Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Celine Lovegood
AutorWiadomość

Celine Clovis Lovegood

Data urodzenia: 01.02.1937
Nazwisko matki: Delacour
Miejsce zamieszkania: Londyn, Grimmauld Place 12
Czystość krwi: Półkrwi
Status majątkowy: Ubogi
Zawód: Niesforna służąca lady Aquili Black, wcześniej uliczna tancerka w dokach i baletnica
Wzrost: 155 centymetrów
Waga: 44 kilogramy
Kolor włosów: Miodowy blond
Kolor oczu: Lewe oko bardziej zielone, prawe bardziej błękitne
Znaki szczególne: Nieobecne spojrzenie; miękki, koci chód; raczej niepiękne stopy



dancing is creating a sculpture
that is visible only for a moment.

Wspominam to wszystko znad smugi białego pyłu, który wypełnia moje żyły. Musi to robić, przecież czuję go w sobie wyraźnie: przez kilka, kilkanaście minut uśmiecham się do słońca i cieszę powietrzem, a potem w umyśle osadza się apatia. Melancholia, która skłania mnie do refleksji, niepotrzebnie. Ale ulegam jej. Zawsze ulegam. Jestem za słaba, by odegnać od siebie demony przeszłości - pięknej Doliny Godryka, w której przyszłam na świat lutowego poranka. Po nocy pełnej skurczy i boleści mama, ta prześliczna istota, w końcu wydaje mnie na świat. Jest zmęczona, ale i upojona miłością, kiedy patrzy na mnie pierwszy raz i uśmiecha się do mnie, wokół głowy mając migoczącą aureolę najszczerszego złota. Ojciec dopada nas z krzesła, na którym usadziła go uzdrowicielka, by nie przeszkadzał; po policzkach ciekną mu łzy, całuje w czoło żonę, całuje w czoło mnie, tak rozpoczyna się nasza wspólna historia. Niech trwa jak najdłużej.
Proszę, niech trwa.
Ale ona umiera. Trzy doby po porodzie zostawia nas samych, mnie w objęciach tatusia, który z bieli radości musi przywdziać żałobną czerń. Żałuję, że nie zdążyłam cię poznać. Przepraszam, że przeze mnie umarłaś - wiem dziś, że przeze mnie. Gdybym nie pchała się na świat, pewnie dalej bylibyście zgodnym, kochającym się małżeństwem, gdzieś daleko stąd, na zielonych wzgórzach, wśród żywych świeżością lasów. Dziś jesteśmy tylko my, sami, i nie przetrwaliśmy próby czasu. Hodowla kwiatów, które pielęgnowaliście razem z tatą usycha, bo był zbyt zajęty opieką nade mną - nawet ta pamiątka odeszła przeze mnie, czuję się z tym okropnie. Obumiera zębate geranium, gniją kolorowe pąki kłaposkrzeczki, nawet wytrwały mimbulus mimbletonia przestaje w końcu pulsować. Babcia strąca ostatnią donicę pykostrąku podczas porządków w szklarni. Płaczesz nad losem swoich roślin, mamo? Nie chcieliśmy ich skrzywdzić. Brak czasu sprawia, że tata zamyka również hodowlę dirikraków; zamiast młodymi, różowymi kurkami musi zająć się mną, wyklutą z innego jaja. Nie chciałam tego.


Moja magia ukazała się szybko, jeszcze zanim nauczyłam się mówić, bo tego z kolei dokonałam dość późno. Pewnego dnia po prostu się objawia - on, niekształtny zając wyglądający zza ściany, patrzy na mnie i mamrocze coś pod nosem. Chyba narzeka, ale nie jestem pewna, nie rozumiem co mówią do mnie inni, czuję tylko jego emocje, a te zawsze są przyjazne. Przynajmniej wobec mnie. Dostrzega go też mój ojciec, rozumie, że to symbol magicznego talentu, który niebawem pośle mnie do szkoły czarodziejstwa, innej co prawda niż tak, którą sam wspomina z tak wielkim sentymentem. Do jakiego domu trafiłabym w Hogwarcie, gdyby nie pisane było mi Beauxbatons, zgodnie z życzeniem mamy? Opowiada mi o nich, choć nie pojmuję do końca znaczenia słów, nie rozdzielam nazw; zlewają się w kaskadę nicości, więc zasypiam w jego ramionach, słuchając o świecie, w który niebawem wkroczę. Ale najpierw, zanim udamy się na Pokątną, pójdziemy z dziadkami Lovegood i Sue na inne zakupy. Nie wiem kto pierwszy wpadł na pomysł, bym zatańczyła. Może dostrzegli moją posępną twarz i rozmarzone spojrzenie, gdy spoglądam na gibkie, piękne istoty, może po prostu chcą mnie czymś zająć - nieistotne, tego dnia, jako prezent z okazji czwartych urodzin otrzymuję bladoróżowe buciki, które poniosą mnie w obłoki przyszłości. Zapisują mnie na lekcje, które prowadzi bardzo urokliwa, smukła niczym źdźbło trawy kobieta; ma rudawe włosy i zadarty nos, a do tego urzekającą melodię głosu. Nie martwię się nawet kiedy mnie gani. Ciekawe, czy tak brzmiałaby mama.
W wolnych chwilach słucham opowieści tatka. Czyta mi o magicznych zwierzętach, podczas gdy ja plotę kolorowe wstążki i udaję, że są kwiatami, z których mogę stworzyć wianek. Dirikraki to jego ulubiony gatunek - różowe ptaki zdolne zniknąć i pojawić się kilka kroków dalej; czasem zastanawiam się dlaczego hodował akurat je, ale nigdy nie pytam o to głośno. Może dlatego, że boję się dotykać zabliźnionej rany, a może po prostu zagłusza moją ciekawość kolejną opowiastką. Wplata w wymyśloną przez siebie fabułę złowieszcze druzgotki, innym razem mówi o gryfie, który przedarł się przez chmury i odnalazł najwyższy z górskich szczytów, jaki tylko istnieje. Do snu snuje baśnie o jednorożcach czy lunaballach podążających lunarną ścieżką wprost na księżyc. Zaszczepia we mnie tę pasję, szacunek do mniejszych przyjaciół, powoli wypełniając pustkę naszego domu coraz to nowymi przedstawicielami różnych ras. Głównie małych. Mamy kilka memortków i żabocików, a w ogrodzie osiedla się szpiczak. Nie przepada za tatkiem, chociaż ja zawsze umiem zaskarbić sobie jego sympatię spodkiem ciepłego mleka.
Potem nadchodzi sowa, niesie ze sobą list, ale czasu nie mogła wybrać sobie gorzej. To przeddzień mojego pierwszego prawdziwego spektaklu, tanecznego przedstawienia, do jakiego trenuję w salonie w pocie czoła. Ojciec przynosi mi pismo z Beauxbatons, jest dumny, znów całuje w czoło - robi to rzadko, chyba boi się, że nie przyniesie to niczego dobrego - i klepie po ramieniu, choć jego twarz trochę ciemnieje, gdy widzi, że interesuje mnie to mniej niż niedopracowana jeszcze figura, którą setny powtarzam przed lustrem. Dopadam w końcu koperty, by nie było mu przykro; jestem dumna, oczywiście, ale wiedziałam przecież, że tak będzie. Niedługo trafię tam, gdzie niesie mnie magiczne dziedzictwo - ale najpierw taniec. Zatapiam się w nim za kilkadziesiąt godzin, odnoszę sukces, upajając się brawami. Może nie są tak spektakularne jak te rodem z rosyjskich balustrad dla publiki, ale są moje, własne, wypracowane, wypocone i wydarte z gardła przeznaczenia. Należą mi się, wiem to, chcę więcej, czuję, jak osiedlają się gdzieś głęboko na dnie mojego żołądka i rozrastają ambicją niczym rak. Trudno, poświęcę się dla tego pragnienia. Patrzysz na mnie z góry, mamo? Też biłaś mi brawo? Chciałabym to usłyszeć.
Następnego dnia ruszamy na Pokątną, a jeszcze trochę później, dziesięcioletnia ruszam do szkoły, by rozpocząć edukację. Niby to zostawiam taniec za sobą, ale przyrzekam sobie, że nawet tam nie spocznę, będę tańczyć w starych klasach czy na pustych korytarzach późnym wieczorem - więc jakże wielkim jest moje zdziwienie, gdy na miejscu okazuje się, że to kolebka francuskiej sztuki. Jestem jedną z Gryfów, pod swoje skrzydła bierze mnie nauczyciel tańca, baletu, o wiele bardziej surowy niż mistrzyni dziecięcej akademii, to dobrze. Czuję, że przy nim nauczę się więcej, zrozumiem jeszcze dogłębniej piękno sztuki, która łączy nas wszystkich.


Do orła mi daleko - ale to nic. Radzę sobie w obronie przed czarną magią, której biel jest mi bliższa niż inne dziedziny magii. Chcę umieć się bronić, nie wyrządzać krzywdę, dlatego do tego użytkowego przedmiotu przykładam się najbardziej. Ukochuję też, naturalnie, opiekę nad magiczny zwierzętami, są dzikie, fantastyczne, często wymagające po prostu więcej uwagi, niż to, co chętni są zaoferować moi koledzy. Pomagam przy przygotowywaniu ich do lekcji czy oporządzaniu po niej, jeśli akurat pozwala mi na to profesor, by potem prędko pobiec na zielarstwo, na które jestem już spóźniona. Jako jedyna nie zasypiam też nad pracami domowymi z historii magii, nawet jeśli unikam ich jak ognia i odrabiam na ostatnią chwilę: przecież nie mam czasu, tańczę. Powtarzam zapamiętane układy, rozciągam ciało, dbam o to, by przypominać duchy błąkające się po pięknym zamku. Niektóre z nich są zbyt smutne, samotne, staram się więc rozweselić ją szaleńczym baletem, ale i to często nie pomaga. Dziwne, czyżby nie doceniały piękna, które im przekazuję? Zmieniam wtedy obiekt zainteresowania i tańczę dla innych, weselszych. Zawsze biją mi brawo, śmieją się, opowiadają historie własnych śmierci, które zakrawają o makabrę, ale słucham ich uprzejmie, wierząc, że natchną mnie kiedyś do stworzenia własnego układu. Wakacje spędzam w kolejnej szkole - baletowej. Nie pozwalam sobie odpocząć, nie po to pracuję w pocie czoła, by stać się nikim.
Dorastam, zaczynam przyciągać nie tylko ruchem, ale i twarzą. Podobno. Urzekam, magnetyzuję, przyciągam, a oni lgną do mnie jak do pszczelej królowej, nieważne gdzie próbuję się przed nimi skryć; to ciocia tłumaczy mi kim jestem, kim była moja mama, dlaczego wydawało mi się już wtedy, że była najpiękniejsza. Taką ją pamiętam i mam rację. Płynie w nas wila krew, coś, co z wiekiem zaczynam uważać nie tyle za przekleństwo, co dar. Możliwość. Niech patrzą na mnie, ci, którzy zasiadają na widowni i chłoną balet, choć wolałabym, by patrzyli na stopy, na sylwetkę, nie tylko na twarz. Z czasem uczę się to łączyć. Tworzyć spójną całość, którą jest Celine. Chociaż bywam też Odettą. Bywam Śpiącą Królewną, Giselle i Klarą odczarowującą dziadka do orzechów. Wcielę się w każdą rolę, jestem delikatna, ale uniwersalna: udowadniam to Odylią, uwodząc księcia. A potem zostawiam to za sobą i na kolejny rok wracam do Beauxbatons, godząc naukę z nowopoznanymi konfiguracjami, choreografiami, ćwiczeniami budującymi odporność, sprawność organizmu. Nienajgorsze oceny gwarantują mi nowe puenty w prezencie, kiedy wrócę na wakacje. Zaczynam się przykładać.


To wspomnienie smakuje smutkiem. Kończę Beauxbatons ze średnimi, choć zadowalającymi wynikami, żegnają mnie więc Gryfy, nasz pokój i duchy, do których przez te lata zdążyłam się przyzwyczaić, które obdarzyłam sympatią. Z niespodziewaną mi melancholią spoglądam ostatni raz na śliczne, wzorzyste korytarze, przechadzam się błoniami, patrzę na księżyc, którego więcej stąd nie zobaczę. To nasza ostatnia noc, wiemy o tym, my, ośmioroczni, jedną nogą zatopieni w dorosłości. Nie chcemy do niej iść, ale musimy, taka jest podobno kolej życia - a ja wiem, że wracam do czegoś. Do teatru baletowego, który w końcu przywita mnie w pełnym swym asortymencie; z listu dowiaduję się, że wygospodarowano dla mnie pokój, bym mogła całkowicie poświęcić się pasji. Spoglądam zatem w kierunku przyszłości z uśmiechem, smarując twarze kolegów i koleżanek pastą do mioteł podczas ostatniej nocy, w ramach ostatniego psikusa adolescencji, którą do teraz razem dzielimy. Za kilka godzin pociąg zabiera nas do domu, jesteśmy dojrzali.
Prędko rzucam się w wir nowego życia. Tańcem zarabiam na swoje utrzymanie, znów jestem z daleka od domu, czerpię z pasji pełną piersią, dopóki jedna wiadomość nie rujnuje upragnionej codzienności. Zamknięto go w Tower, oczekuje wyroku, dowody wskazują przeciwko niemu - podobno targnął się na czyjeś życie, podobno zabił, mój ojciec, delikatny i rozmarzony mężczyzna, który potrafił stanąć w mojej obronie, lecz zwykle nie skrzywdziłby pszczoły. Są pewni jego winy, chcą, bym zeznawała przeciwko niemu, ale nie mogę tego zrobić. Niedługo go stracą - a mnie już teraz traci życie. Plama na rodzinnym honorze to powód do tego, by zazdrosne baletnice spaliły mnie na stosie wspólnej sztuki; ich plotki sprawiają, że tracę też miejsce w szkole. Pieniądze. Siebie.
Nie mogę wrócić do domu, zajęto go prawnie, nie wiem dlaczego - wiem tylko, że nie mam pieniędzy i ląduję w dokach. Tańczę. Uwodzę jak zwykła ulicznica, zhańbiona, zapomniana, wyśmiana przez los: uprawiam balet wśród brudu i ryb, ku uciesze urzeczonych marynarzy, pijaków i handlarzy, którzy patrzą na mnie bez uwielbienia godnego tej cudownej, tanecznej iluzji. Dlaczego wylądowałam w rynsztoku? I kiedy tak właściwie pierwszy raz upoiłam się wróżkowym pyłem, licząc, że dzięki niemu będzie mi łatwiej? Patrzę w lustro z obrzydzeniem. Jest popękane, stare, jak ja - w sercu. Nie znam dziś własnego ojca, nie wiem, czy rzeczywiście jest winny, gniję od środka. Mam wrażenie, że w stopach zagnieżdżają mi się robaki. Czają się w kątach wynajętego pokoiku w Parszywym Pasażerze, wchodzą we mnie, kiedy śpię, by później złożyć jaja i pożreć mnie żywcem. Wiem, że to się dzieje, przecież musi. Przepraszam, że zawiodłam.
To trudny świat. Rządzi się swoimi prawami, które pojmuję powoli, ale w końcu dostrzegam jak wiele mogę zawdzięczać własnej fizyczności, choć budzi to we mnie sprzeciw - patrzę jak robią to Philippa, Rain i inne świadome własnych walorów kobiety, podpatruję je i staram się naśladować. Nawet mi to wychodzi, mimo tego, że od środka rozgrzewa mnie wewnętrzny bunt, a skóra przeszywa dreszczem kiedy zbieram te niestosowne spojrzenia, dziwnie przychylne uśmiechy; czasem za ładny gest i słodkie słowo dostaję darmowe narkotyki, robię to wszystko tylko dlatego, bo na nie mnie nie stać. A nie chcę żebrać, nie o to. Dlatego tańczę, z królowej łabędzi przeistaczam się w brudną Esmeraldę, zawłaszczam serca i jak ladacznica operuję sobą samą - głównie jednak bez dotyku, dziękuję ci, Merlinie -, by przetrwać. Musiałam się tego nauczyć. I nauczyłam się.
Ona zaś okazuje się gwiazdką z nieba. Przychodzi mi na ratunek, wyciąga dłoń odzianą w elegancką rękawiczkę i mówi, że odmieni moje życie. Wierzę jej, bo muszę, nie mam już nic do stracenia, choć wiem, że kiedy zjawiam się w jej starym, pięknym domu, muszę wyglądać jak ghul. Wydobywa mnie z magicznego portu, a ja trafiam pod skrzydła czarnego orła, pięknej, szlachetnej kobiety, wymagającej ode mnie jedynie posłuszeństwa. Kiedyś baletnica, dziś służąca. Mogłam tańczyć na deskach rosyjskich scen, tańczę natomiast wśród zastaw, jedwabiu i drogich win, choć nie wiem co jest do czego. Prosi mnie o widelec do sałatki, ja podaję jej taki wielkości chochli, ale nie wzniecam tym złości: spokojnie tłumaczy mi mój błąd, uczy, jak nie popełnić go w przyszłości. Ale ja nie mam przyszłości, nie czuję jej. Moja ostatnia para puent jest już znoszona, jej szpic zmiękły, wytarty.


Głupi ma szczęście, tak słyszałam, podobno ja też je mam. Z baletowej szkoły do doków, z doków do Blacków, kto inny może pochwalić się taką historią? Nic dziwnego, tyle lat byłam głupia, naiwnie wierząc, że nadejdzie mój dzień. Dziś wciągam do nosa wróżkowy pył podczas wolnego od pracy wieczoru i modlę się w duchu, by w końcu obudzić się z przedłużającego się snu.


Patronus: Pszczoła, pieczołowita, uparta, zdeterminowana, niby tak podobna do osy, a jednak zupełnie jej przeciwna. Symbol pracowitości, troskliwości, powodzenia i nieśmiertelności, symbol eteru, w którym można zatracić się bez końca. Jest pokusą i miłością, płodnością, słodyczą, od której nie możesz się oderwać.
Wspomnienie, de facto, jest banalne. Moment otrzymania pierwszych baletowych puent w wieku sześciu lat. Stały się przekaźnikiem wiodącym za sobą każdą następną decyzję, wyznaczyły tor, który przez tak wiele lat przynosił radość; Celine do dziś posiada tę parę, zniszczoną, znoszoną i malutką, ale tak uroczą.

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM:10+5 (różdżka)
Uroki:30
Czarna magia:00
Magia lecznicza:00
Transmutacja:00
Eliksiry:00
Sprawność:11Brak
Zwinność:26Brak
Reszta: 0
JęzykWartośćWydane punkty
angielskiII0
francuskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
KłamstwoI2
KokieteriaII10
ONMSI2
SpostrzegawczośćI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Wytrzymałość FizycznaI2
SzczęścieI5
Savoir-vivreI2
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Neutralny--
RozpoznawalnośćI-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Malarstwo (tworzenie)I0.5
Muzyka (śpiew)I0.5
Muzyka (wiedza)I0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec baletowyIII25
GimnastykaII7
ŁyżwiarstwoI0.5
Taniec współczesnyI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
Półwila-10 (+40)
Reszta: 0
[bylobrzydkobedzieladnie]




this doesn't feel like home


Ostatnio zmieniony przez Celine Lovegood dnia 16.01.21 1:29, w całości zmieniany 6 razy
Celine Lovegood
Celine Lovegood
Zawód : nikt
Wiek : 20 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
czy to sam lucyfer mógł się wcielić w nią? jej diabelskie oczy zawładnęły mną, półwili miot na pokuszenie wodzi mnie...

OPCM : 10
UROKI : 3
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455

Powrót do góry Go down

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Tristan Rosier
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Celine Lovegood Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down



KOMPONENTYskóra wsiąkiewki x3

[16.01.21] Komponenty (październik-grudzień)

BIEGŁOŚCI
[12.02.21] Wsiąkiewka (październik-grudzień) + 0,5 PB

HISTORIA ROZWOJU[21.01.21] -50 PD; sowa
[21.01.21] Wykonywanie zawodu (październik/grudzień): +20 PD
[12.02.21] Wsiąkiewka (październik-grudzień) + 30 PD
[13.02.21] Darmowa zmiana wizerunku
[21.02.21] [G] -40 PM; kot, kameleon
[24.02.21] Lusterko: +5PD
[28.02.21] Karta zmiany: - 200 PD
[11.03.21] Osiągnięcia (Femme fatale, Do wyboru do koloru): +80 PD
[19.03.21] Otrzymanie od Anthony'ego piersiówki "Bezdna"
[11.04.21] Skóra wsiąkiewki x3: -45 PD
[11.04.21] Lusterko: +3PD
[16.04.21] Osiągnięcia (Obieżyświat) +30 PD
[23.07.21] Spokojnie jak na wojnie: +5 PD
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Celine Lovegood Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Celine Lovegood

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach