Wydarzenia


Ekipa forum
Jadalnia
AutorWiadomość
Jadalnia [odnośnik]13.12.21 12:33

Jadalnia


Jadalnia została umeblowana przez żonę i matkę Hectora i nosi ślady ich ścierających się gustów. Jest nieco za mała na reprezentacyjną jadalnię (Vale uparł się, by największym pomieszczeniem pozostała biblioteka) i zarazem nieco za duża jak na dwuosobową rodzinę, a Hector jada tu głównie z gośćmi. Z tyłu pomieszczenia znajduje się przejście do kuchni.

Pułapki: Śmiechy-chichy, Zapach alihotsy, Somniamortem (na niezapowiedzianych gości)



We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.



Ostatnio zmieniony przez Hector Vale dnia 30.09.22 18:41, w całości zmieniany 3 razy
Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Jadalnia [odnośnik]22.05.22 4:15
18.04

-Yvette. - w jego ustach jej imię brzmiało nie do końca angielsko, ale zupełnie niefrancusko. Nie znał tego języka i choć od lat bardzo starał się wymawiać Yvette Baudelaire poprawnie, bez wulgarnej jego zdaniem angielszczyzny, to podświadomie wplatał w sylaby sposób w jaki wymawiał łacińskie nazwy - brzmiały trochę bardziej twardo niż powinny. Chyba się do tego przyzwyczaiła albo była zbyt uprzejma by go poprawić. Uśmiechnął się szeroko, szczerze, spoglądając na przyjaciółkę znad filiżanki czarnej herbaty. Zachował resztki z zimowych zapasów na specjalne okazje, takie jak ta. Dawno nie mieli okazji usiąść we dwoje, tak po prostu.
Orestes zwykle im towarzyszył, zdawał się lubić jej towarzystwo o wiele bardziej niż innych dorosłych - i choć zwykle siedział grzecznie w milczeniu, to przecież przy dzieciach nie da się poruszać niektórych tematów. Dzisiaj syn nie chciał zostać w jadalni - gdy zjedli już w trójkę zupę dyniową (bez przypraw była niestety mało smaczna, nawet jako krem, Orestes trochę grymasił), chłopiec przytulił się prędko do Yvette (pierwszy, nawet Beatrice nigdy nie przytulał pierwszy - przemknęło Hectorowi przez myśl, gdy odprowadzał go wzrokiem) i odbiegł do swojego pokoju. Hector kupił mu wczoraj nowe książki dla dzieci - z drugiej ręki, od pacjenta - i syn chciał jak najprędzej do nich wrócić. Doskonale. Chociaż, z jego tempem, przeczyta je do jutra.
-Chyba nigdy nie przestanę ci dziękować. Gdyby nie ty... - oderwał od jej twarzy przenikliwe spojrzenie niebieskich tęczówek i zerknął znacząco na drzwi do pokoju syna. Gdyby nie jej pomoc, obydwoje przeżyliby żałobę o wiele gorzej, dziadkowie i sąsiadka nie zawsze mogli zajmować się Orestesem - a choć Hector nie bał się, że syn zrobi coś nieodpowiedzialnego gdy w gabinecie byli pacjenci, to nie mógł go przecież ze sobą zabierać gdy podróżował. Po śmierci Beatrice zdał sobie sprawę jak przerażająco wąskie było jego grono znajomych - krok po kroku, rok po roku, żona zdołała go odizolować niemalże od wszystkich - ale pomoc Yvette spadła mu jak z nieba. Jeszcze zanim przeprowadziła się do Walii, nieśmiało pytał jej o rady, jakby nie wierząc, że da sobie radę z dzieckiem bez pomocy kobiecej ręki (z niczym nie dajesz sobie rady, słyszał zbyt często, aż w to uwierzył) i chyba nawet teraz zdawał się na jej intuicję.
-Ostatnio wydaje się... weselszy, prawda? - zauważył nieśmiało, choć od sierpnia Orestes nie wydawał się smutny. Wycofany, ale nie smutny. Hectora bardzo to niepokoiło, ale od jakiegoś miesiąca syn miał doskonały humor - a Vale nie powiązał jeszcze tego z własnym dobrym humorem i ze szczerym entuzjazmem, z jakim podchodził ostatnio do życia. Zawsze skupiał się na jedynaku bez reszty, syn był jego oczkiem w głowie, ale stale towarzysząca im melancholia ostatnio gdzieś się rozwiała, pozwalając Hectorowi wymyślać kreatywniejsze zabawy i lepiej wczuwać się w role podczas czytania książek na głos.
Zmienili się nie tylko oni - Yvette mogła zauważyć, że z jadalni zniknęły niepasujące do wnętrza bibeloty, które mogła zauważyć gdy bywała tutaj zimą. Porcelanowe figurki, ohydny zegar z kukułką, nielubiany dywan - Hector pozbył się tego wszystkiego gdy opróżniał pod koniec marca sypialnię Beatrice. Za każdym razem kontrolnie zerkał na syna albo pytał go, czy coś zachować - ale Orestes akurat bawił się w małego alchemika i wydawał się zmianami zupełnie niezainteresowany.
-Za to - pokój Orestesa był na tyle daleko, że mogli mówić swobodnie. -ty wydajesz się zmartwiona. - zauważył nieśmiało, delikatnie, tym swoim łagodnym, magipsychiatrycznym tonem. Byli przyjaciółmi, ale nie był ślepy - wiedział, jak zachowywali się ludzie, gdy chcieli spytać o coś wykraczającego poza utarte schematy. A dzisiaj spojrzenie Yvette było jakieś zamglone, jakby po głowie chodziło jej coś innego niż sobotni, skromny obiad u Vale'ów.
Wszystko w porządku? - mógłby spytać, ale nie lubił strzępić języka na próżne uprzejmości, nie z przyjaciółmi, a od roku przecież nic nie było w porządku. Tęsknił za czasami, w których mógłby ugościć Yvette pieczenią z mięsa (nie, nie tęsknił, nie tak naprawdę - Beatrice nigdy nie wpuściłaby jej do domu, te czasy istniały tylko w jego wyobraźni), a to tylko najmniejszy z ich, z jego obecnych problemów. Nie mówił jednak nic więcej, każdy miał własne problemy i własne poglądy - a ich poglądy powinny w teorii odpowiadać czystokrweistej pozycji ich rodzin. Po prostu spojrzał uzdrowicielce prosto w oczy, łagodnie i cierpliwie, jakby chciał ją zachęcić do rozmowy - ze wszelkich sił starał się zachowywać naturalnie, jak kolega, ale zawsze lepiej radził sobie w gabinecie niż podczas spotkań towarzyskich. Jego spojrzenie pozostawało więc boleśnie przenikliwe - jakby doskonale widział cienie pod oczyma uzdrowicielki, ślady niedawnych zmartwień, jakąś troskę i wahanie skryte pod jej ciepłym z pozoru uśmiechem.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Jadalnia [odnośnik]02.07.22 17:10
Zagubiona dźwięczność i lekkość w głoskach nie drażniła jej ucha. Przyzwyczaiła się już do tego, że dla anglików to jak się nazywała brzmiało obco i było trudne do wymówienia. W porcie zasłyszała najprawdopodobniej każdą możliwą wersję swojego imienia i nazwiska. Te bardziej i mniej poprawne. Po czasie przestała po prostu zwracać już na to uwagę. Z przyjemnością obserwowała jak na twarz siedzącego przed nią mężczyzny wypływa uśmiech. Niewymuszony. Szczery. Taki, który dosięgał jego jasnych oczu. Odwzajemniła go, ale dziś to ten należący do niej zdawał się być bardziej przygaszony. Powiodła wzrokiem za tym jego domyślając się co miał na myśli. Opieka nad Orestesem była czystą przyjemnością. Dawała jej mnóstwo radości, osładzała dnie. Zawsze chciała być uzdrowicielką, nieść pomoc, ale prócz tego pragnęła też rodziny. Stworzenia nowego życia, ukształtowania go, zatroszczenia się o kogoś kogo nosiłaby w swym sercu. Szansa przepadła, ale pragnienie, czy nawet zwierzęcy, drzemiący w niej instynkt nie. Opieka nad Orestesem była zbawienna. Zabawa z nim, rozmowa, wspólne czytanie, spędzanie czasu, obserwowanie jak rośnie i się rozwija. Znaczyło to dla niej wiele. Fakt, że była tu tak mile widziana, że Hector liczył się z jej zdaniem, że mogła siedzieć z nimi przy jednym stole, z czułością każdej matki pogładzić włosy chłopca składając czuły pocałunek na czubku jego głowy zanim ten zniknie w swoim pokoju by zostawić dorosłych samych, a samemu dać się ponieść światu wyobraźni. - Przestań. To ja powinnam dziękować tobie. Wam. - Była wdzięczna za wszystko co dla niej zrobili. Dla kogoś innego mogło nie mieć to znaczenia, ale dla niej, po tym co ją spotkało, było wszystkim i jeszcze więcej. - Tak. Z czasem zawsze jest lepiej. Łatwiej. - Zgodziła się samej zauważając zmiany w chłopcu. Nie wierzyła, że czas leczył rany. Te nigdy się nie goiły w pełni. Czasem się zasklepiały by znów się otworzyć, innego razu jątrzyły przyprawiając o niewyobrażalny ból. Potrafiły się też zamknąć, ale nigdy nie dały o sobie zapomnieć. Może chłopcu przyjdzie żyć z tym łatwiej z racji na wiek? Może wręcz przeciwnie? Czas miał pokazać. - A co z tobą? - Przeniosła wzrok znów na szatyna starając się wyliczyć różnice, które teraz w nim dostrzegała.
- Aż tak widać? - Nigdy nie była dobra w udawaniu. Nie zaprzeczyła, bo i nie było powodu. Hector potrafił bardzo dobrze czytać w ludziach, odkrywać nawet te niezapisane jeszcze karty. - Ciężko teraz chyba o kogoś kto czymś by się nie martwił. - Bieda, wojna, śmierć. Wszędzie tego było pełno. W takich czasach przyszło im żyć. Orestesowi... Przyglądała się Hectorowi przez chwilę. Ciepłu w spojrzeniu, łagodnym rysą. Był cierpliwy i wyrozumiały. Wiedział o niej więcej niż inni. Więcej niż chciałaby dzielić, a jednak cieszyła się, że to właśnie on posiadał tą wiedzę. Ufała mu. Jak wiele więcej mogła mu jeszcze zdradzić? - Chciałabym cię o coś poprosić. - Zaczęła odkładając filiżankę na spodek, aby móc w pełni skupić się na rozmowie. - Czy znalazłbyś może czas dla jeszcze jednego pacjenta? - Nie chciała się narzucać. Szczególnie, że wyskoczyła z tym tak nagle. Przez te kilka dni obserwowała Celine uważnie, nie potrzebowała jednak tego, aby stwierdzić, że dziewczyna potrzebowała pomocy. Profesjonalnej pomocy. Robiła to, aby spostrzec odpowiedni moment, zanalizować jej stan i gotowość na kolejne kroki. Potrzebowała terapii, możliwości zawalczenia męczącymi ją demonami na własnych zasadach, aby móc ruszyć dalej.
- Nie dla mnie. - Od razu zaznaczyła zanim zdążyłby poruszyć ten temat. - Wprowadziła się do mnie moja kuzynka - Celine. Na początku kwietnia. Nie jesteśmy blisko spokrewnione, ale nasze drogi przeplotły się w porcie. - Powinny nigdy się nie rozdzielić. Celine nie była jej odpowiedzialnością. W jej wieku była już dorosłą kobietą, a nie dziewczęciem. Ale ona żyła otoczona bańką, chroniona nazwiskiem, reputacją i majątkiem. Nigdy nie musiała mierzyć się z tym co ona. Postąpiła jednak krok w pomocy jej. Zbliżyła się do niej. A jednak nie zaangażowała się w pełni. Odpuściła zbyt szybko, dała jej odejść, omotać się innym. Zawiodła. - Przesłodka z niej istota, ma w sobie tak wiele ciepła i dobroci, ale jest jeszcze młodziutka, naiwna. Ona... dużo przeszła. - Zbyt wiele. Na ile sposobów ją już złamano? O ilu jeszcze nie wiedziała? - Była w Tower. Myślałam, byłam przekonana, że nie żyje. - Ci, którzy tam trafiają często już nie wracają. Zamknęła oczy szukając w sobie odwagi, której zawsze jej brakowało. - Przez chwilę miałam nawet taką nadzieję. - Przyznała szczerze z trudem wypowiadając gorzkie słowa. Otworzyła oczy, aby wbić swój wzrok prosto w mężczyznę. Mógł zobaczyć jej uczucia jak na dłoni. Nie starała się nawet ich kryć. Zmęczenie, wstyd, żal, złość. To ostatnie wyszło teraz przed szereg towarzysząc dłoni zaciśniętej kurczowo na oparciu fotela. Na kogo była tak wściekła? Na okrucieństwo losu? Niesprawiedliwość? Ludzi, których Celine napotkała na swojej drodze? Tych, którzy chcieli ją wykorzystać, skrzywdzić? Tych, którzy niesłusznie ją oskarżyli? Nie. Zła była głównie na siebie.
- Widziałam co robią tam ludziom. Na ciałach tych, którzy wrócili. Jak ich torturowali, głodzili, to co robili takim dziewczętom jak ona. To co wciąż robią. - Ciało kobiety przeszedł dreszcz obrzydzenia. Wspomnienia jak żywe tańczyły przed jej oczami. W gorączce uzdrawiania potrafiła odgrodzić się od emocji, skupić się na zadaniu, powstrzymać drżenie dłoni. Później jednak, gdy czyjeś życie znikało z szali, zegar nie tykał nad jej głową, wszystko wracało. Twarze niektórych były wyraźne w jej pamięci, inne były zamazane, bo przecież było ich tak wielu. Ale pokaleczone, stłamszone, zakrwawione ciała pamięta doskonale. - Na ulicach nie było lepiej. - Powiedziała to tak cicho, że nie miała pewności czy Hector był w stanie ją dosłyszeć. Ciała na ulicach, bruk okryty lepką krwią, obdarte ze skóry ciała, nabity na pal zarządca, roztrzaskane główki dzieci... Londyn został oczyszczony, ale wojna i okrucieństwo dalej trawiły ten kraj, zabierały kolejne istnienia, żniwom nie było końca. Te same sceny można było widzieć w lasach, obozach, domach, wszędzie.
Nabrała powietrza do płuc czując jakby miała się zaraz udusić. Odbiegła od tematu. - Nie poradzę sobie sama. Zbyt wiele przeszła, jestem z nią za blisko. Nie mogę jej pomóc jak należy. Potrafię wyleczyć jej ciało, spróbować ukoić jej ducha, ale nie dam sobie rady z tym co kryje się w jej głowie. Nie znam się na tym. Nie tak jak ty. - Potrzebuję pomocy. Mógł spostrzec żar jej prośby w głosie i w oczach. Musiała zadbać o Celine. Obiecała sobie, że już jej nie zawiedzie. Że nie zawiedzie już nikogo. Była jej tak wiele winna. Musiała dołożyć wszelkich starań, aby przywrócić błysk w jej oku, słodycz uśmiechu, bijące od niej ciepło, lekkość ruchów jakby nigdy nie przestawała tańczyć.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Jadalnia [odnośnik]12.08.22 11:55
Z początku nie zauważył nawet, jak łatwo było uśmiechać się do Yvette. Przez całe życie każdy uśmiech wymagał wszak namysłu, wymuszonej łagodności, uprzejmego skinienia głową, odpowiedniego ułożenia kącików ust. Zdarzały się wyjątki, oczywiście - starsza z sióstr, Leta gdy była jeszcze mała, Cassandra i Archibald, Orestes i wreszcie t e n, przy którym uśmiechu nie dało się pohamować - ale w dorosłości zawieranie przyjaźni i opuszczanie gardy było takie trudne, coraz trudniejsze. Od ślubu ciężko było mu zresztą utrzymywać swobodny kontakt nawet z Archibaldem (choć o spotkania z nim walczył z Beatrice - aż do maja 1957 - jak lew z godła domu przyjaciela), a na nowe znajomości zupełnie odeszła ochota. Był introwertykiem, cenił ciszę, a we własnym domu - jedynym bezpiecznym miejscu - było przez lata niebezpiecznie i zbyt głośno.
Wtedy, w pracy - niby głośnej, ale zarazem cichej, bo słowa na terapii kontrolowal w końcu o n - poznał francuską uzdrowicielkę, usłyszał plotki szeptane w korytarzu. Zawsze za jej plecami, nigdy wprost do niego (był zbyt nudny, by z nim plotkowano), ale zawsze przecież słyszał, zawsze zachowywał czujność. Przez kilka (tygo)dni trochę obawiał się rozmowy, ale potrafił przecież rozmawiać z każdym za fasadą uprzejmej maski, a gdy wreszcie odezwał się do Yvette w cztery oczy (nie pamiętał nawet, o czym rozmawiali, chyba o jakimś pacjencie po groźnym wypadku) - znalazł w jej źrenicach znajomy smutek.
Wtedy zaczęło był łatwo, rozumiał w końcu smutek i ból, rozumiał je najmocniej ze wszystkich emocji - i nawet się nie spostrzegli, a niepostrzeżenie minęło kilka lat, siedziała w jego domu, przytulał się do niej jego syn, a on uśmiechał się bez smutku i bez wysiłku i wszystko zdawało się dziwnie proste, dziwnie naturalne. Czasami nawet prostsze niż szkolne przyjaźni, bo dojrzalsze - jako nastolatek nie chciał nigdy pokazać ludziom, że tonie, a z Yvette obydwoje dojrzale udawali, że jakoś się trzymają.
Rozumieli się w ciszy, rozumieli się w smutku gdy Beatrice żyła. Dopiero po jej śmierci Hector uświadomił sobie, że teraz nad nim i przyjaciółką ciąży nowy, niezręczny sekret.
Yvette nadal opłakiwała swojego męża.
A on nie mógł po n i e j płakać.
W jesieni myślał, że po prostu mu przejdzie, że temat się rozmyje, że po prostu nie umiał n i c czuć.
W marcu uświadomił sobie wreszcie, że "n i c" przez cały czas było ulgą, skrytą sprytnie pod kotarą troski o syna. Teraz - gdy już wiedział - musiał pilnować się przy Yvette bardziej, w głębi serca lękając się, że gdy przejrzy jego maskaradę to nie będzie myślała już o nim tak... dobrze.
Powiódł oczyma za Orestesem, mimowolnie zastanawiając się, czy łatwiej dotyczy jego, jej, czy może jej syna. Lepiej nie pytać, choć wiedział, że najprawdopodobniej Yvette zadręczała się - a on wraz z nią - pytaniem, czy t a m t e n chłopiec ją pamięta.
Czy Orestes będzie pamiętał mamę? Na pewno tak, błysk rudych włosów w cyrku udowodnił to zbyt dobitnie.
-Pewnie masz rację. Ostatnio byliśmy w cyrku i cieszył się... prawie normalnie. - wyznał cicho, choć w teorii wiedział, że z zamkniętych drzwi chłopiec i tak ich nie usłyszy. -Cieszy się też, gdy przychodzisz. - wtrącił niezręcznie, choć Yvette chyba to widziała. Orestes nie był jednak ekspresyjnym dzieciom, jedynie taki bywał, a Hector w głębi duszy bał się, że ludzie nie będą go rozumieć, tak jak nigdy nie rozumieli jego samego. Chłopiec miał (chyba po matce...) odrobinę większą łatwość w nawiązywaniu kontaktów, choć podobnie jak Hector zamykał się w sobie, a ojciec mimowolnie go usprawiedliwiał.
-Ja... - umyślnie odwlekał odpowiedź, tak długo jak mógł. -...masz rację, czas leczy rany. - przyznał i ku własnej uldze - nie skłamał, a usta mógł wygiąć w bladym uśmiechu.
Nie sprecyzował w końcu, jakie rany.
Uniósł łagodnie brwi, gdy spytała, jak bardzo widać jej zmartwienia. Rozumiał zdziwienie, sam nie znosił wychodzić z cienia, a w jakiś sposób byli przecież do siebie podobni.
-Bardziej niż zwykle. - wyjaśnił, tonem miękkim, ale w sposób bezwzględnie szczery. Z nią mógł być przecież bardziej szczery niż z innymi, a zasługiwała na prawdę. Zawsze jesteś zmartwiona, Yvette. -Ale - dla mnie. Pacjenci nie zauważą. - uspokoił ją, tknięty odruchem współczucia. Prawie nigdy nic nie zauważali, uzdrowiciele - a szczególnie magipsychiatrzy - byli przecież dla nich cieniami, tłem, światłem różdżki i dymem eliksirów.
Dla wszystkich, poza jednym. On zauważył. - niemalże od razu, od pierwszej i jedynej wizyty i pierwszego wejrzenia, a Hector tak się tego przestraszył, że przez moment wydawało mu się, że go za to znienawidził. Jedynie na krótkie minuty, dopóki nie poczuł też strachu o niego, a nienawiść łatwo pomylić z czymś innym i dawno temu myślał, że tylko strach rozróżnia te obydwa uczucia.
(Dlatego nie mógł nienawidzić ojca, prawda? A zarazem, wiedząc już czym jest miłość, rozumiał już, że dawno temu nic o niej nie wiedział).
Odegnał jednak prędko inne myśli, by skupić się na Yvette, na teraźniejszości, ostatnio łatwiej mu było łapać dzień i po raz pierwszy od bardzo dawna czuł szczerą ochotę, by przeżywać każdą chwilę, by próbować się nią cieszyć. I cieszył się szczerze obiadem z przyjaciółką, ale każdym słowem stawało się jasne, że jej coś ciąży - że, znając ją, stara się tego nie okazać, walczy ze skromnością i dumą. Tak ich w końcu wychowano, Baudelaire'ów i Vale'ów, choć w dwóch różnych krajach. Głowa prosto, ściągnięte barki, korzystne małżeństwo, kariera. Co poszło nie tak, że ona leczyła ludzi z najniższych warstw społeczeństwa zamiast lśnić u boku jakiegoś lorda; a on pozostał sam w pustym domu i pomimo specjalizacji z ludzkich emocji czasem nie rozumiał już niczego?
-Zawsze możesz mnie o coś poprosić. - przypomniał łagodnie. Może dla niej czas spędzany z Orestesem był wytchnieniem, ale nie mógłby kupić pomocy i czasu, które im oferowała. Były bezcenne. Spodziewał się przysługi - była tak zawstydzona, że może nawet prośby o pieniądze (choć tego nie spodziewałby się po Yvette nigdy, ale martwił się odkąd przeprowadziła się do portu i martwił się jeszcze bardziej, odkąd zaczęła się wojna) - ale nie pacjenta. Rozchylił usta z lekkim zdziwieniem, oczy rozbłysły, -Oczywiście, że tak. - wyrwało mu się, gdy próbował powściągnąć ciekawość i zmusić się do cierpliwego wyrazu twarzy.
Pacjenci zawsze byli niczym prezent, niespodzianka, zagadka czekająca na rozwikłanie. Ale kogo miała na myśli Yvette? Kogoś, komu przyszyła kończynę, kogoś, kto wylizał się z ciężkich ran?
Słuchał uważnie, ale nie spodziewał się, że nie chodziło o jej pacjenta. W głębi duszy wiedział przecież, że nie poprosi o pomoc dla siebie (choć rozbawiła go prędkość, z jaką to dodała), choć zmagał się z chęcią zaoferowania jej tej pomocy. Bał się jednak jej dumy, starał się więc pomagać subtelnie, jak Archibaldowi. Prewett nigdy tego nie zauważał, ale Yvette była bystrzejsza, musiał pilnować, by nie przekroczyć granicy magipsychiatrii i przyjaźni.
-Celine. - powtórzył na próbę, jakby testując akcent, ale w jasnych oczach błysnęło coś jeszcze.
Poznał niedawno Celinę pod wieżą w Walii - czy istniały aż takie zbiegi okoliczności?
-Jak bardzo młoda? - upewnił się, niby z medyczną ciekawością, ale przypominając sobie sylwetkę młodej, jasnowłosej dziewczyny. Krew na dłoni.
Wspomnienie szybko rozwiało się, w zimnym dreszczu goryczy kolejnych słów.
Yvette miała kuzynkę w Tower? Bała się, że nie żyje? Kiedy?
-Nie mówiłaś... - wyrwało mu się nonsensownie i natychmiast ugryzł się w język, ze wstydem.
Nie mówiła, a on nie pytał. Tak już między nimi było, nie powinien się dziwić, to dzięki takim granicom czuli się ze sobą dobrze - dlaczego poczuł zatem przeszywające poczucie winy?
Nie wiedziałem, a mógłbym...
Właśnie, co? Porozmawiać? Rozproszyć ją zabawą z siedmioletnim dzieckiem? Zaproponować eliksir uspokajający? N i c byś nie mógł, Hectorze, w obliczu Tower nikt nic nie może. - gorzka realizacja wybrzmiała w jego głowie z szorstkim akcentem słyszanym w dzieciństwie.
-Rozumiem. - wyszeptał, wznosząc na nią smutne spojrzenie. Pokręcił łagodnie głową, nie musiała czuć się winna. Naprawdę rozumiał, choć Yvette zdawała się kochać Celine, a on...
-Widziałaś[b] - spytał ostrożnie, bardzo cicho [b]-jej obrażenia? - była uzdrowicielką, musiała. A jeśli miał ją leczyć, to lepiej wiedzieć od Yvette - nieważne, jak bardzo by to bolało.
Poczucie winy stawało się większe, bardziej dokuczliwe. Yvette widziała to wszystko, a on nie widział nic, w bezpiecznym i egoistycznym azylu. Nic, poza powodzianami w Devon i...
-...widziałem człowieka bez duszy. - nie był świadom, że powiedział to na głos, choć szeptem, na moment spoglądając w okno, walcząc z fantomowym chłodem. Zamrugał prędko, przepraszająco.
Nie chciał jej przerywać. Miał nadzieję, że szept wyrwał się na tyle cicho, by nie usłyszała.
Spojrzał kontrolnie na Yvette, na to, jak wciąga powietrze. Wyglądała, jakby ona też czuła się, jakby tonęła. Wziął głębszy oddech, nauczył się już radzić sobie bez magii ze wspomnieniami dementorów, ale...
-Po Paxo będzie łatwiej o tym mówić. - zaproponował nieśmiało, mrugając zbyt często. Nie chciał jej urazić samą propozycją, choć na kogoś innego rzuciłby zaklęcie bez wahania, może nawet bez zapowiedzi.
-Pomogę. Oczywiście, ze pomogę. - zapewnił, nachylając się lekko nad stołem, by chwycić Yvette za dłonie - jeszcze bardziej nieśmiało niż gdy proponował zaklęcie, podobne gesty nigdy nie przychodziły mu łatwo, nawet (szczególnie) wobec własnej siostry. Dopiero od niedawna na własnej skórze przekonał się, że bliskość też potrafi uspokajać i chyba chciał spróbować - pokazać Yvette, że przecież tu jest. Dla nich.
-Czy Celine... mieszka w Walii? Spotkałem dziewczynę o tym imieniu. - wydusił wreszcie, po sekundzie (to i tak długo) cofając dłonie. Odwrócił wzrok, nie chcąc, by dostrzegła w nim zmartwienie i potwierdzenie własnych obaw.
Tamta Celine spod wieży w Llangurig... była w złym stanie. Widział to nawet podczas kwadransa rozmowy.




We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Jadalnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach