Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Zagroda jednorożców

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Zagroda jednorożców   10.10.15 15:25

First topic message reminder :

Zagroda jednorożców

Nieopodal plaży ustawiono drewnianą zagrodę, za którą zgromadzono nieduże stado jednorożców. Ogrodzenie prawdopodobnie bardziej strzec miało gości, aniżeli konie - one same potrafiły być niebezpieczne. Ich majestat zawsze zachwycał, prężne, muskularne ciała, błyszczące złotem rogi, jedwabiste ogony oraz grzywy. Widok jednorożca nie był codzienny, wielu czarodziejów miało na festiwalu swoją jedyną życiową okazję na ujrzenie takowego  - jedyną, niepowtarzalną... i trudną do zapomnienia.
Przy zagrodzie tłoczyły się panny, dzieci, dziewczęta oraz chłopcy. Te niezwykle wrażliwe zwierzęta nie lubią dotyku mężczyzn, uciekają przed nimi, a najbardziej przyjaźnie zachowują się wobec dziewcząt oraz panien, umykając przed dotykiem mężatek i kobiet, które nie prowadzą się obyczajnie. Młodsze osobniki czynią wyjątki, pozwalając się zbliżyć do siebie chłopcom lub zamężnym niewiastom.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler


when under ether
the mind comes alive


14
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Zagroda jednorożców   22.03.17 2:02

Nie należał do ludzi, którzy mówili wiele - zazwyczaj starał się ograniczać do paru wtrąceń, miał talent w podtrzymywaniu rozmów, o ile nie rozchodziło się o jego osobę - trafiał z pytaniami, sięgał wrażliwych punktów, interesujących daną postać, pozwalał innym opowiadać o sobie i innych. Niestety przy okazji cierpiał na przykrą tendencję do ignorowania pytań posyłanych w jego kierunku - te odwracał, odpowiadał półsłówkami, szukał stwierdzeń wystarczająco istotnych, aby przeszły bez wzbudzania większej ciekawości, lecz zbyt mało ważnych dla niego. Nie lubił mówić o sobie, odsłaniać się przed kimś - teraz gubił się, nie chcąc przyznać tego przed sobą. W dodatku gubił się inaczej niż zawsze, tracąc nieco na niezachwianej pewności - nie na tyle, by mogła to dostrzec, szczególnie zwracając uwagę na punkt ich znajomości. Wystarczyła wiedza, że odkrycie się jest koniecznie, prędzej czy później. Wyobraźnia zawodziła przy świadomości, że dla wspólnego dobra powinien nagiąć przyzwyczajenia. Wiedział, że pytania padną, sam przecież też miał ich kilka, ale nie potrafiły skrystalizować się w żadne konkretne - jeszcze nie. Może lasy miały wywróżyć im dobrą przyszłość. W inne wróżby nie wierzył. W te wierzyć chciał. Kiwnął głową, z lekkim, wciąż uprzejmym z zasady uśmiechem, nie dodając nic - porzucając na tę chwilę okazję do podjęcia wspólnego tematu. Drobny gest był wstępnym przyznaniem, że podchodzi do zielonych terenów w ten sam sposób.
- Doceniam szczerość - przyznał zgodnie z prawdą, traktując jej słowa poważnie i z odpowiednim szacunkiem. Przywykł do tytułowania, ale odejście od tego nie stanowiło dla niego problemu - nawet jeśli zaskoczyła go tak szybkim przejściem do imion. Cień sympatii zaskarbiła sobie pewnością w głosie, potrafiąc przejść do konkretu - niezdecydowanie i podchody potrafiły go irytować. Skoro taka była jej wola - a należało pamiętać, że to pannie Prewett powinien pozwolić na moment przejścia na ty, nie zamierzał się sprzeciwiać. - Nie mam nic przeciwko. Procello? Julio? - dopytał, pragnąc się zorientować - z ust innych słyszał zazwyczaj drugie imię, ale pierwsze naturalnie znał, dlatego nie sposób było je zignorować. Po odpowiedzi nie zdołał ugryźć się w język - a może niekoniecznie próbował, wtrącając jeszcze drobną uwagę. - Czy w takim tempie nie powinienem zatroszczyć się o pierścionek pod koniec spotkania? - nestorzy wynieśliby ich pod niebiosa, na drugi dzień wciskając w piękne stroje i wyczekując przysięgi, aby ostatecznie poradzić sobie z małymi rodowymi zmorami. Czyż nie piękna wizja?
Nie komentował więcej mew, uważnie słuchając jej słów. Standardowo wyciągał więcej wniosków niż miał zamiar przedstawić, ale nie spodziewał się, że odzwyczajenie przyjdzie szybko - był oporny i unikał angażowania się, nawet przy wieloletnich przyjaźniach pozostawiając trochę wyraźnych granic. Ponownie kiwnął głową, przenosząc spojrzenie na mewy, mrużąc lekko oczy - głównie przez jasne niebo, upstrzone białymi chmurami, przez które przebijało się słońce. Podłapał temat od innej strony - nie na rzecz wycofania się z własnej kpiny, mewy wciąż były dla niego nieco zbyt uciążliwe, bardziej łapiąc kwestię, którą się odróżniał. Mewie do memortka było daleko, strzyżyk również odbiegał od nich skrajnie.
- Żaden nie zaskarbił sobie twojej sympatii bardziej niż mewy? - spojrzenie, już wyostrzone, typowo przenikliwe, utkwił na chwilę w towarzyszce. Brwi uniósł lekko, rozluźniając się nieznacznie - nieskrępowany przejściem na bezpośrednie zwroty, stanowiące zatarcie pierwszej granicy, nie krył dwuznaczności w pytaniu - choć odpowiedzi oczekiwał tylko w temacie ptaków, nie osób poruszających jej serce.
- Rodzinna sztuka - wymijająco potraktował temat, uszczuplając go tylko do wymaganej informacji - sądząc, że to zbytnia oczywistość. Nie wyłamał się z rodzinnego schematu, o czym na pewno wiedziała. - Staram się nie ignorować zbyt wielu dziedzin, nietrudno mnie zainteresować. Podróżuję. Przepadam za tańcem - przyznał leniwie, nie wysilając się z ilością słów. - Daleko mi do ornitologa, lecz mimo tego lubię obserwować ptaki - lubił też łączyć je z ludźmi. Ot, fanaberia, zbierał opinie by móc wyciągnąć jeszcze więcej wniosków. Teraz przyglądał się jednorożcowi, powstającemu na ich widok. Nie miewał zbyt wielu okazji do obserwacji tych stworzeń - częściej miał w rękach ich cenne rogi oraz włosy. Pokręcił głową na słowa Julii, z rozbawieniem - wynikającym z treści pytania, jak i lorda przemykającego kolejny raz w wypowiedzi.
- Ulysses. Bądźmy sobie równi - sprostował niespiesznie, pozwalając jej na podejście do stworzenia. - Bardziej odpowiada mi ich dystans - nie faktyczny, a zrodzony z ostrożności. Wiedziały dobrze, komu ufać. Nie zamierzał ich płoszyć, dlatego pozostał w miejscu, ufając wiedzy Prewettówny, która sprawniej oceniała odpowiednią odległość. - Urzekają wieloma cechami, szczególnie przez pryzmat nieosiągalności. Bliższe sercu niż skrzydlaci przyjaciele? - obserwował dokładnie - chyba w tym tkwiło jego największe zainteresowanie.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Julia Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4231-julia-prewett https://www.morsmordre.net/t4525-poczta-julki#96302 https://www.morsmordre.net/t4523-julka-zaprasza#96300 https://www.morsmordre.net/t4798-julia-prewett
Weterynarz
25
Szlachetna
Panna
Podczłowiek i nadczłowiek są podobni w tym, że żaden z nich nie jest człowiekiem.
0
4
5
6
20
0
5/45
0
Zwierzęcousty
 https://68.media.tumblr.com/f4ac4a87cc99f24b4e90825593c2f7b0/tumblr_oldf5boKP91uhjffgo1_500.gif

PisanieTemat: Re: Zagroda jednorożców   23.03.17 0:49

Nie była raczej nadmierną gadułą, jednak do mruków pokroju swojego rozmówcy także było jej zdecydowanie daleko. Wszystko zależało od tematu, nie lubiła jednak szczególnie rozmów typowo arystokratycznych, ugrzecznionych, pełnych sztucznych pozorów. Na Sabatach się bawiła, wchodziła w dolę która do niej nie należała, nie powinna i nie chcąc zawieźć rodziny oddawała się rozmowom o pogodzie, muzyce, czy sukniach w tonie jaki jej przystoił, pełnym tytułów, uprzejmości i sztucznych ugrzecznień. Traktowała to jak swego rodzaju spektakl i sądząc po tym, że nigdy nie wywołała skandalu - musiała być całkiem niezłą aktorką w tym teatrze.
W tej chwili jednak nie była na sabacie. Rozmawiała z kimś, komu chce ją oddać rodzina. Oczywiście - wiedziała, że do niczego nie zostanie zmuszona, znała jednak także swoją rolę i nie chciała być zawodem w oczach swoich rodziców. Szanowała ich. Była wdzięczna za to, jak dobre i spokojne miała dzieciństwo szczególnie, gdy widziała że większość szlachetnie urodzonych poddana była dużo większemu rygorowi. Podczas, gdy ona się bawiła, wiele innych dzieci o jej statusie uczyło się francuskiego, tańca, śpiewu czy innych niespełnionych ambicji swoich rodziców, żeby zostać laleczkami, którymi możnaby się jak najlepiej chwalić.
Oczywiście - nie była tak rozbrykana, jak większość nieszlacheckich dzieci, nawet tak jak sami Weasleyowie z którymi się przyjaźniła (choć ci to akurat uchodzili za największych liberałów z możliwych!), jednak gdyby porównywać... tak, pozwolono jej na wiele. Była wdzięczna za tę swobodę, której wielu brakowało i nie chciała swojej rodziny zawieźć. Wiedziała też, że nie jest już młodą panną i mało kto się jeszcze za nią obejrzy - kiedy cały ten czas zleciał?
Mimo to nie zamierzała wpaść w czyjekolwiek ramiona w desperacji i wyjść za kogoś, kto wybitnie by jej nie odpowiadał. Dlatego chciała postawić na otwartość. Chciała poznać wady tego człowieka. Nawet, jeśli się nie zakochają - chyba zatraciła gdzieś romantyzm, była w stanie bez oporów zgodzić się na ślub bez miłości, być może dlatego, że już bardzo, bardzo dawno jej serce nie zabiło mocniej dla żadnego mężczyzny - w porządku. Ale nie zniosłaby związku z kimś, kogo nie potrafiłaby szanować i lubić. I tego samego oczekiwała od drugiej strony. Dlatego chciała go poznać.
Uśmiechnęła się nieznacznie na słowa Ulyssesa i skinęła głową. Być może myślał w podobny sposób?
- Julia. Całe moje rodzeństwo dostało zmyślne imiona mające być prztyczkiem w stronę naszej matki. Większość z nas jednak woli prostsze, drugie. W tym i ja. - Procella. Tak zwracali się do niej tylko niektórzy nauczyciele i kilka osób na sabatach, z którymi nie była w na tyle spokojnych relacjach, by móc zwrócić na to uwagę. Nie zależało jej z resztą bardzo mocno.
Dopiero po chwili z resztą jej uśmiech zmienił się w troszkę... może figlarny? Zaczepny? Kiedy wpadło jej coś do głowy, spojrzała uważnie na mężczyznę obok siebie.
- Oczywiście jest panu znany fakt, że mój brat wcale nie ma na imię Archibald? - lubiła to robić. Od czasu do czasu tylko, żeby dokuczyć bratu. Nie mogła zbyt często, oczywiście - gdyby wydała imię brata przed każdym, sekret by znikł i nie miałaby już szans go denerwować. A tak, czasami, niby to przypadkiem, w rozmowie z bliższymi mu osobami lubiła sprzedawać tę informację i czekać, aż ta mała zdrada dotrze do Archiego. Tak, choć oddała się nauce, pracy, polityce i walce, od czasu do czasu nadal lubiła te stare, dziecinne zabawy.
Pytanie o pierścionek także ją rozbawiło. Nie doszukiwała się w nim nadmiernych uszczypliwości, nie była typem osoby szukającym zwad, raczej postanowiła się przyłączyć do wizji, która chyba dla żadnego z nich nie jest w pełni wygodna.
- Może, jednak myślę, że z niańką możemy zaczekać z tydzień. Nie ma sensu oddawać się nadmiernemu pośpiechowi, takie rzeczy wszak układają się same.
Zaświergotała, dając przy okazji całkiem niezły popis naśladownictwa niejednej szlachcianeczki słodszej niż miód, uleglejszej niż trawa po której stąpali, dla której zapewne aranżowane małżeństwo byłoby idealnym przykładem na to, że wszystko układa się samo. Chyba trzeba bardzo lubić innym decydować o swoim życiu, żeby nie dostrzegać tego jednego minusu życia pomiędzy szlachcicami: musisz się poddać planom swego rodu.
Wahała się cały czas pomiędzy rozwagą i tym, czego nie powinna robić, a swobodą, jaką powinno cechować się to spotkanie. Zdecydowała się jednak nie przejmować nadmiernie. Być może to towarzystwo Weasleyów dawało jej się we znaki.
- O moją sympatię nie jest trudno, szczególnie szybko otrzymują ją osobniki charakteryzujące się czymś szczególnym. Sprytem, bystrością umysłu, wyjątkowym poczuciem humoru. Rasa, czy gatunek nie ma znaczenia, nie mam w zwyczaju oceniania pozorów. - odpowiedziała wprost, równie dwuznacznie, jak dwuznaczne było pytanie i całkowicie szczerze, bo i choć gatunek memortków bardziej jej się podobał od ogółu mew, najpewniej bardziej polubiłaby ciekawą mewę, niż typowego memortka. Na ludzi patrzyła podobnie. Odrzucając pierwsze informacje, które tak na prawdę nic nie mówią, a jedną z tych informacji była czystość krwi.
Skinęła głową. Uważała to za dobrą cechę - skłonność do przyglądania się wielu dziedzinom. Nawet, jeśli zazwyczaj wychodził z tego jedynie słomiany zapał, łatwiej było tym sposobem odnaleźć tę jedyną pasję. A przy okazji poznać wiele okolicznych dziedzin w ramach ciekawostki i kształcenia.
Skinęła głową, gdy i Ulysses postanowił odrzucić lordowanie. Nie zastanawiała się nad tym głębiej, uważając już na własne ruchy, by nie spłoszyć zwierzęcia, które zaczęło lekko wąchać jej dłoń, nim pozwoliło dotknąć pyska. Na jej twarzy przewijał się wyraz skupienia, ale także zadowolenie, jakieś ciepło, sympatia, pociąg jakiego nigdy nie potrafiła wyjaśnić. Przysunęła się powoli troszkę bardziej.
- Z czasem to coraz trudniejsze. Dorosłym mniej ufają. - powiedziała tylko, nie chcąc ignorować swojego rozmówcy, choć przez chwilę faktycznie bardziej zajęta była zwierzęciem, po którego szyi powoli i delikatnie przesunęła dłonią. Zaraz jednak powoli się wycofała widocznie zadowolona z faktu, że zwierzę nie odchodzi. - Jak wspomniałam, zależy od osobnika.
Odpowiedziała na jego pytanie. Przyglądała się jednak nadal zwierzęciu, które w charakterystyczny sposób poruszyło głową, prezentując przy tym piękny, długi róg.




She sees the mirror of herself
An image she wants to sell,
To anyone willing to buy.
He steals the image in her kiss,
From her hearts apocalypse.
Powrót do góry Go down
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler


when under ether
the mind comes alive


14
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Zagroda jednorożców   02.04.17 13:51

On do tytułów oraz grzeczności przywykł - w dzieciństwie wydawały się tak naturalne, jak powietrze. Późniejsze lata zweryfikowały to nieco i ukierunkowały na bardziej rzeczywisty tor - do którego również dostroił się zaskakująco szybko, nie pozostając w ograniczonej grupie pogardliwych arystokratów. Wybierał miejsca pomiędzy, każdą kontrowersję równoważąc jej przeciwnością, przez co nie rzucał się przesadnie w oczy i pozostawał w bezpiecznych położeniach. Pomimo świadomości, że maniery i uprzejmość są w większej części wystudiowane, lubił je - lubił szacunek i grzeczny dystans, sposób w jaki sedno słów skrywano pod powierzchownością. Przepadał za samym faktem, że słowa wypowiadane przez wysoko urodzonych były często piękniejsze niż te pospolite - co wcale nie znaczyło, że drugich nie doceniał. Wiele razy był świadkiem przewrotności losu i starał się nie negować niczego, przyjmując spokojnie wszelkie wersje świata. Tak, jak bezpośrednie zwroty - nie wadziły mu w żaden poważny sposób, lecz był zdania, że przyjdzie na nie pora, że wdadzą się w rozmowę w sposób naturalny, być może nawet bez pytania - same z siebie. W obecnej chwili wygodniejsze wydawały mu się tytuły, z prostego przyzwyczajenia wplatane w kwestie, dlatego musiał pilnować się nieco bardziej niż przy typowej lady. Wahał się, nie przepadając za odchodzeniem od przyzwyczajeń - nie miał ochoty dać się poznać, tym bardziej nie miał ochoty dać się poznać szybko, ale skoro umiał w złote środki - musiał znaleźć go i teraz. Kiwnął uprzejmie głową, odwzajemniając subtelnie uśmieszek - ledwie widocznie, bardziej zaakcentowały się zmarszczone brwi, rzucające w tęczówki cień przekory.
- Archibald? - zapytał, idealnie trafiając w zaskoczony ton. Pokręcił pojedynczo głową, jakby wyrzucając z niej myśl, zanim posłał Julii przelotne spojrzenie - Znam jedynie Fluviusa - trafiła w samo sedno - nie pamiętał, by kiedykolwiek zwrócił się do Prewetta drugim imieniem, dręcząc go nieustannie pierwszym. Robił to z prawdziwym wyczuciem i gracją, za nic mając sobie protesty i żywe reakcje czy bunty - mówił do niego po imieniu rzadko, ale potrafił wyczuć odpowiedni moment, pozostając przy tym w kompletnym niewzruszeniu. Prwettównę łączyło zaś z Ollivanderem coraz więcej drobiazgów, choć pozostawały wciąż rozrzucone na mapie, czekając na wyznaczenie dróg.
- Nie dłużej niż dwa tygodnie - jeśli odłożymy zaręczyny na przyszłe spotkanie, moja pani - zachował powagę wypowiedzi, mieszcząc ironię tylko w uniesionym kąciku ust. Sprawnie rozwiewała obawy - nie była mętna i dyrygowana batutą pochodzenia, miała poczucie humoru i dystans - równocześnie nie mógł zignorować przekory i chęci do podążania własnymi ścieżkami, nieco uderzającej swawoli - stanowiącej tak zaletę, jak i wadę. Próbował uporządkować myśli, odsunąć analizowanie i nie spoglądać na podążającą u jego boku kobietę tylko w kategorii przymusu, ale nie był w stanie - nie tak szybko. Wychwytując pojedyncze cechy z marszu poddawał je ocenie, widząc beznadziejną irracjonalność tego działania. Był obcy - ale dla siebie, co wprawiało go w większy dyskomfort, niż cała reszta. Tyle dobrze, że mógł ratować się docinkami, wyczuwając na tym polu stabilniejszy grunt. Skinął głową, po części dla uznania talentu aktorskiego, po części chcąc podjąć temat spraw, które układały się same. - W istocie. Na szczęście romantyzm razem z jego podniosłymi chwilami uchwyci nasze serca wraz z kolejnymi pierścieniami na palcach - nawet w tych zgrzebnych żartach, wyśmiewających szlacheckie zwyczaje i ich własny los, był chłodny - w tonie, w spojrzeniu i w gestach - nie sztywnych, ale bardzo zdystansowanych. Mógł wyłożyć jej własne wady w paru słowach - przynajmniej te, których był świadomy - lecz jeszcze nie teraz. - Dzieciom opowiemy wspaniałą historię. Niebywale długi włos jednorożca splótł nasze drogi, kiedy przemierzaliśmy leśne zakątki. Puścić nie zamierzał i tak już zostało. Przeznaczenie - wzruszył beztrosko ramionami, unosząc też przy okazji kpiąco brwi.
- Czyli brak preferencji, niebywałe - skomentował z gorzkim uśmiechem, ciągnąc dalej swoją wizję, dziwiąc się istotnie tej odpowiedzi - nie sądził, aby sympatia dla jakiegoś gatunku wykluczała słabość do przedstawiciela zupełnie innego, nawet przeciwnego. Nie chodziło nawet o pozory, ale o elementy charakterystyczne, jednostka wciąż była jednostką, nie sposób było rozpatrywać ją na tle grupy i zdecydowanie się z tym zgadzał. Niektóre pozory miał jednak za zbyt zakorzenione i instynktowne, aby móc je z danego osobnika wymazać.
Obserwował towarzyszkę równie uważnie, jak stworzenie, poddające się stopniowo jej dotykowi. Nie potrzebował zbyt wielu chwil, aby zauważyć, że faktycznie odnajdywała się w towarzystwie zwierząt - cała jej postawa świadczyła o tym wystarczająco dobitnie. Powiódł wzrokiem za drobnymi dłońmi, kiedy włosy jednorożca zamigotały w słońcu, błądząc między palcami. Kiwnął głową instynktownie, choć jej uwaga pochłonięta była stworzeniem, dlatego raczej nie zauważyła tego gestu, jak i lekkich zmarszczek, przecinających teraz twarz Ulyssesa, kiedy ściągnął brwi w krótkim wyrazie - oczekującym rozwinięcia.
- Więc czym ten mógłby wyróżnić się na tle reszty? - rogi jednorożców oglądał zazwyczaj oddzielone od ich ciał, zanim splatały się z drewnem w dzieło różdżkarskie. Miła odmiana, jak stwierdził, przerywając na moment, w typowy dla siebie sposób dyktując ciszy pewne napięcie, nie pozwalające na natychmiastową odpowiedź - nie skończył, choć mógł ściągnąć spojrzenie Julii. Sam przyglądał się stworzeniu, ku któremu wykonał krok, pełen premedytacji, niedługi, ale wystarczający, by zwierzę cofnęło się z lekkim prychnięciem, odciągając łeb od kobiecych dłoni - rozproszone, spłoszone, wciąż jednak pozostało względnie blisko. Błękitne tęczówki Ollivandera, wyglądające spod pół-przymkniętych powiek, powróciły do Prewettówny. - Niewiele jest w stanie zmienić ich nieufność wobec mężczyzn. Czy to wciąż pozory?




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Julia Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4231-julia-prewett https://www.morsmordre.net/t4525-poczta-julki#96302 https://www.morsmordre.net/t4523-julka-zaprasza#96300 https://www.morsmordre.net/t4798-julia-prewett
Weterynarz
25
Szlachetna
Panna
Podczłowiek i nadczłowiek są podobni w tym, że żaden z nich nie jest człowiekiem.
0
4
5
6
20
0
5/45
0
Zwierzęcousty
 https://68.media.tumblr.com/f4ac4a87cc99f24b4e90825593c2f7b0/tumblr_oldf5boKP91uhjffgo1_500.gif

PisanieTemat: Re: Zagroda jednorożców   04.04.17 22:33

Oczywiście, szlacheckie życie było ich normą,w pewien sposób splątało się z ich naturą. Wychowanie oznacza jednak jedno,z wiekiem każdy dochodzi do własnych wniosków, Julia natomiast skrywała pociąg do skrajności, być może odwagę do odbiegania ku jaskrawym ideom, tendencję do przemyśleń dotyczących świata. I niewątpliwie pewną swobodę, odrobinę być może nieszlachecką, trochę najpewniej związaną z jej rodem znanym z pewnej łagodności i wyrozumiałości w wychowywaniu dzieci.
Każde z nich miało swoje odchyły i przyzwyczajenia. Każde też dziwnie się czuło, spotykając osobę na którą pchał ich ród. Dziwne okoliczności na zawieranie znajomości, trudno znaleźć jakiekolwiek wyważenie, trudno odnaleźć się w sytuacji, dojść do wniosku ile można, lub niemożna mówić, co wypada, a co nie - bo i etykieta, choć nieraz trochę naginana także Julii nie była obca. O ile można przyznać szlachcicom jako grupie zalety, nie chciała owych cech wykreślać.
Z ulgą przyjęła więc niezbyt dosłowny, niby to lżejszy ton wypowiedzi, w którym najwidoczniej i Ollivander całkiem nieźle się odnajdywał.
- Eh, nieznoszę, gdy odbiera mi się przyjemność demaskowania go. - stwierdziła, choć w jej tonie nie dało się odczytać faktycznej złości. Uśmiechała się nieznacznie myśląc o starszym bracie i o tym, jak zabawnie denerwował się kiedy kolejne osoby odkrywały jego prawdziwe imię. A ona jako rodzona siostra trzymająca się obowiązków młodszego specjalisty do spraw utrudniania życia - pomagała im w tym chętnie i aktywnie.
- No dobrze, na pewno wiesz co robisz. - odpowiedziała, słodkim, lekko wysokim, acz grzeczniutkim tonem uległej małżonki najmądrzejszego męża świata. Nie pozwoliła sobie nawet na lekkie skrzywienie, zamiast tego uśmiech wart dwudziestu mufinek w skali cukrzycy. - Mężczyźni są tacy zaradni.
Podkreśliła, bo i było to jedno ze zdań, jakie ostatnimi czasy słyszała irytująco często. Nie kontynuowała jednak tego akurat tematu, nie zamierzając oblewać Ulyssesa swoją frustracją wywołaną kolejnymi pełnymi współczucia "na pewno ktoś jeszcze zwróci na ciebie uwagę", czy "mężczyzna się tobą zaopiekuje". Czasem zastanawiała się, czy kobiety chcą być kochane i spełnione, czy jedynie szukają opiekunek, aby płacić się w bezczynności i zależności. Nie wszystkie - rzecz jasna jest to potwornie krzywdzące dla wielu osób uogólnienie, skoro jednak kpią z ogółu, niechaj tak pozostanie. To ten ogół ją w tej chwili irytował, bo otaczał ją zbyt blisko.
- Piękne. - klasnęła w dłonie na usłyszaną historię. - Tylko przeznaczenie może spleść obce sobie dusze w tak niesamowity sposób. Czy życie nie jest romantyczne? - czując jednak, że zaczyna działać na nerwy samej sobie, pokręciła lekko głową. Wspomnienie, że nie jest romantyczką i jedyne czego chce od tej sytuacji to nie zawieźć swojej rodziny, której czuła się dłużna pewną wdzięczność i wierność nie miało większego sensu. Czy oboje nie są w podobnej sytuacji?
Spojrzała na zwierzę, które wydawało jej się wspaniałe i piękne w swojej nieufności. Było piękne, ale wbrew pozorom bardzo niebezpieczne, wcale nie tak bezbronne, jak mogłoby się wydawać, to ono decyduje, kto może się zbliżyć, a kto nie.
Odwróciła się dopiero po chwili od momentu w którym jednorożec się odsunął, a Ollivander odezwał. Zbliżyła się znów do mężczyzny, wciąż lekko utykając, choć starała się to ukryć.
- Nie wiem. Chodzi mi o to, że to jak z ludźmi. Czy z samą szlachtą. Sami przed chwilą wymieniliśmy mimowolnie kilka typowych cech, ale to nie są cechy jednostek. Każda jednostka ma w sobie coś z tej typowości, nie tylko z cech o których wspominaliśmy, ale też z innych, chociażby sposobu bycia, pewnej elegancji, nie wiem. Ale nie mogłabym powiedzieć, że lubię lub nie lubię ogółu szlachty, bo jedno byłoby moją głupotą, drugie ujmowałoby wielu osobom, które cenię. - wyjaśniła. W końcu czy ludzie nie są zwierzętami? Wszystko w obu światach działa dość podobnie. - Pewnie każdy jednorożec będzie nieufny względem mężczyzn, za to chętny do kontaktu z dziećmi i częścią kobiet. Prócz tego jednak każdy jest trochę inny.
Dokończyła pewnym, spokojnym tonem najwidoczniej przekonana co do tego, o czym mówi - choć nie oczekiwała zgody. Raczej była ciekawa, co usłyszy.
Nie zbliżała się ponownie do zwierzęcia, choć zerkała na nie często ciekawa każdego jego ruchu, czy gestu. Minęło wiele czasu, odkąd ostatni raz miała z nimi do czynienia. Teraz przypominały jej jedynie o doniesieniach o śmierci tych stworzeń w ostatnim miesiącu. Kiedy o tym myślała, czuła wciąż lekkie osłupienie. Te zwierzęta dla większości czarodziejów są symbolem czystości, dobra. O ile sama bezpodstawna przemoc wobec niewinnej istoty czy to człowiek czy zwierzę była dla niej niezrozumiała, o ile ta, wiążąca się ze specyfiką krwi tych istot... cóż. Wydawała jej się aktem szczególnym w swojej brutalności.




She sees the mirror of herself
An image she wants to sell,
To anyone willing to buy.
He steals the image in her kiss,
From her hearts apocalypse.
Powrót do góry Go down
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler


when under ether
the mind comes alive


14
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Zagroda jednorożców   08.04.17 8:48

- Wybacz. Zrekompensuję przy najbliższym, wspólnym obiedzie - dla odmiany poczuł się lekko - może przez fakt, że czasem odwiedzał Prewettów i myśl o obiedzie z nimi wydawała mu się całkiem normalną, stabilną częścią życia, znajomą częścią. Nie sposób zaprzeczyć, że teraz powinni mieć więcej okazji do jednoczesnego zaproszenia i wypadałoby zgrać terminy, zwykle rozmijające im się w kalendarzach.
Przelotne spojrzenie, na wpół rozbawione, posłał Julii na zdanie, które gdzieś między żartami godziło w jego dumę. Pozostawił je samo sobie, kręcąc głową z miną nie przeginaj, zamiast odpowiedzi. Na więcej sprzeczek małżeńskich przyjdzie jeszcze czas, w co z takim chochliczym charakterkiem nie mógłby wątpić, gdyby tylko próbował myśleć o przyszłości w podobnych kategoriach. Rowena mu świadkiem, że chciał głównie wywiązać się z rodowego obowiązku. Zaradność natomiast wolał postrzegać jako uniwersalną cechę, nie przepadając za załatwianiem wszystkiego za wszystkich. Prewettówna na nieporadną nie wyglądała.
- Aż nazbyt - krótko podsumował romantyzm życia, bo farsa wyczerpywała się sama z siebie, w kumulacji słów, zachwytów i planów na zatuszowanie standardowych procedur związanych z małżeństwem. Pewnie każde z nich potrafiło ulec romantyzmowi, ale będąc w takim położeniu, ciężko było go od nich wymagać. Ulyssesowi przez myśl przeszło tylko, że woli praktyczne podejście, choć romantyczne łatwiej usidlić, znając kilka schematów i mając przynajmniej odrobinę wyczucia.
Wysłuchał słów o ludziach, jednorożcach, zwierzętach - właściwie każdym po trochu, zaskoczony, że temat zabrnął tak daleko w takim tempie. Uprzejmie nie zauważył utykania. Otoczenie i towarzyszkę obserwował bardzo uważnie, ale nie wysilał się z tym - wychodziło naturalnie, mimowolnie. Kiwnął głową.
- Praktyczne i życiowe podejście - skomentował, jak zwykle pomijając bardzo istotną część, składającą się z własnej opinii - nie uzupełnił stwierdzenia nawet krótkim "z którym mogę się zgodzić", choć faktycznie się zgadzał, nie oceniając ludzi na podstawie ciasnych ram pochodzenia. Nie pomógł też tonem głosu, tak samo suchym, jak i wygłoszone słowa. Nie znała go zbyt dobrze, więc mogła uznać to za ironię, drobną złośliwość czy kpiący uśmieszek na podsumowanie wypowiedzi - ten jednak nie zawitał na jego twarzy. Nic z tych rzeczy, jakkolwiek sprzecznie by to nie brzmiało, nie powodowało go. Mimo tego czuł się zobowiązany do pociągnięcia tematu, rozwijając myśl dalej - postęp, zważając na to, że w typowej sytuacji zadowoliłby się zdobytymi informacjami, nie trudząc się odpowiedzią. Obecna sytuacja typowa nie była i musiał rozszerzać perspektywę. - Aczkolwiek idziemy w dwie różne strony - zauważył, a prawda była taka, że usłyszał to, co usłyszeć chciał, zadając pytanie - opinię. I chciał ją pociągnąć od mew dalej, co przyszło nawet bez większej ingerencji. Przerwał na moment, zbierając słowa, ale podjął żeby nie zrozumiała omyłkowo słów, bo przecież nie miał na myśli rozbieżności poglądów, a chwilowy dyskurs i niezgranie. - Widzisz, jednorożec nigdy nie zaskrzeczy jak mewa - ach, mógłby się w tej chwili idealnie pogrążać, gdyby dostrzegła w tym porównanie arystokratów i mugolaków, w którym ci pierwsi nie zniżą się do poziomu drugich, ale miał na myśli zgoła co innego. - Mewa nie zaśpiewa jak wilga - ach, Miriam i żółto-czarna ptaszyna na leszczynie, mianowane wczoraj dwiema strażniczkami jeża, śpiącego już na wieki. Przewodniczki jego snu. - A wilga nie zawyje jak wilk. Jedni będą oczarowani śpiewam wilgi, inni milczeniem jednorożca, a jeszcze inni, choć na ogół budzi to strach, zasłuchają się w wilczych nutach - mewy, ups, pominął. Dostrzeganie bogactwa gatunku niekoniecznie wychodziło mu w ich przypadku. - Jednorożce, z tego co mi wiadomo - nie wątpił, że posiadała większą wiedzę o stworzeniach niż on - zasiedlają głównie lasy. Jesteśmy na zupełnie innym terenie, przestrzeń jest otwarta, nasłoneczniona, zieleń zastępują pastelowe barwy, a piach utrudnia poruszanie się. Jeśli zamknąć dzikiego jednorożca w takiej zagrodzie, przenosząc do tak różnego świata, nie poczułby się pewnie zbyt dobrze. Może drażniłyby go mewy. Ale te wcale nie muszą reagować w ten sposób, może przywykły, może są tu od zawsze, może lubią mewy. Może urzekają zdolnością adaptacji, choć nikt by ich o to nie podejrzewał. A może leśny duch jest w nich zbyt silny i mimo przyzwyczajenia czują się niekompletne. Ja mogę je tylko obserwować, ty możesz je wyczuć - zakończył, przyglądając się jej przez większość wywodu, dzieląc uwagę na obserwację i dzielenie się spostrzeżeniami, wciąż bez żadnej opinii. Chyba nie czuł się gotowy na wygłaszanie ich, nie tak szybko.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Julia Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4231-julia-prewett https://www.morsmordre.net/t4525-poczta-julki#96302 https://www.morsmordre.net/t4523-julka-zaprasza#96300 https://www.morsmordre.net/t4798-julia-prewett
Weterynarz
25
Szlachetna
Panna
Podczłowiek i nadczłowiek są podobni w tym, że żaden z nich nie jest człowiekiem.
0
4
5
6
20
0
5/45
0
Zwierzęcousty
 https://68.media.tumblr.com/f4ac4a87cc99f24b4e90825593c2f7b0/tumblr_oldf5boKP91uhjffgo1_500.gif

PisanieTemat: Re: Zagroda jednorożców   13.04.17 3:12

Tak, wcześniejsze relacje Ulyssesa z jej rodziną trochę ułatwiały. Nie był kimś całkowicie obcym i nie był byle kim, kto tylko szukał młodej (wmawiaj to sobie, Prewett...) szlachcianki. Był przyjacielem jej brata, a to już o czymś musiało świadczyć. Ufała Archiemu, czasem może był całkowicie niepoprawny, jednak ufała temu w jaki sposób dobierał ludzi którymi się otaczał. Nie sądziła, aby powinna obawiać się Ollivandera teraz, czy w przeszłości.
A jednak nie mogła nie obawiać się, kiedy wiedziała do czego to wszystko dąży. Nie naturalnym trybem, bo i na tym zapewne żadne z nich się nie znało, skoro oboje do dziś pozostawali bez małżeństwa.
Skinęła jednak głową na wspomnienie o obiedzie.
- To będzie wspaniała zasadzka. - wspólne dręczenie jej brata brzmiało jak dobry plan. Ucieczka od rozmów w których bała się zgubić, za to oddanie się czemuś, co wydawało jej się naturalne.
Nie umknęło jej spojrzenie Ollivandera, na które odpowiedziała odrobinę wyzywającą miną, w głowie szykując już zaczepkę, nie pozwalając sobie jednak na wypowiedzenie jej. Zmęczył ją ton tej wypowiedzi, a bardzo nie lubiła żartów wymęczonych nawet, kiedy w głowe układały jej się dalsze części. Nic więc nie dodała do jego podsumowania, pozostawiając tę krótką zabawę za nimi, wyciągając z niej jednak więcej wniosków, niż zapewne miałaby z poważnej rozmowy. Lubiła w ten sposób poznawać ludzi. Kiedy stawali się odrobinę bardziej swobodni, mówili o sobie nieświadomie znacznie więcej, niż kiedy chcieliby opowiadać o sobie wprost.
Chwilami jednak gubiła się w rozmowie z Ollivanderem, który - czego nie było trudno zauważyć - nie lubił mówić zbyt wiele, czasem swoją wypowiedź zamykając w lakonicznym potwierdzeniu. Nie wiedząc, jak ma odczytać jego ton poczuła się jakby lekko wybita. Zamilkła, nie zamierzając odzywać się jako pierwsza, nie chcąc też okazać swojego wahania, nie chcąc nieuprzejmie odpowiedzieć na złośliwość, która mogła być odczytana fałszywie, lub pleść jak naiwna panienka w odpowiedzi na faktyczną nieuprzejmość. Szczególnie w dziedzinie, która była jej sercu bardzo bliska, zwłaszcza ostatnimi czasy.
Sytuacja jednak dość szybko się rozwiązała, bo i mężczyzna czy to pod wpływem jej milczenia, czy z własnej chęci, postanowił pociągnąć trochę temat.
Wracając do tematu zwierząt, uśmiechnęła się nieznacznie dostrzegając, że się zagalopowała. Zdarzało jej się to równie często, jak porzucanie niedokończonych wątków, jeśli po drodze coś odciągnęło jej myśli, zainteresowało ją bardziej.
- Być może trochę uciekłam od właściwego pytania właśnie dlatego, że nie w pełni ono do mnie trafia. Urzekają mnie wilcze pieśni jak mało co, jednak urzekają na swój niesamowity sposób. Nie porównałabym ich do obserwowania jednorożców, które także mają w sobie coś niesamowitego. I oba te stworzenia są zbyt różne od mew. - specjalnie wróciła do tematu pominiętego ptactwa, a jej twarz znów rozjaśnił łagodny uśmiech. - Które nie mają w sobie majestatu poprzednich istot, jednak urzekają swoim charakterem. Nie byłabym w stanie wymienić choćby grup zwierząt szczególnie mi bliskich.
Dodała, wzrok nadal kierując na zwierzę, które było już odrobinę dalej.
- Jeśli chodzi o jednorożce, to prawda, te wychowały się w większości tutaj. Oczywiście nie wyłącznie w zagrodzie. - uśmiechnęła się łagodnie, kręcąc głową na ciągłe wspomnienia hałaśliwego ptactwa. Bawiło ją to. - Na mewy zazwyczaj nie reagują wrogo, a osobiście doglądam ich zdrowia od czasu do czasu.
Zauważyła już, że Ollivander niechętnie mówi o sobie wprost, co nie było szczególnie dziwne, wydawało się wręcz naturalne - jednak dość dyskretnie pomijał także część jej pytań. Nie komentowała tego jednak i nie naciskała, nie chcąc być zbyt nachalna w kontakcie z jednak obcą osobą.
- Najwidoczniej więc potrafią dostosować się do otoczenia.




She sees the mirror of herself
An image she wants to sell,
To anyone willing to buy.
He steals the image in her kiss,
From her hearts apocalypse.
Powrót do góry Go down
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler


when under ether
the mind comes alive


14
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Zagroda jednorożców   17.04.17 17:04

Nie wątpił, że Prewettowie zatroszczą się niedługo o takie zbiorowe spotkanie i wspólny obiad - skoro pojawiały się okoliczności sprzyjające, nie sądził, by Lorraine potrafiła je zignorować. Myśl, że potrafi sobie wyobrazić podobnie spędzony czas wydała mu się najbardziej oswojoną z całego czasu, który spędził teraz z Julią - niezbyt długiego, swoja drogą.
- Może dla odmiany zmylę go inną strategią - uznał, zastanawiając się chwilę, jak zmienić schemat, by nie było zbyt nudno - nawet jeśli na ogół starał się wybierać na prowokacje momenty nieoczywiste i zetknąć Prewetta z pewną nieprzewidywalnością.
Na wyzywająca minę nie ukazał nic poza lekko wcześniej sprowokowanym rozbawieniem, kiedy odwrócił wymownie wzrok, a brwi uniosła się na dwie sekundy, jakby chciał przewrócić oczami - tego nie zrobił, wracając do przeciętnej mimiki, jakby nic nie miało miejsca. Brak rzeczywistej odpowiedzi i jego powstrzymał przed ciągnięciem tej wątpliwej kwestii, ale wydawało mu się, że powróci w przyszłości, nawet w zmienionej formie. Na teraz wystarczyło mu wygłuszenie tematu i przejście do innego.
Lubił wybijać i zmieniać kierunku rozmów, sprawdzając tym samym granice rozmówców i subtelnie celując w ich słabości, chcąc odnaleźć je w plątaninie nieznanych jeszcze cech. Na jedną zaczepkę albo zwykłe pytanie każdy potrafił zareagować w zupełnie innym tonie, jedni obracali w żart, drudzy przejmowali sarkazm, kolejni mogli poczuć się urażeni albo obrazić na śmierć i życie. Brak reakcji stanowił już odpowiedź samą w sobie, dlatego odpuścił i zajął się czym innym. Nie przerywał, gdy odpowiadała na jego wcześniejszy potok słów - takie nie zdarzały się często i zazwyczaj nie zwiastowały rychłych powtórek, ale zdołał pokazać się również i od tej strony, gdy trafili w ciekawy temat. Poczekał do ostatniego stwierdzenia, mieszcząc się znów w krótszych formach, bez niepotrzebnego rozgadywania, skoro już podjął to, co zaprzątało mu głowę i w czym tak się rozminęli.
- Tego właśnie się po nich nie spodziewałem - przyznał, wyobrażając sobie jednorożce jako byty zbyt indywidualne, aby mogły posiadać cechy przystosowawcze. Pominął jednak najważniejszą część - że nie rozgraniczała zwierząt na ulubieńców - on sam miał gatunki, które lubił bardziej - tak samo było z drzewami. Choć pracował z każdym, które chciało się poddać współpracy, posiadał kilka ulubionych. W tych rzeźbiło się przyjemniej, a równocześnie nie znaczyło to, że inne stanowiły źródło niewdzięcznej roboty.
- Szkoda. W ulubieńcach często odbija się wiele cech - stwierdził, kolejny raz chłodno i beznamiętnie - wraz z przejściem do odpowiednich zwrotów decydowali się na autentyczność, a w tej nie pilnował aż tak ciepła swojego głosu, gdy nie czuł potrzeby na uprzejmości. Chwilowe milczenie także nie sprawiało mu problemu - nawet gdyby było w jakikolwiek sposób niezręczne, nie wyglądał na przejętego takim stanem rzeczy. Obdarzył Julię spojrzeniem, oferując jej znów ramię.
- Pozwól, że cię odprowadzę - znalazł kompromis w tonie, układającym się w neutralny - bez przesadnej uprzejmości i bez przejmującego chłodu. Spotkanie nie było długie, ale sądził, że obydwoje chcą mieć za sobą rozdział tego pierwszego.

/ztx2




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Elise Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6043-elise-nott https://www.morsmordre.net/t6157-poczta-elise https://www.morsmordre.net/t6156-panienka-nott https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6158-elise-nott
Dama
18
Szlachetna
Panna
...
12
13
0
0
5
0
10
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Zagroda jednorożców   17.06.18 13:40

| z łąki

Elise chciała lśnić. To był jej pierwszy festiwal po ukończeniu szkoły, więc zależało jej na tym, by się pokazać z jak najlepszej strony. Jak pewnie większość panien o podobnych priorytetach życiowych marzyła o tym, by jej wianek olśnił wszystkich i został wyłowiony przez przystojnego młodziana z dobrego rodu. To pragnienie przybrało na sile, kiedy dowiedziała się, że Marine kilka dni temu się zaręczyła. Choć cieszyło ją szczęście kuzynki, czuła też zazdrość. Kiedy kończyły Hogwart, czasem zastanawiała się, kiedy zostaną zaręczone i która będzie tą pierwszą, która pochwali się pięknym pierścionkiem. Marine miała wyjątkowe szczęście, wypatrzono ją bardzo szybko, i nic dziwnego – była piękną, idealną damą i niedawno zadebiutowała w rodowej operze. Elise już zawsze będzie druga, i nie wiadomo ile jeszcze będzie się zastanawiać, komu zostanie oddana. Musiała ufać rodzicom, że nie oddadzą jej byle komu.
Wyrwała się do przodu, chcąc znaleźć najpiękniejsze kwiaty zanim zbiorą je inne dziewczęta. Chciała za wszelką cenę zgubić te, które poszły za nią, bo to ona musiała mieć najlepszy wianek. Nie chciała rzucić na wodę czegoś brzydkiego i przeciętnego, bo wtedy nikt wartościowy nie zwróciłby nawet uwagi. I Marine cieszyłaby się swoim narzeczonym, a ona musiałaby samotnie się temu przyglądać.
Niestety nadal nie napotykała kwiatów, a jej zachłanność i upór okazały się zgubne i bardzo nieszczęśliwe w skutkach. Skupiona na szukaniu kwiatów Elise nie zauważyła uskoku w ziemi. Potknęła się i straciła równowagę, tocząc się po lekkim zboczu w dół i boleśnie obijając delikatne ciało. Zakręciło jej się w głowie, czuła mdłości, ale nie potrafiła się zatrzymać, choć próbowała czepiać się dłońmi kęp traw, by powstrzymać dalszy upadek. Niestety stoczyła się na sam dół, co okazało się zgubne w skutkach zwłaszcza dla jej kreacji, która była brudna od ziemi i trawy i w kilku miejscach rozdarta. Brudne były też jej ręce i twarz, na policzku zaczynał wykwitać siniak, dłonie nosiły na sobie ślady zadrapań, a jej uczesanie zostało zupełnie zniszczone i włosy w nieładzie wisiały wokół twarzy. Była obolała, ale szczęście w nieszczęściu, chyba nic sobie nie złamała. Ostrożnie usiadła, wciąż czując zawroty głowy. Musiała przelecieć po zboczu dobrych kilkanaście metrów. Rozejrzała się dookoła, kilka metrów dalej dostrzegając jakiś dziwny, stary materiał i małą sakiewkę. Nie wiedziała, co w niej jest, ale podniosła ją, po chwili zdając sobie sprawę, że wszystko, co leżało przed nią na ziemi, były elementami czarodziejskiego ubioru... wśród których spoczywały najprawdziwsze ludzkie kości.
Elise wrzasnęła z przerażenia tak makabrycznym widokiem. Kości, prawdziwe ludzkie kości na terenie festiwalu! Zapewne należały do nieszczęśnika który spadł z tej skarpy tak jak teraz ona. To skandal, że Prewettowie w ogóle do tego dopuścili. Bo co, jeśli ona też by tak skończyła i jej ciało latami by tu leżało, rozkładając się na ściółce, nieznalezione przez nikogo? Ta wizja była tak makabryczna, że Elise natychmiast rzuciła się do biegu, uciekając jak najdalej od martwego ciała. Nie chciała tak skończyć, nie mogła tak skończyć! Zanosząc się płaczem jakoś znalazła drogę z powrotem na górę, dopiero tam zdając sobie sprawę, że nadal ma przy sobie znalezioną sakiewkę z nieznaną jej zawartością, ale postanowiła ją zachować; później może spytać kogoś z rodziny, co to w ogóle jest, potrzebowała zresztą jakiegoś dowodu tego makabrycznego znaleziska. Jej rodzice na pewno będą wściekli, że ich córka została tak pokrzywdzona na festiwalu Prewettów.
Nie mogła w tym stanie iść na wybrzeże, bo natychmiast przyciągnęłaby negatywną uwagę i śmiechy innych panien. To absolutnie nie wchodziło w grę; w tym roku najwyraźniej nie było jej dane zrobić swój wianek, później co najwyżej będzie mogła wysłuchać relacji Marine i Lei, chwalących się tym, kto wyłowił ich wianki. Nie planowała do nich dołączyć; zamierzała przeczekać w lesie i potem dyskretnie go opuścić, i znaleźć kogoś zaufanego, kto pomoże jej doprowadzić się do porządku. Niestety nie miała narzeczonego ani nawet brata, który mógłby ją bohatersko odnaleźć i uratować. W końcu znalazła jakiś strumyk i obmyła w nim twarz i ręce, usuwając ze skóry brud, a potem przysiadła na kamieniu, próbując ocenić szkody w swojej kreacji. Wiedziała, że nie jest bardzo daleko od wybrzeża, zza drzew słyszała dobiegające dźwięki rozmów; prawdopodobnie wyszła niedaleko zagrody jednorożców, choć z tego miejsca nie widziała jej, podobnie jak ludzi. Nie chciała tam iść i zostać zauważona. Nie, kiedy wyglądała w taki sposób, a należała do panien, dla których zniszczona sukienka to prawdziwa tragedia – zwłaszcza, gdy ktoś może ją tak zobaczyć.


Powrót do góry Go down
 

Zagroda jednorożców

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

 Similar topics

-
» Zagroda jednorożców
» Polana jednorożców
» Zagroda Magicznych Zwierząt
» Amalthea

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset, Weymouth-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18