Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Humorzasta polana, Walia
AutorWiadomość
Humorzasta polana, Walia [odnośnik]08.04.16 21:47
First topic message reminder :

Humorzasta polana

Niedaleko Cardiff mieści się legendarna polana, o której niechętnie mówią mieszkańcy. Najpewniej chcą ją zachować z dala od turystów, nieuważających na delikatne kwiaty. Polana nie znajduje się na żadnej mapie, więc nie mają do niej dostępu mugole, dodatkowo chroniona jest zaklęciami. Najczęściej mieszkańcy przychodzą tu, aby zmierzyć się ze swoimi emocjami, bowiem polana posiada pewien sekret; pogoda panująca na jej obszarze dostosowuje się pod humor odwiedzających. Jednak nie mówi się o tym otwarcie, a każdy kto jeszcze tutaj nie był, odkrywa burzę czy upalne słońce na swojej skórze po raz pierwszy. Zazwyczaj dopiero po chwili łączy zjawiska pogodowe ze swoim humorem. Jeśli przyjdziesz tu szczęśliwy, kwiaty będą otulone przyjemnym słońcem, a twoje włosy będą tańczyć z wiatrem. Zobaczysz najpiękniejsze kolory nieba, a zapach wiosenno - letniej łąki będzie pieścił twoje zmysły. Jednak jeśli gniew tobą kieruje, polana zrobi wszystko, aby cię zniechęcić do przebywania na jej terenie. Grzmoty nie pozwolą ci skupić żadnych myśli, a deszcz tworzący się tylko wokół twojej osoby, zmoczy cię doszczętnie. Depresja objawia się tutaj ponurym, zniechęcającym, późnojesiennym krajobrazem, często z opadami deszczu. Musisz uważać na swój humor, ponieważ każda gwałtowna zmiana negatywnie wpływa na rosnącą tu florę.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Humorzasta polana, Walia - Page 11 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Humorzasta polana, Walia [odnośnik]11.09.21 22:55
Chciał być zły, ale nie potrafił.
Burzowy wiatr, który targał trawą nagle osłabł, choć nadal był zimny i nadal mokry był od deszczu. Silas przyglądał się postaci naprzeciwko ze ściągniętymi w konsternacji brwiami i obraz zaczął powoli się wyostrzać. To tylko młody chłopak. Młody chłopak ze zmarzniętymi policzkami i drżącą ręką, być może zbyt porywczy i nieco nierozsądny, ale nadal - tylko chłopak. Celował w niego różdżką, ale nie zdołałby go zabić, a słowa, które z siebie wyrzucał wybrzmiewały strachem i paranoją. Silas rozumiał to zbyt dobrze i na moment po prostu zamarł tak w bezruchu. Kiedy po Hogwarcie wylądował na ulicach Londynu, wszystko zadawało się być śmiertelne - cienie gotowe do skoku i ludzie gotowi do pożarcia go w całości. A teraz, kiedy wojna pozbawiała ich choćby najmniejszej nadziei na dobro, ten strach miał prawo być silniejszy niż kiedykolwiek.
Chłopak się bał, a Silas - choć zirytowany tym zabieraniem mu cennego czasu i niszczeniem jego pracy - nie miał zamiaru bawić się jego kosztem.
- Uspokój się - syknął w końcu twardo, nie będąc pewnym czy głos przedrze się przez wiatr. Nie zdążył jednak się upwenić, bo już unosił kapitulująco ręce (ostatnio robił to stanowczo za często) i robił kilka kroków w stronę swojego przeciwnika, który upadł potykając się o jego obraz. Jeden z gorszych, choć i lepszych, które wyszły spod jego pędzla. Technicznie świetny, przerażający jednak w każdym calu zamalowanego ciemnymi barwami płótna. Gdzieś z tyłu głowy dochodził do niego głośny jęk - gniew i zrezygnowanie. Przeciskanie się do Walii na nic, na nic te godziny pracy, okropne listy, koszmary przychodzące do niego nocami, na nic strach przed szeroko uśmiechniętym klientem, który czekał na niego gdzieś w swoim bezpiecznym domu. A jednak zaraz potem przyszła ulga. Nadal przyglądał się chłopakowi, który teraz w panice odsuwał się od zniszczonego obrazu. Płótno było rozdarte akurat w tym miejscu, gdzie stało opisane przez klienta płonące drzewo. Klon, to chyba był klon.
- To tylko obraz - odparł więc, ale nie skupił na zniszczonym dziele uwagi dłużej niż te kilka sekund, wystarczających na ocenienie szkód. Mógłby naprawić je zaklęciem, ale nie chciał. Poza tym, zawsze uważał, iż sztuka nie mogła być stworzona różdżką. Samogrające instrumenty brzmiały mechanicznie i płytko przy tych, na których grały ludzkie ręce. Obraz nie mógł zostać tak po prostu uzupełniony jednym zaklęciem, na pewno nie ten. W dziełach Silasa zamknięte były szczątki jego duszy, całe litry jego lęku, masa nieprzespanych nocy. - Głupi obraz. - Poczuł krótki, ostry dreszcz, kiedy kopnięciem odsuwał płótno na bok. Te kawałki jego, które zostały uwiezione w zniszczonym przed chwilą zamówieniu zdołały się uwolnić. Wrócą do niego z czasem. Z odrobiną szczęścia klient pomyśli, że umarł z głodu lub pożarła go wojna.
W milczeniu przykucnął przy chłopaku, który wcisnął się plecami w pień drzewa. Słyszał jego szybki oddech i przeszła go fala wyrzutów sumienia. Kiedy jego obecność wywoływała niepokój w ciemnych ulicach zniszczonego Londynu, fakt ten wydawał mu się naturalny. Dzięki temu się bronił, pokazywał zęby w nadziei, że nikt go nie zaatakuje. Tutaj jednak był tylko intruzem.
- Poobijałeś się - stwierdził, łapiąc podbródek chłopaka w palce, by przechylić lekko jego głowę i przyjrzeć się domniemanym ranom. Krwi jednak nie było, nie było siniaków, drzewo okazało się wyjątkowo pomocne. Jedynie kilka zadrapań. - Gdyby to była faktycznie moja sprawka, na pewno postarałbym się, żeby oberwało ci się nieco mocniej - dodał i choć głos brzmiał ostro i poważnie, na twarzy pojawił się lekki uśmiech.




the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: Humorzasta polana, Walia [odnośnik]12.09.21 13:10
Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele może mieć wspólnego z człowiekiem na drugim końcu polany. Być może wiedza ta pozwoliłaby Fleaomontowi czuć się nieco pewniej w jego towarzystwie, lecz niestety, żaden z nich nie miał wyrytych na czole intencji. Młody Potter nie miał pojęcia również o magicznych właściwościach polany, na której się znaleźli; świadomość, że pogoda zależy od uczuć osób przebywających na niej, mogłaby stanowić sporą podpowiedź co do stanu emocjonalnego nieznajomego. I przy okazji swojego własnego.
Ale jego horyzonty — mimo stosu przeczytanych książek — były jeszcze bardzo wąziutkie, charakterystyczne dla nastoletnich lat, a prawdziwa mądrość miała nadejść dopiero z wiekiem. Starszy i bardziej doświadczony zauważałby więcej rzeczy, niż trzepotanie skrzydeł złotego znicza.
Silas miał racje — Monty był tylko przestraszonym chłopakiem, kilka miesięcy temu jeszcze chłopcem, którego miejsce było wśród ciepłych murów szkockiego zamku, nie pośrodku walijskich lasów w mroźne styczniowe popołudnie, gdy słońce chyliło się ku zachodowi. Nie było wcale tak późno, lecz zimą zmrok zapadał bardzo szybko, a on, na szczęście, przyzwyczajony był do latania po ciemku. Ale jak drogę do domu odnajdzie ten... człowiek? W tym całym zamieszaniu zapomniał Fleamont o umiejętności teleportacji; pierwsze do głowy zawsze przychodziło to, co znane, a on nie miał okazji nauczyć się tej umiejętności w Hogwarcie. Nie zdążył.
Uspokój się.
Było coś w sposobie, w jaki wydał polecenie, coś groźnego, a jednocześnie kojącego, budzącego zarówno autorytet, jak i poczucie więzi. Mieszanka dziwacznych i niepasujących do siebie odczuć sprawiła, że Monty zaczął słuchać; bursztynowe oczy nie płonęły wrogością, oddech zaczął się uspokajać, a palce trzymające w rękach różdżkę rozluźniły się, wypuszczając gałązkę czarnego bzu. Podchodził do niego z uniesionymi dłońmi, co znaczyło, że nie chciał go skrzywdzić, prawda? Honor zakazywał atakowania bezbronnego, naiwność wymuszała wiarę, że obcy rzeczywiście miał wobec niego dobre zamiary.
Głupi obraz.
Ale... ale to był twój obraz — odparł nieco łagodniej, opuszczając wzrok z poczuciem winy. Nie chciał, żeby widział jak bardzo mu wstyd przez to, jak potoczyła się sytuacja, choć drżenie głosu było wystarczającą manifestacją jego emocji. — Przepraszam, że w niego wleciałem. Da się go jakoś naprawić? — zapytał pełen nadziei. Obraz, chociaż straszny i przywodzący na myśl najgorsze koszmary, kosztował kogoś (nie wiedział wszak, że ma przed sobą samego autora) dużo trudu. Błąkania się przez mroczne zakamarki umysłu, który był w stanie wykreować tak chore wizje.
Zadrżał, gdy nieznana mu dłoń złapała go za podbródek.
Nie szkodzi — pokręciłby głową, ale uścisk mężczyzny był zbyt mocny. Nie chciał zresztą mu się wyrywać; smukłe palce przyjemnie ogrzewały obolałą po locie skórę. Gryfoński szalik wokół jego szyi nieco chronił jego twarz, ale nie był w stanie zapewnić mu tyle ciepła, co smukłe palce. Nie przejmował się obrażeniami, które odniósł po drodze; potrafił je leczyć, a jeżeli nie on, to starsza siostra na pewno coś zaradzi. — Obiecujesz? — odwdzięczył się uśmiechem, przyglądając się twarzy czarodzieja. Wyglądało na to, że kryzys został zażegnany i Monty już nie widział w nim zagrożenia.
Jesteś szlachcicem? Masz ładną twarz, jak z marmurowego posągu, taką surową i dumną, nawet jak się uśmiechasz. Nie jesteś szlachcicem, prawda? Ale z łatwością mógłbyś nim być.
Fleamont Potter
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 17
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Rozpacz? Więc za przykładem trzeba iść skorpiona, co się zabija, kiedy otoczą go żarem?
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10421-fleamont-potter#318973 https://www.morsmordre.net/t10539-daphne#319483 https://www.morsmordre.net/t10524-lwiatko-z-doliny#318980 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10523-skrytka-nr-2280-szuflada#318975 https://www.morsmordre.net/t10522-fleamont-potter#318972
Re: Humorzasta polana, Walia [odnośnik]12.09.21 23:17
Twój obraz.
Słaby głos chłopaka zadudnił w uszach i kolejna fala zimnego dreszczu rozlała się wzdłuż kręgosłupa. Słowa przyprawiły Silasa o lekkie skrzywienie na bladej twarzy. Nie był jego tak naprawdę, ten obraz, nigdy nie miał prawa być. Był nim ale nie był jego. Do niego należały tamte przymglone portrety i jasne krajobrazy, olejne ćmy na nocnym niebie - to co miało prawo być piękne zanim dotknęło go nieszczęście, samotność i ciężka żałoba. Stał pośrodku Polany, marząc, iż kiedyś będzie mógł zobaczyć ją słoneczną i kwitnącą, taką właśnie ją później namalować. Ale nic - nadal tylko te wykręcane potwory bez twarzy. Pewnego dnia - pragnął wierzyć - zostanie malarzem snów, nie koszmarów.
- Cóż, to nie było moje najlepsze dzieło - rzucił więc szybko, nie zaszczycając zniszczonego płótna nawet jednym spojrzeniem. Przepadło, wolał zapomnieć. Pokręcił nieznacznie głową na propozycję, a twarz wciąż łagodniała, zmiękczając rysy. - Lepiej go nie dotykaj. Moje obrazy bywają wredne dla nieznajomych - mówiąc to, mrugnął do niego porozumiewawczo, choć nie było w jego słowach choćby grama żaru. Nie wątpił, iż jego malowane koszmary mogły już jednym spojrzeniem przyprawiać niektóre osoby o panikę i wiele nieprzespanych nocy. Szczególnie kogoś takiego. Chłopak miał duże, ufne oczy szczeniaka, a do takich właśnie lęki przyczepialy się najchętniej. Silas doskonale zdawał sobie z tego sprawę, w podobne sposób przylgnęły również do niego. Nie chciał być odpowiedzialny za natłok czarnych myśli w tej głowie, która i tak wydawała się być ich pełna. Bo choć były na tym świecie osoby, na które czekały jedynie płomienie z jego obrazów, kilka sekund wystarczyło, by Silas upewnił się, iż nie stoi przed jedną z nich. Zbyt drżąca ręka, zbyt ciepłe oczy - sam by je zasłonił, byle tylko nie patrzyły.
Zdziwił się, gdy złapany w palce podbródek nie stawiał oporu. Nie puszczał jednak, nadal sumiennie kontynuując oględziny. Chyba tylko głupie szczęście uratowało chłopaka przed złamaniem nogi lub karku. Silas nie miał pojęcia o magii leczniczej, jego zainteresowaniom bliżej było do śmierci niźli życia, a jednak puścił jego brodę i palcami dotknął policzka. Przesunął kciukiem po płytkim zadrapaniu, pamiątce po zmiękczającej wypadek gałęzi. Zaczerwieniona skóra wydawała się ciepła w porównaniu do otaczającego ich mrozu, rana była jednak prawie niewidoczna.
- Obiecuję - odparł krótko na rzucone w niego pytanie. Zdając sobie sprawę, iż dłoń pozostaje na policzku kilka sekund za długo, szybko złapał w palce szalik chłopaka i owinął go nim mocniej. Barwy na nim wywoływały miły ucisk w żołądku i Silas złapał się na tym, że nadal się uśmiecha. - Zostawiłem swój w pociągu ze Szkocji kilka lat temu - powiedział nagle, głos miał ściszony i nie wiedział sam, dlaczego o tym opowiada. Zapomniał o gryfońskim szaliku dawno temu, a ten zniknął nim Silas zdołał odnaleźć się na ulicach Londynu. Głupi, mały symbol dzieciństwa i domu, zgubiony w drodze do piekła. - Czemu tak patrzysz? Nadal nie wierzysz, że nie jestem czarnoksiężnikiem? - Wbił pewny, twardy wzrok w jego oczy. Z daleka mógł przypominać nawet arystokratę, z bliska jednak widać było cienie pod oczami, brzydką bliznę przy uchu i przerwę między zębami. Wszystkie cechy, które nosiły zmory z ciemnych ulic, nie książęta. Do tego bliżej było chyba jego towarzyszowi.




the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: Humorzasta polana, Walia [odnośnik]13.09.21 22:31
To nie było moje najlepsze dzieło.
Zacisnął mocno szczękę, nieprzyjemnie zgrzytając przy tym zębami. Świadomość, że nieumyślnie zniszczył czyjąś rzecz, była jak cios w brzuch. Fakt, iż owa rzecz nie była tylko rzeczą, a stanowiła dzieło, owoc pracy, długie godziny i setki, jak nie tysiące pociągnięć pędzlem odbierał mu dech w piersiach. Nie znał się na malarstwie, jednakże również i spod jego dłoni wychodziły groteskowe pejzaże, zawiłe światy, osobliwi bohaterowie — jedyną różnicą stanowiła forma przekazu. Nieznajomy przelewał wizje na płótno, Fleamont zaś na pergamin. Wiedział zatem, że każdy twór, nawet ten, który nie zasługuje na miano najlepszego, który miał zostać skazany na wieczne zapomnienie na dnie szuflady, był cząstką duszy. Lustrzanym odbiciem stanu emocjonalnego towarzyszącego kreacji.
Do oczu napłynęły gorące łzy, których natychmiast pozbył się szybkimi mrugnięciami powiek. Szkoda, że poczucie zniszczenia kawałka innej duszy nie przechodziło z podobną łatwością. Będzie jeszcze mu długo towarzyszyć, tego był pewien.
To nic złego, że bronią się przed obcymi, jak... jak... — zawahał się, szukając w głowie odpowiedniego porównania dla płócien nieznajomego, mimo, że widział tylko jedno, w dodatku przelotnie. — ...jak róże swoimi kolcami. — stwierdził pełen młodzieńczej ufności i życiowej nieporadności. Dla Fleamonta wszystko jeszcze było monochromatyczne, nieprawne oczy dopiero zaczynały zauważać wszędobylską szarość, choć zakorzeniona w nim infantylność starała się wmówić mu, że to jedynie gra światła i cieni. Nie rozumiał, jak można być dobrym i robić złe rzeczy. Nie pojmował, dlaczego ktoś zły jest skłonny do aktów dobroci. Cytaty niezliczonych autorów, które ojciec Rosemary podkreślał czarnym tuszem w pożyczanych mu książkach, stanowiły dla niego jedynie puste frazy. Jeszcze nie były w stanie dotrzeć do jego serca, bo nie przyszło mu stanąć na prawdziwym rozdrożu.
Wypuścił powietrze, gdy mężczyzna zainteresował się jego szalikiem; dopiero wówczas zdał sobie sprawę z tego, że przez cały czas, gdy dotykał jego policzka, wstrzymywał oddech. Kiedy jego dłoń odsunęła się od jego skóry, poczuł dziwny chłód i pustkę. Chciał zaprotestować, poprosić, aby jej nie zabierał, lecz nie potrafił zdobyć się na odwagę. Zamiast tego zaczął przykładać większą wagę do słów malarza. — Też byłeś w Gryffindorze? — zapytał z niekrytą ekscytacją, która objawiała się w uśmiechu oraz blasku w oczach. Gryfon. Przyjaciel. Bezpieczeństwo. Na moment spuścił wzrok zakłopotany jego pytaniem i pokręcił przecząco głową. Być może przyglądał mu się zbyt natarczywie, bezwstydnie, ale nie miał niczego złego na myśli. Nawet to, co nieznajomy uważał za mankamenty swej urody u Fleamonta stanowiło cechy czyniące Jego Nim.
Szybkim ruchem zdjął szalik — najwyraźniej miał dziś dzień niszczenia pracy byłego Gryfona — który następnie zarzucił na ramiona swojego towarzysza i zakręcił go niezdarnie wokół jego szyi. — Mam w domu drugi. Dostałem go, kiedy zgubiłem pierwszy, a później znalazłem ten zagubiony — wyjaśnił, zanim czarodziej odważyłby się zaprotestować. Średnio wierzył w przeznaczenie, teraz jednak zaczął wierzyć, że nic nie działo się bez przyczyny. Promyk słońca przebił się przez gęste chmury, tworząc świetlistą poświatę wokół włosów Pottera, nagie gałęzie nad nimi zazieleniły się od małych pączków, a pod nimi zakwitły stokrotki. — Jestem Monty.... Fleamonty... To znaczy, Fleamont — wyciągnął dłoń na powitanie, nie przestając się uśmiechać.
A polana okryła się wiosną.
Fleamont Potter
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 17
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Rozpacz? Więc za przykładem trzeba iść skorpiona, co się zabija, kiedy otoczą go żarem?
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10421-fleamont-potter#318973 https://www.morsmordre.net/t10539-daphne#319483 https://www.morsmordre.net/t10524-lwiatko-z-doliny#318980 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10523-skrytka-nr-2280-szuflada#318975 https://www.morsmordre.net/t10522-fleamont-potter#318972
Re: Humorzasta polana, Walia [odnośnik]17.09.21 19:46
Od zawsze był przekonany, iż duszy zniszczyć się nie da - można ją stłumić, uwięzić ją można lub ukraść, ale nie zniszczyć. Każdy jej kawałek przyklejony do jego obrazów olejnymi farbami, zostawał tam na zawsze - trząsł się i rwał, ale gdy Silas ciął w złości płótno nożem, nie znikał. Nie rozkruszał się. Był i cierpiał dalej, kolejny raz powracał do jego piersi, choć wyszczerbiony i zakurzony, a on za każdym razem krzywił się z bólu, przeklinając się w duchu za to, ze w ogóle pozwalał sobie mieć serce. Mieć go tak dużo i pozwalać mu odciskać się na swoich obrazach.
Żałował tego znowu, kiedy obrzucał chłopaka spojrzeniem bardziej miękkim niż powinien. Wydawał się być poruszony i Silas złapał się na tym, iż głupio mu, ze ktokolwiek musi czuć cokolwiek zgniatając pracę jego rąk. Nie była wcale tak ważna, choć tyle razy odgrażał się, iż odciąłby palce każdemu, kto zechciałby ja zniszczyć lub ukraść. Teraz nie miało to dużego znaczenia, obraz jak i jego zleceniodawca był niepotrzebny, a gdy rozdarte płótno leżało na mokrej trawie, świat wydawał się jakiś czystszy.
Nienawidził malować ognia.
- Nie bronią się, atakują - poprawił go stanowczo, choć w kącikach ust błąkał się uśmiech. Ten obraz był wyjątkowo jadowity. Od kiedy zaczął eksperymentować z magią w sztuce, często czuł, iż nie umie jej kontrolować. Czasem nie dostrzegał jej w ogóle, czasem wdział jak przelewa się poza ramy i plami podłogę. Nie chciał, by krzywdziła, ale emocje potrafiły być śmiertelnie wręcz zaskakujące.
Róże i kolce, takie proste porównanie, infantylne wręcz, ale urocze w swojej prostocie. Zaśmiał się krótko i spojrzał chłopakowi w oczy z rozbawieniem, jakby chciał spytać ile zna kwiatów, które atakują. Natura nie byłą w końcu zła sama z siebie.
- Jak ludzie swoimi słowami - dodał więc. I swoja bronią.
Musiał roześmiać się kolejny raz, kiedy jego rozmówca widocznie się podekscytował i jakaś część jego żałowała, iż on nie umie już z taką radością wypowiadać nazw domów. Delikatnie pokiwał głową. Był w Gryffindorze, choć Tiara debatowała sama ze sobą, najwidoczniej bardzo poważnie rozważając inny dom. Silas do dziś nie wiedział jaki - Ravenclaw prawdopodobnie. Być może miałby lepsze wyniki i słabszy charakter, gdyby faktycznie tam trafił.
- Niektóre obrazy w zamku nadal wzburzają się ze złości, słysząc moje nazwisko - westchnął, kręcąc z rozbawieniem głową. Był nieznośny, ale był też szczęśliwy. Dawno temu, kiedy śmierć była odległa i bezsens nie budził go nocami - wtedy przecież go nie potrzebował. Sensu, to znaczy.
Musiał wyglądać dosyć zabawnie, kiedy z szeroko otwartymi oczami przyglądał się, jak chłopak zakłada mu własny szalik. Cos zakuło w klatce piersiowej i chyba cieplej zrobiło mu się w twarz, kiedy znajomy materiał dotknął jego policzka. Mam drugi. Oddał mu go.
Wzrok powędrował w dół, kiedy długie palce łapały koniec pasiastego szalika. Patrzył na niego z niedowierzaniem, jakby miał rozpuścić się w powietrzu. Rozpaść, spalić. Nie chodziło o barwy, choć dziecięce wspomnienie było przyjemne, ani o przedmiot sam w sobie, Silas bowiem tak często chodził w golfach i tak często marzł, iż szaliki nigdy nie wydawały mu się potrzebne. Chodziło o gest przecież, bo gest był czysty i nagły, zupełnie niespodziewany. Był wyrazem jedynie prostego dobra i chęci, uśmiech był szczery i szeroki, a Silas wzdrygnął się lekko, zaciskając materiał w dłoni.
Pochwycił lekko wyciągnięta ku niemu rękę. Wydawała się być zaskakująco ciepła w porównaniu z jego zimną skórą, ale teraz wszystko było jakieś cieplejsze. Jaśniejsze.
Słońce.
Przez moment rozglądał się wokół, nie mogąc uwierzyć. Nigdy nie widział tej polany w słońcu, nigdy nie widział tutaj wiosny. Zawsze deszcz i burzowe wiatry. Przez myśl przeszło mu, iż być może mógłby to namalować. Nie swoje koszmary, a powietrze kolorowej wiosny nad walijską doliną. Spirale ostrych barw i kilka plam tańczącego w tle słońca, przebierającego ludzki kształt podobnie jak jego cienie do tej pory. Ten pewnie przypominałby Fleamonta.
- Silas - powiedział w końcu, wracając do niego spojrzeniem. Nadal nie puszczał jego dłoni, choć dawno powinien. - Dziękuję.





the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: Humorzasta polana, Walia [odnośnik]21.09.21 22:00
Tymczasem Fleamontowi zdawało się, jakoby bezpowrotnie stracił część swojej duszy; jakby śmierć rodziców i ukochanej Rosemary rozbiła go na kawałki, wybierając spośród nich najlepsze fragmenty i zabierając za sobą na drugą stronę. Zakładając, że istniała jakakolwiek druga strona.
Uśmiechał się, owszem. Nawet bardzo często. Kąciki jego ust raz za razem unosiły się ku górze, często łapał się na tym, że szukał ciepłych słów i nadziei tam, gdzie zdawało jej się nie być, pocieszał nieznajomych, obdarzał życzliwością każdą żywą istotę, która wzbudziła w nim zaufanie (o co, swoją drogą, wcale nie było trudno). Ale w środku czuł się pusty, wybrakowany. Wyobrażał sobie siebie jak półprzezroczystą sylwetkę z poszarpanymi otworami w miejscu klatki piersiowej.
To był jego sekret. Tajemnica, której pilnie strzegł przed światem. Nikt nie miał prawa wiedzieć. Nikt.
Nie zdawał sobie sprawy ze stosunku, jaki artysta żywił wobec swojego dzieła; być może wówczas wyrzuty sumienia Fleamonta byłyby nieco mniejsze, mniej przytłaczające, pozwoliłby mu tej nocy zmrużyć oko. Gdyby tylko wiedział, gdyby wiedział...
Ale tragizm życia polegał na tym, że nigdy nie można być pewnym czegokolwiek.
Odstraszają. To nie to samo — szedł w zaparte, jakby za punkt honoru postawił sobie usprawiedliwienie nieznajomego malarza przed nim samym. Poznał go zaledwie kilka minut wcześniej, a już odnosił wrażenie, że czarodziej był zbyt samokrytyczny wobec własnych prac. Niesłusznie. Atak również jest formą obrony, chciał powiedzieć Monty, lecz wtedy z ust jego rozmówcy padło porównanie do słów ludzi, które sprawiło, że tylko westchnął. — Nigdy nie powiedziałeś komuś czegoś raniącego, czego wcale nie chciałeś mówić, ale nie miałeś już pomysłu jak sprawić, abyś mógł wreszcie zostać sam?
Fleamontowi się to zdarzyło. Latem, kiedy cały jego świat runął, a on nie wiedział jak ma dalej sobie poradzić. Nie chciał współczucia, nieudolnego pocieszenia, pragnął tylko zasnąć i obudzić się, gdy ten koszmar się skończy. Wówczas spod jego pióra wyszło wiele gorzkich słów, którymi uraczył przyjaciół pragnących mu jedynie pomóc. Gdyby nie Margaret, jej spryt, zaradność oraz umiejętność radzenia sobie z presją, nie udałoby mu się dotrwać do jesieni.
Teraz było lepiej, lecz wstydził się samego siebie. Chciał przeprosić, ale nie wiedział jak powinien zacząć.
W jego przypadku Tiara zastanawiała się nad Hufflepuffem. Chyba ostatecznie przeważył talent do pakowania się w kłopoty i skłonność do rzucania się pięściami na każdego łobuza, który śmiał powiedzieć coś przykrego pod adresem jego bliskich.
Szkoda, że nie mam tego jak sprawdzić — roześmiał się, starając odsunąć od siebie myśl, że już nigdy więcej nie stanie na peronie 9 i ¾, nie wsiądzie do pociągu, a zaczarowane powozy (przecież nie widział nigdy żadnego z testrali; był zbyt młody by widzieć śmierć i pojąć jej znaczenie) nie przywiozą go pod zamek. Tam, gdzie był jego dom po tym, jak stracił pierwszy w Dolinie Godryka.
Nie znał magicznych właściwości polany; zdołał jedynie wydedukować, że pogoda na niej zależy od emocji. A Fleamont był w tamtym momencie szczęśliwy. Nie była to wprawdzie czysta radość, nazwałby to raczej słodko-gorzkim uczuciem przeplatanym wspomnieniami i fantazjami, ale stanowiła wystarczająco silne uczucie, by pod ich stopami zakwitły kwiaty.
Trzymał jego dłoń, chłodniejszą niż jego własna, nieco dłużej, niż wypadało. Być może w międzyczasie ścisnął ja nieco mocniej, choć nie na tyle, aby zrobić mu krzywdy. Chciał go zatrzymać przy sobie, ogrzać skostniałe palce własnym ciepłem. A tego ostatniego Monty miał w sobie dużo; gorąco oblało jego policzki, parzyło w uszy, wlewało się za kołnierz, nadając papierowej skórze zdrowy różany odcień.
Silas — powtórzył, akcentując każdą sylabę w jego imieniu. Badał je, uczył się jego brzmienia. Dopasowywał do jego twarzy, którą starał się zapamiętać. Silas. Ładnie.Nie masz za co dziękować! — pokręcił głową z uśmiechem, wreszcie zdając sobie sprawę z tego, że wciąż go trzyma. Rozluźnił uścisk dłoni, lecz zrobił to niechętnie, jakby za karę. — Skąd jesteś, Silas? Mogę pisać do ciebie listy?
Och, ileż samotności kryło się za tym jednym niepozornym pytaniem.
Fleamont Potter
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 17
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Rozpacz? Więc za przykładem trzeba iść skorpiona, co się zabija, kiedy otoczą go żarem?
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10421-fleamont-potter#318973 https://www.morsmordre.net/t10539-daphne#319483 https://www.morsmordre.net/t10524-lwiatko-z-doliny#318980 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10523-skrytka-nr-2280-szuflada#318975 https://www.morsmordre.net/t10522-fleamont-potter#318972
Re: Humorzasta polana, Walia [odnośnik]27.09.21 19:23
Czasem, gdy leżał w ciemności, a cały ciężar świata siedział na jego klatce piersiowej, pozbawiając płuca powietrza, Silas marzył o tym, by zniknąć. Z ulic, ze strychu, ze świata, z myśli osób które go znały. Zniknąć, bo znikanie wydawało się takie proste i szybkie - wytchnienie w tej ciągłej, męczącej walce, do której bez przerwy go zmuszano. Nie chciał. Był słaby, zmęczony i samotny, ciało bolało go częściej niż powinno, dym papierosowy wyżerał płuca, a brak snu odbijał się na coraz bledszej twarzy. Kiedyś miał śniadą cerę i grube, kręcone włosy (matka często mawiała, ze to po babce, która w jednej opowieści była Włoszką a w drugiej szwaczką z południowej Afryki), od kilku lat jednak skóra traciła kolor, a włosy słabły i szarzały. Było go coraz mniej, ale nie znikał - wciąż był. Uparcie istniał, choć istnienie bolało.
Bolało tak jak patrzenie na tego chłopaka, który miał w sobie jeszcze masę koloru, a Silas nie potrafił przestać myśleć o tym, że prędzej czy później wojna zabierze mu je wszystkie. Dotrze do Walii i dotrze do niego, zmaże rumieńce z policzków i róż z rozchylonych warg. Na Silasie los wisiał boleśnie, wżynając się pazurami w skórę na karku - był już przegrany. Jego sztuka go nie uratuje, nie uratuje go spryt ni zwinne ręce. Nieważna jak wiele dzieł był w stanie stworzyć, pozostanie Zjawą i w końcu umrze gdzieś w ciemnej uliczce. Ale ten chłopak - on wciąż mógł przebierać w szansach. Silas nie wątpił, widział o w tych szeroko otwartych oczach.
Słyszał to też w jego słowach - w tej gorącej potrzebie bronienia go przed samym sobą, usprawiedliwiania go, choć nikt przedtem nie odważył się tego zrobić. Był zepsuty, butny i malował przerażające obrazy - tyle. A jednak chłopak parł uparcie, więc Silas bezwolnie kolejny raz się uśmiechnął.
- Mówię cholernie dużo przykrych rzeczy i przeważnie jestem sam - odparł jedynie, wzdychając przy tym ciężko i wierzchem dłoni przecierając ciężkie powieki. Miał ostry język i złośliwy uśmiech, miał masę złych myśli w głowie, dawno przestał z tym walczyć. - Więc może masz rację.
Z samotnością również dawno przestał walczyć, nie rozumiał bowiem jej sensu. Był Vasim, którego ściągnął z ulicy i który kręcił się po ich mieszkaniu, pisząc smutne wiersze i rozmawiając z jego obrazami - Vasim jednak twierdził, ze jest martwy, a martwi nie bywają przyjaciółmi. Był Castor który znikał, choć on wciąż czekał i mężczyzna, którego nie widział od kiedy trafił do lecznicy w Dolinie. Nikt nie był tak naprawdę, a Silas udawał cynizm, jednocześnie łapiąc się desperacko dłoń, ust i bioder wyciągniętych w jego stronę. Zbierał urywane słowa i jego imię wyrzucane w pośpiechu, zbierał ciepłe oddechy na skórze, bo wtedy mógł przestać być sam, choćby na godzinę.
Z samotności można było pożreć własny język.
W Hogwarcie było łatwiej - był dzieciakiem, nastolatkiem i dopiero wchodził w dorosłe życie, a świat był pełen nadziei, z której teraz mógł jedynie szydzić. Szkoda - przytaknął mu w myślach i nagle zapragnął znów dotknąć jego twarzy, jakby chciał kolejny raz przekonać się o jego żywotności. Nie umiał pojąć tej łuny, która Fleamonta otaczała i nie umiał pojąć wiosny nad swoją głową. Trzymał jego dłoń, a myśl o puszczeniu jej była chłodna i nieprzyjemna. Monty był ciepły i jasny i Silas przez moment bał się, ze cień przejdzie na niego z jego własnej ręki, jeżeli nie rozluźni uścisku. Nie był w stanie, było jakoś zbyt miło. Jego imię ładnie brzmiało w ustach towarzysza - nie było byle jakie, nie było krótkie i ostre, nie kipiało pogardą. Dłuższe, wdzięczniejsze, bardziej melodyjne.
Na moment młody Macaulay był kimś innym - być może był tym chłopakiem, którego kiedyś widział w lustrze. Znowu miał opaloną skórę, zielone oczy i ciemne włosy kręcące się nad brwiami. Wokół kwitła wiosna, a on naprawdę się zaśmiał - głośno i perliście.
- Z daleka, ale mieszkam w Londynie - odpowiedział, kiedy uspokoił oddech, unosząc z rozbawieniem gęste brwi. Zrobiło się nieco chłodniej, kiedy Fleamont puścił jego dłoń i Silas przez moment pragnął sięgnąć po nią znowu, powstrzymał się jednak. - A o czym chciałbyś mi pisać, Monty? - spytał i znów wbił w niego skupione spojrzenie, mrużąc lekko jasne oczy. - Umiesz opowiadać historie? Lubię historie.




the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay

Strona 11 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11

Humorzasta polana, Walia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach