Wydarzenia


Ekipa forum
Highlands
AutorWiadomość
Highlands [odnośnik]12.08.16 19:28
First topic message reminder :

Highlands

To tereny na północnej Szkocji, gdzie pasma gór i pagórków ciągną się aż po horyzont. Różnorodność flory i fauny jest wręcz zachwycająca. Zielone wzgórza ciągnące się kilometrami urozmaicone są przez liczne jeziora, jak i okalające je lasy. O tych terenach krąży wiele plotek, jednak nie bez przyczyny mugole rzadko zapuszczają się w zalesione tereny okalające jedną z zamkowych ruin bowiem błąka się po nich szyszymora, której jęki i zawodzenie skutecznie odstraszają niemagicznych ludzi. I choć szyszymory to niegroźne magiczne stworzenia, to ich przeszywający jęk z pewnością sprawia, że najodważniejszemu czarodziejowi jeżą się włoski na karku.


[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Highlands - Page 33 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Highlands [odnośnik]24.10.21 22:41
1 II

Płomienie odbijały się w lustrze onyksowej tęczówki. Niebo już dawno oblekło się odcieniem głębokiego granatu. Nie dostrzegła okresu przejściowego, gdy jego szarość stopiła się z ciemnością nocy. Oszalałe języki ognia rozpraszały cienie, rozgrzewając zdrętwiałe od mrozu policzki. Serce zdawało się bić rytmem zapomnianej muzyki - tej, która narodziła się na długo przed nią, gdy szkockie wzgórza zamieszkiwały plemiona Celtów i Piktów. Tej zakonserwowanej w pamięci przekazywanej z pokolenia na pokolenie, nie pozwalającej by wpływy cudzoziemców zmieniły ich tradycje. Zapomnianej, bo długie lata temu zbiegła z macierzystych ziem, niemalże odrzucając w niepamięć swoje korzenie. Ich melodia rozbrzmiewała dziś w jej żyłach, napędzając tętno pośpiesznie bijącego serca. Nie pamiętała ostatniego dnia jak ten. Zresztą nie takim go planowała.
Milczenie rozkwitło między nimi na nowo. Tym razem nie te toksyczne, sukcesywnie zatruwające przestrzeń jaką dzielili. Milczenie mijania się w czterech ścianach starej irlandzkiej rezydencji. Dajmy sobie czas wybrzmiało zdawać się całe lata temu, gdy w zaciszu zalanej łazienki, złożyli sobie obietnicę. Potrzebowała czasu, aby poradzić sobie z wzburzeniem tamtego wieczora, aby zracjonalizować miotane emocjami, tęsknotą odruchy. Odtwarzała ich bieg, raz po raz. Słowa po słowie. Potrzebowali czasu. Nie chciała naciskać, ani prowokować sztucznej atmosfery zgody jaka miała nastać tamtej nocy. Milczenie nie rozbrzmiewało jednak ciszą. W mięśniach wciąż wibrował wstyd. Dziwny, kompletnie im nieznany, sprowokowany intymnością tamtych gestów. Wspomnienie muśnięcia warg na wewnętrznej stronie nadgarstka, dotykiem chłodnych palców na cienkiej skórze szyi. Emocji spędzonych głęboko na skraj racjonalnego myślenia. Potrzebowali czasu, aby no nowo odnaleźć swój język. Metoda małych kroczków zdawała się być w ich wypadku nieodpowiednia, a jednak w taki sposób potrzebowała wyrwać się z odrętwienia. Począwszy od najmniejszych gestów. Przestała znikać z pola widzenia jak tylko pojawiał się na horyzoncie, przestała uciekać przed jego obecnością pod najmniejszym pretekstem, a faktycznie dzielić czas, który był im dany. Nawet jeśli ten nie należał wyłącznie do nich, dzielony z dziećmi, z domownikami. Przestała chronić się przed byciem obok. Próbowała z nim rozmawiać, jak trywialne nie zdawały się być tematy ich dysput. Po prostu być. Małymi kroczkami, zacieśniając przestrzeń między nimi. Robiąc kolejny krok. Niepewny, rozchwiany. Nie czuła pewności gruntu pod stopami. Dziś miał nastąpić kolejny.
W pamięci wciąż rozbrzmiewało jego odejdziecie? Cień majaczący się w odbiciu błękitnych oczu. Wiedziała, że to nie będzie łatwe. Wiedziała, że sprawi trudność dla ich obojga. Pewnego dnia jednak miały odejść. Chciała, aby widział kierunek w jakim podąża.
Inaczej zapamiętała swój rodzinny dom. Ten, którego bała się odwiedzać od tak bardzo dawna. Ojciec włożył serce w to, aby po pożarze, po wielu latach nieużytku stał się miejscem, w którym na nowo dało się zamieszkać.
Dziś po raz pierwszy od wielu, wielu lat dane było jej zmierzyć się z tym wspomnieniem. Przekroczyć próg starego domu, dostrzec na framudze kuchennych drzwi ślad nacięć naznaczających dawną, coroczną tradycję - te usytuowane znacznie niżej, w mniejszych odstępach należały do niej, te wyższe były wspomnieniem brata. Jej dawny pokój przeobraził się w nowy pokój Melanie, a największa sypialnia. Sypialnia rodziców - miała należeć do niej. Zawahała się tylko w jednym momencie, gdy krok skierował ją w stronę dawnej pracowni alchemicznej jej matki. Strach obudził się w sercu na zaledwie sekundy przed pociągnięciem klamki, jakby miała zastać tam to co zastał jej ojciec zaraz po ugaszeniu ognia. Jedynie wskazała mu pomieszczenie, odnajdują ucieczkę w prezentacji licznych kuchennych szafek.
Gotowa była zakończyć ten dzień dokładnie tak jak zaplanowała, jednak porządek jej rozkładu tego popołudnia zburzyła wizyta ojca. Mieszkańcy okolicznych farm i wiosek szykowali się to polowania. Nawet wojenna zawierucha nie okryła pyłem ich tradycji.
Chociaż dzisiejszy wieczór nie rozbrzmiewał tamtą rozpamiętaną w sercu radością, oni nosili w duszach jej dawny rytm. Dziś osobliwie desperacki, niemalże szalony, odbijający w się w narwistych dźwiękach instrumentów. Kobiety przygotowywały się na oprawienie zwierzyny, kilku śmiałków gotowało się nawet do gry w quidditch. Brakło bogatej uczty, zabrakło prawdziwych uśmiechów na ich ustach. Wirowali jednak w rytm szaleństwa jakie sprowadzała na nich wojna. Chociaż tak bardzo odległa, prześladująca tak dalekie tereny. Obecna tutaj. Zamknięta w przestrzeniach sztucznej beztroski, wyrwanego z serca wiatru szaleństwa. Wszyscy tak bardzo, desperacko pragnęli czuć się częścią czegoś większego. Małej społeczności gdzie jednak znał drugiego. Gdzie dbali o siebie, gdzie mogli sobie zaufać, chociaż ich świat rozbrzmiewał strachem i złością. Tu stworzyli sobie ucieczkę. Muzyka rozbrzmiewała głośno, a drewniany parkietu uginał się pod gniewnymi uderzeń trzewików. I ona dała się na chwilę porwać jednemu z chłopców. Nie, już nie chłopców. Jedynie takimi ich zapamiętała. Pęd zimnego wiatru wkradł się w porządek starannie spiętych włosów, niemalże tak jak i ogień rozgrzał blade policzki. Nie pamiętała kroków, nie pamiętała jak to było poruszać się w pozbawionym granic tańcu. Niemalże zapomniała słowa ich gwary, dźwięków ich głośnych, niespętanych ograniczeniami śmiechów. Niemalże zapomniała jak smakuje dom.
Muzyka ucichła tylko na moment, tam też znalazła ucieczkę. Przemknęła w miejsce, tam gdzie zostawiła Jaydena. Rzucając go na pożarcie ojca i reszty jego przyjaciół. Ogień rozgrzewał muśniętą mrozem skórę. - Przepraszam, nie potrafiłam znaleźć żadnej wymówki - powiedziała, stając tuż obok niego. Wiedziała, że nie powinna go tak zostawiać, przybyli tu razem. Znali ją. Tamtą dziewczynę, która dorastała wśród nich. On był im obcy, inny. Nie mieli obowiązku traktować go jak swojego i w jakiś sposób pragnęła, by chociaż przez chwilę poczuł się tu jak ona. To nie był jego dom. Tak jak i jej domem nie była Irlandia. Mimo wszystko ich światy łączyły się w tamtych miejscach. Chciała, aby poczuł to tutaj. - Kiedyś to wyglądało inaczej niż teraz - rozejrzała się, zsuwając rękawiczki z dłoni, by płomienie ogrzały jej skostniałe palce. - Organizowali nam kulig i graliśmy znacznie dłużej, dorośli i dzieci, a potem gdy wszyscy wracali z polowaniu robili ucztę - wspominała z uśmiechem. Dziś tylko kilku śmiałków miało siły rozegrać mecz. Nie było zabaw dla dzieci, a każdy miał zabrać do domu to co złowił. Było inaczej. Mimo wszystko sentymentalnie.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend




Ostatnio zmieniony przez Roselyn Wright dnia 03.11.21 18:57, w całości zmieniany 1 raz
Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Highlands [odnośnik]25.10.21 14:23
Roselyn & Jayden

1 lutego 1958

« Mówisz mi, a ja zapominam; uczysz a zapamiętuję; angażujesz mnie, a ja się uczę »
Niedziela była jedynym dniem, gdy profesor nie musiał martwić się o swoich uczniów. Ani teoretyczne, ani praktyczne nauczanie nie było wówczas stosowane, pozwalając na to, by pedagog odpoczął, a podopieczni zregenerowali siły. Lekcje zaczynające się od północy nie były wybitnie problematyczne dla Jaydena, ale dorastający nastolatkowie potrzebowali zdecydowanie więcej snu od niego, dlatego też brano pod uwagę ich naturalny rozwój i nocne zajęcia odbywały się jedynie raz w tygodniu dla jednej grupy. Po dwie godziny jednej nocy dawały możliwość nauczycielowi na odpoczynek siódmego dnia. Plan został zresztą dopasowany w odpowiedni sposób, by zmaksymalizować czas, jaki Vane mógł spędzić w domu i zminimalizować ten spędzany na uczelni bez strat w godzinach nauczania. Nie było to zbyt trudne, a z pomocą dyrektora oraz akceptującego sytuację życiową profesora grona pedagogicznego wszystko zdawało się iść bez przeszkód. Część z osób sama wychodziła z inicjatywą i chęcią wsparcia — utrata Pomony dla wszystkich była szokiem. W końcu cały zamek znał ją jako jedną z pracowników. Żoną Jaydena stała się o wiele później i w tajemnicy. Jej zniknięcie wiązało się z utraceniem przyjaciółki, koleżanki po fachu, kogoś, kto należał do ich wspólnego grona. Vane nie spędzał jednak już tak wiele czasu w murach szkoły jak niegdyś, dlatego też jego obecność i kontakt z innymi były zdecydowanie ograniczone. Praktycznie w ogóle nie pojawiał się na śniadaniach w Wielkiej Sali, pozwalając, by jego krzesło pozostawało puste. Tak samo działo się w czasie kolacji i jedynie w poniedziałki oraz wtorki pozostawał na obiadach — gdy zajęcia okalały przerwę na posiłek. Dlatego też Jayden musiał zrezygnować z pełnienia funkcji opiekuna domu. Nie był w stanie pogodzić obowiązków z byciem ojcem. I nawet jeżeli Pomona wciąż by żyła, nie wybrałby szkoły ponad własną rodzinę, a z tym też wiązała się owa odpowiedzialność. List do dyrektora nie doczekał się odpowiedzi, ale Vane wiedział, że Steve doręczył wiadomość. I chociaż astronom nie robił tego z przyjemnością, miał pełną świadomość, że tak należało. To nie tylko obowiązek sprowadził go do rezygnacji, ale własne poczucie co do miejsca i ludzi, przy których chciał być. Którym chciał poświęcać swój czas.
Dlatego nawet specjalnie nie namyślał się, gdy Roselyn zaproponowała mu pojawienie się w Szkocji.  Myślał, że wybiorą się wszyscy — że on weźmie chłopców, ona Melanie — ale tak się nie stało. Shelta poprosiła o trochę czasu z dziećmi, a mała Wright nigdy nie była problematyczna w zajmowaniu się nią. Do tego radziła sobie świetnie sama, dlatego finalnie zostali tylko we dwójkę. W jakiś sposób świadomość pozostania samemu z Rose powodowała poruszenie się dziwnych, niezrozumiałych emocji. W końcu w ostatnim czasie uczyli się przebywać wspólnie, ale zawsze, zawsze mieli towarzystwo. Mimo że Theach Fáel było sporym domem, ilość mieszkańców posiadłości zdecydowanie przekraczała normę, do której nawykła przeciętna, brytyjska rodzina. Każdy z nich zresztą był inny — poczynając od zamkniętej w sobie Shelty, przechodząc przez zwierzyniec, kończąc na wymykającej się Maeve i wtykającej we wszystko nos Alannah. Od tamtej rozmowy w łazience Jayden nie był w stanie patrzeć na Roselyn tak samo, jak dawniej. I nie chodziło o to, że nie traktował jej jak przyjaciółki — to nigdy nie miało się zmienić — ale coś się zmieniło i wiedział o tym. Ona również musiała to wyczuć, mimo że nie rozmawiali o tym. Nie musieli. Relacja nie rozpadła się między nimi na tyle, by zupełnie zapomnieli o tym, jacy byli. Oczywiście, że cieszył się z faktu pierwszego kroku ku naprostowaniu spraw pomiędzy nimi, ale ruszenie dalej było jeszcze trudniejsze od początku. Wszystko wydawało się wszak inne... Nie takie, jakie zapamiętał, zanim pozwolili sobie na dystans po kłótni. Gdy ona już nie unikała go w domu, on łapał się na podążaniu wzrokiem za sylwetką przyjaciółki, wspominając jej głos i ciężkie od emocji powieki. Smak, który został na jego języku, gdy zagryzł wargi po przejechaniu nimi po kobiecej skórze. Zmieszanie uderzało więc podwójnie, gdy rozumiał, co się działo, a kara była o tyle potężniejsza, że wcale nie czuł wstydu. Nieważne jak bardzo by tego chciał, nie mógł zmusić się, aby żałować. I chociaż czuł niepokój oraz obawę związane z samotną wyprawą do Szkocji, nie chodziło o wydarzenia przeszłe. Sam w swoim bezwstydzie musiał odwracać swoją uwagę, gdy siedzący na jego ramieniu diabeł zadawał pytanie co by było gdyby. Gdyby nie odskoczyła od niego tak gwałtownie i dali sobie jeszcze trochę czasu. Czuł się spokojny w tamtym momencie, jak nie czuł się od długiego czasu — paradoksalnie do szalejących w nim wówczas emocji. Ale w tym chaosie była również oaza. I wina. Wiedział, że przekroczył pewną linię, która może i kiedyś nie byłaby dla nich żadnym szokiem, ale aktualnie wszystko się zmieniło...
Dlatego gdy pokazywała mu dom, nie opuszczał jej boku, chociaż zawsze zostawiał odpowiednią przestrzeń dystansu. Niezbyt bliską, niezbyt daleką. Złamał ten dystans tylko raz — gdy złapała za klamkę pokoju, którego bała się najbardziej, a on ułożył swoją dłoń na tej należącej do niej. Wciąż tkwiącej na nieotwartych drzwiach. Wiedział w końcu, co się wydarzyło. Wiedział o wypadku i pożarze. Nie odzywał się, ale mogła zrozumieć, że bez względu na to, czy zamierzała je otworzyć, czy pozostawić zamknięte — był tam z nią. Nie była już sama. Trwało to jedynie urywek chwili, zanim ruszyli dalej, wracając jak gdyby nigdy nic do przerwanego wcześniej zajęcia. Fala gorąca i natychmiastowego chłodu przeszła jednak przez ciało profesora, usilnie odstręczającego te uczucia. O wiele łatwiej było zepchnąć je na dalszy plan, gdy pojawił się pan Wright. Jayden stał tuż za Roselyn, a w odpowiednim momencie zrobił krok w przód, by wyciągnąć rękę do ojca przyjaciółki. Nie było to ich pierwsze spotkanie, ale na pewno minęło sporo czasu, odkąd widzieli się ostatnim razem. Być może miało to miejsce na trzecich lub czwartych urodzinach Melanie — później rozmijali się, by nigdy na siebie nie natrafić. Trzeba było jednak przyznać, że wówczas ojciec Rose nie robił tak intensywnego wrażenia, jakie wyczuwał od niego w tym dniu astronom. Zupełnie jakby stalowe oczy starszego czarodzieja potrafiły przeniknąć przez jego osobę. Późniejsze wydarzenia jedynie potwierdziły ojcowską troskę, gdy grupa przyjaciół pana Wrighta otoczyła Jaydena i chociaż większość była o wiele od niego niższa, nadrabiali to temperamentem i krzyżowym ogniem pytań. Z ciężkim akcentem...
- Więc to z tobą Roselyn i Melanie mieszkały przez ostatnie miesiące, ya?
- Tak. Emmm... Poprosiłem kogoś, by odszukał je po masakrze w Londynie i razem z żoną zaoferowaliśmy im schronienie.
- Polujesz?
- Nie.
- No to chociaż umiesz grać w quidditcha?
- Unikam latania, jeśli to możliwe.
- Czym ty się tam w sumie zajmujesz?
- Uczę w Hogwarcie.
- Wright, dyrektor ci się znalazł.
W gąszczu niekończących się pytań, śmiechów, poklepywania po plecach i zapachu domowego alkoholu między urywkami Jayden był w stanie wyłapać Roselyn między parami wirującymi na małym parkiecie. Pozwolił sobie na delikatny uśmiech, widząc ją szeroko uśmiechniętą i czerpiącą z aktualnego momentu. Zdecydowanie nie była panną Wright — matką, która pilnowała swojej córki, by była zapięta na mrozie aż po samą szyję. Była lekkomyślną Rose, która pozwoliła, by czapka zawieruszyła się gdzieś w tańcu i opadła na ziemię, przydeptana przez tancerzy. Nie trwało długo, jak pojawiła się tuż przy nim, znajdując drogę między blisko stojącymi mężczyznami i powodując zelżenie atmosfery. Przepraszam, nie potrafiłam znaleźć żadnej wymówki. - Nic się nie stało - odpowiedział, nic nie robiąc już sobie z uważnego spojrzenia pana Wrighta, który wciąż stał wokół ognia wraz z innymi mieszkańcami wioski. Vane'owi jednak ciężko było nie przyglądać się uzdrowicielce — pozostającej w tak odmiennym stanie niż zazwyczaj. Gdy mówiła, jej twarz wciąż lśniła blaskiem, który w Irlandii wydawał się niczym zakurzony, przyćmiony. Odkąd się pojawiła w jego domu, nie widział w przyjaciółce takich reakcji. Nie widział szczęścia, radości. Nie widział rozluźnienia, jakie towarzyszyło jej aktualnie. I nie chodziło o to, że cały czas Roselyn była smutna, ale o fakt intensywności. Szczerości. Gdy mówiła o dawnych czasach, z pewną boleścią w sercu zrozumiał, że to było jej miejsce. Że nigdy nie miała się poczuć w murach Theach Fáel jak u siebie. Że po prostu tak musiało być. On należał do swoich. Ona do swoich... - Dawno cię takiej nie widziałem - powiedział w końcu, nie odrywając spojrzenia od jej profilu. - Szczęśliwej. - Miała być tu szczęśliwa. Wierzył w to. Chciał w to wierzyć. Dlaczego więc nadchodząca wizja rozdzielenia, nie napawała go radością? W końcu powinien był podzielać jej entuzjazm i cieszyć się jej szczęściem. Czemu więc czuł smutek? Zaraz jednak odwrócił swoją uwagę, nie chcąc, aby Roselyn cokolwiek dostrzegła i uśmiechnął się lżej. - Należysz do tego miejsca.


Maybe that’s what he is about. Not winning, but failing and getting back up. Knowing he’ll fail, fail a thousand times,
BUT STILL DON'T GIVE UP
Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Highlands [odnośnik]02.11.21 1:01
Nie pamiętała już kroków. Nie raz i nie dwa nadepnęła na czubek buta swojego partnera, starając się zdusić niezręczność w gromki wybuch śmiechu. Muzyka zagłuszała tętno rozproszonych po umyśle myśli. Te były jej zbędne, wystarczyło dać się porwać, pozwolić by donośne uderzenia trzewików o ziemię wybijały rytm jej własnych kroków. Dać się poprowadzić, a to nie przychodziło jej z łatwością. Sztywne mięśnie starannie utrzymywały stosowny dystans, nie pozwalały by ktokolwiek wyznaczył kolejny ruch. Melodia jednak wciąż nabierała pędu, a oni wirowali w kółka, rysując ścieżki zamaszystych kroków. Powietrze ulatywało z płuc i łapczywie walczyła o jego zimny haust, gdy w końcu stopy podchwyciły tempo muzyki, a ramiona poddały się ruchom jej towarzysza. Zaśmiała się. Tym razem już nie z własnej niezdarności, a gdy szybki ruch mężczyzny obrócił ją wokół własnej osi, a jej udało się odnaleźć drogę powrotu. Śmiała się raz po raz, pozwalając by szaleńcze rytmy rozgoniły kryjące się w zakątkach umysłu zmartwienia, te natrętne myśli, powracające raz po raz. Wirowała w tempo wartkiego wiatru, wkradającego się pod poły płaszcza, tańczącego w pasmach brązowych włosów. A szalony taniec trwał i trwał, kolejne uderzenia instrumentu nadawały im rytm w desperackim tempie jedynej ucieczki na jaką w tym momencie mogli sobie pozwolić, bo gdy cichła muzyka wracało to wszystko co namacalne. Cień wojny malujący się na śniegu w kształt rozpędzonych figur. Bieda i głód, zagrożenia czające się na Południu. Wojna, która ich jeszcze nie dotknęła, ale niechybnie miała nadejść. Rozterki. Strach. Pęd znanych pieśni jedynie wyciszał chaos umysłu. Jedynie na chwilę pozwalał uciec od dudniących w umysłach cierpień. Jedynie na kilka płytkich oddechów mogła oprzeć się o ramię towarzysza, przymknąć oczy, odkryć że w ciemnościach nie wracają do niej wspomnienia. Te same, które torturowały umysł każdej poprzedniej nocy. Wspomnienia, które wypaliły piętno, bo ilekroć zamykała oczy odtwarzała je raz po raz - na horyzoncie roznosiła się szmaragdowa poświata Mrocznego Znaku, ze snu wydzierał ją krzyk mieszkańców Taunton i ten najbardziej rozrywający serce - zawodzenie matki nad ciałem poparzonego syna. Czuła, że jej skóra przeszła swądem palonych ciał, unoszącym się nad ziemiami Greengrassów. Czuła go na sobie każdego dnia. Przesiąkła bólem, który obserwowała - ich bólem, strachem i złością. Wracała do domu. Ściągała płaszcz, czułym gestem dotykała policzków córki, tymi samymi dłońmi, które na co dzień broczyły w krwi; czytała stare baśnie, opowiadała te same historie, które poznawała w jej wieku, a czasami w ich bieg wkradały się te poznane znacznie później, te same, które godzinami snuli na szkolnych błoniach. Historie o złudzeniach, których już jej pozbawiono. Zasiadała do śniadania, obiadu czy kolacji zamykając swoje doświadczenia w krótkie informacje - ciężko, coraz gorzej żadna z nich nie oddawała jednak prawdziwych barw w jakich malowała się jej codzienność. Zamykała oczy. Zmuszała się do snu tak niespokojnego jak była sama Rose.
Niepokój nie wrócił, gdy muzyka ucichła. Jeszcze przez chwilę trwała w tej słodkiej iluzji, pozwalając sobie na odrobinę beztroskiej radości. Obserwować twarze ludzi, z którymi dorastała, słuchać unoszących się opowieści. Na chwilę być tu. W domu.
Spojrzenie mimowolnie poszukiwało jednak Jaydena, osaczonego urażoną dumą ojca, do którego tak późno zwróciła się o pomoc. Pan Wright mimo wszystko nie zdawał się nosić w sobie wielkiej urazy do astronoma, zamiast tego dostrzegała w jego oczach podejrzliwość. Za każdym razem gdy wzrok błądził między dwojgiem przyjaciół z Hogwartu dostrzegała jego cień, wyłapywała jego ton w wypowiadanych zdaniach. Stawiając każdy kolejny krok czuła, że wraca napięcie, nie opuszczające jej mięśni, zastygnięte w odrętwiałych włóknach emocji, których zdawała się już nie pamiętać. Stare rany już dawno zakrzepły tworząc brzydki strup, by w końcu stać się blizną. Taką, którą nosiła ze wstydem. Nie lubiła już tej części siebie. Skrywała głęboko pod fałdami długiej spódnicy i materiałem zapiętej na ostatni guzik koszuli. Jakby chciała ukryć ją przed światem, tak bardzo jak sama pragnęła odrzucić to od siebie. Zapomnieć. Nie o człowieku, a o emocjach jakie powodował, o tym jak łatwo raz po raz pozwalała, aby te podsyciły do złamania zasad, zgubienia rozsądku. To wszystko odrzuciła od siebie lata temu, mierząc się z własnym wstydem, własną głupotą. Nie żałowała do czego doprowadziły, ciężko było jednak szanować to, że zamiast kierować się rozumem zeszła na manowce. Widziała cień zawodu tańczący w spojrzeniu ojca, brata. Gdy wszystko to niechybnie prowadziły ją do przeszłości, przed którą przestrzegali. Dlatego chociaż tęskniła za domem, tęskniła za rodziną, miejscem, ludźmi, wśród których dorastała, nie chciała oglądać tego wyrazu na ich twarzach. Ojciec nie musiał karcić, by wiedziała jak bardzo go zawiodła. Nie musiał okazywać jej tego, aby wiedziała, że jakąś częścią się jej wstydzi. Wiedziała, że zbiór podjętych przed laty decyzji zawsze będzie odbijało się na tym w jaki sposób ją postrzegał. Nie ufał już jej. Nie ufał jej osądowi. Nawet jeśli minęło tak wiele lat, nawet jeśli nie była już tą samą kobietą co wtedy. To nie potrafił dostrzec tego, że się zmieniła, że mimo trudności wiązała koniec z końcem. Nie nosiła swoich win z dumą, starała się jednak zachować odrobinę godności. Ojciec obdzierał ją z niej raz po raz - sugerując powrót, uparcie zakładając, że brak jej rozumu by poradzić sobie samej w świecie. Dlatego tak ciężko było wrócić na łono rodziny. Jakże trudno byłoby przyznać mu rację. Wciąż uważała, że jej nie miał. To wojna przygnała ją do domu. Zagrożenie znacznie większe niż żywot samotnej matki w wielkim mieście. Przygnała ją myśl, że czasami musiała odpuścić. Schować dumę w kieszeń. Dostrzec to co znacznie ważniejsze od jej świętej racji. Mimo gorzkich uczuć jakie rozkwitały między nimi przez lata. On był ważniejszy. Był jej ojcem. Najbliższą rodziną. Musiała umieć wybaczyć. Musiała znaleźć w sobie pokłady cierpliwości, by nie pozwolić, by kontrolował ją gniew. Musiała zdobyć się na to, by udowodnić mu, że nie jest już dziewczyną, która popełniła tamte błędy.
Umysł był jej jednak nieposłuszny, rozbrajały go jej własne myśli. Te, które odrzucała od siebie, pozwalając by dominowały je obowiązki i zobowiązania. One czaiły się jednak gdzieś w zakamarkach umysłu, nachodziły wtedy gdy była na to najbardziej podatna. Szalały w jej głowie, gdy próbowała przywołać sen, gdy obserwowała nocne cienie tańczące w kątach jej sypialni. Ulotne wrażenie, że tamtego wieczora to nie chłód powodował dreszcze, nie tylko poczucie winy paliło skórę i aż w końcu nie tylko tęsknota kierowała jej dłońmi. Jakże usilne pragnęła je od siebie odrzucić. Nie, zapomnieć o tym, że cokolwiek się wydarzyło. Tego nie cofnęłaby za nic. Chciała usunąć ze swojej głowy niepokój. Jakby zrobili krok w przód, ale nie na pewnym gruncie, tylko ruszyli drogą wiodącą przez stary most tuż nad ziejącą niewiadomą przepaścią. Jakby jeden, najmniejszy błąd kosztować miał zbyt wiele.
Tęskniła za nim. Czuła się bez niego tak bardzo samotna. Ból chociaż duszony w sercu przez długie tygodnie, wciąż tam był. Nie mogła się go wyzbyć. Jakże łatwo było oszaleć w mieszaninie własnych emocji. Bo to było szalone, prawda? Tęsknić za kimś tak bardzo. Za kimś kto przecież był tuż obok niej. Tak bardzo, że gdy przychodziło uczucie ulgi, że gdy pierwszy raz od tak długiego czasu byli w stanie wystąpić sobie naprzeciw, doświadczać tego bardziej niż dotychczas. Na tyle mocno by się w tym zgubić. Pomylić? Wszakże nigdy nie była mistrzynią w interpretowaniu własnych uczuć.
Ten miesiąc. Ostatni rok. To wszystko było tak bardzo trudne. Ostatnie tygodnie pozostawiły ją w chaosie. Myśli, uczucia, emocje. To wszystko wibrowało pod skórą. Chciała nieść na sobie to wszystko jakby jej ramiona były ze stali. Czuła, że jest wystarczająco silna, wmawiała to sobie raz po raz. Że wszystko to zniesie. Czasami jednak czuła się też słaba. Podatna. Niemalże na granicy szaleństwa. Pragnąc, by chociaż na chwilę zabrał jej samotność, by wyrwać się z tego odrętwienia, na moment pozwolić sobie po prostu czuć.
Trzymała się jednak w ryzach, będąc świadomą jak kruchy był panujący między nimi pokój. Jak wiele pozostawało między nimi niewiadomych i że jeszcze wiele musieli się nauczyć. Chciała wpuścić go do tego świata. Pokazać wspomnienia domu, które stanowiły o dziewczynie, którą poznał. W każdym z pomieszczeń, które mu dzisiaj pokazywała kryły się jej historie. Te słodkie, beztroskie i te gorzkie, które prześladowały bólem nawet kilkanaście lat później. Rose stała się matką. Na zawsze pozostawała jednak córką. Wiedziała, że nadejdzie dzień, gdy przekroczy próg starej pracowni alchemicznej. Nie dziś, może nie jutro, niebawem. Nauczyła radzić sobie z tęsknotą, z wyobrażeniem świata, w którym jej matka wciąż by żyła. Ze świadomością, że nic jej nic nie wróci, a taki właśnie był krąg życia. Dobrze było jednak poczuć znajomy ciężar jego dłoni. Nie musiała mu się tłumaczyć. Wiedział. Był tam. Sprawił, że przez chwilę nie czuła się jakby musiała stawić temu czoła całkowicie sama. Powietrze zatrzymało się w płucach na jeden oddech, gdy zrozumiała, że potrzebuje więcej, że chciała poczuć jak przygniata barki, obejmuje ramionami. Że jego zapach mógłby stłumić ten, który sączył się przez bariery sterroryzowanego umysłu. Odzyskała zdolność oddychania tak szybko jak znów wyrosła granica między ich ciałami, jak znów stłumiła emocje w rozprawie o przestrzeni kuchni, aż w końcu na ratunek przyszedł jej ojciec.
Od tamtej pory ich nie opuszczał. Zadawał mu tak wiele pytań, zagadywał, niemalże niefrasobliwym tonem prowadził swobodną konwersację. Znała go jednak zbyt dobrze. Wiedziała, że za fasadą rubasznego, wesołego Szkota, krył się spryciarz. Usypiał ostrożność żartami, frywolnie prowadził rozmowę w obranym przez siebie kierunku, skutecznie rozwiązywał język. Wychowanie dwójki dzieci jedynie wzmocniło tą umiejętność. Niegdyś nie był win jakie potrafiłaby przed nim ukryć. Doskonale zdawała sobie sprawę co robił ojciec i skutecznie mu to utrudniała. Nie wiedziała z czego miał więcej radości - z cichej bitwy rozgrywającej się między dwoma pokoleniami Wrightów czy wizja, że sam na sam w końcu będzie mógł wypatroszyć Jaydena dokładnie tak jak tego chciał. Obserwując ich dwójkę niemalże poczuła współczucie dla Jaydena i niemal winna, że zostawiła go z tym samego. Jego sylwetka odcinała się na tle zgromadzonego towarzystwa. W elegantszym odzieniu, stanowczo mniej ekspresyjny, głośny niż reszta mężczyzn, zdawał się jednak nie być z tego powodu niezadowolony. A może tylko nie dał po sobie tego poznać? Ciężko było jej rozgryźć co myślał. Obserwowała go każdego dnia, wiedziała że on robi to samo. Czuła na sobie jego wzrok, gdy przekonany był, że nie patrzy. Zastanawiała się nad tym co się dzieje w jego głowie. Co widzi. Teraz też czuła, że się jej przygląda.
- Dawno nie miałam okazji, by komuś porządnie zdeptać buty - odparła, obróciła w żart. Nie chciała, aby tak myślał. Że jego dom ją unieszczęśliwiał, że jedyną drogą do jej szczęścia było opuszczenie go. Taka była kolej życia. Musiała znaleźć swoje miejsce na ziemi. Miejsce, w którym miała zapuścić korzenie. Chciała, żeby wiedział, że będzie z nią tu dobrze, że nie będzie musiał się o nią martwić, bo będzie tu wśród ludzi, których znała.
Nie wiedziała co powoduje smutek w jego spojrzeniu. Co mogła powiedzieć by go zabrać? Dłoń niemalże drgnęła, by poprawić kołnierz marynarki, skrócić dystans. Nie mogła uciec od wrażenia, że wydawało się to być zbyt poufałe. Zamiast tego roztarła przejęte zimnem dłonie, już nie zamknięte w uścisku jej partnera. - Należę tam gdzie chce należeć. Z pewnością nie do miejsca - odpowiedziała przekornie, unosząc spojrzenie, by spotkać się z tym jego. - Ale owszem. Naprawdę myślę, że będzie tam tu dobrze. Znam tych ludzi. Oni znają mnie. Nie będę tu sama. Tata mi na to nie pozwoli - zapewniła go. - Stworzę tutaj swój dom. Wierzę w to, a na szczęście będę musiała jeszcze trochę poczekać - zakończyła, gdy na nowo zagrała muzyka.
Pośpiesznie pokręciła głową, gdy zawołali ją, by wróciła do tańca.
A pan profesor? - zapytała jedna z kobiet. - Dotrzyma mi towarzystwa - odpowiedziała pośpiesznie, by oszczędzić Jaydenowi niezręczności odmowy. - A ci? Jak się tutaj podoba? - zapytała, robiąc krok w stronę ogniska. - Nie wiele o tym mówisz. Tata nie za bardzo pozwolił ci się na ten temat wypowiedzieć, zbyt był tobą zajęty. Nie wygląda na zbyt zadowolonego, że pozbawiłam go przyjemności zadawania kolejnych pytań - powiedziała odrobinę ciszej.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Highlands [odnośnik]02.11.21 22:18
« Mówisz mi, a ja zapominam; uczysz a zapamiętuję; angażujesz mnie, a ja się uczę »
Nigdy jej nie osądzał za to, co wydarzyło się z Anthonym. Nawet jeśli wcześniej można było mu zarzucić niefrasobliwość, tak po odtworzeniu tych samych kroków z Pomoną, nikt nie mógł powiedzieć, iż nie rozumiał. Rozumiał wszak doskonale. Łaknienie bliskości, poddanie się uczuciu wieńczącym się zajściem w ciążę, niewiadomą co do dalszych losów. On jednak był tutaj, ona była tam — oboje osamotnieni, pozbawieni tych, z którymi wiązały ich dzieci. Czym się różnili? Ceremonią? Jak coś takiego mogło świadczyć o wartości człowieka w społeczeństwie? Oczywiście profesor nie umniejszał istocie, jaką było małżeństwo, lecz w oczach kultury to on postąpił właściwie, a Roselyn zgrzeszyła, a jednak finał uderzył w niego z większą siłą. Podczas gdy Anthony żył, Pomona leżała pod stworzonym dla niej kurhanem z duszą wyrwaną brutalnie z jej ciała przez najgorsze stworzenie w magicznym, jak i niemagicznym świecie. Jednak Vane wiedział, że odkąd tylko stał się świadomy uczuć, chciał ożenić się właśnie z Pomoną. Nie chciał żadnej innej i przypieczętowali to niewielką ceremonią, po której mogli nazywać się już mężem i żoną. Oczekującymi potomstwa. Roselyn nigdy nie miała mieć tej szansy, ale prócz ostatniego kroku, jakim było złączenie się dorosłych, ich historia w żaden sposób się od siebie nie różniła. Nie oceniał czarownicy ani wówczas, ani aktualnie. Wiedział, przez co musiała przechodzić — był wszak u jej boku. Nie oznaczało to jednak, iż potrafił całkowicie odtwarzać towarzyszące czarownicy emocje z kobiecej perspektywy. Nie, ale nie oznaczało to, że ją odrzucił — osobowość astronoma pozwalała na wiele empatii i współczucia. Był więc przy samotnej matce jak i maleńkiej córce od samego początku ich walki o przetrwanie. Wówczas jako przyjaciel, później pozwalając, by stać się ich gospodarzem. Chciał dać im teraz bardziej niż kiedykolwiek przynajmniej najdrobniejszą namiastkę bezpieczeństwa i wolności. By ukryte pod srogą opieką Macgillycuddy’s Reeks, chociażby pod osłoną nocy nie musiały czatować na nagły pożar w sąsiedniej kamienicy lub godzinę policyjną. Wiedział, że nie było to idealne rozwiązanie. Wiedział, że nie uszczęśliwiało to ich w żaden sposób, ale czy w ogóle mogli sobie pozwolić na taki luksus? Czy nie równało się to z natychmiastową możliwością utraty tego szczęścia? Teraz... Skoro na szali znajdowało się tak wiele do utracenia, a kuszenie losu wydawało się jedynie przyciągać ryzyko. Czy nie stracił już wystarczająco? Czy w kolejce nie ustawiali się kolejni? Ale czy nie był w tym wszystkim hipokrytą? Byłby nim, gdyby się nie bał. Podejmował się jednak tego wszystkiego — publikacji książki tak bardzo drażniącej delikatne ego konserwatystów, sympozjum; rywalizując w retoryce z samym mistrzem kłamstwa i naginając granice; nie ustępując korupcji; powoli budując podziemny krąg szkolnictwa; ukrywając zbiegów wspierających Zakon Feniksa. Miał dzieci i dla ich dobra nie powinien był ryzykować. Ale czy na pewno? Czy jego synowie chcieliby mieć ojca, który stał z boku i niczego nie zrobił, by ratować brutalnie gwałconą wolność? Gdyby coś się wydarzyło, gdyby go zabrakło, wiedział, że Śpioszek znał procedurę zadbania o niewinne dzieci. Jako dorośli, zrozumieliby. Zrozumieliby, że dla prawdy należało coś poświęcić.
Jaka jednak prawda kryła się za tym, co przyciągało jego spojrzenie ku Roselyn? Sama myśl o niej, obraz, obecność powodowały ocknięcie się uśpionych instynktów, które ucierpiały, gdy źródło spełnienia zniknęło. Gdy kompania kobiety odpowiadającej jego łaknieniu i odpowiedzialnej za zaschnięte gardło została mu odebrana. Nie chciał się przyznawać, że cokolwiek podobnego mógł poczuć do jakiejkolwiek innej. Jakżeby zresztą mógł... Czy to nie było niczym zapomnienie? Zaniechanie, odrzucenie tego, co posiadał z własną żoną? To ją pokochał pierwszą i nie znał innego wymiaru miłości w romantycznej aranżacji, dlatego mógł ciągle w swej ignorancji i zaślepieniu tęsknotą negować wszelką prawdę. Tę prawdę, jaką zdiagnozował samoistnie, patrząc na młodego Thomasa Doe. Jestem samolubny? Samolubny pragnący szczęścia? Czy ktoś mógł być samolubny, by chcieć na nowo się roześmiać, poczuć się istotnym dla drugiej osoby, na nowo pozwolić sobie na złapanie oddechu w ramionach kogoś bliskiego? Czy ktokolwiek mógł winić dziecko pragnące szczęścia? Czy ktokolwiek mógł winić samotnych łaknących miłości? Czy mógł więc czuć coś dalej? Coś innego? Coś, co mogło powielić pragnienie, nie zatrzymując się wraz z utraceniem jednej ukochanej osoby? Jestem samolubny, Pom? Czy jednak to, co majaczyło w jego umyśle i ciele, mogło się wydarzać? W końcu wiedział, co to było. Już raz to czuł, gdy łaknienie przejmowało kontrolę nad trzeźwym myśleniem. Znał ten stan, tę emocję. Pytanie było jednak dlaczego? Dlaczego Roselyn? Przecież wyjazd do Szwajcarii miał ich rozdzielić i dać szansę na pozbieranie myśli. Na uspokojenie bijących uczuć, lecz sztorm wcale nie uległ wyciszeniu. Gdy wrócił, a tupot małych stóp rozradowanej Melanie uderzył w niego z falą wbicia się i mocnego uchwytu w pasie, delikatne gesty wróciły. Podsycając jedynie zagubienie. Myślał, czy nie była to zwykła tęsknota za kobiecą bliskością, jakiej pozwoliła mu zasmakować przy ostatnim spotkaniu, lecz nie był to fakt nie do obalenia. Nie czuł wszak tego w pobliżu Maeve czy którejkolwiek innej, bliższej mu kobiety. Nie wodził spojrzeniem nawet nieświadomie za sylwetkami, a z nią łapał się na myśleniu o kilku niewielkich dotknięciach, które pozostawiły na jego skórze niewidzialne, lecz wciąż palące ślady.
Takie jak to, które współdzielili przez ułamek chwili, gdy pozwolił sobie na niewerbalne wsparcie. Chciał tam z nią być bez względu na wszystko. Chciał ją wesprzeć, bo wiedział wszak, ile kosztował kobietę powrót do rodzinnego domu. I nawet jeśli był odbudowany, układ wciąż pozostawał ten sam. Rozkład pomieszczeni, ich wielkość, niektóre elementy wciąż utrzymały się pomimo pożaru. W gorejącej pamięci uzdrowicielki, wnętrza stały w płomieniach, aż nie pozostał po nich jedynie proch. Pan Wright mocą swoich zdolności przywrócił miejscu dawny całokształt, ale czy możliwe było przełamanie traum z nim związanych? Jayden wierzył, że było to możliwe, lecz Roselyn nie mogła zrobić tego sama. To w poczuciu rodzinnej wspólnoty i wsparcia ozdrowienie mogło zaistnieć. W poczuciu bezpieczeństwa i pogodzenia się z dawnymi dniami. Z przejściem dorosłej żałoby i stanięcia twarzą w twarz z bolączkami. Chciałby móc ją przed tym ochronić, ale nie mógł być przy niej bez przerwy. Musiał dać jej przestrzeń, w której miała znaleźć własne odpowiedzi. Musieli nauczyć się żyć oddzielnie, chociaż dopiero co zaczęli uczyć się siebie na nowo w tak bliskiej przestrzeni. Wizja zwiększenia dystansu oddzielającego ich nie tylko w sposób czasowy, ale także fizyczny, wzbudzała pewnego rodzaju niepewność i niepokój. Tęsknotę za czymś jeszcze nieutraconym, ale sam przedsmak powodował dyskomfort. Cicho wspierał jej decyzje, nie pozwalając jej w nie wątpić. Bo nie protestował, otwarcie nie negował chęci przeniesienia się ku znajomym stronom.
W efekcie znalazł się wszak tam. Stojąc przed wielkim ogniskiem i pozwalając, by trzaskające po drwach płomienie ogrzewały wymęczoną tygodniem twarz. Tutaj, między szkockimi wzgórzami odzyskała jednak pewną dawną młodzieńczość, mimo że nie biła ekspresyjnością, jak ludzi zgromadzonych wokół. Uważny, w większym stopniu milczący wodził spojrzeniem za jedną z wirujących na drewnianym parkiecie sylwetek, wiedząc, że nie był w tym sam. Wiedział, że wiele par oczu wpatrywało się tam, gdzie i on i uważnie przyglądało się jemu samemu. Obcemu przyprowadzonemu przez jedną z nich. Nie bał się zostać wśród nieznanego sobie grona. Nie bał się zostać przez nią opuszczony — w końcu nie miała go tam zostawić. Nie tak naprawdę. Finalnie to on miał zniknąć, odejść, wrócić do Irlandii bez niej.
Słuchał jej uważnie. Słuchał każdego słowa, jakie padało oraz z jakim tonem zostało wypowiedziane. Nie były one nieszczere — to wiedział na pewno. Niczym pijana momentem wydawała się tak całkowicie i bezsprzecznie czarująca, że nie zamierzał jej odbierać tego stanu. Chciał, aby się nim radowała jak najdłużej i nie myślała o nikim innym, a jedynie o sobie. W końcu to, co się działo, było dla niej. Gdy wspomniała o swoim ojcu i jego opiece, pokiwał głową, kryjąc delikatny uśmiech rozbawienia w odwróceniu twarzy od czarownicy. - Bardzo cię kocha. Nic dziwnego, że mi nie ufa. Będąc na jego miejscu, zapewne też odnosiłbym się do siebie z podejrzliwością. - Przeniósł na nią uwagę pod koniec wypowiedzi, by odetchnąć już pewniej i z łagodniejszym wyrazem twarzy aniżeli ten wcześniejszy. Gdzieś w tle wiedział, że czaiło się uważne spojrzenie pana Wrighta. Nie musiał patrzeć, by wiedzieć. Astronom zignorował tę świadomość i skupił się na córce swojego gospodarza. A ci? Jak się tutaj podoba? Dopiero wtedy też ogarnął wzrokiem otoczenie — ludzi, ognisko, skupił się na słowach, śmiechach — mógł odpowiedzieć. A ona mogła dostrzec, że mówił prawdę. - Przypomina mi to Hogwart. Ten z lat wcześniejszych. Głośne, radosne krzyki. Ogniska rozpalane przez gajowego na rozpoczęcie nowego roku. Muzykę. - Spuścił na moment głowę, pozwalając, by łuna bijąca od ognia zatrzymała się na jego łukach brwiowych powodując zaciemnienie głęboko osadzonych oczu. Naprawdę tęsknił za tamtymi czasami, gdzie nie było ograniczeń, a zło zdawało się ich nie imać. Gdzie szczęście można było usłyszeć, zobaczyć, poczuć. A teraz... Hogwart wcale nie przypominał miejsca, jakie znał. Jakie chciał, aby zamek sobą prezentował. Zamyślony nie zdawał sobie sprawy z faktu, iż odpłynął na moment, nie rejestrując tego, co działo się wokół niego. Z dłońmi wbitymi w kieszenie spodni profesor przypominał zadumany posąg, na straży, którego stała właśnie ona. Czarownica. W pewnym momencie muzyka jednak złagodniała, spowalniając wcześniejszy rytm idealny do skocznych kroków, wybijając równocześnie mężczyznę z własnych rozważań i sprowadzając go na ziemię. Zamrugał, łapiąc się na swoim zagubieniu, ale wciąż tam był. Dostrzegł przed sobą parę osób w zamglonych oparach gorącego od ognia powietrza, a wraz z niewidzialną mocą zrobił krok w tamtą stronę, by finalnie obrócić się jeszcze ku przyjaciółce. Wyciągnął dłoń w jej kierunku, czekając, aż miała ją przyjąć lub odrzucić. Na jego twarzy malował się jednak ciepły uśmiech, w swej delikatności wciąż odznaczający się mniejszą ekspresją aniżeli emocje rysujące się wśród ciepłokrwistych szkockich górali. Wiedział jednak, czego chciał. Wiedział, że noc dopiero się rozpoczęła, a oni mieli z niej czerpać. - Dotrzymaj mi towarzystwa, Roselyn. - Dokładnie tak jak zadeklarowała się jeszcze kilka minut wcześniej, gdy wybroniła go przed zaproszeniem innej kobiety. Skąd jednak wiedziała, że nie chciał też pozwolić sobie zapomnieć chociaż na chwilę o tym, co się wokół nich działo? Szczególnie że dla niego... Teraz... Istnieli tylko oni. Nie było więc wstydu, oceny, krzywych spojrzeń. Byli oni nieprzejmujący się zdaniem innych.


Maybe that’s what he is about. Not winning, but failing and getting back up. Knowing he’ll fail, fail a thousand times,
BUT STILL DON'T GIVE UP
Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Highlands [odnośnik]05.11.21 0:23
Sama się osądzała. Doskonale wiedziała, że robią to też wszyscy wokół. Współczują jej czy też krytykują jej głupotę. Sama nie wiedziała co ubliżało jej bardziej. Pozycja ofiary czy głupiutkiej młódki, która dała się uwieść nigdy nie wypełnionym obietnicom,. Wszystko to budowało odbicie, w które nie chciała spoglądać. I były też to co boleśnie szarpało za zwykłą dumę, pewność siebie. Rozbudowana w jej umyśle wizja kobiety, która nie potrafiła utrzymać przy sobie mężczyzny. Zbyt zapatrzona w przyszłość, w której z dumą nosiła szpitalny kitel. Przyszłość, która wymagała tak wielu poświęceń, nakładu pracy i skupienia na jej realizacji. Nie przykładała się do domowych sprawunków. Gotowała co najwyżej miernie. Sprzątała, ale nigdy nie było czasu na zaprowadzenie porządku. Bardziej ją frasowały nowinki medyczne niźli te tyczące się najmodniejszych krojów sukienek. Nie nadawała się do bycia jedną z tych uśmiechniętych, idealnych żon z ruchomych plakatów, czasopism dla pań domu, które serwowały tylko i wyłącznie szczęście. Nie była też jedną z tych kobiet, takich które widywała jedynie na ulicach Londynu - po prostu pięknych, świadomych własnego powabu i skutecznie go wykorzystujących. Takich, które dostawały wszystko czego pragną. W zderzeniu z nimi wydawała się być po prostu zwykła. Pospolita. Taka, o której łatwo było zapomnieć. Zdawała sobie jak desperackie było sięganie w głąb siebie tak bardzo płytko. Nie była dziewczyną z plakatów czy figurą mijaną na ulicy. Człowiekiem z krwi i kości, który nosił w sobie znacznie więcej niż wygląd, czar czy wychowanie na wzorową żonę, a jednak ta perspektywa pozostawiała ją w pewien sposób wybrakowaną. Nie dość kuszącą by zawrócić w głowie, zbyt marudną by wpasować się w wizję wdzięcznej piastunki domowego ogniska. Wtedy jednak czuła się temu winna, bo jako kobieta była po prostu niewystarczająca. Pewnego rodzaju zrozumienie miało przyjść z czasem. Dostrzeżenie tego co jej umykało. Aż i w końcu decyzję jakie podjął Anthony przestały ją definiować. Dojrzała do tego, aby spoglądać na przyszłość. Mimo wszystko wizja tego człowieka zastygła w niej na wiele, wiele lat. Nie była już mu niczego winna, ale wciąż zajmował miejsce w jej życiu, którego nie mógł zająć żaden inny mężczyzna. Był jej jedynym. Nie, dlatego że oczekiwała jego powrotu. Ojcem Melanie miał być już na zawsze. Mężczyzną, którego pierścionek przyjęła, któremu była gotowa była przyrzec wszystko co żona dla męża. Wbrew własnym uczuciom względem jego osobie. Wciąż był tą częścią przeszłości, która nie miała znaleźć swojego odpowiednika. Dlatego nigdy też go nie poszukiwała. Nie wyobrażała sobie innego mężczyzny, który miałby wypełnić pozostawioną po nim pustkę. To wydawało się być niestosowna w każdym wymiarze. Jak mogła oczekiwać, by na jej drodze stanął ktoś kto miał stać się figurą ojca w życiu jej córki? Jak mogła oczekiwać, że jakikolwiek mężczyzna był w jakikolwiek na to gotowy? Wiła paskudną wizję przyszłości, w której Melanie miała pozostać jedynie córką innego człowieka. Założyłaby rodzinę, ale jej córka wciąż pozostawałaby obcą. Dzieckiem innego ojca. Podrzutkiem, którym wypadało się zaopiekować. I nie mogła tego zaakceptować, więc zawsze uważała, że lepiej będzie im po prostu we dwójkę. Nawet jeśli w jakiś sposób miały pozostać wyklęte. Nie widziała siebie obok innego mężczyzny. Już od dawna wiedziała, że w żaden sposób nie potrafiła dopasować się do czyjejś wizji, być tym czym ktoś oczekiwałby, żeby była. Zbyt długo żyła sama. Zbyt długo stanowiła sama o sobie, by być zdolną do tego, by pozwolić by ktokolwiek inny podejmował za nią decyzję. Nie była pewna czy potrafiła zdobyć się na ten intymny rodzaj oddania, gdy zaufania zostało naruszone .
Dlaczego więc umysł kolejny raz płatał jej figle? Dlaczego mimo własnej woli czuła to czego wcale czuć nie chciała. Nie tylko emocjonalną, ale i fizyczną potrzebę bliskości. W miejsce tego co pozostawało niegdyś tak bardzo czyste i nienaruszone wszystkim tym czego doświadczyła. Teraz stało się niemalże wstydliwe, niestosowne. Było czymś czego zaczęła pragnąć i jednocześnie tym co chciała od siebie odrzucić jak najdalej. To nie wydawało się być odpowiednie. Patrzeć na niego w ten sposób. Świadoma, że stracił żonę. Że ufał jej niegdyś tak bardzo, że nie oczekiwał po niej żadnego rodzaju kobiecych sztuczek. Że właśnie ona wśród wszystkich kobiet mogłaby na niego spojrzeć właśnie w ten sposób. I tym, że dom, który zamieszkiwała był przygotowany dla innej kobiety i ona również przyjęła ją pod swój dach. Jej relacja z Pomoną nie była zażyła, ale jednak ta pozwoliła na to, aby przez jakiś czas Rose wraz z córką znalazły schronienie w Thaech Fael. Przede wszystkim ufała swojemu mężowi, ale kredytu zaufania musiała udzielić również dla Roselyn. Teraz Wright czuła się tego boleśnie winna. Tego jak bardzo, niepostrzeżenie przez te kilka miesięcy pozwoliła sobie na to, aby się od niego uzależnić. Od obecności rodziny Vane’ów. Od tego co w jakiś dziwny sposób zaczęli tworzyć. Opiekowali się swoimi dziećmi, oddawali im serca, żyli razem w tym wielkim domu. Co prawda na przestrzeni ostatnich miesięcy jedynie obok siebie. Przyzwyczaiła się do tego, że gdy Jayden nie mógł to ona tuliła jego synów do snu, że pomagała mu się nimi zajmować.
Czuła się winna tego co stało się wtedy. Tego co czuła, bo chociaż szukała racjonalnych odpowiedzi, nie mogła ich kompletnie odnaleźć. Tego, że być może kierowały ją jedynie instynkty, potrzeby. Coś na co nie było między nimi miejsca, a na Godryka, tak bardzo nie mogła go teraz stracić. Nie, gdy zdawać się mogło odzyskali chociażby cząstkę siebie. Nie, gdy obiecali sobie, że przestaną niszczyć, a na budować. To wszystko pozostawało poza jej kontrolą. To wszystko frustrowało tak bardzo. Wszystko się tak bardzo pomieszało. On, ona. Rwąca żyły tęsknota i potrzeba by wypełnił ziejącą w niej samotność. I miejsce, które w jej życiu zajmował tylko i wyłącznie on. Żaden inny mężczyzna czy kobieta. Jak mogła mylić tych dwie kwestie. On zaś milczący, nie tak bezpośredni jak kiedyś, wcale jej tego nie ułatwiał. Zniknęła swoboda, a w jej miejsce nastało ciężkie napięcie. Wyczuwalne ilekroć dzielili przestrzeń. Przesycone słowami, wątpliwościami, pytaniami. Chciała się przebić przez jego skorupę, własne urojenia. Próbowała zakonserwować chociaż najmniejszą cząsteczkę ich dawnej normalności. Ta jednak uleciała napędzana mocą emocji gotujących się w dwójce czarodziei.
Dziś milczenie przychodziło znacznie bardziej swobodnie. Oboje mieli za sobą długi dzień, a ten nie miał skończyć się tak szybko. Wyrwana z chwilowego letargu, skupiła spojrzenie na twarzy profesora. Cień wewnętrznego konfliktu przełamał łagodne rysy. Miał rację. Wiedziała, że ojciec miał wszelkie prawa się o nią martwić, a ona sumiennie od miesięcy mu ich odmawiała. Czuła się jednak przy nim jak dziecko. I była nim. Jego dzieckiem. Dzieckiem i trzydziestoletnią kobietą, która już dawno przebiła się przez bariery dorosłości i chciała być w ten sposób traktowana. - Mógłby przypomnieć sobie o tym, że jesteś tu od tak bardzo dawna, że zasługujesz na to by ci zaufać - stwierdziła. Krępowało ją jak bardzo pan Wright stał się dociekliwy w stosunku do Jaydena. To co ona chroniła, to czego pilnowała, aby nie wyszło na powierzchnię było przez niego obnażane. Coś niedostrzegalne dla nich, a widoczne dla niego.
Kącik ust uniósł się w krótkim uśmiechu, refleksie reminiscencji tamtych lat. Myśli o miejscu, do którego należało tak wiele ich wspomnień - tych ciepłych, szczęśliwych, beztroskich. Spojrzenie mimowolnie sięgnęło oczu profesora, próbując odnaleźć je w cieniach rzucanych przez gorące płomienie ogniska. Zamiast tego obserwowała jedynie taniec światła przemykający po jego twarzy. Ciężko było odgadnąć co kryło się w jego głowie. Czy pozwolił sobie na to, aby podobnie jak ona wrócić na chwilę myślami do tych pogodnych lat czy może czaiło się tam coś ponurego? - A co myślisz o domu? - dopytała, ciekawa tego co sądził o miejscu, w którym miała zamieszkać. Oczywiście, był znacznie mniejszy od starej posiadłości Vane’ów, nie sądziła jednak by Jayden miałby jej to wytykać. Wychłodzony, pusty, pozbawiony tych elementów, które opowiadały historię ich obecnych mieszkańców. Tam kryły się jedynie wspomnienia. Ona dostrzegała w nim jednak swojego rodzaju potencjał. Widziała krzew dzikiej róży porastający werandę, wykorzystujący lata nieużytku i zaniedbania, odosobniony kącik, w którym mogłaby zebrać biblioteczkę ulubionych książek. Widziała miejsce, które mogłaby uczynić swoim domem, jeśli tylko starczy jej na to sił. Motywacji. Nadziei.
Pozwoliła, aby te rozważania na chwilę pochłonęły jej uwagę. Wzburzone w końcu jego słowami. Dłoń mimowolnie odnalazła oparcie w tej jego. Zanim jeszcze przemówiła, zanim zdążyła poczuć cień niepewności. Dostrzegając jedynie łagodny uśmiech malujący się na jego ustach. Poczuła jego ciepło wyczuwalne przez materiał rękawiczki, dziesiątek barier, które ich dzieliły - Jeśli obiecasz, że nie zostawisz mnie samej po pierwszej piosence.
Wyprzedziła go, prowadząc własną ścieżką, wciąż zaciskając palce na tych jego, aby nie zgubić go w tłumie. Jej łatwiej było przemykać między sylwetki, prosić o przejście. Odwróciła się do niego dopiero gdy dołączyli do reszty tańczących.
Ktoś zachęcił Annys, niewiele starszą od niej czarownicę, aby odśpiewała Medhel an Gwyns, w rytm melodii jej słów ułożyła dłoń na jego ramieniu, nieznacznie zbliżając się do niego biodrami, starannie strzegąc granicy między ich ciałami,. Uniosła podbródek by złamać różnicę wzrostu, by słowa nie uciekły zagłuszone dźwiękiem instrumentu - Myślę, że będziemy mogły wyprowadzić się, gdy nadejdzie wiosna. Odzyskasz swój dom - Nie wiedziała dlaczego powiedziała to właśnie w tym momencie. Przez kilka długich, głębokich oddechów poczuła jak bardzo będzie to trudne. Nie widzieć ich każdego poranka. Zastanawiać się nad tym co się z nimi dzieje. Czy jest im dobrze? Czy może w Thaech Fael dzieje się coś niedobrego, coś niedostrzegalne dla tego kto nie był jego mieszkańcem. Wiedziała, że będzie tęsknić. Wiedziała, że opuszczając Irlandię zostawi tam cząstkę siebie, zostawi tam ich i z nim nie będzie tak łatwo jej się rozstać. Chciała dodać sobie odwagi. Usłyszeć od niego, że przecież wszystko będzie dobrze. Że wszystko odbywa się w takim porządku jaki sobie obrali. A może bardziej chciała usłyszeć, że on również będzie tęsknić, że jej obecność pozostawi po sobie ślad, że ich wspomnienie nie uleci przy pierwszym powiewie cichego wiatru. Że to nie sprawi, że o sobie z zapomną, że będą do siebie pisać, dalej się widywać, że jeszcze będzie miała szansę utulić do snu Samuela, Ardena i Cassiana, że jeszcze raz będzie miała szansę przemknąć nocą do kuchni i przyłapać tam Jaydena tak zafrasowanego własnymi badaniami, ledwie dostrzegającego jej obecność. Coś nowego wiązało się z tym, że musiała rozstać się z tym co było. Dochodziło do niej, że łatwiej było jej to planować, gdy wiedziała, że gorzeje między nimi konflikt. Teraz niewidoczna bariera sprawiała, że nie potrafiła zdobyć się na wykonanie kolejnego kroku



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Highlands [odnośnik]05.11.21 13:22
« Mówisz mi, a ja zapominam; uczysz a zapamiętuję; angażujesz mnie, a ja się uczę »
W przeciwieństwie do Roselyn Jayden nie miał tylu lat popadania w autoanalizę z uwagi na całkowicie inny przebieg własnego procesu zakładania rodziny. Szybszego, bardziej skondensowanego, nie tak odległego w czasie. Wszak dopiero co minął grudzień, zakreślając linię jednego roku od pierwszej nocy, jaka rozpoczęła kolejne zmiany w życiu astronoma. Rozwinięcie się nowego życia, a wraz z nim przywiązania dwóch ludzi zagubionych we własnych emocjach i myślach. Burzliwy początek, jak i burzliwy koniec wybrzmiewał w tym, czego się podjął. Nigdy jednak nie żałował. Nie żałował przyjścia pod drzwi Pomony, ich rozłąki, a także późniejszego stawiania powolnych kroków w budowaniu odwróconej — w oczach innych — rodziny. Wszak wpierw powinni byli wziąć ślub, wejść w posiadanie domu, podczas gdy dzieci miały przyjść na samym końcu, pozwalając im utrwalić się w małżeńskiej więzi. Tak się jednak nie stało i Jayden nie chciałby nawet, aby stało się inaczej. Wszystko, co się wydarzyło, wydarzyć się miało, by finalnie stał się ojcem dla trójki chłopców, bez których aktualnie nie wyobrażał sobie własnej egzystencji. I chociaż los okradł go z towarzystwa ukochanej kobiety, nie zatrzymał się, by pozwolić sobie na alienację od żywych. Uczył się samotnie, co oznaczało być ojcem, mimo iż kroki poprzedzające miały widnieć pod znakiem męża i żony złączonych w rolę rodzicielską pod wspólnym sztandarem. Ciężar opadał na jego ramiona boleśnie, jednak się nie poddawał. Miał pomoc od innych, ale chociaż mogła ona zastąpić w technikaliach utraconą ukochaną, nie mogła zapełnić pustki emocjonalnej, jaką odczuwał czarodziej. Od tamtej pory stawał na głowie, aby zapewnić swoim dzieciom wszystko, co najlepsze nie opuszczając, nie okradając ich z własnej obecności. To było trudne — pogodzić bycie nauczycielem, opiekunem wobec uczniów oraz samotne rodzicielstwo. Szczególnie że po letniej kłótni z Roselyn unikał przesadnego proszenia przyjaciółki o wsparcie, ograniczając się do możliwego minimum. Nauczyło go to zdecydowanie organizować sobie czas, a przy możliwej pomocy rodziców nie musiał w niepokoju zastanawiać się, co się działo z chłopcami, gdy udawał się na zajęcia w Hogwarcie. I mimo iż wciąż znajdował się w trybie układania sobie dnia codziennego, robił to głównie z myślą o innych. Gdzie w tym wszystkim było miejsce dla rozważań nad samym sobą? Nad tym, jaki był i jaki być powinien? Oczywiście — trawiły go nieustanne wyrzuty sumienia, ale nie łączyły się one z głęboką analizą, jakiej dokonywała na przestrzeni lat Roselyn. Jego myśli krążyły w ostatnim czasie niczym szalone wokół tematu ponownego związania się z kimś, lecz nie z własnej potrzeby, a dla dobra chłopców. Musieli mieć matkę. A on potrzebował żony... Nie chciał, nie był w stanie angażować się w owy proces emocjonalnie, bo wciąż myślami oraz sercem był przy Monie. Rozsądek, myślenie o przyszłości innych były wszak istotniejsze od emocjonalności jednego mężczyzny.
Nie planował poruszenia delikatnych strun uśpionych, stęsknionych instynktów. Nie planował przebudzenia głodu, o którym przypomniały sobie umysł razem z ciałem w najmniej oczekiwanej chwili. Nie mógł zaprzeczyć — mimo że bardzo by tego pragnął — że będąc blisko kobiety, stał się niemalże łakomy, łaknący większej ilości doświadczeń. Raz skosztowane zdawały się palić go od środka, nie pozwalając trzeźwo myśleć. Więcej zapachu, więcej smaku, więcej dotyku. Więcej, silniej. Szybciej. Vane czuł się nieswój, czując, jak trwające jak dotąd w milczeniu, zwierzę obserwowało tę, która mogła zapewnić mu sytość. Mogła? Rozum nakazywał mu odwrócenie się i zaprzestanie tego prymitywnego łowu nad kimś, kto był całe życie dla niego jedynie dobry. Logika i zdrowy rozsądek mówiły, iż brakiem szacunku było pożądanie jej w taki sposób. Dlaczego jednak silniejsza, bardziej demoniczna moc szeptała mu, że nie kontrolował własnych instynktów nie bez przyczyny? W końcu gdyby chodziło jedynie o czysto cielesną tęsknotę, czy nie poczułby jej wcześniej do kogoś całkowicie innego? Mimo iż wojna trawiła ich rzeczywistość, piękne kobiety nie zaprzestały przecież egzystować w społeczeństwie. Widział je każdego dnia, a mimo to prócz mentalnego przyznania im piękna, nie chciał niczego więcej. Były niczym rozsiane po łące kwiaty — cudowne, zapierające niekiedy dech w piersiach, lecz żaden z nich nie wybijał się bardziej aniżeli inne.
Jej obawy były więc z oczywistej perspektywy zasadne. Ich relacja nie należała do typowych rozwijających się między mężczyznami i kobietami od początku posiadająca znamiona czegoś wykraczającego poza normalne rozumowanie. Nie patrzyli na siebie jak na sylwetki własnego pragnienia i pożądania, nie biorąc podobnych kategorii nawet pod uwagę. Jakżeby wszak mogli? Wobec siebie? Wydawało się to swego czasu nienaturalne i niezmienne. Trwające na kolejnych etapach życia. Nie było fizycznego łaknienia, gdy dorastali. Gdy byli młodymi dorosłymi. Gdy zarówno ona, jak i później on weszli w związki. Gdy stali się odpowiedzialni za innych. Nie było w nich zazdrości, bo przecież życzyli sobie jak najlepiej i nigdy nie plasowali się jako własne figury partnerskie. Żyli obok siebie, nie ze sobą. Nie potrzebowali niczego więcej, ale teraz... Teraz Jayden nie potrafił oddzielić trwających w nim myśli związanych z intymnością momentów od przyjaźni, jaką posiadali. Przecież już to wiedział. Już raz to przeżył, gdy zakochał się w przyjaciółce. Gdy czuł, iż podstawy, jakie mieli, pozwoliły im na zespolenie umysłów w sposób odmienny niż zawsze, ale wcale nie gorszący. Czy to było jednak to samo, czy jedynie jego wyobraźnia zmieszana z bólem tęsknoty osadziła swoje najskrytsze pragnienia w sylwetce drogiej mu czarownicy? Ale przecież czuł, że zmieniło się też coś w niej samej. Jak na niego reagowała i nie mogła to być przecież jedynie jego wyobraźnia. A może nie wiedziała, jak zareagować na to, co robił, nie chcąc go od siebie odtrącić? Wyczuwał od niej niepewność, lekką obawę, lecz nie strach. Nie nieszczerość. Jak mogła być bardziej autentyczna niż wówczas, gdy zostawiał ją bezbronną?
Czy była bezbronna i teraz? Otoczona swoimi bliskimi, radośnie nucąca wraz z nimi narodowe przyśpiewki, tupiąca w rytm muzyki w drewniany podest? Czy była odarta z wszelkich tarcz, jakimi mogła się przed nim obronić? Czy może jej najsilniejsza tarcza była równocześnie jej klęską? Mógłby przypomnieć sobie o tym, że jesteś tu od tak bardzo dawna, że zasługujesz na to, by ci zaufać.
- To nieprawda. Twój ojciec dobrze wie, że gdyby nie ty, nie byłoby mnie tu wcale. - Nawet słowa, które wcześniej nie miały nasączenia drugim dnem, zdawały się aktualnie takowe posiadać. Mówił wszak o tym, że był tu przez nią czy jednak mówił o tym, że był tu dla niej? Sam nie do końca potrafił szczerze odpowiedzieć na każde zadane pytanie, jakie na przestrzeni ostatniego czasu pojawiły się w jego umyśle, ale to jedno mógł rozszyfrować bez zawahania. Jakaś kobieta przeszła między zgromadzonymi z tacą parującego grzańca, a gdy zatrzymała się przed profesorem, wysunęła dłoń, wkładając ciepły kubek w ręce mężczyzny. Uśmiechnęła się przy tym zachęcająco, by w chwilę później zniknąć dalej, robiąc dokładnie to samo z resztą osób. Przez chwilę Jayden wahał się, jakby zastanawiając się, czy mógł, lecz gdy w końcu uniósł alkohol do ust, nie pożałował. Zziębnięte gardło z cichym mruknięciem zadowolenia przyjęło podarunek, gdy słodkawy smak rozlał się w jego wnętrzu, a przyjemność wykrzywiła męskie wargi. Wypicie grzanego wina pozwoliło mu również zastanowić się przez moment nad odpowiedzią na pytanie zadane w międzyczasie przez Rose. - Imponujące dzieło - odniósł się wpierw do dokonania pana Wrighta. - Prezentuje się też idealnie pod dom dla ciebie, jak i Mellie. Gdy weszliśmy, od razu wyobraziłem sobie, jak zagarnia kolejne przestrzenie dla siebie i tworzy je swoimi. Miałem ci nie mówić, ale twoja córka urządziła sobie mini biurko w moim gabinecie. Nie wątpię, że znajdzie własną pracownię i tutaj. - Nie raz wszak gdy zajmował się sprawami uczelni, czy związanymi z badaniami, Melanie wdrapywała się mu na kolana bez pytania o zgodę i prosiła o wyznaczenie jej jakiegoś zadania. To, co mógł, przekazywał pod jej nadzór. Oczywiście, że nie zrzucał na nią czegoś, z czym nie była w stanie sobie poradzić, ale z sortowaniem radziła sobie świetnie. To właśnie takich momentów miało mu brakować najbardziej, gdy obie Wrightówny miały opuścić Killarney, zostawiając za sobą pustkę.
Teraz jednak cieszył się jeszcze towarzystwem starszej z nich. Gdy przyjęła jego dłoń, uśmiechnął się szerzej, a drobne zmarszczki okoliły skronie, gdy ogień odbił się w jasnych oczach. Jeśli obiecasz, że nie zostawisz mnie samej po pierwszej piosence. - Obiecuję. - Jego urwane słowo rozpłynęło się w powietrzu, bo nie potrzebowała jego zapewnienia, by ruszyć przed siebie. I chociaż to on wystąpił z propozycją tańca, ona poprowadziła go przez nieznany tłum. Uzupełniała go i wspierała tam, gdzie mógł nie znać drogi. Nie było to jednak istotne — nie, jeśli trwali razem, a gdy szła przed nim, wiedział, że nawet oślepiony mógł jej ufać. W końcu jednak zwolniła, aż zatrzymała się, kładąc palce na męskim barku. On pozwolił sobie za to otoczyć ramieniem jej talię i chociaż skrywaną pod grubą warstwą materiału, wyczuwalną we wcięciu kobiecego ciała. Gdy kobieta strzegł dystansu, Jayden pilnował, by nie stał się on zbyt bolesny. Zanim jednak rozpoczęli, druga z dłoni ukryła się za jego plecami, gdy oparli się o siebie jedynie prawymi bokami, lokując spojrzenia jedynie na sobie nawzajem. Delikatne dźwięki rozpoczynającej się pieśni wskazały wszystkim parom tempo, synchronizując zgromadzonych w jedno. Spokojne czerpanie przyjemności z urwanego momentu wśród wzburzonej rzeczywistości nie trwało długo, gdy kolejne ze słów padły ze strony Rose. - Dlaczego tak mówisz? - Pytanie Vane'a padło cicho, chociaż wiedział doskonale, że mogła go usłyszeć. Ponad muzyką, ponad podmuchem wiatru. Ponad rozmowami innych. Na jego twarzy znów pojawiło się coś, co przypominało smutek, ale także dziwnego rodzaju zawiedzenie. Spojrzenie uciekło mu w bok, jakby był zbyt zawstydzony, by spojrzeć wprost na nią. Wszak nie mógł już ukrywać, że to, co powiedziała, go dotknęło. Że cała wizja ich odejścia bolała. - Wiesz, że nigdy go nie zagrabiłaś. Sam otworzyłem ci jego drzwi - zaprotestował, nie wiedząc, iż spięcie wyostrzyło linię jego żuchwy, gdy z trudem przełykał ślinę. Jej słowa zaaferowały go na tyle, że zgubił się w krokach i nie zmienił w porę partnerki, zostając wciąż przy Roselyn. - Chciałem, żebyście tam były. Wciąż chcę.
Cokolwiek jednak mogło zostać dalej powiedziane, nie ujrzało światło dziennego, gdy pieśń dobiegła końca, a tańczący zaczęli sie rozrzedzać, robiąc miejsce w centralnej części podestu. Odciągnięto również Jaydena i Roselyn do odpowiednich krańców — mężczyzn po lewo, kobiety po prawo. Profesor zdawał się być tym jednak nieporuszony, gdy spojrzenie wciąż wbijało się w przyjaciółkę naprzeciw. Nie słuchał też wypowiedzi innych ludzi, którzy najwyraźniej dawali mu instrukcje co do ciągu dalszego trwającej nocy. W pewnym momencie włożono mu w dłonie świecę, lecz dla niego odbywało się to jedynie za ścianą nieprzepuszczalnej mgły. Był wszak zaaferowany czymś zupełnie innym. Pierwszy raz od początku wieczora poczuł też prawdziwy chłód. Przejmujący i dotkliwy. Przebiegający dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Nie spowodowany niską temperaturą, a odczuciem niepewności i odtrącenia. Naprawdę chciała odejść? Czekała na okazję, by zniknąć? Sądziła, że jej tam nie chciał? Że chciał jak najprędzej się jej pozbyć? Dopiero głos stojącego obok niego mężczyzny i jego szturchanie, sprowadziły go na ziemię. - Obudź się, na Fingala! Potrzebujemy cię przytomnego! Zaraz rozpocznie się budzenie smoka.


Maybe that’s what he is about. Not winning, but failing and getting back up. Knowing he’ll fail, fail a thousand times,
BUT STILL DON'T GIVE UP
Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Highlands [odnośnik]15.11.21 1:10
Własne potrzeby majaczyły się gdzieś na skraju uwagi. Odrzucone na bok. Nie tak bardzo ważne i wymagające jak te, które stawiała przed nią najzwyklejsza codzienność. Te same, które niegdyś sprowadziły na nią kłopoty, te same które zdawać się mogło już w niej zamarły. Od dawien dawna nie spoglądała na mężczyzn w sposób w jaki robiła to tamta dziewczyna, którą już przecież od tak długiego czasu nie była. Ważnym było to co miała przed sobą. Zadbać o swoje dziecko, wychowywać je, zapewniać byt. Wykonywać swoją pracę - z oddaniem i sumiennością, bo nie mogłaby inaczej. Jej świat wymagał poświęcenia części siebie, których nie żałowała, bo przeszłość obdarła ją z fantazji o rodzinie, którą mogłaby mieć. W innym wypadku nie miało to żadnego sensu, nigdy nie chciała stać się tym za kogo ją uważano. Skupiła się na tym, aby tego nie czuć. Tęsknoty, potrzeby intymnej bliskości. Aby nie odczuwać tego, że coś straciła - coś czego miała wrażenie, że już nigdy nie odzyska. Nie chciała pozwolić sobie na myślenie o tym, że traciła znacznie więcej niż pożądanie kogoś i bycia pożądaną. Odpychała od siebie myśl, że ktoś mógłby się nią zaopiekować i ona mogłaby odwdzięczyć się tym samym, że mogłaby komuś oddać swoje życie i je z nim dzielić. Że mogłaby dawać i brać. Nigdy tego nie zasmakowała. Nie wiedziała jak to jest być kochaną. Nie w ten sposób. Jej mały świat sprzyjał temu, aby o tym zapomnieć. Dni były długie i ciężkie, a noce wypełniały strachy i troski. Nie było miejsca na fantazje. Nie było miejsca na to, aby tęsknić za czymś tak bardzo nieuchwytnym i jej nieznanym.
Z trudem przychodziło stawienie czoła myśli, że jedynie zapadła w długi sen. Te emocje, potrzeby drzemały głęboko w kościach, osadziły się na włóknach mięśni, wibrowały pod skórą, pod warstwami kolejnych tkanek. Jedynie je wyciszyła. Straciła nad nimi kontrolę, wypierając się z ich, a przez to nie potrafiła żyć z nimi w zgodzie. Nie chciała tego czuć. Nie chciała, aby wpływały na to w jaki sposób spogląda w stronę przyjaciela, by rzutowały na to w jaki sposób go traktuje i jak reaguje na jego obecność. Czyniły ją niepewną. W słowach, w gestach. Sprawiały, że nie rozumiała już samej siebie. Czy pragnęła zostać czy odejść. Być blisko, uczyć się od nowa. Go, siebie, siebie przy nim. Czy może lepiej stworzyć nową normalność, w której przecież inni ludzie tak dobrze się odnajdywali - utrzymać stosowny dystans. Stosowny dla osób w ich wieku, stosowny do więzi i historii jaką dzielili. Stosowną dla kobiety i mężczyzny, którzy byli starymi przyjaciółmi.
Potrzebowała oddzielić i przeanalizować te emocje. Przestać błądzić. Stąpała po niepewnym gruncie, jej cały świat był niepewny, ulotny. Jutro było jedynie jeszcze niewypełnioną obietnicą. Dziś zaś było tylko chwilą. Oni zaś trwonili je tygodniami.
Masz mnie.
Odkąd byliśmy dziećmi, masz mnie.

Jego słowa wciąż drżały w umyśle. Atakowały, gdy ten był najbardziej podatny. Stęskniony, wygłodzony jego brakiem. Ich szczerość pozostawiała ją bezbronną. Tęskniła tak bardzo, że odczuwał to każdy cal jej ciała. Czy czyniło ją to złą osobą jeśli chciała tego więcej? Więcej słów. Więcej bliskości. Że chciała przestać być tak żałośnie samotną. Emocje kumulowały się w niej i nie potrafiła dać im upustu,. Tworzyły chaos, którego do tej pory nie znała. I czuła się nieswojo we własnej skórze. Tej, która drżała wtedy pod dotykiem jego skóry. Jakby nie należała do niej. Nie było w tym nic racjonalnego, nie potrafiła tego kontrolować. Jej świat był niepewny i ulotny, a jedynym co trzymało go w ryzach była ta namiastka władzy, którą posiadała. Nad samą sobą.
Tu wśród tych ludzi, w miejscu które niegdyś znała, tu gdzie dorastała istniała zakonserwowana część jej osobowości. Jeszcze sprzed czasów, gdy była kimś innym. Gdy była beztroska, chociaż zawsze miała na karku, tu gdzie kiedyś była wolna. Była tym kim była. Łatwo było poczuć ich zew radośnie szalejąc w tańcu, łatwo było przypomnieć sobie o tym, że nie wszystko podlegało dogłębnej analizie, nie wszystko musiała kontrolować.
Słowa jednak wypełniały tą przestrzeń poczuciem, że teraz jest już kimś innym.
- Właśnie. Jesteś przy mnie. I jesteś tu od bardzo dawna. Dlatego odrobina zaufania, by nie zaszkodziła - odpowiedziała pewnie, chociaż wcale taka nie była. Kto miał w to uwierzyć? Jej ojciec, ona czy może sam Jayden. Że między gestami, spojrzeniami, obecnością nie kryje się więcej niż było do tej pory.
Pokręciła głową, gdy zaproponowano jej grzańca. Doskonale wiedziała jak zaledwie kilka łyków potrafiło zamącić w głowie. Szczególnie dla osoby, która rzadko pozwalała sobie na alkohol. Wolała nie ryzykować, chociaż zapach, ciepło bijące od kubków zachęcało, aby chociaż spróbować, rozgrzać zziębnięte gardło.
Pożałowała tego, gdy przeszywający wiatr wkradał się ukradkiem pod poły płaszcza, gdy prowadziła go w głąb tańczących, pożałowała gdy doszło do niej, że miałaby na co zwalić trywialność własnych słów. Nie pozwoliła by magia chwili ich porwała. Rose trzymała ją w ryzach, jednak nie chciała, aby jej słowa zabolały.
Niemalże dostrzegała trajektorie ciosu przebranego w słowa i reakcje jaką wywołały. Cień smutku, zawodu przemykający po twarzy Jaydena i spojrzenie, które uciekło, że ledwie utrzymali rytm kolejnych kroków.
Nie zdążyła odpowiedzieć.
Nie zdążyła zastanowić się nad tym co mogłoby sprawić, że ta ciężka, zawiesista atmosfera by zniknęła.
Bezwiednie przyjęła świecę. Raz po raz spoglądała w stronę astronoma, nawinie próbując dostrzec w jego oczach chociaż błysk zainteresowania, odrobinę fascynacji. Tą charakterystyczną dla niego ciekawość i chęć poznawania. Coś co upewniłoby ją w tym, że wszystko było już w porządku. Że nie przejął się jej słowami. Że opacznie ich nie zinterpretował.
Dostrzegała napięcie szczęki, że myślami był daleko stąd.
Otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale stary Mackenzie skutecznie ją od tego odwiódł.
Na chwilę skupiła wzrok na tym co było przed nią. Ludzie przestali wierzyć już w starych bogów i w ich panowanie nad mieszkańcami Wysp. W miejscach takich jak te wciąż jednak pamiętali. Zachowali tą cząstkę starej tradycji. Że aby coś dostać należało coś dać.
Ręka opadła luźno wzdłuż pasa. Nie musiała patrzeć, aby wiedzieć że ta jego była tuż obok. Zdawało jej się, że przeciąga tą chwilę całe wieki, gdy zahaczyła wierzchem dłoni o tą jego, gdy palce splotły się z jego palcami. Zacisnęły się na tyle mocno, aby nie mógł od niej uciec. Gdy w końcu doczekała się momentu, gdy Mackenzie zrobił kilka kroków, a oni pozostali w tyle. - Dałeś mi dom, gdy go potrzebowałam, Jay. Ale to zawsze będzie twój dom i zaskarbianie go sobie, byłoby wykorzystywaniem twojej dobrej woli. Za jakiś czas zapragniesz tego, żeby zrobić kolejny krok. Będziesz chciał mieć żonę, będziesz chciał, żeby twoje dzieci miały matkę, a ona nie powinna tam zastać mnie. Zawsze mi pomagasz, nie wyznaczasz mi granic, więc ja muszę to zrobić za ciebie.
Nie spodziewała się, że wypowiedzenie tych słów będzie tak bardzo trudne. Że z trudem wydostaną się z gardła, że nawet wyduszenie ich z siebie przyciszonym głosem było jak wydzieranie ich z głębi płuc.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Highlands [odnośnik]16.11.21 21:42
« Mówisz mi, a ja zapominam; uczysz a zapamiętuję; angażujesz mnie, a ja się uczę »
Świadomość upływających dni dokuczała. Świadomość zmarnowania minionych momentów bolała. Świadomość braku możliwości tego odrobienia sprowadzała motywację. Bo dlaczego chciałby, aby to wszystko się powtórzyło? Skoro łańcuch został przerwany, a oni wili nowy? Dlaczego miał pozwolić, aby historia zatoczyła koło i zostawiła go z niczym? Nie... Nie. Zostawiła z czymś o wiele większym i poważniejszym. Zostawiła go wybrakowanego, niekompletnego. Bo kto mógł walczyć z faktem śmierci istotnej części samego siebie? Kto mógł żyć nawet ze sprawnym ciałem, lecz bez bijącego serca? Kto mógł wybrzmiewać własnymi słowami, skoro odebrano mu duszę? Jak wciąż mógł być sobą, nie posiadając w sobie tego, co zniknęło? W takim stanie zdrowienie nie było możliwe. Można było po prostu nauczyć się funkcjonować z ubytkiem i stworzyć alternatywną wersję siebie. Taką, która dostosowała się do nowych warunków i nie utrudniała życia w codzienności. Wszak rzeczywistość nie czekała, aż ktoś zamierzał się podnieść. Wojna nie zatrzymywała się, czekając na to, aby słabi nadgonili silniejszych. To on musiał się dostosować. On musiał się zmienić. I nie tylko jeden raz, ale nieustannie. Wtedy gdy dowiedział się o śmierci Pandory i Mii. Wtedy gdy pokłócił się z Pomoną. Wtedy gdy się z nią pogodził i gdy zrozumiał, że ją kochał. Wtedy gdy podjęli decyzję o wspólnym życiu i wtedy gdy zobaczył po raz pierwszy list gończy z jej twarzą. Wtedy gdy urodzili się ich synowie i wtedy gdy odeszła. Wtedy gdy Billy przyniósł ją do domu. Od tamtego czasu Vane bez przerwy ulegał przemianom. Jedna za drugą kazała mu się dostosować, złagodnieć, zhardzieć, pójść na ugodę, stać przy swoim zdaniu. Roselyn nie znajdowała się więc już u boku chłopca, którego poznała całe lata temu — towarzyszyła komuś, kto nie znał samego siebie. Czego pragnął, jak powinien był się zachowywać, jakie decyzje winien podejmować? Skąd miał czerpać siłę, skoro bez względu na to, w którą stronę się oglądał, zostawał sam? A przecież potrzebował ich, by iść dalej. By w samotnym ojcostwie dostrzegać przyszłość, a nie jedynie wyzwania. Chciał przecież nie tylko wychowywać swoich synów, ale tworzyć możliwości dla garstki dzieci. Chciał móc nieść dla nich na barkach świat, jeśli tylko tego było trzeba. Sądził w pewnym momencie, że da radę w pojedynkę, lecz — jak za każdym razem — los wykazał mu błąd. Więc zaczął myśleć intensywnie o rozwiązaniu, a jedyne, jakie przychodziło mu na myśl, wywoływało w nim skręt żołądka. Myślał, że ponowny ożenek będzie rozwiązaniem jego problemów. Był tego pewien. Bo może nie mógł zapewnić przyszłej współmałżonce miłości romantycznej, mógł zapewnić jej wszystko inne. Mógł się starać, a ona przy wyrozumiałości, mogła zrozumieć. Ile istniało małżeństw, które wyzbyte były nawet i z tego? Dlatego właśnie zaczął wprowadzać plan w życie. Nie spodziewał się żadnych komplikacji, sądząc, iż nic nie mogło poruszyć poranionym sercem na tyle, by wprowadzić na nowo chaos. Bo i jakby mogło? Skoro to, co kochał tak mocno, umarło, musiało równocześnie zostać pogrzebane jego uczucie.
Dlaczego więc tak bardzo żebrał o jej uwagę, gdy w końcu pozwolili sobie na bliskość? Bliskość, która wcześniej nie miała takiego ciężaru. Wiedział, że to nie tylko na niego to wpływało. Tam, gdzie sunęły jego ręce, wyczuwał drżenie, jakiego wcześniej nie wyczuwał. Nie u niej. Sam także pozwalał na to, by mięśnie trzęsły się pod wpływem kobiecych eksploracji — wyjątkowo niewinnych, a mimo to mieszanka wytęsknionych ciał i emocji pozostawiła wyraźny impakt, odciskając się bezspornym śladem na jego psychice. Sądził, że tygodniowe rozstanie, jakie przydarzyło się wkrótce po tamtym incydencie, miało wyciszyć szalejące uczucia i niezrozumienie. Wpatrzony jednak w europejskie krajobrazy migające za oknem pociągu, myślał o chwili, jaką przyszło im współdzielić. Ile razy patrzył na swoje dłonie, przypominając sobie gdzie były, czego dotykały i co powodowały? Ile razy odtwarzał w myślach tamto zamglone spojrzenie, rozchwiane wargi, zastanawiając się, co oznaczały? Czy w ogóle powinny cokolwiek oznaczać między nimi... Byli dorośli. Powinni wiedzieć. Powinni znać odpowiedzi na pytania, ale jednak nic takiego nie przychodziło. Rozwiązania panoszące się w umyśle profesora, jedynie wszystko jeszcze bardziej komplikowały i utrudniały, dlatego uciekał od nich, nie chcąc stanąć z nimi twarzą w twarz. Nie chcąc się do nich przyznać. Nie chcąc się przyznać do tego, że... Że po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł się chciany. Nie tylko jeśli chodziło o obecność, ale także każdy inny aspekt. Psychiczny na równi z tym fizycznym. I tak też pragnął, aby pozostało. W końcu odejście Pomony wcale nie odbudowało jego pewności siebie, a wcześniej nie było lepiej. Później także. Sądził, że nie było mu to potrzebne. Wszak miał chłopców, ich radość była jego radością, jednak mocno się pomylił. Ponownie. Poruszona w nim delikatna od nadszarpnięcia struna chciała znów być częścią symfonii, nieśmiało wydobywając z siebie dawne dźwięki.
Jesteś przy mnie. I jesteś tu od bardzo dawna.
Uśmiechnął się pod nosem, nie kryjąc pewnego rodzaju rozbawienia. To prawda. Znali się przez większość swojego życia i nikt nie spodziewałby się raczej, aby cokolwiek miało się zmienić. Bo przecież kto jak nie ich dwoje miało pozostać na zawsze przyjaciółmi? Ludzie o sobie zapominali, nie dbali o przyjaźnie, ale oni wciąż trwali. Posiadali wobec siebie zaufanie, jakiego nie posiadał nikt inny. I chociaż ono także musiało znaleźć swą drogę na nowo, Jayden wiedział jedno — że ojciec Roselyn nigdy wcześniej nie przyglądał się mu tak bardzo jak tego wieczoru. Czuł na sobie spojrzenie dumnego Szkota, gdy jego córka prowadziła go dalej między tańczących, lecz astronom szybko przestał zwracać na to uwagę. Nie skupiał się na tym, skoro ktoś całkowicie inny pochłaniał jego atencję. Przez którą czuł się niczym pijany. Czy była to wina wypitego kilka momentów wcześniej alkoholu, czy własne emocje wprowadziły go w podobny stan — nie potrafił powiedzieć. W przeciwieństwie do Rose z chęcią — wbrew wszelkiemu rozsądkowi — zanurzyłby się w chwili, jakiej przecież potrzebowali. On potrzebował odciąć się od wszystkiego, chociaż na moment nie musieć myśleć i przyjmować jedynie to, co odbierały jego zmysły. Może wiedziała, że musiała być rozsądkiem w tamtym momencie. Może dostrzegła, jak ściemniało mu spojrzenie i nie pozwoliła, by zapomniał o tym, gdzie się znajdował i dlaczego. Jej słowa prędko sprowadziły go na ziemię, niczym siarczysty policzek, a cała wesołość uleciała, pozostawiając jedynie spięcie i nieprzyjemny dreszcz. W innej sytuacji byłby obecny i chłonął wydarzenia Imbolcu, które obchodzono tak hucznie w jego rodzinnej Irlandii, lecz aktualnie... Czuł się pusty. Jakby niepasujący do własnego ciała. W końcu odebrał to wszystko inaczej, a może jedynie tego chciał? Może był naiwny, chcąc chociaż na chwilę zapomnieć, a przecież nie powinien? Znaleźli się w Szkocji nie dla zabawy — mieli spojrzeć na jej przyszły dom. Cała reszta pojawiła się przypadkiem. Niezamierzona... Skierował więc wzrok gdzie indziej — tam, gdzie patrzyła reszta, chociaż nie dostrzegał nic. Nie zważał na to, pozwalając, by jego własne myśli plądrowały mu umysł w takt wahania się płomienia świecy. Nie przejmował się słowami jednego z mężczyzn, chociaż poczuł do niego pewnego rodzaju wdzięczność za odwrócenie — chociażby w minimalnym stopniu — uwagi od rozmowy, jaka zaczęła się podczas tańca.
Nie chciał na nią patrzeć. Nie dlatego, że nie potrafiłby znieść jej widoku, lecz dlatego, że nie chciał widzieć się jej oczyma. Jak bzdurnie musiał wyglądać w momencie, gdy usilnie starał się nie zwracać na nią uwagi, mimo że praktycznie cały wieczór śledził ją spojrzeniem. W bardziej oczywisty sposób nie mógł dać jej do zrozumienia, że poczuł się dotknięty. Jej ani reszcie zgromadzonych ludzi — ci drudzy na szczęście pochłonięci byli rytuałem i para czarodziejów przestała być przynajmniej na moment atrakcją wieczora. Drgnął, gdy poczuł nagle dotyk na swojej dłoni, jednak gdy zerknął w tamtą stronę, zauważył, wpatrzoną w ich ręce Roselyn. Zaraz też niewidzialna pięść zacisnęła się na jego gardle, gdy znów uderzyła go świadomość obietnicy, jaką sobie złożyli. Mieli dać sobie czas, ale nie mieli już się dystansować. Nie chciał, aby myślała, że zareagował w ten sposób, bo chciał ją odtrącić. Nie... Nie tego chciał. Nie potrafił się też na nią złościć, nieważne jak bardzo, by się starał. Dlatego też jego palce naturalnie rozwarły się, przyjmując między siebie te mniejsze należące do kobiety. Złagodniał. Pozwolił jej na to, a silniejszy uścisk sprawił, że fala gorąca rozlała się po całym jego ciele, wprowadzając go w przyjemny stan. Na dwa uderzenia serca. Dlaczego musiała mówić tak, jakby znała go na wylot? Jak zareagowałaby, wiedząc o tym, co powiedział ojcu? Powiedział mu nie tylko o małżeństwie, lecz także o niej samej? Że bronił ją nawet przed własnym rodzicem? Że broniłby ją przed każdym? Zawsze? Byli przyjaciółmi, zdrowieli. Musiał więc odłożyć własne pragnienia na bok i skupić się na niej. Dlatego też jego wargi ułożyły się w to słowo, którego nie chciał wypowiadać. - Rozumiem. - Jego głos wybrzmiał głucho i pusto, zaraz jednak jakby przypomniał sobie, że mieli naprawiać relację, nie zaś jeszcze bardziej ją pogarszać. Strącił więc z siebie niewidzialne brzemię i przywołał na twarz uśmiech. Gdyby ktoś go nie znał, uznałby go za szczery — dla Roselyn mógł być jednak uderzająco nieznany. Obcy. Uśmiech wykrzywiający usta, lecz oczy pozostawały smutne. Nie wargi mówiły w tej parze prawdę. - Życzę ci też tego samego. Chcę, żebyś była szczęśliwa. Nigdy wcześniej nie czułem się samotny, ale teraz wiem, jak działa samotność. W Irlandii nie miałaś takiej możliwości, ale tutaj już masz. Poznaj kogoś. Zakochaj się. Jesteś jeszcze młoda, a oni wszyscy wyglądają na porządnych ludzi. Nie zmarnuj tego. - Urwał na moment, po czym spoważniał. Wymuszony grymas zniknął z jego twarzy, zupełnie jakby wszystko, co właśnie mówił było fałszem, lecz wcale tak nie było. Coś innego kazało po prostu mu się jeszcze odezwać — coś, co sprawiło, że spojrzenie na nowo przybrało tej intensywnej, ciemnej barwy jak wcześniej podczas tańca. Coś, co sprawiło, że męski bok zbliżył się jeszcze bardziej do Roselyn, wykorzystując ulotną prywatność, jaką zapewniła im pozycja na samym krańcu grupy świętujących. Coś, co sprawiło, że patrzył niemalże bezwstydnie na jej twarz, badając każdy element. Coś, co sprawiło, że nachylił się ku niej i oparł czoło o to należące do czarownicy. Coś, co sprawiło, że łakomie z tego wszystkiego czerpał. - Musisz jednak wiedzieć, że dla mnie jesteśmy rodziną. Nieważne, co myślą inni. Jestem z tobą. Jesteśmy razem - powiedział nisko, zaciskając również palce na tych kobiecych i unosząc ich złączone dłonie do ust, by złożyć na damskiej rękawiczce pocałunek. Pieczętujący wypowiedziane przez niego słowa. Nie kłamał, chociaż schrypnięty ton wyraźnie informował o trudności, z jaką mówił. Potrzebował bliskości z nią, a jej brak go wykańczał. Urwane, skradzione momenty nie wystarczały. Czy dlatego też przestał być ostrożny? Świadomy tych wszystkich ludzi? Może. Może dlatego przestał kierować się rozsądkiem.


Maybe that’s what he is about. Not winning, but failing and getting back up. Knowing he’ll fail, fail a thousand times,
BUT STILL DON'T GIVE UP
Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Highlands [odnośnik]28.11.21 21:10

Odpowiedzialność obdarła z przywileju bycia zagubionym. Nie gdy już od tak dawno temu przestała żyć dla samej siebie. Nie w takim wieku. Nie w takich czasach. Nie miała do tego prawa. Po prostu. Musiała być wytrzymała. Musiała trwać. Tej właśnie siły dopatrywała się w figurze ojca. On nie był zagubiony. On zawsze parł przez życie, poświęcając jego lwią część swojej rodzinie. Jeśli jakiekolwiek wątpliwości naruszały jego spokój, zdawały się zaledwie istnieć, nie wpływać na bieg jego życia. Był podporą. Twardy jak ze skały, nie raz tak bardzo, że obijała się o jego kanty. Mimo to powierzyłby mu życie nie tylko swoje, ale i Mel. Próbując chociażby odnaleźć w sobie odbicie jego postawy, widziała jedynie jego roztrzaskany obraz. Sieć pęknięć i głębokich skaz. Chwilami czuła, że pęka. Że umysł poddaje się szalonemu pędowi minionych wydarzeń, strach i złość wyzierały z głębin umysłu, mąciły w głowie. W miejscach gdzie zabliźniły się stare rany powstawały kolejne. Dzień w dzień chłonęła ból, aż stał się jej częścią. Z trudnością przychodziło oddzielenie go od tego własnego. Kakofonia rozstrojonych myśli wariacko obijała się o ściany czaszki. Myśli, emocje, obowiązki, zobowiązania. Wszystko to oddziaływało na nią tak brutalnie, że były chwilę gdy nie potrafiła odnaleźć w sobie sił, aby je zatrzymać. Uporządkować niepokorny świat trawiący jej wnętrza. Chciała krzyczeć, walić pięściami w ściany, pozwolić aby to wszystko opuściło jej system, wypuścić własne demony, aby chociaż na chwilę doznać oczyszczenia. Wrząca krew zastygała w żyłach na myśl, że jeśli tylko sobie na to powoli, nie będzie w stanie już przestać. Że jeśli tylko dopuści do głosu to co milczało w wnętrzu jej umysłu wypowiedziane na głos, nazwane zmaterializuje się. Że będzie przerażona, że będzie wściekła, że będzie cierpieć. Że zarazi tą chorobą wszystkich tych, którzy otaczali ją wokół. Dlaczego właśnie jej miał przysługiwać ten przywilej? Łamania się, gdy ci, którzy byli blisko niej również mieli ku temu powód. Śmierć, ból i strach otaczały ich zewsząd. Dlaczego te, które należały do niej musiały ujrzeć światło dzienne. Była odpowiedzialna za tych, których kochała i za miłość jaką ją darzyli. Chciała być zarówno dla siebie jak i dla nich. Dla Mel, jej rodziny, dla Jaydena, jej przyjaciół, bo nie mogła pozwolić, aby oprócz tego własnego, nosili również jej ból.
Nie chciała, nie mogła być zagubiona. Nie potrafiła też znaleźć sposobu, aby w tym chaosie odnaleźć siebie. W jego kierunku błądziła po omacku. Otoczona ciemnościami niewiadomych, sfrustrowana, rozdarta między dwoma skrajnymi biegunami. Między potrzebą bycia blisko, a ciągłym nie przecinającym myśli. Nie, nie mogę. Nie, nie mam prawa. Nie, tak jest lepiej. Emocje zbierały się pod skórą, doszukując się ujścia. Dłonie domagały się, aby czuć ciepło bijące od jego ciała, nawet jeśli dzieliła ich bariera materiału rękawiczek. Dech chciał zmierać w piersiach ilekroć zbliżali się do siebie i opuszczać płuca ilekroć się od niej oddalał. Patrzeć na niego, by on patrzył na nią. Interpretować cienie rodzące się w sercu jasnych tęczówek. Dzielić ten czas, korzystając z całego jego potencjału. Czuć. Być wolną od łańcuchów, w które sama się zakuła.
Nie bez powodu.
Nie bez powodu nie pozwalała na to, aby dać ponieść się chwili. Nie potrafiła czerpać z wolności, mogłaby się nią zachłysnąć. Nigdy nie była jedną z tych osób, które chciały czegoś i brały, bez względu na konsekwencje, bez względu na wszystko wokół. Pozwały by kierował nimi instynkt. Nie, gdy na szali było tak wiele, a oni zdawali jej się tak bardzo krusi. Podatni. Jakby nie mogła pozwolić sobie na najmniejszy błąd. Teraz sama nawet nie wiedziała co konkretnie było błędem. Co było w tym momencie dla nich dobre, a co złe. Nie wiedziała jak mogła ich wyleczyć. Cierpieli na własne dolegliwości. Zamknęli się w sobie. Zamknęli się na siebie. Chciała pozwolić, aby wkradła się między nich swoboda. Chciała rozmawiać z nim tak jak kiedyś. Słuchać jego opowieści, tych znacznie dłuższych, znacznie umiejętniej snutych niż te wypowiadane przez nią. Chciała by powiedział o tym co myśli, czego chce, co się z nim dzieje. By mogli mówić o rzeczach dobrych i tych złych również - by móc się w nich wspierać. Wiedziała jednak, że to nie była kwestia pstryknięcia palców. Kilku krótkich tygodni. Do tego mieli szansę wrócić dopiero po jakimś czasie, gdy już ozdrowieją. Nauczą się siebie raz jeszcze.
Teraz nie wiedziała jak mają na siebie reagować. Jak się zachowywać. Jakie konsekwencje miały mieć poszczególne zdarzenia. Czy tworzy między nimi nowy mur między nimi czy zabezpiecza ten, który miał ich chronić.
Przez chwilę zmroziła ją myśl, że mógłby ją odepchnąć. Znowu. Zabrać dłoń, znów się odsunąć, znów zamilknąć. Nie chciała, aby strach zdefiniował ten moment. By niepewność wkradła w dobierane słowa, aby twarz przeciął cień niepewności.
Jego słowa brzmiały obco. Nie potrafiła nawet sprecyzować co takiego sprawiało, że nie odczuwała ich szczerości, że nie czuła ich ciepła. Jakby mówił to co chciała usłyszeć. To co wydawało się być odpowiednie - by żyła własnym życiem, by coś tu zaczęła, by nie zmarnowała tej okazji. Wszystko to co teoretycznie chciała usłyszeć. Że zgadza się z nią i rozumie.
Melodia wypowiedzianych słów, smutek czający się na skraju uśmiechu - taki, który nawet nie sięgał oczu. To nie pozwalało jej wierzyć, że sam był pogodzony z tym co mówił. Że wciąż między nimi trwało coś niewypowiedzianego. Coś co nie pozwalało w pełni czerpać z kolejno wypowiadanych zdań. Czuć ich pewność, zaufać im. Nie osądzała go o fałszowanie dobrych intencji. Nie mógł jednak ukryć przed nią tego, że coś było nie tak. Działo się między nimi coś czego nie rozumiała. W nim i samej sobie. Coś nowego. Nie odrzucało jej to. Jedynie przerażało.
To jak mówił o samotności brzmiało niemal boleśnie. Jakby wypowiadane zdanie miały faktyczną moc, by wyciągnąć ku niej dłoń, przeszyć jej pierś, zacisnąć palce na bijącym sercu.
Wiedziała, że sama będzie ją czuć. Że gdy wróci do domu, to przez długi czas będzie tylko miejsce, w którym będzie sama z Mel. Że chociaż tak niedaleko, wśród cieni drzew jawił się kontur domu jej ojca, to dzielić będzie ich odległość. Czasami nie mogła uciec myśli, że właśnie takie będzie jej życie jeśli uda jej się je przeżyć, że zapuści tu korzenie, ale nie będzie częścią lasu. Mel kiedyś miała go opuścić, bo taki był już bieg życia.
Nie dostrzegała możliwości, którą rysowali przed nią jej bliscy. Nie tylko Jayden. Hannah również to sugerowała. Że jest jeszcze młoda. Że spotka jeszcze kogoś dla kogo będzie chciała zrobić miejsce w swoim życiu. Rose jednak tego nie dostrzegała. Nie czuła się młoda. Nie czuła jakby jeszcze potrafiła.
Słowa zawisły na końcu języka. Niewypowiedziane. Coś podpowiadało, że jeszcze nie skończył. Badała zmiany wpływające na jego rysy. Coś zabrało uśmiech, coś sprawiło, że jego wzrok zaczął przeszywać - jakby wszystko to co chciała ukryć, miało przestać mu umykać. Złamał barierę stosownej bliskości. Dopadł tam gdzie sądziła, że jest bezpieczna. Ona świadomie, niemalże bezwstydnie poddała się jego działaniom. To nie był rodzaj bliskości, której teraz potrzebowała. Tego po prostu chciała. Wbrew wszelkim zasadom, które rządziły się jej światem. Jedynie te pragnienie sprawiło, że nie uciekła, chociaż głos rozsądku nawoływał do poddania się jego woli. Nie mogła. Opór opanował mięśnie.
Spojrzenie zastygło, wpatrywała się w niego, próbując znaleźć odpowiedź. Czego chciał od niej? Teraz w tym momencie i co niosły za sobą jego słowa. Pocałunek niemal kurtuazyjny, nie jeden z tych przeznaczonych dla niej.
Pozwoliła sobie na to. Z niestosowną, zachłanną ciekawością obserwować. Czekać. Przez chwilę straciła własną wolę.
Muzyka rozbrzmiała. Zdusiła chwilę. Mieszkańcy wioski na nowo naparli w stronę parkietu, instrumenty zaprosiły do powrotu do zabawy.
Dłoń wysunęła się z uścisku, a Rose drgnęła czyniąc krok w tył. Zaskoczenie na chwilę zamarło w ciemnych oczach. Zmieszanie. Zamęt.
Tym jak skutecznie udało mu się przyprzeć ją do muru. Jak łatwo pozwoliła sobie na to, aby uciszyć własną ostrożność. Zaskoczona, że ze wszystkich ludzi, zrobił to właśnie on. W taki sposób.
Czy właśnie taką miał intencje czy zrobił to kompletnie nieświadomie?
Te pytanie skonsternowało równie mocno co dzielona przed momentem chwila.
- Obiecałeś mi więcej niż jedną piosenkę - uciekło spomiędzy warg.
Kolejny raz, pozostawiając ją w stanie konfuzji. Tym razem spowodowanej brzmieniem pewnego głosu, uporem wkradającym się między kolejne zgłoski. Niezrozumiałą dlań ekscytacją.
W tym momencie czuła się, była niepoważna. On przełamał granicę. Ona nie chciała dać się pokonać. Pozwolić na to, by wywołał w niej… Co? Tylko zakłopotanie? Czy może chodziło o to, że na chwilę ulegle poddała się jego działaniom. Sprowokował, a ona nie chciała rumienić się przed nim i kłopotać. Pozwalać by coś. Ktoś. Przejmował kontrolę nad nią.
Wiedziała, że oprócz niego ciągnie za sobą ciężar jego słów. Każdy krok w głąb tłumu, każdy oddech poświęcała, aby znaleźć odpowiednią odpowiedź.
Ta rozbrzmiałą dopiero gdy zrównali się z rytmem muzyki. - Nie rozumiem cię, Jay - pozwoliła, aby słowa wkradły się między nich, gdy na chwilę rozdzieleni, powrócili do siebie. Wewnętrzna część dłoni przywarła do tej jego, a dostojna melodia instrumentów poprowadziła ich dalej. Zataczając wokół niego koło, kontynuowała . - Chcesz, żebym wpuściła kogoś do swojego życia. Życzysz mi tego. Nie protestujesz, gdy ja mówię o tym samym dla ciebie. Jednocześnie…
Urwała, gdy na miejsce Jaydena wkroczył inny partner. Obróciła się, by odnaleźć go wzrokiem. Ledwie dotrzymując kroku swojemu nowemu towarzyszowi.
Oczekiwała momentu, gdy uda jej się powrócić do Vane’a.
Nie chciała pozwolić, aby rozłąka sprawiła, że kompletnie straci wątek. - I chociaż wiem, że to nie jest to samo. Ja i ty. Ktoś z tobą, ktoś ze mną. To sprawiasz, że nie to nie brzmi jakby było na to miejsce - dokończyła widocznie sfrustrowana. Pewność opuściła ostatnie zdania. Jakby mówiła o rzeczach, których nie potrafiła zdefiniować, które jedynie czuła i chciała, aby jej je wyjaśnił, by nie mąciły jej w głowie. Równocześnie obawiając się tego jak bardzo śmiesznie może to zabrzmieć, jak bardzo pozwoliła sobie by wyobraźnia ją podeszła.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Highlands [odnośnik]29.11.21 21:42
« Mówisz mi, a ja zapominam; uczysz a zapamiętuję; angażujesz mnie, a ja się uczę »
Gdy ona czuła się staro od lat, tak on postarzał się przez ostatnie półtora roku. Uderzyło to w niego gwałtownie, zabierając znacznie więcej niż jedynie niewinność i zdrowie. Nie tylko ciało musiało radzić sobie ze zmianami, lecz przeciążony umysł nie był w stanie ponieść tak wielu zmian. Samoistnie poradzić sobie z nakładem doświadczeń, wyrzutów sumienia, odpowiedzialnością, jaka w jednym momencie została zrzucona jedynie na jego barki. Wcześniej, gdy sądził, że upadł, pojawił się przebłysk nadziei na poradzenie sobie z najgorszym bez względu na wszystko. Wszak pomimo sporów z Pomoną, pomimo ukrywania prawdy i braku szczerości, wraz z pojawieniem się chłopców, wszystko wydawało się być irrelewantne, skoro jedyne co się liczyło, było tuż przed nim. Rodzina, jaką posiadali, którą chciał chronić, nadawała mu nowy kurs, który silniej niż kiedykolwiek jawił się w prostym materializmie trzymanych przez niego dzieci. Bez względu na czyny jego żony, zamierzał i wybaczył jej wszystko, co przed nim skrywała, sądząc, że właśnie stali na granicy nowego rozdziału. I tak było, lecz czego nie mógł wiedzieć to fakt, iż nie mieli wkroczyć na jego drogę ramię w ramię. Ona miała iść swoją ścieżką, on swoją. Oddzielnie, nie w jedności, jaką w jego umyśle tworzyli. Musiał więc zbudować całkowicie nową świadomość. Nową wizję przyszłości, gdzie nie było sylwetki żony. Gdzie widniał jedynie on sam. Musiał więc zacząć uczyć się odrzucać tamtą wersję siebie, aby być w stanie sprostać nowym wyzwaniom. Odrzucić mężczyznę, jaki znajdował się u boku Pomony, bo on nie był w stanie przetrwać tego, co się działo. Co miało nadejść. Równało się to z drastycznymi zmianami w otoczeniu profesora. Chociaż nie chciał, odpychał bliskie mu osoby i takowy mechanizm miał zostać z nim jeszcze na długo. Wciąż wszak spotykał się z tymi, którzy pamiętali go z przeszłości. Roześmianego, gotowego do pomocy, optymistycznego, bezkonfliktowego. Myślącego o innych, a dopiero później o sobie samym. Nie chciał wszystkim tłumaczyć tego, co się wydarzyło. Nie chciał się z nimi tym dzielić.
Z nią było to prostsze. Nie musiał jej niczego tłumaczyć. Wiedziała. Nie musiała posiadać wiedzy całkowitej, ale gdy finalnie przełamali dzielący ich mur, chciał czuć się słaby tylko przy niej. Ten krótki moment współdzielony w łazience dał mu odetchnąć i zregenerować się jednocześnie. Nic więc dziwnego, że po nieskończonych tygodniach bólu i braku snu, po raz pierwszy poczuł ulgę. Przez miesiące nie był przecież w stanie odbierać świata trzeźwym umysłem. Musiał ograniczyć dostarczanie bodźców, by zrozumieć, że nie był w stanie funkcjonować inaczej — że jedynie skupienie się na chłopcach ratowało go przed całkowitym straceniem zmysłów. Drażniły go inne, zbędne szumy. Od niewyspania się, od bólów głowy. Od niestabilnego umysłu pojawiały się zresztą problemy z magią. Zniknięcie Ardena było spowodowane jego rozkojarzeniem. Nigdy nie chciał już czuć takiego strachu, jaki ogarnął go w momencie, gdy zdał sobie sprawę, iż jedno z jego dzieci zniknęło. Chaos, jaki go otaczał, musiał zostać powściągnięty, opanowany. Nie zaś tłumiony i więziony, bo pojawiały się efekty uboczne, jak chociażby przeniesienie własnej magii na chłopców i teleportacja jednego z nich. To była granica, jakiej nie mógł przekraczać. I w tym momencie podjął decyzję, że to, co robił, nie było zdrowe. Nie mogło być i musiał to przełamać dla dobra synów. Nieważne jak wiele kontrowersji w sobie chował, musiał je puścić wolno. Musiał bez względu na wszystko.
I dopiero tamten urywek z nią pozwolił mu zaznać spokoju we własnym chaosie. Mogło się to wydawać irracjonalne, bo poskromiła jeden, aby wzbudzić drugi, jednak nie miała świadomości, jak wiele oznaczało to dla niego samego. Że — chociaż rozemocjonowany — zasnął tamtej nocy bez lęku. Bez snów. Bez koszmarów. Czy to źle, że chciał więcej? Więcej dla siebie, ale także więcej dla niej samej? Nie rozumiem cię, Jay. - Bo tego chcę. Twojego szczęścia. - Odpowiedź najprostsza z możliwych padła sama, a jej autor nie musiał zastanawiać się dłużej, by jej udzielić. Krótkie złączenie się w tanecznej synchronizacji z pierwotną partnerką pozwoliło zamieścić jego przemyślenia, nie rozdzielając wypowiedzi na dwoje. Jak znalazł się w gronie innych par, nie zajmowało jego myśli, gdy całkowicie był już gdzie indziej. Nie zwracając uwagę na rzeczywistość. - Tak jak ty mojego. - Co do tego nie miał wątpliwości. Nawet za cenę własnego byliby na to gotowi — by zapewnić drugiemu szczęście. Czy byli w tym zbyt przewidywalni? Zbyt prości? Ciężko jednak było być szczerym w tym zakłamanym świecie, a oni to potrafili. Nie musieli nikogo oszukiwać. Nie musieli oszukiwać samych siebie, aby to wiedzieć i wierzyć bez podejrzeń. Kolejny zarzut. Sprawiasz, że to nie brzmi, jakby było na to miejsce. - Straciłem już Pomonę. Jak miałbym więc nie być zazdrosny, skoro jesteś wszystkim, co znam? - Nigdy się tak nie czuł. W stosunku do niej. Nigdy wszak nie czuł się zazdrosny na myśl o tym, że spędzałaby czas z kimś innym. Odkąd pamiętał, chciał dzielić się nią z całym światem. By każdy zobaczył, jak cudowną osobą była i jak wiele kryło się pod tą maską powierzchownego chłodu. Niedostępności. Ale teraz... Teraz chciał ją przed wszystkimi ukryć. Zachować zachłannie tylko dla siebie. - Ale wiem... - urwał, gdy ponownie zniknęła wśród lawirowania innych czarodziejów i czarownic. - Chciałbym, żebyś dostała więcej. Jesteś taka szczęśliwa. Tutaj. - Nie tam. Nie ze mną. Widział ten uśmiech na jej twarzy. Opadnięcie z ramion spięcia, jakie towarzyszyło jej każdego dnia. Gdy zamartwiała się o pracę. Gdy mamrotała pod nosem, przygotowując się do wyjścia do lecznicy, by były tam odpowiednie leki. - To się zmieniło. My się zmieniliśmy. - Uwielbiał te szczegóły. Drobne detale składające się na nią. Na codzienność, którą była. Uwielbiał dostrzegać je i zdawać sobie sprawę, że pojawiały się nowe. Że zauważał nowe. Gdy nie zdawała sobie sprawy, że siedział w kuchni, podczas gdy ona szykowała się do wyjścia. Zawsze sprawdzała torbę dwukrotnie. Przed założeniem płaszcza, jak i tuż przed otwarciem drzwi. Poprawiała włosy w lustrze, upewniając się, że były odpowiednio spięte. - Co jeśli ta zmiana mnie przeraża? - Wiedział, że straciłby to wszystko bezpowrotnie. I nie z powodu ich zniknięcia z powierzchni ziemi. Ktoś inny dostrzegałby te drobne elementy. Ktoś inny studiowałby je i ich wyczekiwał. Wypatrywał kolejnych. Zmian i gestów. Wiedział, że to było niewłaściwe — odmawiać takiej możliwości komuś innemu, gdy próbował ją przekonać, że miała do tego prawo. Wybrać sobie tego, kto mógł to robić. Kto rozkochałby się w tych momentach. Był zachłanny? Był nieszczery czy po prostu ostrożny? - Co jeśli krok dalej, będzie oznaczał, że stracę i ciebie? - Wydawało się, że to on prowokował te zdarzenia, ale prawda była taka, że nie mógł przestać o niej myśleć. Nawet jeżeli chciał, nie był w stanie. Zatruła go tamtym krótkim momentem swojej bliskości, uwagi. Swoim spojrzeniem, reakcją ciała i każdym kolejnym ruchem. Mimo że nie działo się od tamtego czasu nic wyjątkowego, aż po ten dzień. Ale nie był w stanie myśleć racjonalnie. Trzeźwo. Odurzony doznaniami wiedział, że nie wmawiał sobie, aby tak się działo. To po prostu była prawda, jakiej nie mógł odeprzeć. Przecież to, że tak bardzo łaknął jej najmniejszej uwagi, nie było kłamstwem. Wtulenie się w dłoń, otulającą jego policzek — szukał tego kontaktu, ale szukał go tylko z nią. I tylko poprzez jej skórę emanowała na niego inna wersja uczuć związanych z obecnością drugiej osoby. Z faktem, że ktoś go dotykał. Ale nie codziennie. Bez emocji. Bez intencji. Bliskość zawsze stanowiła silny filar ich relacji, więc nic dziwnego, że odsunięcie się od niej, odmawianie sobie kontaktu z nią, wyczerpywało. Odbierało mu siły. To nienaturalne zachowanie nie było wszak wpisane w ich kod, dlatego cierpiała na tym także ich relacja. Nie mogli odzyskać straconych dni. Straconych przez siebie samych i ideę, której ani on nie rozumiał, ani ona nie chciała wyjaśnić. Poranieni na swoje własne sposoby oddzielili się, zrywając równocześnie pierwszy raz tak silnie pielęgnowaną przez lata więź. Przywołując w pamięci najgorsze, co ich spotkało, nie myślał o sporze, jaki zadział się w grudniu po wydarzeniach na Pokątnej — to był detal. Nieporozumienie. To, co wydarzyło się podczas wakacji, było piętnem. Wyraźnie zarysowaną kreską niezrozumienia, tajemnic i obszarów życia, do jakich nie chciała, nie mogła go wpuścić. A jego bolało, bo sądził, iż to właśnie z nią, z nikim innym mógł dzielić się wszystkim. Że jako jedyna mogła go w pełni zrozumieć. Różnili się w swojej relacji od tej, jaką zawiązał z Pomoną i nie chodziło wcale o zaangażowanie emocjonalne, a o czas, jaki współdzielili. Co więc jeśli jakakolwiek próba sięgnięcia po więcej, podążenia za instynktem, własnymi pragnieniami miała skończyć się tragicznie? Miała przerwać łączącą ich przyjaźń i odbudowującą się na nowo relację? Przecież było to zbyt cenne. Na szali wartości hedonizm przegrywał z szacunkiem, przywiązaniem, latami wspólnego bytowania. Dlaczego więc nie potrafił puścić? Dlaczego nie potrafił pozwolić jej odejść? Wypuścić z bezpiecznej ramy swoich ramion tam, gdzie mogło czaić się jej szczęście?


Maybe that’s what he is about. Not winning, but failing and getting back up. Knowing he’ll fail, fail a thousand times,
BUT STILL DON'T GIVE UP
Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Highlands [odnośnik]30.11.21 22:35
Czuła, że jest na krawędzi, na zakręcie. Tam gdzie, aby ruszyć dalej, należało zmienić kierunek. Ostatnie lata wprawiły ją w marazm, ciąg dyktowany pracą, potrzebami Melanie. Dni wypełnione szumem. noce kończone samotnością, ciągnącymi się chwilami dywagacji nad samą sobą, nad minionymi zdarzeniami, na tym co już było i na tym co na nią czekało, a przede wszystkim codziennością - światem, z którym musiała się mierzyć. Miała lata na to, aby stać się tym kim była teraz. To nie była kwestia jednego zdarzenia. Chociaż odejście Anthony’ego wytyczyło drogę jej przyszłości, to zdefiniować musiała się sama. Narodziny Melanie sprawiły, że musiała stać się kimś innym, kimś więcej. Pierwszy raz zaplatając węzeł szpitalnego fartucha spoglądała w inną przyszłość niż tą jaką niegdyś widziała oczami wyobraźni. Była sumą tych wszystkich doświadczeń, jednak świat zewnętrzny zdawał się być otulony oparami gęstego mglistego gazu. Tkwiła w miejscu, funkcjonowała. Wraz z nadejściem wojny, nadeszła i odwilż. Szum obrał ostrą, raniącą formę. Na skraju wszystkiego co znała, atakowana bodźcami świata zewnętrznego fasada zaczynała pękać, niszczeć. Nie wystarczyło już być i funkcjonować. Czuła, że to już nie wystarcza. Bierność była nieodłączną częścią jej egzystencji. Wojna wypełniała oddech swego rodzaju desperacją. Nie chciała nosić w sobie już starego żalu jakby ten był faktycznie tym co o niej stanowiło. Zbyt ciężko było o kolejny haust powietrza, by dusić się tym co było, by przyjmować świat takim jakim dla niej był. Kokon uwity z dystansu stanowił jednak bezpieczną barierę między nią, a emocjami, z którymi nie chciała się mierzyć. Im bardziej pozwalała sobie czuć, tym bardziej dostrzegała to wszystko co umykało, a raczej to czego nie chciała do siebie dopuścić. Jak bardzo odizolowana i samotna się czuła, z jaką trudnością przychodziło wyrażanie jej prostych emocji. Jak ciężko było przestać być dumną, zdystansowaną, nawet gdy na szali była przyjaźń, więź wita długimi latami. Nie czuła się wtedy silna. Jedynie jeszcze bardziej zagubiona. Czuła, że to co ważne przemykało jej przez palce. Że traci to czego już może nie być czasu, aby odzyskać. Że świat był okrutny i zdeprawowany i jeśli tylko pozwoli na to, aby dominował jej rzeczywistość jeszcze dłużej, być może nigdy więcej nie uda im się odbudować tego co stracili.
Nie spodziewała się jednak tego, że będzie odczuwać to tak bardzo, że tak bardzo ją to pochłonie, a może tylko nie dopuszczała do siebie tego jak bardzo to na nią wpływało. Czasami czuła, że zna siebie na wskroś, czasami tak jak dzisiaj, nie potrafiła odpowiadać na własne pytania.
Bo tego chcę. Twojego szczęścia. Tak jak ty mojego.
Wybrzmiało, uciszając furgot niekończących się rozmów. Czuła się obecna jedynie, gdy była przy nim. Gdy na chwilę zerwała barierę bliskości, wpadła w ramiona kogoś innego jedynie tam była. Mimowolnie, mechanicznie odpowiadała na pytania, imitowała serdeczny uśmiech, chociaż wzrok wodził za sylwetką astronoma. Myślami snuła odpowiedź zduszoną kolejnymi słowami.
Straciłem już Pomonę. Jak miałbym więc nie być zazdrosny, skoro jesteś wszystkim, co znam?  
Jego słowa wyprowadziły z równowagi, sprawiły że zgubiła rytm tańca. Poczuła jak czyjś łokieć boleśnie ją upomina, że stoi na trasie innej pary. Spojrzenie desperacko dopominało się wyjaśnień, a te własne pędem przeprawiły się przez jej umysł.
Nie. Zazdrość. Nie była tylko domeną kochanków. Była niepewnością, Przybierało kształty ludzi, konceptów,  obowiązków, idei. Próbowała dopatrzeć się tego w nim. Tej samej niepewności, którą dzieliła z nim sama Rose. Że będzie ktoś ważniejszy. Ktoś kogo jestestwo będzie znacznie bardziej absorbujące niż te jej. Ktoś prostszy. Ktoś cieplejszy. Ktoś otwarty. Ktoś kto chociaż mógłby uczynić go szczęśliwszym, a jego życie lepszym, prostszym, a jednocześnie w jakiś sposób mógł zetrzeć to kim dla siebie byli. Czy właśnie nie z taką osobą go sobie wyobrażała? Tym czym nie była ona. I wiedziała, że wtedy znów zniknie. Że to nie była kwestia dzielenia się, a oddania go komuś. I owszem, przerażało ją to i przerażało ją nazywanie tego zazdrością. W jej umyślę nigdy nie było tam na nią miejsca. Nie między nimi. Zakłócało to ich naturalny bieg. Czyniło czymś czego nie potrafiła zinterpretować.
Złamała zasady. Wykorzystała chwilę, aby zamiast ruszyć z tłumem, została przy nim. Ciężko było złapać jego spojrzenie błądząc w mozaice mijających się ciał, całej masy rozproszeń, ale to było ważne. By spojrzał na nią. By dostrzegł to, że nie mówiła tego tylko po to, aby poczuł się lepiej.
- Nie ty czynisz mnie nieszczęśliwą - powiedziała, wkładając staranność w każdą wypowiedzianą zgłoskę, machinalnie zaciskając palce dłoni na tych jego.  - Nie twój dom. I ten tego również nie zmieni. Nie uciekam tu przed tobą - pokręciła głową. Chciała, żeby to zrozumiał. By nie winił się za to, że odchodzi. To nie była pochodna ich konfliktu, to nie była pochodna milczenia jakie między nimi zapanowało, a nie było w niej szczęścia na długo zanim przystąpiła krok w jego domu.  - Chcę mieć swoje miejsce, Jay, bo od bardzo dawna czuję, że nie mam żadnego. Chcę czuć, że gdzieś należę. Że mogę dać takie miejsce dla Mel. Ale to nie tak, że będzie mi łatwo. Robię wszystko, żeby nie myśleć o tym jak bardzo będzie mi trudno.
- Nie myśl tak, proszę, że tu jestem szczęśliwsza, bo nie będzie tu was.
Nie musiał tego mówić. Czuła to w jego słowach. Tu jesteś szczęśliwa. Dawno cię takiej nie widziałem. Szczęśliwej. Tu. Tam. Rysował kontrast między miejscem, którego nie mogła uczynić swoim domem, a miejscem, które mogło nim być. Bez niego. Z nim.
Bała się go opuścić. Bała się odpowiadać na pytanie co będzie dalej. W jakiś sposób chciała myśleć o sobie jako o części jego. Takiej, której potrzebował. Takiej, którą chciał przy sobie mieć i nigdy nie rezygnować. To było jednak zbyt egoistyczne, by faktycznie domagać się do tego prawa.
- Nie - zaprotestowała. - Nie, ty nie możesz nam na to pozwolić. Ja nie mogę nam na to pozwolić.
Czuła, że mięśnie mimowolnie wyginają się w grymasie. Jakby nie chciała zgodzić się ze słowami wypowiadanymi przez profesora. Jakby całe jej ciało buntowało się przed samym konceptem tego, że mógłby ją stracić, że ona mogłaby stracić jego.
- Chcę cię w moim życiu, nawet jeśli się zmieniliśmy. To dla mnie się nie zmieniło. I chcę wierzyć, że nigdy się nie zmieni.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Highlands [odnośnik]01.12.21 9:38
« Mówisz mi, a ja zapominam; uczysz a zapamiętuję; angażujesz mnie, a ja się uczę »
Miłość uczyniła go słabym. Ograbiła go z tarczy, jaką posiadał, wpierw ukazując swoją siłę, by równocześnie gwałtownie mu ją odebrać. Wybrakować, rozorać wrażliwe serce i nie pozwolić, by rany się zagoiły. W końcu jak szybko został mężem i ojcem, tak szybko stał się również porzuconym wdowcem. Przygniecionym przez ciężar, z jakim nie był w stanie sobie poradzić. Tworzącym kurhan we wrześniowym, zimnym już deszczu. Stojąc nad grobem samemu. Wciąż pamiętał, jak pusty wydawał się mu wówczas dom. Jak nienaturalnym było przebywanie w nim samotnie. Bez niej. Zamierzali odnawiać go przecież wspólnie. Odkrywali jego okolicę, zaglądając w miejsca już dawno porzucone z planem na ich odrestaurowanie. W ogrodzie wciąż leżały porzucone przez nią narzędzie ogrodnicze, w spiżarni wisiały uwiązane przez nią, ususzone zioła. W szafie wisiały sukienki, a półotwarta książka wciąż leżała otwarta na nocnej szafce niedaleko łóżka. Wszystko jakby czekało na jej powrót. Powrót, który nigdy nie miał nadejść. Długi czas nie był w stanie wchodzić do sypialni. Momentalnie zbierało mu się na wymioty, gdy tylko stawał po drugiej stronie zamkniętych drzwi. To Shelta wraz z jego rodzicielką musiały się tym zająć — wysprzątaniem i przeorganizowaniem pomieszczenia. Jayden chciał, aby wyglądało diametralnie inaczej niż pokój, który zajmował z żoną. Aby wchodząc tam, nie widział oczami wyobraźni ich wspólnego łóżka, jej bielizny przewieszonej przez oparcie fotela stojącego przy damskiej toaletce. Jego krawatu zostawionego na drzwiach szafy. Nie chciał odtwarzać w głowie tego, co tam robili i tego, czego już nigdy zrobić nie mieli. Dlatego też budzenie się w innym pokoju przez wiele tygodni było dziwne. Nie takie, jakie być powinno. Samemu. Nie w swoim pokoju. Nie w ich sypialni. Tak łatwo w końcu było zapomnieć, gdy jeszcze nierozbudzony, nie pojmował, że był już sam. Że został jedynie on i nikt inny nie miał wstać do rozpłakanych dzieci. Musiał więc wstawać i uczyć się tego, co powinien był robić z Pomoną. Ile razy płakał przy najprostszych z czynności? Ile razy myślał, że nie da rady? Ile razy podnosił się też, przełamując własne łzy, by drżącymi rękami uspokoić domagające się uwagi dziecko? Uwagi? Jedzenia? Czułości? Ciepła? Nie wiedział. Nie znał się na tym, a bezradość potrafiła paraliżować. Łapała go nagle i niespodziewanie, odmawiając posłuszeństwa. Jakby miał zaraz się udusić, nie będąc w stanie złapać tchu. Nikomu nigdy nie mówił o tym, jak bardzo bezradny nie tylko się czuł, ale także był. Wszak każdy z osobna — każdy, kto pojawiał się wówczas w jego życiu — ograbiał go z poczucia własnej wartości, widząc w nim ofiarę wydarzeń. Zabierali po kawałku, aż nie zostało nic. Swoimi współczującymi słowami, spojrzeniami, próbami oferowania pomocy, wsparcia. Chcieli, by nie był sam, ale jedynie pogarszali sprawę. To dlatego zmienił się tak bardzo, że jego własny ojciec go nie poznawał. Że prócz twarzy nie miał w sobie dawnego ciepła, radości. Energii i witalności. Równie dobrze od zawsze mogły od niego bić chłód i opanowanie. Zamknięcie własnego umysłu w oklumenckiej filozofii pomagało mu odkrywać dobrze rolę wyzutego z większych emocji mężczyzny. W końcu tego też od niego chciano, czyż nie? Czy nie taki archetyp mężczyzny widniał w społeczeństwie? Kogoś analitycznego, rozumiejącego, co mogło się wydarzyć, zanim w ogóle się zdarzyło. Stał się taki. I musiał przyznać, że spodobała mu się ta wersja samego siebie. Sztucznego tworu, który zaadaptował, by przetrwać.
Miłość uczyniła go słabym. Wojna uczyniła go silnym. Miał swój cel i zamiary. Nie musiał oglądać się na tych, którzy ewidentnie nie wpisywali się w teorię obiektów wartych ratowania. Wszak to nie jego pokolenie było przyszłością, lecz dzieci. To je należało chronić nie tylko ze względu na ich znaczenie, ale także niewinność. Stanowiły wszak odbicie stanu zdrowia państwa. Zbiorowości. A skoro najmłodsi cierpieli, społeczeństwo nie spełniało swojego obowiązku. Sypało się. Kruszało. Umierało. Zawodziło. Dorośli mieli wyrżnąć się wzajemnie w swojej ślepej furii, lecz nie mogli pociągnąć za sobą dzieci. Nie mogli zniszczyć ich niewinności i tworzyć z nich potworów. Nie mógł im na to pozwolić. Był świadomy i chociaż nie mógł ocalić każdego, nie oznaczało to, że nie miał się starać uratować wszystkich. Wiedział. Czekał już jedynie na dzień, aż mieli przyjść pod jego drzwi. Ile miało wszak trwać, zanim ministerialna wierchuszka miała zrozumieć, że największą przeszkodą ku zamierzeniom wymazania jakiegokolwiek współczucia, zrozumienia wobec sprawy mugolskiej była przeciwna im inteligencja? Niebezpieczna, bo wyróżniająca się z bezosobowego tłumu. List Sallowa mówił wiele. Trwający konflikt posiadał zupełnie inny charakter niż dotychczasowe wojny. Stawką nie było już tylko terytorium, zasoby materialne, pozycja geopolityczna, ale również tożsamość. Tożsamość, którą należało chronić.
Chcę mieć swoje miejsce, Jay.
Wytrąciła go z równowagi własnych myśli, uciekających gdzieś poza taniec. Poza wesołe zbiegowisko, które zdawało się nie przejmować napływającymi zagrożeniami. Stojącymi u bram. Łapała go nieuzbrojonego za każdym razem, gdy się odzywała. I chociaż wcześniej zdawał się być pewny, na nowo stał się zagubionym chłopcem, który czuł się obcy w tłumie. Który nie był już częścią. Nieważne jak bardzo próbowała sprawić, że było inaczej. - Ten dom będzie idealny. - Lekki uśmiech pojawił się na jego twarzy, gdy głos wybrzmiał. Jeśli chciała przynajmniej spróbować, musiała zrobić to tutaj. Wiedział, że miała zrobić z wysiłku ojca dobry użytek. Że Melanie mogła odnaleźć swoje miejsce wśród dzikich lasów, wzgórz i strumieni wijących się w małych dolinach. Że będąc blisko dziadka, miała poczuć się ważna. Wszak ojciec Roselyn zrobiłby dla wnuczki wszystko. Kochał ją i nie pozwoliłby jej skrzywdzić. Tak jak i on. Nieprzyjemny dreszcz poznania wzdrygnął jego ciałem, coś wykręciło silnie żołądek, dlatego też się wycofał w pół kroku tańca. Nie fizycznie, ale mentalnie. Gdy zrozumiał, że nie mógł jej zatrzymać. Że nie powinien był tego robić. Że nie dawał jej wystarczająco miejsca, zagrabiając je dla siebie. Miała rację. By nauczyć się siebie na nowo, musieli także pozwolić sobie na własną przestrzeń, której w Irlandii nie mieli. Miała rację. To zawsze był jego dom i nieważne jak bardzo starał się, aby był ich wspólny. Miała rację ze wszystkim, a on jej nie słuchał. Wyobrażał sobie to, co podsuwał mu umęczony, wyglądający za bliskością umysł. Słyszał, widział i czuł to, co chciał słyszeć, widzieć i czuć. Zrobiło mu się niedobrze. Od własnej żałości i ślepoty. Tak bardzo, że nie mógł uważnie śledzić padających z kobiecych ust słów. Nawet gdy złapała go silnie za dłoń. Musiało minąć trochę czasu, zanim ściana niewidzialnej mgły rozpłynęła się na chwilę, a w profesora uderzył nie tylko głos Roselyn, ale także i dźwięk muzyki, hałas, trzaskanie oddalonego ognia. Czuł się dziwnie. Rozglądał wokół, jakby nie wiedział, co ani dlaczego się działo. Gdzie się znajdował, jak i po co. I tylko ona trzymała go w miejscu swoją dłonią. Niczym kotwica. Odnalazł w końcu spojrzeniem jej rękę zaciśniętą na tej jego i spojrzał na nią.
Chcę cię w moim życiu, nawet jeśli się zmieniliśmy.
- Więc będę tam. Jako twój przyjaciel. - W końcu właśnie o to w tym wszystkim chodziło, prawda? W ich pobycie tutaj? By zobaczyć świat, w jakim miała przebywać. Poznać go chociaż na chwilę, zobaczyć go jej oczami. To, co tu robili, sprowadzało się do pozwolenia, by odeszła. By zabrała Melanie i znalazła swój kawałek ziemi. Zaczęła asymilować się ze światem, do którego powinna należeć. Z rodziną, do której należała. Uwierzył jej, gdy powiedziała, że nie ucieka przed nim, ale nie uciszyły to reszty bombardujących już jego umysł myśli. Przerażały go. Dekoncentrowały. Sprawiały, że zaczynał panikować. Gdy muzyka zmieniła się na bardziej skoczną, wiedział, że musiał wyplątać się z tej tragikomedii. Z sytuacji, w której robił z siebie kimś, kim nie chciał być. Zagarniającego ją bezpodstawnie dla siebie i ignorującego jej pragnienia. Był obrzydliwy. - Przepraszam - wyrwało się z jego zaciśniętego gardła, gdy wyprostował się i ułożył dłoń na tej należącej do Roselyn, by delikatnie ją od siebie odsunąć. Jeśli miał zostać tam jeszcze chwilę dłużej, zwymiotowałby. Dlatego odwrócił się i skierował ku granicy parkietu, by złapać oddech. Czuł się chory. Tańce, duchota, gorąc i lodowate zimno wymieszane w jedno nie pomagały. Śmiechy, obijające się ciała o to jego własne zaczęły go irytować, drażnić. Jakby go wyśmiewały i blokowały mu złośliwie drogę, gdy on usilnie chciał uciec. Nie wiedział więc jakim cudem zdołał się wyswobodzić z tego uścisku i nieco chwiejnym krokiem dotrzeć do jednego z oddalonych od ognisk drzewa. Nie miał już siły, dlatego też osunął się przy jego pniu na ziemię i starał uspokoić rozdygotane ciało. Wirowanie w głowie, płytki oddech. By przestać się pocić i pozwolić, by krew na nowo zaczęła krążyć w normalnym przepływie. Z przedramionami na kolanach, głową opartą o pień za sobą łapał powietrze, z przyjemnością przyjmując chłód bijący od ziemi, na której siedział. Lodowaty powiew nocnego wiatru owiewający blade, acz gorące policzki. Był po prostu wyczerpany.
Zamknął oczy, dlatego nie zauważył zbliżającej się do niego sylwetki. Dopiero gdy stanęła naprzeciwko i odezwała się, rozwarł powieki, by uplasować uwagę na figurze patrzącej na niego z troską Szkotki. Tej samej, która zastanawiała się, czy zamierzał z nią zatańczyć. - Dobrze się pan czuje, profesorze? - Miała silny akcent, ale przez lata nawykł do wyłapywania ze słów Roselyn ich znaczenie. Zresztą to nie z dialektem miejscowych miał problem. Były inne, gorsze miejsca na mapie Szkocji, gdzie potrzebowałby tłumacza, by cokolwiek pojąć.
Uśmiechnął się jednak do dziewczyny wdzięcznie. - Muszę po prostu złapać oddech. Strasznie tam duszno - odparł, ciężko łapiąc powietrze i z trudem wypowiadając słowa. Wskazał jednak brodą na parkiet, by przynajmniej w jakiś sposób odwrócić uwagę czarownicy od swojej osoby. Chociaż na chwilę. Pewnie ludzie sądzili, że był pijany. Że miał słabą głowę. Śmiechy słyszane z oddali jakby jedynie potwierdzały nieprzyjemne przypuszczenia. Ciężko zresztą było go nie zauważyć, gdy przewyższał praktycznie wszystkich zebranych o głowę jak nie więcej... Melodyjny chichot, który wydobywał sie z jego niespodziewanej towarzyszki, wyrwał niespodziewanie Jaydena z hipotetycznych głupot jawiących się w przemęczonej wyobraźni i kazał mu na nią spojrzeć.
- W zeszłym roku co najmniej połowa z nich pomdlała. Żaden się jednak do tego nie przyzna. Proszę się więc nie przejmować - wyjaśniła, po czym zamilkła na chwilę, by wskazać kawałek ziemi obok niego. - Mogę? - spytała, a gdy nie zaprotestował, usiadła po jego lewej stronie. Gruby materiał spódnicy opadł na wychłodzony grunt i Jayden pożałował, że jego płaszcz nie był przynajmniej w połowie tak solidny. Bijące od ziemi zimno powoli zaczynało mu doskwierać. Nie odzywal się jednak. Po prostu wpatrywał się w oddalone ognie, parkiet i zabawę ramię w ramię w kompanii kogoś, kogo się nie spodziewał.


Maybe that’s what he is about. Not winning, but failing and getting back up. Knowing he’ll fail, fail a thousand times,
BUT STILL DON'T GIVE UP
Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Highlands [odnośnik]11.12.21 23:47
Słowa lawirowały w okół nich i chociaż wypowiadane szczerze, stanowiły jedynie akompaniament dla dominujących umysł myśli. Każde wypowiedziane słowo - te jego i te jej - podlegało analizie, starannej obserwacji spojrzenia jakie towarzyszyło wypowiadanym zgłoskom, tonu jakim wybrzmiewały. Te jej dobrane tak, aby nie uległy złej interpretacji. Te jego by chociaż w części zrozumieć co się z nim działo. Co przytaczało go tak bardzo by zdecydował się od niej odstąpić.
Nie ruszyła za nim. Nie sądziła, że powinna. Bezwzględnie rozkładać na czynniki pierwsze, rozpruwać, wyciągać to co intymne, aby tylko zrozumieć. Aby tylko uciszyć własny chaos, jego kosztem. Chociaż pytania wibrowały pod skórą, nie miały znaleźć odpowiedzi. Chciała wiedzieć. Wiedzieć co się z nim dzieje. I nie tylko w ujęciu ich. Stwierdzenie, że ostatnie miesiące były dla niego ciężkie byłoby wielkim niedopowiedzeniem. Dostrzegała to. Mógł milczeć. Traktować ją oschle, unikać, odpychać. Wycinać kawałeczek po kawałeczku ze swego życia. Nie mógł jednak wymazać faktu, że zanim zarysował się między nimi konflikt, znała go przez większą część jego życia. Dostrzegała zmiany jakie w nim zachodziły. Zdawała sobie sprawę, że chociaż miał swoje powody, to nie izolował tylko jej. Że coś nowego wkradało się w jego codzienny rytm, w mimikę znanych rytuałów. Że był inny. Nie musiała rozwlekać jego wnętrzności i analizować ich pod każdym kątem. Był inny. To przeczucie było niemal namacalne, chociaż nie miało przełożenia w wyznaniach, w jawnym oznajmieniu przez niego samego. Nie potrzebowała tego, aby po prostu widzieć. Czuć. Był ten sam, lecz inny. I nie mogła siłą egzekwować tego, aby się przed nią obnażał. Decyzja zawsze należała tylko i wyłącznie do niego. Musiał być na to gotowy, musiał tego chcieć. Egoistycznym byłoby zmuszanie go do tego. Bo w tym momencie nie potrzebowała niczego innego, aby po prostu zrozumieć co nim kierowało. By w jakiś sposób mogłaby opanować odmęt własnych myśli, odnaleźć w nich swój własny spokój. Równowagę, której nie potrafiła zapewnić sobie sama. Bo podobnie jak on czuła się spanikowana. Chora, chociaż nie potrafiła zdiagnozować własnego stanu. Bała się go analizować, aby nie natknąć się na budzące jeszcze większy niepokój wnioski.
Podobnie jak on potrzebowała przerwy. Chwili, aby unormować oddech, który z trudem sięgał płuc. Potrzebowała zrozumieć samą siebie, a chociaż w chwilach słabości pragnęła, by ktoś zrobił to za nią, pokierował, powiedział jej co miał robić…. Wiedziała, że nie tego chce. Nie tak naprawdę. Nikt nie mógł podejmować decyzji za nią, nikt inny poza nią samą nie mógł pomóc jej odnaleźć odpowiedzi, których szukała. W tej chwili sama nie do końca potrafiła zinterpretować to czego pragnie. Co chciała usłyszeć, co chciała powiedzieć w jaki sposób chciała się czuć. Nie mogła naciskać ani siebie, ani jego. Niemalże masochistycznie dotykać czułych punktów, by poczuć jaką spowoduje reakcje. Musiała odrzucić od siebie tą desperację. Niezbadane pragnienie bliskości, odczuwania jej, eksplorowania jej. Nie była na to gotowa. Nawet nie wiedziała czy powinna. Czy odpowiednim były zaledwie tego pragnąć. Czuła ciężar winy. Bo w jakiś sposób próbowała rozproszyć tym wszystkim własny strach, odciążyć własne barki. Poczuć ulgę. Poczuć się bezpieczną. Poczuć, że gdzieś przynależy. I nie potrafiła tego w sobie zdusić. Dni pędziły jeden za drugim i coraz częściej odczuwała to jak ciężko było zrzucić z siebie ich ciężar. Czuła zmęczenie. Fizyczne. Psychiczne. Nie widziała jego końca. Nie widziała celu, do którego miała dotrzeć. Wyznaczonej liczbę tygodni, które musi po prostu wytrzymać.  Czas po prostu przesypywał się przez jej palce i zastanawiała się nad tym, że pewnego razu jedno z nich mogło nie wrócić do domu. Czuła to tamtej nocy, gdy przyprowadził do Thaech Fael braci Doe. Patrzyła na pogorzeliska w Dolinie Downs Bank i myślała o tych wszystkich ludziach, którzy myśleli, że mają jeszcze trochę czasu. Którzy nie zakładali, że być może następnego dnia nadejdzie koniec. Wtedy po prostu nie chciała powstrzymywać w sobie czegokolwiek. Powstrzymywać się przed życiem.
Nie potrafiła jednak być czymś innym niż w rzeczywistości była. Beztroska dzisiejszego wieczora zdawała się być jedynie iluzją, ten moment gdy po raz pierwszy z spomiędzy jej warg uciekł niezręczny śmiech, gdy zdeptała stopę partnera zdawał się odbyć lata świetlne temu. Zamiast po prostu poczuć się dobrze, niemalże autodestrukcyjnie prowokowała sytuację, w których nie potrafiła się odnaleźć. Gdy przypominała sobie, że beztroska nie jest dla niej. Że ten śmiech wcale się jej nie należy. Gdy komplikowała rzeczy, które mogły być proste. Radosne. I w tym momencie zdawało jej się, że wyrządza krzywdę nie tylko sobie, ale też innym. Nie potrafiła zmazać siebie wyrazu twarzy Jaydena, gdy ją opuścił.
Pozostając samą przybrała jedynie dobrą minę do złej gry. Pozwoliła sobie zamienić kilka słów z mieszkańcami, odnowić znajomości, mówić o rzeczach błahych. Dziś nikt nie chciał rozmawiać o wojnie toczącej się w Anglii. O tym, że sięgała aż tu, bo nie tyczyła się jedynie Anglików. Oni zawsze wracali do Szkocji, by imać sobie do niej prawa. O tym co miało nadejść i że już wielu z nich odczuwało jej ciężar. Dziś rozprawiali jedynie o tym co prozaiczne. Wszyscy uciekali. Wszyscy w jakiś sposób próbowali poczuć się częścią jednej społeczności. Poczuć pewność, że gdy nadejdą złe czasy, przetrwają je wspólnie. Nie potrafiła jednak dzielić tego ducha. Myśli umykały w kierunku, w którym odszedł Jayden. I zdawała sobie sprawę z tego, że czas mija i że nie mogła, ani nie czuła się już na siłę tego przeciągać.
Ruszyła w jego kierunku. Rozgrzany płomieniami płaszcz dawał ulgę jedynie przez chwilę, szybko zdała sobie sprawę z tego jak bardzo jest zimno. Szczęka zaczęła drżeć, ciało podążyło jej śladem. Próbowała dojrzeć jego sylwetkę, zamiast tego zastała ich dwójkę. Oczywiście, tą samą czarownicę, która wcześniej próbowała wyciągnąć go do tańca. Czemu zresztą nie powinna się dziwić. Irytacja pobudziła zmysły zanim zdążyła opanować język - musiała upomnieć bogu ducha winną Gillies, że choroby powodowane siedzeniem na śniegu, bardzo nieprzyjemnie się leczy. - Wracajmy do domu. Już późno - powiedziała do Jaydena, otulając się szczelniej szalikiem. - Chodź, powiem tylko tacie, że wracamy - dodała niecierpliwie, jakby nagle zaczęło jej się śpieszyć, chcąc uciec od zrodzonego w tym momencie uczucia frustracji. Czymś z czym czuła się po prostu głupio, zakłopotana. Chciała już wrócić. Żeby ten dzień w końcu się skończył. Nie czekając na nich, ruszyła przodem, stawiając szybkie kroki. Potrzebowała odpoczynku.  Skończyć już ten dzień, czekać na następny.
Nie chciała być oschła, powodować konfliktów. Pożegnała się z Gillies, pożegnała się z ojcem, podziękowała Jaydenowi za to, że z nią dzisiaj był zanim rozstali się w korytarzu. I szczerze miała to na myśli. Nagle jednak poczuła się tak bardzo wyczerpana. Chciała jedynie zasnąć. Oczyścić umysł. Nie myśleć. Jedynie poddać się potrzebom ciała. Sen jednak nie przyszedł szybko. Niepotrzebnie się łudziła. Myśli drylowały czaszkę jak każdego dnia. Niespokojne. Męczące. Wpatrując się w rysy na suficie, zastanawiała się czy on również robi to samo czy może już zasnął. Czy ten wieczór zdawał się być mu tak samo chaotyczny czy jedynie to sobie wmawiała.

|zt x2



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Highlands [odnośnik]27.01.22 21:03
13 lutego
Dostanie się do Szkocji było tak proste - teleportacja, krótki spacer lub lot i ponowna teleportacja. Wydawało się to tak proste w porównaniu z czasami szkolnymi; z czasami kiedy podróżowali tylko tam, gdzie podróżował tabor.
Działo się dużo - oczywiście. I może przez powrót w październiku do Anglii, nieco zatęsknił za tymi rejonami? Za wzgórzami, za jeziorami, za tym rześkim powietrzem towarzyszącym na otwartej przestrzeni szkockich gór, za wiatrami i tym, jak inaczej się tutaj czuł. Szczególnie w porównaniu do Anglii - wszystko wydawało się spokojniejsze i przyjemniejsze, wszystko wydawało się być tak inne i nostalgiczne. A gdyby rzeczywiście uciekli tutaj? Przeprowadzili się do Szkocji? Byłby w stanie tutaj żyć, gdyby miał obok i Sheilę, i Jamesa? Może Eve by wróciła, a może jeszcze kto inny? Może mógłby zabrać tutaj Kerstin? Może mógłby tutaj się zaszyć?
Przyszedł nieco wcześniej na miejsce, pocieszyć się jeszcze trochę świeżym powietrzem. Może potrzebował nieco odpocząć? A może potrzebował jednak jakiegoś towarzystwa? Ale innego niż Marcel, który zarzuci mu marnowanie powietrza; innego niż Steffen, który pewnie znów próbował go rozbawić czymś, zmusić do śmiechu. Może nie miał po prostu na to wszystko chęci? Naprawdę miał wrażenie, że ten nowy rok jakoś się zaczął nijako.
A jednak słysząc teleportację, uśmiechnął się wesoło, zaraz odwracając do dziewczynki. W końcu jak inaczej miał ją określić?
- Oho, jednak się nie boisz? - rzucił, szczerząc się jak idiota, zaraz ruszając w stronę rudowłosej lady, choć zatrzymał się na kilka kroków przed nią. Wsunął dłonie do kieszeni swojego wytartego już płaszczu, zaciskając jedną z dłoni na swojej harmonijce. U kołnierza prześwitywała mu już nieco sprana żółć swetra. Miał na sobie ciemne spodnie, buty które były całe zabłocone, a do tego jeszcze szalik i czapkę - czerwone i wełniane.
Zmierzył pannę wzrokiem. - To co Weasley? Widziałaś szkockie krówki? Kawałek dalej się pasą, są całkiem urocze - powiedział, zaraz ruszając w stronę kamiennego płotu, który odgradzał pola. Zerknął jeszcze przez ramię na Nealę.
- Chyba, że się boisz? No i niedaleko jest jakiś pub... można się zakraść po piwo. Mugolski, mam nadzieję, że wzięłaś różdżkę - dodał, samemu zaraz się schylając po jakiś kamień. Mogli transmutować to w mugolskie pieniądze, mogli spróbować zakraść się do środka pod kameleonem, a mogli po prostu nastraszyć ludzi w środku.
- No nie patrz się tak na mnie. Czy ja gryzę? Czy wolisz pierw dostać manto? Jimmy ci pokazywał jak wyprowadzić ciosy? Może ja cię powinienem pouczyć skoro uczyłem go jak był młodszy? - powiedział, nie musząc się chwalić, że przecież nie uczył się jak się bić dla własnej przyjemności, a dla obrony młodszego brata. Idiota zawsze pchał się w bójki - nigdy nie potrafił odpuścić. Różnili się od siebie aż do takiego stopnia... W takich drobnych rzeczach. James zawsze się rwał, zawsze krzyczał i chciał o wszystko walczyć, a on? Był zwykłym tchórzem. Nikim i niczym więcej, nikim ponadto. I bał się za każdym razem o młodszego brata, że ten się przeliczy - ale oczywiście nie słuchał, oczywiście musiał się znać lepiej i nie dawać sobie przetłumaczyć, że nie na wszystko pomagały pięści.
A może pomagały? Może sam powinien częściej korzystać z argumentu siły?


Highlands - Page 33 EbVqBwL


Ostatnio zmieniony przez Thomas Doe dnia 04.04.22 21:06, w całości zmieniany 1 raz
Thomas Doe
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Highlands - Page 33 AGJxEk6
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Highlands [odnośnik]30.01.22 2:24
Oczywiście, że nie mogłam odmówić. Znaczy, może i mogłam, ale nie zamierzałam. Przecież nia bałam się Thomasa! Co to, to nie. Nie w tym życiu i nie w żadnym kolejnym tego jednego byłam pewna. Ale też jakoś nad wyraz nie uśmiechało mi się za bardzo na spotkanie z nim udawać. No, nic to, jak powiedziałam, że będę, to być musiałam. Inaczej się po prostu nie dało. A może ja inaczej nie robiłam. Szkocja to nie było najbliższa miejsce. Więc ciocia trochę niezadowolona była, ale obiecałam wrócić do domu, zanim nie się nie weźmie i nie ściemni całkiem.
Minę od samego początku miałam chyba nietęgą. Raczej średnio wychodziło mi ukrywanie emocji, czy kłamanie więc z gruntu tego nie robiłam. Gdy próbowałam - zaczynałam - coś mnie wydawało. Podobno płatki uszu mi się rozszerzały i jakoś falowały. Tak tylko słyszałam. Bo nigdy nie sprawdzałam tego przed lustrem. Musiałam okropnie wtedy wyglądać, więc wolałam nie wiedzieć. Już starczyło że okropnie z rumieńcami wyglądałam. Oh, jak zwykle łatwo nie było być mną. Tego jednego byłam pewna.
Wywróciłam oczami na słowa, którymi nie przywitał. OCZYWIŚCIE że się nie bałam. Nie było przecież ani czego, ani kogo. Nie odpowiedziałam więc uznając, że ten gest jeden, którego nie ukrywałam, wystarczy mu za odpowiedź. Uniosłam rękę, żeby odrzucić na plecy rude włosy. Opadły dźwięcznie - to zawsze ładnie brzmiało i miałam nadzieję że właśnie tak - na granatowy płaszcz, który miałam na sobie. Poprawiłam ciemny beret. Spod płaszcza wystawała bordowa spódnica do połowy łydki, tak, że widoczne były też ciemno brązowe skórzane botki. Uniosłam brew kiedy zwrócił się do mnie nazwiskiem.
- Widziałam. - odpowiedziałam nie ruszając się nawet nie o krok. Co on myślał, że mnie w domu trzymali i nigdzie nie byłam. W Szkocji rzadziej co prawda, ale nie byłam jakaś niedouczona, żeby nie wiedzieć. Wiedziałam i to sporo.
- Długo będziesz o tym bojeniu? - zapytałam bo drugi raz to samo gadał, a ja się przecież nie bałam. Ustalone to raz została więc po co było do tego wracać. Kolejne słowa sprawiły, że zmarszczyłam odrobinę brwi, które po chwili uniosły się do góry. Szaleju się najadł? A może ktoś go jednak w łepetynę tak walnął, że mu się wzięło i poprzestawiało wszystko.
- Zakraść po piwo? - zapytałam, ale aż zadrżałam ze złości. Po piwo chciał się zakradać. Gamoń jeden. Nie zamierzałam. Nie zamierzałam kraść. Brendan by wziął i mi rękę uciął za kradzież i bez tej ręki kazał miesiąc łazić póki bym nowej nie dostała, żebym się nauczyła - jakbym już nie widziała, a wiedziałam - że nie powinnam kraść. Przynajmniej i na pewno nie dla zaspokojenia jakiś zachcianek. PO PIWO!! Przykucnęłam, zbierając w schowane w rękawiczkach śnieg z którego ulepiłam kulkę. - ZAKRAŚĆ PO PIWO!?! - uniosłam głos biorąc zamach i rzucając w Thomasa. Coś jeszcze mówił, ale go już nie słuchałam.
- Strata czasu, wracam do domu. - zadecydowałam, odwracając się na pięcie i wciskając ręce w płaszcz. Zła jak osa. Kraść mu się zachciało. Kraść piwa. Niedoczekanie. Na nic nie zasłużył ode mnie, nawet na lanie.

| rzucam w ciebie śnieżną kulą śmierci :angry:


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : asystentka uzdrowiciela, pomocnica w Sanatorium
Wiek : 17!!!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
your mind
is playing
tricks on you,
my dear
OPCM : 10 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 15 +6
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
felix felicis
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Strona 33 z 34 Previous  1 ... 18 ... 32, 33, 34  Next

Highlands
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach