Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Ławka w ogrodzie
AutorWiadomość
Ławka w ogrodzie [odnośnik]26.07.22 23:28

Ławka w ogrodzie


Kamienna ławka (znajdująca się tutaj już, gdy Hector kupił dom) w ogrodzie, z widokiem na ganek i pracownię Hecora. Wiosną wokół rosną raczej dzikie kwiaty, których widok właściciel domu wita z uśmiechem.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Ławka w ogrodzie [odnośnik]28.07.22 13:21
wybierzdatę początekmaja

Wahał się długo, gdzie przyjąć kuzynkę Yvette - z jednej strony pacjentkę, z drugiej strony kogoś, kto zdawał się potrzebować nieco mniej formalnego otoczenia niż reszta pacjentów. Z wieloma spotykał się w ich domach, w eleganckich salonach lub niewielkich gabinetach, czasami nawet na wyciszonych balkonach. W wybranym przez siebie otoczeniu zdawali się czuć pewniej, swobodniej, co ułatwiało mu pracę i kolejne zlecenia. Sam lubił przyjmować ich w gabinecie - przestrzeni, nad którą miał totalną kontrolę, którą zaprojektował tak, by czuć się panem tego miejsca. W marcu przesadził jednak nieco z dominacją - widok chłopaka szlochającego w fotelu uświadomił mu, że nie jest nieomylny, a co więcej, że granice pomiędzy prywatnością i terapią nie powinny się zacierać, nigdy. Żałował, że przyjął w domu choćby Danielle - od tamtej decyzji rozpoczął się najgorszy tydzień w jego życiu (a raczej najgorsze kilka dni po tamtym tygodniu; nie czując żalu ani gniewu był w końcu całkiem ukontentowany), niepokojem napawała go myśl, że przechodziła obok pokoju Orestesa, nigdy więcej. Rozmawiał rzecz jasna o pacjentach w salonie, z Yvette, tam przyjął zlecenie na pomoc jej kuzynce, ale ją znał lata, to co innego.
Nie chciał onieśmielić Celine we własnym gabinecie, ale zarazem nie chciał wpuszczać jej do domu, jeszcze nie. Może nigdy jako pacjentkę, może kiedyś jako kuzynkę Yvette.
Pogoda zdecydowała za niego. Ustąpiły kwietniowe chmury, niebo wreszcie się rozpogodziło, Hectora obudziły promienie wschodzącego słońca.
Posprzątał trochę w ogrodzie, przyniósł koc (na wszelki wypadek, choć temperatura zapowiadała się na ciepłą) i uznał, że t u będzie dobrze. Otwarta przestrzeń, nic, co skojarzy się z celą. Zarazem cicha i prywatna - ławka była skryta za drzewem, a choć ogród był nieduży, to z jednej strony graniczył z lasem, a dopiero z przeciwnej z domem sąsiadki.
Przygotowując otoczenie, roztrząsał w głowie wszystko, co przekazała mu Yvette.
Takiej pacjentki jeszcze nie miał. Nigdy.
Zajmował się raczej ludźmi średniozamożnymi i tymi, którzy szukali ratunku z własnej inicjatywy. Byli więźniowie się do nich nie zaliczali, nawet jeśli do Hectora zwracały się czasem różne typy spod ciemnej gwiazdy. Żona jakiegoś przedsiębiorcy, który trafił do Tower za szereg oszustw - tylko przez nią zetknął się choć trochę z więzienną rzeczywistością, choć zamiast o uwięzionym małżonku mówiła głównie o wyrzutach sumienia z powodu zdrad, których dopuszczała się, gdy był w więzieniu (czy to zdrada, skoro jest w więzieniu? - pytała, a Hector pragnął uśmiechnąć się łagodnie i odpowiedzieć, że moralnie nie do końca, że to on zdradził ją pierwszy, zatajając swoją działalność, ale tamta kobieta wyglądała trochę jak Beatrice, więc ostatecznie kiwał tylko głową i nie mówił n i c , pozwalając jej wyciągnąć własne wnioski).
Młodziutka dziewczyna, która doświadczyła tam piekła, półwila - z nikim takim się jeszcze nie zetknął. Nigdy nie leczył też półwili, nie jawnie, choć pamiętał jak czuł się przy Celine i kojarzył, że nieco podobne wrażenie wywarła na nim w zimie lady doyenne.
Nie lubił tak się czuć, ale odstawi uczucia na bok. Nie był jeszcze pewien, czy fakt, że poznał już Celinę wszystko komplikował, czy ułatwiał. Zdawał się zdobyć wtedy jej zaufanie, chociaż tyle.
Naukowa ciekawość biła się w nim ze współczuciem. Nie wiedział jeszcze, który z instynktów powinien wygrać i czy powinien brać pod uwagę smutne oczy Yvette oraz jeszcze smutniejsze oczy Celine. W przypadku obcej osoby powinien pozostać całkowicie profesjonalny, chciał pozostać całkowicie profesjonalny, ale one przecież nie były obce.
Przyszła o umówionej godzinie, punktualnie. Spotkał ją przy furtce, ubrany elegancko jak zwykle, ale nieco mniej elegancko niż na formalne wizyty.
-Dzień dobry, Celine. - uśmiechnął się łagodnie, uśmiechem trochę wyćwiczonym jak przy każdym pacjencie, a trochę szczerym, jak pod wieżą w Llangurig. Omiótł ją z ciekawością wzrokiem, jak najdyskretniej. Czy nadal była tak szczupła i blada jak wtedy, czy w ciągu ostatnich tygodni zaczęła dochodzić do siebie?
-Może porozmawiamy w ogrodzie? Jest piękna pogoda. - zaproponował dla pozorów swobody, choć to nie była propozycja - koc już czekał na ławce, Hector już zamykał furtkę i powoli prowadził Celine w tamtą stronę. -Jak się czujesz? - zagaił, tak jak ludzie w codziennych rozmowach. Nie musiała wiedzieć, że naprawdę ma to na myśli. Zastanawiał się, jak opowiedzieć jej o tym, na czym polega jego praca - ale najpierw postanowił poczekać na jej nastrój, jej sygnał, jej pytania.
Jeśli w głębi duszy się stresował, nie zdradzał tego. Próbował nie myśleć o krwi, o dementorach, o Tower, o smutnej Yvette, o tym jak Celine pytała o jego syna. Kolejne zlecenie, kolejna pacjentka. Hector Vale musiał zniknąć, stać się cieniem, dla niej - tak było lepiej.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Ławka w ogrodzie [odnośnik]28.07.22 19:30
Robię to dla Yvette, szeptała w myślach, dodając sobie otuchy przed postąpieniem kilku ostatnich kroków w stronę furtki w ogrodzeniu walijskiego domu - bo tylko tak mogła stłumić buzujące w niej poczucie buntu i niesprawiedliwości. Celine w końcu nie czuła się chora. Owszem, od czasu wyswobodzenia z Tower i pociągu wiozącego w nieznane była strachliwa, rozkojarzona, bujała w pochmurnych obłokach, czarnych, burzowych, przygotowanych na ciskanie błyskawicami w najczulsze tkanki ciała, by karać samą siebie tam, gdzie nie mogli już robić tego strażnicy, ale nie powiedziałaby, że było z nią coś nie w porządku. Nie patrzyła w lustro nie dlatego, że coś jej dolegało, a dlatego, że za każdym zerknięciem widziała tam twarz potwora, przez którego skazano na śmierć dobrego człowieka, przyjaciół na areszt, którego nazwy nie chciała pamiętać; ale to nie to samo - to, że pałała do siebie skrajnym obrzydzeniem, że za wszystko ganiła się w zaciszu swojej głowy, albo że zdzierała czasem skórę do wściekłej czerwoności w kąpieli, gdy miała wrażenie, że znów nie może zmyć z siebie okruchów nie tak dawnych dni. To nie choroba. Więc dlaczego powinna odwiedzić lekarza? Yvette co prawda nie nazwała Hectora w ten sposób, mówiła o nim jak o kimś, kto doskonale rozumie ludzkie dusze i jest zdolny wskazać im drogę do akceptacji, uporania się z każdym ciężarem, nawet nieistotnym, bo przecież nie musiała opowiadać mu o Tower - ale to bzdura, Celine podświadomie spodziewała się, że Baudelaire preferowałaby, gdyby właśnie o tym porozmawiała z Vale'm, najlepiej już od wejścia. Nie ufała mu; niespodziewane spotkanie w środku walijskiej przyrody, przy opuszczonej wieży, niby przypadkowe, nagle zbiegło się w czasie z rekomendacją i dziwnym trafem to on stał się kandydatem wybranym przez kuzynkę. Ale jeśli to ją uspokoi, należało się poświęcić; jeszcze przez chwilę mięła krawędź falbanki sukienki, a potem mimowolnie zamarła na widok zbliżającego się gospodarza, który wpuścił ją do środka, uchyliwszy wrota do swojego gniazda. Tu mieszkał z synkiem? Nie śmiała o to spytać, nie byli przecież przyjaciółmi i zapewne nigdy nie będą. Nie potrzebowała lekarza. Nie była chora.
Na kilka sekund po jego powitaniu zaległa między nimi niewygodna cisza; w jej objęciach Celine przyglądała się przystojnej twarzy na oko młodego mężczyzny, opuściwszy dłonie wzdłuż drobnego ciała, by materiał w kolorowe kwiaty mógł trochę odetchnąć. Oczy Hectora, choć uprzejme, były chłodne, pasowały do deszczowego kwietnia, a nie coraz słoneczniejszego maja, który zachęcił do zmiany ciepłego płaszcza na lżejszą pelerynę. Studiowała wyraziste rysy twarzy, podświadomie poszukiwała oznak prześmiewczej wyższości, jednak gdy poszukiwania spełzły na niczym, dziewczyna wypuściła z płuc długo wstrzymywany oddech i leciutko opuściła brodę.
- Dzień dobry - odpowiedziała mu z dźwięcznym zrezygnowaniem, kiwnęła głową. Krok naprzód - i już nie mogła uciec. Furtka zamknęła się za jej plecami i Celine obróciła się w jej kierunku, smętnie przyglądając się klamce, która złączyła drewno z futryną, by następnie zawędrować za Hectorem w głąb ogrodu. Dzikie kwiaty zaczynały budzić się do życia, odżywały po ostatnim surowym miesiącu i mogłaby przyrzec, że wyssały z niej przynajmniej część witalności, gdy je mijała, jakby sycąc się kłębami życiowej energii. - Zwyczajnie, tak myślę. Normalnie. W tak ładny dzień trudno mieć zły humor - odpowiedziała wymijająco. Tyle dobrego, że zaproponował terapię właśnie na łonie natury, nieco zaniedbanej, ale dzięki temu autentycznej i wolnej, urzekającej skrzącą się w oczach zielenią i bladymi kolorami nieśmiałych pączków; dom odebrałby jej śmiałość już do reszty. A czuła się - źle. Oszukana, w pewien pokrętny sposób. Jak inaczej można było tłumaczyć sobie konieczność wizyty w takim miejscu? Celine do szczęścia potrzebowała tylko Doliny Godryka odzyskanej wraz z przeprowadzą do brata (ta nazwa wciąż ledwo przechodziła jej przez gardło, wszystko było kłamstwem, wszystko było oszustwem), nie eleganckiego medyka, który budził zaufanie, a którego mimo to nie chciała nim obdarzyć. Nie byłoby tak, gdyby nie spotkali się na sesji, leczeniu, jak zwał, tak zwał; mógł przecież pozostać miłym nieznajomym, co by to komu szkodziło? - A pan? - spytała trochę ciszej. Jak czuł się lekarz przed spotkaniem z pacjentem, w jego trakcie? Wcale nie chciała tego wiedzieć, ale wypadało zapytać.
Nerwowe, niepewne odruchy pojawiły się wraz z widokiem przygotowanej dla nich ławki. Ułożony na siedzisku koc wyglądał na miękki, odgrodzi ich od chłodnego kamienia, ale myśl o tym, że Hector dopracował scenerię ich pierwszego prawdziwego spotkania okazała się być dla półwili bardzo niewygodna. Nie potrafiłaby jednak określić czemu. Może po prostu postrzegała to jako odgórne potwierdzenie, że coś było z nią prawdziwie nie tak? Dogadzało się ludziom chorym, cierpiącym, ludziom w potrzebie, ale ona niczego nie potrzebowała!
Celine zatrzymała się na kilka stóp przed siedziskiem i przełknęła wyjątkowo gorzką ślinę, po czym znów złapała za brzeg falbany w wiosenne kwiaty i przygryzła dolną wargę. Zamierzała na wstępie podziękować mu za pomoc udzieloną pod tamtą wieżą, ale nagle w głowie miała pustkę, a w gardle okropną, poddenerwowaną suchość.
- Nie wiem jak to się robi, panie Vale... - wydusiła z trudem, słowa niechętnie opuszczały krtań, wybrzmiewały słabo, barwione niezamierzoną kwaśnością; ruchem głowy wskazała na ławkę, na ich gabinet. W jaki sposób badało się ludzką psychikę? Przecież nie tak, jak uzdrowiciele poznawali dolegliwości ciała, a przynajmniej nie sądziła, że Hector spróbuje jakkolwiek jej dotknąć, nie chciałaby tego. Był przyjacielem Yvette, a przyjaciele nie krzywdzili (choć strażnicy więzienni zarzekali się, że też byli jej przyjaciółmi; nie, oni ją kochali, kochali inaczej). - Nie jestem chora - Celine dodała szeptem, prawie zupełnie niesłyszalnym, tak cichym, że równie dobrze Hector mógł nawet jej nie usłyszeć. Nie jestem, nie jestem; nie musi pan tracić na mnie czasu, ktoś inny może bardziej potrzebować pana pomocy.


she turned her face up

to the starlit sky

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Ławka w ogrodzie [odnośnik]30.07.22 10:03
Od razu zauważył, że patrzyła na niego inaczej. Już bez zwierzęcego lęku, jak na początku. Bez łagodnej wdzięczności i namiastki zaufania, które zatliło się między nimi pod wieżą w Llangurig. Nie, teraz patrzyła na niego tak, jak większość pacjentów. Z nieufną rezerwą. Tak, jakby sama jego profesja zbudowała między nimi niewidzialny mur.
Przywykł.
Jeszcze kwadrans temu zastanawiał się, czy spotkanie w walijskim lesie pomoże czy przeszkodzi im w budowaniu zaufania. Przeszkodzi i m zdecydował teraz, chyba byłoby prościej gdyby była zwykłą nieznajomą. Pomoże za to j e m u, w końcu zdążył się tam czegoś dowiedzieć. Walia, słowa Yvette, miał dzisiaj o wiele więcej informacji niż wtedy, gdy spotykał kogoś bez żadnego kontekstu. Czy Celinę wiedziała, co o niej wiedział? Czy dlatego patrzyła na niego z lekką pretensją? Jak się z tym czuła? - o to chyba ją spyta.
-A zatem masz dobry humor? - doprecyzował za to, łapiąc ją za słówka i maskując prowokację pod uprzejmym uśmiechem. Widział przecież, że nie ma. Jasne oczy zatrzymały się na niej nieco na dłużej, gdy zamykał furtkę; furtka, drzwi, więzienie, kraty, jak zareaguje na szczęk zamka?
A on? Tylko lekkie drgnienie rzęs zdradziło, że nie lubił podobnych pytań. Pacjenci nie powinni zaglądać za mur, podział powinien pozostać stabilny, dla dobra terapii. Przynajmniej pytała z czystej uprzejmości (co zanotował w pamięci, dzisiaj pytała, pod wieżą przepraszała, nie zapomniała zatem nigdy o społecznych konwenansach), c h y b a, ale nie chciał, by zaskoczyła go znowu - tak jak wtedy, gdy zauważyła, że wypowiadał się jak rodzic.
-Podobna pogoda zawsze sprawia, że czuję się dobrze. - odpowiedział równie wymijająco, może byli siebie warci, ale to on był tu w pracy i to do jego obowiązków należało poznać ją jak najlepiej, nie vice versa. Zresztą, mówił szczerze. Z wytęsknieniem wyczekiwał nadejścia wiosny i słońca, chodziło mu się wtedy lżej niż wtedy, gdy zimowe chłody przenikały aż do połamanej kości.
Stanął za ławką i z pozoru niedbale (wręcz przeciwnie, zawsze tego pilnował - równowagi i stabilności, nie ma nic bardziej upokarzającego niż dźwięk przewracającej się laski) oparł laskę o drzewo, samemu czekając aż Celinę usiądzie. Drgnienie falbanki, zdradzające, że blondynka lekko zmieniła pozycję nóg i ciężar ciała. Wyglądała właściwie ślicznie wśród budzącej się do życia zieleni - jakby faktycznie była młodszą kuzynką Yvette, która dopiero co przyjechała prosto z Francji, a nie prosto z Tower. Uważaj - przypomniał sobie przestrogi Yvette i szybko pomyślał o tym, że Beatrice też miała słabość do podobnych sukienek (i też była bardzo piękna, choć czasem nie wiedział już, czy naprawdę tak myślał czy jedynie odtwarzał w głowie chełpliwe słowa pana ojca) i że ciekawe, czy Celine przygryzie sobie wargę do krwi, czy jeszcze nie.
To pomogło mu się skupić.
-Spokojnie, Celine. - tym razem jego głos brzmiał trochę cieplej niż pod furtką, jakby zwracał się do dziecka. Nie wiedziała, jak się to robi, ale przecież on wiedział. -Po pierwsze - usiądź. - poprosił, kierowany trochę gościnnością, trochę troską (lepiej, by siedziała, gdy - i jeśli - poruszą trudne tematy) i ciekawością. Jeśli nie będzie mogła się wiercić na nogach, jak uwidoczni się jej stres? -Po drugie, mów mi po imieniu. Hector. Nie ma potrzeby dla formalności. - zaproponował, jak wszystkim młodszym pacjentom, którzy za pomocą uprzejmości budowali z b y t duży dystans, desperacko starając odgrodzić się od rozmówcy. Przechylił lekko głowę, przypatrując się uważnie Celine i na moment zapominając o tym, że powinien mrugać. Ostatni raz przeszedł z pacjentem na ty w marcu, spotykając się z gorączkowym oporem, czy Celine będzie uleglejsza?
-Po trzecie - nic nie musisz wiedzieć. Zostaw to mnie, dobrze? Potraktuj to jako... rozmowę. Po prostu bądź szczera, ze mną i ze sobą - a jeśli będziesz miała już dość rozmowy, powiedz i skończymy na dziś. - zaproponował, próbując podchwycić z nią kontakt wzrokowy. Nie każdemu to proponował, zawsze istniało ryzyko, że pacjent zniecierpliwi się i skończy po pięciu minutach, a niektóre sprawy wymagały przecież czasu, udaną terapię poznaje się po tym, jak się kończy - wtedy, kiedy zdecyduje magipsychiatra. Z uwagi na traumę Celine i przede wszystkim z uwagi na Yvette postanowił być jednak delikatny.
Ktoś inny nie usłyszałby może jej słów, ale Hector był teraz wrażliwy na każdy szept, na każdy gest. Jeśli wiatr rozmył trochę głos, to wyczytał resztę z ruchu warg.
-Nie przychodzą do mnie chorzy. - sprostował cicho, łagodność pobrzmiewająca w tonie zdała się nagle trochę smutniejsza, trochę bardziej szczera.
Przecież naprawdę rozpoczął z tą myślą praktykę - nie chcą ich stygmatyzować, nie chcąc zakuwać nikogo w łańcuchy, uważając pacjentów za równie pogubionych ludzi, jak on sam.
Wierząc, że pomagając innym da nadzieję również sobie.
Nigdy nie wiedzieli jednak, że stawia ich na równi. Zawsze uważali się za tych gorszych, tych "chorych" (jakże nie znosił tego słowa), przypisując mu chłód i wyższość. Kiedyś próbował z tym walczyć, ale potem przekonał się, że właśnie tego oczekiwali, że dystans pomaga mu w pracy.
-Przychodzą do mnie potrzebujący pomocy. Yvette uznała, że możesz jej potrzebować. A ty, Celine? Jak myślisz? - usiadł, powoli, uznając, że czekał już na nią wystarczająco długo.
Poza tym, nie chciał na nią patrzeć z góry - nie teraz, gdy miał już przygotowany kolejny cios temat.
Podniósł wzrok, a gdy podchwycił jej spojrzenie - nie odpuścił. Patrzył wprost na nią, czy jej się to podobało, czy nie.
-Tam, pod wieżą. Zachowałaś się tak, jak chciałabyś się zachować? - zapytał z naciskiem, a w jego oczach mogła wyczytać, że pamiętał, wszystko. To, jak mu groziła, to, jak go przepraszała, i to, jak zareagowała na ból i widok własnej krwi.



We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Ławka w ogrodzie [odnośnik]30.07.22 20:07
Podstawowe pytania, a jak boleśnie drażniły zmysły! Wcześniej głos Hectora wydawał się jej przyjemnie głęboki, niski, pasujący do skojarzeń ze statecznym uzdrowicielem o czystym sercu, ale teraz, gdy stał się również jej uzdrowicielem (czy na to wciąż było za wcześnie? może przechodziła dziś casting, podczas którego miał ocenić, czy będzie chciał poświęcić kilka chwil na nową pacjentkę?), pozornie niewinne pytania rozjuszały ją iskierkami czerwieni błyskającej w kącikach oczu. Wzdrygała się na wyobrażenie drugiego dna mogącego kryć się za uprzejmościami, oburzała na gościnność i zainteresowanie, które w przerysowany, karykaturalny sposób prężyły pierś jako wytwór gonienia za pieniądzem, przywdziewając inne pozory. Mimo wszystko zapanowała nad mięśniami twarzy, które zapragnęły skrzywić się w bladym dowodzie podrygującej irytacji; wprawiony w odczytywaniu ludzkich reakcji Hector mógł jednak przysłuchać się rytmowi gęstniejącego oddechu, może nawet zauważyć kolejny cień nieufności w tym, jak przekrzywiła głowę do boku. Każda sekunda oddzielająca pytanie od odpowiedzi kupowała jej odrobinę uspokajającego czasu; lepiej było, gdy Hector nie mówił, cisza pozwalała Celine zebrać myśli, przygotować następne lakoniczne słowa, choć nie mogła oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna i tak szybko je prześwietli, interpretując oszczędność jako niepożądany objaw.
- Tak dobry, jak można mieć go u lekarza - wymruczała osowiale, bez nieuprzejmości, ale także bez otwartości, bez ciepła, radości czy choćby śladu uśmiechu. Mogli tańczyć na cienkim lodzie pozorowanego szczęścia ze zrządzenia losu, jakim było ich kolejne spotkanie, bo nawet taniec do cna przesycony goryczą mógł być piękny, jednak nie była w stanie zmusić się do aktorstwa. Zamek za jej plecami szczęknął, półwila drgnęła na ten dźwięk, jego metaliczne konotacje kojarząc z kluczem przekręcanym w drzwiach prowadzących do celi i z każdymi kolejnymi, które należało minąć w drodze do sali przesłuchań - podniosła wówczas wzrok na majowy ogród i to przypomniało jej o teraźniejszości. O wolności, zielonej, pachnącej budzącą się wiosną. Tu jesteś, nie tam. A w porównaniu z aresztem nawet wizyta u magipsychiatry - niechętna, wymuszona - wydawała się być wesołą okolicznością.
Jeśli Vale kłamał w deklaracji o dobrym samopoczuciu, nie skupiła się na tym, bo, szczerze mówiąc, to nie to miało dla niej największe znaczenie. To nie był moment na łapanie go za słówka, dociekanie, czy mówił prawdę, co myślał, co skrywał dla samego siebie, zamierzając zanotować w najbardziej prywatnym notesie tuż po pożegnaniu. Celine jeszcze przez dłuższą chwilę stała przed ławką i przyglądała się czarodziejowi, gdy ten roztaczał przed nią spokojne instrukcje przebiegu wizyty, prosił, by usiadła, choć pozostała na to głucha, może z przekorą tkwiąc na prostych, chudziutkich nogach, ciekawa czy by na nią krzyknął. Strażnicy krzyczeli, gdy czegoś im odmawiała, a chociaż wspólna przygoda pod wieżą pokazała, że był od nich o wiele bardziej cierpliwy, tak każda cierpliwość gdzieś miała swoje granice.
- Nawet gdybym chciała skończyć teraz? - zapytała ostrożnie, wreszcie stąpając bliżej kamiennego siedzenia. Przy jego krawędzi, zanim zajęła miejsce, rozsupłała kokardkę wokół szyi i ściągnęła z ramion pelerynę, którą następnie przewiesiła przez podłokietnik, aż wreszcie - skapitulowała, bezradnie moszcząc się na ławce. Jej postawa była dziwna, rozdarta między dwoma światami: z jednej strony zimna i uważna, gotowa w każdej chwili rzucić się do ucieczki, gdyby ją spłoszył, a z drugiej miękka, zwiewna, obdarzona naturalnym, dziewczęcym urokiem. Roztaczała go nieświadomie, przychodził już samoistnie. Niegdyś Rain i Philippa uczyły jej w jaki sposób się poruszać, jak modulować ciałem, jak rozczulać, aż w końcu to weszło w krew, w Tower stało się wręcz koniecznością - i odpowiedzią na poczucie zagrożenia.
Z ociąganiem sięgnęła do wiosennego beretu i zsunęła go z głowy, niezbyt dowierzając wyrozumiałej opowieści o ludziach potrzebujących pomocy. Na pewno tak było, ale czy magipsychiatra mógł wyrażać się w taki sposób, jeśli nie zamierzał odnieść konkretnego efektu, kupić sobie zaufania? Bała się tego, że mógł nią manipulować, z czego nawet nie zdawałaby sobie sprawy. Wejść do głowy, nadużyć, wczepić tam myśli, które nie należały do niej.
Jak Cornelius Sallow, on w pewnym sensie przecież tak zrobił.
- Nie wiem, proszę p... Hectorze. Nie wiem na czym polega taka pomoc, na przepisywaniu eliksirów? Yvette już mi je dała - na wzmocnienie ciała i ducha, bez tych drugich rozpadłaby się jak zmurszały budynek podczas rwącej wichury. Dla Celine stan, w którym się znajdowała, był normalnością, inną być może niż czasy sprzed aresztowania, czy choćby czasy sprzed portu, gdy wszystko było uporządkowane i klarowne, lecz wciąż normalnością. Ciągoty do bólu czy upokorzenia, które fundowała sobie sama, jakby przejmując wakatową rolę nieobecnych strażników, lęki, łzy, tak już miało być. Co Hector mógł na to poradzić? W duchu wzbraniała się przed odpowiedzią inną niż nic. - Nie do końca - przyznała, przez kilka sekund wydających się wiecznością podtrzymując mocne spojrzenie, jakim ją obdarzył, świdrujące, wymagające, zanim odwróciła wzrok i westchnęła cicho, obracając w dłoniach beret. - Mogłeś mieć złe zamiary; sądziłam, że miałeś. Gdybym miała czas pomyśleć o tym, jak chcę się zachować, pewnie od razu teleportowałabym się do domu, albo chociaż... Nie wiem, ogłuszyła cię zaklęciem, na wszelki wypadek - z ukłuciem wstydu znów spojrzała na Vale'a kątem oka. Co o niej pomyśli? Spodziewał się takiej odpowiedzi? Jako lekarz musiał być mądry, wiedział, co działo się w Anglii, co panoszyło się w cieniach, znał tę nieufność; miałby jej to za złe? Rzadko kiedy, zresztą, zachowywała się teraz w sposób, którego mogłaby życzyć sobie dawna Celine. Normalna, zdrowa Celine. Logika przychodziła opieszale, czasem w ogóle, zastąpiona przez pełen paniki instynkt i płochliwość. - Co ci to mówi? Że to objaw, obłęd? - gdy znów uniosła głowę, jej spojrzenie zamigotało zagadkowo, kolorowane potrzebą zrozumienia i jednoczesnym sprzeciwem - a różane usta otwarły się na sekundę, po czym zamknęły, bez słowa, coś chciała dodać, jednak nie była pewna co.


she turned her face up

to the starlit sky

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Ławka w ogrodzie
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach