Wydarzenia


Ekipa forum
Stara wytwórnia pergaminu
AutorWiadomość
Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]04.01.22 18:31

Stara wytwórnia pergaminu

Stary, ceglany budynek na obrzeżach Lancaster, niegdyś mieścił dobrze prosperującą fabrykę pergaminu: należąca do jednej z czarodziejskich rodzin, od pokoleń zajmujących się tym fachem, zaopatrywała w najlepszej jakości rolki sklepy i biblioteki w całym kraju. W ostatnich latach interes jednak podupadł - budynek wytwórni najpierw częściowo zniszczyły anomalie, a po wybuchu wojny pojawił się problem z regularnymi dostawami zwierzęcych skór, co wymusiło na właścicielach znaczne ograniczenie produkcji. Obecnie odbywa się ona wyłącznie w kilku pomieszczeniach; reszta, oficjalnie wyłączona z użytku, stała się kryjówką dla działających na tym terenie bojówek nielegalnego Ministerstwa Magii, pozostającego pod przywództwem Harolda Longbottoma.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stara wytwórnia pergaminu Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]04.01.22 18:44
Kontynuacja wątku stąd.
Kiedy znów się obudziłeś, w pierwszej kolejności dostrzegłeś przed sobą ścianę – szarą, ceglaną, pozbawioną jakichkolwiek ozdób czy charakterystycznych punktów, podobnie zresztą, jak całe pomieszczenie, w którym się znajdowałeś: prostokątne, wielkości przeciętnej sypialni, zupełnie puste – nie licząc samotnego, prostego krzesła, na którym ktoś cię posadził. Po lewej stronie zauważyłeś drzwi, zamknięte; po prawej rząd wąskich, umiejscowionych tuż pod sufitem okienek z matowego szkła wpuszczał do środka nieco słabego światła, ale po jego barwie czy natężeniu trudno ci było określić, jaka była pora dnia. Nie miałeś pojęcia, jak długo pozostawałeś nieprzytomny, ani gdzie się znajdowałeś; krótkie oględziny pozwoliły ci jednak dostrzec, że twoje ubranie było suche (choć niesamowicie brudne, oklejone czymś, co wyglądało jak buro-zielone, zaschnięte błoto), a twoje rany ktoś pobieżnie opatrzył: spod koszuli na klatce piersiowej wystawał fragment czystego opatrunku, a kość w ramieniu została nastawiona; rękę miałeś owiniętą bandażem, wciąż była jednak obolała i zdrętwiała, a na twoich nadgarstkach i kostkach znajdowało się coś, co wyglądało jak magiczne kajdany. Były lekkie i gładkie, same w sobie nie wywołując u ciebie dyskomfortu, jednak uniemożliwiając ci swobodne przemieszczanie czy sięgnięcie do kieszeni. Torba, którą nosiłeś przy sobie, zniknęła – nie miałeś także różdżki. Twoja skroń pulsowała bólem, tępym i jednostajnym, a wspomnienia stopniowo do ciebie wracały, zalewając cię nieprzerwaną falą; nie miałeś pojęcia, co stało się z dziećmi, ani kim byli mężczyźni, którzy znaleźli cię nad rzeką. Nie wiedziałeś, gdzie się znajdowałeś, w pokoju byłeś sam – choć gdzieś za ścianą słyszałeś stłumione głosy co najmniej kilku osób.

Czas na odpis: 72 godziny.

Obrażenia i żywotność: 120/220 (-20 do kości)
- 50 (psychiczne) - zmęczenie, osłabienie, migrena;
- 30 (tłuczone) - pobieżnie zaleczone złamanie ręki;
- 20 (kłute) - pobieżnie zaleczone rany kłute klatki piersiowej, zranienie na szyi;
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stara wytwórnia pergaminu Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]04.01.22 19:57
Wszystko tak cholernie bolało. Magia znów odmawiała posłuszeństwa? Jeszcze raz się zamachnął, jeszcze raz chciał spróbować, ignorując ból. Musiał go zignorować! Musiał przestać o tym wszystkim myśleć! Te noże, zranienia, to wszystko - coraz bardziej miał dość i coraz bardziej chciał, żeby to wszystko było tylko jakimś koszmarem. Nie wyszedł do Lancashire, nie wyszedł nigdzie w podobne rejony! Jedyne co zrobił...
Zieleń z boku go uspokoiła. Uciekły? Uciekły, musiały uciec... Ale gdzie... Gdzieś bezpiecznie? Do Somerset? Możliwe, możliwe że właśnie tam, a przynajmniej miał szczerą nadzieję, że właśnie tam...
Mróz, uderzenie, odbicie, woda, brak powietrza. To wszystko mu się mieszało, próbował łapczywie łapać powietrze - próbował poruszyć ręką czy nogą, próbując wypłynąć, ale nawet nie był pewny czy czymkolwiek poruszał. W lodowatej wodzie im dłużej przebywał tym bardziej tracił przytomność, tym bardziej tracił czucie. Nie powinien tutaj się znaleźć, czuł zmęczenie i jak powoli nie jest w stanie otworzyć już oczu. Czuł pieczenie i ból, ten tępy jakby zza ściany. A może właśnie czuł coraz mniej? Głównie chłód, głównie jakieś otarcie.
Biało. Wszędzie było biało. Obraz mu się rozmywał. Żył? Umarł? Nie był pewny, ale czuł cudzy dotyk. Co to było? Czym..?
Zaraz zaczął kaszleć, kiedy tylko został obrócony na bok. Kolejne spazmy bólu zalewały umysł Thomasa, ciało, nie mógł się skupić na niczym - chciał powiedzieć coś, zaprotestować. Co z dziećmi? Dzieci, uciekły? Wilki, kogo zjedzą wilki? Miał... miały...
Był ociężały, chociaż czuł się lepiej - nie czuł aż tak przenikliwego mrozu, i nie czuł ciężaru ubrań. Był suchy..? Tak mu się przynajmniej wydawało. Ale gdzie był dokładnie? Zaczął się powoli rozglądać, próbując się podnieść, chociaż ból nie ustępował.
Powoli dochodziły do niego wspomnienia. Rzeka, dom, Skamander i Rineheart, Grey, Macmillan, ta Azjatka, puchaty niuchacz. Później skrzynia...
Dzieci. Travis. To...
Poczuł jak jego żołądek mu ścisnęło, odruchowo zacisnął zdrową rękę, z przerażeniem wyczuwając lepkość krwi - ale kiedy tylko podniósł na nią wzrok, dostrzegł, że nie było jej. Nie miał... Nie...
Różdżka. Musiał znaleźć różdżkę. Albo cokolwiek innego?
Zerknął na kajdanki, zagryzając wargę. Był mordercą, cholera jasna! Ile osób tam zginęło? Co z resztą..? Czy oni...
Musiał się zebrać, podnieść jakkolwiek. Jak mógł je otworzyć? Gdyby tylko miał swoje wytrychy - albo nawet różdżkę! Ale musiał sobie radzić bez nich, musiał mieć nadzieję że może nie było to silne zaklęcie! A może były to mugolskie kajdanki?
Obrócił się na bok, zaraz próbując przyciągnąć zakute nadgarstki do ust. Chciał spróbować jakoś wyślizgnąć dłoń z nich - przynajmniej tę zdrową dłoń. No dalej! Zacisnął zęby, na tyle ile w obolałym stanie w ogóle mógł, na jednej z obręczy, a po tym spróbował pociągnąć rękę, wyginając i wykręcając je mniej czy bardziej. Był zręczny, przecież nie takie rzeczy już w życiu robił. Czasem gdzieś wcisnął dłoń, czasem musiał coś wyciągnąć...
Nie przynosiło to skutków, a chora stanowczo zbyt mocno odmawiała posłuszeństwa.
Ascendio, Ingenio ferro, Malcolm. Policjanci, jak o on... Watts, tak, Watts! Korytarz, alergia, towar...
Zaraz się zawahał, słysząc głosy. Szlag! Serce mu zabiło mocniej, rozglądając się po pomieszczeniu. Nie doskoczy do okna, nie da rady się do niego wspiąć będąc zakutym, ale czy miał jakiś lepszy pomysł?
Spróbował wstać z łóżka, czując jak wszystko w jego ciele się sprzeciwia.
Elige, Hazel, Leo, Henry, Travis, Joe, Kate, lamino, negforaminis...
Dlaczego tak bardzo bolała go głowa? Te wszystkie obrazy i wizje. Ale uśmiechnął się lekko, pod nosem. Czy on to zrobił..? Czy pamiętał minę Travisa? Nie był pewny co się działo po wpadnięciu do czarnej dziury, ale.. ale czy to zaklęcie, którego uczyła go Jeanie...
Zaraz runął na ziemię, wydając z siebie stłumiony krzyk, czując jak jego ciało znów zalewa fala bólu. Szlag, musiał się podnieść, szybko, zanim zwróci na siebie uwagę!


Stara wytwórnia pergaminu EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Stara wytwórnia pergaminu AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]05.01.22 22:47
Ptak o znajomym upierzeniu, choć nie był nader częstym gościem na jej parapecie, zdecydowanie należał do znajomych. Odwiązała pergamin rozwijając go i już przy pierwszym zadaniu poprawiła się na krześle w kuchni. Zmarszczyła brwi czytając dalej zaciskając usta w wąską linię, nie tym spodziewała się dzisiaj zajmować. Kiedy tylko skończyła list od Harolda zajęła się tym które spisane zostały przez Skamandera i Prudcence. Gdy i przez nie przemknęła kilka razy naskrobała szybko list do Maeve wysyłając do niej Barona. W oczekiwaniu na odpowiedź przesunęła jasnymi tęczówkami po każdym z listów, by później, zgodnie z poleceniem podejść do kominka i spalić je wszystkie. Przeniosła się do korytarza z którego wzięła pas z nakładkami. Otworzyła szufladę w której trzymała eliksiry i uzupełniła pas. Zarzuciła na ramiona płaszcz. Chwilę później już jej nie było. Teleportowała się prosto pod wytwórnię pergaminów wchodząc do niej, bez zwlekania. Maeve albo było już na miejscu, albo miała za chwilę się na miejscu pojawić. Liczyła też na to, że na miejscu znajdować się będzie ludzie, którzy znaleźli chłopaka. Żeby w razie gdyby byli, mogła zapytać ich o przedstawienie tego, jak go znaleźli. Wszystkiego co mogło im się przydać. Później czekała, niewiele, opierając się o ścianę i wyrzucając odrobinę biodra do przodu. Z dłońmi splecionymi na piersi i zmarszczonymi brwiami. Czuła pod nosem, że z nowego życia miłosnego Kerstin będą kłopoty, kiedy Castor nie poręczył za kogoś, kogo znał. Ale tego, że będzie go przesłuchiwać za to, o czym pisał Harold a o czym raportowała Prudence tym bardziej. Szlag, czy możliwym było, by próbował dostać się do nich z wielu stron? Zacisnęła mocniej wargi.
Kiedy Maeve pojawiła się na miejscu i tym razem się nie ociągała, chcąc jak najszybciej przedstawić jej sytuację. Ceniła sobie Clearwater. Ta była plastyczna, potrafiła dopasować się do sytuacji, zagrać z nią jedną melodię, nawet, jeśli nie ustaliły tego dokładnie wcześniej.
- Wczoraj kilku z naszych, razem z pracownikiem jednego z nich podjęli się odnalezienia i zlikwidowania kryjówki szmalcowników tutaj. Kryjówkę owszem, udało im się znaleźć ale w naszych działaniach przeszkodził oddział magicznej policji. Z tego co pisał Sam, policjantom towarzyszył komendant. Nasi byli w mniejszej ilości, co za tym idzie musieli się wycofać. - mówiła krótko zwięźle i na temat. Przekazując wszystkie te informacje, które były ważne. - Samuel przesłuchuje właśnie jednego z funkcjonariuszy. Podczas akcji musieli się rozdzielić. W jednej pozostała sama Prudence ze swoim pracownikiem - Thomasem Doe. Według jej słów podczas zdarzeń w tamtym miejscu próbował oddać ją w ręce wroga za uwolnienie dzieci. Jedno z nich miał też tam zabić. Z informacji które na ten moment mamy, wynika, że Macmillan mówiła prawdę. Nasi ludzie znaleźli go a przy nim, ciało chłopca. I to jego mamy przesłuchać. - wzięła oddech w płuca. - Uprzedzę Cię, zanim wejdziemy do środka. - dodała jeszcze uznając, że Maeve powinna wiedzieć o wszystkim, jak głupie czy trywialne by nie było. - Thomas Doe, to - jak się ostatnio okazało - adorator mojej młodszej siostry. - wykrzywiła usta w jednoczesnym niezadowoleniu i niechęci. - Opowiem ci też pokrótce tą serię pomyłek. - i to właśnie zrobiła streszczając to, jak Castor przyszedł do niej, powiedział o zniknięciu Kerstin i tym, jak ruszyli po nią i czego wiedziała się po drodze. - Kiedy zapytałam Sprouta - który go zna i twierdzi że są przyjaciółmi - czy jest w stanie poręczyć za niego - nie zrobił tego. Chłopak trzy razy był zamknięty w Tower. Ale Młody nie wiedział za co. Podobno ich legilimentowali. - nie dało się wyczuć żadnej emocji względem przedstawionych zdarzeń. Była skoncentrowana na powierzonym zadaniu. Emocje, tylko by ją rozpraszały. Z Tower w obecnych czasach był taki problem, że mógł tam trafić każdy. - Dobór środków został pozostawiony nam. Mamy się dowiedzieć kim jest, skąd znał szmalcowników i jakie są jego motywy. - wyjaśniała odbijając się plecami od ściany, odsunęła poły płaszcza pokazując pas z nakładkami. Każda z nich była opisana. Eliskir grozy, dwa Veritaserum i maść. Pochyliła trochę głowę by sięgnąć po ten który znajdował się na pierwszym miejscu. - Od tego myślę zacząć. Legilimencja też może stać się naszym sprzymierzeń. - o dziwo. Uniosła jasne tęczówki na Maeve. - Nie zamierzam się zmieniać. Moja twarz i tak znana jest każdemu. Może chcieć współpracować kiedy na szali będzie jego rzekoma miłość. Choć to jedynie założenie - może być błędne. - Thomas mógł wcale nie być zainteresowany jej siostrą. - Zanim wejdziemy powiedz, co sądzisz. - ceniła jej zdanie i gdyby Clearwater uznała, że jednak sprawa potrzebowała innego podejścia, razem wypracowałyby jakieś. Przez cały ten czas nie podnosiła głosu. Mówiła spokojnie i statycznie. A kiedy skończyła skierowała się w stronę drzwi. - Gotowa? - zapytała kiedy zbliżyła się już do wejścia do pomieszczenia w którym miał znajdować się mężczyzna.

ekwipunek na wytwórnię



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Stara wytwórnia pergaminu D
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]06.01.22 17:47
Miała na ten dzień inne plany, jednak list od Justine nie pozostawiał żadnych wątpliwości – pisała w ważnej sprawie, z poleceniem od góry, które nie cierpiało zwłoki. To nie była pierwsza sytuacja, w której musiała wykazać się elastycznością; działanie na rzecz Zakonu Feniksa przyzwyczaiło ją już do dynamicznie zmieniających się warunków, nieoczekiwanych wezwań w teren. Najpierw odpisała Tonks, ostrożnie przywiązując krótką odpowiedź do nóżki Barona, później naskrobała dłuższy list i posłała go z Artemizją do odległego Devon, przekładając umówione spotkanie na późniejszą godzinę. Co powinna ze sobą zabrać...? Potrzebowała kilku minut na krytyczne przejrzenie fiolek z posiadanymi wywarami, nie każdy mógł się przydać w trakcie przesłuchania. Już po chwili ściągała szatę ze skóry wsiąkiewki skórzanym pasem, na którym znajdowało się kilka niepozornych nakładek – te jednak bez problemu miały pomieścić lusterko, nie rozstawała się z nim od sylwestrowego wieczoru, kompas i wybrane eliksiry. Wolała dmuchać na zimne, choć była pewna, że Justine nie przybędzie na miejsce z pustymi rękoma. Na koniec poprawiła ułożenie precyzyjnie wykonanego talizmanu, pierścienia z piórem memrotka – nadal była pod wrażeniem kunsztu młodego Sprouta – po czym zgarnęła z kufra miotłę i bezzwłocznie ruszyła w drogę, to teleportując się, to lecąc.
Wiedziała, gdzie znajduje się wspomniana w liście stara wytwórnia pergaminu. Widok Lancaster odzywał się tępym, irytującym bólem, próbowała jednak nie myśleć o małym mieszkaniu, w którym niegdyś mieszkał Caleb, teraz zaś Kai – już sam, bez niej. Musiała skupić się na tu i teraz, jeśli nie chciała pozwolić sobie na głupi błąd, dyktowane nieuwagą potknięcie. – Justine – przywitała ją krótko, skinąwszy przy tym głową, kiedy już odnalazła znajomą czarownicę w wyłączonej z użytku części budynku. – Dobrze cię widzieć. Mam nadzieję, że nie czekałaś na mnie długo... Z kim mamy do czynienia? Co się wydarzyło? – Uniosła wyżej brwi, wciąż posługując się własną twarzą. Odstawiła miotłę na bok, oparła ją trzonkiem o ścianę i zaczęła ściągać z dłoni rękawiczki, palec po palcu. W ciszy wysłuchiwała raportu Tonks, niekiedy kiwając głową na znak, że wciąż słucha i przyjmuje wszelkie informacje do wiadomości. – Thomas Doe? – powtórzyła nagle, ostro, wykrzywiając usta w nieodgadnionym grymasie. Nie spodziewała się, że akurat teraz, akurat przy tej okazji, ponownie usłyszy nazwisko przyjaciela młodego Carringtona. Tego, którego akrobata nazywał mianem niebywałego tchórza. Już wtedy, gdy rozmawiali na jego temat na stadionie, miała wątpliwości – czego tak naprawdę chciał, co nim kierowało. Teraz zaś nie tylko chciał wydać jedną z nich w ręce szmalcowników, ale i posunął się do niewytłumaczalnej zbrodni, zabił dziecko. – To adorator Kerstin? – Idealny kandydat na męża, odarty z odwagi łgarz, teraz również morderca; westchnęła cicho, przelotnie spoglądając gdzieś w bok. – Rozumiem. To... komplikuje sytuację. Ten Doe, przyjaźni się również z Carringtonem. Do tej pory wolałam wierzyć, że to po prostu pechowy idiota, ale w świetle najnowszych informacji nie pozostaje nam nic innego, jak spojrzeć na jego historię pod zupełnie innym kątem... Rozmawialiśmy o nim na początku stycznia. Były gryfon. Częściowo mugolskiego pochodzenia. Policja zatrzymała go, kiedy próbował zarejestrować różdżkę, pewnie nałgał w formularzu na temat swoich przodków. Podobno był przesłuchiwany, pobity. Zaoferowali mu wolność za informacje o buntownikach – według tego, co mówił Carrington, Doe nazmyślał, żeby go puścili. Najwidoczniej był w stanie zabrzmieć na tyle przekonująco, żeby pozwolili mu odejść... I nie wrócili po niego, choć czas mijał, a władze mogły zweryfikować prawdziwość przekazanych informacji. Albo miał cholernie dużo szczęścia, albo naprawdę i celowo kogoś sprzedał. – Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że policja nie dopadła go za bezczelne mydlenie oczu naprędce wymyślanymi kłamstwami? To jednak mówiło im również coś jeszcze – że nie była to dla niego pierwszyzna. Że potrafił zmyślać, mamić, wodzić za nos. Czy tak samo było z Marceliusem? Padł ofiarą gierki oportunistycznego informatora? – Chcieli więcej nazwisk. Dostarczyłam Carringtonowi takie, które mogłyby skierować wzrok oficjeli w stronę czarodziejów, którzy niegdyś ochoczo nieśli pomoc mugolakom, dopiero po Bezksiężycowej Nocy postanowili opowiedzieć się po stronie radykałów... – Wobec kogo Doe był lojalny? I kiedy dokładnie go, ich, legilimentowano? Gdy Carrington stracił rękę? Cholera. Stąpali po kruchym lodzie, one zaś jak najszybciej musiały dotrzeć do sedna sprawy, i to za wszelką cenę. Skinęła głową na wzmiankę o dowolnym doborze środków; choć na tę myśl odczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku, w żadnym razie nie była zwolenniczką przemocy, to zdawała sobie sprawę, że czasem nie było wyboru. – Chcesz go postraszyć? W porządku. Też mam taki eliksir – mruknęła, odnajdując w kieszonce odpowiednią fiolkę. – Słyszałam, że opiekuje się młodszą siostrą, że nie mają innej rodziny... Możemy to wykorzystać. Podobno jest tchórzem jakich mało, naciski powinny zrobić swoje. Jeśli nie... Zostaje nam Veritaserum. Albo legilimencja. – Wymieniła z Justine porozumiewawcze spojrzenia, nim odwróciła się w stronę ściany i przymknęła powieki; nie zamierzała występować przed tym oślizgłym łgarzem jako ona sama, nie wiedziała, w jaki sposób zakończy się ich rozmowa, jednocześnie nie było czasu na poważniejsze, bardziej wymagające przemiany. Skupiła się więc na modyfikacji swoich rysów twarzy, wyostrzeniu ich, a także poszerzeniu nosa i dodaniu dołeczka w brodzie. Bez trudu przywołała z pamięci obraz kobiety, którą stworzyła na potrzeby bywania w terenie. – Hesper, Hesper Scrimgeour. Jestem gotowa – odezwała się po chwili tym samym głosem, prezentując towarzyszce swe nowe lico. Szybko wypiła zawartość wybranej wcześniej fiolki i ruszyła za Tonks do sali, w której przetrzymywano więźnia.

| Tutaj rzut na przemianę, wyglądam mniej więcej tak + jeśli mogę jeszcze wykonać drugą akcję, to wypijam eliksir grozy.
Tutaj podany został ekwipunek.

EM: 48/50


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]06.01.22 22:23
Justine zjawiła się na miejscu jako pierwsza, bez trudu odnajdując budynek starej wytwórni pergaminu; otoczony zewsząd drzewami, znajdował się w sporym oddaleniu od innych zabudowań, a chociaż sama okolica zdawała się opuszczona, to podchodząc do głównego wejścia, czarownica dostrzegła opartego o ścianę mężczyznę – ubrany w długi płaszcz i wełnianą czapkę, jak gdyby nigdy nic ćmił papierosa, prostując się dopiero na widok nadchodzącej kobiety. Musiał być wartownikiem, nie było innego powodu, by stał samotnie na mrozie; zatrzymawszy spojrzenie na Justine, skinął głową, odrzucając niedopałek w śnieg i przydeptując go butem. – Tonks. Szef uprzedził nas, że się zjawisz – odezwał się; Justine nie znała jego twarzy, musiał rozpoznać ją z plakatów. – Underhill – przedstawił się krótko, wyciągając w jej stronę rękę. – Będziesz sama? – zapytał, odwracając się i wskazując jej wejście. Otworzył drzwi, wpuszczając ją do środka – do długiego, pustego korytarza, w którym co prawda było niewiele cieplej niż na zewnątrz, ale stare ściany chroniły od wiatru i wilgoci. – Znaleźliśmy chłopaka jakieś pięć mil stąd, na brzegu rzeki Lune – był cały przemoczony i ledwo żywy, złamana ręka, rana w brzuchu. Trafiło go jakieś czarnomagiczne paskudztwo, chwilę nam zajęło, zanim cofnęliśmy zaklęcie – streścił krótko, w miarę, jak mijali kolejne zamknięte pokoje, wreszcie docierając do jednego nieco większego, w którym stało kilka drewnianych biurek pochodzących – podobnie jak krzesła – z zupełnie różnych kompletów. Przy paru z nich siedzieli młodzi mężczyźni, pochylając się nad zapisanymi odręcznie pergaminami; kiedy Justine i Underhill weszli do środka, skinęli im głowami. – Miał szczęście, że zatrzymał się na gałęzi, inaczej prąd zabrałby go Merlin-wie-gdzie. Dzieciak – westchnął ciężko – był obok niego, wykrwawił się, zanim do nich dotarliśmy. Rana na karku, od noża – nieudolna, gdyby nie rzeka i mróz prawdopodobnie dałoby się go jeszcze odratować. Mógł mieć co najwyżej czternaście lat. Szukamy jego rodziców – streścił, pocierając dłonią pokryty kilkudniowym zarostem policzek. – Zrobiliśmy z jednego z pomieszczeń tymczasowy areszt, o tam – dodał, wskazując Tonks odpowiednie drzwi.
Maeve dotarła do wytwórni niedługo później; obie Zakonniczki miały jeszcze chwilę na wymianę informacji. Metamorfomagiczna przemiana pozwoliła czarownicy na zmianę swoich rysów, a kiedy do jej gardła spłynął chłodny eliksir, w jej oczach coś się zmieniło – pociemniały, zdawały się groźniejsze, bardziej przenikliwe; nawet Justine – mimo że doskonale wiedziała, że Maeve była po jej stronie – patrząc na nią poczuła dziwny, trudny do opisania dyskomfort; coś ścisnęło ją w klatce piersiowej, niepokój, którego źródła nie potrafiła jednoznacznie określić.

Thomas przez chwilę jeszcze pozostawał sam na sam z własnymi myślami, zalewany powracającymi stopniowo wspomnieniami; nie wiedział, gdzie się znajdował – ani jak długo, choć zdawał sobie sprawę, że musiało minąć trochę czasu. Uniesienie skutych kajdanami rąk do twarzy wywołało kolejną falę bólu, ręka – choć zaleczona – wciąż była obolała, a próby oswobodzenia się nie przyniosły żadnego skutku: na gładkich obręczach brakowało zamka czy czegokolwiek, o co można by zaczepić zęby, a im bardziej Thomas starał się przecisnąć dłonie przez okrągłe otwory, tym te wydawały się mocniej zaciskać na jego nadgarstkach. Stanięcie na własnych nogach zakończyło się zawrotami głowy, udało mu się też zrobić zaledwie dwa kroki, gdy kajdany na kostkach pozbawiły go równowagi; runął jak długi na drewnianą podłogę, poły płaszcza zaplątały mu się między kolanami, ciałem szarpnął ból.

W tym samym czasie otworzyły się drzwi – a do środka weszły dwie kobiety, spoglądając na Thomasa z góry; posiniaczony i ubrany w niesamowicie brudny płaszcz, przedstawiał sobą widok co najmniej żałosny. Jeśli spojrzał w górę, był w stanie dostrzec twarze czarownic, jedną z nich od razu rozpoznając z rozwieszonych po mieście plakatów. Druga, ciemnowłosa, była dla niego obca – a coś, co błyszczało w jej oczach sprawiało, że spojrzawszy na nią, chciał natychmiast odwrócić wzrok. W jej tęczówkach czaiła się groźba, cień, który u Thomasa wywoływał lęk – sprawiając, że przez moment czuł się tak, jakby znów znalazł się w podziemiach, o krok od niechybnej śmierci.

Mistrz gry wita Was serdecznie! Czas na odpis wynosi 48 godzin, piszecie w dowolnej kolejności.

Obrażenia i żywotność Thomasa: 120/220 (-20 do kości)
- 50 (psychiczne) - zmęczenie, osłabienie, migrena;
- 30 (tłuczone) - pobieżnie zaleczone złamanie ręki;
- 20 (kłute) - pobieżnie zaleczone rany kłute klatki piersiowej, zranienie na szyi.

Działające zaklęcia i eliksiry:
- Esposas (Thomas);
- Eliksir grozy (Maeve) - 1/5 tur, +27 do zastraszania;
- Maeve znajduje się pod zmienioną postacią.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stara wytwórnia pergaminu Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]07.01.22 17:24
Jeszcze przed wytwórnią dostrzegła stojącego mężczyznę. Nie zwolniła kroku, kiedy jej jasne spojrzenie zawisło na nim i właściwie nie odsunęło się od niego do czasu, aż podeszła. Odpowiedziała krótkim skinieniem głowy. Nie dziwiło jej, że byli uprzedzi o tym, że miała się pojawić. Uścisnęła jego dłoń po raz kolejny skinając. Nie przedstawiała się, skoro widocznym było, że tą informacje o niej już posiada. Choć ona sama widziała go po raz pierwszy.
- Nie. - odpowiedziała zwięźle wchodząc do środka. Maeve miała pojawić się w niedługim czasie. Potwierdziła swoją obecność, więc była pewna, że się zjawi. W milczeniu wysłuchała tego, co mówił na chwilę marszcząc brwi. Odpowiedziała na przywitanie tych, co znajdowali się w środku wędrując dalej. Przeniosła spojrzenie na wskazane drzwi i jeszcze raz skinęła głową. - Założyliście na nie Incancare? - zapytała jeszcze. W oczekiwaniu na Clearwater oparła się o jedną ze ścian. Zaplotła dłonie na piersi zamyślając się nad tym, czego się dowiedziała i co już wiedziała.
- Niestety. - mruknęła, kiedy Mareve ze zdziwieniem odniosła się do sprawy Kerstin. Im dalej sprawa się rozwijała, tym mocniej zaczynała jej cuchnąć. Zerknęła ku niej, kiedy wspomniała nazwisko Carringtona, unosząc jedną z brwi ku górze. Marszczyła brwi, kiwnęła krótko głową kiedy mówiła o przekazaniu informacji. - Ma też brata. - przypomniała sobie o podbitym oku Sprouta. - Musi wiedzieć, że nie żartujemy. I powiedzieć nam to, co chcemy się dowiedzieć. - określiła krótko. Na tym im zależało.
- Miło cię poznać, Hesper. - mruknęła, unosząc kącik ust ku górze. Obserwowała jak wypija eliksir, czując jak nieokreślony dyskomfort rozpala się gdzieś w niej. Zmarszczyła trochę nos. Cholerstwo działało. Wstrzymała się z wypiciem swojego. - Spróbujmy tak. - powiedziała w krótkim wytłumaczeniu, czemu jednak zaniechała swojego pomysłu. Chwilę później stawiała pierwszy krok w pokoju. Krytyczne spojrzenie zmierzyło jednostkę na podłodze.
- Mam nadzieję, że to na spotkanie z nami się spieszyłeś Doe. - powiedziała na powitanie wchodząc głębiej do pomieszczenia. Wyciągnęła różdżkę i machnęła nią w niewypowiedzianym geście i niewypowiedzianej inkantacji. Wiedząc, że Maeve znajdzie się zaraz za nią. Włożyła dłonie w kieszenie rozpiętego teraz płaszcza. Miała na sobie spodnie, na górę założyła jasny większy sweter, tym razem bez golfa. Specjalnie i z rozmysłem związała jeszcze w domu włosy. Kucyk na czubku głowy związany rzemieniem, nie miał na celu upiększenia jej prezencji. Chodziło o tatuaż - pozostałość na Azkabanie. Miało być go widać. Dokładnie tak samo, jak bliznę na czole. W oczach widocznie tliła się złość. - Ulżyło Ci, na widok dwóch kobiet? - zapytała chociaż nie czekała na jego odpowiedź. - Przedwcześnie. - zapewniła go z powagą. - To Hesper. - przedstawiła Maeve wskazując na nią brodą. - Powiem ci jakie masz opcje, zechcesz zająć wcześniejsze miejsce, czy tu gdzie jesteś jest ci wygodnie? - zapytała spoglądając na niego z góry. Nie spuszczając z niego jasnych, wwiercających się w niego tęczówek. - Mamy sporo pytań i oczekujemy prawdziwych odpowiedzi. - podkreśliła mocniej wypowiedziane słowo. - Cała ta rozmowa może się odbyć w… - zawiesiła na chwilę głos. - powiedzmy prawie przyjacielskim tonie. - pomijając to, że jesteś zakuty w kajdany. Ale to jedynie mała niedogodność. - Albo zmusimy cię, żebyś powiedział nam to, co chcemy wiedzieć. I nie będzie to zbyt przyjemne. Albo same znajdziemy w twojej głowie to, czego potrzebujemy. I to też do przyjemnych nie należy. - przedstawiała mu opcje, była przecież tą miłą, prawda? Choć wcale na taką nie wyglądała. Wygięte wargi, nadal zwyczajnie za chuda. Podeszła tak, by znaleźć się przed nim i zrównać z nim swoją twarz. - Zanim przyjdzie Ci do głowy jakiś pomysł, pozwól nadmienić, że nie lubimy z Hesper kiedy ktoś próbuje nas okłamać, prawda? - zapytała zerkając ku kobiecie. - I jest wiele sposób żeby wiedzieć kiedy ktoś tego próbuje. Dla przykładu, wiesz, że tętno człowieka przyśpiesza, kiedy ten zaczyna kłamać? - zapytała przekrzywiając odrobinę głowę na bok, mrużąc oczy. - Kiedy weszłam, rzuciłam na ciebie zaklęcie które je mierzy. A to dopiero początek. Są eliksiry, ból, czy też obawa. - dodała pokrótce. - Zapomniałam o czymś? - spytała Meave zerkając ku niej i powracając do wcześniejszej pozycji. - Myślę, że możemy przejść do momentu w którym Hesper powie Ci, co chcemy wiedzieć. - a ty lepiej, żebyś grzecznie odpowiadał. Nie miało znaczenia, że coś łączyło go z Kerstin. Była w stanie poświęcić wszystko, jeśli wymagała tego sprawa. O to, żeby nie zobaczył jej więcej, postara się później sama. Teraz ważniejsze było to, co Harold kazał im zbadać.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Stara wytwórnia pergaminu D
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]07.01.22 18:54
Odnotowała informację na temat kolejnego krewnego więźnia, jakiegoś brata – czyżby Marcel o nim nie wiedział? Czy raczej celowo przemilczał jego istnienie, by łatwiej nakłonić ją do przekazania pożądanych informacji? Nie, to wątpliwe – przecież zauważyłaby, że kłamie. – Rozumiem – odpowiedziała tylko, gdy Tonks podkreśliła, że muszą nakłonić go do mówienia. Nie mogły pozwolić mu odejść, lub umrzeć, dopóki nie wyśpiewa całej prawdy. A była to jedynie kwestia czasu: jeśli nie rozwiążą mu języka perswazją, zrobi to Veritaserum. Do pomieszczenia, w którym przetrzymywano Doe, weszła jako druga – zamierzała pozwolić Justine rozpocząć, a później dostosować się do sytuacji i narzuconego przez nią tonu. Uniosła wyżej brew, gdy jej oczom ukazała się rozciągnięta na podłodze, odziana w brudne szaty sylwetka Thomasa. Zaraz za nim stało krzesło, krzesło, na którym musiał jeszcze przed chwilą siedzieć. Czyżby próbował... uciec? Nie podobała mu się cela? A może magiczne kajdany?
Zajęła się zamknięciem drzwi – jeśli będą potrzebować asysty, zawsze mogła udać się po Underhilla, teraz jednak towarzystwo było im zbędne – po czym wsparła o ścianę, krzyżując przy tym ręce na piersi, czekając aż chłopak dźwignie się z podłogi. No chyba, że wolał kontynuować rozmowę w tej pozycji. Gdy została przedstawiona jako Hesper, złożyła usta w nieprzeniknionym, pozbawionym wesołości uśmiechu; wciąż milczała, nie spuszczając pojmanego czarodzieja z oka. Nie sprawiał wrażenia osoby, która mogłaby uknuć skomplikowaną intrygę, balansować między środowiskami, by pozyskiwać kolejne informacje i napychać sobie w ten sposób sakiewkę – w tych czasach nie brakowało chciwych, bogacących się na krzywdzie innych kanalii – lecz może właśnie o to chodziło, o uśpienie ich uwagi grą pozorów. A nawet jeśli faktycznie był po prostu półgłówkiem, to nadal mógł zagrozić tym swoim brakiem inteligencji lady Macmillan, Carringtonowi, Tonksom, a przez to – ich sprawie.
Pokręciła krótko głową, gdy towarzyszka wciągnęła ją w monolog. Nie, miała rację; Doe mógł porozmawiać z nimi po dobroci, tak jak mu to uprzejmie zaproponowała, lub przygotować na inne środki perswazji. Jeśli nie w pełni uzasadniony strach o bliskich, to ból. Jeśli nie ból, to działanie serum prawdy. To było wszystko, czego potrzebowały, by go złamać.
Przede wszystkim chciałybyśmy usłyszeć, co się wczoraj wydarzyło. Dokładnie, nie szczędź nam szczegółów. Mamy czas. – Przekrzywiła lekko głowę, przestając podpierać ścianę, zamiast tego podchodząc krok bliżej; nie za blisko, jednak wystarczająco, by wyraźnie wysunąć się do przodu. Mówiła ze spokojem, lecz w jej głosie dźwięczała stanowcza nuta, która w połączeniu ze złowróżbnym błyskiem w oku nie pozostawiała wiele miejsca na domysły; to nie były żarty. Nie zginął wczoraj, nie porwała go lodowata rzeka, lecz czy miał dożyć kolejnego poranka? – O odnalezieniu kryjówki szmalcowników, o tym, jakie łączą cię z nimi relacje... – Bo przecież musiały o to zapytać. Cokolwiek usłyszała lub zobaczyła Prudence, najwyraźniej sugerowało to, że Doe nie był im obcy. Zdradził się zachowaniem? – O tym, co musiałeś zrobić, by otrzymać pracę u lady Macmillan... Skąd ją znasz? Dlaczego ci na tym zależało? – Wiedziała, co powie: że chodziło o pieniądze. Trudno jednak było nie dostrzegać w tym niezwykle wygodnego zbiegu okoliczności. Rzekomy adorator Kerstin, pracownik opowiadającej się po stronie Zakonu Feniksa szlachty, a jednocześnie regularnie trafiający do Tower tchórz, morderca bezbronnych dzieci. Odrażająca gnida. – Tak dobrze płacili za... cokolwiek dla nich robiłeś... czy raczej pragnąłeś czegoś więcej? Czegoś dużo cenniejszego, co mogłoby kupić tobie i twoim bliskim spokój. Plotek? Informacji? Żebyś mógł nimi szastać na kolejnym przesłuchaniu w Tower? – Uniosła wyżej brwi, a kącik ust drgnął jej w czymś, co mogłoby przypominać uśmiech – tak samo wyprany z uczuć, co ten wcześniejszy. – Zastanawia mnie również ten martwy chłopiec, którego zabiłeś... Ty, własnoręcznie, nie szmalcownicy. Powiesz nam, czym zawinił? – I ona odebrała komuś życie; Perrot był jednak gnidą jakich mało, Doe zaś podniósł rękę na kogoś znacznie słabszego, na dziecko. I łudziła się, że wyrzuty sumienia będą go męczyć dzień po dniu, aż do samego końca. – Chciałabym wiedzieć, co przekazać twojej siostrze, kiedy już będę z nią rozmawiać. No i Kerstin. Ale to raczej zadanie dla Justine. – Obejrzała się przez ramię na blondynkę, przelotnie podchwytując jej spojrzenie; chciała się w ten sposób skomunikować, skonsultować bez słów. Nie musiała grozić wprost, by pobudzić jego wyobraźnię; czasem wystarczyła zwykła sugestia, niedopowiedzenie.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]07.01.22 19:36
Zaklął po romsku, kiedy tylko usłyszał otwierane drzwi, chcąc się pierw poderwać z ziemi, ale szybko zrezygnował z tego zamiaru, widząc Justine. Nieco się uspokoił, choć stanowczo bardziej przypominał wystraszonego dzieciaka niż wielkiego buntownika. Skąd miał wiedzieć czy to była Tonksa? Widział w końcu co można było zdziałać przy pomocy transmutacji, a nawet metamorfomagii - skąd miał wiedzieć czy to nie był ktoś z umiejętnościami Thalii? Tym bardziej, że w drugiej osobie spodziewał się zobaczyć może Michaela, a może kogoś innego z plakatów? A jednak nie, była to kobieta, której nie był w stanie skojarzyć w żaden sposób.
Jednak szybko odwrócił od niej wzrok, czując jak stres go zaczął ściskać. Było mu słabo i niedobrze. Może zaczynał czuć głód? Stres, ból. Te wspomnienia... Dlaczego tak nagle wypełniały jego głowę? Tym bardziej, kiedy obie kobiety zaczęły do niego mówić.
Nie podniósł się, jedynie kręcąc lekko głową na słowa Justine. Nie miał siły, nie chciał się podnosić, czując że to wywoła u niego tylko więcej bólu. Leżąc na ziemi... po prostu mogło być łatwiej. Nawet jeśli mniej wygodniej. Zresztą, było to też mniej wygodniejsze dla nich.
I kiedy się stresujesz, kiedy się cieszysz, kiedy robisz wszystko inne... przeszło mu przez myśl, kiedy kobieta wspomniała o tętnie. W końcu przede wszystkim, jeśli miał jakikolwiek talent w życiu, było to właśnie kłamanie. Musiał dobrze grać, dobrze udawać i łgać - panować nad takimi rzeczami. I może dlatego teraz zdecydował się leżeć na ziemi, czując że tak mu będzie łatwiej uspokoić swój oddech, kiedy był przyparty do niej; kiedy czuł coś innego niż sam ból.
Macmillan. Złapali ją? Nie, nie wiedzieliby... a może ją rozpoznali? Może wiedzieli, że coś kręcę, bo pokręciłem imię? Szlag!
Starał się być spokojny, bardziej zrelaksowany. Starał się udawać, nawet jeśli w jego głowie był czysty mętlik, przez który przedzierały się wszystkie słowa kobiet. Wodził wzrokiem to w kierunku jednej, to drugiej i nie mógłby wyglądać bardziej żałośnie w tym momencie. Wciąż jeszcze chłopięcy, na ziemi i obolały, umorusany nie wiadomo czym.
Siostra. Co z Jamesem? Nie wiedzą o nim? Szlag! Może... może sprawdzili moją różdżkę? Jak wielu Doe mogło być zarejestrowanych w Londynie...
Kolejne wątpliwości. Czy byli prawdziwi? W czyich rękach był? Zakonu czy to po prostu znów rząd z nim grał? Może chcieli mu coś zaoferować, wyciągnąć informacje... Może...
- Henry - rzucił bezwiednie przeszkadzając Hesper, zanim zdążyła powiedzieć, chociaż na samo wspomnienie tego jak unosił, jak wbijał sztylet, znów ścisnęło mu mocniej w żołądku. Odwrócił wzrok. Mógł im zaufać? Mógł im powiedzieć? Nie był pewny, nie wiedział tego. Mógł zaryzykować, ale jeśli zacznie mówić złym osobom... - Miał na imię Henry. Ten chłopiec. Reszta żyje..? - dopytał jeszcze ciszej, nie patrząc na nie, odwracając wzrok, bo w oczach znów mu się zaszkliło. Szlag, nie mógł płakać! Nie teraz, nie tutaj...
Co przekazać siostrze...
- Że nie żyję. Co za różnica? Zabijecie mnie czy macie zamiar torturować? A może zawołacie Sallowa, żeby mi wlazł do głowy? - rzucił ostrzej, starając się wybrzmieć groźniej - twardo, jakby się nie bał, nawet jeśli wydawało mu się, że był coraz bardziej zrezygnowany. Chociaż przede wszystkim próbował wyczuć z kim miał do czynienia, dlatego rzucił tym nazwiskiem, niepewnym spojrzeniem oczekując reakcji. Co miał do stracenia? Jak miałby powiedzieć siostrze, że kogoś zabił? Jak miałby spojrzeć Kerstin w oczy po tym? Szlag. Nie mógłby, nie potrafiłby. A tak może zadbać chociaż o to, żeby nie sprzedać informacji.
Kolejny uścisk. Czuł ciepło, czuł że za moment się rozpłacze. Ale nie mógł tego zrobić, nie teraz. Cholera!
Chciał wiedzieć tylko tyle. Czy reszta przeżyła... Bo Henry... Może jeśli oni przeżyli? Może gdyby pomyślał szybciej, przekazał im torbę, może i Henry... Może wyszliby z tego bez szwanku? Chciał tyle wiedzieć - czy te dzieciaki żyją. Czy udało mu się powstrzymać tych szmalcowników?
- Jeśli jesteście z zakonu to czemu mnie pytacie? Nie możecie zapytać lady, skąd mnie zna? Potrzebujecie ode mnie usłyszeć, że pracowałem dla kogoś? - mówił cicho, z wyrzutem, jakby zrezygnowany. Czym się różniła ta sytuacja od tego, co przeżywał w Tower? Był lepiej traktowany, ale na jak długo? Mieli założenia, że coś zrobił - że był jakiś i miał jakiś cel. - A może chcecie wiedzieć jak załatwiłem czwórkę waszych, co? Biedny Travis nie pokopie nikogo w Tower już, brakuje wam strażnika? - dodał, może tylko odrobinę mając zamiar ich sprowokować. Przecież nawet nie był pewny co się stało z tymi szmalcownikami! Ale mógł grać. Jeśli te dzieciaki przeżyły, na pewno choć minimalnie musiał ich powstrzymać...
Miał jedną szansę. Jak za każdym razem musiał pierw się rozeznać półprawdami, w jakiej był sytuacji i gdzie. Jeśli to byli rządowi, jeśli to oni go złapali... Musiał pokazać, że nie da się, że jest ponad to. Ślepy strzał, nie da się wciągnąć w ich gierki. Jeśli to Zakon... to cokolwiek nie powie będzie bezpieczne. Ale jeśli to rządowi, musi sprowokować, żeby go szybciej zabili. Nie mógł przecież dać wyciągnąć z siebie informacji o Marcelu czy o Tonksach. W końcu Marcel za niego próbował poręczyć, nawet jeśli był niemalże pewny, że miało to miejsce wyłącznie ze względu na Jamesa.


Stara wytwórnia pergaminu EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Stara wytwórnia pergaminu AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]08.01.22 14:57
Spoglądała na niego z góry, unosząc jedną z brwi, kiedy pokręcił głową postanawiając pozostać na podłodze. Wyglądał jak siedem nieszczęść, ale nie miała w swoim spojrzeniu ani krzty litości. W tym momencie, nie zasłużył nawet na jej gram. Milczała, kiedy padło pierwsze pytanie. Milczała wpatrując się w niego z tą samą miną, kiedy pytał dalej. Dzieciak nie rozumiał widocznie, że nie jest w punkcie w którym może zadawać jakiekolwiek pytania. Jeśli wciąganie w dyskusje partaczy z Ministerstwa i Tower działało pewnie postanowił spróbować tego samego z nimi. Tylko że one były kimś zupełnie innym. Może dlatego nie wiedzieli - a może dlatego dali się zwieść chłopakowi wcześniej za obietnicę informacji, bo w murach Ministerstwa nie pozostał ani jeden auror. Pewnie kilku wiedźmich strażników. Jedyne co zrobiła to wyciągnięcie rąk z kieszeni i zaplecenie ich na piersi. Nie pozwoliła, żeby drgnął jej mięsień na twarzy kiedy wspomniał Sallowa. Castor też o nim wspominał wcześniej - wtedy w ogrodzie domu Bathildy Bagshot. Pytania, jedno za drugim. Czemu pytają jego? Dlaczego interesuje ich to dla kogo pracuje? Czy jak załatwił czwórkę ich? Milczała, rozkładając na czynniki padające słowa. Wychodzące na wierzch zwątpienie. Jego zwątpienie, a może niewiedzę odnośnie tego z kim ma do czynienia. Nie mogły mu odpowiedzieć - właściwie nie powinny. Przynajmniej nie na większość. Ale myśleniem też się nie popisał. Nie byli tutaj na przyjacielskiej pogawędce. Nie prowadzili dialogu. Nie otrzyma żadnej informacji z zewnątrz, przynajmniej nie takiej, o którą sam zabiegał. Jeśli wcześniej jakieś dostawał mogło to jedynie świadczyć o nieudolności tych, którzy z nim pracowali. Nie dziwiło jej też to tak nadto. Najlepsze osoby znajdujące się w strukturach Ministerstwa Magii w większości opowiedziały się po stronie prawowitego Ministra. Biuro Aurorów nie funkcjonowało już w strukturach obecnego rządu, bo żaden auror, który swoje życie poświęcał na zamykanie czarnoksiężników, nie zgodziłby się pracować pod ich jarzmem. Poza tym, większość z nich zostałaby zabita, albo zamknięta za wszystkich tych, których w przeszłości udało im się złapać.
Kiedy wspomniał o Tower westchnęła przeciągle zbliżając się znów kilka kroków. Stając nad nim, wyciągając różdżkę. Kucnęła obok, obracając w palcach różdżkę, którą wcześniej miała.
- Na twoim miejscu, nie próbowałabym grać na zwłokę. Hesper ma mniej cierpliwości niż ja w takich przypadkach. - zapowiedziała mu w końcu przestając obracać jasną osikową różdżkę. - Przy murze byłam miła, ale nie bez powodu znajduje się na plakatach. - nachyliła się odrobinę bliżej. Była pewna, że mógł go dostrzec, wbijający się na jasnej skórze ciemny tusz tatuażu. W oczach trudno było odnaleźć jakieś emocje. - Wyjaśnię ci dokładniej, jak wygląda sprawa ostatni raz. My pytamy… - wskazała na siebie trzymaną różdżkę. - ...ty odpowiadasz. - leniwym gestem przekręciła rękę, żeby końcówka różdżki wbiła się w jego policzek kiedy odpychała się podnosząc się znów do pionu.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Stara wytwórnia pergaminu D
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]11.01.22 11:21
Henry – powtórzyła po nim chłodno, zarówno po to, by zapamiętać imię tragicznie zmarłego młodzieńca, jak i podkreślić, że nie mieli do czynienia z liczbą, statystyką, bezimiennym nieznajomym, a konkretną osobą. Nastoletnim chłopakiem, który zginął z jego ręki, a który już zawsze miał odzywać się wyrzutem sumienia, uparcie powracającym koszmarem. No chyba że miały do czynienia z wypranym z uczuć, niewrażliwym na krzywdę innych sadystą – tego jednak miały się dowiedzieć, w swoim czasie. Nie skomentowała tego, że wszedł jej w słowo; w odpowiedzi uraczyła go tylko surowym, ostrzegawczym spojrzeniem zmrużonych kocio oczu, wciąż pociemniałych od wypitego eliksiru. Solidarnie milczała, nie mając najmniejszego zamiaru odpowiadać na zadawane przez więźnia pytania – czy taka właśnie była jego decyzja? Nie chciał mówić po dobroci? Wolał stawać okoniem, próbować odwracać sytuację, nieudolnie pociągnąć je za język...? Dobre sobie. Ze stoickim spokojem obserwowała jego reakcje, wszędobylskim wzrokiem zapoznając się z mimiką, z odruchami, z intonacją głosu, by w ten sposób zebrać odpowiednio dużo informacji na temat ich aresztanta, a w końcu również przejrzeć pozory. Wszak po to mówiła o jego ofierze, o kobietach, na których – podobno – miało mu zależeć, by uderzyć w czułą strunę, utrudnić zachowanie kamiennej twarzy. A przy okazji przekonać się, czy wzmianka siostry i Kerstin zrobi na nim jakiekolwiek wrażenie. Jednak fakt, że wciąż uparcie zalegał na podłodze, niejako utrudniał dokonanie skrupulatnych oględzin.
Chcecie wiedzieć, jak załatwiłem czwórkę waszych, co?
Żałowała, że nie może teraz wymienić z Tonks porozumiewawczych spojrzeń – jeśli naprawdę pozbył się czwórki szmalcowników, choć brzmiało to doprawdy nieprawdopodobnie, wiedziała przecież, jakie stanowili zagrożenie, nie miała zamiaru narzekać. Jednak szanse, by dał sobie z nimi radę sam, w pojedynkę, były bliskie zeru. Z tego, co o nim wiedziała, posługiwał się raczej cwaniactwem niż różdżką. A już na pewno – nie głową. Młody, zapewne również niedoświadczony, wyciągany za uszy z problemów przez wciąż dorastającego do rozgrywającej się wokół wojny Carringtona... Myślał, że ma do czynienia z Ministerstwem, czy już na wstępie pogubił się we własnej grze? Jego rzekoma słabość bo panny Tonks była na tyle znana w świecie, że więzienni strażnicy mieliby o niej wiedzieć? Gdyby rozmawiał z ludźmi Malfoya, czy naprawdę pytaliby, jak wyglądają jego relacje ze szmalcownikami...?
Kiedy Justine pochyliła się nad więźniem i wbiła mu różdżkę w policzek, artykułując przy tym swe ostatnie ostrzeżenie, ona postanowiła opuścić pomieszczenie, lecz ledwie na chwilę – zaraz wróciła w towarzystwie  dwóch bojówkarzy, którym brodą wskazała wciąż leżącego na podłodze Thomasa. Wierzyła, że mężczyźni bez trudu dźwigną go, choćby wyrywał się i stawiał opór, a także usadzą na krześle, tym samym ułatwiając prowadzenie dalszej rozmowy. I obserwacji. A kiedy znów zostali we trójkę, tylko one dwie i wyglądający niczym siedem nieszczęść Doe, podeszła bliżej, blisko, nachylając się i spoglądając mu w zaszklone oczy. Trwała tak przez minutę lub dwie, próbując przewiercić go na wskroś tym nachalnym, ciężkim wzrokiem; miewała już przecież do czynienia z gorszymi gnidami. A potem wyprostowała się i bez żadnego ostrzeżenia zamachnęła, dłonią celując w policzek spętanego łańcuchami więźnia. To nie był czas na trajkotanie, na zadawanie pytań. Przynajmniej nie dla niego. – Przestań mleć ozorem. Mówiłam, że mamy czas... To jednak nie oznacza, że powinieneś go marnować, Doe – powiedziała cicho, niby to spokojnie, lecz z groźbą czającą się między kolejnymi zgłoskami. Nie musiały wchodzić mu do głowy, być Sallowem, by poznać prawdę. Albo by sprowadzić na niego cierpienie. Inna sprawa – ile wyśpiewał tej ministerialnej żmii. – Twoja siostra może usłyszeć, że nie żyjesz. Może nawet będzie to prawda, jeśli nie weźmiesz sobie do serca słów Tonks, nie zaczniesz z nami rozmawiać z własnej woli... – Uśmiechnęła się przy tym surowo, obracając między niecierpliwymi palcami drewienko swej różdżki. Wciąż stosunkowo nowej, jednak już zaufanej, wiernej, niezawodnej. – Dlatego radziłabym ci się skupić i zacząć odpowiadać na nasze pytania. Wiemy, że chciałeś oddać lady Macmillan w ręce szmalcowników, wiemy też, że zabiłeś Henry'ego. Wszystko przemawia przeciwko tobie i coraz bardziej wyglądasz nam na kreta... Co się wczoraj wydarzyło? – powtórzyła dobitnie, racząc go kolejnym uważnym spojrzeniem.

| Eliksir grozy 3/5 tur, +27 do zastraszania[bylobrzydkobedzieladnie]


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.


Ostatnio zmieniony przez Maeve Clearwater dnia 11.01.22 13:05, w całości zmieniany 1 raz
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]11.01.22 12:19
Starał się na nie nie zerkać, nie patrzeć, bo w taki sposób było mu łatwiej. Ignorować. Nie wiedział czy powinien cokolwiek mówić... Nie grał nawet na zwłokę! Nie chciał... po prostu...
Nie był pewny czego. Nie chciał sprzedać informacji rządowym. Tak po prostu. Nie chciał zrobić tego znów, bo miał za dużo prawdziwych informacji i obawiał się, że zostaną z niego wyciągnięte siłą. O tym, gdzie przebywała Kerstin i z kim była spokrewniona, o tym co robił Carrington... I co go łączyło z Sallowem? Chociaż wciąż nie był pewny czy przyjaciel miał na myśli to co zrozumiał wtedy z jego kłótni z Jamesem, zanim wyszedł za siostrą.
To były niewielkie informacje, ale doświadczony w kłamaniu Thomas wiedział jak niewiele wystarczy, żeby coś wykorzystać. Skrawek informacji, dziwne specyficzny.
Mur. Wie o murze... zaraz zauważył, zagryzając wargę, kiedy w jego policzek po tym została wbita różdżka. Zerknął na nią, zaraz odwracając wzrok. Złapał go Zakon? Jeśli tak, to co było z dziećmi..? Henry nie żył. A reszta? Udało im się uciec? Wyłowili go z rzeki?
Nie zauważył, kiedy druga wyszła z pomieszczenia, chociaż kiedy wróciła z dwoma mężczyznami momentalnie sam zaczął spróbować się podnieść. Jego ciało i umysł jakby za dobrze pamiętały pobicia przy przesłuchaniu i mimo, że obolałe ciało się stanowczo sprzeciwiało, spróbował poderwać się samemu, choć przez skucie było to i nieumiejętne, i nieporadne.
Jednak to nie miało miejsca. Nie pobili, go nie skopali. Nie wydawali się tylko czekać na to aż go skopią tak jak ci w Tower.
Sam nie wiedział jakie emocje nim zawładnęły. To był mętlik, to było wszystko na raz! Strach, coraz głębsze poczucie winy. Nie dał rady im pomóc. Nie mówiły o dzieciach... Żyły? Nie znaleźli ich?
Jednak spojrzenie Hesper potraktował jako wyzwanie. Nie odwrócił wzroku, mimo że chciało mu się płakać. Próbował się uspokoić, udawać równie groźnego, choć wyglądał jedynie żałośnie przez sytuację, w której się znalazł. Oddychał nieregularnie, nie potrafił usiedzieć nieruchomo, co jakiś czas kręcąc dłońmi - ale nie próbując się wydostać. Bardziej czuł cały stres, który chyba pierwszy raz od wczoraj znajdywał ujście w drobnych ruchach czy podrygach nogi. Ale przede wszystkim chciał jej pokazać, że też potrafił być straszny - nawet jeśli czuł się w duchu przerażony równie mocno co jak podczas rzucania podobnego wyzwania wczoraj Travisowi.
Nie zdążył zareagować w żaden sposób, zaciskając mocniej usta. Piekł go policzek po uderzeniu, poczuł to stanowczo za mocno, a przecież już nie raz i nie dwa był pobity. Podbite oko, złamane żebro - Marcel wyraźnie zadbał o jego odporność na podobne ataki.
- Nie chciałem oddać lady Macmillan! Nie użyłem jej imienia, ani nazwiska, okej? Pojebałem się, kurwa! Raz... Zapomniałem jak się przedstawiła. Powiedziałem Emily zamiast Emmy! - zaraz wyrzucił z siebie, kiedy skończyły mówić. - Nie sprzedałem... nie próbowałem jej sprzedać! Zabi.. zabiłem Henriego - dodał z wyraźnym trudem, ciszej, odwracając wzrok. Bolało go to, bo wiedział, ze zjebał. Chciał mu pomóc, chciał go wyciągnąć i znaleźć dla niego pomoc! - Oh, może gdybym nie został tam sam to byście się dowiedziały od jakże odważnej lady, co? Jak zostawiła i mnie, i szóstkę dzieciaków, i Henriego? - warknął czując buzującą w nim złość i bezradność. Szarpnął mocniej kajdankami, czując że musi się jakoś rozładować, jakkolwiek. Wszystko go bolało, a im dłużej był obudzony tym bardziej czuł skutki wczorajszej adrenaliny, skutki głodu i wychłodzenia. Czuł się bardziej zmęczony, bardziej zrezygnowany i zły. Czuł się zdradzony! Nie chciał jej sprzedać, chciał po nią wrócić, ale zaczęła opowiadać o pieniądzach i dyskutować z nimi jakby nie wiedziała, że to ostatnia rzecz, którą robisz! Nigdy nie rozmawiasz z takimi ludźmi o pieniądzach!
- Poleciały zaklęcia, kiedy zaczęła uciekać - kto będzie wiedział czy rzucałem je też za nią, czy nie? Nie mogłem pozbyć się własnej przykrywki! - Wywiązała się... walka, dzieci się rozbiegły. Dwóch było nieprzytomnych... tych ludzi. Jeden był chyba spokrewniony z laską, zajął się nią. Drugim był... Travis... To jest strażnik więzienny. Rozpoznał mnie, bo byłem w Tower trzy razy, okej? Nie znam go... - mówił, choć dość chaotycznie, wbijając wzrok w podłoże. Próbował się skupić. Bombarda, lamino, czarna dziura... Eliksir, jego ręka.
Syknął czując jak głowa go bolała od ilości zamieszania i zaklęć.
- Tam był... kominek? Tak mi się wydaje, sieć fiuu. Ona tym uciekła... Te dzieciaki, powiedziałem im, żeby tam biegły i zawołały Porter Starego Sue... To pub w Dolinie. Nie wiedziałem czy mają podpiętą sieć, ale to jedyne o czym mogłem pomyśleć... - mówił ciszej, krzywiąc się wciąż. Ale nie patrzył na kobiety. Zjebał. Może gdyby... może gdyby wtedy się bronił, a nie atakował, wyszłoby mu? Może mógłby zadbać o to, żeby wyszły. - Henry... Chciałem go wynieść, znaleźć pomoc. Był skurczony eliksirem... w mojej torbie... Jak wybuchał walka zapomniałem o nim... Mogłem go dać dzieciom, szlag! - warknął znów, zły i zdenerwowany, ale na siebie, że zawalił. Mógł to zrobić inaczej, rzucić inne zaklęcia, a chociaż spróbować. Nic mu wczoraj nie wychodziło, wszystko zjebał!
- Dzieciaki... rozbiegły się. Miałem złamaną rękę, nie mogłem jej wyciągnąć z rzeki, ale jej brat tam był. Joe... Dałem mu eliksir, żeby wyciągnął siostrę z rzeki, taki co mi dał Skamander... Wyciągnął, i biegli tam do tego... kominka? To było jak podest... nie wiem. Byłem pewny, ze fiuu nie działa, ale to działało jak fiuu... - dodał, marszcząc brwi.
Co było po tym? Został tam, tak po prostu.
- Travis rzucił zaklęcie. Noże. Nie obroniłem się, nie chciałem marnować siły na bronienie się... Chciałem odwrócić uwagę, żeby nie ruszył za dziećmi. Rzuciłem czarną dziurę... takie zaklęcie... transmutacji, nie pamiętam efektu... Chyba... chyba wyszło? Nie patrzyłem już, nie pamiętam, okej? Wpadłem do rzeki... razem z Henrym... - mówił, wciąż wbijając wzrok w podłogę. W końcu całą resztę znali, skoro mieli Prudence, prawda? Był ranny, wpadając do rzeki i wycieńczony wszystkim, co tylko miało miejsce.
- Tyle wam starczy? Czego ode mnie chcecie, dokończyć to czego nie zrobili? - warknął, wciąż zły, a może bardziej zrezygnowany. Znów zjebał, znowu! Chociaż się starał jak tylko mógł, tam w jaskini.


Stara wytwórnia pergaminu EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Stara wytwórnia pergaminu AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]11.01.22 21:48
Kiedy mówiła zauważyła, jak Maeve wychodzi z pokoju, ale nie zwróciła na to uwagi skupiając się na leżącym na ziemi Thomasie. Kiedy skończyła mówić podniosła się milcząco obserwując wchodzących do pomieszczenia mężczyzn i sadzających go na krześle. Zdecydowanie wygodniej. Od pierwszego wspólnego działania zawsze dobrze jej się współpracowało z Meave, miały coś na zasadzie niewypowiedzenia połączenia, potrafiąc dołączyć się do danego rytmu. Ceniła to bardzo w Clearwater. Nie były od siebie tak różne, obie o silnych osobowościach i zawodach, które w większości wykonywane były przez mężczyzn. Milczała splatając dłonie na piersi, kiedy Maeve podchodziła bliżej. Nie drgnęła nawet, kiedy Thomas otrzymał fizyczne upomnienie. Miała nadzieję, że w końcu poskłada fakty, zrozumie z kim ma do czynienia - choć to jeszcze nic mu nie gwarantowało. Może chociaż zrozumie, że nie jest w momencie w którym może zadawać pytania sądząc, że uzyska informacje, których nie chcą mu przekazać. Nadal nic nie pozostało wyjaśnione. Nadal był więcej, niźli przypadkowym dzieciakiem, który wpadł po kolana w bagno. Nie rozwiał jej wątpliwości. Dopiero kiedy krzyknął o tym, że nie chciał oddać Prudence jej brew drgnęła lekko ku górze.
- Oczekiwałeś po lady odwagi godnej aurora? - zapytała retorycznie, pozwalając by brew uniosła jej się ku górze, nie ukrywając tego. Może rzeczywiście był zwykłym durniem? Kwestia tego, jak Prudence znalazła się naprzeciw szmalcowników była inną kwestią. Kiedy rozmawiała z nią kilka miesięcy temu, kiedy mówiła jej o zakonie i prosiła o pomoc, nie do końca miała na myśli biegającą za szmalcownikami damę. Liczyła na wsparcie wśród ludzi, na niesienie dobrej wieści i utrzymywanie wiary w ludziach. Ich mobilizację. Nie do końca w ten sposób wyobrażała sobie jej rolę. Nikomu nie broniła działania, ale sama na własnej skórze przekonała się, jak bolesny może być jeden błąd i jaką cenę nieść tak naprawdę. Nigdy nie zamierzała zapomnieć o tym, że jej dłonie spływały krwią. Krwią nie tylko wrogów, których pozbawiła życia. Ale też centaurów, które zginęły w Zakazanym Lesie. Przez nią. Tylko i wyłącznie z jej własnej winy. Drugi raz nie zamierzała być tak zwyczajnie głupia. Popełnianie tego samego błędu więcej niż raz, było niewybaczalne. Nie, kiedy niosło się na barkach tak wiele żyć.
- Uporządkujmy dobrze. - odezwała się, kiedy chaotyczna opowieść Thomasa dobiegła końca. Nie przerywała mu wcześniej. - Bo po kolei widocznie przychodzi Ci z trudnością. - trudno było się dokładnie rozeznać. Brakowało pewnych informacji a zrywy w słowach sprawiały, że historia zdawała się niespójna. - Trafiliście na szmalcowników z którymi postanowiliście rozmawiać. Dlaczego i jak udało wam się ich przekonać, skoro twierdzisz, że znałeś tylko tego.. Travisa? - pierwsze pytanie, które miało pozwolić uporządkować im tą sprawę. - Oczywiście, do czasu, aż się nie pojebałeś. - dodała dalej, używając jego własnego słowa. - Bo wtedy - jeśli dobrze rozumiem, popraw mnie jeśli nie - rozpoczęła się walka? Przez twoją pomyłkę, czy ucieczkę lady Macmillan? - a może oba na raz. - Co robiłeś ty, kiedy ona uciekała? - następne pytanie, odrobinę zwężające się brwi, spojrzenie które nie odsuwało się od niego. - Po co były im dzieci? - to nadal nie zostało wyjaśnione. Skoro z nimi rozmawiali, może coś o tym wiedzieli. - Jak znaleźliście się przy rzece - kominkiem? - ta sprawa też wymagała doprecyzowania. Nie mogły pozostawić żadnych wątpliwości co do przebiegu zdarzeń. Wiedziała, że to, czego nie poruszy ona, poruszy Maeve. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. W tym momencie skupiła się na częściach historii, które najmocniej wzbudziły jej podejrzenia. Nie bez powodu zazwyczaj przesłuchania prowadziło się w parach. Dwie jednostki były w stanie dojrzeć więcej niż jedną.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Stara wytwórnia pergaminu D
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]13.01.22 14:50
Kiedy tak patrzyła mu w oczy, szkliste, a jednocześnie próbujące rozpalić się czymś stanowczym, groźnym, przywodził jej na myśl zapędzone w kąt zwierzę – dzikie, próbujące stwarzać pozory niebezpiecznego, lecz tak naprawdę umierające ze strachu przed tym, co się zaraz wydarzy. Bez różdżki, za to z kajdanami skutecznie powstrzymującymi go przed ucieczką czy wykonaniem gwałtowniejszego ruchu, mógł być na tyle agresywny, co spętany kagańcem pies. Głośny, rozgniewany, lecz niezdolny do stworzenia realnego zagrożenia. Jej uwadze nie umknęło również, jak więzień zareagował na pojawienie się dwóch mężczyzn, którzy stanowczo – lecz bez zbędnego okrucieństwa – pomogli mu zająć porzucone wcześniej miejsce, nim opuścili pomieszczenie służące za celę. Najwidoczniej wizyty w Tower pozostawiły po sobie trwały ślad, nie tylko na ciele chłopaka, ale również na jego psychice.
W końcu zaczął mówić, o ile tak można było nazwać urywane, chaotyczne wypowiedzi, którymi próbował przybliżyć wydarzenia poprzedniego dnia. Ręka zaczęła ją świerzbić; może kolejny policzek ułatwiłby mu zebranie myśli? Ułożenie ich w spójną całość...? Skrzywiła się na wspomnienie lady Macmillan, a raczej w odpowiedzi na naiwną wymówkę przesłuchiwanego. Sama nie rozumiała, co nienawykła do walki dama robiła w terenie i po co pchała się do zadania, którego celem było odnalezienie, a następnie zlikwidowanie kryjówki szmalcowników. Justine miała jednak rację – niezależnie od powodu, dla którego rzeczona Prudence znalazła się w samym centrum wydarzeń, nikt nie powinien spodziewać się po niej wytrzymałości psychicznej czy niebywałej odwagi. Czarownica nie była przy tym bez winy; wykazała się głupotą, najwidoczniej ta była cechą nie tylko zwykłych śmiertelników, ale i szlachetnie urodzonych dam. Po co ryzykowała, jeśli nie była w stanie udźwignąć na swych barkach ciężaru związanej z tym ryzykiem odpowiedzialności? Za siebie i za swych towarzyszy? Albo stawić faktycznego oporu...?
Dała partnerce mówić, przejąć inicjatywę, samej robiąc kilka kroków do tyłu, zaczynając przechadzać się po niewielkiej klitce – jak drapieżnik krążący wokół swej ofiary. Ufała jej wyczuciu i umiejętnościom; to nie była pierwsza sytuacja, w której miały okazję współpracować, nie brakowało im też doświadczenia w nakłanianiu swych rozmówców do współpracy – w taki czy inny sposób. Potrafiły działać w pojedynkę, do tego zostały w końcu wyszkolone, ale razem sprawdzały się jak dobrze naoliwiony mechanizm. Kiedy znalazła się za plecami Thomasa, nieznacznie skinęła Tonks głową na znak, że zgadza się z obranym przez nią kierunkiem rozmowy. Na tę chwilę jego nieskładna opowieść przynosiła więcej pytań niż odpowiedzi. – Kto był nieprzytomny? I jaką... laską? – Z kontekstu wynikało, że miał na myśli kobietę. Czy naprawdę był na tyle bezczelny, by wypowiadać się tak o drugiej osobie? Idiota. – A skoro już mówimy o Travisie... Jesteśmy bardzo ciekawe powodów, dla których tak często trafiasz do więzienia. Wiemy, że zatrzymano cię przy próbie rejestracji różdżki, pewnie nakłamałeś w formularzu na temat swych korzeni, lecz co z kolejnymi wizytami w Tower, hm? – Uniosła wyżej brwi, wciąż stojąc za nim, poza zasięgiem wzroku dzieciaka; oparła dłonie na jego barkach, gest ten jednak nie miał go pokrzepić, wprost przeciwnie. Teorii na temat działającego kominka nie skomentowała, jeszcze, choć wydawała się mocno naciągana. Sieć Fiuu szwankowała, korzystanie z niej było niezwykle ryzykowne – tyle wiedziała od Jaydena, a swego czasu pracował on przecież nad jej naprawą. – Poza tym... Kiedy i po co Henry wypił eliksir? Wylądował w twojej torbie? I najważniejsze pytanie: dlaczego go zabiłeś? – Wpiła palce w ciało Thomasa, dla podkreślenia wagi ostatniego stwierdzenia; nie potrafiła sobie tego wyobrazić, jeszcze nie. – Nie, to nam nie wystarczy. Brakuje konkretów, rzeczowników. I precyzji. Dlatego nalegam – zastanów się nad tym, co masz powiedzieć, zanim znów zaczniesz zalewać nas potokiem bezsensownej paplaniny – syknęła wprost do jego ucha, po czym odsunęła się i zrobiła kilka kolejnych kroków, powoli zbliżając się w kierunku Tonks. Chciała na niego patrzeć, kiedy znów zacznie się miotać i próbować cokolwiek wytłumaczyć.

| Eliksir grozy 4/5 tur, +27 do zastraszania


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Stara wytwórnia pergaminu [odnośnik]13.01.22 15:19
- Oczekiwałaś po cywilu odwagi godnej aurora? - od razu odpyskował, bo skoro chciała grać w tę grę, mógł zawsze w nią grać. Zawsze. Nie obchodziło go to, że był na przegranej pozycji, że nie był w miejscu na pyskówki i inne tego typu. Może chciał je sprowokować? Może miał już dość...
Co miał zrobić? Walczyć z nimi jak tylko ich zobaczył? Rzucić się na nich z pięściami? Kto miał mu pomóc? Prudence, która połamała się rzucając ascendio w dół? Próbował jej pomóc, złamał rękę, a później policja i ci szmalcownicy. Był tylko cywilem, miał po prostu dać się zabić? Miał nie próbować zrobić nic? Może gdyby się dał zabić byłoby po prostu łatwiej im wszystkim. Nie byłoby tego przesłuchania, nie byłby traktowany jak jakiś pieprzony przestępca!
Nie wiedzieli nic od Prudence? Zmarszczył brwi. Skoro nie wiedziały jak... a może próbowały uzgodnić czy lady mówiła prawdę?
- Może i nakłamałem, i co? Nie chciałem mieć starego w papierach, w nosie mam czy był czarodziejem, czy nie. Zresztą, jestem cyganem, ludzie nas po prostu nie lubią. Po co miałbym kłamać odnośnie pochodzenia? Mam na nazwisko Doe, a nie jakiś pieprzony Smith - warknął, nie dowierzając, że naprawdę teraz chciały słuchać o tym, dlaczego trafił do Tower. - Connaught Square, 20 grudnia. Pomagałem przyjacielowi narobić burdelu na placu i złapali mnie na przesłuchania... A później w styczniu, oskarżyli nas na jarmarku o kradzież. Ładnie wygląda grupka młodych chłopaków okrzyknięta jako londyńska szajka kieszonkowców i wyraźnie ktoś chciał w robocie być poklepany po plecach za dobrze wykonaną robotę. Zresztą, cygan to przecież złodziej od razu - skwitował, odwracając wzrok. Już to mówił tyle razy. Nie było trudno dostać się do Tower, trafić tam za cokolwiek!
Nie spoglądał jednak na kobietę, która próbowała go okrążać. Nie patrzył na nią. Był w tym dobry, w unikaniu sedna i problemów, w unikaniu tematów. W unikaniu czegokolwiek, co tylko mogłoby wyjść na jego niekorzyść! W unikaniu groźnych spojrzeń i osób, od których czuł zagrożenie.
Spróbował nie zareagować, kiedy dłonie tej drugie wbiły się w jego ramiona. Nawet nie był pewny czy rzeczywiście naruszyła któreś z jego ran, czy to ogólne zmęczenie i ból nim szarpnęło, kiedy poruszył się niespokojnie. A mimo to nie był przecież w stanie zrobić niczego. Gdyby te kajdanki były mugolskie, już dawno by je otworzył...
- Podałem mu ten eliksir... jak... jak mieliśmy się zabierać już stamtąd, jak próbowałem nas wyprowadzić, okej? Wszystkich... - powiedział, znów próbując się szarpnąć nieco bardziej w bok. - Umiem po kolei... Jak potrzebujesz porządku to mów. Pytasz o to co było jak Prudence nie było czy potrzebujesz wszystkiego? - rzucił dziecinnie, naburmuszony wyraźnie takim przytykiem. W końcu opowiadanie bajek było jego punktem honoru, nikt mu nie będzie mówił, że plecie brednie i do tego nieskładne! - No już, już... mówię... - dodał prędko, zanim kobiety zdążyłyby znów go uderzyć czy spróbować czegokolwiek innego na nim. - Nie dostaliśmy się tam kominkiem... Przylecieliśmy tam grupą całą. Samuela znałem już wcześniej... znaczy... spotkałem go wcześniej. Przyleciałem z Prudence, na miejscu były jej przyjaciółki. Chyba Jackie i ta druga... Azjatka, ona miała niuchacza. A, i ten facet. Herbert..? Chyba tak - powiedział, zaczynając od początku. - Nad rzeką, mieliśmy iść do domu, po... coś? Nie pamiętam, mieliśmy mieć jakiś klucz i znaleźć coś cennego, ale to Prudence miała ten klucz do tego. Rozdzieliliśmy się przy domu, ja poszedłem z Macmillan do szopy, reszta została... Miałem też niuchacza, ta Azjatka nam go dała ze sobą - dodał o zwierzaku, wciąż streszczając dość chaotycznie - ale starał się. I trzymał prawdy. - W szopie była skrzynia, klucz pasował, w środku był szyb, więc zeszliśmy... Prudence spadła do rzeki, ascendio w dół to wyraźnie nie był najlepszy pomysł. Ja spróbował się wspiąć po ściance i okazało się, że jest tam drabina... Na dole ją wyciągnąłem z rzeki, a po tym byliśmy w pułapce - mówił, marszcząc brwi, próbując przywołać co dokładnie miało miejsce. Głowa wciąż mu pulsowała, to wszystko do niego wciąż jeszcze wracało. Kto pojawił się tam pierwszy? Chyba policjanci. Przemilczał również swoje złamanie ręki.
- Watts..? Nie pamiętam. Chyba do szopy weszli policjanci, schodzili po drabinie. Tam w tym korytarzu były trzy korytarze, i stamtąd też ktoś wychodził. Nie mieliśmy za bardzo jak czegokolwiek zrobić... - dodał, wbijając sugestywne spojrzenie w stronę Justine jakby chciał powiedzieć czego oczekujesz od cywila i lady?, zaraz po tym jednak wracając do swojej opowieści. Chociaż wiedział dopiero teraz jak bardzo nieprawdopodobnie i abstrakcyjnie to mogło zabrzmieć. Zagryzł wargę...
- Okej... Ja wiem... w sensie... To nie będzie brzmiało teraz dobrze, okej..? Ale... Carringtona znacie, prawda? Zapytajcie go, sam powie, że jestem największym łgarzem, którego zna - dodał zaraz próbując się na starcie wybronić. - Rzuciliśmy w policjanta, ich tam było chyba więcej, ale tylko jeden... Chciał nas zaatakować, ale go uprzedziliśmy. Zmieniłem go w królika, a wtedy też weszli... Przedstawili się jako Hazel i Elige, chyba byli blisko? Kuzynostwo, rodzeństwo, może coś takiego typu, no wiecie. No i... eem... no dlaczego... w sensie, nie znałem ich. Wyglądali... jakby... jakby wiecie, coś kombinowali? No i nie celowali w nas różdżką, więc postanowiłem... udawać? W sensie... podniosłem burę rzucając, że tego policjanta miało tu nie być i podniosłem burę - powiedział, wyraźnie zmartwiony, że jego prawda zostanie uznana za kłamstwo. - No i... uwierzyli.. Znaczy, okazało się, że ktoś miał się pojawić wczoraj po towar. Znaczy, dzień wcześniej... w sensie jak tam byliśmy wtedy. No i rzucili jakimś nazwiskiem, em... czekaj... coś... coś na M? - rzucił, zastanawiając się. Marcus, Mal... Na pewno nie Marcel. A może? - Mówili coś o układzie z Montague? Ale zapytali się mnie czy jestem gościem od Malcolma... No i powiedziałem, że tak - mówił, wiedząc jak bardzo idiotycznie to brzmiało. Spojrzał po Justine z lekkim uśmiechem, który pokazywał jego zażenowanie i chciał zapewnić o niewinności. Niczym dziecko przyłapane na wyjadaniu ciastek, które próbowało w ostatniej chwili skorzystać ze swojego uroku, aby uniknąć kazania.
- To jedyne co umiem, okej? Gadać i kłamać... Nie wiedzieliśmy, ilu ich jest, więc nie... bałem się zaatakować, okej? Przedstawiliśmy się im fałszywymi imionami... i... no zaprowadzili nas do jak to określali towaru - zawahał się przy tym ostatnim słowem, które brzmiało tak gorzko i tak źle. Handlowali ludźmi. To właśnie robili. Po co im były te dzieci? Po co...
- Dowiedziałem się kilka rzeczy o nich. Jak to, że ta dziewczyna miała alergie, no wiecie... próbowałem wyciągnąć z nich jakieś informacje, cokolwiek... No i tam były jakieś korytarze, schody, jakieś dziwne przejście. Było tam dużo chodzenia. Ten policjant wcześniej, złamał mi rękę - skłamał, chcąc aby jego historia była cała. Nie przyzna się, że sam sobie ją złamał! - Prudence też była ranna... Więc no... nie mieliśmy szans ich zaatakować i wygrać. Ale jeśli... znaczy... no nie mogłem tego ustalić z nią, nie? Więc uznałem, że pociągnę to dalej... mówię, umiem gadać i kłamać, może mogłem coś wyciągnąć więcej i zanieść to później do Samuela, bo był w tym domu nad ziemią - dodał, chcąc się wciąż usprawiedliwić. Co prawda nie był pewny na ile wtedy myślał o tym co zrobi z tymi informacjami, ale uznawał udawanie za bezpieczniejszą opcję. - No i tam na miejscu... tym towarem okazała się szóstka dzieci. Tam też było ich więcej, w sensie tych szmalcowników. Był Leo... no i... Travis mnie rozpoznał. Zanim zdążyliśmy się dowiedzieć czegoś więcej - urwał na moment, odchrząkając. Jednak mówienie tylu rzeczy na raz było obciążające, chociaż starał się nie przerywać swojego słowotoku.
- Nie znam Travisa... Znaczy, to jest strażnik w Tower. Rozpoznał mnie, ale Hazel i Elige nie byli pewni o czym on mówi, więc... trochę... zacząłem go obrażać? W sensie, no wiecie, to był ten moment, gdzie ty się z kimś kłócisz, a ludzie dookoła nie wiedzą, komu wierzyć. No i to był taki moment... No więc... kłamałem dalej. Że nie jestem Tomek, zacząłem sugerować, że on postradał zmysły i... Okej, nie mieliśmy już czym ryzykować, tam? To... to nie było może najmądrzejsze, ale działało. Zacząłem mu sugerować różne rzeczy, wciskać kit, że mówi o jakimś moim bracie, później go potraktowałem jeszcze jak idiotę... No mówiłem... znaczy, to nie tak, że to było dobre kłamstwo, i on też nie uwierzył chyba do końca, ale nie chciał się wyraźnie kłócić z trójką innych osób, do tego ze mną i do tego z Prudence.. Więc w końcu porzucił temat i chcieli nam sprzedać dzieciaki. Leo... albo Elige? Nie pamiętam kto, ale ktoś rzucił, że jeśli mówię prawdę to... - zawahał się, czując gulę w gardle nagłą, a oczy mu się zaszkliły. Poczuł się źle, słabo. Może, gdyby miał jakąś zawartość w żołądku, zwróciłby ją. Ale ten się jedynie ścisnął boleśnie, kiedy dokładniejsze wspomnienia go zalały. Sztylet, krew, ten chłopak. Nie chciał pamiętać jego twarzy, tak bardzo chciał zapomnieć to uczucie krwi na dłoniach, to jak próbował walczyć tak jak mógł. Jak jego sweter był wtedy ciężki, przesiąknięty, jak ta dziewczynka próbowała się do niego wyrwać i dostać odpowiedzi...
- ...kazali mi zabić. Byłem ja i ta lady, nie wiem nawet co ona robiła wtedy. I dzieciaki... Miałem szansę je wynieść, okej? Na górze... na górze była ta Azjatka, chciałem go do niej zabrać, spróbować jakkolwiek. Ale po tym... ona... kurwa! - syknął, zdenerwowany, przypominając sobie jak dziewczyna ruszyła ten temat, który powinien być tematem tabu. Nie mówi się z takimi ludźmi o pieniądzach! - Zaczęła się targować jak już prawie wychodziliśmy. Musiała się odezwać! I oni wtedy... wtedy zaproponowali, żeby ktoś został. Chciałem zabrać te dzieci na górę, znaleźć Samuela, okej? Wiedziałem, że po mnie nie wróci tam jeśli zostanę...


Stara wytwórnia pergaminu EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Stara wytwórnia pergaminu AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Stara wytwórnia pergaminu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach