Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Magnus Phelan Rowle

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Magnus Rowle
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4426-magnus-phelan-rowle http://www.morsmordre.net/t4650-korespondencja-m-p-rowle-a http://www.morsmordre.net/t4655-careless-whisper http://www.morsmordre.net/f310-cheshire-farndon-posiadlosc-rowle-ow http://www.morsmordre.net/t4786-magnus-rowle
reporter Walczącego Maga
35
Szlachetna
Żonaty
Dance first. Think later. It’s the natural order.
5
5
0
0
0
24
2
10
Czarodziej

PisanieTemat: Magnus Phelan Rowle    02.03.17 13:40


Magnus Phelan Rowle

Data urodzenia: 04.10.1921
Nazwisko matki: Black
Miejsce zamieszkania: Rodzinne włości w Cheshire
Czystość krwi: Błękitna
Status majątkowy: Bogaty
Zawód: Eseista Walczącego Maga
Wzrost: 189 centymetrów
Waga: 86 kilogramów
Kolor włosów: Ciemne, z jaśniejszymi refleksami wydobywanymi przez słońce
Kolor oczu: Od barwy ciepłego orzecha, po brązowozielony odcień mętnej wody w zarośniętym jeziorze
Znaki szczególne: Niechlujna, nieelegancka broda skontrastowana z nadzwyczaj wytwornym ubiorem, śniada cera, wysoki wzrost i niepozorna postura; przez jego klatkę piersiową ciągną się dwie długie, cienkie, lecz nierzucające się w oczy blizny


Noc padła na las, las w mroku spał,
Ktoś nocą lasem na koniu gnał.
Tętniło echo wśród olch i brzóz,
Gdy ojciec syna do domu wiózł.

Autorytet jest patyną. Z wiekiem sztywnieje, łatwo go zedrzeć, odsłonić wrzód, skrywający się pod gładką warstwą podziwu. W ręku zostaje kruchy proch rzucony na wiatr, jak słowa, za którymi nie warto się oglądać. Obserwowałem ten proces przemiany z zadziwiającą cierpliwością, po prostu wyczekując momentu, aż zamek z takim mozołem budowany na piasku przez mego ojca w końcu runie. Nie przyłożyłem ręki do jego klęski, lecz nie zrobiłem też nic, aby go przed nią uchronić. On zawsze wiedział lepiej, zawsze wykorzystywał swoją pozycję, by udowodnić mi, że jestem nikim, zawsze wyczuwał gdzie pod stwardniałą i obojętną skorupą skóry biło moje serce, zawsze zostawiał ślady dotkliwe, właściwie blizny, które miały zostać ze mną już do końca życia. Cięcia w psychice, poszarpane pazurami wspomnienia, rozdarta na kawałki percepcja, zagięty w krzywym zwierciadle obraz rzeczywistości. Długi czas nienawidziłem siebie, nienawidziłem tego, że jestem, nienawidziłem tego, jak się nazywam. Destrukcyjna niechęć kwitła, starannie przez niego pielęgnowana: samodzielnie wyhodował ten trujący chwast – to co miało zabić, czyniło silniejszym. Traktował mnie przedmiotowo; gdyby wpadł na kaprys podawania mi trucizn w małych dawkach, prawdopodobnie i na nie wkrótce bym się uodpornił. Matka – słabo ją pamiętam, wiecznie w obłoku kadzidła, wiecznie odległa, wiecznie eteryczna i nieuchwytna, wiecznie odtrącana przez mocne ręce ojca -  była kimś, kto mnie nie obchodził, kimś obcym, a więc wrogim – mówiła mi kiedyś, że on mnie kocha. Zbitek głosek stanowił dla mnie niezrozumiały zwrot, który tak ładnie drgał na jej ustach, a później instynktownie uspokajał, jakby ktoś obejmował mnie ramionami, gładził po jasnobrązowych lokach i szeptał do ucha, że wszystko będzie dobrze. Ułuda bezpieczeństwa: sfabrykowałem je w jednej chwili, by obalić tuż za moment swoim zdefiniowaniem owej m i ł o ś c i. Była złem, niechęcią, wymaganiami i obowiązkami. Piętrzyły się przede mną w chwiejnym, wysokim stosie, niczym historyczne księgi, jakie ojciec wręczał mi bez słowa, po czym wychodził z mego pokoju. Długo po jego wycofaniu się słyszałem skrzypienie drzwi, szczęk klucza obracanego w zamku, kroki dudniące na chłodnej, marmurowej posadzce. Nigdy mnie nie krzywdził, był dobrym ojcem i któregoś dnia cierpliwie mi to wytłumaczył. Nie pamiętam, by kiedykolwiek podniósł na mnie rękę, na pewno nie osobiście. Guwernerzy nie byli tak łaskawi, gdy niezbyt dokładnie wyuczyłem się zadanych lekcji i wiem, że czynili to za przyzwoleniem ojca, ale on osobiście nigdy mnie nie skrzywdził. Wyłożył ten wykład niezwykle starannie, po czym nakazał (on nie potrafił prosić), bym wyrecytował go słowo w słowo. Dba o mnie, bo mnie kocha, chce dla mnie jak najlepiej, jestem jego jedynym synem, zależy mu na mnie. Tak, ojcze. Potakiwałem, bo tego żądał. Widziałem w jego oczach, że nie zależy mu, bym uwierzył – przyswoiłem już słownikowe znaczenie frazesów, serwowanych mi okazjonalnie, kiedy to nadarzała się jakaś wyjątkowa okazja, do zademonstrowania naszej wspaniałej więzi, jaką psułem, nie potrafiąc  nagle odnaleźć się w tym centrum pozytywnego zainteresowania.  Odmiennie od Louvela, mego młodszego brata (siostra była, lecz pokorna i oderwana, wychowana przy szalonej matce nie istniała w rzeczywistości zbuntowanego chłopca) obdarzonego niebywałym zmysłem zjednywania sobie ludzi. Znacznie bardziej śmiały i rozmowny ode mnie w mig oczarowywał nielicznych gości naszych niezbyt zachęcających progów. Nie przeszkodziło to jednak w kształtowaniu się między nami silnej więzi, przyjaźni, niedoprawianej ewentualną zazdrością. Musieliśmy czuć się oboje tak samo niedocenieni, chociaż to na mnie skupiała się większa uwaga ojca, a na nim - zachwyt dalszej rodziny.

- Cóż tobie, synku, że w las patrzysz tak?
Tam ojcze, on, król olch, daje znak,
Ma płaszcz, koronę i biały tren.
- To mgła, mój synku, albo sen.

Często mnie sprawdzał. Za wszelką cenę chciałem dowieść mu, że powinien być ze mnie dumny, że może chełpić się tym, że to właśnie ja jestem jego synem, że nie przyniosę mu wstydu. Nienawidziłem go, nie rozumiałem i bałem się ojca, lecz jednocześnie wzbudzał mój instynktowny podziw. Naśladowałem jego chód, w dziecięcych zabawach obniżałem ton głosu, by brzmieć identycznie jak on. Powtarzałem te same zdania, do służby zwracałem się z równą pogardą, jeszcze wyraźniejszą u młodocianego lorda niż u pana na swym dworze. On jednak nigdy nie był dostatecznie zadowolony – karcił i strofował nader często, także za błahe uchybienia. Stanowiłem rozczarowanie własnego ojca. Mówił, że jestem słaby, nieudolny, pokraczny, niezdarny. Tym zapewnieniom, odwrotnie od wiary w slogany o miłości, wierzyłem. Kiedy na mnie patrzył, nigdy się nie uśmiechał, pozostając posępny, ponury i surowy. A ja dorastałem w przeświadczeniu o mojej porażce. Mimo noszenia nazwiska Rowle, zadzierania głowy wysoko, mimo pełnych politowania spojrzeń rzucanych innym szlacheckim dziedzicom, mimo złośliwego pastwienia się nad dziećmi służących – wewnątrz mnie wiądł buńczuczny chłopczyk, a później – arogancki młodzian – aż skręcało z bólu, gdy każda cząstka, budująca mnie – silnego, mnie – władczego, mnie – pewnego – odrywała się kawałek po kawałku, pozostawiając po sobie ostatnią część, karykaturalnie powykrzywianą, trzęsącą się w groteskowym przerażeniu swoją beznadziejnością. Wywoływał wciąż te same uczucia, powracające falowo, jak epidemia czarnej śmierci. Masochistycznie jednak trwałem przy ojcu, spragniony finalnej aprobaty. Lub jego śmierci. Sądziłem, że jej nie przeczuwa, ale śpieszył się, by wypełnić każdy zakątek mojego jestestwa. We wczesnym dzieciństwie był złym charakterem z baśni, który wyprowadzał mnie do lasu, zostawiając samego – za każdym razem odtwarzania tego schematu myślałem, że tym razem już na zawsze, bardzo lubił mnie straszyć – ale on wracał, idealnie wyczuwając ten moment, kiedy już kapitulowałem. Szyderczy uśmiech ducha zaprzyjaźnionego kuguchara (pojawiający się znikąd w mroku rząd ostrych, białych kłów) przyprawiał mnie wtedy o drżenie, a on musiał się tym napawać, ponieważ rugał mnie ostro, gdy stałem przed nim wyprostowany na baczność, w przemoczonym ubraniu, wyglądając raczej jak definicja rozpaczy, niż dziedzic najgroźniejszego i najwspanialszego rodu. Pułap, jaki powinienem osiągnąć był ponad moje możliwości, więc miałem ciężko na niego pracować – gorzkie słowa prześlizgiwały się przez mój umysł, osiadając we wspomnieniach ciężkimi kamieniami niedowartościowania. Ojciec wbrew swym przekonaniom czynił mnie coraz słabszym, psychicznym kaleką, a wszystko, co udało mi się osiągnąć i zbudować zawdzięczam tylko i wyłącznie sobie. Im byłem starszy, tym częściej raczyłem się tymi słowami, pokrzepiającymi, tworzącymi wokół mnie wysoki, obronny mur, za którym się jednak nie chowałem, a atakowałem. To była buta, arogancja, częstokroć zahaczająca o prostacką ordynarność. Ojciec też to wyczuwał i mimo, że wówczas doszedłem dalej, niż się po mnie spodziewał, syczał, że jestem nikim. Że to, za kogo się uważam, nic nie znaczy dla innych.



"Pójdź chłopcze w las, w ten głuchy las!
Wesoło będzie płynąć czas.
Przedziwne czary roztoczę w krąg,
Złotolitą chustkę dam ci do rąk"

Zimny, odległy Durmstrang szybko zacząłem uważać za swój prawdziwy dom. Nie tęskniłem za Cheshire, rzadko pisałem listy do rodziców, całkowicie angażując się w swoje nowe życie. Szkoła narzuciła mi twardy rytm, daleki jednak od wychowawczych praktyk mego ojca. Byłem chudym jak szczapa, wysokim i niezgrabnym jedenastolatkiem, ale podczas fizycznych ćwiczeń radziłem sobie znacznie lepiej niż niektórzy starsi uczniowie. Efekty spartańskiego chowu wreszcie zaowocowały: miałem przyjaciół, czułem się nie tylko akceptowany i lubiany, ale również podziwiany. Przywykłem do surowego klimatu Norwegii, opanowałem język – o to mój ojciec nie zadbał, jakby celowo zamierzał utrudnić mi funkcjonowanie w Instytucie – co prawda, zajęło mi to rok, lecz potrafiłem się już płynnie porozumiewać z nauczycielami. Lingwistyczne bariery początkowo wywoływały przykrości, lecz zdołałem je zwalczyć. Samodzielnie.
Wakacyjne powroty do domu oznaczały nawrót chorej kontroli mego zachowania. Rozliczał mnie z postępów w nauce, kompletnie nie reagując, gdy pomyślnie odpowiadałem na jego pytania. Często podchwytliwe, często wymagające nie wiedzy, a odpowiednio ukształtowanego światopoglądu. To, na co nie zdołał wpłynąć Rowle senior, uformowało się pod wpływem otoczenia, tak więc głośno i krytycznie głosiłem złote prawdy o wyższości czarodziejów nad mugolami, o konieczności ich eksterminacji (miałem raptem jedenaście lat i to mądre słowo mnie zachwyciło), o odizolowaniu szlam od czarodziejów czystej krwi. W hierarchii wartości szczególnie wysoko znalazł się m ó j ród, klejnot w koronie Anglii, którego historię znałem nadzwyczaj dobrze. Wspominając jego imiennika, Damoclesa burzyłem się na niesprawiedliwość odsunięcia go od władzy, przytaczałem argumenty, że Azkaban po dziś dzień pełni swoją rolę, że ci hipokryci z ministerstwa, ci, którzy za jego czasów mogliby pełnić co najwyżej rolę podnóżków, nie mają oporów, by umieszczać w nim zbrodniarzy, bulwersowałem się, że trafiają tam ludzie, używający złej magii w dobrym celu. Rok w Durmstrangu odbił się na moim zachowaniu – nie zmienił zaś ojca. Przyjemności ponownie zmieniły się w powinności: jazda konna po ciemnych zagajnikach Cheshire, polowania, pływanie w lodowatej wodzie, lekcje gry na wiolonczeli, powtarzanie n a s z e j chwalebnej historii. Nędzne próby zadowolenia kogoś, kto w środku i tak był już martwy i nic nie czuł.



- Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew?
To król mnie wabi, to jego śpiew.
- To wiatr, mój synku, to wiatru głos,
Szeleści olcha i szumi wrzos.

Każdy kolejny rok, który spędzałem w Durmstrangu kreował mnie na osobnika silniejszego, bardziej wytrwałego, niż kiedy poprzednio opuszczałem jego mury. Wyrosłem z dziecięctwa, już jak najbardziej poważnie – dla siebie, nareszcie zaczynałem myśleć egoistycznie – podchodząc do mej edukacji, do przyszłości. Miałem wielkie marzenia, wielkie plany, ogromne ambicje. Musiałem ze wszystkiego być najlepszy, chcąc udowodnić sobie, że nie ma granicy, jakiej nie potrafię przekroczyć. Po upadkach się podnosiłem, chociaż gorzki smak żelaza w ustach długo pozostawał, kiedy na korytarzach obserwowałem bacznie tego półkrwi pokrakę, który ośmielił się skrytykować mój esej z transmutacji. Odłamek szkła nieustannie kłuł w oku, gdy mijałem dziewczynę, która zdecydowanie przewyższała mnie w dziedzinie zaklęć. Nie brakowało mi ani polotu – byłem szalenie zdolny – ani pracowitości. Znajdowali się po prostu ci bystrzejsi, naturalnie odnoszący porażkę w starciu ze mną na innych polach. W krótkim czasie moja renoma w Durmstrangu uległa więc diametralnej zmianie: od czarującego, acz twardego młodziana, stałem się prowodyrem loży szyderców, oschłym, zapalczywym, unikanym przez nieliczne grono przybłęd o krwi rozrzedzonej mugolskimi szczynami. Byłem okropnie mściwy i ociężały w swej brutalności. Nie dbałem o finezję, ani o wyrafinowane groźby, te, ładnie zapakowane zostawiałem na publiczną arenę; przemoc odnajdywała ujście, zupełnie niezmieniona, prymitywna, pierwotna. Czy to tępe uderzenia pięści, czy nieszkodliwe czarnomagiczne zaklęcie, rozsmakowałem się w tym uczuciu sądzenia. Postępując przy tym niezwykle rozsądnie: narzuciłem sobie kontrolę, wiedziałem, na jak wiele mogę sobie pozwolić, znałem punkt zapalny, jaki mógłby spowodować lawinę nieprzyjaznych dla mnie wydarzeń. Na jednym z korytarzy Durmstrangu wciąż widniał wydrapany znak Grindelwalda, jakby przypomnienie dla tych uczniów, zafascynowanych plugawymi arkanami czarów bardziej, niż wymagano tego na lekcjach, że i tutaj tolerancja ma jasno wyznaczone granice.




"Gdy wejdziesz, chłopcze w ten głuchy las,
Ujrzysz me córki przy blasku gwiazd.
Moje córki nucąc pląsają na mchu,
A każda z mych córek piękniejsza od snu".

Nazywała się Geraldine i uczyła mnie grać na wiolonczeli. Była ładna, młoda, okropnie wstydliwa i peszyła się, gdy zagadywałem ją o coś, niezwiązanego z muzyką. Chciałem ją mieć, a ona w końcu uległa. Po raz pierwszy przez pełne dwa miesiące letnich wakacji byłem naprawdę szczęśliwy, ryzykowałbym nawet stwierdzenie: młodzieńczo zakochany. Nie snułem planów ucieczki ani ślubu z czystokrwistą guwernantką, ale czułem do niej coś więcej niż namiętność i fizyczny głód jej ciała. Zbliżało się nasze rozstanie, obiecałem pisać listy, co też czyniłem z wypiekami na twarzy, przed przyjaciółmi z dormitorium udając, że trudzę się nad wypracowaniami z teorii czarnej magii. Tęskniłem naprawdę, więc wyjątkowo powróciłem do domu na święta, gdzie zastałem prawdziwą niespodziankę. Geraldine była w ciąży.
Ojciec dowiedział się o moim wybryku od niej samej i nie zamierzał zostawić dziewczyny własnemu losowi. Ukartował wszystko, włącznie z moją karą. Osobiście podałem jej eliksir Rue, siłą rozwierając zaciśnięte szczęki. Siłę wytężałem zaś jeszcze bardziej, powstrzymując płacz, obrzydliwą oznakę słabości, przymiot niewiast pieszczących się własną boleścią. Z przerażeniem obserwowałem, jak wannę wypełnia krew, po raz pierwszy patrząc na uciekające życie. Wielokrotnie żałowałem, że nie potrafiłem wtedy postawić się ojcu.



To był mój ostatni rok w Durmstrangu. Wróciłem po raz kolejny: zmieniony. Ponury i oziębły, drastycznie ukróciłem kontakty z rówieśnikami, poświęcając czas wyłącznie sobie. Nie odpowiadałem na listy z domu, zignorowałem nawet wyjca, który w mocno nieprzystojnych słowach nawoływał mnie do zmiany postępowania. Byłem rozżalony, oszalały z bólu, poruszony i mocno skrzywdzony. Nie odgrywałem obrażonego paniątka, nie dąsałem się, to nie  fumy i śmieszne fochy skutkowały tak upartym unikaniem nawiązania z ojcem jakiejkolwiek więzi. Zabiłem nienarodzone dziecko. Miałem w sobie ogromne pokłady poczucia winy, sumienie mi ciążyło i uginało się pod skostniałym, mocno skrzywionym moralnym kręgosłupem. Nie wiedziałem, czy kochałem Geraldine – to słówko wciąż sprawia mi identyczną trudność, jak za młodu – ale wciąż przeżywałem tamten wieczór. Uciekłem w czarną magię, łagodząc skurcze dziko bijącego serca, z szpetnym grymasem przeglądając grube tomiszcza pełne najstraszniejszych zaklęć i mrożących krew w żyłach rytuałów. Nic nie potrafiło jednak mnie poruszyć, gęsta maź zastygła, a ja byłem zimnym trupem – przynajmniej dopóki nie potrafiłem różdżką zmusić do uległości, dopóki te straszne czary były mi obce. Uratowało mnie szaleństwo; przekonałem się, że są dużo g o r s z e rzeczy od tego, co zrobiłem. Okłamuję się nadal, że to dziecko mogłyby spotkać wyłącznie szykany, że dorastając rzuciłoby mi później w twarz, że wolałby umrzeć, niż żyć jako bękart. Największe oparcie znalazłem w bratu, który wówczas stał mi się bliższy, niż kiedykolwiek. Nie oczekiwałem od niego zrozumienia, istniały przecież wartości wyższe niż mityczna miłość(?), ważniejsze dla każdego Rowle'a, aspirującego do miana godnego dziedzica i kontynuatora rodowej tradycji - ale Louvel wyrwał mnie z marazmu i pokazał, że nadal mogę żyć. Słowem nie wspominając o nieszczęściu, umiejętnie przekuwając nienawiść (teraz oczywistą) do na wpół skamieniałego starca w motywację, w ambicję, by stać się od niego lepszym.

Egzaminy zdałem dobrze, lecz poniżej postawionych sobie oczekiwań. Najwyższe wyniki uzyskałem z czarnej magii, czarów defensywnych oraz historii magii, z reszty przedmiotów zgarniając stopnie ledwo zadowalające (przy czym: zadowalające dla mnie). Z powrotem znalazłem się w deszczowej Anglii, uwięziony w rodzinnym zamku, dlatego jak najszybciej podjąłem odpowiednie kroki, by dążyć do usamodzielnienia. Bez protekcji ojca dostałem się na staż do redakcji Walczącego Maga. Przychylnie patrzono tam na moje referencje podparte solidnym argumentem nazwiska, zrobiłem dobre wrażenie podczas rozmowy z aktualnym redaktorem gazety, doceniono znajomość języka norweskiego oraz szeroką wiedzę na temat aktualnej sytuacji politycznej. To był mój kolejny sukces, a zarazem rozczarowanie ojca, który widział mnie na wielkiej scenie dyplomatycznej. Bez skrupułów odmówiłem, nie czując już ani grama strachu przed tym człowiekiem, powoli zmieniającym się w kamień. Dotyk meduzy go paraliżował.



- Czy widzisz, mój ojcze, tam tańczą wśród drzew
Srebrne królewny, czy słyszysz ich śpiew?
- O, synku mój, to księżyc tak lśni,
To księżyc tańczy wśród czarnych pni.

Pierwsze swaty odprawiłem z nieskrywaną pogardą. Nie zamierzałem się żenić z kandydatką podsuniętą mi przez stetryczałego starca, próbującego na mnie odbić swoje życiowe niepowodzenia. Nie potrafiłem dostrzec w dziewczęciu wybranym przez ojca ani urody, ani delikatności, ani żadnego przymiotu, tak wychwalanego przez jej opiekuna. Widziałem porcelanową laleczkę z głupim uśmiechem przyklejonym na pustej twarzy, dygającą mechanicznie, niczym nakręcana zabaweczka. Interesowało mnie, czy gdybym zaklaskał, podkasałaby suknię – nie wyobrażałem sobie znoszenia takiej dziewki na co dzień. Sprzeciwiłem się, po czym zniknąłem bez słowa. Zagraniczny wyjazd z redakcji Maga trafił się w wyjątkowo odpowiednim momencie; idealna wymówka, w którą rzecz jasna mój rodzic nie uwierzył. Miałem jednak spokojną głowę, dość czasu, aby wszystko przemyśleć i powoli rozpocząć planowanie swego dorosłego życia. Skupionego na pracy, na popieraniu idei. Nadal byłem młody, energiczny, gotowy do tego, by rzucić świat na kolana. Zza kuluarów, za ściany, szepcząc właściwe słówka właściwym osobom. Nie bez przyczyny media nazywano czwartą władzą, chociaż w wydaniu brytyjskim była ona mocno kulawa. Skorumpowana. Zastraszana. Na moich oczach dochodziło do malwersacji, przekrętów, cenzury. Czasami pracownicy znikali bez słowa, na ich miejsce natychmiast przychodzili nowi, jakby od dawna czyhali na ten właśnie moment. Po dwóch latach, broniąc się własnym wkładem w prosperowanie Maga, erudycją oraz – rzadko graną kartą atutową, nazwiskiem – potrafiłem głośno się awanturować. Trzaskać drzwiami. Rzucać kałamarzami, palić pergaminy, wyzywać innych reporterów-półgłówków, z jakimi przyszło mi mieć do czynienia. Wytrzymywano mój wybuchowy temperament, aczkolwiek nie darzono mnie sympatią. Fale agresji zaś okazywały się całkiem skuteczne, gdyż nieraz po takim popisie nieustępliwej furii mój pomysł przechodził jednogłośnie. Bardzo starałem się o to, by pisano o rzeczywistości rzeczywistej, a nie sfabrykowanej na potrzeby mas. W ten sposób działał już Prorok, więc nasza gazeta stanowiła jedyne rzetelne źródło informacji. Uważałem, że ten w miarę przyzwoity poziom utrzymuje dzięki mnie oraz trzymającym rękę na pulsie Malfoyom.

Wróciłem do kraju ogorzały w nowe doświadczenia, bardziej krytyczny, bardziej nienawistny i bardziej otwarty na dyskryminację mugolaków. Przestałem mieć baczenie na ważone słowa, ociekając pogardą dla brudnych mugolskich bękartów. Wymordować albo pozamykać w gettach: moje poglądy nabrały tamtej dziecięcej radykalności. Wówczas jednak stanowiły tylko wielkie słowa, a teraz powoli przybierały na swym znaczeniu. Wiedziałem, że opowiadam się za ludobójstwem, wiedziałem, że oznacza to cierpienie rzeszy osób.  Nie robiło to na mnie wrażenia, a napawało całkiem przyjemną… satysfakcją. Morze krwi, wyprute wnętrzności, krzyki, pożoga, świat spalony do gołej ziemi. W prymitywnym rolnictwie tak właśnie robiono, kiedy ziemia stawała się jałowa: wypalano nieużyteczny ugór, by wkrótce i z niego móc korzystać. Czystka dokonana wśród ludzi niczym się nie różniła.




"Pójdź do mnie, mój chłopcze, w głęboki las!
Ach, strzeż się, bo wołam już ostatni raz!"
- Czy widzisz, mój ojcze, król zbliża się tu,
Już w oczach mi ciemno i brak mi tchu. -

Nierozwiązana kwestia małżeństwa powróciła ponownie, ale tym razem, na moich warunkach. Ojciec ledwo zipał, więc w końcu mu uległ – także dzięki niespodziewanym wsparciu matki. Kobiety, która mnie urodziła nigdy nie było w moim życiu, ba, ledwie pamiętałem, jak wygląda, lecz nieoczekiwanie okazała mi swoją przychylność. Poparła mój projekt, bym mógł dokonać choćby nieznacznego wyboru. Trzy panienki, trzy kandydatury wysunięte przez trzy różne rody. Nie miałem poznać smaku miłości, ale uzależniłem się choćby od takiej, cząstkowej władzy. Napawałem się, że w końcu wygrałem z własnym ojcem, sfrustrowanym, wściekłym, coraz bardziej chorym. Z perspektywy czasu sądzę, że nie pomyliłem się, myśląc, że mnie nie cierpiał.
Decyzję podjąłem szybko, na moją wybrankę wskazując młodziutką lady Rowle. Żadnej z przedstawionych mi kobiet nie znałem, lecz w tej dziewczynce coś mnie urzekło. Może niebanalna uroda, może subtelna figura, może zmysłowy flirt, drgający między jej kpiącym uśmiechem, jaki rzucała mi wyzywająco ponad ramieniem przyzwoitki, może zimny, zdecydowany błysk w jasnych oczach. Nasze małżeństwo było identyczne, jak to pierwsze spotkanie: ciągła prowokacja. Chyba ją pokochałem, a przynajmniej: przywiązałem się do niej, a ją przywiązałem do siebie. Bynajmniej w groźbach i mało subtelnych aluzjach, że beze mnie byłaby nikim, ale uczuciem, nieprzewidywalnym i rażącym w skutkach. Kłóciliśmy się ciągle, godziliśmy namiętnie, chociaż okresy burzy potrafiły trwać tygodniami. Na nią nigdy nie podniosłem ręki, ale meble bywały w opłakanym stanie, słudzy wielokrotnie zmagali się z mym gniewem, bo to ich traktowałem pięściami, pozbywając się napięcia. Nie rzucaliśmy talerzami, a zaklęciami, przykre epitety płynęły tak zarówno ode mnie, jak i od niej, z godną podziwu celnością i bystrością, jaką szczyciły się przecież wyłącznie męskie umysły. Jedną, pamiętną awanturę przypłaciłem bliznami - raczej mało chwalebne bojowe rany; moc zaklęcie ucieleśniła się w srebrnych ostrzach, rozcinających moją skórę jak najcieńszy pergamin. Zniknąłem wtedy bez słowa na dłużej niż zwykle, ale nie przestałem jej ubóstwiać, choć jednocześnie miałem dziką ochotę ją odprawić w przypływie największego wzburzenia. Znajdowałem wówczas ukojenie w ramionach prostytutek – nigdy innych kobiet, rekompensując sobie nieposłuszeństwo żony cielesną rozkoszą. Wenus zawsze dawało mi to, czego potrzebowałem, a to nie zasługiwało na miano zdrady. Nie usprawiedliwiałem się, po prostu musiałem odreagować po każdej takiej awanturze. Nie na niej, postawiłem ją na piedestale tuż obok siebie. Zasługiwała na mnie, lubiłem sobie pochlebiać.




Więc ojciec syna w ramionach swych skrył
I konia ostrogą popędził co sił.
Nie wiedział, że syn skonał mu już
W tym głuchym lesie wśród olch i brzóz

Dała mi dwie córki, a narodziny młodszej, Melyonen (co zbiegło się narodzinami dziewczynki mego brta) położyły mojego ojca do grobu. Pewnie dlatego to właśnie ona zawsze była moją ulubienicą, do czego naturalnie nie przyznałem się żonie, której uwadze nie umknęło, że faworyzuję jedną z dziewczynek. Byłem szczęśliwy, spełniałem się jako mąż, ojciec oraz mężczyzna, szanowano mnie za moją pracę, zapraszano na rozmaite bankiety, wiele ważnych person wysyłało sowy, aby umówić się ze mną na wywiad. Zaczynając karierę jako gołowąs, butny młokos to j a prosiłem, błagałem, czasami nawet nękałem o poświęcenie mi chwili czasu. Fortuna zatoczyła się kołem, dając mi, co przyznam od razu, nielichą satysfakcję. Coś jednak musiało pęknąć, któryś trybik zardzewieć, idealne, pełne radości życie musiała zasnuć ciężka mgła. Nie przypuszczałbym, że ciągle tkwiły we mnie dawne słabości, lecz po wyjątkowo głośnej kłótni z żoną, jeden raz nie wytrzymałem. Bluzgając i złorzecząc wyrzuciłem ją z domu, tak, jak stała, pewny, że za niedługi czas okropnie tego pożałuję. Zamknąłem przed nią dwór na cztery spusty, zbyt roztrzęsiony, by silić się na negocjacje – zamiast tego pozwoliłem sobie zapaść się w ramionach Aurelie, uczącej moje córki perfekcyjnego francuskiego akcentu. Po trzech miesiącach wróciły do mnie wspomnienia, lecz w wypadku tej wyfiokowanej ladacznicy, nie żałowałem. Sytuacyjna kalka sprzed prawie dwudziestu lat, z drobnymi różnicami. Już nie drżały mi ręce, uścisk był mocny, silny, pewny. Doszła wątpliwość, czy nie powinienem jej wówczas utopić w tej wodzie, w której życie zakończył tamten płód, ale okazałem swoją łaskawość. Wyjątkowo, bo od tego wypadku, nie mogę pozbyć się natrętnych myśli o Geraldine i naszym dziecku.



Te myśli zabijają dopiero wartości wyższe nawet niż rodzina: bardziej niż żona wynoszona przeze mnie pod niebiosa, bardziej niż śliczne córki, których nigdy nie zamieniłbym na męskich potomków. Ponownie wróciła do mnie idea, ta zapomniana młodzieńcza iskra, dzięki której chciałem zwalić cały świat własnymi rękami, by odbudować go na nowo, nadać mu inne podwaliny, na których wzniosłaby się ziemia przeznaczona, dostępna tylko dla wybranych. Wielkie, patetyczne słowa: bardziej ceniłem cierpką ironię, lecz to była prawda. Pragnąłem obsesyjnie nowego porządku, nawet za cenę krwi. Nawet za cenę śmierci. Nawet za cenę przemarszu czterech jeźdźców apokalipsy przez brytyjskie ziemie. Nawet za cenę pogrzebania samego siebie pod zgliszczami. Demonem powróciła moja młodsza siostra, odrobinę szalona, której jednak zawsze pobłażałem, tłumaczą jej naszą rodzinną więź i to ona - to dziecko, zapieczętowane złotą obrączką, oddalona ode mnie o całą galaktykę, należąca już do innych - wystawiło mnie na pierwszą próbę. Nie mogłem zdzierżyć jej słów, jej ufności, jej łez - i co gorsze - jej szczęścia, rysującego się przede mną aż nazbyt wyraźnie. Ucieczka, ukochany, znowu ta przeklęta miłość. Nie pchnąłem jej w przypływie szału, działałem prosto, metodycznie, prowadząc na skraj balkonu, w zaimprowizowanym, kulejącym tańcu. Odtrąciłem wyciągające się ręce, beznamiętnie patrząc jak spada i roztrzaskuje się u stóp wieży jak woskowa kukła: ponosiła swoją karę za ujmę na honorze i za to, że odważyła się sięgnąć po coś, co dla mnie stało się nieosiągalne. Nigdy nie zdradziłem Louvelowi tych uczuć, nie podzieliłem się z nim zazdrością, tłumacząc ten wypadek wyłącznie dobrem rodu, obroną naszej godności. Uwierzył, tak jak inni uwierzyli w bajeczkę o jej samobójczej śmierci. Wątłe zdrowie i łatka niekontrolującej swych wizji wariatki wyjątkowo to ułatwiła.


Czekałem na chwilę, aż ucierpią Ci, którzy wstrzymywali się przed jasnym określeniem stron, czekałem na chwilę, aż będę mógł poszczuć rodowego demona na nieostrożnych mugoli, czekałem cierpliwie, aż w szlacheckim półświatku, zwłaszcza wśród młodszego pokolenia, zaczęły krążyć ciche opowieści. O przywódcy, o samozwańczym liderze tajemniczej organizacji, który jest równie okrutny, jak wspaniałomyślny i dąży do oczyszczenia rasy czarodziejów ze szpecących, zatruwających ją narośli. Ciekawiło mnie, jak bardzo przypomina on Grindelwalda, o którym znałem masę legend i ceniłem, podziwiałem, mimo nienawiści, jaką kierowano ku niemu w Durmstrangu. Wielu uczniów straciło przez niego bliskich, lecz cóż mnie to obchodziło? Zafascynowałem się silnym czarodziejem, na tyle potężnym, by rzucić na kolana państewka Europy Wschodniej i Centralnej – dopóki nie zaczął panoszyć się w Wielkiej Brytanii, jaką z łatwością wszak uznawałem za leżącą pod (po części) mym władztwem, był dla mnie niemalże wzorem. Który stał się wrogiem, którego jak najszybciej należało zniszczyć tak, by nie zostały po nim nawet popioły. Ponoć O n mógł tego dokonać, więc bez wahania złożyłem mu swoją różdżkę, poinstruowany odpowiednio przez mego kuzyna, Ramseya, który wstawił się za mną  u swego dawnego przyjaciela. Odrobinę znając Mulcibera, otrzymałem kolejny - najbardziej wiarygodny - dowód wielkości czarnoksiężnika, tytułującego się Czarnym Panem. Ramsey był dumny, więc i ta służba przynosiła chlubę każdemu, kto szanował ideały utrzymujące magiczną moc w silnych ryzach. I ja nie miałem oporów, by pochylić głowę przed samozwańczym lordem Voldemortem.




Patronus: Nie potrafię wyczarować patronusa


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 4
Zaklęcia i uroki: 5 Brak
Czarna magia: 24 1
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 10 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
norweskiII3
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
Historia magiiIV20
Jasny UmysłI2
RetorykaII5
Silna wolaIV20
SpostrzegawczośćIII10
Ukrywanie sięI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szlachecka etykietaI0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Wiedza o literaturzeI1
Tworzenie literatury - prozaII7
Wiedza o muzyceI1
Gra na wiolonczeliI1
AktywnośćWartośćWydane punkty
PływanieI1
SzermierkaI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (jasnowidz, półwila, wilkołak lub brak)-0
Reszta: 1

Wyposażenie

14 punktów statystyk, różdżka





Ostatnio zmieniony przez Magnus Rowle dnia 18.04.17 20:27, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
27
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
23
20
1
0
0
1
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magnus Phelan Rowle    27.07.17 21:39

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Krew zawsze miała znaczenie, ta najbardziej czysta, błękitna, płynąca w żyłach każdego szlachcica nie mogła zostać skażona. To podstawa, którą wpajano Magnusowi od najmłodszych lat. Miłość rodzicielską zastąpiono chłodem wychowania, nauką manier i wiedzą, którą powinien znać dziedzic rodu.
Zimne mury Durstrangu ukształtowały kolejne mniej lub bardziej słuszne talenty, nie tylko nakierowując na pragnienie głębszego poznania tajników czarnej magii, ale oferując zupełnie nowe doznania. Brutalna rzeczywistość przekreśliła kiełkujące pragnienia, okrutnie kończąc pierwsze zauroczenie - płynącą krwią. Gorzka lekcja, która wiele lat później pchnęła Magnusa do  zbrodni i śmierci siostry. Tajemnice nawarstwiały się, goszcząc w domu Rowle coraz ich więcej.
Jako eseista w "Walczący Magu", Magnus odnalazł swoje powołanie. Wiara w czystość magicznego świata pozwalała na pisemne rozprawienie się z rzeczywistością. Słowa stały się bronią, którą walczył o lepszy świat.
Spełnił też rodowy obowiązek, został mężem i ojcem dwóch córek, ale pragnienie zmian, oczyszczenia społeczności czarodziejskiej z niechlubnych naleciałości pchnęło szlachcica pod różdżkę Czarnego Pana. U jego boku widział przyszłość. Swoją i otaczającej go magicznej rzeczywistości.

OSIĄGNIĘCIA
Krew gęstsza niż słowa
Złoty Myśliciel
Obieżyświat
Ślepy los
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
WYPOSAŻENIE
Różdżka

Ingrediencje: beozar, figa abisyńska, pnącze diabelskiego sidła
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[18.04.17] Karta postaci, -860 pkt
[24.04.17] Wykonywanie zawodu (kwiecień), +50 pkt
[03.05.17] Zakup sowy -50 PD
[08.05.17] Poruszenie tematu artykułu - Prorok codzienny, +5 PD
[15.05.17] Lusterko, +5 PD
[13.06.17] Aktualizacja postaci: +1 punkt OPCM, -40 PD
[26.06.17] Ingrediencje (kwiecień)
[16.07.17] Wsiąkiewka (kwiecień) +90 PD, +2 PB
[01/08/17] Zdobycie osiągnięcia: Złoty Myśliciel; +30PD;
[06.08.17] Ingrediencje (maj)
[10.08.17] Osiągnięcie (Obieżyświat, Ślepy los) +60PD
[10.08.17] Wykonywanie zawodu (maj), +50 pkt
[11.08.17] Rozwój postaci: I Jasny Umysł, I Ukrywanie się (4PB), +4CM, -400PD






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.

Powrót do góry Go down
 

Magnus Phelan Rowle

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Cristal Tisha Magnus Piaffallo
» Acantha Rowle (Budowa, duh.)
» Nikola Tesla i Eva Magnus
» Leira Rowle [Skończone]
» Poczta Magnus De Mertio

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17