja tego nie dokonam, ale ty możesz. A niestety, na tym świecie bez pieniędzy niewiele da się zrobić. Masz swoje marzenie, prawda? Coś do czego dążysz. Wykorzystaj więc to, pójdzie szybciej. A ja może się kiedyś poklepię po ramieniu, że zrobiłam coś, co zmieniło czyjeś życie. Tak ociupinkę.
Thalia Wellers
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697

Powrót do góry Go down

Lubił ją. Lubił Thalię, Lavinię, kimkolwiek nie zdecydowała się być tego dnia. Lubił czułość, z jaką odgarniała mu włosy z twarzy, niczym jego rodzona siostra, choć to wspomnienie wgryzało się w jego duszę, wyrywało jej kawałek, bo dlaczego nie Aurora, czemu nie mogę zostać w domu, czemu muszę uciekać... Ale mimo to, mimo nieprzyjemnego bólu w boku i na barku, nie cofał się przecież przed jej dłonią, przyjmował jej troskę prawie bez marudzenia, a jeżeli marudził — to nie dlatego, że był niewdzięcznym gnojkiem i gówniarzem, a dlatego, że chciał, naprawdę bardzo chciał, żeby i Thalia miała coś dla siebie. Żeby wreszcie znalazła miejsce na ziemi, żeby mógł co jakiś czas wpadać do jej przydomowego ogródka, pobrudzić sobie dłonie, bo zasadziłby jej rzodkiewki i sałatę i dynie, takie duże, jak na Sprouta przystało. Thalia zasługiwała na zdecydowanie więcej, niż świat jej do tej pory dawał, ale Castor nie potrafił tego uczucia, tej myśli ubrać w słowa, nie potrafił też pogodzić się z tym, że w swej własnej głowie stał się właśnie kolejnym z ludzi, którzy mogli ją wykorzystywać. Dobra wiara nie była okolicznością łagodzącą.
Dlatego też zabolały go jej słowa o byciu przestępcą.
Oj, gdybyś wiedziała...
Smutny uśmiech pojawił się na jego wargach przez chwilę, gdy spoglądał na nią przejętym do cna spojrzeniem.
— Teraz to wszyscy jesteśmy przestępcami... — odparł, gdzieś na granicy własnego smutku i próby podniesienia nastrojów. Bo czy tak właśnie nie było? Każdy, kto sprzeciwiał się zbrodniczym pomysłom uzurpatora, tym właśnie był. Przestępcą. Castor nigdy nie spodziewał się, że ktokolwiek mógłby użyć właśnie tego słowa na opisanie jego poczynań, które zawsze wydawały mu się nie tylko słuszne, co po prostu dobre; tymczasem sam sięgał po to określenie, nieco na złość sobie samemu, nieco z konieczności przyzwyczajenia się do jego brzmienia. Na przyszłość. Na wszelki wypadek.
Lecz gdy usłyszał jej kolejne słowa, nie mógł się powstrzymać. Chude ramię wyciągnęło się momentalnie, aby najpierw objąć rudowłosą kobietę w pasie, a potem przyciągnąć do siebie. Zamknął ją w objęciach, brodę pozwolił sobie ułożyć na czubku jej głowy. Nie wiedział, które z nich potrzebowało tego bardziej. Czy Thalia snująca ponure wizje, czy on, ze wciąż niepodjętą decyzją odnośnie własnej przyszłości. Czas uciekał, nie mieli go za dużo, ale przynajmniej mógł na kimś polegać... Myśl, że nie byłby tego dnia samotny, nawet gdyby był to dzień ponurych pożegnań i łez rozcieranych na policzkach rękawem swetra... Była bardzo pokrzepiająca. I zazwyczaj zgodziłby się bez gadania. Ale wiedział już, jak duże ryzyko wiązało się z wchodzeniem do Londynu, ze znajdowaniem się w najbliższym otoczeniu pracowników Ministerstwa, w miejscu, które będzie na pewno bardzo chronione. Nie mógł wystawiać jej na takie niebezpieczeństwo. Nie mógł przykładać ręki. Ale nie potrafił też odmówić, złamać jej serca słowami.
Mógł zaoferować jedynie własną, bezkompromisową bliskość. Czasem tyle wystarczało.
Ale czy teraz będzie podobnie?
Wyplątał ją z własnych objęć dopiero wtedy, gdy temat zszedł na jego siostrę. Znów widocznie pobladł, potarł się lewą dłonią po szczęce, próbując kupić sobie przynajmniej kilka dodatkowych sekund, zanim zabrał głos ponownie.
— Problem w tym, że rozmawiałem. Ona nie rozumie, wierzy, że miłość wszystko naprawi, ale sama przecież wiesz... — zagryzł wnętrze policzka i ściągnął brwi do środka w zamyśleniu. — Na miłość jest już zdecydowanie za późno. Zresztą, jak mają ją zrozumieć ludzie, którzy już dawno sprzedali swe serca...
Uśmiechnął się ponownie dopiero słysząc zapewnienia Thalii, że to ona sama pakuje się w kłopoty, oszczędzając ich innym. Taką postawę doceniał; jeżeli już ktoś miał zdolności przyciągania tarapatów, istotnym było rozwiązywanie ich samemu, albo przynajmniej z niewielką pomocą kogoś z zewnątrz. Najgorsi byli ci, którzy nieświadomie wyrządzali innym krzywdę swą własną niefrasobliwością czy niedbalstwem.
Wysłuchał jej kolejnych słów i pytań, pozwalając sobie ostatecznie na parsknięcie śmiechem odnośnie miętowych kąpieli w oceanach. Była to wizja dość przyjemna, gdyby nie fakt, że takie nasączenie wody morskiej miętą spowodowałoby znaczne rozregulowanie ekosystemu morskiego i poważne konsekwencje, ale... Nie o tym dzisiaj! Dzisiaj miał uczyć Thalię zielarstwa, powrócił więc do stanu mentorskiego, rozpoczynając od rozwiania pierwszych wątpliwości.
— Najlepiej trzymać je w zakręconych słoikach, już po ususzeniu. Wtedy masz pewność, że nie wkradnie się wilgoć, bo to ona odpowiedzialna jest za pleśń i psucie się zapasów. Tak na dobrą sprawę ususzone zioła nie mają jakiegoś konkretnego terminu przydatności, ale ja, jeżeli mogę, pozwalam sobie na wymienianie ich tak... co roku — odparł właściwie bez zastanowienia. Miał nadzieję, że zasugerowanie własnych nawyków wpłynie też po części na zwiększenie zaufania do jego słów. W końcu zawsze lepiej było bazować na doświadczeniu kogoś, kto posiadał wiedzę w jakimś obszarze, czyż nie? — Co do eliksirów... Mięta akurat ci się przyda. Poza tym to jeszcze to — stanął na palcach, by sięgnąć po jedyny słoik, który znajdował się na najwyższej z półek. Gdy wreszcie to zrobił, pokazał Thalii jego zawartość. Wyglądało jak najzwyklejsze w świecie płatki roślinne, ale były to... — Płatki ciemiernika. Średnio zdolny alchemik zrobi z tego eliksir przeciwbólowy, a jego lepszy kolega — eliksir znieczulający. Na auxilik przydadzą się liście dębu, ale chyba wiesz, jak wygląda dąb, prawda? To nie będę pokazywał... No i jeszcze moja ulubiona — płatki kory leżały na niewielkim, niebieskim półmisku. Castor chwycił jeden z nich w dłonie, podsuwając ostrożnie pod twarz Thalii. — Kora drzewa Wiggen. Z tego robi się szkiele—wzro, eliksir, powiedzmy, że na porost kości. Nawet nie wiesz, jakie ostatnio jest na niego zapotrzebowanie.
Roześmiał się, po czym odłożył korę na jej wcześniejsze miejsce.
— Hej, Racuch nie jest inwazyjny! On po prostu je gile... A psy nie płaczą, toteż nie mają gili, więc problem z głowy! — znów rozbłysł słabym światełkiem radości; kochał wszystkie swoje zwierzaki, choć jeszcze nie tak dawno miał pod opieką wyłącznie puszka pigmejskiego. Piesek, którego trzymał w swych ramionach, nie ciążył mu jednak szczególnie. Nie fizycznie. Uznał to za bardzo dobry znak. Zresztą... Miło było mieć dla kogo się starać. I z Szarlotką mogło być podobnie.
Zacisnął jednakże zęby w nagłej nerwowości. Nie chciał swoim pytaniem doprowadzić Wellers do smutku, czy jakichś poważnych rozmyślań dotyczących natury jej pracy. Każdy zarabiał na siebie tak, jak potrafił. To nie były normalne czasy, nie można było też prowadzić normalnego życia. Castor w wielu aspektach życia stał się znacznie bardziej pobłażliwy, ale jednocześnie pojawiły się kwestie, w których był nie do przejednania. Zarobki Thalii i ich źródło należały zdecydowanie do pierwszej kategorii.
— Thalia... — jęknął wreszcie, gdy dotarł do niego sens tego monologu. Miał świadomość tego, jak bardzo uprzywilejowanym był człowiekiem, jak jego urodzenie jako mężczyzna i to w dodatku w dobrej, kochającej się rodzinie wpłynęło na ukształtowanie go w człowieka, którym był dzisiaj. Czy odnalazłby w sobie wystarczająco dużo samozaparcia, by podążyć ścieżką alchemika, gdyby znajdował się w sytuacji takiej, jak Thalia? Zapewne nie. Nie był pewien, czy udałoby mu się przeżyć na ulicy, czy gdzieś w porcie nawet połowę czasu, który przeżyła ona. Silas często mu mówił, że ulice były miejscem nieprzeznaczonym dla niego, ale z jego tonu głosu zawsze wnioskował, że to nie złośliwość leżała u ich podstaw, a czysta troska. Może tu było podobnie?
Torba z galeonami zaczęła ciążyć mu jakoś mocniej.
— Thalia, ja... — słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. — Ja chciałem... Otworzyć aptekę, tutaj. W Dolinie Godryka. Mój wujek miał taką w Londynie, ale przyszła wojna, musieli zamknąć i uciekać. Ale to zawsze było moim marzeniem. Robić eliksiry, które mogłyby pomagać ludziom, a jak nie byłoby klientów, mógłbym zająć się talizmanami... Wiesz, już nawet odłożyłem dużo pieniędzy... Ale teraz... Dasz radę chociaż nie zrobić sobie niczego, by pojawić się na otwarciu? Skombinuję skądś szampan i będziesz matką chrzestną, jak na statku. Co ty na to? — chyba faktycznie był zupełnie skołowany, skoro przeszedł tak długą drogę przez wszystkie swe myśli, by skończyć na bardzo pokrętnej próbie podziękowania za udostępnienie mu przecież tak dużej sumy...


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Castor był dla niej niemal jak oglądanie swojego odbicia w stawie. Wydawało się nieco inne, nieco odległe, ale w tym dobrym znaczeniu, gdzie wydawało się oglądać swoją duszę, tak jak wierzyli w to Finowie. Coś dobrego, coś lepszego. Taki był Castor. Tak jak wszyscy uważali, że jeżeli jest się naukowcem, to było się mądrym, co z kolei dołowało ją mocno, ale w tym momencie też chciała wierzyć, że w tym momencie bardzo, że przynajmniej Sprout robił coś, co doceniało społeczeństwo. A przy tym pozostawał ludzki. Nie chciała go martwić w żaden sposób, ale nie widziała dla siebie wielu perspektyw…no dobrze, może widziałaby je lepiej, gdyby nie musiała myśleć o tym, jak bolesne było oglądanie zmarłych każdego dnia.
- Nie chcę nic mówić negatywnego, po prostu…znam życie wiesz, w ten sposób. Jako przestępcy. Oglądania się za siebie za każdym razem. I wiem, że taka sytuacja obecnie jak bardzo problematyczna. – Westchnęła lekko, starając się zrobić to, co mogła, aby go jakoś pocieszyć, ale w tym momencie chyba skupiła się nie na tym, co powinna.
Chciała coś powiedzieć jeszcze, chciała skomentować to jakoś w dobry sposób, ale …nie wiedziała, jakie jeszcze słowa mogła ukrywać. Poczuła za to jego ramiona dookoła niej i chociaż w pewnym momencie chciała powiedzieć coś jeszcze, tak teraz po prostu…nie, nie umiała tego ująć w słowa. Ale fakt, że obejmował ją ktoś, komu ufała, że po prostu dostała jakąś bliskość teraz jej wystarczał. Ostrożnie objęła go ramionami, mrugając kiedy poczuła łzy napływające jej do oczy, ale nie chciała płakać. Pociągnęła lekko nosem, ale ostrożnie przymknęła oczy, po prostu ciesząc się z jego towarzystwa i faktu, że czuła się swobodnie kiedy trzymał ją przy sobie. I chciała mu powiedzieć, że bardzo to doceniała, ale teraz raczej czuła, że prędzej się zakrztusi. Potrzebowała chwili dla siebie aby w ogóle odetchnąć i zebrać sobie słowa.
- Mogę z nią porozmawiać, ale wiesz…nie no, nie muszę mówić, ale takim podejściem wpakuje ludzi w kłopoty. Wygada się o czymś za dużo, powie coś, czego nie powinna. Co jeżeli w tym momencie kiedy odwiedzę Wrzosowisko wpadnie tam ten sam człowiek, który próbował mnie zabić na początku stycznia, bo miłość leczy wszystko? To bardzo niebezpieczne. – W końcu to nie były czasy, że obcych ludzi, a już zwłaszcza z Londynu, można było ściągać sobie do domu jako szczeniaczków. Rozumiała, że ciężko było się zamknąć i odciąć od innych dla niektórych osób, ale obowiązywała tez zdroworozsądkowa zasada ograniczonego zaufania powinna działać najlepiej i właśnie teraz. Co, jeżeli jakiś ważny sekret o Sproutach wyjdzie na jaw? Nie bez powodu wiele osób starało się po prostu zabunkrować.
- Podejrzewam, że z trzymaniem ich w miejscu nie będzie większego problemu, zwłaszcza, że w tym momencie nie ma absolutnie żadnego problemu z tym, abyśmy trzymali je dłużej. Mimo wszystko jest teraz popyt na sprzedaż i nie muszę tego się obawiać, ale w tym momencie też nie trzymamy nic dłużej niż rok, bo sprzedajemy wszystko niemal od razu. Szaleństwo, mówię ci…tak szybko pozbywać się towaru to jeszcze mi się nie zdarzyło. – Nie powiedziała. Że część rzeczy w tym momencie po prostu tak łatwo się sprzedawało, nawet jeżeli ceny momentami były tragiczne, ale niestety w czasach wojny chociaż handel kwitł, nie było najłatwiejsze znaleźć do wszystkiego tak samo dobrych nabywców. Ostrożnie też brała każdą roślinę do ręki i spoglądała na wszystko, wiedząc, że przyda jej się wiedza, którą wyniosła dzisiaj ze wszystkiego.
- Dziękuję, tak miło mi, że pomagasz mi z tymi zakupami. A czy są jakieś rośliny, które bardzo łatwo pomylić albo sprzedać jako ten szkodliwy? – Musiała o tym wiedzieć, czując się odpowiedzialna za to, że sprzedawali takie a nie inne rzeczy. Przemyt był nieco inną sprawą, ale w handlu musiała czuć się swobodnie.
- Castor, żyłam osiem lat jako mężczyzna, widząc najbardziej obrzydliwą grupę męską zamkniętą w jednym pomieszczeniu, a wciąż uważam, że zwierzak zjadający gile jest obrzydliwy. Tak to działa. – Nie zamierzała oceniać prezentu samego w sobie, ale przynajmniej mogła sobie oszczędzać widoków takich jak to było w grudniu na placu. Na litość, ile można było! Sama też potrzebowała w końcu odetchnięcia i nie myślenia o tym, potrząsając głową. – Zresztą, spójrz na tę kruszynkę, nie pozwoliłbyś na tym, aby wyjadano jej gile z nosa, prawda? Takiej słodziutkiej psinie… - No dobrze, może sama się nad tym skupiała nieco za bardzo, ale w końcu…słodkie zwierzątka! Takie były najważniejsze na tym świecie. Podeszła jeszcze do Castora, delikatnie całując pieska w czoło, zaraz też lekko czochrając znów po głowie Castora.
- Jakby co, to nie płacz, bo właścicielka tego miejsca przyjdzie i pogonie mnie, a ona wygląda zdecydowanie na taką, która by spokojnie wyrzuciła mnie z tego przybytku siłą. – Uśmiechnęła się, chcąc jakoś rozluźnić atmosferę, nigdy tak naprawdę nie potrafiąc być całkowicie poważną w takich sytuacjach. Sama też wolała, aby nikt nie był jej wdzięczny za coś albo rozklejał się już z jednego powodu, bo oczywiście, nie potrzebowała czegokolwiek innego, niż po prostu to, aby zebrali się jak mogli i aby życie im się układało. Silas miał racje, ulice nie były miejscem dla Castora i powinien trzymać się od nich z dala. Zwłaszcza, że miał ludzi, którzy by go przez te ulice przenieśli – o ile by się nie wyrywał, rzecz jasna – więc powinien też korzystać z takiej pomocy, jak mógł, bo potem już jej nie dostanie, jak ją gdzieś zakopią.
- Bardzo chętnie obejrzę aptekę, wiesz, gdybyś potrzebował pomocy z dostawą składników, albo nie wiem, remontem miejsca, powiedz mi jak tylko będziesz mógł. I oczywiście, że zostanę chrzestną, ale żadnego rzucania szampanem o ścianę, wolałabym go wypić razem z tobą! – Wyciągnęła ręce w ramach uściśnięcia go mocno, tak jak na biznesmanów przystało. W końcu mieli umowę.

Przekazuje Castorowi 300 PM, odpisane od skrytki
Thalia Wellers
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697

Powrót do góry Go down

Castor wysoko cenił sobie zdolności swego umysłu. Właściwie to dzięki nim znalazł sobie miejsce na tym świecie, dzięki nim czuł się w pewien sposób pożyteczny i potrzebny, lecz nie oznaczało to, że automatycznie skreślał ludzi, którzy nie podzielali jego talentów. Otwarty umysł pozwalał mu dostrzec, że gdyby świat składał się wyłącznie z naukowców—idealistów jego pokroju, wcale nie byłoby lepiej. Im więcej myślało się o tym, co można byłoby wcielić w życie, im częściej rozbijało się o skały porażek na drodze do przełomu, tym mniej energii pozostawało w takich ludziach. Czasami marzył o życiu z dnia na dzień. Gdy największą zagadką mogłoby być dla niego to, jak przeciśnie się przez dziurę w płocie, którą próbował reperować sąsiad, jak zdobędzie kolejny ciepły posiłek. Nasłuchał się opowieści o podobnych przypadkach od tych, których przecież kochał, a przez tą miłość właśnie romantyzował sobie ludzkie tragedie. Gdy spoglądał na nie trzeźwo, przerażony był tym, co widział. A jednocześnie niesamowicie dumny, że Thalia potrafiła stawiać czoła każdemu przeciwieństwu losu. Zwłaszcza tym, które biednego Castora rozłożyłyby na łopatki już w pierwszej chwili.
— Nie martw się na zapas, Thals — czasami, gdy myśli pędziły mu ponad możliwą prędkość, słyszał te właśnie słowa od kogoś bliskiego. Najczęściej od Michaela, czasami od mamy, taty lub nawet siostry, czasem mówili mu to jego przyjaciele ze szkoły, czasami nawet Silas czy Ollie. Bywały dusze, które w takim rozmyślaniu odnajdywały własne katharsis, lecz ciągłe umęczanie się mogło odbić się wreszcie negatywnie na ich postrzeganiu świata. Pragnął, by Thalia była szczęśliwa, oczywiście, ale chyba najbardziej zależało mu na jej spokoju. Dlatego też wplótł dłonie w rude włosy, głaszcząc ją po głowie ze spokojem. Słysząc to wymowne pociągnięcie nosem (na czym jak na czym, ale na płaczu to akurat znał się całkiem dobrze), nachylił się nad jej uchem, w które wyszeptał — Płacz, będzie lepiej — naprawdę w to wierzył. Gdy i Thalia odpuści sobie wieczne trzymanie gardy, gdy opróżni czarę emocji, łatwiej będzie jej spojrzeć na wszystko z dystansem i nową perspektywą.
— Najlepiej, żebyś nie odwiedzała Wrzosowiska. Ja jutro przenoszę resztę rzeczy. Jeżeli będziesz mnie potrzebowała, Kylmonopeia znajdzie mnie albo Irysa wszędzie. Ale mam nadzieję, że będziesz mogła już całkiem niedługo... — zawiesił na moment głos, chcąc już dać sobie spokój (przynajmniej chwilowy) z przykrą rzeczywistością. Móc pocieszyć się przez nawet krótką chwilę z Thalią, która dziś przybliżyła go znacznie do spełnienia jego największego marzenia. Był jej to winny i jednocześnie ogromnie wdzięczny. — Odnaleźć mnie w aptece. Wiesz, jak to jest, gdy się coś zaczyna. Przewiduję, że będę w niej sypiał, choćby na podłodze za kontuarem, przynajmniej pierwszy miesiąc.
Uśmiechnął się szeroko, wyplątując ją wreszcie z objęć. Thalia była pojętną uczennicą, a w zrozumieniu kwestii roślinnej pomagało jej również zrozumienie — znacznie szersze od tego castorowego — kwestii ekonomicznych. A i uwagą z tej dziedziny postanowił Sprout podzielić się z Wellers.
— Nie sądzisz, że to kwestia gospodarczego kryzysu? Ceny wszystkiego poszybowały w górę, ludzie w teorii mają pieniądze, a w praktyce nie ma nawet na co je wydawać, bo towarów jest zdecydowanie za mało... — ciekaw był tego, co miała na ten temat do powiedzenia kobieta znacznie częściej wpadająca w wartki nurt handlu i jego mniej legalnego brata — przemytu.
Na pytanie o szkodliwe rośliny zastanowił się przez dłuższy czas.
— Uważaj na jagody — powiedział wreszcie, powoli sunąc wzrokiem po półkach. — O ile jagody jemioły są w bezpośrednim spożyciu trujące, to przy okazji są białe, więc nie sposób ich pomylić z innymi rodzajami. Ale na przykład takie czarne jagody... Ogromnie prosto pomylić je na przykład z pokrzykiem. Atropa belladonna. Na wsiach mówi się na niego wilczą jagodą. Któryś z moich kuzynów, nie powiem ci teraz który, powiedział mi, że nie można jeść żadnych jagód z lasu, a szczególnie tych wilczych, bo ich nazwa jest od tego, że wilki na nie sikają... — ułożył usta w prostą linię, próbując się nie roześmiać. Może wyjaśnienie pozostawiało wiele do życzenia pod kątem faktycznym, ale ważne, że zrobiło swoje. Zapadło Castorowi w pamięć, że tyle lat później był w stanie przywołać je z pamięci, a przy okazji pozbawiło go nawet najmniejszej ochoty na próbowanie owoców tej rośliny.
— Oj daj spokój... Racuch też jest prezentem i częścią tej dziwnej rodziny. Co więcej, jesteś jego ciocią i nie przyjmuję zażaleń — szturchnął ją lekko łokciem, absolutnie rozbawiony jej niechęcią do zwierzątka, o którym w pewnym momencie marzyły wszystkie dziewczynki. Nawet nie zauważył, że darowując mu tego zwierzaczka, Michael podświadomie zgrupował go właśnie z nimi. Póki nie zauważył, nie miał też żalu.
Wystawił Szarlotkę do pocałunku, pomagając przy tym Thalii w trafieniu w psi pyszczek. Uśmiechnął się wyjątkowo szeroko na ten widok, wyraźnie wzruszony. Lecz na uwagę Thalii o konieczności swoistego trzymania fasonu, a z nim także łez, pociągnął nosem, tak samo jak ona zrobiła to wcześniej i uniósł wysoko podbródek, na skraju rozbawienia.
— Pani Giddery jest przeurocza, nie zrobiłaby ci tego. Jakbym jakimś cudem nie miał możliwości pomocy ci w jakichś zakupach, możesz przyjść do niej i powołać się na mnie. Na pewno będzie zachwycona. Nie widziałaś, jak wesoła była, gdy przyszliśmy? — dodał, a gdy mówił to, właścicielka sklepiku wróciła do niego z jego zakupami. Odstawił pieska na ziemię, po czym odebrał torbę wypełnioną ziołami. Od ich intensywnego zapachu zakręciło mu się nieco w głowie, ale... przede wszystkim był niesamowicie szczęśliwy. Z całego tego dnia. Z tego, że Thalia była w jego życiu. Że Szarlotka w nim się pojawiła. A apteka... już niedługo.
— Będę trzymał cię w pamięci. Na pewno dostaniesz ode mnie list, gdy już będę miał wszystko załatwione. Ale na nas już chyba pora, księżniczka wydaje się śpiąca... — faktycznie, piesek usiadł grzecznie na podłodze, a wnioskując po przymkniętych oczkach i łebku opadającym raz po raz, wydawało się, że za chwilę będą musieli pozostać tu na czas drzemki szczeniaczka.
Castor ostrożnie umieścił psinę w torbie, z którą przyszła Thalia, po czym ofiarował rudowłosej swe ramię.
— Dziękuję, Thals. Że jesteś. I... za to wszystko.

| z/tx2[bylobrzydkobedzieladnie]


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Sklepik zielarski pani Giddery

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach