Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Highlands
AutorWiadomość
Highlands [odnośnik]12.08.16 19:28
First topic message reminder :

Highlands

To tereny na północnej Szkocji, gdzie pasma gór i pagórków ciągną się aż po horyzont. Różnorodność flory i fauny jest wręcz zachwycająca. Zielone wzgórza ciągnące się kilometrami urozmaicone są przez liczne jeziora, jak i okalające je lasy. O tych terenach krąży wiele plotek, jednak nie bez przyczyny mugole rzadko zapuszczają się w zalesione tereny okalające jedną z zamkowych ruin bowiem błąka się po nich szyszymora, której jęki i zawodzenie skutecznie odstraszają niemagicznych ludzi. I choć szyszymory to niegroźne magiczne stworzenia, to ich przeszywający jęk z pewnością sprawia, że najodważniejszemu czarodziejowi jeżą się włoski na karku.


[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Highlands - Page 33 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


1 II

Płomienie odbijały się w lustrze onyksowej tęczówki. Niebo już dawno oblekło się odcieniem głębokiego granatu. Nie dostrzegła okresu przejściowego, gdy jego szarość stopiła się z ciemnością nocy. Oszalałe języki ognia rozpraszały cienie, rozgrzewając zdrętwiałe od mrozu policzki. Serce zdawało się bić rytmem zapomnianej muzyki - tej, która narodziła się na długo przed nią, gdy szkockie wzgórza zamieszkiwały plemiona Celtów i Piktów. Tej zakonserwowanej w pamięci przekazywanej z pokolenia na pokolenie, nie pozwalającej by wpływy cudzoziemców zmieniły ich tradycje. Zapomnianej, bo długie lata temu zbiegła z macierzystych ziem, niemalże odrzucając w niepamięć swoje korzenie. Ich melodia rozbrzmiewała dziś w jej żyłach, napędzając tętno pośpiesznie bijącego serca. Nie pamiętała ostatniego dnia jak ten. Zresztą nie takim go planowała.
Milczenie rozkwitło między nimi na nowo. Tym razem nie te toksyczne, sukcesywnie zatruwające przestrzeń jaką dzielili. Milczenie mijania się w czterech ścianach starej irlandzkiej rezydencji. Dajmy sobie czas wybrzmiało zdawać się całe lata temu, gdy w zaciszu zalanej łazienki, złożyli sobie obietnicę. Potrzebowała czasu, aby poradzić sobie z wzburzeniem tamtego wieczora, aby zracjonalizować miotane emocjami, tęsknotą odruchy. Odtwarzała ich bieg, raz po raz. Słowa po słowie. Potrzebowali czasu. Nie chciała naciskać, ani prowokować sztucznej atmosfery zgody jaka miała nastać tamtej nocy. Milczenie nie rozbrzmiewało jednak ciszą. W mięśniach wciąż wibrował wstyd. Dziwny, kompletnie im nieznany, sprowokowany intymnością tamtych gestów. Wspomnienie muśnięcia warg na wewnętrznej stronie nadgarstka, dotykiem chłodnych palców na cienkiej skórze szyi. Emocji spędzonych głęboko na skraj racjonalnego myślenia. Potrzebowali czasu, aby no nowo odnaleźć swój język. Metoda małych kroczków zdawała się być w ich wypadku nieodpowiednia, a jednak w taki sposób potrzebowała wyrwać się z odrętwienia. Począwszy od najmniejszych gestów. Przestała znikać z pola widzenia jak tylko pojawiał się na horyzoncie, przestała uciekać przed jego obecnością pod najmniejszym pretekstem, a faktycznie dzielić czas, który był im dany. Nawet jeśli ten nie należał wyłącznie do nich, dzielony z dziećmi, z domownikami. Przestała chronić się przed byciem obok. Próbowała z nim rozmawiać, jak trywialne nie zdawały się być tematy ich dysput. Po prostu być. Małymi kroczkami, zacieśniając przestrzeń między nimi. Robiąc kolejny krok. Niepewny, rozchwiany. Nie czuła pewności gruntu pod stopami. Dziś miał nastąpić kolejny.
W pamięci wciąż rozbrzmiewało jego odejdziecie? Cień majaczący się w odbiciu błękitnych oczu. Wiedziała, że to nie będzie łatwe. Wiedziała, że sprawi trudność dla ich obojga. Pewnego dnia jednak miały odejść. Chciała, aby widział kierunek w jakim podąża.
Inaczej zapamiętała swój rodzinny dom. Ten, którego bała się odwiedzać od tak bardzo dawna. Ojciec włożył serce w to, aby po pożarze, po wielu latach nieużytku stał się miejscem, w którym na nowo dało się zamieszkać.
Dziś po raz pierwszy od wielu, wielu lat dane było jej zmierzyć się z tym wspomnieniem. Przekroczyć próg starego domu, dostrzec na framudze kuchennych drzwi ślad nacięć naznaczających dawną, coroczną tradycję - te usytuowane znacznie niżej, w mniejszych odstępach należały do niej, te wyższe były wspomnieniem brata. Jej dawny pokój przeobraził się w nowy pokój Melanie, a największa sypialnia. Sypialnia rodziców - miała należeć do niej. Zawahała się tylko w jednym momencie, gdy krok skierował ją w stronę dawnej pracowni alchemicznej jej matki. Strach obudził się w sercu na zaledwie sekundy przed pociągnięciem klamki, jakby miała zastać tam to co zastał jej ojciec zaraz po ugaszeniu ognia. Jedynie wskazała mu pomieszczenie, odnajdują ucieczkę w prezentacji licznych kuchennych szafek.
Gotowa była zakończyć ten dzień dokładnie tak jak zaplanowała, jednak porządek jej rozkładu tego popołudnia zburzyła wizyta ojca. Mieszkańcy okolicznych farm i wiosek szykowali się to polowania. Nawet wojenna zawierucha nie okryła pyłem ich tradycji.
Chociaż dzisiejszy wieczór nie rozbrzmiewał tamtą rozpamiętaną w sercu radością, oni nosili w duszach jej dawny rytm. Dziś osobliwie desperacki, niemalże szalony, odbijający w się w narwistych dźwiękach instrumentów. Kobiety przygotowywały się na oprawienie zwierzyny, kilku śmiałków gotowało się nawet do gry w quidditch. Brakło bogatej uczty, zabrakło prawdziwych uśmiechów na ich ustach. Wirowali jednak w rytm szaleństwa jakie sprowadzała na nich wojna. Chociaż tak bardzo odległa, prześladująca tak dalekie tereny. Obecna tutaj. Zamknięta w przestrzeniach sztucznej beztroski, wyrwanego z serca wiatru szaleństwa. Wszyscy tak bardzo, desperacko pragnęli czuć się częścią czegoś większego. Małej społeczności gdzie jednak znał drugiego. Gdzie dbali o siebie, gdzie mogli sobie zaufać, chociaż ich świat rozbrzmiewał strachem i złością. Tu stworzyli sobie ucieczkę. Muzyka rozbrzmiewała głośno, a drewniany parkietu uginał się pod gniewnymi uderzeń trzewików. I ona dała się na chwilę porwać jednemu z chłopców. Nie, już nie chłopców. Jedynie takimi ich zapamiętała. Pęd zimnego wiatru wkradł się w porządek starannie spiętych włosów, niemalże tak jak i ogień rozgrzał blade policzki. Nie pamiętała kroków, nie pamiętała jak to było poruszać się w pozbawionym granic tańcu. Niemalże zapomniała słowa ich gwary, dźwięków ich głośnych, niespętanych ograniczeniami śmiechów. Niemalże zapomniała jak smakuje dom.
Muzyka ucichła tylko na moment, tam też znalazła ucieczkę. Przemknęła w miejsce, tam gdzie zostawiła Jaydena. Rzucając go na pożarcie ojca i reszty jego przyjaciół. Ogień rozgrzewał muśniętą mrozem skórę. - Przepraszam, nie potrafiłam znaleźć żadnej wymówki - powiedziała, stając tuż obok niego. Wiedziała, że nie powinna go tak zostawiać, przybyli tu razem. Znali ją. Tamtą dziewczynę, która dorastała wśród nich. On był im obcy, inny. Nie mieli obowiązku traktować go jak swojego i w jakiś sposób pragnęła, by chociaż przez chwilę poczuł się tu jak ona. To nie był jego dom. Tak jak i jej domem nie była Irlandia. Mimo wszystko ich światy łączyły się w tamtych miejscach. Chciała, aby poczuł to tutaj. - Kiedyś to wyglądało inaczej niż teraz - rozejrzała się, zsuwając rękawiczki z dłoni, by płomienie ogrzały jej skostniałe palce. - Organizowali nam kulig i graliśmy znacznie dłużej, dorośli i dzieci, a potem gdy wszyscy wracali z polowaniu robili ucztę - wspominała z uśmiechem. Dziś tylko kilku śmiałków miało siły rozegrać mecz. Nie było zabaw dla dzieci, a każdy miał zabrać do domu to co złowił. Było inaczej. Mimo wszystko sentymentalnie.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.




Ostatnio zmieniony przez Roselyn Wright dnia 03.11.21 18:57, w całości zmieniany 1 raz
Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Roselyn & Jayden

1 lutego 1958

« Mówisz mi, a ja zapominam; uczysz a zapamiętuję; angażujesz mnie, a ja się uczę »
Niedziela była jedynym dniem, gdy profesor nie musiał martwić się o swoich uczniów. Ani teoretyczne, ani praktyczne nauczanie nie było wówczas stosowane, pozwalając na to, by pedagog odpoczął, a podopieczni zregenerowali siły. Lekcje zaczynające się od północy nie były wybitnie problematyczne dla Jaydena, ale dorastający nastolatkowie potrzebowali zdecydowanie więcej snu od niego, dlatego też brano pod uwagę ich naturalny rozwój i nocne zajęcia odbywały się jedynie raz w tygodniu dla jednej grupy. Po dwie godziny jednej nocy dawały możliwość nauczycielowi na odpoczynek siódmego dnia. Plan został zresztą dopasowany w odpowiedni sposób, by zmaksymalizować czas, jaki Vane mógł spędzić w domu i zminimalizować ten spędzany na uczelni bez strat w godzinach nauczania. Nie było to zbyt trudne, a z pomocą dyrektora oraz akceptującego sytuację życiową profesora grona pedagogicznego wszystko zdawało się iść bez przeszkód. Część z osób sama wychodziła z inicjatywą i chęcią wsparcia — utrata Pomony dla wszystkich była szokiem. W końcu cały zamek znał ją jako jedną z pracowników. Żoną Jaydena stała się o wiele później i w tajemnicy. Jej zniknięcie wiązało się z utraceniem przyjaciółki, koleżanki po fachu, kogoś, kto należał do ich wspólnego grona. Vane nie spędzał jednak już tak wiele czasu w murach szkoły jak niegdyś, dlatego też jego obecność i kontakt z innymi były zdecydowanie ograniczone. Praktycznie w ogóle nie pojawiał się na śniadaniach w Wielkiej Sali, pozwalając, by jego krzesło pozostawało puste. Tak samo działo się w czasie kolacji i jedynie w poniedziałki oraz wtorki pozostawał na obiadach — gdy zajęcia okalały przerwę na posiłek. Dlatego też Jayden musiał zrezygnować z pełnienia funkcji opiekuna domu. Nie był w stanie pogodzić obowiązków z byciem ojcem. I nawet jeżeli Pomona wciąż by żyła, nie wybrałby szkoły ponad własną rodzinę, a z tym też wiązała się owa odpowiedzialność. List do dyrektora nie doczekał się odpowiedzi, ale Vane wiedział, że Steve doręczył wiadomość. I chociaż astronom nie robił tego z przyjemnością, miał pełną świadomość, że tak należało. To nie tylko obowiązek sprowadził go do rezygnacji, ale własne poczucie co do miejsca i ludzi, przy których chciał być. Którym chciał poświęcać swój czas.
Dlatego nawet specjalnie nie namyślał się, gdy Roselyn zaproponowała mu pojawienie się w Szkocji.  Myślał, że wybiorą się wszyscy — że on weźmie chłopców, ona Melanie — ale tak się nie stało. Shelta poprosiła o trochę czasu z dziećmi, a mała Wright nigdy nie była problematyczna w zajmowaniu się nią. Do tego radziła sobie świetnie sama, dlatego finalnie zostali tylko we dwójkę. W jakiś sposób świadomość pozostania samemu z Rose powodowała poruszenie się dziwnych, niezrozumiałych emocji. W końcu w ostatnim czasie uczyli się przebywać wspólnie, ale zawsze, zawsze mieli towarzystwo. Mimo że Theach Fáel było sporym domem, ilość mieszkańców posiadłości zdecydowanie przekraczała normę, do której nawykła przeciętna, brytyjska rodzina. Każdy z nich zresztą był inny — poczynając od zamkniętej w sobie Shelty, przechodząc przez zwierzyniec, kończąc na wymykającej się Maeve i wtykającej we wszystko nos Alannah. Od tamtej rozmowy w łazience Jayden nie był w stanie patrzeć na Roselyn tak samo, jak dawniej. I nie chodziło o to, że nie traktował jej jak przyjaciółki — to nigdy nie miało się zmienić — ale coś się zmieniło i wiedział o tym. Ona również musiała to wyczuć, mimo że nie rozmawiali o tym. Nie musieli. Relacja nie rozpadła się między nimi na tyle, by zupełnie zapomnieli o tym, jacy byli. Oczywiście, że cieszył się z faktu pierwszego kroku ku naprostowaniu spraw pomiędzy nimi, ale ruszenie dalej było jeszcze trudniejsze od początku. Wszystko wydawało się wszak inne... Nie takie, jakie zapamiętał, zanim pozwolili sobie na dystans po kłótni. Gdy ona już nie unikała go w domu, on łapał się na podążaniu wzrokiem za sylwetką przyjaciółki, wspominając jej głos i ciężkie od emocji powieki. Smak, który został na jego języku, gdy zagryzł wargi po przejechaniu nimi po kobiecej skórze. Zmieszanie uderzało więc podwójnie, gdy rozumiał, co się działo, a kara była o tyle potężniejsza, że wcale nie czuł wstydu. Nieważne jak bardzo by tego chciał, nie mógł zmusić się, aby żałować. I chociaż czuł niepokój oraz obawę związane z samotną wyprawą do Szkocji, nie chodziło o wydarzenia przeszłe. Sam w swoim bezwstydzie musiał odwracać swoją uwagę, gdy siedzący na jego ramieniu diabeł zadawał pytanie co by było gdyby. Gdyby nie odskoczyła od niego tak gwałtownie i dali sobie jeszcze trochę czasu. Czuł się spokojny w tamtym momencie, jak nie czuł się od długiego czasu — paradoksalnie do szalejących w nim wówczas emocji. Ale w tym chaosie była również oaza. I wina. Wiedział, że przekroczył pewną linię, która może i kiedyś nie byłaby dla nich żadnym szokiem, ale aktualnie wszystko się zmieniło...
Dlatego gdy pokazywała mu dom, nie opuszczał jej boku, chociaż zawsze zostawiał odpowiednią przestrzeń dystansu. Niezbyt bliską, niezbyt daleką. Złamał ten dystans tylko raz — gdy złapała za klamkę pokoju, którego bała się najbardziej, a on ułożył swoją dłoń na tej należącej do niej. Wciąż tkwiącej na nieotwartych drzwiach. Wiedział w końcu, co się wydarzyło. Wiedział o wypadku i pożarze. Nie odzywał się, ale mogła zrozumieć, że bez względu na to, czy zamierzała je otworzyć, czy pozostawić zamknięte — był tam z nią. Nie była już sama. Trwało to jedynie urywek chwili, zanim ruszyli dalej, wracając jak gdyby nigdy nic do przerwanego wcześniej zajęcia. Fala gorąca i natychmiastowego chłodu przeszła jednak przez ciało profesora, usilnie odstręczającego te uczucia. O wiele łatwiej było zepchnąć je na dalszy plan, gdy pojawił się pan Wright. Jayden stał tuż za Roselyn, a w odpowiednim momencie zrobił krok w przód, by wyciągnąć rękę do ojca przyjaciółki. Nie było to ich pierwsze spotkanie, ale na pewno minęło sporo czasu, odkąd widzieli się ostatnim razem. Być może miało to miejsce na trzecich lub czwartych urodzinach Melanie — później rozmijali się, by nigdy na siebie nie natrafić. Trzeba było jednak przyznać, że wówczas ojciec Rose nie robił tak intensywnego wrażenia, jakie wyczuwał od niego w tym dniu astronom. Zupełnie jakby stalowe oczy starszego czarodzieja potrafiły przeniknąć przez jego osobę. Późniejsze wydarzenia jedynie potwierdziły ojcowską troskę, gdy grupa przyjaciół pana Wrighta otoczyła Jaydena i chociaż większość była o wiele od niego niższa, nadrabiali to temperamentem i krzyżowym ogniem pytań. Z ciężkim akcentem...
- Więc to z tobą Roselyn i Melanie mieszkały przez ostatnie miesiące, ya?
- Tak. Emmm... Poprosiłem kogoś, by odszukał je po masakrze w Londynie i razem z żoną zaoferowaliśmy im schronienie.
- Polujesz?
- Nie.
- No to chociaż umiesz grać w quidditcha?
- Unikam latania, jeśli to możliwe.
- Czym ty się tam w sumie zajmujesz?
- Uczę w Hogwarcie.
- Wright, dyrektor ci się znalazł.
W gąszczu niekończących się pytań, śmiechów, poklepywania po plecach i zapachu domowego alkoholu między urywkami Jayden był w stanie wyłapać Roselyn między parami wirującymi na małym parkiecie. Pozwolił sobie na delikatny uśmiech, widząc ją szeroko uśmiechniętą i czerpiącą z aktualnego momentu. Zdecydowanie nie była panną Wright — matką, która pilnowała swojej córki, by była zapięta na mrozie aż po samą szyję. Była lekkomyślną Rose, która pozwoliła, by czapka zawieruszyła się gdzieś w tańcu i opadła na ziemię, przydeptana przez tancerzy. Nie trwało długo, jak pojawiła się tuż przy nim, znajdując drogę między blisko stojącymi mężczyznami i powodując zelżenie atmosfery. Przepraszam, nie potrafiłam znaleźć żadnej wymówki. - Nic się nie stało - odpowiedział, nic nie robiąc już sobie z uważnego spojrzenia pana Wrighta, który wciąż stał wokół ognia wraz z innymi mieszkańcami wioski. Vane'owi jednak ciężko było nie przyglądać się uzdrowicielce — pozostającej w tak odmiennym stanie niż zazwyczaj. Gdy mówiła, jej twarz wciąż lśniła blaskiem, który w Irlandii wydawał się niczym zakurzony, przyćmiony. Odkąd się pojawiła w jego domu, nie widział w przyjaciółce takich reakcji. Nie widział szczęścia, radości. Nie widział rozluźnienia, jakie towarzyszyło jej aktualnie. I nie chodziło o to, że cały czas Roselyn była smutna, ale o fakt intensywności. Szczerości. Gdy mówiła o dawnych czasach, z pewną boleścią w sercu zrozumiał, że to było jej miejsce. Że nigdy nie miała się poczuć w murach Theach Fáel jak u siebie. Że po prostu tak musiało być. On należał do swoich. Ona do swoich... - Dawno cię takiej nie widziałem - powiedział w końcu, nie odrywając spojrzenia od jej profilu. - Szczęśliwej. - Miała być tu szczęśliwa. Wierzył w to. Chciał w to wierzyć. Dlaczego więc nadchodząca wizja rozdzielenia, nie napawała go radością? W końcu powinien był podzielać jej entuzjazm i cieszyć się jej szczęściem. Czemu więc czuł smutek? Zaraz jednak odwrócił swoją uwagę, nie chcąc, aby Roselyn cokolwiek dostrzegła i uśmiechnął się lżej. - Należysz do tego miejsca.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Nie pamiętała już kroków. Nie raz i nie dwa nadepnęła na czubek buta swojego partnera, starając się zdusić niezręczność w gromki wybuch śmiechu. Muzyka zagłuszała tętno rozproszonych po umyśle myśli. Te były jej zbędne, wystarczyło dać się porwać, pozwolić by donośne uderzenia trzewików o ziemię wybijały rytm jej własnych kroków. Dać się poprowadzić, a to nie przychodziło jej z łatwością. Sztywne mięśnie starannie utrzymywały stosowny dystans, nie pozwalały by ktokolwiek wyznaczył kolejny ruch. Melodia jednak wciąż nabierała pędu, a oni wirowali w kółka, rysując ścieżki zamaszystych kroków. Powietrze ulatywało z płuc i łapczywie walczyła o jego zimny haust, gdy w końcu stopy podchwyciły tempo muzyki, a ramiona poddały się ruchom jej towarzysza. Zaśmiała się. Tym razem już nie z własnej niezdarności, a gdy szybki ruch mężczyzny obrócił ją wokół własnej osi, a jej udało się odnaleźć drogę powrotu. Śmiała się raz po raz, pozwalając by szaleńcze rytmy rozgoniły kryjące się w zakątkach umysłu zmartwienia, te natrętne myśli, powracające raz po raz. Wirowała w tempo wartkiego wiatru, wkradającego się pod poły płaszcza, tańczącego w pasmach brązowych włosów. A szalony taniec trwał i trwał, kolejne uderzenia instrumentu nadawały im rytm w desperackim tempie jedynej ucieczki na jaką w tym momencie mogli sobie pozwolić, bo gdy cichła muzyka wracało to wszystko co namacalne. Cień wojny malujący się na śniegu w kształt rozpędzonych figur. Bieda i głód, zagrożenia czające się na Południu. Wojna, która ich jeszcze nie dotknęła, ale niechybnie miała nadejść. Rozterki. Strach. Pęd znanych pieśni jedynie wyciszał chaos umysłu. Jedynie na chwilę pozwalał uciec od dudniących w umysłach cierpień. Jedynie na kilka płytkich oddechów mogła oprzeć się o ramię towarzysza, przymknąć oczy, odkryć że w ciemnościach nie wracają do niej wspomnienia. Te same, które torturowały umysł każdej poprzedniej nocy. Wspomnienia, które wypaliły piętno, bo ilekroć zamykała oczy odtwarzała je raz po raz - na horyzoncie roznosiła się szmaragdowa poświata Mrocznego Znaku, ze snu wydzierał ją krzyk mieszkańców Taunton i ten najbardziej rozrywający serce - zawodzenie matki nad ciałem poparzonego syna. Czuła, że jej skóra przeszła swądem palonych ciał, unoszącym się nad ziemiami Greengrassów. Czuła go na sobie każdego dnia. Przesiąkła bólem, który obserwowała - ich bólem, strachem i złością. Wracała do domu. Ściągała płaszcz, czułym gestem dotykała policzków córki, tymi samymi dłońmi, które na co dzień broczyły w krwi; czytała stare baśnie, opowiadała te same historie, które poznawała w jej wieku, a czasami w ich bieg wkradały się te poznane znacznie później, te same, które godzinami snuli na szkolnych błoniach. Historie o złudzeniach, których już jej pozbawiono. Zasiadała do śniadania, obiadu czy kolacji zamykając swoje doświadczenia w krótkie informacje - ciężko, coraz gorzej żadna z nich nie oddawała jednak prawdziwych barw w jakich malowała się jej codzienność. Zamykała oczy. Zmuszała się do snu tak niespokojnego jak była sama Rose.
Niepokój nie wrócił, gdy muzyka ucichła. Jeszcze przez chwilę trwała w tej słodkiej iluzji, pozwalając sobie na odrobinę beztroskiej radości. Obserwować twarze ludzi, z którymi dorastała, słuchać unoszących się opowieści. Na chwilę być tu. W domu.
Spojrzenie mimowolnie poszukiwało jednak Jaydena, osaczonego urażoną dumą ojca, do którego tak późno zwróciła się o pomoc. Pan Wright mimo wszystko nie zdawał się nosić w sobie wielkiej urazy do astronoma, zamiast tego dostrzegała w jego oczach podejrzliwość. Za każdym razem gdy wzrok błądził między dwojgiem przyjaciół z Hogwartu dostrzegała jego cień, wyłapywała jego ton w wypowiadanych zdaniach. Stawiając każdy kolejny krok czuła, że wraca napięcie, nie opuszczające jej mięśni, zastygnięte w odrętwiałych włóknach emocji, których zdawała się już nie pamiętać. Stare rany już dawno zakrzepły tworząc brzydki strup, by w końcu stać się blizną. Taką, którą nosiła ze wstydem. Nie lubiła już tej części siebie. Skrywała głęboko pod fałdami długiej spódnicy i materiałem zapiętej na ostatni guzik koszuli. Jakby chciała ukryć ją przed światem, tak bardzo jak sama pragnęła odrzucić to od siebie. Zapomnieć. Nie o człowieku, a o emocjach jakie powodował, o tym jak łatwo raz po raz pozwalała, aby te podsyciły do złamania zasad, zgubienia rozsądku. To wszystko odrzuciła od siebie lata temu, mierząc się z własnym wstydem, własną głupotą. Nie żałowała do czego doprowadziły, ciężko było jednak szanować to, że zamiast kierować się rozumem zeszła na manowce. Widziała cień zawodu tańczący w spojrzeniu ojca, brata. Gdy wszystko to niechybnie prowadziły ją do przeszłości, przed którą przestrzegali. Dlatego chociaż tęskniła za domem, tęskniła za rodziną, miejscem, ludźmi, wśród których dorastała, nie chciała oglądać tego wyrazu na ich twarzach. Ojciec nie musiał karcić, by wiedziała jak bardzo go zawiodła. Nie musiał okazywać jej tego, aby wiedziała, że jakąś częścią się jej wstydzi. Wiedziała, że zbiór podjętych przed laty decyzji zawsze będzie odbijało się na tym w jaki sposób ją postrzegał. Nie ufał już jej. Nie ufał jej osądowi. Nawet jeśli minęło tak wiele lat, nawet jeśli nie była już tą samą kobietą co wtedy. To nie potrafił dostrzec tego, że się zmieniła, że mimo trudności wiązała koniec z końcem. Nie nosiła swoich win z dumą, starała się jednak zachować odrobinę godności. Ojciec obdzierał ją z niej raz po raz - sugerując powrót, uparcie zakładając, że brak jej rozumu by poradzić sobie samej w świecie. Dlatego tak ciężko było wrócić na łono rodziny. Jakże trudno byłoby przyznać mu rację. Wciąż uważała, że jej nie miał. To wojna przygnała ją do domu. Zagrożenie znacznie większe niż żywot samotnej matki w wielkim mieście. Przygnała ją myśl, że czasami musiała odpuścić. Schować dumę w kieszeń. Dostrzec to co znacznie ważniejsze od jej świętej racji. Mimo gorzkich uczuć jakie rozkwitały między nimi przez lata. On był ważniejszy. Był jej ojcem. Najbliższą rodziną. Musiała umieć wybaczyć. Musiała znaleźć w sobie pokłady cierpliwości, by nie pozwolić, by kontrolował ją gniew. Musiała zdobyć się na to, by udowodnić mu, że nie jest już dziewczyną, która popełniła tamte błędy.
Umysł był jej jednak nieposłuszny, rozbrajały go jej własne myśli. Te, które odrzucała od siebie, pozwalając by dominowały je obowiązki i zobowiązania. One czaiły się jednak gdzieś w zakamarkach umysłu, nachodziły wtedy gdy była na to najbardziej podatna. Szalały w jej głowie, gdy próbowała przywołać sen, gdy obserwowała nocne cienie tańczące w kątach jej sypialni. Ulotne wrażenie, że tamtego wieczora to nie chłód powodował dreszcze, nie tylko poczucie winy paliło skórę i aż w końcu nie tylko tęsknota kierowała jej dłońmi. Jakże usilne pragnęła je od siebie odrzucić. Nie, zapomnieć o tym, że cokolwiek się wydarzyło. Tego nie cofnęłaby za nic. Chciała usunąć ze swojej głowy niepokój. Jakby zrobili krok w przód, ale nie na pewnym gruncie, tylko ruszyli drogą wiodącą przez stary most tuż nad ziejącą niewiadomą przepaścią. Jakby jeden, najmniejszy błąd kosztować miał zbyt wiele.
Tęskniła za nim. Czuła się bez niego tak bardzo samotna. Ból chociaż duszony w sercu przez długie tygodnie, wciąż tam był. Nie mogła się go wyzbyć. Jakże łatwo było oszaleć w mieszaninie własnych emocji. Bo to było szalone, prawda? Tęsknić za kimś tak bardzo. Za kimś kto przecież był tuż obok niej. Tak bardzo, że gdy przychodziło uczucie ulgi, że gdy pierwszy raz od tak długiego czasu byli w stanie wystąpić sobie naprzeciw, doświadczać tego bardziej niż dotychczas. Na tyle mocno by się w tym zgubić. Pomylić? Wszakże nigdy nie była mistrzynią w interpretowaniu własnych uczuć.
Ten miesiąc. Ostatni rok. To wszystko było tak bardzo trudne. Ostatnie tygodnie pozostawiły ją w chaosie. Myśli, uczucia, emocje. To wszystko wibrowało pod skórą. Chciała nieść na sobie to wszystko jakby jej ramiona były ze stali. Czuła, że jest wystarczająco silna, wmawiała to sobie raz po raz. Że wszystko to zniesie. Czasami jednak czuła się też słaba. Podatna. Niemalże na granicy szaleństwa. Pragnąc, by chociaż na chwilę zabrał jej samotność, by wyrwać się z tego odrętwienia, na moment pozwolić sobie po prostu czuć.
Trzymała się jednak w ryzach, będąc świadomą jak kruchy był panujący między nimi pokój. Jak wiele pozostawało między nimi niewiadomych i że jeszcze wiele musieli się nauczyć. Chciała wpuścić go do tego świata. Pokazać wspomnienia domu, które stanowiły o dziewczynie, którą poznał. W każdym z pomieszczeń, które mu dzisiaj pokazywała kryły się jej historie. Te słodkie, beztroskie i te gorzkie, które prześladowały bólem nawet kilkanaście lat później. Rose stała się matką. Na zawsze pozostawała jednak córką. Wiedziała, że nadejdzie dzień, gdy przekroczy próg starej pracowni alchemicznej. Nie dziś, może nie jutro, niebawem. Nauczyła radzić sobie z tęsknotą, z wyobrażeniem świata, w którym jej matka wciąż by żyła. Ze świadomością, że nic jej nic nie wróci, a taki właśnie był krąg życia. Dobrze było jednak poczuć znajomy ciężar jego dłoni. Nie musiała mu się tłumaczyć. Wiedział. Był tam. Sprawił, że przez chwilę nie czuła się jakby musiała stawić temu czoła całkowicie sama. Powietrze zatrzymało się w płucach na jeden oddech, gdy zrozumiała, że potrzebuje więcej, że chciała poczuć jak przygniata barki, obejmuje ramionami. Że jego zapach mógłby stłumić ten, który sączył się przez bariery sterroryzowanego umysłu. Odzyskała zdolność oddychania tak szybko jak znów wyrosła granica między ich ciałami, jak znów stłumiła emocje w rozprawie o przestrzeni kuchni, aż w końcu na ratunek przyszedł jej ojciec.
Od tamtej pory ich nie opuszczał. Zadawał mu tak wiele pytań, zagadywał, niemalże niefrasobliwym tonem prowadził swobodną konwersację. Znała go jednak zbyt dobrze. Wiedziała, że za fasadą rubasznego, wesołego Szkota, krył się spryciarz. Usypiał ostrożność żartami, frywolnie prowadził rozmowę w obranym przez siebie kierunku, skutecznie rozwiązywał język. Wychowanie dwójki dzieci jedynie wzmocniło tą umiejętność. Niegdyś nie był win jakie potrafiłaby przed nim ukryć. Doskonale zdawała sobie sprawę co robił ojciec i skutecznie mu to utrudniała. Nie wiedziała z czego miał więcej radości - z cichej bitwy rozgrywającej się między dwoma pokoleniami Wrightów czy wizja, że sam na sam w końcu będzie mógł wypatroszyć Jaydena dokładnie tak jak tego chciał. Obserwując ich dwójkę niemalże poczuła współczucie dla Jaydena i niemal winna, że zostawiła go z tym samego. Jego sylwetka odcinała się na tle zgromadzonego towarzystwa. W elegantszym odzieniu, stanowczo mniej ekspresyjny, głośny niż reszta mężczyzn, zdawał się jednak nie być z tego powodu niezadowolony. A może tylko nie dał po sobie tego poznać? Ciężko było jej rozgryźć co myślał. Obserwowała go każdego dnia, wiedziała że on robi to samo. Czuła na sobie jego wzrok, gdy przekonany był, że nie patrzy. Zastanawiała się nad tym co się dzieje w jego głowie. Co widzi. Teraz też czuła, że się jej przygląda.
- Dawno nie miałam okazji, by komuś porządnie zdeptać buty - odparła, obróciła w żart. Nie chciała, aby tak myślał. Że jego dom ją unieszczęśliwiał, że jedyną drogą do jej szczęścia było opuszczenie go. Taka była kolej życia. Musiała znaleźć swoje miejsce na ziemi. Miejsce, w którym miała zapuścić korzenie. Chciała, żeby wiedział, że będzie z nią tu dobrze, że nie będzie musiał się o nią martwić, bo będzie tu wśród ludzi, których znała.
Nie wiedziała co powoduje smutek w jego spojrzeniu. Co mogła powiedzieć by go zabrać? Dłoń niemalże drgnęła, by poprawić kołnierz marynarki, skrócić dystans. Nie mogła uciec od wrażenia, że wydawało się to być zbyt poufałe. Zamiast tego roztarła przejęte zimnem dłonie, już nie zamknięte w uścisku jej partnera. - Należę tam gdzie chce należeć. Z pewnością nie do miejsca - odpowiedziała przekornie, unosząc spojrzenie, by spotkać się z tym jego. - Ale owszem. Naprawdę myślę, że będzie tam tu dobrze. Znam tych ludzi. Oni znają mnie. Nie będę tu sama. Tata mi na to nie pozwoli - zapewniła go. - Stworzę tutaj swój dom. Wierzę w to, a na szczęście będę musiała jeszcze trochę poczekać - zakończyła, gdy na nowo zagrała muzyka.
Pośpiesznie pokręciła głową, gdy zawołali ją, by wróciła do tańca.
A pan profesor? - zapytała jedna z kobiet. - Dotrzyma mi towarzystwa - odpowiedziała pośpiesznie, by oszczędzić Jaydenowi niezręczności odmowy. - A ci? Jak się tutaj podoba? - zapytała, robiąc krok w stronę ogniska. - Nie wiele o tym mówisz. Tata nie za bardzo pozwolił ci się na ten temat wypowiedzieć, zbyt był tobą zajęty. Nie wygląda na zbyt zadowolonego, że pozbawiłam go przyjemności zadawania kolejnych pytań - powiedziała odrobinę ciszej.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

« Mówisz mi, a ja zapominam; uczysz a zapamiętuję; angażujesz mnie, a ja się uczę »
Nigdy jej nie osądzał za to, co wydarzyło się z Anthonym. Nawet jeśli wcześniej można było mu zarzucić niefrasobliwość, tak po odtworzeniu tych samych kroków z Pomoną, nikt nie mógł powiedzieć, iż nie rozumiał. Rozumiał wszak doskonale. Łaknienie bliskości, poddanie się uczuciu wieńczącym się zajściem w ciążę, niewiadomą co do dalszych losów. On jednak był tutaj, ona była tam — oboje osamotnieni, pozbawieni tych, z którymi wiązały ich dzieci. Czym się różnili? Ceremonią? Jak coś takiego mogło świadczyć o wartości człowieka w społeczeństwie? Oczywiście profesor nie umniejszał istocie, jaką było małżeństwo, lecz w oczach kultury to on postąpił właściwie, a Roselyn zgrzeszyła, a jednak finał uderzył w niego z większą siłą. Podczas gdy Anthony żył, Pomona leżała pod stworzonym dla niej kurhanem z duszą wyrwaną brutalnie z jej ciała przez najgorsze stworzenie w magicznym, jak i niemagicznym świecie. Jednak Vane wiedział, że odkąd tylko stał się świadomy uczuć, chciał ożenić się właśnie z Pomoną. Nie chciał żadnej innej i przypieczętowali to niewielką ceremonią, po której mogli nazywać się już mężem i żoną. Oczekującymi potomstwa. Roselyn nigdy nie miała mieć tej szansy, ale prócz ostatniego kroku, jakim było złączenie się dorosłych, ich historia w żaden sposób się od siebie nie różniła. Nie oceniał czarownicy ani wówczas, ani aktualnie. Wiedział, przez co musiała przechodzić — był wszak u jej boku. Nie oznaczało to jednak, iż potrafił całkowicie odtwarzać towarzyszące czarownicy emocje z kobiecej perspektywy. Nie, ale nie oznaczało to, że ją odrzucił — osobowość astronoma pozwalała na wiele empatii i współczucia. Był więc przy samotnej matce jak i maleńkiej córce od samego początku ich walki o przetrwanie. Wówczas jako przyjaciel, później pozwalając, by stać się ich gospodarzem. Chciał dać im teraz bardziej niż kiedykolwiek przynajmniej najdrobniejszą namiastkę bezpieczeństwa i wolności. By ukryte pod srogą opieką Macgillycuddy’s Reeks, chociażby pod osłoną nocy nie musiały czatować na nagły pożar w sąsiedniej kamienicy lub godzinę policyjną. Wiedział, że nie było to idealne rozwiązanie. Wiedział, że nie uszczęśliwiało to ich w żaden sposób, ale czy w ogóle mogli sobie pozwolić na taki luksus? Czy nie równało się to z natychmiastową możliwością utraty tego szczęścia? Teraz... Skoro na szali znajdowało się tak wiele do utracenia, a kuszenie losu wydawało się jedynie przyciągać ryzyko. Czy nie stracił już wystarczająco? Czy w kolejce nie ustawiali się kolejni? Ale czy nie był w tym wszystkim hipokrytą? Byłby nim, gdyby się nie bał. Podejmował się jednak tego wszystkiego — publikacji książki tak bardzo drażniącej delikatne ego konserwatystów, sympozjum; rywalizując w retoryce z samym mistrzem kłamstwa i naginając granice; nie ustępując korupcji; powoli budując podziemny krąg szkolnictwa; ukrywając zbiegów wspierających Zakon Feniksa. Miał dzieci i dla ich dobra nie powinien był ryzykować. Ale czy na pewno? Czy jego synowie chcieliby mieć ojca, który stał z boku i niczego nie zrobił, by ratować brutalnie gwałconą wolność? Gdyby coś się wydarzyło, gdyby go zabrakło, wiedział, że Śpioszek znał procedurę zadbania o niewinne dzieci. Jako dorośli, zrozumieliby. Zrozumieliby, że dla prawdy należało coś poświęcić.
Jaka jednak prawda kryła się za tym, co przyciągało jego spojrzenie ku Roselyn? Sama myśl o niej, obraz, obecność powodowały ocknięcie się uśpionych instynktów, które ucierpiały, gdy źródło spełnienia zniknęło. Gdy kompania kobiety odpowiadającej jego łaknieniu i odpowiedzialnej za zaschnięte gardło została mu odebrana. Nie chciał się przyznawać, że cokolwiek podobnego mógł poczuć do jakiejkolwiek innej. Jakżeby zresztą mógł... Czy to nie było niczym zapomnienie? Zaniechanie, odrzucenie tego, co posiadał z własną żoną? To ją pokochał pierwszą i nie znał innego wymiaru miłości w romantycznej aranżacji, dlatego mógł ciągle w swej ignorancji i zaślepieniu tęsknotą negować wszelką prawdę. Tę prawdę, jaką zdiagnozował samoistnie, patrząc na młodego Thomasa Doe. Jestem samolubny? Samolubny pragnący szczęścia? Czy ktoś mógł być samolubny, by chcieć na nowo się roześmiać, poczuć się istotnym dla drugiej osoby, na nowo pozwolić sobie na złapanie oddechu w ramionach kogoś bliskiego? Czy ktokolwiek mógł winić dziecko pragnące szczęścia? Czy ktokolwiek mógł winić samotnych łaknących miłości? Czy mógł więc czuć coś dalej? Coś innego? Coś, co mogło powielić pragnienie, nie zatrzymując się wraz z utraceniem jednej ukochanej osoby? Jestem samolubny, Pom? Czy jednak to, co majaczyło w jego umyśle i ciele, mogło się wydarzać? W końcu wiedział, co to było. Już raz to czuł, gdy łaknienie przejmowało kontrolę nad trzeźwym myśleniem. Znał ten stan, tę emocję. Pytanie było jednak dlaczego? Dlaczego Roselyn? Przecież wyjazd do Szwajcarii miał ich rozdzielić i dać szansę na pozbieranie myśli. Na uspokojenie bijących uczuć, lecz sztorm wcale nie uległ wyciszeniu. Gdy wrócił, a tupot małych stóp rozradowanej Melanie uderzył w niego z falą wbicia się i mocnego uchwytu w pasie, delikatne gesty wróciły. Podsycając jedynie zagubienie. Myślał, czy nie była to zwykła tęsknota za kobiecą bliskością, jakiej pozwoliła mu zasmakować przy ostatnim spotkaniu, lecz nie był to fakt nie do obalenia. Nie czuł wszak tego w pobliżu Maeve czy którejkolwiek innej, bliższej mu kobiety. Nie wodził spojrzeniem nawet nieświadomie za sylwetkami, a z nią łapał się na myśleniu o kilku niewielkich dotknięciach, które pozostawiły na jego skórze niewidzialne, lecz wciąż palące ślady.
Takie jak to, które współdzielili przez ułamek chwili, gdy pozwolił sobie na niewerbalne wsparcie. Chciał tam z nią być bez względu na wszystko. Chciał ją wesprzeć, bo wiedział wszak, ile kosztował kobietę powrót do rodzinnego domu. I nawet jeśli był odbudowany, układ wciąż pozostawał ten sam. Rozkład pomieszczeni, ich wielkość, niektóre elementy wciąż utrzymały się pomimo pożaru. W gorejącej pamięci uzdrowicielki, wnętrza stały w płomieniach, aż nie pozostał po nich jedynie proch. Pan Wright mocą swoich zdolności przywrócił miejscu dawny całokształt, ale czy możliwe było przełamanie traum z nim związanych? Jayden wierzył, że było to możliwe, lecz Roselyn nie mogła zrobić tego sama. To w poczuciu rodzinnej wspólnoty i wsparcia ozdrowienie mogło zaistnieć. W poczuciu bezpieczeństwa i pogodzenia się z dawnymi dniami. Z przejściem dorosłej żałoby i stanięcia twarzą w twarz z bolączkami. Chciałby móc ją przed tym ochronić, ale nie mógł być przy niej bez przerwy. Musiał dać jej przestrzeń, w której miała znaleźć własne odpowiedzi. Musieli nauczyć się żyć oddzielnie, chociaż dopiero co zaczęli uczyć się siebie na nowo w tak bliskiej przestrzeni. Wizja zwiększenia dystansu oddzielającego ich nie tylko w sposób czasowy, ale także fizyczny, wzbudzała pewnego rodzaju niepewność i niepokój. Tęsknotę za czymś jeszcze nieutraconym, ale sam przedsmak powodował dyskomfort. Cicho wspierał jej decyzje, nie pozwalając jej w nie wątpić. Bo nie protestował, otwarcie nie negował chęci przeniesienia się ku znajomym stronom.
W efekcie znalazł się wszak tam. Stojąc przed wielkim ogniskiem i pozwalając, by trzaskające po drwach płomienie ogrzewały wymęczoną tygodniem twarz. Tutaj, między szkockimi wzgórzami odzyskała jednak pewną dawną młodzieńczość, mimo że nie biła ekspresyjnością, jak ludzi zgromadzonych wokół. Uważny, w większym stopniu milczący wodził spojrzeniem za jedną z wirujących na drewnianym parkiecie sylwetek, wiedząc, że nie był w tym sam. Wiedział, że wiele par oczu wpatrywało się tam, gdzie i on i uważnie przyglądało się jemu samemu. Obcemu przyprowadzonemu przez jedną z nich. Nie bał się zostać wśród nieznanego sobie grona. Nie bał się zostać przez nią opuszczony — w końcu nie miała go tam zostawić. Nie tak naprawdę. Finalnie to on miał zniknąć, odejść, wrócić do Irlandii bez niej.
Słuchał jej uważnie. Słuchał każdego słowa, jakie padało oraz z jakim tonem zostało wypowiedziane. Nie były one nieszczere — to wiedział na pewno. Niczym pijana momentem wydawała się tak całkowicie i bezsprzecznie czarująca, że nie zamierzał jej odbierać tego stanu. Chciał, aby się nim radowała jak najdłużej i nie myślała o nikim innym, a jedynie o sobie. W końcu to, co się działo, było dla niej. Gdy wspomniała o swoim ojcu i jego opiece, pokiwał głową, kryjąc delikatny uśmiech rozbawienia w odwróceniu twarzy od czarownicy. - Bardzo cię kocha. Nic dziwnego, że mi nie ufa. Będąc na jego miejscu, zapewne też odnosiłbym się do siebie z podejrzliwością. - Przeniósł na nią uwagę pod koniec wypowiedzi, by odetchnąć już pewniej i z łagodniejszym wyrazem twarzy aniżeli ten wcześniejszy. Gdzieś w tle wiedział, że czaiło się uważne spojrzenie pana Wrighta. Nie musiał patrzeć, by wiedzieć. Astronom zignorował tę świadomość i skupił się na córce swojego gospodarza. A ci? Jak się tutaj podoba? Dopiero wtedy też ogarnął wzrokiem otoczenie — ludzi, ognisko, skupił się na słowach, śmiechach — mógł odpowiedzieć. A ona mogła dostrzec, że mówił prawdę. - Przypomina mi to Hogwart. Ten z lat wcześniejszych. Głośne, radosne krzyki. Ogniska rozpalane przez gajowego na rozpoczęcie nowego roku. Muzykę. - Spuścił na moment głowę, pozwalając, by łuna bijąca od ognia zatrzymała się na jego łukach brwiowych powodując zaciemnienie głęboko osadzonych oczu. Naprawdę tęsknił za tamtymi czasami, gdzie nie było ograniczeń, a zło zdawało się ich nie imać. Gdzie szczęście można było usłyszeć, zobaczyć, poczuć. A teraz... Hogwart wcale nie przypominał miejsca, jakie znał. Jakie chciał, aby zamek sobą prezentował. Zamyślony nie zdawał sobie sprawy z faktu, iż odpłynął na moment, nie rejestrując tego, co działo się wokół niego. Z dłońmi wbitymi w kieszenie spodni profesor przypominał zadumany posąg, na straży, którego stała właśnie ona. Czarownica. W pewnym momencie muzyka jednak złagodniała, spowalniając wcześniejszy rytm idealny do skocznych kroków, wybijając równocześnie mężczyznę z własnych rozważań i sprowadzając go na ziemię. Zamrugał, łapiąc się na swoim zagubieniu, ale wciąż tam był. Dostrzegł przed sobą parę osób w zamglonych oparach gorącego od ognia powietrza, a wraz z niewidzialną mocą zrobił krok w tamtą stronę, by finalnie obrócić się jeszcze ku przyjaciółce. Wyciągnął dłoń w jej kierunku, czekając, aż miała ją przyjąć lub odrzucić. Na jego twarzy malował się jednak ciepły uśmiech, w swej delikatności wciąż odznaczający się mniejszą ekspresją aniżeli emocje rysujące się wśród ciepłokrwistych szkockich górali. Wiedział jednak, czego chciał. Wiedział, że noc dopiero się rozpoczęła, a oni mieli z niej czerpać. - Dotrzymaj mi towarzystwa, Roselyn. - Dokładnie tak jak zadeklarowała się jeszcze kilka minut wcześniej, gdy wybroniła go przed zaproszeniem innej kobiety. Skąd jednak wiedziała, że nie chciał też pozwolić sobie zapomnieć chociaż na chwilę o tym, co się wokół nich działo? Szczególnie że dla niego... Teraz... Istnieli tylko oni. Nie było więc wstydu, oceny, krzywych spojrzeń. Byli oni nieprzejmujący się zdaniem innych.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Sama się osądzała. Doskonale wiedziała, że robią to też wszyscy wokół. Współczują jej czy też krytykują jej głupotę. Sama nie wiedziała co ubliżało jej bardziej. Pozycja ofiary czy głupiutkiej młódki, która dała się uwieść nigdy nie wypełnionym obietnicom,. Wszystko to budowało odbicie, w które nie chciała spoglądać. I były też to co boleśnie szarpało za zwykłą dumę, pewność siebie. Rozbudowana w jej umyśle wizja kobiety, która nie potrafiła utrzymać przy sobie mężczyzny. Zbyt zapatrzona w przyszłość, w której z dumą nosiła szpitalny kitel. Przyszłość, która wymagała tak wielu poświęceń, nakładu pracy i skupienia na jej realizacji. Nie przykładała się do domowych sprawunków. Gotowała co najwyżej miernie. Sprzątała, ale nigdy nie było czasu na zaprowadzenie porządku. Bardziej ją frasowały nowinki medyczne niźli te tyczące się najmodniejszych krojów sukienek. Nie nadawała się do bycia jedną z tych uśmiechniętych, idealnych żon z ruchomych plakatów, czasopism dla pań domu, które serwowały tylko i wyłącznie szczęście. Nie była też jedną z tych kobiet, takich które widywała jedynie na ulicach Londynu - po prostu pięknych, świadomych własnego powabu i skutecznie go wykorzystujących. Takich, które dostawały wszystko czego pragną. W zderzeniu z nimi wydawała się być po prostu zwykła. Pospolita. Taka, o której łatwo było zapomnieć. Zdawała sobie jak desperackie było sięganie w głąb siebie tak bardzo płytko. Nie była dziewczyną z plakatów czy figurą mijaną na ulicy. Człowiekiem z krwi i kości, który nosił w sobie znacznie więcej niż wygląd, czar czy wychowanie na wzorową żonę, a jednak ta perspektywa pozostawiała ją w pewien sposób wybrakowaną. Nie dość kuszącą by zawrócić w głowie, zbyt marudną by wpasować się w wizję wdzięcznej piastunki domowego ogniska. Wtedy jednak czuła się temu winna, bo jako kobieta była po prostu niewystarczająca. Pewnego rodzaju zrozumienie miało przyjść z czasem. Dostrzeżenie tego co jej umykało. Aż i w końcu decyzję jakie podjął Anthony przestały ją definiować. Dojrzała do tego, aby spoglądać na przyszłość. Mimo wszystko wizja tego człowieka zastygła w niej na wiele, wiele lat. Nie była już mu niczego winna, ale wciąż zajmował miejsce w jej życiu, którego nie mógł zająć żaden inny mężczyzna. Był jej jedynym. Nie, dlatego że oczekiwała jego powrotu. Ojcem Melanie miał być już na zawsze. Mężczyzną, którego pierścionek przyjęła, któremu była gotowa była przyrzec wszystko co żona dla męża. Wbrew własnym uczuciom względem jego osobie. Wciąż był tą częścią przeszłości, która nie miała znaleźć swojego odpowiednika. Dlatego nigdy też go nie poszukiwała. Nie wyobrażała sobie innego mężczyzny, który miałby wypełnić pozostawioną po nim pustkę. To wydawało się być niestosowna w każdym wymiarze. Jak mogła oczekiwać, by na jej drodze stanął ktoś kto miał stać się figurą ojca w życiu jej córki? Jak mogła oczekiwać, że jakikolwiek mężczyzna był w jakikolwiek na to gotowy? Wiła paskudną wizję przyszłości, w której Melanie miała pozostać jedynie córką innego człowieka. Założyłaby rodzinę, ale jej córka wciąż pozostawałaby obcą. Dzieckiem innego ojca. Podrzutkiem, którym wypadało się zaopiekować. I nie mogła tego zaakceptować, więc zawsze uważała, że lepiej będzie im po prostu we dwójkę. Nawet jeśli w jakiś sposób miały pozostać wyklęte. Nie widziała siebie obok innego mężczyzny. Już od dawna wiedziała, że w żaden sposób nie potrafiła dopasować się do czyjejś wizji, być tym czym ktoś oczekiwałby, żeby była. Zbyt długo żyła sama. Zbyt długo stanowiła sama o sobie, by być zdolną do tego, by pozwolić by ktokolwiek inny podejmował za nią decyzję. Nie była pewna czy potrafiła zdobyć się na ten intymny rodzaj oddania, gdy zaufania zostało naruszone .
Dlaczego więc umysł kolejny raz płatał jej figle? Dlaczego mimo własnej woli czuła to czego wcale czuć nie chciała. Nie tylko emocjonalną, ale i fizyczną potrzebę bliskości. W miejsce tego co pozostawało niegdyś tak bardzo czyste i nienaruszone wszystkim tym czego doświadczyła. Teraz stało się niemalże wstydliwe, niestosowne. Było czymś czego zaczęła pragnąć i jednocześnie tym co chciała od siebie odrzucić jak najdalej. To nie wydawało się być odpowiednie. Patrzeć na niego w ten sposób. Świadoma, że stracił żonę. Że ufał jej niegdyś tak bardzo, że nie oczekiwał po niej żadnego rodzaju kobiecych sztuczek. Że właśnie ona wśród wszystkich kobiet mogłaby na niego spojrzeć właśnie w ten sposób. I tym, że dom, który zamieszkiwała był przygotowany dla innej kobiety i ona również przyjęła ją pod swój dach. Jej relacja z Pomoną nie była zażyła, ale jednak ta pozwoliła na to, aby przez jakiś czas Rose wraz z córką znalazły schronienie w Thaech Fael. Przede wszystkim ufała swojemu mężowi, ale kredytu zaufania musiała udzielić również dla Roselyn. Teraz Wright czuła się tego boleśnie winna. Tego jak bardzo, niepostrzeżenie przez te kilka miesięcy pozwoliła sobie na to, aby się od niego uzależnić. Od obecności rodziny Vane’ów. Od tego co w jakiś dziwny sposób zaczęli tworzyć. Opiekowali się swoimi dziećmi, oddawali im serca, żyli razem w tym wielkim domu. Co prawda na przestrzeni ostatnich miesięcy jedynie obok siebie. Przyzwyczaiła się do tego, że gdy Jayden nie mógł to ona tuliła jego synów do snu, że pomagała mu się nimi zajmować.
Czuła się winna tego co stało się wtedy. Tego co czuła, bo chociaż szukała racjonalnych odpowiedzi, nie mogła ich kompletnie odnaleźć. Tego, że być może kierowały ją jedynie instynkty, potrzeby. Coś na co nie było między nimi miejsca, a na Godryka, tak bardzo nie mogła go teraz stracić. Nie, gdy zdawać się mogło odzyskali chociażby cząstkę siebie. Nie, gdy obiecali sobie, że przestaną niszczyć, a na budować. To wszystko pozostawało poza jej kontrolą. To wszystko frustrowało tak bardzo. Wszystko się tak bardzo pomieszało. On, ona. Rwąca żyły tęsknota i potrzeba by wypełnił ziejącą w niej samotność. I miejsce, które w jej życiu zajmował tylko i wyłącznie on. Żaden inny mężczyzna czy kobieta. Jak mogła mylić tych dwie kwestie. On zaś milczący, nie tak bezpośredni jak kiedyś, wcale jej tego nie ułatwiał. Zniknęła swoboda, a w jej miejsce nastało ciężkie napięcie. Wyczuwalne ilekroć dzielili przestrzeń. Przesycone słowami, wątpliwościami, pytaniami. Chciała się przebić przez jego skorupę, własne urojenia. Próbowała zakonserwować chociaż najmniejszą cząsteczkę ich dawnej normalności. Ta jednak uleciała napędzana mocą emocji gotujących się w dwójce czarodziei.
Dziś milczenie przychodziło znacznie bardziej swobodnie. Oboje mieli za sobą długi dzień, a ten nie miał skończyć się tak szybko. Wyrwana z chwilowego letargu, skupiła spojrzenie na twarzy profesora. Cień wewnętrznego konfliktu przełamał łagodne rysy. Miał rację. Wiedziała, że ojciec miał wszelkie prawa się o nią martwić, a ona sumiennie od miesięcy mu ich odmawiała. Czuła się jednak przy nim jak dziecko. I była nim. Jego dzieckiem. Dzieckiem i trzydziestoletnią kobietą, która już dawno przebiła się przez bariery dorosłości i chciała być w ten sposób traktowana. - Mógłby przypomnieć sobie o tym, że jesteś tu od tak bardzo dawna, że zasługujesz na to by ci zaufać - stwierdziła. Krępowało ją jak bardzo pan Wright stał się dociekliwy w stosunku do Jaydena. To co ona chroniła, to czego pilnowała, aby nie wyszło na powierzchnię było przez niego obnażane. Coś niedostrzegalne dla nich, a widoczne dla niego.
Kącik ust uniósł się w krótkim uśmiechu, refleksie reminiscencji tamtych lat. Myśli o miejscu, do którego należało tak wiele ich wspomnień - tych ciepłych, szczęśliwych, beztroskich. Spojrzenie mimowolnie sięgnęło oczu profesora, próbując odnaleźć je w cieniach rzucanych przez gorące płomienie ogniska. Zamiast tego obserwowała jedynie taniec światła przemykający po jego twarzy. Ciężko było odgadnąć co kryło się w jego głowie. Czy pozwolił sobie na to, aby podobnie jak ona wrócić na chwilę myślami do tych pogodnych lat czy może czaiło się tam coś ponurego? - A co myślisz o domu? - dopytała, ciekawa tego co sądził o miejscu, w którym miała zamieszkać. Oczywiście, był znacznie mniejszy od starej posiadłości Vane’ów, nie sądziła jednak by Jayden miałby jej to wytykać. Wychłodzony, pusty, pozbawiony tych elementów, które opowiadały historię ich obecnych mieszkańców. Tam kryły się jedynie wspomnienia. Ona dostrzegała w nim jednak swojego rodzaju potencjał. Widziała krzew dzikiej róży porastający werandę, wykorzystujący lata nieużytku i zaniedbania, odosobniony kącik, w którym mogłaby zebrać biblioteczkę ulubionych książek. Widziała miejsce, które mogłaby uczynić swoim domem, jeśli tylko starczy jej na to sił. Motywacji. Nadziei.
Pozwoliła, aby te rozważania na chwilę pochłonęły jej uwagę. Wzburzone w końcu jego słowami. Dłoń mimowolnie odnalazła oparcie w tej jego. Zanim jeszcze przemówiła, zanim zdążyła poczuć cień niepewności. Dostrzegając jedynie łagodny uśmiech malujący się na jego ustach. Poczuła jego ciepło wyczuwalne przez materiał rękawiczki, dziesiątek barier, które ich dzieliły - Jeśli obiecasz, że nie zostawisz mnie samej po pierwszej piosence.
Wyprzedziła go, prowadząc własną ścieżką, wciąż zaciskając palce na tych jego, aby nie zgubić go w tłumie. Jej łatwiej było przemykać między sylwetki, prosić o przejście. Odwróciła się do niego dopiero gdy dołączyli do reszty tańczących.
Ktoś zachęcił Annys, niewiele starszą od niej czarownicę, aby odśpiewała Medhel an Gwyns, w rytm melodii jej słów ułożyła dłoń na jego ramieniu, nieznacznie zbliżając się do niego biodrami, starannie strzegąc granicy między ich ciałami,. Uniosła podbródek by złamać różnicę wzrostu, by słowa nie uciekły zagłuszone dźwiękiem instrumentu - Myślę, że będziemy mogły wyprowadzić się, gdy nadejdzie wiosna. Odzyskasz swój dom - Nie wiedziała dlaczego powiedziała to właśnie w tym momencie. Przez kilka długich, głębokich oddechów poczuła jak bardzo będzie to trudne. Nie widzieć ich każdego poranka. Zastanawiać się nad tym co się z nimi dzieje. Czy jest im dobrze? Czy może w Thaech Fael dzieje się coś niedobrego, coś niedostrzegalne dla tego kto nie był jego mieszkańcem. Wiedziała, że będzie tęsknić. Wiedziała, że opuszczając Irlandię zostawi tam cząstkę siebie, zostawi tam ich i z nim nie będzie tak łatwo jej się rozstać. Chciała dodać sobie odwagi. Usłyszeć od niego, że przecież wszystko będzie dobrze. Że wszystko odbywa się w takim porządku jaki sobie obrali. A może bardziej chciała usłyszeć, że on również będzie tęsknić, że jej obecność pozostawi po sobie ślad, że ich wspomnienie nie uleci przy pierwszym powiewie cichego wiatru. Że to nie sprawi, że o sobie z zapomną, że będą do siebie pisać, dalej się widywać, że jeszcze będzie miała szansę utulić do snu Samuela, Ardena i Cassiana, że jeszcze raz będzie miała szansę przemknąć nocą do kuchni i przyłapać tam Jaydena tak zafrasowanego własnymi badaniami, ledwie dostrzegającego jej obecność. Coś nowego wiązało się z tym, że musiała rozstać się z tym co było. Dochodziło do niej, że łatwiej było jej to planować, gdy wiedziała, że gorzeje między nimi konflikt. Teraz niewidoczna bariera sprawiała, że nie potrafiła zdobyć się na wykonanie kolejnego kroku



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

« Mówisz mi, a ja zapominam; uczysz a zapamiętuję; angażujesz mnie, a ja się uczę »
W przeciwieństwie do Roselyn Jayden nie miał tylu lat popadania w autoanalizę z uwagi na całkowicie inny przebieg własnego procesu zakładania rodziny. Szybszego, bardziej skondensowanego, nie tak odległego w czasie. Wszak dopiero co minął grudzień, zakreślając linię jednego roku od pierwszej nocy, jaka rozpoczęła kolejne zmiany w życiu astronoma. Rozwinięcie się nowego życia, a wraz z nim przywiązania dwóch ludzi zagubionych we własnych emocjach i myślach. Burzliwy początek, jak i burzliwy koniec wybrzmiewał w tym, czego się podjął. Nigdy jednak nie żałował. Nie żałował przyjścia pod drzwi Pomony, ich rozłąki, a także późniejszego stawiania powolnych kroków w budowaniu odwróconej — w oczach innych — rodziny. Wszak wpierw powinni byli wziąć ślub, wejść w posiadanie domu, podczas gdy dzieci miały przyjść na samym końcu, pozwalając im utrwalić się w małżeńskiej więzi. Tak się jednak nie stało i Jayden nie chciałby nawet, aby stało się inaczej. Wszystko, co się wydarzyło, wydarzyć się miało, by finalnie stał się ojcem dla trójki chłopców, bez których aktualnie nie wyobrażał sobie własnej egzystencji. I chociaż los okradł go z towarzystwa ukochanej kobiety, nie zatrzymał się, by pozwolić sobie na alienację od żywych. Uczył się samotnie, co oznaczało być ojcem, mimo iż kroki poprzedzające miały widnieć pod znakiem męża i żony złączonych w rolę rodzicielską pod wspólnym sztandarem. Ciężar opadał na jego ramiona boleśnie, jednak się nie poddawał. Miał pomoc od innych, ale chociaż mogła ona zastąpić w technikaliach utraconą ukochaną, nie mogła zapełnić pustki emocjonalnej, jaką odczuwał czarodziej. Od tamtej pory stawał na głowie, aby zapewnić swoim dzieciom wszystko, co najlepsze nie opuszczając, nie okradając ich z własnej obecności. To było trudne — pogodzić bycie nauczycielem, opiekunem wobec uczniów oraz samotne rodzicielstwo. Szczególnie że po letniej kłótni z Roselyn unikał przesadnego proszenia przyjaciółki o wsparcie, ograniczając się do możliwego minimum. Nauczyło go to zdecydowanie organizować sobie czas, a przy możliwej pomocy rodziców nie musiał w niepokoju zastanawiać się, co się działo z chłopcami, gdy udawał się na zajęcia w Hogwarcie. I mimo iż wciąż znajdował się w trybie układania sobie dnia codziennego, robił to głównie z myślą o innych. Gdzie w tym wszystkim było miejsce dla rozważań nad samym sobą? Nad tym, jaki był i jaki być powinien? Oczywiście — trawiły go nieustanne wyrzuty sumienia, ale nie łączyły się one z głęboką analizą, jakiej dokonywała na przestrzeni lat Roselyn. Jego myśli krążyły w ostatnim czasie niczym szalone wokół tematu ponownego związania się z kimś, lecz nie z własnej potrzeby, a dla dobra chłopców. Musieli mieć matkę. A on potrzebował żony... Nie chciał, nie był w stanie angażować się w owy proces emocjonalnie, bo wciąż myślami oraz sercem był przy Monie. Rozsądek, myślenie o przyszłości innych były wszak istotniejsze od emocjonalności jednego mężczyzny.
Nie planował poruszenia delikatnych strun uśpionych, stęsknionych instynktów. Nie planował przebudzenia głodu, o którym przypomniały sobie umysł razem z ciałem w najmniej oczekiwanej chwili. Nie mógł zaprzeczyć — mimo że bardzo by tego pragnął — że będąc blisko kobiety, stał się niemalże łakomy, łaknący większej ilości doświadczeń. Raz skosztowane zdawały się palić go od środka, nie pozwalając trzeźwo myśleć. Więcej zapachu, więcej smaku, więcej dotyku. Więcej, silniej. Szybciej. Vane czuł się nieswój, czując, jak trwające jak dotąd w milczeniu, zwierzę obserwowało tę, która mogła zapewnić mu sytość. Mogła? Rozum nakazywał mu odwrócenie się i zaprzestanie tego prymitywnego łowu nad kimś, kto był całe życie dla niego jedynie dobry. Logika i zdrowy rozsądek mówiły, iż brakiem szacunku było pożądanie jej w taki sposób. Dlaczego jednak silniejsza, bardziej demoniczna moc szeptała mu, że nie kontrolował własnych instynktów nie bez przyczyny? W końcu gdyby chodziło jedynie o czysto cielesną tęsknotę, czy nie poczułby jej wcześniej do kogoś całkowicie innego? Mimo iż wojna trawiła ich rzeczywistość, piękne kobiety nie zaprzestały przecież egzystować w społeczeństwie. Widział je każdego dnia, a mimo to prócz mentalnego przyznania im piękna, nie chciał niczego więcej. Były niczym rozsiane po łące kwiaty — cudowne, zapierające niekiedy dech w piersiach, lecz żaden z nich nie wybijał się bardziej aniżeli inne.
Jej obawy były więc z oczywistej perspektywy zasadne. Ich relacja nie należała do typowych rozwijających się między mężczyznami i kobietami od początku posiadająca znamiona czegoś wykraczającego poza normalne rozumowanie. Nie patrzyli na siebie jak na sylwetki własnego pragnienia i pożądania, nie biorąc podobnych kategorii nawet pod uwagę. Jakżeby wszak mogli? Wobec siebie? Wydawało się to swego czasu nienaturalne i niezmienne. Trwające na kolejnych etapach życia. Nie było fizycznego łaknienia, gdy dorastali. Gdy byli młodymi dorosłymi. Gdy zarówno ona, jak i później on weszli w związki. Gdy stali się odpowiedzialni za innych. Nie było w nich zazdrości, bo przecież życzyli sobie jak najlepiej i nigdy nie plasowali się jako własne figury partnerskie. Żyli obok siebie, nie ze sobą. Nie potrzebowali niczego więcej, ale teraz... Teraz Jayden nie potrafił oddzielić trwających w nim myśli związanych z intymnością momentów od przyjaźni, jaką posiadali. Przecież już to wiedział. Już raz to przeżył, gdy zakochał się w przyjaciółce. Gdy czuł, iż podstawy, jakie mieli, pozwoliły im na zespolenie umysłów w sposób odmienny niż zawsze, ale wcale nie gorszący. Czy to było jednak to samo, czy jedynie jego wyobraźnia zmieszana z bólem tęsknoty osadziła swoje najskrytsze pragnienia w sylwetce drogiej mu czarownicy? Ale przecież czuł, że zmieniło się też coś w niej samej. Jak na niego reagowała i nie mogła to być przecież jedynie jego wyobraźnia. A może nie wiedziała, jak zareagować na to, co robił, nie chcąc go od siebie odtrącić? Wyczuwał od niej niepewność, lekką obawę, lecz nie strach. Nie nieszczerość. Jak mogła być bardziej autentyczna niż wówczas, gdy zostawiał ją bezbronną?
Czy była bezbronna i teraz? Otoczona swoimi bliskimi, radośnie nucąca wraz z nimi narodowe przyśpiewki, tupiąca w rytm muzyki w drewniany podest? Czy była odarta z wszelkich tarcz, jakimi mogła się przed nim obronić? Czy może jej najsilniejsza tarcza była równocześnie jej klęską? Mógłby przypomnieć sobie o tym, że jesteś tu od tak bardzo dawna, że zasługujesz na to, by ci zaufać.
- To nieprawda. Twój ojciec dobrze wie, że gdyby nie ty, nie byłoby mnie tu wcale. - Nawet słowa, które wcześniej nie miały nasączenia drugim dnem, zdawały się aktualnie takowe posiadać. Mówił wszak o tym, że był tu przez nią czy jednak mówił o tym, że był tu dla niej? Sam nie do końca potrafił szczerze odpowiedzieć na każde zadane pytanie, jakie na przestrzeni ostatniego czasu pojawiły się w jego umyśle, ale to jedno mógł rozszyfrować bez zawahania. Jakaś kobieta przeszła między zgromadzonymi z tacą parującego grzańca, a gdy zatrzymała się przed profesorem, wysunęła dłoń, wkładając ciepły kubek w ręce mężczyzny. Uśmiechnęła się przy tym zachęcająco, by w chwilę później zniknąć dalej, robiąc dokładnie to samo z resztą osób. Przez chwilę Jayden wahał się, jakby zastanawiając się, czy mógł, lecz gdy w końcu uniósł alkohol do ust, nie pożałował. Zziębnięte gardło z cichym mruknięciem zadowolenia przyjęło podarunek, gdy słodkawy smak rozlał się w jego wnętrzu, a przyjemność wykrzywiła męskie wargi. Wypicie grzanego wina pozwoliło mu również zastanowić się przez moment nad odpowiedzią na pytanie zadane w międzyczasie przez Rose. - Imponujące dzieło - odniósł się wpierw do dokonania pana Wrighta. - Prezentuje się też idealnie pod dom dla ciebie, jak i Mellie. Gdy weszliśmy, od razu wyobraziłem sobie, jak zagarnia kolejne przestrzenie dla siebie i tworzy je swoimi. Miałem ci nie mówić, ale twoja córka urządziła sobie mini biurko w moim gabinecie. Nie wątpię, że znajdzie własną pracownię i tutaj. - Nie raz wszak gdy zajmował się sprawami uczelni, czy związanymi z badaniami, Melanie wdrapywała się mu na kolana bez pytania o zgodę i prosiła o wyznaczenie jej jakiegoś zadania. To, co mógł, przekazywał pod jej nadzór. Oczywiście, że nie zrzucał na nią czegoś, z czym nie była w stanie sobie poradzić, ale z sortowaniem radziła sobie świetnie. To właśnie takich momentów miało mu brakować najbardziej, gdy obie Wrightówny miały opuścić Killarney, zostawiając za sobą pustkę.
Teraz jednak cieszył się jeszcze towarzystwem starszej z nich. Gdy przyjęła jego dłoń, uśmiechnął się szerzej, a drobne zmarszczki okoliły skronie, gdy ogień odbił się w jasnych oczach. Jeśli obiecasz, że nie zostawisz mnie samej po pierwszej piosence. - Obiecuję. - Jego urwane słowo rozpłynęło się w powietrzu, bo nie potrzebowała jego zapewnienia, by ruszyć przed siebie. I chociaż to on wystąpił z propozycją tańca, ona poprowadziła go przez nieznany tłum. Uzupełniała go i wspierała tam, gdzie mógł nie znać drogi. Nie było to jednak istotne — nie, jeśli trwali razem, a gdy szła przed nim, wiedział, że nawet oślepiony mógł jej ufać. W końcu jednak zwolniła, aż zatrzymała się, kładąc palce na męskim barku. On pozwolił sobie za to otoczyć ramieniem jej talię i chociaż skrywaną pod grubą warstwą materiału, wyczuwalną we wcięciu kobiecego ciała. Gdy kobieta strzegł dystansu, Jayden pilnował, by nie stał się on zbyt bolesny. Zanim jednak rozpoczęli, druga z dłoni ukryła się za jego plecami, gdy oparli się o siebie jedynie prawymi bokami, lokując spojrzenia jedynie na sobie nawzajem. Delikatne dźwięki rozpoczynającej się pieśni wskazały wszystkim parom tempo, synchronizując zgromadzonych w jedno. Spokojne czerpanie przyjemności z urwanego momentu wśród wzburzonej rzeczywistości nie trwało długo, gdy kolejne ze słów padły ze strony Rose. - Dlaczego tak mówisz? - Pytanie Vane'a padło cicho, chociaż wiedział doskonale, że mogła go usłyszeć. Ponad muzyką, ponad podmuchem wiatru. Ponad rozmowami innych. Na jego twarzy znów pojawiło się coś, co przypominało smutek, ale także dziwnego rodzaju zawiedzenie. Spojrzenie uciekło mu w bok, jakby był zbyt zawstydzony, by spojrzeć wprost na nią. Wszak nie mógł już ukrywać, że to, co powiedziała, go dotknęło. Że cała wizja ich odejścia bolała. - Wiesz, że nigdy go nie zagrabiłaś. Sam otworzyłem ci jego drzwi - zaprotestował, nie wiedząc, iż spięcie wyostrzyło linię jego żuchwy, gdy z trudem przełykał ślinę. Jej słowa zaaferowały go na tyle, że zgubił się w krokach i nie zmienił w porę partnerki, zostając wciąż przy Roselyn. - Chciałem, żebyście tam były. Wciąż chcę.
Cokolwiek jednak mogło zostać dalej powiedziane, nie ujrzało światło dziennego, gdy pieśń dobiegła końca, a tańczący zaczęli sie rozrzedzać, robiąc miejsce w centralnej części podestu. Odciągnięto również Jaydena i Roselyn do odpowiednich krańców — mężczyzn po lewo, kobiety po prawo. Profesor zdawał się być tym jednak nieporuszony, gdy spojrzenie wciąż wbijało się w przyjaciółkę naprzeciw. Nie słuchał też wypowiedzi innych ludzi, którzy najwyraźniej dawali mu instrukcje co do ciągu dalszego trwającej nocy. W pewnym momencie włożono mu w dłonie świecę, lecz dla niego odbywało się to jedynie za ścianą nieprzepuszczalnej mgły. Był wszak zaaferowany czymś zupełnie innym. Pierwszy raz od początku wieczora poczuł też prawdziwy chłód. Przejmujący i dotkliwy. Przebiegający dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Nie spowodowany niską temperaturą, a odczuciem niepewności i odtrącenia. Naprawdę chciała odejść? Czekała na okazję, by zniknąć? Sądziła, że jej tam nie chciał? Że chciał jak najprędzej się jej pozbyć? Dopiero głos stojącego obok niego mężczyzny i jego szturchanie, sprowadziły go na ziemię. - Obudź się, na Fingala! Potrzebujemy cię przytomnego! Zaraz rozpocznie się budzenie smoka.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Własne potrzeby majaczyły się gdzieś na skraju uwagi. Odrzucone na bok. Nie tak bardzo ważne i wymagające jak te, które stawiała przed nią najzwyklejsza codzienność. Te same, które niegdyś sprowadziły na nią kłopoty, te same które zdawać się mogło już w niej zamarły. Od dawien dawna nie spoglądała na mężczyzn w sposób w jaki robiła to tamta dziewczyna, którą już przecież od tak długiego czasu nie była. Ważnym było to co miała przed sobą. Zadbać o swoje dziecko, wychowywać je, zapewniać byt. Wykonywać swoją pracę - z oddaniem i sumiennością, bo nie mogłaby inaczej. Jej świat wymagał poświęcenia części siebie, których nie żałowała, bo przeszłość obdarła ją z fantazji o rodzinie, którą mogłaby mieć. W innym wypadku nie miało to żadnego sensu, nigdy nie chciała stać się tym za kogo ją uważano. Skupiła się na tym, aby tego nie czuć. Tęsknoty, potrzeby intymnej bliskości. Aby nie odczuwać tego, że coś straciła - coś czego miała wrażenie, że już nigdy nie odzyska. Nie chciała pozwolić sobie na myślenie o tym, że traciła znacznie więcej niż pożądanie kogoś i bycia pożądaną. Odpychała od siebie myśl, że ktoś mógłby się nią zaopiekować i ona mogłaby odwdzięczyć się tym samym, że mogłaby komuś oddać swoje życie i je z nim dzielić. Że mogłaby dawać i brać. Nigdy tego nie zasmakowała. Nie wiedziała jak to jest być kochaną. Nie w ten sposób. Jej mały świat sprzyjał temu, aby o tym zapomnieć. Dni były długie i ciężkie, a noce wypełniały strachy i troski. Nie było miejsca na fantazje. Nie było miejsca na to, aby tęsknić za czymś tak bardzo nieuchwytnym i jej nieznanym.
Z trudem przychodziło stawienie czoła myśli, że jedynie zapadła w długi sen. Te emocje, potrzeby drzemały głęboko w kościach, osadziły się na włóknach mięśni, wibrowały pod skórą, pod warstwami kolejnych tkanek. Jedynie je wyciszyła. Straciła nad nimi kontrolę, wypierając się z ich, a przez to nie potrafiła żyć z nimi w zgodzie. Nie chciała tego czuć. Nie chciała, aby wpływały na to w jaki sposób spogląda w stronę przyjaciela, by rzutowały na to w jaki sposób go traktuje i jak reaguje na jego obecność. Czyniły ją niepewną. W słowach, w gestach. Sprawiały, że nie rozumiała już samej siebie. Czy pragnęła zostać czy odejść. Być blisko, uczyć się od nowa. Go, siebie, siebie przy nim. Czy może lepiej stworzyć nową normalność, w której przecież inni ludzie tak dobrze się odnajdywali - utrzymać stosowny dystans. Stosowny dla osób w ich wieku, stosowny do więzi i historii jaką dzielili. Stosowną dla kobiety i mężczyzny, którzy byli starymi przyjaciółmi.
Potrzebowała oddzielić i przeanalizować te emocje. Przestać błądzić. Stąpała po niepewnym gruncie, jej cały świat był niepewny, ulotny. Jutro było jedynie jeszcze niewypełnioną obietnicą. Dziś zaś było tylko chwilą. Oni zaś trwonili je tygodniami.
Masz mnie.
Odkąd byliśmy dziećmi, masz mnie.

Jego słowa wciąż drżały w umyśle. Atakowały, gdy ten był najbardziej podatny. Stęskniony, wygłodzony jego brakiem. Ich szczerość pozostawiała ją bezbronną. Tęskniła tak bardzo, że odczuwał to każdy cal jej ciała. Czy czyniło ją to złą osobą jeśli chciała tego więcej? Więcej słów. Więcej bliskości. Że chciała przestać być tak żałośnie samotną. Emocje kumulowały się w niej i nie potrafiła dać im upustu,. Tworzyły chaos, którego do tej pory nie znała. I czuła się nieswojo we własnej skórze. Tej, która drżała wtedy pod dotykiem jego skóry. Jakby nie należała do niej. Nie było w tym nic racjonalnego, nie potrafiła tego kontrolować. Jej świat był niepewny i ulotny, a jedynym co trzymało go w ryzach była ta namiastka władzy, którą posiadała. Nad samą sobą.
Tu wśród tych ludzi, w miejscu które niegdyś znała, tu gdzie dorastała istniała zakonserwowana część jej osobowości. Jeszcze sprzed czasów, gdy była kimś innym. Gdy była beztroska, chociaż zawsze miała na karku, tu gdzie kiedyś była wolna. Była tym kim była. Łatwo było poczuć ich zew radośnie szalejąc w tańcu, łatwo było przypomnieć sobie o tym, że nie wszystko podlegało dogłębnej analizie, nie wszystko musiała kontrolować.
Słowa jednak wypełniały tą przestrzeń poczuciem, że teraz jest już kimś innym.
- Właśnie. Jesteś przy mnie. I jesteś tu od bardzo dawna. Dlatego odrobina zaufania, by nie zaszkodziła - odpowiedziała pewnie, chociaż wcale taka nie była. Kto miał w to uwierzyć? Jej ojciec, ona czy może sam Jayden. Że między gestami, spojrzeniami, obecnością nie kryje się więcej niż było do tej pory.
Pokręciła głową, gdy zaproponowano jej grzańca. Doskonale wiedziała jak zaledwie kilka łyków potrafiło zamącić w głowie. Szczególnie dla osoby, która rzadko pozwalała sobie na alkohol. Wolała nie ryzykować, chociaż zapach, ciepło bijące od kubków zachęcało, aby chociaż spróbować, rozgrzać zziębnięte gardło.
Pożałowała tego, gdy przeszywający wiatr wkradał się ukradkiem pod poły płaszcza, gdy prowadziła go w głąb tańczących, pożałowała gdy doszło do niej, że miałaby na co zwalić trywialność własnych słów. Nie pozwoliła by magia chwili ich porwała. Rose trzymała ją w ryzach, jednak nie chciała, aby jej słowa zabolały.
Niemalże dostrzegała trajektorie ciosu przebranego w słowa i reakcje jaką wywołały. Cień smutku, zawodu przemykający po twarzy Jaydena i spojrzenie, które uciekło, że ledwie utrzymali rytm kolejnych kroków.
Nie zdążyła odpowiedzieć.
Nie zdążyła zastanowić się nad tym co mogłoby sprawić, że ta ciężka, zawiesista atmosfera by zniknęła.
Bezwiednie przyjęła świecę. Raz po raz spoglądała w stronę astronoma, nawinie próbując dostrzec w jego oczach chociaż błysk zainteresowania, odrobinę fascynacji. Tą charakterystyczną dla niego ciekawość i chęć poznawania. Coś co upewniłoby ją w tym, że wszystko było już w porządku. Że nie przejął się jej słowami. Że opacznie ich nie zinterpretował.
Dostrzegała napięcie szczęki, że myślami był daleko stąd.
Otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale stary Mackenzie skutecznie ją od tego odwiódł.
Na chwilę skupiła wzrok na tym co było przed nią. Ludzie przestali wierzyć już w starych bogów i w ich panowanie nad mieszkańcami Wysp. W miejscach takich jak te wciąż jednak pamiętali. Zachowali tą cząstkę starej tradycji. Że aby coś dostać należało coś dać.
Ręka opadła luźno wzdłuż pasa. Nie musiała patrzeć, aby wiedzieć że ta jego była tuż obok. Zdawało jej się, że przeciąga tą chwilę całe wieki, gdy zahaczyła wierzchem dłoni o tą jego, gdy palce splotły się z jego palcami. Zacisnęły się na tyle mocno, aby nie mógł od niej uciec. Gdy w końcu doczekała się momentu, gdy Mackenzie zrobił kilka kroków, a oni pozostali w tyle. - Dałeś mi dom, gdy go potrzebowałam, Jay. Ale to zawsze będzie twój dom i zaskarbianie go sobie, byłoby wykorzystywaniem twojej dobrej woli. Za jakiś czas zapragniesz tego, żeby zrobić kolejny krok. Będziesz chciał mieć żonę, będziesz chciał, żeby twoje dzieci miały matkę, a ona nie powinna tam zastać mnie. Zawsze mi pomagasz, nie wyznaczasz mi granic, więc ja muszę to zrobić za ciebie.
Nie spodziewała się, że wypowiedzenie tych słów będzie tak bardzo trudne. Że z trudem wydostaną się z gardła, że nawet wyduszenie ich z siebie przyciszonym głosem było jak wydzieranie ich z głębi płuc.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

« Mówisz mi, a ja zapominam; uczysz a zapamiętuję; angażujesz mnie, a ja się uczę »
Świadomość upływających dni dokuczała. Świadomość zmarnowania minionych momentów bolała. Świadomość braku możliwości tego odrobienia sprowadzała motywację. Bo dlaczego chciałby, aby to wszystko się powtórzyło? Skoro łańcuch został przerwany, a oni wili nowy? Dlaczego miał pozwolić, aby historia zatoczyła koło i zostawiła go z niczym? Nie... Nie. Zostawiła z czymś o wiele większym i poważniejszym. Zostawiła go wybrakowanego, niekompletnego. Bo kto mógł walczyć z faktem śmierci istotnej części samego siebie? Kto mógł żyć nawet ze sprawnym ciałem, lecz bez bijącego serca? Kto mógł wybrzmiewać własnymi słowami, skoro odebrano mu duszę? Jak wciąż mógł być sobą, nie posiadając w sobie tego, co zniknęło? W takim stanie zdrowienie nie było możliwe. Można było po prostu nauczyć się funkcjonować z ubytkiem i stworzyć alternatywną wersję siebie. Taką, która dostosowała się do nowych warunków i nie utrudniała życia w codzienności. Wszak rzeczywistość nie czekała, aż ktoś zamierzał się podnieść. Wojna nie zatrzymywała się, czekając na to, aby słabi nadgonili silniejszych. To on musiał się dostosować. On musiał się zmienić. I nie tylko jeden raz, ale nieustannie. Wtedy gdy dowiedział się o śmierci Pandory i Mii. Wtedy gdy pokłócił się z Pomoną. Wtedy gdy się z nią pogodził i gdy zrozumiał, że ją kochał. Wtedy gdy podjęli decyzję o wspólnym życiu i wtedy gdy zobaczył po raz pierwszy list gończy z jej twarzą. Wtedy gdy urodzili się ich synowie i wtedy gdy odeszła. Wtedy gdy Billy przyniósł ją do domu. Od tamtego czasu Vane bez przerwy ulegał przemianom. Jedna za drugą kazała mu się dostosować, złagodnieć, zhardzieć, pójść na ugodę, stać przy swoim zdaniu. Roselyn nie znajdowała się więc już u boku chłopca, którego poznała całe lata temu — towarzyszyła komuś, kto nie znał samego siebie. Czego pragnął, jak powinien był się zachowywać, jakie decyzje winien podejmować? Skąd miał czerpać siłę, skoro bez względu na to, w którą stronę się oglądał, zostawał sam? A przecież potrzebował ich, by iść dalej. By w samotnym ojcostwie dostrzegać przyszłość, a nie jedynie wyzwania. Chciał przecież nie tylko wychowywać swoich synów, ale tworzyć możliwości dla garstki dzieci. Chciał móc nieść dla nich na barkach świat, jeśli tylko tego było trzeba. Sądził w pewnym momencie, że da radę w pojedynkę, lecz — jak za każdym razem — los wykazał mu błąd. Więc zaczął myśleć intensywnie o rozwiązaniu, a jedyne, jakie przychodziło mu na myśl, wywoływało w nim skręt żołądka. Myślał, że ponowny ożenek będzie rozwiązaniem jego problemów. Był tego pewien. Bo może nie mógł zapewnić przyszłej współmałżonce miłości romantycznej, mógł zapewnić jej wszystko inne. Mógł się starać, a ona przy wyrozumiałości, mogła zrozumieć. Ile istniało małżeństw, które wyzbyte były nawet i z tego? Dlatego właśnie zaczął wprowadzać plan w życie. Nie spodziewał się żadnych komplikacji, sądząc, iż nic nie mogło poruszyć poranionym sercem na tyle, by wprowadzić na nowo chaos. Bo i jakby mogło? Skoro to, co kochał tak mocno, umarło, musiało równocześnie zostać pogrzebane jego uczucie.
Dlaczego więc tak bardzo żebrał o jej uwagę, gdy w końcu pozwolili sobie na bliskość? Bliskość, która wcześniej nie miała takiego ciężaru. Wiedział, że to nie tylko na niego to wpływało. Tam, gdzie sunęły jego ręce, wyczuwał drżenie, jakiego wcześniej nie wyczuwał. Nie u niej. Sam także pozwalał na to, by mięśnie trzęsły się pod wpływem kobiecych eksploracji — wyjątkowo niewinnych, a mimo to mieszanka wytęsknionych ciał i emocji pozostawiła wyraźny impakt, odciskając się bezspornym śladem na jego psychice. Sądził, że tygodniowe rozstanie, jakie przydarzyło się wkrótce po tamtym incydencie, miało wyciszyć szalejące uczucia i niezrozumienie. Wpatrzony jednak w europejskie krajobrazy migające za oknem pociągu, myślał o chwili, jaką przyszło im współdzielić. Ile razy patrzył na swoje dłonie, przypominając sobie gdzie były, czego dotykały i co powodowały? Ile razy odtwarzał w myślach tamto zamglone spojrzenie, rozchwiane wargi, zastanawiając się, co oznaczały? Czy w ogóle powinny cokolwiek oznaczać między nimi... Byli dorośli. Powinni wiedzieć. Powinni znać odpowiedzi na pytania, ale jednak nic takiego nie przychodziło. Rozwiązania panoszące się w umyśle profesora, jedynie wszystko jeszcze bardziej komplikowały i utrudniały, dlatego uciekał od nich, nie chcąc stanąć z nimi twarzą w twarz. Nie chcąc się do nich przyznać. Nie chcąc się przyznać do tego, że... Że po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł się chciany. Nie tylko jeśli chodziło o obecność, ale także każdy inny aspekt. Psychiczny na równi z tym fizycznym. I tak też pragnął, aby pozostało. W końcu odejście Pomony wcale nie odbudowało jego pewności siebie, a wcześniej nie było lepiej. Później także. Sądził, że nie było mu to potrzebne. Wszak miał chłopców, ich radość była jego radością, jednak mocno się pomylił. Ponownie. Poruszona w nim delikatna od nadszarpnięcia struna chciała znów być częścią symfonii, nieśmiało wydobywając z siebie dawne dźwięki.
Jesteś przy mnie. I jesteś tu od bardzo dawna.
Uśmiechnął się pod nosem, nie kryjąc pewnego rodzaju rozbawienia. To prawda. Znali się przez większość swojego życia i nikt nie spodziewałby się raczej, aby cokolwiek miało się zmienić. Bo przecież kto jak nie ich dwoje miało pozostać na zawsze przyjaciółmi? Ludzie o sobie zapominali, nie dbali o przyjaźnie, ale oni wciąż trwali. Posiadali wobec siebie zaufanie, jakiego nie posiadał nikt inny. I chociaż ono także musiało znaleźć swą drogę na nowo, Jayden wiedział jedno — że ojciec Roselyn nigdy wcześniej nie przyglądał się mu tak bardzo jak tego wieczoru. Czuł na sobie spojrzenie dumnego Szkota, gdy jego córka prowadziła go dalej między tańczących, lecz astronom szybko przestał zwracać na to uwagę. Nie skupiał się na tym, skoro ktoś całkowicie inny pochłaniał jego atencję. Przez którą czuł się niczym pijany. Czy była to wina wypitego kilka momentów wcześniej alkoholu, czy własne emocje wprowadziły go w podobny stan — nie potrafił powiedzieć. W przeciwieństwie do Rose z chęcią — wbrew wszelkiemu rozsądkowi — zanurzyłby się w chwili, jakiej przecież potrzebowali. On potrzebował odciąć się od wszystkiego, chociaż na moment nie musieć myśleć i przyjmować jedynie to, co odbierały jego zmysły. Może wiedziała, że musiała być rozsądkiem w tamtym momencie. Może dostrzegła, jak ściemniało mu spojrzenie i nie pozwoliła, by zapomniał o tym, gdzie się znajdował i dlaczego. Jej słowa prędko sprowadziły go na ziemię, niczym siarczysty policzek, a cała wesołość uleciała, pozostawiając jedynie spięcie i nieprzyjemny dreszcz. W innej sytuacji byłby obecny i chłonął wydarzenia Imbolcu, które obchodzono tak hucznie w jego rodzinnej Irlandii, lecz aktualnie... Czuł się pusty. Jakby niepasujący do własnego ciała. W końcu odebrał to wszystko inaczej, a może jedynie tego chciał? Może był naiwny, chcąc chociaż na chwilę zapomnieć, a przecież nie powinien? Znaleźli się w Szkocji nie dla zabawy — mieli spojrzeć na jej przyszły dom. Cała reszta pojawiła się przypadkiem. Niezamierzona... Skierował więc wzrok gdzie indziej — tam, gdzie patrzyła reszta, chociaż nie dostrzegał nic. Nie zważał na to, pozwalając, by jego własne myśli plądrowały mu umysł w takt wahania się płomienia świecy. Nie przejmował się słowami jednego z mężczyzn, chociaż poczuł do niego pewnego rodzaju wdzięczność za odwrócenie — chociażby w minimalnym stopniu — uwagi od rozmowy, jaka zaczęła się podczas tańca.
Nie chciał na nią patrzeć. Nie dlatego, że nie potrafiłby znieść jej widoku, lecz dlatego, że nie chciał widzieć się jej oczyma. Jak bzdurnie musiał wyglądać w momencie, gdy usilnie starał się nie zwracać na nią uwagi, mimo że praktycznie cały wieczór śledził ją spojrzeniem. W bardziej oczywisty sposób nie mógł dać jej do zrozumienia, że poczuł się dotknięty. Jej ani reszcie zgromadzonych ludzi — ci drudzy na szczęście pochłonięci byli rytuałem i para czarodziejów przestała być przynajmniej na moment atrakcją wieczora. Drgnął, gdy poczuł nagle dotyk na swojej dłoni, jednak gdy zerknął w tamtą stronę, zauważył, wpatrzoną w ich ręce Roselyn. Zaraz też niewidzialna pięść zacisnęła się na jego gardle, gdy znów uderzyła go świadomość obietnicy, jaką sobie złożyli. Mieli dać sobie czas, ale nie mieli już się dystansować. Nie chciał, aby myślała, że zareagował w ten sposób, bo chciał ją odtrącić. Nie... Nie tego chciał. Nie potrafił się też na nią złościć, nieważne jak bardzo, by się starał. Dlatego też jego palce naturalnie rozwarły się, przyjmując między siebie te mniejsze należące do kobiety. Złagodniał. Pozwolił jej na to, a silniejszy uścisk sprawił, że fala gorąca rozlała się po całym jego ciele, wprowadzając go w przyjemny stan. Na dwa uderzenia serca. Dlaczego musiała mówić tak, jakby znała go na wylot? Jak zareagowałaby, wiedząc o tym, co powiedział ojcu? Powiedział mu nie tylko o małżeństwie, lecz także o niej samej? Że bronił ją nawet przed własnym rodzicem? Że broniłby ją przed każdym? Zawsze? Byli przyjaciółmi, zdrowieli. Musiał więc odłożyć własne pragnienia na bok i skupić się na niej. Dlatego też jego wargi ułożyły się w to słowo, którego nie chciał wypowiadać. - Rozumiem. - Jego głos wybrzmiał głucho i pusto, zaraz jednak jakby przypomniał sobie, że mieli naprawiać relację, nie zaś jeszcze bardziej ją pogarszać. Strącił więc z siebie niewidzialne brzemię i przywołał na twarz uśmiech. Gdyby ktoś go nie znał, uznałby go za szczery — dla Roselyn mógł być jednak uderzająco nieznany. Obcy. Uśmiech wykrzywiający usta, lecz oczy pozostawały smutne. Nie wargi mówiły w tej parze prawdę. - Życzę ci też tego samego. Chcę, żebyś była szczęśliwa. Nigdy wcześniej nie czułem się samotny, ale teraz wiem, jak działa samotność. W Irlandii nie miałaś takiej możliwości, ale tutaj już masz. Poznaj kogoś. Zakochaj się. Jesteś jeszcze młoda, a oni wszyscy wyglądają na porządnych ludzi. Nie zmarnuj tego. - Urwał na moment, po czym spoważniał. Wymuszony grymas zniknął z jego twarzy, zupełnie jakby wszystko, co właśnie mówił było fałszem, lecz wcale tak nie było. Coś innego kazało po prostu mu się jeszcze odezwać — coś, co sprawiło, że spojrzenie na nowo przybrało tej intensywnej, ciemnej barwy jak wcześniej podczas tańca. Coś, co sprawiło, że męski bok zbliżył się jeszcze bardziej do Roselyn, wykorzystując ulotną prywatność, jaką zapewniła im pozycja na samym krańcu grupy świętujących. Coś, co sprawiło, że patrzył niemalże bezwstydnie na jej twarz, badając każdy element. Coś, co sprawiło, że nachylił się ku niej i oparł czoło o to należące do czarownicy. Coś, co sprawiło, że łakomie z tego wszystkiego czerpał. - Musisz jednak wiedzieć, że dla mnie jesteśmy rodziną. Nieważne, co myślą inni. Jestem z tobą. Jesteśmy razem - powiedział nisko, zaciskając również palce na tych kobiecych i unosząc ich złączone dłonie do ust, by złożyć na damskiej rękawiczce pocałunek. Pieczętujący wypowiedziane przez niego słowa. Nie kłamał, chociaż schrypnięty ton wyraźnie informował o trudności, z jaką mówił. Potrzebował bliskości z nią, a jej brak go wykańczał. Urwane, skradzione momenty nie wystarczały. Czy dlatego też przestał być ostrożny? Świadomy tych wszystkich ludzi? Może. Może dlatego przestał kierować się rozsądkiem.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Re: Highlands [odnośnik]Yesterday at 21:10

Odpowiedzialność obdarła z przywileju bycia zagubionym. Nie gdy już od tak dawno temu przestała żyć dla samej siebie. Nie w takim wieku. Nie w takich czasach. Nie miała do tego prawa. Po prostu. Musiała być wytrzymała. Musiała trwać. Tej właśnie siły dopatrywała się w figurze ojca. On nie był zagubiony. On zawsze parł przez życie, poświęcając jego lwią część swojej rodzinie. Jeśli jakiekolwiek wątpliwości naruszały jego spokój, zdawały się zaledwie istnieć, nie wpływać na bieg jego życia. Był podporą. Twardy jak ze skały, nie raz tak bardzo, że obijała się o jego kanty. Mimo to powierzyłby mu życie nie tylko swoje, ale i Mel. Próbując chociażby odnaleźć w sobie odbicie jego postawy, widziała jedynie jego roztrzaskany obraz. Sieć pęknięć i głębokich skaz. Chwilami czuła, że pęka. Że umysł poddaje się szalonemu pędowi minionych wydarzeń, strach i złość wyzierały z głębin umysłu, mąciły w głowie. W miejscach gdzie zabliźniły się stare rany powstawały kolejne. Dzień w dzień chłonęła ból, aż stał się jej częścią. Z trudnością przychodziło oddzielenie go od tego własnego. Kakofonia rozstrojonych myśli wariacko obijała się o ściany czaszki. Myśli, emocje, obowiązki, zobowiązania. Wszystko to oddziaływało na nią tak brutalnie, że były chwilę gdy nie potrafiła odnaleźć w sobie sił, aby je zatrzymać. Uporządkować niepokorny świat trawiący jej wnętrza. Chciała krzyczeć, walić pięściami w ściany, pozwolić aby to wszystko opuściło jej system, wypuścić własne demony, aby chociaż na chwilę doznać oczyszczenia. Wrząca krew zastygała w żyłach na myśl, że jeśli tylko sobie na to powoli, nie będzie w stanie już przestać. Że jeśli tylko dopuści do głosu to co milczało w wnętrzu jej umysłu wypowiedziane na głos, nazwane zmaterializuje się. Że będzie przerażona, że będzie wściekła, że będzie cierpieć. Że zarazi tą chorobą wszystkich tych, którzy otaczali ją wokół. Dlaczego właśnie jej miał przysługiwać ten przywilej? Łamania się, gdy ci, którzy byli blisko niej również mieli ku temu powód. Śmierć, ból i strach otaczały ich zewsząd. Dlaczego te, które należały do niej musiały ujrzeć światło dzienne. Była odpowiedzialna za tych, których kochała i za miłość jaką ją darzyli. Chciała być zarówno dla siebie jak i dla nich. Dla Mel, jej rodziny, dla Jaydena, jej przyjaciół, bo nie mogła pozwolić, aby oprócz tego własnego, nosili również jej ból.
Nie chciała, nie mogła być zagubiona. Nie potrafiła też znaleźć sposobu, aby w tym chaosie odnaleźć siebie. W jego kierunku błądziła po omacku. Otoczona ciemnościami niewiadomych, sfrustrowana, rozdarta między dwoma skrajnymi biegunami. Między potrzebą bycia blisko, a ciągłym nie przecinającym myśli. Nie, nie mogę. Nie, nie mam prawa. Nie, tak jest lepiej. Emocje zbierały się pod skórą, doszukując się ujścia. Dłonie domagały się, aby czuć ciepło bijące od jego ciała, nawet jeśli dzieliła ich bariera materiału rękawiczek. Dech chciał zmierać w piersiach ilekroć zbliżali się do siebie i opuszczać płuca ilekroć się od niej oddalał. Patrzeć na niego, by on patrzył na nią. Interpretować cienie rodzące się w sercu jasnych tęczówek. Dzielić ten czas, korzystając z całego jego potencjału. Czuć. Być wolną od łańcuchów, w które sama się zakuła.
Nie bez powodu.
Nie bez powodu nie pozwalała na to, aby dać ponieść się chwili. Nie potrafiła czerpać z wolności, mogłaby się nią zachłysnąć. Nigdy nie była jedną z tych osób, które chciały czegoś i brały, bez względu na konsekwencje, bez względu na wszystko wokół. Pozwały by kierował nimi instynkt. Nie, gdy na szali było tak wiele, a oni zdawali jej się tak bardzo krusi. Podatni. Jakby nie mogła pozwolić sobie na najmniejszy błąd. Teraz sama nawet nie wiedziała co konkretnie było błędem. Co było w tym momencie dla nich dobre, a co złe. Nie wiedziała jak mogła ich wyleczyć. Cierpieli na własne dolegliwości. Zamknęli się w sobie. Zamknęli się na siebie. Chciała pozwolić, aby wkradła się między nich swoboda. Chciała rozmawiać z nim tak jak kiedyś. Słuchać jego opowieści, tych znacznie dłuższych, znacznie umiejętniej snutych niż te wypowiadane przez nią. Chciała by powiedział o tym co myśli, czego chce, co się z nim dzieje. By mogli mówić o rzeczach dobrych i tych złych również - by móc się w nich wspierać. Wiedziała jednak, że to nie była kwestia pstryknięcia palców. Kilku krótkich tygodni. Do tego mieli szansę wrócić dopiero po jakimś czasie, gdy już ozdrowieją. Nauczą się siebie raz jeszcze.
Teraz nie wiedziała jak mają na siebie reagować. Jak się zachowywać. Jakie konsekwencje miały mieć poszczególne zdarzenia. Czy tworzy między nimi nowy mur między nimi czy zabezpiecza ten, który miał ich chronić.
Przez chwilę zmroziła ją myśl, że mógłby ją odepchnąć. Znowu. Zabrać dłoń, znów się odsunąć, znów zamilknąć. Nie chciała, aby strach zdefiniował ten moment. By niepewność wkradła w dobierane słowa, aby twarz przeciął cień niepewności.
Jego słowa brzmiały obco. Nie potrafiła nawet sprecyzować co takiego sprawiało, że nie odczuwała ich szczerości, że nie czuła ich ciepła. Jakby mówił to co chciała usłyszeć. To co wydawało się być odpowiednie - by żyła własnym życiem, by coś tu zaczęła, by nie zmarnowała tej okazji. Wszystko to co teoretycznie chciała usłyszeć. Że zgadza się z nią i rozumie.
Melodia wypowiedzianych słów, smutek czający się na skraju uśmiechu - taki, który nawet nie sięgał oczu. To nie pozwalało jej wierzyć, że sam był pogodzony z tym co mówił. Że wciąż między nimi trwało coś niewypowiedzianego. Coś co nie pozwalało w pełni czerpać z kolejno wypowiadanych zdań. Czuć ich pewność, zaufać im. Nie osądzała go o fałszowanie dobrych intencji. Nie mógł jednak ukryć przed nią tego, że coś było nie tak. Działo się między nimi coś czego nie rozumiała. W nim i samej sobie. Coś nowego. Nie odrzucało jej to. Jedynie przerażało.
To jak mówił o samotności brzmiało niemal boleśnie. Jakby wypowiadane zdanie miały faktyczną moc, by wyciągnąć ku niej dłoń, przeszyć jej pierś, zacisnąć palce na bijącym sercu.
Wiedziała, że sama będzie ją czuć. Że gdy wróci do domu, to przez długi czas będzie tylko miejsce, w którym będzie sama z Mel. Że chociaż tak niedaleko, wśród cieni drzew jawił się kontur domu jej ojca, to dzielić będzie ich odległość. Czasami nie mogła uciec myśli, że właśnie takie będzie jej życie jeśli uda jej się je przeżyć, że zapuści tu korzenie, ale nie będzie częścią lasu. Mel kiedyś miała go opuścić, bo taki był już bieg życia.
Nie dostrzegała możliwości, którą rysowali przed nią jej bliscy. Nie tylko Jayden. Hannah również to sugerowała. Że jest jeszcze młoda. Że spotka jeszcze kogoś dla kogo będzie chciała zrobić miejsce w swoim życiu. Rose jednak tego nie dostrzegała. Nie czuła się młoda. Nie czuła jakby jeszcze potrafiła.
Słowa zawisły na końcu języka. Niewypowiedziane. Coś podpowiadało, że jeszcze nie skończył. Badała zmiany wpływające na jego rysy. Coś zabrało uśmiech, coś sprawiło, że jego wzrok zaczął przeszywać - jakby wszystko to co chciała ukryć, miało przestać mu umykać. Złamał barierę stosownej bliskości. Dopadł tam gdzie sądziła, że jest bezpieczna. Ona świadomie, niemalże bezwstydnie poddała się jego działaniom. To nie był rodzaj bliskości, której teraz potrzebowała. Tego po prostu chciała. Wbrew wszelkim zasadom, które rządziły się jej światem. Jedynie te pragnienie sprawiło, że nie uciekła, chociaż głos rozsądku nawoływał do poddania się jego woli. Nie mogła. Opór opanował mięśnie.
Spojrzenie zastygło, wpatrywała się w niego, próbując znaleźć odpowiedź. Czego chciał od niej? Teraz w tym momencie i co niosły za sobą jego słowa. Pocałunek niemal kurtuazyjny, nie jeden z tych przeznaczonych dla niej.
Pozwoliła sobie na to. Z niestosowną, zachłanną ciekawością obserwować. Czekać. Przez chwilę straciła własną wolę.
Muzyka rozbrzmiała. Zdusiła chwilę. Mieszkańcy wioski na nowo naparli w stronę parkietu, instrumenty zaprosiły do powrotu do zabawy.
Dłoń wysunęła się z uścisku, a Rose drgnęła czyniąc krok w tył. Zaskoczenie na chwilę zamarło w ciemnych oczach. Zmieszanie. Zamęt.
Tym jak skutecznie udało mu się przyprzeć ją do muru. Jak łatwo pozwoliła sobie na to, aby uciszyć własną ostrożność. Zaskoczona, że ze wszystkich ludzi, zrobił to właśnie on. W taki sposób.
Czy właśnie taką miał intencje czy zrobił to kompletnie nieświadomie?
Te pytanie skonsternowało równie mocno co dzielona przed momentem chwila.
- Obiecałeś mi więcej niż jedną piosenkę - uciekło spomiędzy warg.
Kolejny raz, pozostawiając ją w stanie konfuzji. Tym razem spowodowanej brzmieniem pewnego głosu, uporem wkradającym się między kolejne zgłoski. Niezrozumiałą dlań ekscytacją.
W tym momencie czuła się, była niepoważna. On przełamał granicę. Ona nie chciała dać się pokonać. Pozwolić na to, by wywołał w niej… Co? Tylko zakłopotanie? Czy może chodziło o to, że na chwilę ulegle poddała się jego działaniom. Sprowokował, a ona nie chciała rumienić się przed nim i kłopotać. Pozwalać by coś. Ktoś. Przejmował kontrolę nad nią.
Wiedziała, że oprócz niego ciągnie za sobą ciężar jego słów. Każdy krok w głąb tłumu, każdy oddech poświęcała, aby znaleźć odpowiednią odpowiedź.
Ta rozbrzmiałą dopiero gdy zrównali się z rytmem muzyki. - Nie rozumiem cię, Jay - pozwoliła, aby słowa wkradły się między nich, gdy na chwilę rozdzieleni, powrócili do siebie. Wewnętrzna część dłoni przywarła do tej jego, a dostojna melodia instrumentów poprowadziła ich dalej. Zataczając wokół niego koło, kontynuowała . - Chcesz, żebym wpuściła kogoś do swojego życia. Życzysz mi tego. Nie protestujesz, gdy ja mówię o tym samym dla ciebie. Jednocześnie…
Urwała, gdy na miejsce Jaydena wkroczył inny partner. Obróciła się, by odnaleźć go wzrokiem. Ledwie dotrzymując kroku swojemu nowemu towarzyszowi.
Oczekiwała momentu, gdy uda jej się powrócić do Vane’a.
Nie chciała pozwolić, aby rozłąka sprawiła, że kompletnie straci wątek. - I chociaż wiem, że to nie jest to samo. Ja i ty. Ktoś z tobą, ktoś ze mną. To sprawiasz, że nie to nie brzmi jakby było na to miejsce - dokończyła widocznie sfrustrowana. Pewność opuściła ostatnie zdania. Jakby mówiła o rzeczach, których nie potrafiła zdefiniować, które jedynie czuła i chciała, aby jej je wyjaśnił, by nie mąciły jej w głowie. Równocześnie obawiając się tego jak bardzo śmiesznie może to zabrzmieć, jak bardzo pozwoliła sobie by wyobraźnia ją podeszła.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Strona 33 z 33 Previous  1 ... 18 ... 31, 32, 33

Highlands

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach