Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Keaton Burroughs

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Keat Burroughs
Keat Burroughs

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f27-parszywy-pasazer https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Zawód : łowię smocze cienie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I never had a chance to be soft.
I was always bloody knuckles and shards of glass.
I wanted people to be afraid of hurting me.
OPCM : 10
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do

Keaton Burroughs Empty
PisanieTemat: Keaton Burroughs   Keaton Burroughs I_icon_minitime21.08.19 17:13


keaton hobart burroughs

Data urodzenia: 8 IV '34
Nazwisko matki: Boyle
Miejsce zamieszkania: okupuje któryś z wolnych pokoi w Parszywym
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: ubogi
Zawód:
stażysta w Peak District (choć gdyby go o to zapytać, bez zawahania powiedziałby, że jest doświadczonym smoczym łowcą); łapie się dorywczych prac w porcie
Wzrost: 181
Waga: 72
Kolor włosów: płowy brąz
Kolor oczu: szarozielone
Znaki szczególne:
dorodne limo pod łypiącym czujnie okiem; krzywy nos i spojrzenie pewnie też; blizny perlące się na membranie ciała; skrzacie uszy; wyraźnie zarysowująca się muskulatura; kurtka ze smoczej skóry (sztucznej, acz do złudzenia przypomina prawdziwą); dłonie boksera - palce powyginane pod najdziwniejszymi kątami.



{we were children thrust into a war}

Nic mi się stanie.
Lubił myśleć, że bliżej mu do migoczącej w półświetle smugi cienia niż do chłopca z krwi i kości. W szkielecie wyobrażeń chuderlawe ciało bez trudu prześlizgiwało się przez szczelinę niedomkniętych drzwi bądź przywierało do zroszonego zimnem muru, rozpływając się w mętnej toni pomroku.
Wątłego szelestu światła nikt nie dostrzegał - on, natomiast, obserwował każdy refleks świata. Podążał za śladami pozostawianymi na warstwie ulicznego kurzu przez ciężar zgarbaciałych od trosk sylwetek bezimiennych, bezgłośnie przemierzających pogorzelisko smętnych zgliszczy.
Widział ich zza żelaznych żeber wystających z rozbebeszonych murów. Śledził, przylepiony brzuchem do chyboczącej się konstrukcji pozbawionego dachu poddasza (zdjęcie oprawione w zielonkawą ramkę stało wciąż na przysypanej gruzem komodzie, niewiele starsza od niego dziewczynka uśmiechała się beztrosko - tu, i tam, trzy ulice dalej, w błogim śnie wiecznym, oderwana już na zawsze od przyziemnych trosk).
Ludzkie cienie rozmywały się gdzieś w dole, światło sprawiało, że wyglądały monstrualnie, rozciągały się aż za prowizoryczny horyzont.
Ale to wspomnienie warczących nad głową smug sprawiało, że oddech przyspieszał, a dłonie zaciskały się kurczowo na przypadkowym elemencie scenerii wojennej.
Nic mi się nie stanie.
Metalowe smoki rozpościerały szeroko błonę skrzydeł, plując ogniem w akompaniamencie hałasu, który dźwięczał w uszach wiele dni. I nieprzespanych nocy.
Mówiłaś, mamo, że smoki nie istnieją, że uwięzione są za kratami opasłych grzbietów książek, w bajdurzeniach ulicznych gawędziarzy, w opowiadanych na dobrą albo złą noc baśniach.
Tylko co to za bajka, w której świat płonie, a głos z pudełka radia donosi o kolejnym żołdzie krwi (powidła czerwone jak jucha ściekają z rozedrganego niepokojem noża, kiedy matka nasłuchuje uważnie, czekając na wyrok - potem ciche westchnienie ulgi odwleka go w czasie).
Był cieniem, nie takim jak oni - wątłą reminiscencją człowieczeństwa - lecz prawdziwym, najprawdziwszym, nic nie mogło mu się stać.

~{}~

To nie była moja wojna.
Lecz toczyła się obok, tuż zaraz, za rogiem; spozierała na nich zachłannie, pochłaniając to, do czego powinno się sprowadzać dzieciństwo - zakłócała rytm codzienności, którego nie naznaczały już przede wszystkim nawarstwiające się, rozdmuchiwane do niebotycznych rozmiarów dziecięce problemy, przemnożone przez czwórkę rodzeństwa. On, dwie młodsze siostry i wychylający się z kołyski brat stali się tylko jednym z wielu zmartwień na schorowanych barkach mamy, ledwie wiążącej koniec z końcem.
Nigdy nie odczuł skutków wojny bardziej niż tamtego dnia, gdy zamiast taty u progu ich drzwi pojawił się tłumaczący coś pospiesznie jegomość, szarpiący sumiastego wąsa w geście zakłopotania, kiedy mama opadła na krzesło w przedpokoju, nie odpowiadając mu ani jednym słowem. Były przecież zbędne.
Zamiast jego ciała - same wspomnienia, odżywał w każdej przytoczonej opowieści, w skostniałych uśmiechach, z trudem wyciosanych w zastygłych w rozpaczy twarzach. Przyszedł też czas na ostatnie pożegnanie - ich piątka w przeddzień wyprowadzki z mieszkania zabudowanego życiem, które już do nich nie należało, raz jeszcze rozsiadła się na dywanie w salonie, wysypując z pudła wszystko, co kiedyś nosiło na sobie jego dotyk. Keat tonął w dostojnej czerni całunu miękkiego materiału ogromnej marynarki już nie ojca, lecz po nim (łapał się na tym, że rzeczywistość rozszczepiła się w jego myślach na znamienne przed i niezrozumiałe teraz); mechanicznie gładził brązowe kosmyki nieświadomego niczego brata, który więcej uwagi poświęcał ubabranej poszetce, wystającej z kieszeni marynarki, niż pobrudzonym łzami policzkom rodzeństwa.
To nie była nasza wojna.
Ale stała się ich, naznaczyła ich już na zawsze.
Jedna śmierć - tyle wystarczyło, by zrozumiał, co oznacza chodzić po roztłuczonym szkle serca, gdy emocjami targa niezrozumienie i ból.

~{}~

To nie był nawet mój świat.
Ten jego, zakamuflowany gdzieś w głębi tożsamości jeszcze nieodkrytej, zaczął wyłaniać się przed nim kawałek po kawałku, gdy kluczyli w meandrach tajemnic doków. Oczy zabłyszczały ekscytacją na widok materializującego się w powietrzu mężczyzny - pojawił się w jednej chwili, znikąd, co nie było jedynie przesadnie zakrojoną metaforą, lecz faktem. Keat zacisnął kurczowo powieki, jakby upewniając się, czy jeśli po raz kolejny mrugnie, fatamorgana nie zniknie. Ale fatamorgana jedynie zgarnęła dzieci, zakleszczając je w uścisku, po czym tubalnym głosem rzuciła w stronę mamy, że mogła postarać się, żeby choć trochę bardziej ją przypominali.
Jeszcze do niedawna nie byli świadomi istnienia wujka - ani rzeczywistości skrytej po drugiej stronie lustra, pełnej niemożliwej nawet do wyśnienia magii. I choć cztery kąty, którymi Boyle się z nimi podzielił, nie należy może do pomieszczeń grzeszących luksusem, w zupełności wystarczały ich potrzebom. Niczego więcej nie musieli mieć, żeby zacząć ostrożnie stawiać pierwsze kroki w skrytym dotychczas przed ich oczami wymiarze, o który wojna się nie upomniała (jeszcze - w tamtym momencie ułuda bezpieczeństwa pozwalała zanurzyć się w głębinach snu, choć z czasem przyjdzie im skonfrontować się z tym, że utopia nie istnieje, nawet, a może przede wszystkim, w Londynie utkanym czarami).
Dlaczego więc również tutaj czuję się tak nieswojo?
Chciał się odnaleźć w tej rzeczywistości, w pewien sposób zawsze przecież do niej przynależał i rościł sobie prawo do tego, żeby nie traktowano go jak obcego. Ale jakkolwiek nie starałby się dopasować, czuł na sobie krzywiznę nieprzychylnych spojrzeń - przede wszystkim ze strony rówieśników; szczyle z doków nie zamierzały ułatwić mu procesu adaptacji środowiskowej. Był dla nich intruzem, któremu należało pokazać, gdzie jego miejsce (wszędzie, byle nie tu).
Pojawili się jak zjawy, wylęgając się z tkanki nocy i rozpleniając wokół niego zbyt szybko, by szaleńcza ucieczka miała szansę się udać. Osaczony z każdej strony szukał jakiejkolwiek szczeliny, przez którą mógłby się przecisnąć; próbował wprawdzie utorować sobie drogę pomiędzy ich ciałami, ale desperacka próba skończyła się fiaskiem.
Nie chcieli niczego - poza rozrywką, tym właśnie się dla nich stał. Szamotał się rozpaczliwie jak ćma odgrodzona od światła, ale im gwałtowniejsze ruchy wykonywał, kiedy niemalże z pietyzmem wymierzali mu kolejne ciosy, nie szczędząc ani jednego fragmentu ciała, tym większą satysfakcją ociekały ich uśmiechy.
Więc znieruchomiał, karnie przyjmując każdą wbijaną nieprecyzyjnie szpilkę bólu.
Jak porzucona zabawka leżał w bruku własnej krwi, gdy wykidajło ciotki znalazł go półprzytomnego i dotaszczył do zaplecza Pasażera. Znanym mu doskonale zestawem zaklęć załatał to, co załatać się dało, a na pozostałości ran chlusnął ognistą, uniwersalny eliksir leczniczy. Płomienie trawiły chłopięce ciało jeszcze długo, a kiedy po bólu pozostał już tylko popiół rozgoryczenia, odważył się poprosić mężczyznę, żeby pokazał mu, jak się bronić.
Nie miał różdżki, więc zdany był jedynie na siłę własnych mięśni.
W piwnicy lokalu, krążąc między ringiem z beczek i skrzynek z jedzeniem, umykał przed stalową pięścią, przyzwyczajając się do jęku kości, gdy znowu okazał się niewystarczająco szybki.
Zaciśnięte knykcie, rozbijające się o pełne skupienia milczenie, opuszczona broda, całe ciało naprężone, gotowe. Jeszcze tylko te cholerne nogi. Musi nauczyć się pracować nogami.
Trudno powiedzieć, który z nich był bardziej zaskoczony, kiedy pewnego dnia zamiast skupiać się jedynie na trzymaniu gardy, zaczął sam kąsać uderzeniami swojego nauczyciela, balansując ofensywę z defensywą.
Albo gdy wzrok chłopców z dokowego placu broni jedynie prześlizgnął się po nim obojętnie, wypatrując już innej ofiary.
Może nie istnieje coś takiego jak wrodzona przynależność do któregokolwiek świata?
Może o miejsce w każdym z nich trzeba zawalczyć?

~{}~

Przykazanie pierwsze, kłamstwo nie zawsze ma krótkie nogi.
To cudo? Łuski morskiego smoka zza wielkiej wody. Londyńskich kałuż. Sam smok, natomiast, niewiele miał wspólnego z morskim, ale skrzące się błękitnie płytki odbijały refleksy słońca z taką gracją, jakby promienie dryfowały na ich tafli. Kupił je z wujkiem na Pokątnej, za jedną czwartą ceny, której aktualnie żądał. Z potencjalnym klientem popertraktują pewnie jeszcze z pięć minut, skończy się na jednej trzeciej, zgodnie z planem.
Na targu w magicznym porcie spotkać można dziwy z najodleglejszych zakątków schowanych na krańcach świata - a przynajmniej w to chcą wierzyć witający tam czarodzieje, łasy na historie o wyjątkowości drobiazgów z każdego, najmniejszego nawet kramu. Z początku Keat przysłuchiwał się jedynie temu, jak prowadzi rozmowę wujek, ślizgając się po gładkich kłamstwach z taką lekkością, jakby wypowiadanie ich nie mogło sprawiać żadnego problemu.
Dopiero po kilkunastu wspólnych popołudniach spróbował sprzedać amulet, na poczekaniu wymyślając całą otoczkę; z ust przesiadujących w Pasażerze (w którym jako jedna z dziewczyn pani Boyle zaczęła również pracować mama) morskich wilków słyszał wiele obco szeleszczących na języku nazw. Używał ich w odpowiednich momentach jak magicznego zaklęcia, rozwiewającego wszelkie wątpliwości i podejrzenia. Poza tym, kto chciałby kupić wisiorek od lokalnej czarownicy, jeśli ochronę mogły zapewnić mistyczne czary amazońskich wiedźm?
Przykazanie drugie, własność może zmienić właściciela w kilka sekund.
Doki rządziły się własnymi prawami, nie ma tu mowy o bezprawiu - co najwyżej o hegemonii silniejszych. Sprytniejszych. Najbardziej zdeterminowanych, przesączających wątpliwości przez sito skrupułów o oczkach szerokością dopasowanych do potrzeb sytuacji.
To przyswoił szybko, błyskawicznie pojmując reguły, których nauczono go na własnej skórze.
Sięganie do opasłych kieszeni podpitych jegomości, przewalających się przez zalaną piwem ławę, nie wymagało przesadnej finezji ani delikatności, zdecydowanie bardziej podobały mu się szarady z opatrznością, gdy próbował swoich sił w okolicznościach, w których nie można się było obyć bez przemyślanego działania.
Im starszy się stawał, tym więcej wymyślał własnych zasad, rewaloryzując narzucane przez społeczeństwo wartości - nigdy jednak w takim stopniu, by nie móc pójść na kompromis z własnym sumieniem.

~{}~

Znowu zgubiłem swój cień.
Kiedy opowiadał mamie, że przychodzą do niego co noc, kotłując się na suficie tuż nad łóżkiem i przeobrażają się we wszystkie te kreatury, o których mówiły chropowate głosy zza lady Pasażera, nazywała to sennymi majakami; kiedy wspomniał, że o poranku ściga się z nimi aż na blachy najwyższego magazynu, skąd widać nawet najdalej zakotwiczone statki, wzdychała tylko cicho, wracając do krzątania się po kuchni.
Ale tego dnia szła tuż obok - a jego drugie ja wciąż tkwiło kilka metrów dalej, niewzruszone, uparte jak Keat. Wracaj tu, wysyczał cicho, starając się brzmieć złowrogo; zniecierpliwione dłonie sięgnęły po należność, prawie dotknęły zguby, chcąc scalić siebie z nią - lecz umknęła bez trudu, rozpryskując się w mętnej wodzie.
Mama pochwyciła go za rękę, w ostatniej chwili powstrzymując Keata przed zanurkowaniem w ślad za czymś, co istniało jedynie w ułudzie rewersu rzeczywistości. Z trudną do podważenia stanowczością (musiał zaakceptować fakt, że ona zdawała się wiedzieć o czarach wszystko, a on wciąż tylko tyle, na ile pozwalał mu wybrakowany obraz ułożony z zachłannie zbieranych strzępków informacji) powiedziała, że to tylko iluzja. Tylko - choć może aż pasowałoby bardziej; nie dopowiedziała już tego, że do dzisiaj nie miała pewności, czy w ogóle drzemie w nim magia, która zapadła chyba w głęboki sen, skoro obudziła się tak późno - później nawet niż u jego dwa lata młodszej siostry.
On ani żaden inny nie wyglądał nawet odrobinę nieprawdziwie.
Nigdy nie odstępowały go na dłużej, przez te wszystkie lata krążyły gdzieś w pobliżu. Czuł na sobie ich spojrzenia, a kiedy szczypta strachu zaczęła cyrkulować w jego krwiobiegu, gdy myślami był już w Hogwarcie, armia stróży wślizgnęła się do walizki (to samotności nie potrafił znieść, wychowany w domu, w którym nigdy jej nie uświadczył) i podążyła za nim aż tam, gdzie niebo białe jest od chłodu, a bezlitosne słońce praży czerwienią zaognioną ostrym, górskim powietrzem. Tam, gdzie w powidokach marzeń widział siebie, okiełznującego magię z wprawą godną najzdolniejszych.
Zapomniał chyba, że on też jest tylko cieniem. Zgrzyt wyobrażeń i rzeczywistości pojawił się już na samym początku, gdy jako pierwszoroczniacy musieli zacząć przyswajać nie tylko ogromną dawkę wiedzy, którą bombardowano ich na każdych zajęciach, lecz także umowne, niepisane schematy zachowań. W skostniałych tradycją murach odstępstwa od normy nie były mile widziane; choć z początku starał się nadążyć za wszystkimi nakazami i zakazami (tych było tak wiele, że nie potrafił ich nawet spamiętać), to z czasem z rezygnacją po prostu zaakceptował fakt, iż jego zreformować się da. Przyciasny mundurek krępował mu ruchy, zapięta na ostatni guzik koszula drażniła grdykę, a konieczność dbania o to, by czerń butów lśniła, pozostając bez ani jednej skazy, irytowała za każdym razem, kiedy czuł na sobie oceniający wzrok najbardziej pedantycznych nauczycieli. Ponadto przymus uczenia się niemal wszystkiego na pamięć sprawiał, że Gryfon więcej czasu poświęcał na bezczynne wpatrywanie się w zapełnione drobnym drukiem kartki niż zaznajamianie się z ich treścią; wiedzę zdobywał na zajęciach - na tych, na których był w stanie skupić się na tyle, by nie odpłynąć myślami gdzieś daleko (choć na historii magii regularnie przysypiał, a dowiedział się o niej całkiem sporo - w trakcie ożywionych rozmów z gadatliwymi portretami). Za wyjątkiem opieki nad magicznymi stworzeniami (chyba usłyszał kiedyś, że ma do tego smykałkę, lecz za nic nie przypomni sobie, w jakich okolicznościach i czy jednak sam sobie tego nie wymyślił, kiedy usilnie starał się doszukać w sobie jakichś zalet, gdy kilka lat później ubiegał się o staż w Peak District) był rozczarowująco przeciętny. W przypadku transmutacji zasłużył nawet na miano chodzącej porażki, nie wiedzieć czemu, bo z zaklęciami i obroną radził sobie całkiem znośnie (szczególnie, kiedy pojedynkował się z garstką podobnych mu narwańców w cuchnących stęchlizną, opuszczonych klasach, zagraconych rozpadającymi się ławkami i wspomnieniami rozbrzmiewających non stop niehonorowych salw porażek; jedno im trzeba przyznać, pomimo pozostawiających wiele do życzenia początków, nie zrazili się, choć wielu na ich miejscu poddałoby się pewnie niezliczoną ilość razy). Dopiero walcząc o pozycję w szkolnej drużynie Quidditcha poczuł się jak ktoś na właściwym miejscu - uderzył w tłuczka z takim rozmachem, że piłka ze świstem pomknęła gdzieś na obrzeża Zakazanego Lasu. Szkoda tylko, że w trakcie gry wymagano od niego respektowania wszystkich tych zasad, na które grając z dzieciarnią z portu nigdy nie zwracali uwagi, faulując, ile się da. Kapitan pieklił się na niego przez trzy mecze, później wskazał mu miejsce na ławce rezerwowych, a na końcu obcesowo podziękował za uwagę.
Ostatecznie przez mury zamczyska prześlizgnął się więc tak, jak cień - i w kontraście do świetlistej przyszłości zarysowującej się przed błyszczącymi na zajęciach uczniami nikt nie zwracał na niego uwagi więcej niż wymagało tego niezbędne minimum.

~{}~

Wiesz przecież, że dla mnie już zawsze będziesz po prostu Annie.
Jeszcze wtedy, gdy w trakcie wakacyjnej przerwy przedstawiono ich sobie po raz pierwszy, spoglądał w jej stronę nieufnie, starając się wyłowić w zachowaniu dziewczyny jakiekolwiek świadectwo fałszu, element zagrożenia. Ale cała ona była kompozycją, na którą składało się przede wszystkim pragnienie bycia częścią ich rodziny - również tej zlepionej z ewenementów Parszywego.
Kierowany kaprysem bądź trudną do wyjaśniania chęcią poznania nieznajomej, przez oko wizjera wypatrywał jej na klatce i przypadkiem wychodził z mieszkania akurat wtedy, gdy wracała do wujostwa. Rytuał wieczornego papierosa wkradł się do ich codzienności całkiem naturalnie, szybko został też nieodłączną częścią mglistych wieczorów. Tak jak zasłyszane danego dnia w pracy historie, które w zatęchłej przestrzeni ciemnej klitki, więżącej ich dwójkę na pnących się chaotycznie schodach, snuły się leniwie niczym dym ze współdzielonego szluga - kilka ostatnich zasłużenie wywalczonych buchów należało do tego, kto danego dnia raczył ich ciekawszą opowieścią, a esencją spędzanego ze sobą czasu (coraz częściej, coraz chętniej) stała się przede wszystkim siostrzano-braterska więź.
Do cholery, znowu? Mogłabyś czasem dać mi wygrać.

~{}~

Jest tak, jakbyś spoglądał w oczy samej śmierci.
Świat zastygł. Puch chmur owiał smoczy oddech, gdy czerń sylwety króla przestworzy wbijała się w trzewia nieba może gdzieś absurdalnie wysoko, a może na wyciągnięcie dłoni. I choć obserwował to wszystko z punktu widokowego, obwarowanego potężnymi zaklęciami ochronnymi, pozostawały one niewidoczne, więc wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach, karmiąc się podszeptami niepewności - co gdyby sforsowanie tychże zabezpieczeń nie przysporzyło trójogonom zbyt wielu trudności?
Czy może być coś bardziej ekscytującego?
Pracował tu już kilka lat, lecz jeszcze nigdy nie miał okazji zobaczyć ich z tej perspektywy - wcześniej były tylko bezkształtnymi plamami na niebie, rzucającymi na ziemię ogromny cień domysłów i przypuszczeń. Czasem zadzierając głowę zadawał sobie dziecięce w swej naturze pytania, na które nie potrafił znaleźć odpowiedzi; jeszcze wtedy ich nie szukał, dopowiadając sobie tyle, ile chciał, wyciągając także wnioski niemające pokrycia w rzeczywistości.
Trafił do smoczego przytułku rok po rzuceniu szkoły, miał dumne osiemnaście lat i do perfekcji opanował już wszystkie zaklęcia czyszczące - pozbywanie się ekskrementów z rezerwatu było niczym w porównaniu ze zmaganiem się z doprowadzaniem do względnego porządku statków, które zawitały w porcie po długiej podróży. Poza tym, Greengrassowie płacili dwa razy więcej, więc z pocałowaniem ręki panny przeprowadzającej z nim rozmowę kwalifikacyjną przyjął oferowane mu warunki. Został chłopcem od wszystkiego - w Zagrodzie Wschodniej przyjmował gości, nim zajęli się nimi opiekunowie smoków, krzątał się w przygotowywanych dla nowych stworzeń zagrodach, tonął w papierzyskach z archiwów, powierzono mu też zadanie najwyższej wagi - dokarmianie kilku płomykówek o spojrzeniu mrożącym krew w palcach pokrytych bliznami po ich dziobach (czasem także zdarzyło mu się uprosić znajomego łowcę, żeby mógł rzucić małym smokom choć kilka soczystych płatów mięsa).
Wraz z upływem spędzonych w rezerwacie miesięcy zainteresowanie samymi smokami zaczęło się pogłębiać, a Keat - w wolnych od zadań chwilach - nieufnie sięgnął po jedną z najmniej zakurzonych książek, do której notorycznie zaglądali opiekunowie, gdy potrzebowali konkretnej informacji na temat podopiecznych.
Szydził sam z siebie, kiedy przez jego głowę po raz pierwszy przemknęła cicha myśl, że może nawet on mógłby kiedyś stać się jednym z nich. Łowcą.
Myśl ta powracała uporczywie, coraz częściej, a Burroughs strzygł uszami, przysłuchując się konwersacjom wykwalifikowanych pracowników; czasem też, siląc się na zblazowany ton, drążył poszczególne tematy. Pomimo tych subtelnych oznak nikt chyba nie spodziewał się tego, że pewnego dnia wśród pism aplikantów na kurs smoczego łowcy znajdą też to nakreślone jego dłonią, garść niezgrabnych słów i mało przekonujących argumentów.
Zarządca odmówił mu osobiście, tonem łagodniejszym niż zwykło się z Keatonem obchodzić życie; przesadnie taktowny staruszek bez wątpienia starał się, by chłopak nie poczuł się tym faktem urażony.
Po prawdzie spodziewał się przecież, że nie ma większych szans. O karierze smoczego łowcy wiele osób marzy od dziecka, pogłębiając swoją wiedzę z pasją i zaangażowaniem; sporo kandydatów wywodzi się z hermetycznego środowiska, wraz z upływem lat jedynie upewniając się w przekonaniu, że chcą podążać tą samą drogą, co ojcowie bądź dziadkowie; on był tylko wypadkową przypadku, zdążył się zresztą przyzwyczaić do niepowodzeń w swoim życiu - jedno więcej w tej skali to już tylko statystyka.
Pomimo tego uznał, że da sobie drugą szansę, z tego kaprysu nie był w stanie zrezygnować zbyt szybko. Może więcej w tym zasługi szczęścia niż jego własnej, ale rok później, tuż po kolejnej klęsce w trakcie naboru, pojawił się wakat na miejsce na stażu w Peak District. Ktoś zrezygnował już na samym początku. On, natomiast, był najprawdopodobniej ostatnią osobą, która na to miejsce zasłużyła, lecz gdy padła propozycja, by je zajął, nie zastanawiał się ani chwili. Nigdy jeszcze nie czuł smaku spełniającego się marzenia, a w tamtym momencie zdał sobie sprawę, że ta szansa właśnie tym dla niego była - ewokacją pragnienia tak skrytego, iż długo nie pozwalał się do niego przyznawać nawet samemu sobie.
Może ten moment, kiedy śmierć zwróci uwagę na ciebie?
Gadzie spojrzenie zakleszczyło się na jego sparaliżowanej sylwetce, gdy trójogon kołujący nad wzgórzem oszklonym śniegiem przeleciał na tyle blisko, że skrzydło zaharatało o mur magicznej bariery, a powstałe w ten sposób iskry oprószyły jedną z zasp zalegających nieopodal punktu panoramicznego.

~{}~

Long live the Bottom!
Bez wątpienia ostatnie, czego należy oczekiwać, zamawiając piwo w Parszywym, to fakt, iż mogłoby być dobre (sam przecież, kiedy późną porą klientela dopisuje, a rąk do pracy jest za mało, wślizguje się za kontuar i dumnie rozdysponowuje kufle, wprost proporcjonalnie do poziomu upicia koneserów szczyn od serca rozcieńczając je wodą). Na spotkanie ze starym znajomym udał się więc do polecanego mu kiedyś Pod Raptuśnikiem - jakież było jego zaskoczenie, gdy wraz z zamówieniem kelner podał im najnowszego Proroka po tym, jak towarzyszący mu Caleb z enigmatycznym uśmiechem poprosił o kartę duńskich alkoholi, wprowadzając Keata do rebelianckiego półświatka.
Wkrótce godzinami przesiadywał przy podobnym stoliku, w Ukrytym pubie w Enfield, wraz z garstką idealistów o krwi gorętszej od pożogi planując kolejne zrywy i układając hasła, które wykrzykiwać będą jednym wielogłosem, by pokazać, że nie ma zgody na to, co wyczynia się w Ministerstwie. Aczkolwiek większość z tych rozmów brzmi po prostu naiwnie, a on coraz częściej zastanawia się, ile tak naprawdę zmienia to, że atmosferze przesyconej buntem piją kremowe, jakże adekwatny symbol szczeniackiej rebelii (zwyczajowo upija kilka łyków, reszta nie chce przejść przez gardło; żeby to chociaż smakowało jak piwo...).
Nie ma pojęcia - ale to najlepsza forma sprzeciwu, o jakiej do tej pory słyszał, więc krzyczy - ile tchu, ile sił. Zdziera struny krtani, skanduje wraz z nimi - w przypadkowych miejscach, nim rozpierzchną się, gdy zaklęcia zaczną świszczeć nad ich głowami, mijając biegnące sylwetki o kilka cali (znowu miał szczęście, znowu było bliżej niż ostatnim razem). A od tygodnia w zastępstwie za aresztowanego znajomego kolportuje Proroka, przekazując go do współpracujących lokali, w których gazeta staje się dostępna szerszemu gronu. Kilka kopii zostawia na własny użytek, pożyczając je zaufanym osobom.
Nie wie - kto irytuje go bardziej, gówniarzeria, z którą się zadaje? Czy on sam, z jakiegoś powodu uczestniczący w tym cyrku, wciąż łudząc się, że to cokolwiek zmieni?
Nie wie - czy tym razem to jego wojna? A nawet jeśli tak - czy walka w takiej formie ma w ogóle sens?
Ile jeszcze może igrać z losem, tańcząc na linie nad przepaścią, zanim z niej spadnie? Czy wyimaginowany immunitet na nieśmiertelność kiedyś przestanie go obejmować?
Nie wiem już nic.

{and once it ends, what will we become?}


Patronus:
ważka, skrzą się srebrzyście skrzydła poruszające się tak szybko, że ledwie można je dostrzec - jeden oddech wiatru, dwa uderzenia serca, już jej nie ma, znika; mieni się wieloma kolorami, on - całą gamą emocji;
ważka to zmiana i szybkość reakcji; to symbol nieśmiertelności (choć kruchy jest jak ona, obudowuje się warstwą fałszywych wyobrażeń, nie pozwalając sobie na posmak strachu; zdaje się myśleć o przyszłości z całą siłą pewności siebie i przekonania o tym, że ze szponów tarapatów wyrwie się zawsze, co najwyżej z kilkoma nowymi zadrapaniami na spękanym podobnymi doświadczeniami marmurze ciała).
pod powiekami gorąco od wspomnienia babiego lata; korony z pajęczyny, przez tę część rozchichotanej dzieciarni, która potrafi już samodzielnie utrzymywać się na kolumnach nóg, nakładane na szczecinę siwiejących włosów króla papy i mamy, królowej serc (truskawkowych pierników); wojna majaczy w oddali, nie zdążyła jeszcze oddzielić ich od siebie.  


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
opcm: 10 +2 (różdżka)
zaklęcia i uroki: 10 +3 (różdżka)
czarna magia: 0 Brak
magia lecznicza: 0 Brak
transmutacja: 0 Brak
eliksiry: 0 Brak
sprawność: 18 Brak
zwinność: 10 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
historia magiiI2
kłamstwoII10
onmsIII25
spostrzegawczośćI2
ukrywanie sięI2
zastraszanieI2
zręczne ręceII10
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
wytrzymałość fizycznaII5
mugoloznawstwoI5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
brak -0
AktywnośćWartośćWydane punkty
latanie na miotleI½
quidditchI½
jazda na rowerzeI½
pływanieI½
boksII7
Reszta: 3

Wyposażenie

różdżka.



[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Keat Burroughs dnia 28.08.19 16:25, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Keaton Burroughs Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Keaton Burroughs Empty
PisanieTemat: Re: Keaton Burroughs   Keaton Burroughs I_icon_minitime25.09.19 9:51

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Keat Burroughs, dziecko nie jednej, ale dwóch wojen od najmłodszych lat musiał aktywnie starać się o przetrwanie. Dorastanie półsieroty mieszanego pochodzenia wśród doków nad Tamizą nie należało do łatwych, nie ułatwiło też późniejszego odnalezienia się w murach Hogwartu. Przemknął przez nie niemal niezauważenie; to nie było jego miejsce. Takowe odnalazł w dalekim Peak District, a konkretniej - w znajdującym się tam rezerwacie smoków. Czy jednak zagrzeje w nim miejsce na dłużej? Czy może o jego przyszłości zadecyduje drugie, nie mniej ryzykowne zajęcie, którego się podjął? Kolportacja nielegalnego pisma w tych czasach to więcej, niż wykroczenie...

 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Ignotus Mulciber


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Keaton Burroughs Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Keaton Burroughs Empty
PisanieTemat: Re: Keaton Burroughs   Keaton Burroughs I_icon_minitime25.09.19 9:51

WYPOSAŻENIE
Różdżka, sowa

ELIKSIRY- Nazwa (X porcje, stat. x)

INGREDIENCJEposiadane: włosie mantykory, róg dwurożca, róg garboroga

[29.08.19] Ingrediencje (styczeń-marzec)

BIEGŁOŚCI-

HISTORIA ROZWOJU[25.08.19] Karta postaci, 0 PD
[01.09.19] Lusterko (pojedynek), +5 PD
[12.09.19] Zakup sowy, -50 PD
[24.09.19] [G] Zakup: dibale ziele 10szt; -10PM


Powrót do góry Go down
 

Keaton Burroughs

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19