Wydarzenia


Ekipa forum
Yulia Dyatlova
AutorWiadomość
Yulia Dyatlova [odnośnik]10.06.24 19:05

Yulia Fyodorovna Dyatlova

Data urodzenia: 2 października 1937
Nazwisko matki: Bojczuk
Miejsce zamieszkania: Ulica Zapomnianych Córek, Londyn
Czystość krwi: Czysta ze skazą
Status majątkowy: Ubogi
Zawód: złodziejka, (okazjonalnie) dziewczyna do towarzystwa
Wzrost: 163 cm
Waga: 51 kg
Kolor włosów: kasztanowe
Kolor oczu: szarobłękitne
Znaki szczególne: długie włosy sięgające łokcia z tendencją do kręcenia się w wilgotnym środowisku; silny, rosyjski akcent


Urodziłam się jesienią 1937 roku, choć matka mówi, że to wcale tak do końca nie było i data urodzin wynika tylko z tego prostego faktu, że medyk odwiedzał wioskę raz na pół roku i wtedy właśnie wypisywał akty urodzeń. Mam zatem 21 albo 22 lata, choć babcia twierdzi, że ten sam lekarz wypełniał papiery po paru butelkach bimbru i po znajomości, więc tak naprawdę mam 20. Podejrzewam, że prawdy nigdy się nie dowiemy, więc równie dobrze możemy przyjąć, że mam 715, bo na tyle się czuję.
Od początku powtarzano mi, że kluczem do sukcesu jest dobre zamążpójście, szczupła sylwetka i możliwie jak największa ilość dzieci. Traktowałam to jak prawdę objawioną do siódmego roku życia, gdy moja najstarsza siostra wyszła za mąż i nigdy więcej jej nie zobaczyłam; wtedy zaczęły się pytania i podejrzenia, których nikt nie rozwiał – matka była zbyt zajęta ogółem życia i pilnowaniem domu, a ojciec pozostawał odległą, wiecznie nieobecną figurą naukowca. Już wtedy prześladował mnie pech, zatem nietrudno było mi przypisać winę w jakiś sposób sobie – może ten rysunek na szczęście wcale nie był taki szczęśliwy? No nie przyłożyłam się do niego za bardzo i wyszło jak wyszło, może to dlatego nigdy nie odpisała na żaden mój list? Nie odpowiedziała na żadne zaproszenie?
Teraz, po latach, uważam, że najprawdopodobniej jej pan mąż zakazał kontaktów z rodzinnym domem. Być może wytłukł jej to na twarzy, tak jak lokalnemu Burkowi wkopał posłuszeństwo tak skutecznie, że ten zdechł.


Dzieciństwo spędziłam na szerokich, złotych łąkach. Pomagałam mamie w domu, uczyłam się norweskiego, asystowałam także wujowi w hodowli aetonanów. Tam też pierwszy raz wsadzono mnie na grzbiet jednego z nich i powiedziano: “trzymaj się”. Ja, Yulia, posłuszne dziewczę, zrobiłam jak mi kazano i trzymałam się tak mocno, że gdy w końcu spadłam, to z garściami pełnymi końskiej grzywy i tyłkiem obolałym od podskakiwania na twardym grzbiecie. Wuj nie był zadowolony, aetonan nie był zadowolony, nawet ojciec nie był, co było chyba dla mnie największym szokiem, bo przez znakomitą większość mojego życia udawał, że nie istnieję. (Nawet nie wiem, kiedy właściwie pojawił się w hodowli. Ot, zagadka).
(Może chodziło o te podprowadzone narzędzia).
(A może nie).
Dowiedziałam się wtedy, że dorośli nie zawsze mają na myśli dokładnie i precyzyjnie to, co mówią i że bywają przypadki w których chodzi im coś o kompletnie innego, zatem najlepiej zignorować to, co mówią i przejść do samodzielnego myślenia. Wtedy za niedociągnięcia można winić tylko siebie.


Rodzice zapisali mnie do Durmstrangu, choć nie do końca jest mi wiadome dlaczego. Być może to przez ojca – sam tam uczęszczał, ale Instytut zaszczepił w nim bardzo dziwne ambicje, które nakazywały mu kroić ludzi po godzinach w poszukiwaniu Merlin wie czego – być może to przez wuja – który wszystkim rozpowiadał, że znał samego Grindelwalda – może to przez siostrę – tu nie mam żadnej fascynującej nowinki – a może po prostu przez to, że szybciej nauczyli mnie norweskiego, niż angielskiego.
W szkole niespecjalnie odstawałam od innych dzieci. Znaczy się – na początku. Uczęszczałam na lekcje, odrabiałam zadania domowe, miałam dużo znajomych, ale w miarę upływu czasu i kolejnych lat, przypięto mi łatkę lekkiego odklejeńca; chadzałam własnymi ścieżkami, miałam swoje zdanie (zazwyczaj całkowicie odmienne od ogółu) i ciężko było mnie przegadać. Na późniejszych rocznikach byłam już kimś widocznie gorszym, ale na szczęście dzieciństwo zdążyło mnie przyzwyczaić do podobnego traktowania, zatem żadne znikające książki, eksplodujące puddingi i krzywe spojrzenia nie uczyniły mi większej krzywdy, a nauczyły dwóch rzeczy. Pierwsza to taka, żeby nigdy nie pozostawać dłużnym, a druga to taka, żeby nie dać się przy tym złapać. I w sumie ta druga jest ważniejsza niż pierwsza, prawda.


W miarę upływu czasu docierały do mnie – szczególnie w wakacje pod koniec szkoły – pierwsze sygnały, że rodzina zaczyna rozglądać się za kimś dla mnie. Druga co do starszeństwa siostra także zdążyła już opuścić rodzinny dom, zatem pełna uwaga matki skupiła się na mnie. I wcale nie było mi to na rękę – małżeństwo to w końcu coś dla starych ludzi, a ja miałam ledwie 18, 19 lub 785 lat, zależy jak kto liczy i co bierze za prawdę objawioną. Nie podobała mi się wizja podporządkowania jakiemuś jegomościowi, nie podobała mi się wizja porzucania aetonanów wuja, nie podobało mi się nawet to, że na wesele dostaje się sporo pieniędzy.
(Głównie dlatego, że to nie ja miałam te pieniądze dostać, ale to już inna para kaloszy i proszę o tym nikomu głośno nie mówić, dobrze).


Niewiele myśląc i równie niewiele planując – dałam nogę z domu. Zapakowałam się do torby na ramię, ukradłam mamie obrączkę, srebrną bransoletkę i kolczyki, po czym ruszyłam w świat wierząc, że wszystko o czym tylko zamarzę jest na wyciągnięcie ręki. Życie na pozycji rzadko zauważanego rodzinnego i szkolnego wypłosza utwardziło mnie na tyle, bym nie bała się spojrzeć w oczy obcym ludziom czy wejść w pyskówkę. Umiałam walczyć o swoje, choć gdy dotarłam do pierwszego dużego miasta – życie szybko pokazało mi, że jeszcze nic nie wiem i nic nie widziałam.
(To nie było miłe).
Biżuterię wymieniłam na jedzenie i bilet na statek; chciałam dotrzeć do wybrzeży Anglii. W porcie jednak, bez obstawy, bez opieki i bez jakiejkolwiek reputacji wśród przestępców, przekonałam się, że moje dziarskie nastawienie do życia, zdolność podbicia komuś oka czy zaczarowania przy pomocy odsłoniętej łydki nijak mają się w konfrontacji z prawdziwymi oprychami. Złapano mnie, odarto z godności, pieniędzy i biletu, a potem ciśnięto do jakiejś speluny, gdzie wedle zapowiedzi moich oprawców, miałam dokonać żywota jako dziewczyna do towarzystwa.
Gdy wieczorami leżałam na trzeszczącym łóżku, obserwując raz po raz sypiący się z sufitu tynk, zastanawiałam się czy ktoś mnie szuka. Czy rodzice w ogóle zastanawiają się nad tym gdzie przepadłam i czy jestem cała. Byłam ciekawa, czy jeśli podjęli poszukiwania to ze względu na mnie i moje dobro, czy z chęci odzyskania błyskotek. Nasuwająca mi się odpowiedź była tak samo rozczarowująca jak moje wcześniejsze przekonanie, że zawojuje świat i nagnę go do swojej woli.


W marynarskiej spelunie zgorzkniałam, a efektem tego zgorzknienia był awans w drabince lokalnych cwaniaków. Nie płacono mi dobrze – w zasadzie w ogóle – zatem po początkowej fazie zrezygnowania nadszedł czas na zadbanie o siebie całkiem samodzielnie. Od dziecka miałam dryg do podkradania ludziom rzeczy z kieszeni, a im dłużej siedziałam w spelunie, tym lepiej szło mi rozpoznawanie tej charakterystycznej granicy rozluźnienia po alkoholu; momentu, gdy ofiara nie zorientuje się nawet, że ma w kieszonce parę sykli mniej niż powinna. Drobne kradzieże stały się więc moją szansą na ucieczkę; każda skradziona moneta była przeze mnie wnikliwie oglądana i chowana w cienkim materacu, w nogach łóżka, żeby nikt się nie zorientował.
Mężczyźni odwiedzający przybytek bywali drażliwi i brutalni, zatem szybko musiałam wykształcić w sobie zdolność do analizy ludzkiego zachowania na bieżąco. Wyciąganie odpowiednich wniosków przychodziło mi z trudem, ale w przeciągu 7 miesięcy gnicia w porcie nauczyłam się wystarczająco, by mój fałszywy, zadowolony półuśmiech wywoływał odpowiedni efekt na odpowiednich osobach.


Uciekłam sama, w środku nocy, tuż po ostatnim kliencie. Upiłam go eliksirem nasennym wymieszanym z cierpkim winem, wydostałam się oknem i zeszłam po murku. Ciało od zawsze miałam giętkie i zwinne od tańca, a asysta w hodowli wystarczająco wzmocniła moje mięśnie i odsunęła od wizji bladego, mimozowego truchła w sukni, bym nie bała się takich akrobacji.
Na statek dostałam się podstępem. Nie miałam zamiaru znów kupować biletu, poza tym w przeciągu ostatnich miesięcy marynarze dobitnie dali mi do zrozumienia, że kobieta na pokładzie przynosi pecha – próba pozostania uczciwym była z góry skazana na porażkę. Z informacji zasłyszanych w spelunie wiedziałam gdzie odbywają się załadunki i rozładunki, a barwne opowieści sugerowały, że niespecjalnie pilnuje się tutaj porządku. Pod osłoną nocy zakradłam się pod pokład i ukryłam wśród beczek, towarów i worków. Do dziś pamiętam smak tamtego sukcesu i dumę z samej siebie; jeszcze nigdy nie udało mi się przemknąć pomiędzy ludźmi tak bezszelestnie i zwinnie, prawie jak cień.
Podróż do Anglii – wyjątkowo długa, niech będzie mi dane wspomnieć, nie spodziewałam się – okazała się być wymagającą grą w kotka i myszkę. Za każdym razem gdy ktoś schodził pod pokład, musiałam się bezszelestnie przemieścić gdzieś indziej, tak, by nie zwrócić niczyjej uwagi. Trudne to było zajęcie i wymagające nieustannej czujności, ale gdy alternatywą jest wyrzucenie za burtę, to dokłada się wszelkich starań do tego, by nikt nikogo nie zdemaskował.
Ostatnie dni podróży pamiętam jak przez mgłę. Pogoda psuła się od paru dni, po statku krążyły nieśmiałe sugestie sztormu, statkiem miotało na boki jak łupiną po orzechu, fale co rusz rozbryzgiwały się o burty. Modliłam się w duchu by ląd był już blisko, modliłam się do dowolnego bóstwa o to, by pozwolił mi przeżyć, ale bogowie – jak to mieli w zwyczaju – pozostawali głusi na moje prośby. Statek zatem nie podołał kolejnym dniom, w burcie wybiło dziurę, a prysznic z lodowatej wody niemal wydusił ze mnie życie. Na wpół płynąc, na wpół idąc, zdołałam wydostać się na pokład, prosto w serce chaosu. Załoga rzucała się do szalup, licząc na to, że jakoś przetrwają wysoką falę, kapitan wrzeszczał coś o pozostaniu na stanowiskach, co śmielszy się deportował w nadziei na to, że wyrzuci go gdzieś poza zasięg żywiołu i – być może – w jednym kawałku. Chaos był moim sprzymierzeńcem – nikt w tym bałaganie nie zwrócił na mnie szczególnej uwagi, a gdy wcisnęłam się nieproszona do szalupy, zadbałam o to by ukryć włosy pod kapturem i trzymać mordę w kubeł.
Wspomnienie piętrzącej się przed nami fali i wściekłych morskich bałwanów jest ostatnim z tej podróży. Nic więcej nie pamiętam. Obudziłam się na brzegu; słaba, ledwo żywa i wyraźnie naznaczona piętnem pecha.


Do Londynu zabrało mnie Magiczne Pogotowie Ratunkowe, swoje pierwsze dni na wyspie zaczęłam od przydługiego pobytu w szpitalu, który pochłonął wszystkie moje oszczędności. Gdy wyszłam, znów byłam goła i wesoła, ale teraz – jak mi się wydawało – miałam przynajmniej życie pod kontrolą. Nauczona błędami przeszłości, najpierw zadbałam o odpowiednie znajomości na ulicy; nie aspirowałam nigdzie wyżej, pozbawiona godności nie pasowałabym do żadnego kółka wzajemnej adoracji młodych dziewcząt, a niewyparzona gęba i doświadczenie życiowe złodziejki nie pomogłoby mi w otrzymaniu żadnej posady. Żyłam z dnia na dzień, kradłam jedzenie, kradłam pieniądze, kradłam zegarki, bransoletki, czyjś czas i uwagę. Pierwszym moim stałym kontaktem był paser, to on poznał mnie z szajką. Z Daną, z Szyszką, z Marcelem i innymi. W grupie było już łatwiej, a po paru miesiącach dorobiłyśmy się z Daną nawet ciasnego pokoiku w jednej z kamienic w londyńskim porcie. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat wiele się nauczyłam. Szyszka pokazał mi jak używać magicznych wytrychów, Echo był moim najlepszym kumplem od dawania w palnik i rozwiązywania kłopotów; to on nauczył mnie jak zaciskać pięści i jak bić, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Róża pokazała mi jak ogrywać ludzi w gargulki i Eksplodującego Durnia, a ja nauczyłam ją jak skutecznie oszukiwać w kości. W wolnym czasie ścigaliśmy się na miotłach, a w kwietniu zorganizowałam z Daną, Echo i Szyszką skok życia na jakąś irlandzką hodowlę spełniając marzenie o posiadaniu aetonana o tarantowatym umaszczeniu. W dokach nie było dla niego warunków, zatem zazwyczaj trzymałam go u Grubego, naszego pasera. Chłop dobrze się ustawił, miał domek pod miastem i dość miejsca żebym mogła zostawić tam Funta.
Życie, jak nigdy dotąd, było po prostu dobre.


To jednak nie jest koniec tej historii i jeśli ktoś liczył na szczęśliwe zakończenie, to się grubo pomylił.
(Ja liczyłam na przykład i rozczarowuję się za każdym razem jak o sobie myślę).


Noc Tysiąca Gwiazd dobitnie udowodniła, że pech jest na stałe wpisany w ramy mojego życia i jeśli jest dobrze, to tylko po to, by za chwilę mogło być naprawdę chujowo. Jeden z odłamków uderzył w kamienicę, zasypało mnie żywcem i gdyby w okolicy cudem nie pojawił się Marcel, zapewne gruz w końcu osunąłby się tak, by mnie zabić. Ocaliłam skórę z jego pomocą, ale wszystko przepadło, znów zaczynam od zera. Na fali przygnębienia i nietrzeźwości spowodowanej bardzo tanim i paskudnym rumem, napisałam nawet do rodziców – przełknęłam dumę, zagryzłam zęby – ale nigdy mi nie odpisali. Może nie żyją. Może po prostu zapomnieli.

Statystyki
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 6+3 (różdżka)
Uroki:6+2 (różdżka)
Czarna magia:10
Uzdrawianie:00
Transmutacja:00
Alchemia:00
Sprawność:110
Zwinność:260
Reszta: 0
Biegłości
JęzykWartośćWydane punkty
rosyjskiII0
norweskiII2
angielskiI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
KłamstwoI2
KokieteriaI2
ONMSI2
SpostrzegawczośćI2
SkradanieII10
Zręczne ręceII10
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
PechII10
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Neutralny--
RozpoznawalnośćI-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Brak-0
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleII7
PływanieI0.5
Taniec współczesnyII7
Walka wręczI0.5
JeździectwoII7
Biegłości pozostałeWartośćWydane punkty
GargulkiI0.5
Eksplodujący dureńI0.5
Kościany pokerI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 5.5



I wasn't born a freak
I was born who I am
the circus came later


Yulia Dyatlova
Yulia Dyatlova
Zawód : zapomniana córka, złodziejka
Wiek : 21
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
I do what I want when I'm wanting to
OPCM : 6 +3
UROKI : 6 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t12388-yulia-dyatlova#381321 https://www.morsmordre.net/t12392-ekler#381423 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t12393-skrytka-bankowa-nr-2650#381424 https://www.morsmordre.net/t12394-yulia-dyatlova#381427
Re: Yulia Dyatlova [odnośnik]13.06.24 9:41

Witamy wśród Morsów

twoja karta została zaakceptowana
Kartę sprawdzał: Tristan Rosier
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Yulia Dyatlova Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Yulia Dyatlova [odnośnik]13.06.24 9:42


KOMPONENTY-

[13.06.24] Sierpień-listopad

BIEGŁOŚCIhistoria PB

HISTORIA ROZWOJU[13.06.24] Rozwój początkowy
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Yulia Dyatlova Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Yulia Dyatlova
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach