Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Zapomniana piwnica
AutorWiadomość
Zapomniana piwnica [odnośnik]13.09.15 21:12
First topic message reminder :

Zapomniana piwnica

W pobliżu opuszczonych magazynów znajduje się niewielki, ceglany budynek, nagryziony przez zęby czasu. Nie wyróżnia się niczym szczególnym pośród podobnych sobie zabudowań - pomieszczenia już dawno zostały ogołocone ze wszystkich mebli, jedyne co można tutaj znaleźć, to kurz i pojedyncze butelki pozostawione przez bezdomnych. Na gmach składa się parter i stara, zapomniana piwnica, którą zalewa nawet niewielki deszcz - podczas mokrych por roku lepiej nie zagłębiać się do jej środka; latem natomiast najniższa kondygnacja nigdy całkowicie nie wysycha, przez co w jej wnętrzu wyczuwalny jest charakterystyczny zapach grzybów i podmokłych desek. Na piwnicę składa się kilka niewielkich, wąskich pomieszczeń, których wejścia bronią, napuchnięte od wody drewniane drzwi, wzmacniane metalową kratą. Wydaje się, że ona jedyna jest niewrażliwa na dotyk upływającego czasu.
W tej lokacji obowiązuje bonus do rzutu kością w wysokości +5 dla Zakonników i +10 dla Gwardzistów.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 29.10.18 20:41, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zapomniana piwnica - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]28.10.20 23:19
16 VIII

na start -25 pż (przeziębienie&zmęczenie)
221/246, kara -5 do rzutów



Tym razem nie zniknął na krótką chwilę; nie skrył się w portowych szarzyznach na ledwie kilka dni, nie pomknął gdzieś w sobie tylko znanym celu po to tylko, by wrócić w najmniej spodziewanym momencie, rozsiąść się na jednym ze swoich ulubionych krzeseł w Parszywym i kąciki ust zahaczyć o bezczelny uśmiech, uparcie ignorując spojrzenie Philippy (kipiące gniewem tak gęstym, jak piana przelewająca się z kufla wypełnionego szczynowatym piwem, na które dokowicz marnotrawny poczeka sobie, nim nie nadkruszy się nieco siostrzany gniew).
Tym razem było inaczej. Dni zatarły się całkiem, mógł minąć miesiąc tylko, mogło minąć i dni kilkadziesiąt. W gruncie rzeczy wszystkie wyglądały niemal tak samo. Przede wszystkim - to nie je liczył. Arytmetyka codzienności nigdy jeszcze nie była mu tak obca, jak teraz; liczyło się coś innego - ile galeonów kosztuje jedno życie.
Paradoksalnie - gdy martwe ciała nie były już niczym, co w kimkolwiek mogłoby wzbudzić zdziwienie, cena za jednego człowieka rosła. Nie tylko w przypadku twarzy zerkających na niego z każdego rogu, tych w większości doskonale mu znanych (coraz mniej znanych?).
Z każdym dniem trudniej było wydostać pozostałych w Londynie mugolaków poza granice strefy okupowanej przez czystokrwistych. Zakon zaczął tracić swoje wpływy w mieście, które w niczym nie przypominało już tego sprzed kilku miesięcy. Możliwości brakowało też tym, którzy z zakonnikami nie mieli zbyt wiele wspólnego - poza wspólną ideą. On sam utrzymywał kontakt z garstką osób z Proroka, to oni zresztą wciągnęli go w proceder przemycania ostałych się w mieście więźniów reżimu.
Wszyscy potrzebujący pomocy nie mogli pomieścić się w Oazie. Wciąż jednak musieli znaleźć się jak najdalej od Londynu. Ciągle trzeba było wymyślać nowe sposoby na to, jaką drogą opuścić miasto (tych było coraz mniej, przestrzeń jakby zakleszczała się, odcinając ścieżki prowadzące ku wolności). Nie zajmował się układaniem planów. Nie on szukał możliwości. Starał się tylko je zapewnić - jako jeden z wielu trybików.
Po pewnym czasie świat przestał się o niego upominać. Frances i jego bliscy... dla nich nie istniał już wcale. List do Moss, pospiesznie naskrobany tuż po majowej wizycie w Ministerstwie, był pożegnaniem. Musiała się tego domyślać.
Wiedział, że to tylko kwestia czasu, zanim jego twarz znajdzie się na murach miasta (o ile nie trafi od razu do ciasnej mogiły bezimiennych). Nie mógł narażać swoich najbliższych tym, w co się wplątał. Nie chciał, by ktokolwiek jeszcze kojarzył go z Parszywym.
Lecz choć sam od kilku tygodni nie wysłał ani jednego listu... nie przeszkadzało mu to wypatrywać skrawków wiadomości, które przyniosą wieści o nich - o tym, czy z nimi wszystko w porządku. Niepewność drażniła go coraz bardziej.
Zamknął pewien okres swojego życia na początku lipca, kiedy nie mógł już dłużej udawać, że jest w stanie pogodzić to wszystko - miał dwa życia, które nic ze sobą nie spajało. Staż zszedł na drugi plan. Jak w ogóle Burroughs w tym całym chaosie miał znaleźć czas na coś tak prozaicznego jak nauka? W obliczu wojny nic nie miało znaczenia. A kiedy do tego wszystkiego zobowiązał się do pomocy przy przemycaniu londyńczyków, napisał kilka słów do rezerwatu - prosząc o zawieszenie stażu, choć chyba po części wiedział już, że kreśląc te zdania... przekreśla też swoje marzenia. Nie wróci do tego. Nie w najbliższej przyszłości. Najpewniej nigdy. Smocze cienie łowić będzie w snach, może z czasem rozpostarte skrzydła znikną za horyzontem myśli o czymś innym.
Poniekąd już tak się stało.
Żył jedną nogą tu, w Londynie, gdzie ukrywali się najczęściej na obrzeżach albo w dokach - w tej części, w której nie bywał wcześniej zbyt często. Drugą - na kontynencie; szukali przystani, w których uciekinierzy mogliby poczuć się bezpieczniej. Miejsc, które miały stać się domami uchodźców.
Czasem zastanawiał się, ilu ich jeszcze kryje się gdzieś w londyńskich półcieniach, ilu przeżyło. Jak długo będą szukać ostatnich przetrwałych.
A gdy był sam, w głowie kłębiło się coraz więcej egoistycznych pytań; nie chciał myśleć o tym, kiedy tak właściwie będzie mógł wrócić do Jamy, zamknąć oczy i otworzyć je dopiero rano, w ciepłym kocu (na kanapie, bo antresola nie należała już przecież do niego). Kiedy obudzi go zapach przygotowywanego przez Florka jedzenia, a wszystkie wskazówki zegara Flo wskażą dom. Ten ich. Ten jego.
Wszystkie rzeczy, poza różdżką, zostały w Oazie, do której początkowo planował zaglądać co jakiś czas. Tego jednak wciąż brakowało.
Wiadomość wysłana do Tonks przeszła bez echa (za pewnik wziął to, że chroniona zakonną magią treść listu została przez gwardzistkę odczytana). Milczenie uznał więc za zgodę na to, by pomóc tym, którym brakowało każdej pary rąk (zaskoczyło go, gdy tylko sobie uświadomił, że w ogóle szukał przyzwolenia; zupełnie, jakby naprawdę podporządkował się zakonnej hierarchii).
Choć nie przyznał się do tego przed samym sobą, wciąż jednak czeka na łunę patronusa i głos nakazujący mu powrót do Oazy. Na polecenie. Znak, że jest tam nie tyle potrzebny, co niezbędny.
Ten nadal się nie pojawia.
Ciężkie krople skapywały z wilgotnego sufitu zatęchłej piwnicy, rozbryzgując się wokół Keatona, gdy przedzierał się przez kolejne pomieszczenie zalane do wysokości kolan. Z trudem dało się w tym miejscu zaczerpnąć oddech, smród rozlewał się po całej piwnicy, grzęznąc w cuchnącej brei fermentujących odpadków (nie wiem, jak oszacować, czy gorzej śmierdziała ta kloaka, czy on sam).
To dobra kryjówka. Kilka zaklęć i może uda się zobaczyć podłogę; ze dwie, trzy noce spędzą w tej norze, zanim zgromadzą się w tym miejscu wszyscy, którzy w następnym rzucie mieli opuścić Londyn. Pozostało tylko upewnić się, że jest tu względnie bezpiecznie.
Odgarnął z oczu włosy sięgające na ten moment linii podbródka. Kołtuny zdążyły zlepić się w strąki - tłuste, cuchnące czymś, co wżarło się w fakturę kosmyków i miało waniać resztkami ryb jeszcze długo.
Ciemna peleryna zaczęła ciążyć, gdy tylko spora jej część nasiąknęła wodą; brodził powoli, uparcie brnął w stronę drugiego wyjścia, zamkniętego kratą, przez którą można było rozeznać się w tym, jak wyglądała sytuacja po drugiej stronie budynku. Nim wyłonił się zza jednej ze ścian, nim jeszcze poświata Księżyca mogła zdradzić miejsce, w którym się znajdował, zatrzymał się, mocniej ściskając towarzyszącą mu w oględzinach różdżkę.
- Salvio Hexia - wychrypiał cicho, głosem zniekształconym nieco przez przeziębienie. Krata miała być też linią, za którą pozostanie niewidzialny. Wolał upewnić się, że nie stanie twarzą w twarz z licznym patrolem. Bądź kimkolwiek innym.
Wojna odebrała mu i to. Przestał czuć się w dokach bezpiecznie; nawet zapomniane zakamarki, schowane przed niepowołanymi oczami, nie były już dłużej przestrzeniami, w których czekało schronienie. Niewiele tak naprawdę dzieliło schronienie od miejsca będącego potencjalną zasadzką.

[bylobrzydkobedzieladnie]



from underneath the rubble,
sing the rebel song


Ostatnio zmieniony przez Keat Burroughs dnia 05.12.20 9:41, w całości zmieniany 1 raz
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]28.10.20 23:19
The member 'Keat Burroughs' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 2

--------------------------------

#2 'Londyn' :
Zapomniana piwnica - Page 5 LPbD0bN
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zapomniana piwnica - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]31.10.20 0:28
Istniał. I S T N I A Ł.
Mogły wywietrzeć już całkiem te skarpety, mogło zatrzeć się ostatnie wspomnienie. Mógł migać w szkiełku jako przejaw szaleństwa jej wyobraźni. Mógł chcieć zniknąć, ale nie z nimi te numery. Istniał. Gdzieś tu, cholera, był. Na pewno. Luje z portu dawno temu postawiły krzyżyk na tej gębie, ale Philippa czuwała. Czuwała Hania. I czuwał Nochal wędrujący kolejny raz z nimi. Tym razem jakiś taki dziwnie podekscytowany.
– Może coś mu się poprzestawiało we łbie przez te opary Bojczuka… –
powiedziała, przekręcając głowę w stronę Hanki.
Psidwak pozostawał wciąż pobudzony, kręcił nosem na boki, zaczepiał kamienie na drodze, ciemnym okiem obejmował raz jedną, raz drugą postać, domagając się niewiadomego znaku, wezwania, może głosu nakazującego odważnie iść dalej, łapać ten trop, szukać. Odnaleźć. Obejmowała mocno smycz, próbując zapanować nad czworonożnym furiatem. Szły dzielnie, szły razem, jako te ostatnie, które nie mogły zapomnieć i które nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. Przecież tak łatwo było nazwać jego imieniem pierwsze lepsze zwłoki z doków. Tak łatwo było uznać, że tonął na dnie Tamizy, że zapił się gdzieś na śmierć, bo ten świat okazał się jeszcze bardziej gówniany. Poezja przestała wznosić, przestała wdzięczyć się w morzu pięknych słów. Moss wolała działać od wielotygodniowego gadania o tym, co mogło się wydarzyć. A Hania była tutaj z nią. Zdołały się przedrzeć przez kilka murów zbudowanych z tych krzywych mord, zdołały zajrzeć do podłych zakątków miasta, zdołały jeszcze bardziej, głębiej zanurzyć stopy w wojennym błocie. To wszystko, aby mieć pewność. Póki jej jednak nie miały, dzień oznaczał starania. Aż do utraty sił. Moss napędzała się własną złością, wykorzystywała moc irytacji i gniewu, by pozyskać niespotykane dotąd pokłady energii. Kurwy popędzały ją więc do przody – te dosłowne i te oparte o latarenki przy portowych uliczkach. Tak, je również zdołała przepytać, przeszukać, prześwietlić od góry do doły, błagając gdzieś tam bezgłośnie, prosto z nędznego dna myśli, by jednak z którąś się puścił i coś wygadał. Ale nie! Gówniarz musiał, ale to musiał rozpłynąć się w powietrzu.
Przeżywała to. Przeżywała tak, że biedny Łapserdak miał pełne ręce roboty, sprzątając to, co zdołała zdemolować w remontowanym mieszkanku. Dobrze, że nie utknęła tam sama. Johnatan, jak pan na włościach, nie pozwalał jej udusić się własną niemocą, niemożliwą tęsknotą. Gniewem. Szkoda tylko tego cholernego lustra, które nijak nie chciało magią posklejać się w całość. Dokowy malarzyna wiedział, wywłoka też wiedziała, choć wcale nie stały się wielkimi przyjaciółkami. Philippa czuła się tak, jakby jej ktoś wyrwał wnętrzności i kazał żyć dalej. Przesadzała? Możliwe, skoro jego rodzona siostra wcale nie tęskniła, skoro świat kręcił się dalej, a ona wciąż zdolna była do głębokich emocji. Dopóki nie znalazła rozkwaszonego pyska gnijącego w letnim słońcu, nie mogła powiedzieć dość. Nie mogła przestać.
Odgłos łap obijających się o chodniki, ich rytm, znacznie zbliżył się z wędrówkami serca wciąż jeszcze tkwiącego gdzieś pod piersią. Pies w szybkim czasie poznał całe doki, przesiąknął ich smrodem, nauczył się rozpoznawać okolicznych włóczykijów wędrujących dumnie z flaszeczką, nauczył się dróg do domu, do tawerny, do statków. Tylko dlaczego jeszcze nie nauczył się drogi do Keata, do swojego pana? Szarpnięcie sznura wytrąciło ją z rozmyślań, przerwało mętne widoki po raz tysięczny tych samych kamienic, tych samych szyldów, tej samej nieobecności. – Nochal? Ej, Nochal! Cholera! – burknęła, siłując się z coraz bardziej rozbudzonym stworzeniem. Cwaniaczek miał w łapach więcej siły, niż mogłoby się jej wydawać! – Pcha się do tej rudery – poinformowała szybko Hankę i pozwoliła psu pociągnąć się te kilka kroków w tamtą stronę. To był błąd. Zadowolony użył jeszcze większej mocy i smycz o mało co nie pękła jej w palcach. – No chyba sobie żartujesz. W ten syf? Nochal, tu nic nie ma. To śmietnisko – skwitowała, domyślając się w duchu, że kłębowisko obrzydliwych zapachów przyciąga łase na smrodki stworzenie. A może jednak? Przecież jeśli złapał trop, jeśli… – Co robisz? Ej! – zdążyła jeszcze krzyknąć do psa, ale ten zaraz wyswobodził się z uwięzi i pomknął głębiej, między ściany starego budynku. – Może ktoś tam jest – podsumowała krótko, rozmasowując zaczerwienione po objęciach smyczy palce. Dokąd miały iść? Co innego zrobić? Gdzie podziać spojrzenie? – Chodź, Hania, musimy gamonia odnaleźć. Inaczej zaraz będziemy miały kolejnego do wpisania na listę zaginionych… – podkreśliła, wsuwając się do wnętrza tej lichej konstrukcji. – Oho, tutaj też by się przydał jakiś święty auror mruknęła, kopiąc jakąś butelkę – jedną z całego morza szkła. – Już wiem, gdzie się czają, kiedy nie ma ich w tawernie.
Znała to miejsce. Wiedziała, że naprawdę nie było tu nic ciekawego. Mogły trafić na szczerbatego druha albo uliczną dziwkę z klientem. Mogły trafić na dokową młodzież doświadczającą nagłej dorosłości, tak na dziko, tak z ukrycia. Nie myślała jednak, że trafią na swojego chłopca.
Szczekanie zaprowadziło je do piwnicy. Wilgotnej, zagrzybionej, zapomnianej. – Psst, widzisz tu coś? Nochal! Wracaj tu, psie! – mówiła, schodząc po schodach. Kiedy zaś stopy zatopiły się w śmierdzącej wodzie, fuknęła z niezadowoleniem. Cuchnęło jednak jeszcze gorzej, niż podejrzewała. Wyprostowała się i uniosła brodę. I wtedy go zobaczyła. Zignorowała zupełnie przestraszony głosik dziewczyny skrytej gdzieś po kątach wstrętnych podziemnych korytarzy. Ręka z różdżką błyskawicznie pofrunęła do góry. Psidwak szczekał, prostując grzbiet dumnie przed znaleziskiem. Philippę zamurowało. Był zjawą? Kolejną fałszywą imaginacją? Należało się jak najszybciej się z tym rozprawić.
W dwóch krokach znalazła się przy nim. Bez słów, bez rozmyślań. Z emocją. Przywaliła mu prosto w nos. Ducha nie zaboli, nie?


wyważony cios w nos
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]31.10.20 0:28
The member 'Philippa Moss' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 3
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zapomniana piwnica - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]03.11.20 0:20
Nie była pewna, w którym momencie podejrzenie, że chodziło o zemstę przerodziło się w cichy, skryty strach. Być może chwilę przed listem od Philippy, a może na długo wcześniej, gdy Tonks przyznała, że nie ma o nim żadnych informacji. Może nie chciał być znaleziony — ta myśl wędrowała po jej głowie tylko chwilę. Nie wierzyła w to. Miał zbyt wiele planów, o których nie powiedziała Moss, zbyt wiele działań, w które się zaangażował, relacji, które budował w Oazie. Skrycie mu się przyglądała, z delikatnym uśmiechem i satysfakcją. Tworzył coś nowego, od podstaw, od zera. Coś dobrego, coś, co musiał nosić w sercu gdziekolwiek był. Może w Oazie życie toczyło się dalej, a wielu jej mieszkańców straciło rachubę w przybywających nieustannie sąsiadach. Może część z nich nie zauważyła jego nieobecności, a część uznała, że rzeczy ważniejsze pochłaniają go bez reszty. Ale ona to dostrzegła. Tę pustkę wokół chaty, zawsze otwartej dla gości, mieszkańców. Tam, gdzie było jego miejsce. Jego dom.
Nie była pewna na ile można było ufać psidwakowi. Gdyby to było takie proste, Ministerstwo obłowiłoby się w psy gończe i dopadło ich już dawno. A jednak wciąż nie trafili na ich trop. Znaleźć człowieka było trudno, o ile się nie posiadało jego krwi, słyszała o czarach, rytuałach i klątwach, co potrafiły przywracać do życia martwych. I dosłownie i w przenośni. Sceptycznie nastawiona do powtórki nie odmówiła jednak; nie mogłaby. Jeśli istniał choć cień szansy, że był gdzieś tu, w Londynie, potrzebujący — musiały go znaleźć, pomóc mu i przekonać go do powrotu, jeśli... nie chciał.
— Myślisz, że złapał jakiś trop?— spytała, naciągając na głowę kaptur, ukrywając pod nim większość jasnych, jak pszenica włosów. Część z loków okalających jej twarz wypadała do przodu, przysłaniała jej część, odwodząc pierwszą myśl o podobieństwie z tamtą dziewczyną z portretów. Ale to wciąż niewiele, każda wyprawa do stolicy była niebezpieczna, narażała przy tym wiele osób. Czujnie trzymała różdżkę w dłoni przyciśniętą do piersi i gotową na reagowanie. Rozglądała się ukradkiem, upewniając, że nie wzbudzają zbyt wielkiego zainteresowania. Ciemna peleryna spływała z jej ramion, otaczając ją całą, nie wyróżniały się niczym od mijanych osób. Tylko ten psidwak biegł jak szalony, nie zatrzymując się nawet na oddech. Philippa trzymała go na uwięzi - ach, gdyby dało się tak każdego, jakąś niewidzialną nicią spętać, by dotrzeć do niego, gdy już zniknie. Rwał się do przodu, prosto do meliny, której nawet nie brały pod uwagę. Zwolniła kroku, przyglądając się budynkowi — wysokim, rozbitym oknom, okratowanym piwnicom. Krzyk Philipy, jego siostry, wyrwał ją z chwilowego odrętwienia.
— Zaczekaj!— Krzyknęła za psem, ale na próżno. Jej też nie posłuchał. Wysunęła więc różdżkę spod szaty i skierowała ją w stronę budynku. – Homenum Revelio — szepnęła, a już po chwili dostrzegła poświatę małego psa mknącą po schodach do piwnicy. Miała rację, w domu ktoś był. — Tam jest więcej osób, Phil — mruknęła, poprawiając uchwyt różdżki, zacisnęła na niej mocno palce; nagle obleciał ją strach. Jakieś przeczucie, że coś się wydarzy, coś się stanie. — Kieran to... — powiedziała za nią, wiedząc do kogo pije i wchodząc niepewnie przez próg rudery. Ostre zapachy portu, podziemi, zgnilizny i wilgoci uderzyły w nią z siłą huraganu. Zmarszczyła nos i brwi, przysłoniła usta dłonią, ale po chwilach kilku przywykła. — Facet z zasadami. Taki typ, że jak coś ustali to się z tego nie wycofa, choćby miały ściany się wokół walić. Ale to ma dobre strony. Na takich ludziach trudno się zawieść. — Pamiętała, jak stała z nim ramię w ramię na jednej z ulic. Jak walczyła z nim i uczyła się od niego. Prócz tego, że był ojcem jej przyjaciółki, był też aurorom, dziś już Gwardzistą. I czuła się pewnie; czuła, że może zawierzyć mu wszystko, nawet własne życie.
Szczekanie zaprowadziło je do piwnicy, ale nim ruszyła po schodach za dziewczyną czyjś szloch ściągnął jej uwagę. Wyciągnęła różdżkę, ruszyła w ślad za cichym echem rozpaczliwego głosu. I zobaczyła ją. Skuloną pod ścianą, w kącie, drżącą i zapłakaną. Podeszła bliżej, ale zdawała się tym przerazić.
— Nie zrobimy ci krzywdy, obiecuję — skryła różdżkę i uniosła obie dłoni podobnie, jak ona. — Podejdę teraz do ciebie, nie bój się — i zgodnie z zapowiedzią, ostrożnie, w paru krokach do niej dotarła. — Londyn nie jest bezpiecznym miejscem dla ciebie teraz. Musisz się stąd wynieść, mogę ci pomóc. Zaprowadzę cię w bezpieczne miejsce, dobrze? Możesz chodzić?— Trudno jej było w półmroku dostrzec cokolwiek, czy była ranna, czy nie. Musiała jej zaufać, gdy pokiwała głową. Pomogła jej wstać i skierowała się wraz z nią do wyjścia. Nigdzie nie było jednak Moss, zeszła tam, sama.
– Zejdziemy tam jeszcze na chwilę, dobrze? — spojrzała na nią niepewnie, musiała upewnić się, że Philippa była bezpieczna.
Wody było po kolana, spódnica, podobnie jak peleryna zamokły, materiał chłonął wilgoć coraz wyżej. Widziała tylko barmankę i człowieka, którego nie poznała w pierwszej chwili.
— Odsuń się — warknęła, wyciągnąwszy różdżkę w pośpiechu, celując wysokiego mężczyznę. Jego twarz przysłoniły kudły Moss.


| Dostosowując się do lokalizacji pozwoliłam sobie zmienić drzewo na pomieszczenie; zabieram księżniczkę ze sobą; rzut na zaklęcie


Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Zapomniana piwnica - Page 5 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]05.11.20 12:16
Istniał. Jakaś część niego wciąż zresztą pozostała taka sama, jak wtedy, gdy spotkali się po raz ostatni. Może tylko teraz więcej w nim było nerwowości; impulsywnych ruchów człowieka, który na skraju niepewności błąka się już od dłuższego czasu.
Ostatnio pluł sobie w... niekoniecznie brodę (a prędzej szczecinę, którą omszała twarz), gdy tylko zastanawiał się, czemu tak właściwie nie wziął ze sobą jednego z dwukierunkowych lusterek. Nie umiał sobie na to odpowiedzieć, choć przecież zrobił to z premedytacją; miałby dzięki niemu możliwość łypania jednym okiem na to, co działo się u Moss; upewnienia się, że choć jego codzienność staje się z dnia na dzień coraz bardziej niebezpieczna, to Phillie radzi sobie jak zawsze. Była w stanie w piekle wojny ogrzać się tylko, wymyślić taki sposób na przetrwanie, by jeszcze zyskać na tym, że niszczeje świat dotąd im znany. Wiedział, że Moss umie o siebie zadbać - ale nawet ona nie mogła mieć wpływu na wszystko, co miało się wydarzyć; a gdyby coś jej się stało...
Nie miałby o tym pojęcia - żyłby wciąż w nieświadomości, chroniącej go przed prawdą; przez tą mógł wprawdzie czasem uciekać, lecz nie w nieskończoność. Wolał wiedzieć; konfrontacja była mu potrzebna. Odcięty od świata miał tylko wachlarz wspomnień, nic więcej; czuł się tak, jakby to nie jego życie właśnie się toczyło. Jakby każdego dnia wracał do piekieł, on, przewodnik po najgłębszych kręgach, wyszarpujący z nich dusze, które wciąż przecież jeszcze czekały na ocalenie. Bo nie zrobiły nic, czym zasłużyłyby na to, by za życia zgotowano im to wszystko.
Rozproszył się, zaklęcie nie udało się, może dlatego, że usłyszał namolne szczekanie? Więc teraz po Londynie krążą patrole z magicznymi stworzeniami, które poszukują ukrywających się ludzi? Czystokrwiści zaczęli urządzać sobie polowania ze zwierzęcą obstawą? A może to przypadkowy kundel, zbłąkany, szukający resztek jedzenia?
Tylko że towarzyszył mu ludzki głos. Nie rozpoznał go. A przecież powinien. Jej też w pierwszej chwili nie poznał, zamarł tylko, odszukując w przejętej twarzy każdą znajomą rysę, która z opóźnieniem złożyła się na całość jej osoby. Ostatniej, której by się tu spodziewał (albo przedostatniej, lecz o tym przekona się dopiero za chwilę).
Ona w tym miejscu. Biegnąca w jego stronę z pięścią na wierzchu. Może powinien był uznać, że to nie dzieje się naprawdę, ale nawet wytwór jego wyobraźni miałby więcej krzepy, niż... Moss. Nie drgnął, nie usunął się; nie chodziło nawet o masochistyczne nadstawianie prawego policzka, w ramach kary, czy cholera-wie-czego. Wystarczył jeden rzut oka, by wiedział, czego może się spodziewać po tej iście żelaznej pięści.
- Ulżyło? - nie brzmiał przesadnie radośnie, to spotkanie nie powinno było mieć miejsca. Zbyt długo powstrzymywał się przed przypadkowym odszukaniem swoich bliskich - znalazła go wprawdzie sama, lecz to on będzie musiał zmusić się do tego, by po prostu stąd odejść. Wycofać się, zanim nie zatęskni za bardzo. - Moss... - westchnął ciężko, nie opuszczając gardy, bo podejrzewał, że dopiero się rozkręca; chciał dodać coś jeszcze, ale... - O psidwakosy... masz... od kiedy masz psidwaka? - to tak w ramach priorytetyzowania kwestii, które trzeba było poruszyć, ale właściwie nie do tego zmierzał - czy on się czasem nie topi? - to też warto doprecyzować; co prawda stworzenie wyjątkowo zaciekle przebierało łapkami, ale nie ukrywajmy, zważywszy na jego gabaryty, zalegająca w piwnicy śmierdząca breja była dla nieco całkiem sporym problemem.
Ale psidwak chyba da sobie radę - spojrzenie Burroughsa osiadło raz jeszcze na siostrze, a on sam poczuł w końcu coś na kształt ulgi. Więc naprawdę nic jej nie jest. - Phillie - zaczął już łagodniej, choć nie przyszło mu to zbyt łatwo, nie miał pojęcia, co jej powiedzieć, po jakie wytłumaczenie sięgnąć tym razem. Od kombinowania wybawiło go to, co stało się chwilę później. - Uważaj - wyrwało mu nieco nerwowo, gdy woda poniosła czyjś głos; gdy refleks światła dryfującego w mętnej toni zniknął, gdyż wątłą smugę jasności przysłoniły dwie sylwetki - expelliarmus - błyskawiczna reakcja; nie zastanawiał się wcale, do kogo tak właściwie było rzucone odsuń się, czemu osoba ta miast zareagować z zaskoczenia - póki jeszcze miała taką okazję - zdradziła swoje położenie, fakt, że w ogóle znajduje się w pobliżu, a przez to straciła nad nimi przewagę. Wyrwał się przed Moss, gotów, by przyjąć na siebie ewentualny atak. Zakleszczony przez wodę zrobił jeden ociężały ruch do przodu, zbyt wolno? Wystarczająco szybko?

| brak obrażeń, atak na 7; olewam obronę&celuję w postać z różdżką



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]05.11.20 12:16
The member 'Keat Burroughs' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 37
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zapomniana piwnica - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]07.11.20 19:16
Miała nadzieję, że złapał jakiś trop. To próbowało Hance przekazać spojrzenie Phils, to wyrażało jej coraz bardziej rozgoryczone serce. Tylko myśl o tym, co mogłaby z nim zrobić, jak tylko go ujrzy, dodawała jej siły. O tak, na ten temat fantazjowała długo i obficie. To było barwne, perfidne, skomplikowane i zarazem tak proste. Złością broniła się przed uwierzeniem w ostateczną stratę. Wolała widzieć w nim dalej upartego głupka, zawszonego bohatera albo nawet zdrajcę – ale nie trupa.
Psidwak jednak miał bardzo czuły węch, wędrował z nosem przyciśniętym prawie do kamiennych chodników i piaskowych dróg. Czasami wyłapywał coś, co dla nich nie miało żadnego sensu, czasami w ekscytację wpędzał go obcy człowiek o tępym spojrzeniu, w przybrudzonej koszuli i bez ani jednej tajemnicy. Obcy człowiek, który nie był Burroughsem. Być może to one, tak mocno nastawione na ten właściwy trop, nie umiały już skupić się na czymkolwiek innym. W działania rozpędzonej Moss wkradał się chaos, który zresztą wspomagał bystry czworonóg. Za każdym razem, kiedy pociągnął za mocno, serce na moment przystawało, bo to, co mogło się kryć za tym gestem, pozwalało zakwitnąć nadziei i jednocześnie rozpylało cuchnący strach. Bywało i tak, że czuła się niepełna, zupełnie jakby ktoś wyrwał z niej ważny kawałek i kazał żyć dalej. A ona się dusiła, pluła, upadała. Zaciskające się na ostrych krawędziach lusterka palce ustępowały. Przez zwierciadło, które miało być ostatnim oddechem wiary, przelewały się paski czerwieni. Nie były już nawet boską złością.
Ścigał ją głos Hannah, pociągała magia czterech łap i podwójnego ogona. Nawet jeśli przez chwilę zdawało jej się, że ma jakieś przeczucie, tak w tym pędzie zupełnie je zgubiła. Zaklęcie ledwie przelotnie drasnęło jej ucho, dawała się prowadzić, coraz mocniej stawiała kroki. – O tak, on i jego wesoła zgraja. On i jego durnowaci przyjaciele. Zabiję go – wyzywała, kiedy tylko Wright wspomniała o całej gromadzie, która najpewniej chowała się w ruderze. Choćby i miała tam zaraz zginąć wtulona w zapadające się ściany, musiała jeszcze raz spojrzeć na krzywą paszczę. To jej wystarczy. Drgnęło jej jednak ucho, kiedy z warg towarzyszki wypadało właśnie to imię. No tak, przecież sama to sprowokowała. Hania, nie wiesz wszystkiego. Zawieść, pojąć, oprzeć się… Popatrzyła na nią przez chwilę zamyślona. – A widziałaś kiedyś, co się dzieje, kiedy te ściany się zawalają? Kiedy wszystko nie jest tak, jak to sobie do końca umyślił? I żelazne zasady da się złamać – rzuciła podejrzanie beztrosko i przyspieszyła kroku, bo Nochal naprawdę nie miał litości. Mogłaby jeszcze dorzucić kilka zdań, ale to nie były okoliczności dobre do dziewczęcych pogawędek. No już, już!
Hania została gdzieś z tyłu, psidwak dziarsko wskoczył do wody, a zaraz za nim panna topiąca się w piwnicznej rzeczce, jak gdyby nigdy nic. Jakby ta sukienka nie miała żadnego znaczenia. Nie miała, kiedy prowadziło ją spojrzenie zbyt rozgniewane, zbyt przejęte i zachęcone do badania tajemnic podziemnych korytarzy. Sznur niewidzialnych kurw fruwał nad jej głową, stopy w ciężkich, zatrzymanych wodach poruszały się zadziwiająco lekko. Czuła siłę. Wydawało jej się, że nic nie zdoła jej powstrzymać, bo jeśli to Keat… Jeśli to Keat, to pięść nie zadziałała tak, jak trzeba. Była zbyt roztrzęsiona, zbyt niecelna, nijaka dla żelaznego pyska. Może należało ten ruch powtórzyć. – Wcale nie – burknęła, gniotąc w piąstkach palce. Szlam nurkował w jej butach, zaglądał między uda, kapał na drgające czoło. To naprawdę on. To ten głos i te oczy. Usta same układały się w srogie modlitwy okolicznych meneli. Co się z nim stało? – Powinnam poprawić – dorzuciła więc szorstko, pacając go złośliwe palcem w nos. Tym razem zniknął zamiar połamania kości. Upewniała się, że nie był jej kolejną halucynacją.  Złapała go za nadgarstek i ścisnęła mocno, mrużąc jednocześnie oczy. – Wyglądasz jak gówno – stwierdziła przyjaźnie, czując, że powtarza się w słowach. Kilka miesięcy temu wyciągała Bojczuka z ramion śmierci. Padły dokładnie te same słowa. – Od kiedy kupiłam go dla ciebie, od kiedy zwiałeś jak szczur – rzuciła niemniej rozogniona. Co on sobie myślał? Że będą się głaskać teraz po główkach? Że może tak łatwo ominąć jej spojrzenie? – No to na co czekasz? Ratuj go – zakomunikowała, zakładając dłonie na ramionach. Ponaglające spojrzenie, nerwowe poruszenie dziewczęcego nosa. Zapachy piwniczki nie zachwycały. Wiedziała, że psidwak sobie poradzi, ale skoro Keat tak bardzo lubił się bawić w zbawianie świata, to może powinien ruszyć tyłek. – W końcu to twój pies – dodała prawie z prychnięciem. Niech dobrze sobie zapamięta jej minę, czające się w oczach ostrza.
Phillie-srili, miała ochotę odpowiedzieć, kiedy zaczął tak miękko, z możliwą tęsknotą, ze skruchą? A może po prostu w poczuciu irytującej bezradności. Może nigdy nie chciał być znaleziony. Za późno. – Tylko nie myśl, że cię teraz spuszczę z oka. I że nie będziesz musiał się spowiadać, Keat. Wyśpiewasz, kurwa, wszystko – wydusiła wściekła. Nie z nią te numery, nie ucieknie, nie schowa się, nie wyduka żadnej mdłej wymówki. Zasługiwała na prawdę, jeśli cokolwiek dla niego znaczyła. Chyba że miał ją w nosie. – Nie! – zawołała, kiedy tylko wypowiedział formułę zaklęcia, kiedy tylko ostrzegający głos postanowił go zaczepić. Stała pomiędzy nimi, ale wysunął się, aby ją ochronić. – O zgrozo, ale ty jesteś idiotą – parsknęła, pociągając go znów mocno za rękę. – Przecież to Hania. Nie poznajesz Hani? We łbie ci się poprzestawiała już całkiem? – oznajmiła, szturchając go dla porządku. Może faktycznie coś go opętało, może nie był sobą? Tym bardziej musiała się mu dokładniej przyjrzeć. Pod warstwą tłustych kudłów, pod peleryną ze szmat mógł się chować zupełnie obcy typ. Ale nie, cholera, to przecież on. Zagubiony portowy skarb. Złota łajba, która zatonęła. Kawał śmierdzącej historii. Keat. – Chodź, Hania, mamy rusałkę do wyłowienia – odparła zdecydowanie milej, choć nie bez wyraźnej ironii. Mówiła to, patrząc mu odważnie w oczy. Niech wie, niech czuje. Niech błaga o wybaczenie.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]09.11.20 22:21
— Co cię właściwie z nim łączy?— spytała wprost, spoglądając na Philippę, po jej słowach na temat murów i żelaznych zasad. Zmarszczyła brwi, licząc, że rozjaśni jej nieco tę kwestię. Już w maju, gdy oboje na siebie naskoczyli, wyglądało to co najmniej podejrzanie, ale nie wyobrażała sobie, by pytała o to Kierana, a nawet Jackie. Przyglądała jej się przez chwilę podejrzliwie, po czym pozwoliła jej wejść przodem, pobiec za psem. Miała inne zmartwienie na głowie teraz, ale nie powinna myśleć, że odpuści jej ten temat. Później do niego wróci, przypomni się.
Obawiała się najgorszego. W głowie snuła już pomysły, jakie mógł chcieć wcielić w życie, od nokturnowego szpiega po samodzielnego łowcę smoków. I choć nie brakowało jej wiary w jego zapał, determinację i wolę walki, przypuszczała, że każda z tych ścieżek miała mieć swój tragiczny koniec. Nie spodziewała się go tu zastać. Nie sądziła, by ukrywał się w Londynie. Nie dopuszczała do siebie myśli, że był tu wciąż i nie odezwał się słowem. O ile rozumiałaby próbę odcięcia się od portowej rodziny, której nie mógł zdradzić zakonnych tajemnic — choć ten przecież dla nikogo nie był już żadną tajemnicą, tak nie potrafiła pojąć, by mógł zostawić Zakon gdzieś za sobą i ruszyć dalej. Bez słowa. Po prostu zająć się czymś innym; po tym, co w nim widziała. W jego oczach. W jego beztroskim uśmiechu, gdy wszyscy gromadzili się przy jego stole, tuż przed chatą, by rozpocząć naukę obsługi świstoklików. Jego psotnym wzroku, gdy delektował się szkocką kawą; rozbawieniu, jakie widziała na jego twarzy, gdy u boku Just, w kilcie, podbijał szlacheckie wesele.
I ten szczeniacki papierowy żuraw, który przysiadł na jej kolanach. Z orderem Merlina najwyższej klasy.
Nie czuła zawodu. Nie czuła smutku ani żalu. A przynajmniej to sobie powtarzała. Chciała wmówić sobie, że zaczynała się przyzwyczajać, opuszczali ją wszyscy, na których jej zależało. Jeden po drugim. Znikali, wyjeżdżali, wybywali. Uciekali. Tak jakby życie toczyło się wokół niej w jakimś zwrotnym tempie, a ona od lat stała w jednym miejscu, nie ruszając się w żadną ze stron. Ale pomimo wojny, zaginięć i śmierci każdego dnia, nie potrafiła przywyknąć. Uporać się z myślą, że oni wciąż będą znikać, a ona zawsze będzie na nich wszystkich czekać. I łudzić się naiwnie, że wrócą.
Nie spodziewała się tego wszystkiego.
Zaklęcie świsnęło, pomknęło prosto ku niej, aż cała się spięła, choć gdzieś podskórnie, gdy upewniła się, że w tym miejscu znajdują się ludzie, podejrzewała, że właśnie w ten sposób to może się zakończyć — rozpocząć? Przygotowana do działania zareagowała instynktownie.
— Bombino! — wypowiedziała automatycznie po nim, powtarzając tą samą sekwencję słów, odruchowo, jeszcze nie przemyślawszy niczego, by unieszkodliwić czarodzieja, który zdecydował się zrobić to pierwszy. Bezskutecznie. Dopiero wtedy dotarły do niej słowa Philippy, gdy świsnęło tuż obok nie; dopiero wtedy zdało jej się, że rozpoznała ten głos, choć postać, która stała przed nią w niczym nie przypominała Keatona. I w tym jednym ułamku sekundy, gdy błysnęło światło z jej różdżki spojrzała prosto na niego, na jego twarz, z rzadkim meszkiem pod nosem, długich, pozlepianych strąkach na głowie. I zdawało jej się, że zrozumiała.
Keat?
Mugolka stojąca za jej plecami, ta, którą starała się osłonić przed ewentualnym atakiem zamarła, spoglądając to na jedną to drugą osobę. Zbladła, zesztywniała, ale Wright była w stanie to ujrzeć dopiero, kiedy z trudem oderwała spojrzenie od poszukiwanego mężczyzny.
Niezbyt trzeźwo odwróciła się twarzą do dziewczyny, a serce zabiło jej szybciej, widząc, jak jej twarz staje się pół przezroczysta, a skóra blada i cienka jak pergamin. Nabrała powietrza w płuca, starając się szybko dojść do siebie, otrząsnąć z widoku, który na moment zbił ją z tropu. To był on, musiał być; myśli gnały ku jednemu, ale oddech nie mógł się uspokoić. Czyli jednak żył. I był tu, ukrywał się. Zacisnęła zęby mocno, czując jak mięśnie wzdłuż kręgosłupa jej sztywnieją i chwyciła sparaliżowaną dziewczynę.
— Wszystko jest w porządku, nie bój się. Już stąd wychodzimy. Zabiorę cię stąd, w bezpieczne miejsce, nic ci nie będzie, przysięgam— starała się brzmieć pewnie, spokojnie i przyjaźnie, łapiąc ją za ramiona i otrzeźwiając. CHoć skoro piwniczny smród nie mógł jej otrzeźwić to nie wiedziała, co będzie w stanie.

| Rzut na zachowanie znalezionej kobiety


Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Zapomniana piwnica - Page 5 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]09.11.20 22:21
The member 'Hannah Wright' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 45
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zapomniana piwnica - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]13.11.20 22:57
Mógł powiedzieć milion rzeczy, właściwie wszystko byłoby chyba lepsze niż zapętlenie rozmowy wokół skuteczności wymierzanych przez Moss ciosów. Mógł dopytać się, co u niej, a potem wyniuchać, co u wszystkich tych, którzy zajmowali ich myśli w równym stopniu. Mógł wycisnąć z tego spotkania każdą jedną chwilę, skoro pewien był, że nie potrwa ono zbyt długo (miał jeszcze dzisiaj cały teren do zabezpieczenia, a samą piwnicę trzeba było doprowadzić do używalności - a właściwie do bytowalności, do stanu, który pozwoli nastu osobom przetrwać tu dwa dni).
Mógł.  
Zaraz przecież rozstaną się ponownie, zapadnie to samo milczenie; właściwie nieco cięższe, o to jedno spotkanie - ciężarem miażdżące płuca za każdym razem, gdy tylko zaczerpnie oddech, myśląc o niej znowu. Widząc ją w swoich wspomnieniach wyraźniejszą, ostro zarysową w gniewie, który nie zakrzepnie w niej szybko. Nie będzie już tylko sarkastycznie uśmiechającą się do niego Philippą, wyłożoną na plaży tuż przy błękitnym stawie (taką chciał ją pamiętać, szczęśliwą, złośliwie radosną i snującą wizje przyszłości, w której wojna nie odgrywa żadnej roli); zamiast niej stanie się tą wersją siebie z teraz, która jest na niego autentycznie wściekła. Przepełniona żalem i rozgoryczeniem, a przede wszystkim zaprawioną bólem tęsknotą?
Nie potrafił zrozumieć, czemu zareagowała w taki sposób - czemu zdaje się nosić w sobie te wszystkie emocje. Przecież nie zapadł się pod ziemię całkiem i ostatecznie; przecież wiedziała, że kiedyś wróci, że odezwie się znowu; przecież powiedział do zobaczenia, a nie żegnaj.
Nie próbował zrozumieć jej powodów; ale podtrzymał jej spojrzenie, przyjął wyzwanie, które mu rzuciła. I wciąż milczał w kwestiach najważniejszych, zagłuszając je słowami, które nie miały najmniejszego znaczenia.
- Poprawisz, przy najbliższej okazji, jak trochę poćwiczysz prawy sierp... - i więcej krzepy też by jej się przydało, chociaż może akurat dobrze, że za wiele siły to Phillie jednak nie ma, bo jeszcze by sobie coś z kciukiem zrobiła, trzymając go w taki sposób - no i popracujesz nad pozycją wyjściową, plecy masz proste, brzuch niewciągnięty, prawy bark za wysoko, a lewą nogę za bardzo z tyłu - uczepił się tego nieszczęsnego boksu; właściwie korciło go, żeby skorygować ułożenie jej ciała własnymi rękami, ale nie był pewien, czy jej następnym instynktem nie byłoby odgryzienie mu palca.  
- I niewiele lepiej się czuję - parszywy uśmiech wykroił cynicznym ostrzem na twarzy; nie zamierzał udawać, że nie jest świadomy tego, jak się prezentuje. Ale przecież ona też wyglądała jak siedem crucio, umorusała się cała piwnicznym fermentem; przesunął niecierpliwie kciukiem po jej czole, przechwytując ściekającą z włosów strużkę brudu. Niemalże czule. - Co ty tu robisz, Phils, mało ci wrażeń? Teraz zaczęłaś się szlajać sama po miejscach, w których dostanie klątwą w twarz jest tą najprzyjemniejszą opcją? - cnoty by tu nie straciła, z wiadomego powodu, z życiem mogło być już inaczej. Były takie miejsca w dokach, które po prostu się omijało. Jak najszerszym łukiem. Ona powinna to doskonale wiedzieć. - Nie zwiałem, mam tylko trochę rzeczy do ogarnięcia, zajęło mi to więcej czasu niż przypuszczałem... - prawdy jej nie powie; a przynajmniej nie teraz. Czuł, że zaraz ugrzęźnie w wyjaśnieniach aż po czubek krzywego nosa; przy niej lawirował w kłamstwach tak często, że doskonale wiedziała, w którą stronę zboczy, zanim w ogóle to zrobił. - Czekaj, co, kupiłaś mi...? - psidwaka; takiego, o jakim zawsze marzył. Burroughs zerknął w stronę stworzenia, które młóciło łapkami wodę, brnąc wytrwale do przodu. Nochal wycofał się, podpłynął do schodów, i wślizgnął się na ten, który znajdował się tuż nad powierzchnią wody; a potem otrzepał się energicznie, rozbryzgując krople cuchnącej czerni. - Chyba uznał, że lepiej uratować się samemu niż czekać, aż ja się tym zajmę, całkiem rozumna z niego bestia, co? - przemoczona sierść oblepiała psisko szczelnie, tworząc coś na kształt wymiętoszonego kokonu, ale gdzieś w tej cuchnącej kulce kłaków tkwiły oczyska, które wpatrywały się w ich dwójkę tak, jakby rozumiały, co właśnie się tutaj wydarzyło. - Rozgrzeszenie też mi udzielisz? Nie byłem w kościele jakieś piętnaście lat, musisz mi przypomnieć, jak to... - urwał raptownie, chwilę później dwa niecelne zaklęcia przemknęły tuż obok siebie; on, natomiast, znalazł się przed Moss, odgradzając ją od dwójki, która pojawiła się znikąd. - Jaka... - Hania?
Jasne kosmyki wymykające się spod reżimu upięcia odcinały się od ubrania wierzchniego; tak różne od tych, z których wyplatał zbłąkane wióry, drewniane paprochy chowające się w refleksach promieni słonecznych - gdy wyłowił co najmniej kilka takich dowodów, mógł być pewien, że na spotkanie z nim dotarła wprost ze sklepu, że dopiero co oderwała się od pracy. Irracjonalna myśl przemknęła przez jego głowę; czy byłoby je w ogóle widać na tak jasnych włosach?
Nie powtórzył pytania, nie musiał przecież pytać o nic więcej. W gruncie rzeczy w jego życiu była tylko jedna Hannah. Co innego zastanawiało go bardziej - jakim cudem świat skrzyżował ścieżki tych dwóch. Ponownie. I czemu tym razem Phils nazwała ją Hanią, choć poprzednio na usta cisnęło jej się tylko wywłoka. Skąd w ogóle wiedziała, że to właśnie Wright, a nikt inny, mierzy w nich różdżką. A to uważaj, które wyrwało się z ust Zakonniczki... było ostrzeżeniem?
Ostrzeżeniem przed nim.
Nie miał najmniejszego pojęcia, jak to wszystko ze sobą spoić, żeby tworzyło w jego głowie niepodziurawioną pytaniami całość; czuł się przez chwilę tak, jakby cios, który wymierzyła w niego Moss chwilę wcześniej, trafił w niego dopiero teraz. Silnie. I zdecydowanie celnie.
Co do kurwy. Za nieprzeproszeniem.
Jeśli nie spodziewał się tu spotkać Phillie, to tym bardziej... jej.
To była może chwila; opuściła ramiona, równie zdezorientowana, co on - różdżka nie celowała już w niego ostrzegawczo. Jak lustrzane odbicie powtórzył jej ruchy, opuszczając i swoją.
Chwila tylko. A potem liczyła się wyłącznie stojąca obok niej dziewczyna, na którą Keat z początku w ogóle nie zwracał swojej uwagi, chcąc uwagę Wright z powrotem ściągnąć na siebie. Ale sposób, w jaki zwróciła się do niej Hannah, uświadomił go, iż bladość błąkająca się po nieznanej mu twarzy nie była tylko grą światłocienia, ta dziewczyna się bała. Ich różdżek? Czy to przypadek, że dopiero na widok zaklęć zareagowała tak gwałtownie? A jeśli nie, to... to musiała być mugolką. Przestraszona czarownica wymierzyłaby w niego własną różdżkę.
- Była z wami? - mruknął do Moss, a potem bezwiednie sięgnął po dłoń Phillie, ciągnąc ją lekko za sobą; chciał pomóc jej wyrwać się z tego topieliska. W końcu stanął, sam lub z nią, tuż obok psidwaka.
- Poczekaj... muszę najpierw z nią porozmawiać - z bliska spod kaptura wyłoniło się więcej szczegółów, wciąż jednak zbyt mało, by mógł dostrzec całą twarz Wright. Kolejne irracjonalne pytania zakłębiły się gdzieś w myślach. Nie zasłużył nawet na jedno spojrzenie, które mówiłoby mu, że dobrze go widzieć? Wystarczyły dwa miesiące, żeby stał się jej całkiem obcy?
Suchy, męczący kaszel wstrząsnął jego ciałem, a on zasłonił usta lewą dłonią, zaciśniętą w pięść. Potrzebował kilku oddechów, i nie miało to nic wspólnego z buzującymi w nim teraz emocjami; nieprzyjemne pieczenie w płucach znowu dało o sobie znać.
Zbliżył się w końcu ostrożnie, wspinając się na kolejny stopień; patrzył się w tym momencie już tylko na przerażoną dziewczynę, w taki sposób, w jaki spojrzałby na zlęknione stworzenie, którym miałby się zaopiekować. I wydawał się niemal łagodny. - Mam na imię Hobart, a ty jak się nazywasz? - unikał wzroku Hani, choć świadomość jej obojętnej obecności drażniła go coraz bardziej. Gdzieś w międzyczasie pozbył się różdżki ze swoich dłoni tak zwinnie, że mogłoby się wydać, iż rozpłynęła się w powietrzu. - Czy znasz Joela? Wysokiego, rudowłosego chłopaka, z blizną pod lewym okiem? - pamiętał zbyt dobrze dzień, w którym czarnomagiczne zaklęcie rozpłatało mu pół twarzy. Gdyby go spotkała, i ona musiałaby zwrócić na to uwagę.
Jeśli w czasie, w którym Joel miał dotrzeć do piwnicy z czterema mugolami ukrywającymi się dotychczas w Little Venice, pojawiła się nieopodal sama, to albo to dziwny zbieg okoliczności, albo zwiastun cholernie niepokojących wieści. A nie wierzył w przypadki - w wypadki już tak. Ostatnimi czasy przytrafiały się ich zbieraninie coraz częściej.
Nie był jednak pewien, czy w tym stanie cokolwiek z niej wyciągnie. Schowanie różdżki niewiele dało.



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]16.11.20 18:21
Wright przyciągnęła jej spojrzenie skutecznie, na długo, zmusiła do zawieszenia, upominała się o tajemnicę, zagadkę, być może absurd, który coraz trudniej było maskować. No tak, sama by się zirytowała, gdyby ktoś tak jawnie chodził w kółko i celowo omijał sedno sprawy. Ścisnęła mocniej usta, by zakleszczyć zbliżające się westchnienie. Utknęli w nietypowej bezpośredniości, w zawiłym morzu wyrzutów i wrzasków, w emocjach wręcz niepoprawnych. A niedługo potem w czymś o wiele głębszym, czymś nagle tak oczywistym. W pragnieniu. Historia za historię? – Potem – rzuciła krótko, beznamiętnie. Ten moment raczej nie sprzyjał skomplikowanym opowiastkom, a ta raczej należała do tych nieznośnie zasupłanych i może nawet niemożliwych do rozwiązania. Niedobrze. Pognała dalej, byleby Hannah nie zdążyła poprosić o więcej. Psidwak zresztą wcale nie chciał się zatrzymywać.
Gówno, a nie do zobaczenia. Dość miała wciskania kolorów tam, gdzie ich nie było. Tonął w swojej ignorancji, szturchał bezwstydnie wszystko to, co zbudowali. To nie był przystanek, to nie był jeden piorun na szarawym niebie. To były całe miesiące, całe przeklęte miesiące, kiedy żyła bez wieści, kiedy dzień za dniem przemierzała ulice Londynu, przedzierając się przez całe rzędy trupów. I tylko nerwowo zapamiętywała kawałki zimnych twarzy, błagając w duchu, by żaden z nich nie był nim. Przecież było tyle dróg, tyle możliwości. Miał środki, narzędzia, tunele i twarze, które pozostawiłyby znak. Ona nie była wcale jedyną, która poczuła niepokój, która zaczęła myśleć zbyt intensywnie i stawiać na nogi połowę otoczenia. Ta nieobecność nie tylko bolała. Ta nieobecność wyrwała z niej coś, co tkwiło od jakiegoś czasu głęboko w środku. Jakby stał się nierozerwalną częścią. Jakby siostra nie mogła żyć bez brata. Jakby nie miała nikogo. Trudno stwierdzić czy fakt, że pozostawał kretynem, był pociechą, czy tylko dodawał udręki. Ile razy o tym rozmyślała, dzielnie wmawiała sobie, że zgłupiał, bawi się gdzieś i ma w głębokim poważaniu te porzucone sprawy. To ta optymistyczna wersja, ale nie umiała stwierdzić, czy bardziej prawdopodobna od tego, że zatłukli go na śmierć. Potrzebowała tego mądrowania na tematy, o których nie miał pojęcia, tego wyjadania jej z lodówki i tego niesłychanego porozumienia. Cóż, najwyraźniej coś mocno zardzewiało, coś przestało działać. Albo ona przestała być ważna.
– Poprawię tak, że twoje ciało stanie się wielokolorową mapą mojego wkurwienia – odburknęła z faktyczną groźbą malującą się w oczach. Umiała odmawiać kolejki niegrzecznym chłopcom. Keat nie miał z nią szans, choć najpewniej i ona nie mogła ze swoimi pięściami spodziewać się sukcesów. Ostatecznie i tak wybierze zupełnie inną drogę przemówienia do zakutego łba. – Kiepski moment na krytykowanie mojej sylwetki i dobrze o tym wiesz – warknęła na dokładkę, zaciskając w złości obydwie pięści. Naprawdę chciał zalewać ją teraz deszczem złotych rad?! – Jesteś ostatnią osobą, która powinna mnie teraz pouczać. Może zanim zaczniesz snuć domysły, zastanów się dobrze, co mnie zmusiło do rzucania się prosto w ramiona klątwy i zalane piwnice. Kto mnie zmusił – dorzuciła bojowo i uniosła wysoko brodę. Niech sobie nie myśli, że jest jej na rękę brodzenie w tym gnoju po pachy. – Musisz się bardziej postarać, bym chociaż spróbowała w tę tanią wymówkę uwierzyć. Życie, cholera jasna, życie tutaj jest jedną wielką rzeczą do ogarnięcia. Nieważne urwała niespodziewanie i popatrzyła gdzieś w bok. Cóż, zniknął, ominęło go tyle atrakcji. A Hanka ryzykowała życiem, w dodatku nie pierwszy raz, by złapać go za fraki i wydostać z pieprzonej kryjówki. Dzieciak, po prostu dzieciak. Może gdyby warunki były bardziej korzystne, już ciskałaby w niego urokami. Ulga czy wściekłość? Obydwie emocje przelewały się w niej z jednego boku na drugi, raz po raz wywołując określone grymasy na twarzy. I choć w tym wszystkim irytacja Phils stanowiła jego najmniejszy problem, dość szybko urosnąć mogła do osobistej Keatowej katastrofy. Nie dała się złapać w pułapkę, nie ominą go wylewne tłumaczenia. Nie ominie go prawda, na którą obydwie zasługiwały. Kurwa mać.
– Najwyraźniej taki z ciebie rycerz jak z garboroga baletnica. Nochal wyczuł cię od razu –
skomentowała z sympatią, obserwując poczynania psidwaka. – Czekał przez cały ten czas – dodała spokojniej. My czekałyśmy. My dwie i cała zgraja twoich przyjaciół, których opuściłeś. Wcale nie była na to gotowa. Ominęło go zbyt wiele. Jego przyjaciele w Tower, naloty na Parszywego, krzywda Frances. Wracał do świata o wiele gorszego niż ten, który pozostawił. Wracał, Philippa nie przewidywała żadnej innej opcji.  – Jaka… – powtórzyła za nim, obracając mimowolnie głowę w jej stronę. Ten głos kpił, dziwił się, zadrapywał niewidzialnymi pazurami jego bojową duszę. Jak ją wkurzał, jak bardzo go teraz nie znosiła. I jak bardzo cieszyła się, że jest. W głowie konstruowała już bardzo konkretny plan, by nie mógł im znów zwiać. Plan pełen siostrzanych gróźb, a te potrafiły drażnić o wiele bardziej niż zaklęcia wroga.
Pociągnięta za dłoń zmarszczyła brwi. O co chodziło? Podążyła za nim, nie bez trudu przedzierając się przez głębokie wodne przeszkody. – Nie – odpowiedziała krótko, nie mając żadnego pojęcia, kim jest ta dziewczyna. Skąd Hanka ją wytrzasnęła? Z ulgą ułożyła stopy na pierwszych stopniach, wynurzając się wreszcie ze śmierdzącej rzeki. Ciężar mokrych ubrań wyjątkowo ją drażnił. Było zimno, wilgoć łaskotała nosy. Zerknęła kontrolnie to na Wright, to na Burroughsa, a w końcu i na to przerażone całym zajściem stworzenie. W tym czasie psidwak podsunął pysk pod jej dłonie, domagając się uwagi.
Trzęsące się kaczątko najwyraźniej nie potrafiło podrzucić Keatowi szczegółów. W tym czasie Moss próbowała poskładać do kupy skrawki tego… tego wszystkiego. Serce wciąż łomotało w piersi, jakby nie wierzyło, że naprawdę to zrobiły. Znalazły go. Popatrzyła na Hannah.
– Powinniśmy się stąd zwijać… –
zasugerowała, obejmując dłońmi mokre ramiona. Woda kapała zewsząd. Gorzej niż w deszczu nad Tamizą. Nie wiedziała, czy mówi to do Wright, czy może bardziej do nich wszystkich. Keaton pewnie miał jeszcze coś do załatwienia. On zawsze miał coś do załatwienia. Popatrzyła na podrapany kawałek ściany i wspięła się po schodach, chociaż te dwa schodki. Nochal zaszczekał, a Moss wyciągnęła różdżkę. – Zabieramy ją stąd?
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]25.11.20 17:50
Był tak niepodobny do siebie, że wzięła go za kogoś obcego. Choć tak samo barczysty i wysoki to odziany w materiały, które od miesięcy nie miały styczności z wodą i mydłem, brudne tak, że nawet w tej ciemnicy z tak daleka mogła ujrzeć te wszystkie plamy, ledwie powstrzymując się przed niemalże pedantyczną, matczyną troską, by to szybko zdjął, to doprowadzi to jakoś do porządku. Pewnie przeżarty nim, jak i smrodem zawilgoconych piwnic, ścieków i kanałów. Będzie szorował się z tego godzinami, a w Oazie, o ciepłą wodę było trudno. Ktoś musiał obciąć mu kudły. Teraz posklejane w grube strąki, skołtunione, być może znacznie dłuższe niż to pamiętała. Mogła się tego podjąć, nie było w tym żadnej filozofii. Złapać jakąś linię i ciąć równo; jak materiał, jak papier. Wyglądał jakby nie jadł co najmniej tydzień. Z tak daleka nie słyszała, czy burczało mu w brzuchu, ale była pewna, patrząc — a raczej oczami wyobraźni dorysowując niewidoczne dla oczu brzegi rozmywającego się obrazu piwnicy, nie jadł długo. Przydałby się dobry gulasz. Taki syty, treściwy. A później sen — potrzebował go; zdawało jej się, że dostrzegła w tej krótkiej chwili w nim tak wiele, a wśród nich też zmęczenie. A przecież nawet nie widziała go dokładnie, nie widziała cieni pod oczami, bladości skóry, błysku w tych oczach, w które wpatrywała się z powstrzymywanym uśmiechem przed laty; tak niewinnie, naiwnie, całkiem beztrosko. Dopisała sobie w myślach to wszystko, zakładając, że było tak, jak sądziła. Nie pytając go o to, jak było naprawdę.
Może bała się patrzeć i widzieć, jak wiele się zmieniło.
Patrzyła na niego tylko chwilę, w kilku oddechach, jednym spojrzeniu i całkowitej ciszy zamykając wszystkie emocje, jakie na nią nagle spłynęły; bez trudu tworząc historię jego nieobecności w głowie snując zdarzenia dzień po dniu. Ledwie mrugnęła, niepozornie przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą; ramiona opadły jej niżej — po bojowej, pełnej zdecydowania postawie, po groźbie wiszącej w tonie jej głosu nie było ani śladu.
Dziewczę, biedne, wystraszone i zupełnie sparaliżowane patrzyło przed siebie tak, jakby ujrzało jakąś marę. Schowała różdżkę, złapała ją za ramiona, czując, jak ta traci w nich siłę, jak jej mięśnie wiotczeją, a ona sama chwieje się pod ciężarem własnego, kruchego ciałka. Złapała ją mocniej, pochylając się na bok tak, by na nią spojrzała. Życzliwym spojrzeniem i pokrzepiającym uśmiechem pragnęła ją do siebie przekonać i poprosić ją, by jej zaufała. Źle zrobiła, wiedziała. Powinna ją zabrać od razu do Oazy, a nie ciągać po piwnicach. Była jeszcze bardziej wystraszona niż wtedy, gdy ją znalazła. Kubek z gorącą herbatą nie sprawi, że uspokoi się w jeden wieczór. Chciała ją już pociągnąć, ale tuż, nieco przed nią, poniżej na schodach pojawiła się jego zaginiona sylwetka. Jak cień przemknął tak, że nie zauważyła. A może nie chciała widzieć, śledzić go wzrokiem. Zabarykadowała swe myśli, zajmując uwagę dziewczyną, która potrzebowała jej uwagi znacznie bardziej od niego.  A obok niego przystanęła barmanka. Nie uniosła na nią wzroku, czując wstyd palący po dawnych rozmowach przy whisky w jednym ze zrujnowanych pustostanów na Pokątnej.
Kaszel rozniósł się echem po piwnicy, obróciła ku niemu głowę, spojrzała na niego z mieszaniną niepewności i troski. Zupełnie łagodnie, z tą dobrze znaną jej delikatnością i uwagą zwócił się do tej zagubionej, choć przez chwilę zdawało jej się, że mówił właśnie do niej, po prostu nie rozumiała. Kim był Hobart? Przytoczenie nieznanej jej postaci wyrwało ją z letargu. Spojrzała na dziewczynę, ale ona wciąż wydawała się blada, wystraszona. Drżała i leciała jej przez ręce.
Zachwiały się obie nagle, nieprzytomnie — błąd, powinna być przygotowana, powinna ją trzymać mocno, stanowić jakieś oparcie. Bezwładnie, blada jak papier, oddychająca szybko i płytko osunęła się na schody razem z Wright. Wdechy i wydechy przerodziły się znów w ciche łkanie. Powtarzała ciągle „dopiero się przeprowadziłam” i „nie róbcie mi krzywdy”. Objęła ją ramieniem. Och, drogie dziecko, gdybyś tylko wiedziała, co tu się święci, nigdy byś tu nie trafiła, pomyślała, próbując złapać ją z tyłu pod pachą i podnieść znów.
— Musimy wstać. Nie dam rady cię zanieść, musimy iść — ponagliła ją, opierając się wpierw kolanem o jeden stopień, a później powoli, z wysiłkiem podnosząc się znów do pionu. Nie protestowała. Choć wciąż w szoku, nie oponowała, może nawet nieco pomogła. Na pytania Keatona po czasie dopiero odpowiedziała, kręcąc energicznie głową, chociaż wyraz jej twarzy mówił, że nie rozumiała zadawanych pytań. — Niczego się od niej nie dowiesz — zwróciła się do niego po raz pierwszy, nie podnosząc jednak ku niemu wzroku. Po chwili jednak zmieniła zdanie, gdy pokiwała głową. Niepewnie. Wciąż w szoku.
W tym czasie Wright spojrzała na Philippę, łapiąc w locie jej wzrok. Uśmiechnęła się do niej lekko, z przedziwną ulgą wymalowaną na jasnej twarzy, widoczną też w ciemnych jak onyksy oczach. Tak, znalazły. Trochę to trwało, trochę go nie było. I wyglądało na to, że miał się dobrze. Nie czas jednak na wyjaśnienia, ktoś potrzebował pomocy. A on, Burroughs — wątpiła, by chciał udzielić jej jakichkolwiek. Nie musiał się przed nią tłumaczyć, nie musiał mówić nic. Nie pytała. Wystarczył fakt, że żył.
— Tak, pójdzie ze mną. Zaopiekuję się nią — odpowiedziała cicho, niepewnie, pochylając głowę niżej tak, że jasne włosy zakryły jej znaczną część twarzy i pociągając cicho nosem. Wiechem dłoni przetarła policzek wraz z nosem; jakiś katar musiał ją nagle, wilgoć — ta z piwnicy chyba — zebrała jej się w oczach. Odetchnęła z wyraźną ulgą, czekając aż nieznajoma zbierze się w sobie i stanie na równych nogach. No, dalej, kilka kroków, kilka stopni w górę. Tam, skąd przyszły. A później będzie czekać ich cała wyprawa do Szkocji. Jeszcze nie wiedziała jak tego dokona, czym i kiedy, ale nie mogła tu zostać.


Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Zapomniana piwnica - Page 5 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]05.12.20 12:49
Nigdy nie próbował jej pacyfikować; podsycał gniewny ogień, patrząc jak namiastka pożogi roznieca się w jej oczach, gdy odpowiednio dobrane słowa działały jak krzesiwo. Wiedział, że jeśli tylko złość spali się w niej wystarczająco szybko, to będzie mógł dostrzec to, co przysłaniała zasłona z dymu kłębiących się oskarżeń. Wściekłość ostygnie, a wtedy porozmawiają. Tak naprawdę.
Nie komentował już więcej tego, jak powinna układać się jej sylwetka - jego własna mogła faktycznie stać się zaraz wielokolorową mapą wkurwienia Moss, wystarczy tylko, że rozwścieczy ją na tyle, by miast wygrażać mu pięścią, cios wymierzyła zaklęciem.  
- O czym ty mówisz? Co takiego zmusiło cię do szwendania się po dokach? - zignorował wszystkie pozostałe słowa, które z siebie wyrzuciła, koncentrując się tylko na tym jednym. To brzmiało jak zarzut. Jakby to on był winny temu, że w ogóle się tutaj znalazła... naprawdę tak było? - Szukałaś... mnie? - wydukał zaskoczony; więc to wcale nie był przypadek? Tak właściwie to spotkanie nosiło jego znamiona, może nawet było cudem, że w ogóle się na siebie natknęli - ale sprawczynią tego cudu okazała niejako ona sama.
I ktoś jeszcze.
- Przecież wiedziałaś, że... - kłamca. Co tak naprawdę wiedziała? Nie powiedział jej niemal nic, rzucał tylko ochłapy informacji, a nawet te nie były w pełni prawdą. Kilka słów, które trudno nazwać pożegnaniem, zlepek pourywanych zdań, spisanych na kolanie; i lusterko, które odpowiadało wyłącznie matową ciszą, szklaną pustką - dał jej tylko tyle. Czy miał w ogóle prawo dziwić się, że to nie wystarczyło? Czy na jej miejscu wyrywałby z kalendarza kartki kolejnego minionego miesiąca ze stoickim spokojem, po prostu czekając na jakikolwiek sygnał?
I w jego przypadku echo tęsknoty niosłoby się głośno, odbijałoby się od szczytów wściekłości i żalu. Rozgoryczenia, któremu upustu nie da nawet celnie wymierzony cios prosto w zaginioną twarz.
- Przepraszam - to na te słowa czekała? Wyrwały się z jego ust obarczone ciężarem wyrzutów sumienia, które wżerały się w jego emocje, im dłużej patrzył się na wszystkie jej uczucia - widać je było jak na dłoni nawet w piwnicznym półmroku. Nie powinna była się tu znaleźć. Ani w żadnym z innych miejsc, w które podążyła za jego mylnym tropem. Milczenie miało ją chronić, a sprawiło tylko, że niepotrzebnie się narażała. Ryzykowała. Jak mógł zrozumieć to tak późno? Dopiero teraz? Czemu tego nie przewidział? Czemu był tak absolutnie pewny, że gdy ruszy gdzieś przed siebie, odcinając się od wszystkich, to nie znajdzie się nawet jedna osoba, która będzie chciała go znaleźć? Czemu wydawało mu się, że nie zasługuje na czyjąś tęsknotę? Zaniepokojenie?
Nigdy nie był wystarczający. Może tylko w swojej głowie? Pozostawał ślepy na to, że on też może być tym, którego komuś brakuje w swoim życiu. Że jego odejście będzie uwierało jak kamień w bucie, bólem nieintensywnym, lecz wystarczająco upierdliwym, by nie zapomnieć.
One nie zapomniały.
Nieprzyjemny dreszcz prześlizgnął się po jego ciele, kiedy uświadomił sobie, że ta sama twarz, która przyglądała się przechodniom ze ścian niemalże każdego budynku, być może wyłącznie z jego powodu zdecydowała się na niepotrzebny, a przede wszystkim cholernie ryzykowny, spacer po porcie. Czy Justine nie powiedziała jej...?
Nie rozumiał. Ale w najbliższym czasie na te konkretne pytania nie pozna odpowiedzi. Philippa miała rację, powinni jak najszybciej opuścić to miejsce, właściwie - powinny to zrobić one, bo jeśli Joel dotrze tu za niedługo ze swoją grupą, to lepiej byłoby, żeby nie zastał tu nikogo poza Keatem.
Poczuł się tak rozdarty, jak chyba jeszcze nigdy. Wiedział, że należało tu zostać, dokończyć zabezpieczenie tego miejsca, poczekać na pozostałych. Jeśli zgubi ich trop, nie będzie już miał jak dołączyć... jak znajdzie ich w następnej kryjówce, której sami jeszcze nie znają? Wybierają je przecież spontanicznie, planując na bieżąco, by nikt, nawet oni sami, nie wiedział o ich zamiarach zbyt wiele. To nie była daleko posunięta ostrożność, a zaledwie zdrowy rozsądek.
Powinien był zostać.
Ale nie potrafił po prostu patrzeć, jak Phillie i Hannah znikają gdzieś w portowych cieniach. Jak miał w dwóch zdaniach wytłumaczyć im, czemu nie idzie z nimi? Czemu nie pomoże im znaleźć schronienia dla dziewczyny, która ewidentnie potrzebowała ich pomocy? Wiedział tylko jedno - nie mogła zostać z nim, świstoklik zaufany czarodziej przygotuje i tak tylko dla wyliczonej grupy.
Gubił się w tym wszystkich. W codziennym podejmowaniu decyzji, czyje życie jest ważniejsze. Śmiertelnie bladej kobiety, tak zalęknionej, że nie była nawet w stanie wydusić z siebie ni słowa? Czy tych, którzy dopiero tu zmierzają? Dylemat moralnie nierozstrzygalny - liczba ważniejsza jest od... od czego?
Nie potrafił. Nie umiał dokonywać takich wyborów. Zareagował więc tak, jak podpowiedziało mu serce; w tym samym momencie, w którym wsparta na ramieniu Zakonniczki mugolka zachwiała się i osunęła się na schody, ciągnąc Wright za sobą, wyciągnął dłonie, by potrzymać osłabioną. Pomóc im obu.
Objął ją w pasie z początku ostrożnie, potem silniej, stabilniej, żeby miał pewność, iż w razie czego, gdyby zemdlała, będzie mógł ją utrzymać.
- Dasz radę iść z naszą pomocą? - zapytał łagodnie, cicho, szukając w oczach kobiety odpowiedzi; liczył na to, że i tym razem przełamie się w końcu - i nawet jeśli nie zmusi się do powiedzenia czegokolwiek, to przynajmniej skinieniem głowy da im znać, czy czuje się na siłach. Muszą iść, to fakt, ale nie było niezbędne, by przemieszczała się na własnych nogach. W ostateczności mógł równie dobrze wziąć ją na ręce, ale nie był pewien, czy nie lepiej tego uniknąć; już i tak, jeśli tylko kogoś spotkają, zwrócą na siebie uwagę. A przecież była z nimi Hannah...
Spróbuję, niemal bezgłośne wyszeptała w końcu w odpowiedzi, dając im niejako przyzwolenie, aby ruszyli. Powoli, schód po schodzie pieli się ku górze. Jeszcze chwila, a smród piwnicy zostawią już za swoimi plecami, zostanie tylko fetor doków. A potem... potem czeka ich długa droga. - Będziecie się zmieniać? - obejrzał się przez ramię, szukając wzrokiem Phil, która na ten moment stanowić miała gwarant ich bezpieczeństwa, z różdżką w ręku osłaniając ich przed wszystkim, co wyłonić się mogło z portowej mgły. Z nocy, która miała wiele twarzy niebezpieczeństwa. - Zabierasz ją w jakieś spokojniejsze miejsce? - sięgnął po ekwiwalent Oazy; wiedział, że zrozumie, że nic więcej dopowiadać nie musi. Pochylił się nieco do przodu, przechylając głowę, by spojrzeć na Hannah; nie potrafił jednak przedrzeć się spojrzeniem przez kurtynę jasnych włosów, odgradzających od niego jej twarz. Wciąż unikała jego wzroku. Dostrzegł to już wcześniej, teraz tylko utwierdził się w przekonaniu, że to nie wymysł, a co najwyżej irracjonalny zarzut w najmniej odpowiednim momencie, by w ogóle go stawiać. - Wydostaniemy się przez kanały - nie widział alternatywy. Tak będzie chyba najlepiej, zabezpieczyli kanały z Tonks, on sam doskonale zna drogę; wie, którędy podążać i gdzie skręcić, by zgubić ewentualny ogon. Wspominając to miejsce nie zdradzał też nic, czego Moss by nie wiedziała, nie dopowiedział przecież, że powiązani z Zakonem ludzie dbają o to, aby nikt niepowołany się tam nie kręcił. Powiódł wzrokiem od Phills, by potem kontrolnie zerknąć w stronę podtrzymywanej kobiety, wciąż milczącej. A potem uparcie wlepił spojrzenie w kosmyki Wright; no spójrz na mnie w końcu.

mugolka:
1-3 - tuż po tym, gdy udaje im się wspiąć na schody, upada ponownie; najprawdopodobniej nie da rady iść już dalej o własnych siłach
4-7 - niezbędne są częste przystanki, by mogła złapać oddech; opóźnia marsz, przez co poruszają się niepokojąco powoli
8-10 - wydaje się być naprawdę zdeterminowana i dzięki pomocy całej trójki udaje jej się przemieszczać w całkiem niezłym tempie



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Re: Zapomniana piwnica [odnośnik]05.12.20 12:49
The member 'Keat Burroughs' has done the following action : Rzut kością


'k10' : 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zapomniana piwnica - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 5 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Zapomniana piwnica
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach