Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Główna ulica
AutorWiadomość
Główna ulica [odnośnik]04.04.15 17:24
First topic message reminder :

Główna ulica

Główna ulica znajdująca się w sercu Hogsmeade, magicznej wioski zamieszkanej całkowicie przez czarodziejów i czarownice. Wzdłuż ulicy ciągną się kamienice, puby, kawiarnie i sklepy - Miodowe Królestwo, Pub pod Trzema Miotłami, Gospoda Pod Świńskim Łbem, sklep Derwisza i Bangesa, Sowia Poczta, sklep Scrivenshafta czy McBloom & McMuck. Od niej odchodzą mniejsze uliczki, które - wijąc się jak węże - prowadzą m.in. na stację kolejową, na cmentarz, i do Hogwartu.
Od czasów wojennej zawieruchy Hogsmeade stało jakby mniej wesołe, mniej kolorowe; nocą ulice świeca pustkami. Pomimo wynegocjowanego z Grindelwaldem pokoju czarodzieje czują, że coś wisi w powietrzu. Nikt jednak nie potrafi powiedzieć, co.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Główna ulica - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Główna ulica [odnośnik]08.11.17 12:36
Moim zdaniem mieszkanie nawet w magicznej kamienicy pośród mugoli też nie miało żadnego sensu. Nie od kiedy zamierzaliśmy wypowiedzieć im wojnę, czyli od zawsze. Niestety tradycja musi pozostać tradycją, a konserwatyzm mojej rodziny sięgnął najwyższego wymiaru. To o te ziemie walczyliśmy, to tutaj założono naszą siedzibę, a zatem to tutaj winniśmy siedzieć do śmierci. Nie rozumiałem tego, ale nie sprzeciwiałem się woli ojca, a przede wszystkim woli nestora. Byłbym głupcem podważając ich zdanie w tej materii. Skoro chcieli mieszkać wśród szlamu, to musiałem to jakoś znieść. Być może kiedyś któremuś z nas uda się wprowadzić drobne zmiany w strukturze rodu, na przykład wybudować siedzibę gdzieś na obrzeżach Londynu, z dala od osiedla pełnego niemagicznych poczwar. Póki co były to jedynie śmiałe marzenia wewnątrz mojego umysłu, ale być może kiedyś doczekają się spełnienia.
Hogsmeade jawiło mi się jako bardzo odległa, dość przyjemna przeszłość. Czas faktycznie w tym miejscu zwalniał ujawniając wszystkie zalety magicznej wioski. Miała ona niesamowity klimat, choć najwyraźniej było to widać zimą, kiedy krajobraz skąpany był w bieli śniegu. Teraz także aż musiałem przystawać przy niektórych zakątkach, by móc je podziwiać. Moje dzieciństwo nigdy nie można było nazwać beztroskim, ja sam także taki nie byłem, ale zdecydowanie to miejsce kojarzyło mi się z pewnego rodzaju błogością. Nie potrafiłem jej do końca określić, ale wiedziałem, że ten spacer będzie przyjemną częścią dnia. Miłej odmiany po kataklizmach magii, po przepracowaniu więcej godzin niż przewidują to przepisy; należał mi się odpoczynek, nawet tak krótki.
Jocelyn była przypomnieniem o tych morderczych godzinach spędzonych w pracy, dlatego jej widok nie napawał mnie szczególnym zadowoleniem. Starałem się zachować kulturalnie, zgodnie z moją pozycją w magicznym społeczeństwie. To nie z nią był problem, a ze skojarzeniami. Umysł lubił płatać figle oraz doszukiwać się problemu tam, gdzie go nie było.
Nie dało się nie zauważyć jej skrępowania oraz niezbyt dobrej kondycji. Wpatrywałem się w nią uważnie, jakby to miało oznaczać wyspowiadanie się ze wszystkich win, tym samym zapominając trochę o ogładzie. Nie powinienem się tak intensywnie na nią patrzeć, ale zamierzałem odkryć nieodkryte, a to wymagało drastycznych środków. Czyżbym był kimś, z kim wcale nie chciała rozmawiać?
Skinąłem krótko głową nie kłopotając się drążeniem tematu. Nie mogłem jednocześnie przejść obok tego obojętnie, skoro należałem do takiej, a nie innej warstwy społecznej, z czym wiązało się posiadanie odpowiedniego tytułu, to zamierzałem z tego korzystać.
- Tak, jak zwykle wszystko rozchodzi się o te nieszczęsne powstania goblinów – stwierdziłem z niesmakiem, nie uważając tych stworzeń godnych ludzi, czy nawet czarodziejów. Wydawały mi się raczej zwierzątkami znającymi się na bankowości, której tak usilnie pilnowały niczym warujące psy.
- Hogwart to wspaniałe miejsce – przytaknąłem jednak, bo faktycznie wspominałem naukę w placówce bardzo dobrze. Aż dziwne, że minęło już tyle lat…
Na wyjaśnienie odnośnie pobytu tutaj uniosłem brwi pełen zaskoczenia. Nieudana teleportacja? W pierwszej chwili zupełnie nie pomyślałem o czkawce teleportacyjnej.
- Masz rany rozszczepieniowe panno Vane? – spytałem zaniepokojony, od razu uważniej jej się przyglądając. Dziwne, nie wyglądało na to.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 45
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Główna ulica [odnośnik]08.11.17 18:34
Jej matka swego czasu opowiadała jej bardzo dużo o rodowej posiadłości Selwynów, w której wychowywała się aż do momentu przymusowego wydania za Leonarda Vane. Zawsze starannie podkreślała, że ten wybrakowany związek nie był jej wyborem, a to rodzina wypchnęła ją do Vane’a, nie potrafiąc zaaranżować wśród odpowiedniej warstwy społecznej małżeństwa dla starej panny z nieuleczalną chorobą genetyczną. Sama Josie też miała okazję widzieć dawną posiadłość matki, ilekroć odwiedzała mieszkających tam krewnych, ale jej samej przyszło dorastać w jednej ze spokojniejszych części Londynu, w domu jej ojca. Choć matka robiła wszystko by odpowiednio go urządzić, niestety wciąż widoczna była przepaść między tym, na co mogli pozwolić sobie czarodzieje nieposiadający tytułu, a tym co posiadali szlachetni krewni Thei. Czasem Josie nie potrafiła się więc dziwić wiecznej frustracji zdegradowanej społecznie matki, która choć nie została wyklęta, i tak straciła nazwisko, tytuł i wszystkie luksusy które miała na rzecz życia zwyczajnej czarownicy. Po dawnym życiu pozostał tylko roszczeniowy charakter, duma i ambicja, którą próbowała zaszczepić córkom. Ale Josie zawsze tkwiła na pograniczu, nie wiedząc który z tych światów naprawdę jest jej pisany, świat matki czy świat ojca.
Blackowie byli pewną zagadką, choć słyszała opowieści o nich. Nie z pierwszej ręki, wśród jej bliższych koleżanek nie było żadnej Blackówny, a Lupus od samego początku onieśmielał ją zbyt mocno, by miała odwagę zadawać mu bardziej osobiste pytania o jego życie i zainteresowania poza pracą. Mimo wszystko ciekawiło ją, kim był, gdy tylko zrzucał uzdrowicielską szatę i opuszczał szpitalne mury. Czy często bywał na salonach? Czy lubił sztukę? Czy rodzina wywierała na niego nacisk, by poślubił odpowiednią kobietę, tak jak Thea Vane wywierała nacisk na nią, by pewnego dnia zaręczyła się z odpowiednim mężczyzną?
Kto by pomyślał, że przyjdzie taki dzień, gdy spotka go poza murami Munga, i będzie to właśnie Hogsmeade, miejsce zupełnie nie kojarzące się z Blackami? Nic dziwnego, że była tak bardzo skonsternowana i rozkojarzona, zupełnie nieprzygotowana na zaskoczenie zafundowane jej przez teleportacyjną czkawkę. I jak się okazywało, nawet ta przypadłość nie pozwalała zupełnie uciec od pracy i ludzi nieodłącznie się z nią kojarzących.
- Tak, właśnie – przytaknęła, choć powstania goblinów były czymś, co nigdy jej szczególnie nie interesowało i niewiele pamiętała na ich temat poza podstawowymi pojęciami. Historia nigdy nie była jej pasją, choć były tematy, które budziły w niej większe zainteresowanie, jak na przykład dzieje szlacheckich rodów, choć to pewnie kwestia tego, że matka od dzieciństwa kazała jej ślęczeć nad rodowymi księgami i przyswajać informacje na temat elity czarodziejskiego społeczeństwa. Zdaniem matki mogła nie wiedzieć dokładnie, kiedy były powstania goblinów, ale wiedzę o rodach musiała zapamiętać. – Choć wydaje mi się, że dzieje czarodziejów mimo wszystko były dużo bardziej fascynujące. Sam Hogwart skrywa w sobie wiele niesamowitych historii, a siedem lat to zdecydowanie za mało, by dowiedzieć się o tym miejscu wszystkiego co tylko można. Ale... – zawahała się na moment. – Później miałam inne obowiązki, jak kurs. I tym sposobem Hogsmeade stało się częścią przeszłości.
Czasami naprawdę brakowało jej tych czasów. Nauka stanowiła dla niej przyjemność, Hogwart sam w sobie był fascynujący, no i przez większą część roku mogła na trochę odpocząć od presji matki, choć czytając każdy list z domu i tak w pewnym sensie czuła na karku jej przenikliwe spojrzenie i podszepty wyrzutów sumienia, kiedy robiła coś, co na pewno nie spodobałoby się Thei.
Ale teraz towarzyszyło jej przenikliwe spojrzenie Lupusa Blacka, który lustrował ją wzrokiem, zapewne łatwo zauważając pewne odstępstwa od normy, nawet jeśli starała się zachowywać normalnie i grzecznie, by zatrzeć niezręczny początek spotkania.
- Nie, nie jestem ranna. Podejrzewam... że to może być czkawka teleportacyjna – zdradziła mu swoje przypuszczenie. Nie doznała rozszczepień; gdyby tak było, z całą pewnością szybko poczułaby ból i upływ krwi z ran i nie byłaby w stanie tak spokojnie tu stać i rozmawiać. Widziała przecież niejedną ofiarę rozszczepień w Mungu, nie było to coś, co można było przegapić. – Najpierw rzuciło mnie na Pokątną. A później... później tutaj, do Hogsmeade. Jeśli w trakcie rozmowy znów nagle zniknę, proszę mi wybaczyć ten brak ogłady – dodała, choć nie znikła. Przynajmniej na razie, ale nie mogła być pewna, kiedy znowu nastąpi atak. Czkawka teleportacyjna była zupełnie nieprzewidywalna, jeśli chodzi o momenty zniknięcia oraz miejsce, w które się trafiało. Byłoby jednak dużo łatwiej, gdyby kolejny rzucił ją w okolice Munga, gdzie mogłaby skorzystać z odpowiedniej pomocy w opanowaniu dalszych skoków.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Główna ulica [odnośnik]20.11.17 9:14
Nie znałem tej historii; prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie interesowała mnie przeszłość zdrajców lub wybrakowanych wśród arystokratycznej socjety osób. Z zapalczywością skreślałem ich z drzew genealogicznych, które dla własnych potrzeb tworzyłem w celu odprężenia się w czasie wolnym, nigdy jednak nie dociekałem powodu takiego stanu rzeczy. Cokolwiek by to nie było, nie zasługiwało na moją uwagę przez wzgląd na wykluczenie z naszego kręgu. Gdybym miał świadomość, że właśnie się stykałem z produktem wydziedziczenia, zapewne zainteresowałby mnie jego powód. W końcu lepiej wiedzieć czy chodziło tylko o bycie felernym egzemplarzem czy bycie szlamolubem. Tak jak to pierwsze można było jeszcze zdzierżyć, tak to drugie było karygodną przewiną, nie do wybaczenia. Jednak nie wiedziałem, może to i lepiej. Nie chciałbym chyba się zbytnio wdrażać w historię Vaneów, to tylko zaprzątanie sobie głowy niepotrzebnymi drobiazgami, starałem się nie zaśmiecać umysłu zbędnymi odpadkami. Musiałem zapamiętać już wystarczająco dużo, od anatomii przez politykę po etykietę, wystarczy. I tak nie sądziłbym, by Jocelyn kiedykolwiek miała się doczekać społecznego szacunku, nawet jeśli jakimś cudem udałoby jej się wyjść za arystokratę, to tylko za miłośnika niemagicznych, co było hańbą; poza tym i tak nigdy nie będzie jedną z nas, bez względu na noszone nazwisko. Więc nie musiałem się tym przejmować, dużo mocniej na sercu leżało mi dobro mojej rodziny, która utkwiła w ich mugolskim świecie. I choć ukrywaliśmy się przed nimi oraz wystrzegaliśmy ich obecności, dla mnie to nadal było za mało. Nad tym jednak również wolałem się nie pochylać, bo nie miałem na to żadnego wpływu, a złoszczenie się na coś, co pozostaje poza zasięgiem moich wpływów uważałem za bezcelowe. Lepiej było o tym zapomnieć lub udawać, że o niczym się nie wie.
Przyzwyczaiłem się do panny Vane w wydaniu szpitalnym, właściwie to nawet nie wyobrażałem jej sobie poza pracą podczas czasu wolnego. Nie interesowało mnie to ani nie było do niczego potrzebne, jednak skoro już odnaleźliśmy się z dala od Londynu w tak nietypowym miejscu, to zacząłem to głębiej analizować. Szanse na to były niewielkie, a jednak stały się. Może jednak nie powinienem się dziwić, może tu mieszkała? Choć moje wątpliwości szybko zostały rozwiane.
- To prawda, choć akurat Hogsmeade niczym innym się szczególnie nie wsławiło poza momentem założenia wioski oraz powstaniami goblinów. Historia Hogwartu to już zupełnie inna sprawa – dodałem od siebie w ramach wyjaśnienia; jako ktoś, kto uwielbia historię magii czułem się w obowiązku naprostowania tej kwestii. Szkoła magii była przede wszystkim dużo ciekawsza i bogatsza we wspomnienia niż to miasteczko w Szkocji. Oprócz sentymentów oraz faktu, że było całkowicie magiczne, nie miało żadnych realnych zalet. W przeciwieństwie do budynku edukacyjnego nieopodal, do którego widocznie oboje chodziliśmy.
Rany rozszczepieniowe były różne, nie zawsze wiązały się ze znacznym upływem krwi oraz niemal umieraniem. Wszystko zależało od warunków teleportacji. Jednak od początku ta hipoteza mi nie pasowała, bo nie widziałem żadnych oznak na ciele Jocelyn; te, choć przykryte szatami, pewnie dość szybko znaczyłoby się na jej ubraniu, nawet jeśli rana byłaby jedna i to niewielka. Może więc uderzyła się mocno w głowę? Brałem to pod uwagę dopóki nie usłyszałem o czkawce.
- To fascynujące. Rzadko mam okazję widywać ofiarę teleportacyjnej czkawki – stwierdziłem w lekkim zamyśleniu. Pokiwałem głową ze zrozumieniem, na to nie miałaby akurat wpływu. – Próbowała się panna dostać z Pokątnej do szpitala? Tam na pewno podano by jej odpowiednie eliksiry – spytałem, dziwiąc się. Stąd do Munga było niesamowicie daleko, ale stamtąd wcale nie. Dziwne, że nie skorzystała z tej sposobności, choć czkawka była niesamowicie nieprzewidywalna, to fakt. Niestety oprócz eliksiru medycyna nie posiadała innego rozwiązania, dlatego nie mogłem kobiecie w tej chwili pomóc, nie nosiłem ze sobą wszystkich możliwych fiolek z leczniczymi miksturami.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 45
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Główna ulica [odnośnik]20.11.17 21:57
Jocelyn zdawała sobie sprawę, że jej matka z własnej woli nigdy nie poślubiłaby mężczyzny nie będącego szlachcicem, bo nawet staropanieństwo było w jej mniemaniu lepsze niż utrata nazwiska; Thea nie raz i nie dwa wyraźnie to zaznaczała, zrzucając swój mezalians na karb decyzji rodziców. Nie dało się nie zauważyć, że była pełna wyniosłości wobec niżej urodzonych, nawet wobec własnego męża i dzieci. Sama Josie czasami zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby Thei było jednak dane poślubienie kogoś z jej klasy społecznej. Tak czy inaczej, mimo czystej krwi urodziła się jako wybrakowany egzemplarz, w każdym razie dla bardziej konserwatywnych szlachciców tym właśnie była. Osobą niższej kategorii, wystarczająco dobrą, by móc przebywać w ich pobliżu, ale nie dość dobrą, by być traktowaną na równi z nimi. Nawet znajomość etykiety i historii rodów nie mogła całkowicie zrekompensować braku nazwiska znajdującego się w Skorowidzu, i nie było wcale takie pewne, czy uda jej się zrealizować ambicje matki i wyjść za szlachcica. Thea z pewnością nigdy by jej tego nie wybaczyła, choć aspiracje Josie tak naprawdę zawsze były aspiracjami Thei umiejętnie przeniesionymi na córkę. Tym sposobem dziewczyna nawet nie wyobrażała sobie poślubienia kogoś o nieczystej krwi, nie wspominając o mugolaku, nawet jeśli na co dzień nie czuła negatywnych emocji wobec takich ludzi i nie traktowała ich z pogardą. Tak czy inaczej, na ten moment wciąż spychała myśli o zamążpójściu na daleki plan, po cichu licząc na to, że ma jeszcze parę lat wolności, zanim Thea pochwali się, z jak ogromnym trudem wypatrzyła dla niej odpowiedniego kandydata, choć całkiem prawdopodobne, że to też będzie ktoś w jakiś sposób wybrakowany, ale dla jej matki i tak liczyło się tylko nazwisko i pozycja. Josie nie zdziwiłaby się, gdyby tak Thea postanowiła ją oddać jakiemuś podstarzałemu wdowcowi. Biorąc pod uwagę, jak często matka przebąkiwała o tym, że niedługo umrze, było to więcej niż pewne, że jej wolność nie będzie bardzo długa. Dotyk Meduzy coraz silniej zaciskał się na sztywniejącym ciele jej matki.
Nie była pewna, jak postrzegał ją Lupus Black. Czy też uważał ją za czarownicę niższej kategorii, czy mimo wszystko coś w niej dostrzegł, skoro zgodził się ją dokształcać w ramach stażu? Do tej pory nie miała okazji widywać go poza murami Munga, więc to przypadkowe spotkanie potencjalnie mogło jej sporo powiedzieć o nim i o tym, jaki był po pracy.
Pokiwała głową, wiedząc, że Hogsmeade i Hogwart to dwie osobne historie, choć mimo wszystko często postrzegała te miejsca jako silnie ze sobą powiązane; w końcu poznała Hogsmeade właśnie będąc w Hogwarcie, bo dla uczniów zamkniętych przez dziesięć miesięcy w szkole była to jedyna (nie licząc powrotów do domu na wakacje i święta) okazja do wyjrzenia poza tereny szkoły.
Josie może była mniej doświadczona w uzdrowicielstwie niż Lupus, ale nie ulegało wątpliwości, że trudno było przegapić jakiekolwiek rany, chyba że byłyby naprawdę niewielkie i płytkie. Takie po teleportacji raczej trudno byłoby nie zauważyć, chyba że zostawiłaby za sobą kępkę włosów lub brew, czego by nie poczuła póki nie spojrzałaby w lustro.
- Możliwe, że to wina anomalii. Lub po prostu zmęczenia. Może jednak mogłam wracać z pracy kominkiem zamiast się teleportować, na drugi raz tak właśnie zrobię – powiedziała cicho. – Niestety zniknęłam stamtąd zanim dotarłam do najbliższego lokalu z kominkiem podłączonym do sieci Fiuu – przyznała, nagle zdając sobie sprawę, że nie wie, które miejsce w Hogsmeade oferowało taki kominek. Trzy Miotły? Wydawało jej się, że kiedyś tak było, ale kto wie, czy nadal funkcjonowało w obecnych czasach. Jeśli nie zniknie, musiała to sprawdzić. – Wolę teraz nie ryzykować teleportacji, bo całkiem możliwe, że i tak nie wyląduję tam, gdzie bym chciała – dodała; pamiętała, że osobom cierpiącym na teleportacyjną czkawkę odradzano samodzielne podróże z użyciem teleportacji i zalecano im skorzystanie z innych środków lokomocji do czasu ustania dolegliwości. – Mam nadzieję, że mają odpowiednie wywary, choć z tego co mi wiadomo, alchemicy ledwie nadążają z zapotrzebowaniem, odkąd Munga zaczęły oblegać ofiary anomalii.
Spojrzała na moment w dal, na zarysy wież Hogwartu. W jednej z nich, wieży Ravenclawu, jeszcze parę lat temu sypiała i wyglądała z jej okien na krajobraz otaczający stare zamczysko.
- Ale pewnie nie chce pan rozmawiać teraz o pracy, prawda? – zapytała nagle, dochodząc do wniosku, że Black zapewne miał wystarczająco dość Munga po spędzaniu tam sporej ilości czasu niemal każdego dnia. Problem był jednak w tym, że nie wiedziała, czym mężczyzna się interesował poza pracą i czuła się przy nim na tyle onieśmielona, że nie miałaby odwagi na bezmyślną paplaninę. I tak nie była pewna, czy już nie przeciągała struny; może sprowadzała go tu jakaś konkretna sprawa, a ona już nadużywała jego cierpliwości, wciągając go w tę konwersację? Lupus Black naprawdę był dla niej zagadką, której nie potrafiła do końca rozgryźć.
- Ja nawet nie wiem, czym się pan interesuje poza pracą uzdrowiciela, lordzie Black – wypaliła nagle, choć szybko zaczęła się zastanawiać, czy nie pozwoliła sobie na zbyt wiele i czy zaraz nie zostanie zganiona za swoją ciekawość. Ale czy to coś złego, że chciała wiedzieć coś więcej o uzdrowicielu, którego umiejętnościom zaufała na tyle, by to właśnie jego poprosić o dodatkowe nauki?



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Główna ulica [odnośnik]23.11.17 12:53
Nigdy nie zastanawiałem się nad tym co by było gdyby, bo wiedziałem, że moja sytuacja była najlepszą z możliwych. Urodziłem się jako szlachcic, w dodatku Black, nic więc lepszego spotkać mnie nie mogło. Może gdybym był pierworodnym to należałoby mi się więcej, choć w sprawie dziedziczenia i tak zdobędziemy wszyscy po równo. Dzięki byciu najmłodszym nie musiałem żenić się niemal tuż po szkole, choć przyznaję, że miałem takie plany. Wtedy to była jednak zupełnie inna bajka, przede wszystkim to była moja wybranka, którą szczerze kochałem (kocham nadal?). Wystarczył niewielki błąd, by przekreślić całą naszą znajomość, całą relację, którą budowaliśmy od podstaw, od najmłodszych lat. Teraz? Pozostało mi zgodzić się z wolą rodziców oraz nestorów i choć Victoria była mi bliska, nie mogła zastąpić upragnionej niegdyś przyszłości. Przynajmniej teraz tak uważałem, choć nie mogłem powiedzieć jak to się wszystko dalej potoczy. Czas wolności się skończył, zaręczyny stały się faktem, a ja mogłem albo patrzeć wiecznie wstecz wyobrażając sobie całkowicie odmienny scenariusz albo wreszcie zacząć po prostu żyć swoim życiem. Wybór był oczywisty.
Jocelyn była dobrą, uzdolnioną stażystką. Kiedyś z pewnością zostanie szanowaną uzdrowicielką, może nawet ordynatorką, choć na pewno nie na moim oddziale. Nie miałem jeszcze pewności co do jej umiejętności oraz pracowitości, ale jak na razie całość wyglądała obiecująco. Ceniłem także jej czystą krew, ale dla mnie i na pewno dla wielu innych arystokratów nigdy nie będzie szlachcianką. Awans społeczny nie oznaczał od razu uszlachetnienia krwi, na pewno sama zdawała sobie z tego sprawę. Nie wiedziałem czy potrafiła zachować się na salonach, nie widywałem jej tam do tej pory, albo po prostu jej osoba mi umykała. Na historyczne tematy także widać nie chciała rozmawiać, nie mogłem jej zatem ocenić w sposób rzetelny oraz pod innym kątem niż uzdrowicielskim, choć i na to było jeszcze za wcześnie. Po prostu była kolejnym elementem krajobrazu. Znajomym.
- Tak, to możliwe. I dobry pomysł – odparłem kiedy skończyła swoją wypowiedź. Skoro nic strasznego jej nie było, nie musiałem się martwić. Rozluźniłem się nieco, zerkając lekko w bok w poszukiwaniu Miodowego Królestwa. Tak dawno tu nie byłem, że nawet zapomniałem gdzie ono się znajduje. Jednocześnie towarzyszyło mi niecodzienne napięcie związane z tym, że zaraz rozmówczyni po prostu zniknie. Jakbym tego oczekiwał.
- Faktycznie lepiej odpuścić sobie teleportację na jakiś czas, skoro to przez nią ta czkawka. Mogłyby się tylko zaostrzyć obawy. Proszę pozostawać czujną – dodałem spokojnie. Powinna uważnie się obserwować i kiedy tylko nadarzyłaby się okazja, powinna czym prędzej udać się do szpitala. – Myślę, że przypadki czkawki teleportacyjnej nie są tak częste i znajdzie się jakiś eliksir do podania – stwierdziłem. Ta przypadłość dopadała niespodziewanie, dlatego na pewno magazynowano specjalne mikstury tak na wszelki wypadek. – Nie przeszkadza mi to – skłamałem. Nie wypadało powiedzieć, że jakiś temat mnie nie interesował lub nie miałem ochoty o nim rozmawiać. To byłoby zbyt niegrzeczne, wystrzegałem się podobnego zachowania.
Na ostatnie, dość śmiałe stwierdzenie uniosłem zdziwiony brwi. Przez chwilę milczałem zbity z tropu.
- Nie mam zbyt wiele czasu wolnego – zacząłem powoli. – Rozrysowuję amatorsko drzewa genealogiczne szlachty. I czytam książki o historii – dodałem z drobną nutą niepewności czy to o to chodziło stojącej naprzeciwko kobiecie. – A czym ty się zajmujesz panno Vane? – spytałem czując, że powinienem odwdzięczyć się podobnym pytaniem.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 45
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Główna ulica [odnośnik]23.11.17 18:48
Sytuacja Jocelyn mogłaby być inna, może lepsza. Ale nie wiadomo też, czy wtedy faktycznie byłaby bardziej szczęśliwa, jak zawsze wmawiała jej matka, wynosząca szlachetną krew na piedestał i uważająca że wydanie jej za kogoś niższego stanu to najgorsze co ją spotkało w życiu. Była niesprawiedliwa, bezlitośnie depcząc uczucia kochającego ją małżonka i traktując go z wyższością, a Josie od zawsze musiała się temu przyglądać, rozdarta między wartościami reprezentowanymi przez matkę i ojca. Leonard Vane stanowił pewnego rodzaju przeciwwagę dla oziębłej żony, i to za jego sprawą Jocelyn zafascynowała się anatomią i magią leczniczą. To, że jeszcze nie była żoną jakiegoś podstarzałego wdowca, zawdzięczała właściwie głównie ojcu i stażowi, ale i zniknięciu brata, przez co matka musiała nieco odsunąć w czasie plany wobec córek. Teraz sama Josie próbowała zyskać na czasie i pocieszyć się wolnością przynajmniej do końca podstawowego kursu, który miała ukończyć za rok. Nie pragnęła staropanieństwa ani niezależności jak niektóre co bardziej postępowe kobiety, ale nie czuła się w pełni gotowa na małżeństwo, zwłaszcza w obecnym czasie.
Nie wiadomo też, jak będzie się układać jej uzdrowicielska kariera, którą prędzej czy później będzie musiała pogodzić z małżeństwem i wychowywaniem potomstwa, niezależnie od tego, czy matka dopnie swego i wyda ją za szlachcica, czy ostatecznie zadowoli się wybraniem jej kogoś o krwi czystej. Znała swoje obowiązki i wiedziała, że kariera nie powinna być najważniejszą rzeczą w życiu kobiety, nawet jeśli teraz poświęcała sporą część swojego czasu na kurs oraz dokształcanie się.
- Oczywiście, będę czujna. Dziękuję za troskę – powiedziała, ale wiedziała, że nie miała wpływu na moment swojego zniknięcia ani miejsce gdzie się pojawi. I prawdopodobnie niestety nie będzie to Mung ani jego okolica, a to byłoby jej bardzo na rękę w tym momencie. Oczywiście mogło być i tak, że kolejny skok nastąpi za kilka godzin lub nawet jutro. Tak czy inaczej musiała możliwie szybko przeciwdziałać, bo nie mogła sobie pozwolić na takie znikanie i pojawianie się przez tydzień albo i dłużej, zwłaszcza w tak niebezpiecznych czasach.
- To... dobrze – przytaknęła, nie roztrząsając tego ani nie zastanawiając się nad jego szczerością. Jako szlachcic z takiego rodu z pewnością umiałby dobrze i przekonująco kłamać, bez względu na to, co naprawdę myślał o niej i o tej rozmowie. Pytanie, na ile był z nią szczery podczas tych wszystkich wcześniejszych rozmów? Te najczęściej jednak były niemal zawsze skupione na sprawach zawodowych, może nie licząc ewentualnych wymian uprzejmości. A i Josie powinna bardziej nad takimi zdolnościami popracować.
Ale, ku jej pozytywnemu zaskoczeniu, zdecydował się odpowiedzieć na jej pytanie o zainteresowania; prawdę powiedziawszy nie od dziś zastanawiało ją, czy miał jakieś pasje poza pracą, ale w Mungu nie było zbyt wiele okazji, by zadawać takie pytania. Gdy przychodziło im się spotkać, zwykle polegało to na tym, że asystowała mu w leczeniu.
- To brzmi fascynująco. Z pewnością jest lord doskonale obeznany w zawiłościach rodowych drzew i mógłby opowiedzieć wiele interesujących rzeczy na temat ich dziejów – zauważyła. Historia nie była jej mocną stroną, ale nie wątpiła w to, że Black posiadał dużo większą wiedzę na ten temat, nawet biorąc pod uwagę fakt jego wcześniejsze dygresje na temat historii Hogsmeade. – W dzieciństwie też spędziłam trochę czasu, ucząc się historii rodów i ich genealogii. Moja matka uważa, że dobrze wychowana panna powinna posiąść taką wiedzę – dodała; choć Lupus zapewne wiedział, że jej ojciec i siostra pracowali w Mungu, a matka była częstą pacjentką piętra chorób wewnętrznych, nigdy nie opowiadała mu zbyt wiele o swojej rodzinie ani wychowaniu, które odebrała. – Gdy tylko znajduję chwilę wytchnienia po nauce anatomii, oddaję się hobbystycznie malarstwu i rysunkowi oraz lekturze interesujących książek. – Nie miała wielkiego talentu, ale była to bardzo stosowna pasja dla młodej panny, stanowiąca przeciwwagę dla uzdrowicielskiego stażu. Ku rozczarowaniu matki nie planowała się na tym skupiać i próbować zaistnieć w sztuce, tak, jak kiedyś próbowała ona, zanim Dotyk Meduzy odebrał jej talent.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Główna ulica [odnośnik]29.11.17 9:30
Gdybym znał sytuację Thei, z pewnością zrozumiałbym jej frustrację. Nie ma nic gorszego dla arystokraty niż wykluczenie go ze szlacheckiej społeczności. To nagłe odcięcie od rodowej tradycji, pozycji społecznej, przywilejów i bogactwa, a także wielu innych zalet płynących z obracania się w najwyższej warstwie magicznego życia musi być druzgocące. Nawet nie chciałbym sobie tego wyobrażać, uznając za jedno z najgorszych zeł, jakimi zresztą straszą nas nestorzy. Chyba w takiej sytuacji wolałbym się zabić niż żyć w jałowej egzystencji ludzi niższego pokroju, nawet jeśli według nich mieli świetne życie. Nie negowałem tego, możliwe, że brak aspiracji im odpowiadał, ale nie potrafiłem ich z tego powodu szanować. Czystokrwistych i półkrwi jeszcze się starałem, bo w przeciwnym razie nie mógłbym pracować w szpitalu, ale nigdy nie będę ich uznawać za równych sobie oraz reszcie czarodziejów krwi szlachetnej. Nawet, gdyby jakimś cudem udało im się wślizgnąć na górę, nigdy nie będą pełnowartościowi, dlatego moim zdaniem lepiej byłoby, gdyby znali swoje miejsce w świecie. Ale nie znali, pojmując wybrakowane arystokratki za żony, chełpiąc się tym i pusząc przy tym jak pawie, czego nie rozumiałem. Żadne to było osiągnięcie. Tak jak dla mężczyzny przygruchać sobie żonę spośród przybłęd, w końcu która nie chciałaby wyjść za bogatego księcia z bajki?
Ale to nie był czas na podobne rozmyślania, szczególnie, że nie wiedziałem prawie niczego o stażystce ze swojego piętra. Dotychczas mnie to nawet nie interesowało, ale w obecnej sytuacji musiałem wykazywać choćby minimum dobrej woli. To było nawet ciekawym, dość odmiennym doświadczeniem, rozmawiać z kimś spoza kręgu w warunkach innych niż szpitalnych. Potraktowałem to jako formę pewnego eksperymentu, wyglądając przy tym na prawdziwie zaciekawionego tym spotkaniem oraz rozmową. Nawet jeśli znów w dużej mierze dotyczyła ona pracy, trudno. Nie będziemy stać na ulicy wieczność, kilkanaście minut pogawędki nie sprawi nagle, że umrę z przepracowania.
Skinąłem jedynie głową na podziękowania, nie wymagało to ode mnie żadnych dodatkowych słów. Ku mojemu zdziwieniu dużo bardziej zainteresowała mnie sprawa prywatnych zainteresowań, czego się nie spodziewałem. Nie spodziewałem się, że komukolwiek, kto nie był dla mnie bliski, coś takiego powiem. I że będę zadowolony z subtelnych komplementów. Sądziłem jednak, zapewne zbyt dużo przebywając na salonach, że Jocelyn po prostu starała mi się przypodobać, ale te uwagi zachowałem dla siebie. Za to rozluźniłem mięśnie twarzy i wyglądałem na zadowolonego. Tak sądziłem, choć nie widziałem się w lustrze.
- W rzeczy samej. Jednak niestety nie mamy na to czasu – odparłem, mimo wszystko brnąc dalej w swoją naiwność dotyczącą szczerych intencji kobiety. – Pani Vane ma rację – przytaknąłem, choć z dużą dozą pobłażliwości. Sądziłem, że to kolejna czystokrwista czarownica napalona na ożenek z arystokratą, a skoro jej się nie udało, zamierzała popchnąć do tego jej córkę. Cóż, każdy ma swoje życiowe aspiracje, nawet jeśli były jałowe. Dużo bardziej zainteresowała mnie sprawa malarstwa. W głowie miałem przebłysk pomysłu. – W takim razie chciałbym cię prosić o przysługę panno Vane. Ale to nie teraz, niestety spieszę się. Muszę jeszcze kupić słodycze bratanicom – powiedziałem, zerkając na kieszonkowy zegarek. – Jeszcze raz proszę uważać na siebie, oby czkawka się jak najszybciej skończyła lub znalazła się panna w pobliżu Świętego Munga – dodałem na zakończenie. Skłoniłem się, po czym skierowałem kroki do Miodowego Królestwa, a potem wróciłem na Grimmauld Place.

z/t
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 45
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Główna ulica [odnośnik]29.11.17 20:12
Dla Thei to z pewnością było bardzo trudne, skoro zawsze twierdziła, że wolałaby być samotna niż skończyć jako żona nieszlachetnego mężczyzny. Ale nie można było nic na to poradzić, tak samo jak Jocelyn nie mogła nic poradzić na to, że jej krew jest tylko czysta, ale nie szlachetna. Miało to pewne wady, ale i zalety, bo mimo wszystko wolno jej było więcej i nie patrzono na nią tak uważnie, nawet jeśli w szlacheckim gronie zawsze miała być osobą drugiej kategorii. Duża część jej znajomych miała jednak czystą lub nawet szlachetną krew, Jocelyn bardziej ciągnęło do wyżyn społecznych niż nizin. I nigdy nie była fanatyczką, ale podziałów nie kwestionowała. One były, są i będą, bo każdy miał swoje określone miejsce w świecie. Choć wbrew temu, co niektórzy myśleli, także mugole to swoje miejsce mieli.
W tej chwili trudno jej było określić, jaka przyszłość ją czeka, tego nie wiedział nikt. Nadchodzące lata pokażą, jaki scenariusz był jej pisany, choć bez wątpienia losy Lupusa Blacka były dużo bardziej pewne, bo ustalone z góry przez ród, który nie pozwoli mu na odstępstwa. Thea Vane mimo swoich ogromnych chęci ułożenia życia córek wedle własnego uznania nie miała takiej władzy, jaką mieli nestorowie rodów. Ale Jocelyn nigdy nie była dobra w buntowaniu się.
Podejrzewała też, że nawet gdyby Lupus Black miał możliwość się przeciwstawić, wydawał się zbyt silnie zżyty ze swoim rodem i pochodzeniem, by to zrobić. Duma emanowała z niego na każdym kroku, zarówno w Mungu, jak i tutaj. Onieśmielał, ale i było w nim coś intrygującego.
W jej słowach nie było tylko chęci przypodobania się. Naprawdę uznała to, co powiedział za ciekawe, choć pewnie nawet gdyby tak nie było, i tak wolałaby grzecznie okazać zainteresowanie, bo tak wypadało. Tak czy inaczej, dobrze było dowiedzieć się czegoś więcej o kimś, z kim dzieliła godziny pracy i wspólnie z nim wychodziła na przeciw rozmaitym obrażeniom, z którymi musieli się zmagać.
- Też nie mam zbyt wiele czasu na swoje inne pasje. Zbliża się koniec drugiego roku stażu i egzaminy – odezwała się. – Oczywiście, że ma – dodała, naprawdę tak uważając. Bo niezależnie od tego, jaka była, matka przecież chciała dobrze, prawda? Wierzyła, że Josie zasługuje na męża o dobrej krwi i statusie społecznym. – Z chęcią wysłucham pańskich oczekiwań – zapewniła go, zastanawiając się, jakiej oczekiwał przysługi. Miała mu coś namalować? – Dobrze, dziękuję za to spotkanie i rozmowę. Postaram się niezwłocznie udać do Munga... I do widzenia, lordzie Black.
Pożegnała się grzecznie, przez moment patrząc, jak mężczyzna się oddala, a potem podążyła w stronę Trzech Mioteł, licząc że dostanie się do kominka. Niestety tuż przed wejściem do pubu znowu doświadczyła tego samego odczucia...
I zniknęła z cichym hep!

| zt.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Główna ulica [odnośnik]26.08.18 21:45
z zakonowego, lipcowego spotkania!

Jego słowa napełniają mnie trwogą. Azkaban musi być przerażającym miejscem, z którego nikt nie ma prawa wyjść tak po prostu. Już sama nazwa kryje w sobie obietnicę najgłębszych czeluści piekieł, zamieszkałych przez monstra gotowe wyssać duszę. Nie powinien wrócić, w obliczu tego faktu nic nie jest istotniejsze. Mogą planować, ważyć na szali losy magicznego świata, lecz wszelkie ideały, za które jestem gotowa rozlewać krew, są na straconej pozycji, gdy cokolwiek może mu grozić. Nie liczą się teraz ich słowa, których nie dopuszczam do siebie przez falę ogłuszającego szoku.
Jest tu - cały i zdrów. Lecz ile brakowało, by tak się nie stało? Najpewniej niewiele, skoro słowem nie wspomniał o tej małej wycieczce na Morze Północne. Nie chcę go winić za zatajenie, lecz pomimo to zalewa mnie poczucie żalu - przez niedoinformowanie obniża ich winy… Tak jakby już same zgliszcza ministerstwa nie zasługiwały na okupienie krwią zabójców dziesiątek czarodziejów.
Muszę z nim porozmawiać, upewnić się, że nic mu nie jest. Obserwuję jak omawia pewne kwestie z innymi Zakonnikami. Kwestie ważne i ważniejsze. Poczekam. Tylko póki co muszę się stąd uwolnić.
- Poczekam na ciebie - ledwo udaje mi się wydusić, gdy zbliżam się do Alexandra. Pomieszczenie choć mogące pomieścić kilka dziesiątek osób, teraz zdaje się zamykać nade mną. Walczę o spokojny oddech, robiąc kroki do drzwi. Lekko zahaczam o framugę, ignoruję jednak ból w ramieniu, zbiegając po schodach. Przemykam przez salę barową, mocno wydłużając kroki. Tak niewiele trzeba, by zamykające się nade mną ściany zastąpiło szare, pochmurne niebo. Choć bezustannie mży i ponoć pogoda niewiele ma wspólnego z prawdziwym, upalnym lipcem, na zewnątrz łatwiej zapanować nad przerażeniem narastającym współmiernie do wściekłości.
Gdybym tylko mogła, rozcięłabym toczące czarną krew żyły, z przyjemnością zobaczyć jego zgniłe wnętrze. A na koniec, gdy już by dogorywał, dopiero wtedy wypaliła jego oczy, tak by do ostatnich chwil był świadomy swojego oprawcy. Gdybym tylko mogła…
Wspieram się skronią o ceglany, chropowaty mur, z błogością delektując się dotykiem wilgotnego, zimnego kamienia, od którego przechodzą mnie dreszcze. Dreszcze, które pozwalają na skupienie się na czymś innym niż tylko pożodze, która trawi mnie wewnętrznie. Mogę nad nią zapanować, przynajmniej odrobinę, na tyle skutecznie by nie wrzeszczeć z poczucia bezsilności.
Spoglądam na Hogsmeade, wprowadzając się w stan dziwnego otępienia - nie cieszę się widokiem ulicy, której powinnam się przyglądać z fascynacją godną dziecka. Mogę łatwo zatracić samą siebie w pogoni za zemstą sprawiedliwością. Wpaść w odrętwienie, nie dostrzegać chwil, które na nowo powinnam łapać. A to wszystko, w obliczu siły, która spopieliła Ministerstwo, tak jakby był konstrukcją z zapałek, wydaje się bezsensowną ofiarą. Nie dorwę ich wszystkich, choć tak naprawdę marzę tylko o jednym z nich. Pierwsze wspomnienia wiążą się z bólem i przeraźliwym krzykiem, czy to nie zasadne, by doznał tego samego?
Nie mamy zbyt wiele możliwości, by dowiedzieć się, jakie decyzje podjęliśmy, że nasze ścieżki doprowadziły nas do prawdziwej bestii. Czy ktokolwiek z Zakonników może coś wiedzieć? Gdybym rozjaśniła ostatnie chwile przed zapadnięciem niepamięci, czy łatwiej wybaczyłabym sobie?  
A teraz wszystko jeszcze bardziej mąci sugestia olbrzyma. Choć nie chcę - nie jestem na to gotowa - poddaje analizie każde spojrzenie, uśmiech, łaknienie jego bliskości, gwarantujące poczucie bezpieczeństwa. Niezaprzeczalnie jest jednym z nich - z osób, którym byłam śmiertelnie lojalna, dla których jestem gotowa walczyć. Zmieniać świat. Dla ludzi, których kocham. Czy tak właśnie powinnam nazywać naszą przyjaźń?
Kocham?



these violent delights have
violent ends...
Josephine Fenwick
Zawód : przyszła aurorka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
W całym magicznym świecie gasną światła. Nie ujrzymy ich już za naszego życia.
OPCM : 32
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3390-josephine-fenwick#58313 https://www.morsmordre.net/t3429-poczta-josephine#59532 https://www.morsmordre.net/t3431-josephine#59578 https://www.morsmordre.net/f129-enfield-lavender-hill-145-8 https://www.morsmordre.net/t3519-skrytka-bankowa-nr-855#61428 https://www.morsmordre.net/t3428-josie#59531
Re: Główna ulica [odnośnik]27.12.18 14:30
Ilość informacji dobijających się do mojej głowy była nieznośna. Jeszcze kilka godzin temu wiedziałem tak naprawdę tyle co nic. Może i Fox starał się mi delikatnie przekazać część informacji, jednak ogrom przedsięwzięcia w które byłem zaangażowany mnie przerastał. Że niby byłem częśią jakiegoś... ruchu oporu? Bo czymże innym był Zakon Feniksa jak nie samozwańczą bojówką o wolność? Nie mogłem jednak nie zgodzić się z tym, że wierzyłem w przyświecające organizacji idee, co do tego nie miałem w ogóle wątpliwości. Czułem, że tu jest moje miejsce, a otaczający mnie ludzie są mi bliscy. Może nawet odrobinę za bardzo...
Pochłonięty rozmową, wciągnięty w wir ustaleń nie byłem w stanie odejść, odwrócić się, odciągnięty od Josephine czułem tylko, jak niepewność narasta w moim sercu. Drgnąłem, usłyszawszy jej głos. Przeniosłem na nią spojrzenie pełne obaw i pokiwałem niemrawo głową, wciąż oszołomiony natłokiem emocji, które czułem w jej towarzystwie. Czy próba nazwania ich, podjęta przez Benjamina, zmieniła w nich cokolwiek? Nie, raczej nie. To co się zmieniło to jedynie moja świadomość względem tego, co czułem.
Starałem się zakończyć rozmowę tak szybko, jak tylko byłem w stanie. Lecz zdawało mi się, że od wyjścia Josie minęły już wieki. Pospiesznym krokiem opuściłem pokój na piętrze, o mało nie przydzwaniając głową w niski strop na schodach. Zbiegałem po stopniach, nieomal nie przewracając się na końcu, w zbyt długich nogach nie znajdując oparcia, a jedynie pośpiech. Przez salę nieomal przebiegłem, ledwo się przed tym pohamowując; wypadłem z gospody prosto na główną ulicę, gdzie w wyjątkowo chłodnym, lipcowym dniu czekała mnie rozmowa zdecydowanie ważniejsza niż wszystkie dotychczas. Przejętym spojrzeniem zlustrowałem ulicę, praktycznie od razu namierzając delikatną sylwetkę wspartą o ścianę kilka kroków dalej. Przełknąłem ślinę i zacisnąłem szczękę, przez chwilę pozwalając jeszcze obawom zatrzymać mnie w miejscu. Kiedy jednak drgnęła, targnięta dreszczem, zadziałałem instynktownie. W mgnieniu oka pokonałem dzielący nas dystans.
- Zimno ci? - zapytałem, lecz nie czekając na odpowiedź ściągnąłem z szyi błękitny szalik z herbem Beauxbatons i z delikatnym uśmiechem na ustach owinąłem nim Jo. Zmieszałem się jednak odrobinę i oderwałem od niej spojrzenie, przenosząc je na ulicę. Odchrząknąłem i podałem jej ramię. - Przejdziemy się kawałek? Podobno niedaleko jest zamek Hogwart. Nie wiem, czy kiedykolwiek go widziałem - powiedziałem, błahym tematem odrobinę odganiając wizję tego, o czym chciałem z nią porozmawiać. Z żywym zainteresowaniem oglądałem mijane przez nas witryny, na chwilę dłużej zatrzymując się przed szybą, za którą swoje barwne włości rozpościerało Miodowe Królestwo.
- Chciałabyś coś ze środka? - zapytałem, a na usta wkradł mi się dziecięcy wręcz uśmiech. Nieporównywalnie lekki i beztroski, tak jakby na chwilę nie istniało nic poza nami i sklepem ze słodyczami. - No chodź - pociągnąłem ją w stronę wejścia, a pchnięte drzwi zabrzęczały dźwiękiem niewielkiego srebrnego dzwoneczka zawieszonego u futryny. Od razu uderzył mnie wszechobecny zapach cukru, czekolady, karmelu i... truskawki, która kojarzyła mi się bezwiednie z tylko jedną osobą. Spojrzałem na Josephine, wciąż nie mogąc przestać się uśmiechać. Moje uczucia przy niej szalały, jakby puściły się na łeb na szyję na miotle z jakiejś niewyobrażalnej wysokości. - Wybierz co chcesz - oznajmiłem, zaczynając rozglądać się po sklepowych półkach. Merlinie, miałem słabość do słodyczy. Jak na co dzień udawało mi się to kontrolować tak tutaj nie byłem w stanie powstrzymać się przed małym grzechem żywieniowym.

| zt x2
[bylobrzydkobedzieladnie]


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : 52
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 37
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Główna ulica - Page 4 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Główna ulica [odnośnik]31.07.19 21:00
16 grudnia

Wióry leciały na bok, trociny walały jej się miedzy nogami. Miała wrażenie, że znajdowały się już wszędzie, gdzie mogły — pod lnianą koszulą, ciasno spiętą pasem, w luźno spiętych włosach, na rzęsach, a nawet skarpetkach ukrytych w wysokich, skórzanych butach. Zaklęte magią narzędzia zaprzestały pracy w jednej chwili, nieruchomiejąc w powietrzu, kiedy machnęła różdżką. Ostatnie szlify musiała uczynić sama, swoimi dłońmi — magia wciąż była kapryśna, a prace posunięte były już zbyt daleko, aby ryzykowała zniszczeniem niemalże gotowej dziecięcej miotły. Nie chciała ryzykować, drobny błąd mógł kosztować ją nie tylko utratą produktu, ale i zdrowiam, a nawet życia. Ta mała miotła miała być szczególna, wykonana na specjalne zamówienie dla wyjątkowej dziewczynki. Nie była pierwsza ani ostatnia taka. W okresie przedświątecznym zleceń tego typu było pełno, a ona miała pełne ręce roboty. Zazwyczaj chodziło o dziecięce miotełki, ale chociaż od zwykłych różniły się rozmiarem, nie różniły się niczym więcej. Musiały być równie dobrze wyważone, drewno dobrze wysuszone i gładkie, stopki dopasowane do wieku, ustawione w odpowiedniej odległości od siebie. Wszystko było po prostu mniejsze, wymagało znacznie większej precyzji, a przez to musiała poświecić temu znacznie więcej czasu, by osiągnąć podobny efekt. Nie mogła jednak narzekać, wyjątkowe produkty nie tylko były unikatowe, ale też o wiele lepiej płatne, a ona tych pieniędzy potrzebowała teraz szczególnie. Kwestia długu, który zaciągnęła dawno temu ciążyła jej coraz bardziej. Powoli zaczynała odbijać się od dna, odkładała część zarobionych monet na bok, nie inwestując wszystko w lepsze materiały. Minie jeszcze trochę czasu, nim skarpeta zapełni się na tyle, aby mogła spać spokojnie, ale zbliżał się dzień, w którym trzeba będzie spojrzeć prawdzie w oczy i zacząć wszystko od nowa. Wiedziała, że powinna go spłacić, ale wciąż brakowało jej odwagi, by zebrać pieniądze i zostając z niczym zwrócić. Miała wielkie plany, chciała wiele osiągnąć — była jeszcze młoda, czekało ją całe życie nim udoskonali swój warsztat na tyle, by wyjść z efektami poza Pokątną, poza czarodziejski Londyn i zaistnieć. Sklep wymagał renowacji, ale była to najmniej istotna rzecz. Choć słyszała, że lokal obok miał się wkrótce zwolnić, nie była w stanie w tej chwili ogarnąć wszystkiego — rozbudować warsztatu, zwrócić pożyczki, inwestować w surowce dorównujące jakościom miotłom wyścigowym, które chętnie wybierali zawodowi gracze. Pracowała więc jeszcze ciężej, brała jeszcze więcej zamówień, licząc, że środki, które uda jej się zgromadzić w przeciągu tych dwóch tygodniu będą równać się miesięcznym wynagrodzeniu w gorszych okresach.
Cienkim dłutkiem wyrzeźbiła w drewnie łodygę z liśćmi, dzięki której miała zyskać niepowtarzalny charakter. Między żłobieniami znalazły się także inicjały dziewczynki, która pod choinką w tym roku miała znaleźć pierwszą miotłę od ojca, który był zapalonym fanem quidditcha. Każdy łuk musiał być więc równy i proporcjonalny, a koce liści ostre i zwrócone we właściwa stronę. Nie było tu miejsca na błędy. Kiedy drewno zostanie polakierowane w tych miejscach może zgromadzić się grubsza warstwa — kiedy wyschnie, będzie wyglądała jak zastygnięty glut, pokryty białawym nalotem. Nie mogła na to pozwolić, dlatego liczył się kąt żłobienia i jego głębokość, a później sposób pokrywania miotły warstwą farby. Ręcznie, cienkim jak szpilka pędzelkiem musnęła wnętrze rzeźbienia, zabezpieczając je przed późniejszą wilgocią, brudem i urazami. Z resztą poszło szybciej, wystarczyło kilka machnięć w jedną i drugą stronę. Cynkową opaskę nałożyła na spięte i powiązane ze sobą witki, upewniając się, że nie przemieści się podczas późniejszych prób latania. Podobnie i cynkowe stopki, w tym samym odcieniu, lekko różowawym poprawiła, by zgadzał się kąt.
Kiedy schła w głównej części sklepu mogła zająć się sprzątaniem i odpisywaniem na listy. Wśród nich znalazła jeden od swojego zleceniodawcy, który wyjątkowo poprosił ją o dostarczenie prezentu pod wskazany adres. Nie czyniła tego nigdy, ale nie miała podstaw, by nie wierzyć w trudną sytuację i zmagania z chorobą owego czarodzieja. Po krótkim zamyśle zgodziła się, odpisując mu zwięźle, że zjawi się po zamknięciu sklepu, po zmroku.
Pogoda nie rozpieszczała. Burza zmieniła się jednak, chociaż od początku listopada nie odpuściła ani na moment. Zimny wiatr nie pozwalał kroplom burzy zmienić się w urocze płatki śniegu. Były jak igły, które z ogromną prędkością leciały z nieba, z łatwością wbijając się we wszystkie powierzchnie. Przyzwyczajona do tego ubrała ciepły płaszcz obszyty baranią wełną. Nie był najlepszej jakości i z pewnością nie prezentowała się w nim, jak dama, ale był ciepły i chronił ją przed paskudną pogodą. Na głowie miała kaptur, a na dłoniach skórzane rękawiczki. Miotłę zapakowała starannie w kilka warstw papieru, ale i to szybko przemoknie. Nie było jednak innego sposobu, jeśli miała to dziś dostarczyć. Dom znajdował się w Hogsmeade, więc podróż na miejsce była długa. Światła paliły się na ulicach w latarniach, ale chodniki były opustoszałe, lucie pozamykali się w domach, okiennice zakrywały wnętrza, ale z większości kominów unosił się szarawy dym. Dotarłszy pod właściwy adres zapukała dwukrotnie, skrywając miotłę częściowo za sobą, na wypadek, gdyby miała otworzyć jej owa przyszła graczka, dla której tę miotłę przygotowała. Tak się jednak nie stało, w progu stanął mężczyzna w rozpiętej koszuli. Był nieogolony, miał potargane włosy i w niczym nie przypominał czarodzieja, który kilka dni wcześniej zawitał.
— Dobry wieczór, panie Pettigrew — przywitała się, tylko trochę zaniepokojona nietypową sytuacją. — Przyniosłam miotłę. Wykonałam ja z drewna dębu, ma piękny kolor. Prócz inicjałów dodałam subtelny motyw, powinien się spodobać córce.
Ale pan Pettigrew tylko mruknął i podrapał się po brodzie, jakby całkiem zapomniał. Po chwili mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i wyciągnął rękę po ofiarowany pakunek.
— Tyle powinno wystarczyć — burknął pod nosem, wyciągając z kieszeni kilka monet i wręczając jej w zamian. W tej samej chwili błyskawica przecięła niebo, a grzmot rozniósł się echem po alejkach Hogsmeade. Odwróciła się instynktownie w tamtym kierunku, dopiero po chwili spoglądając na kilka monet na dłoni, która od razu wydała jej się zbyt lekka.
— Ale to za mało. To nawet nie pokrywa kosztów materiałów. Prosił pan o dobre drewno, odpowiednią stabilizację i cynkowe wykończenie. Wykorzystane surowce są dwa razy więcej warte, nie wspominając o włożonej pracy i poświęconym czasie. Panie Pettigrew... — zaczęła, ale mężczyzna machnął tylko ręką.
Nie mam więcej, wydałem dziś wszystko na eliksiry... dla córki. — Czknął zaraz po tym i zabrał się za zamykanie drzwi. Ona była szybsza i trzeźwa miała znacznie lepszy refleks od niego, więc oparła się ciężarem o drzwi, nie pozwalając ich sobie zamknąć przed nosem.
— Niech się pan nie wygłupia, ta miotełka jest więcej warta. Proszę mi przynajmniej pokryć pokryć zakupu drewna — fuknęła poirytowana; nie było sensu kopać się z koniem. Drań ją oszukał. Złożył zamówienie na produkt wysokiej jakości, dla dziecka — nie mogła odmówić, nie zawahała się ani przez moment, a on ją wykorzystał, pewnie od początku wiedząc, że nie będzie w stanie zapłacić za produkt. — Panie Pettigrew! — warknęła, ale na nic isę to nie zdawało. Jej opór zdawał się go tylko zirytować, bowiem pociągnął drzwi, przez które straciła równowagę, a później trzasnął nimi. Zderzenie było co najmniej nieprzyjemne, nieco bolesne. Przed guzem lub złamanym nosem obroniła ją zapora z rąk, którymi wczesnej się zaparła. Mimo to, poleciała w tył, prosto spod dachu na ulicę, w kałużę, która rozpryskała się na boki. Nie tylko deszcz ją zmoczył, kaptur opadł na barki, a włosy w mig, przykleiły jej się do twarzy — do tego jeszcze przemókł jej płaszcz, od krótkiego siedzenia w wodzie. Było zbyt ciemno, by mogła dostrzec, jak bardzo była brudna, zresztą deszcz miała lada moment zmyć błoto z kolan i butów. Zaklęła siarczyście pod nosem, patrząc na zamknięte drzwi. Nie chciała mu odpuścić, ale nie miała dziś siły walczyć. Zgłoszenie tego do ministerstwa z pewnością nic by nie dało, władze nie pomagały przedsiębiorcom tak drobnym i mało wpływowym jak ona, a już na pewno nie z tym nazwiskiem.
Podniosła się z ziemi, zbierając rozrzuconą zapłatę z kostki i ruszyła w kierunku Pubu pod Trzema Miotłami, gdzie napije się gorącej herbaty nim wróci do Londynu.


| zt


Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Główna ulica - Page 4 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Główna ulica [odnośnik]27.03.20 19:09
bracia lupin27 kwietnia
Nie podobało mu się to wszystko. Nie wiedział, dlaczego Randall uznał za dobry pomysł, żeby wybrać się do jakiejś panny — której nazwiska nawet nie umiał wymówić — w celu pozyskania wątpliwych informacji o siostrze. Lub jej przeklętym mężu. Lyall nigdy nie słyszał o Gali Sauveterre, nie widział jej, nie rozmawiał z nią, ale po opowieściach nie sądził, żeby się specjalnie im przydała. Prawda była również taka, że negował ten ruch brata chociażby z tego względu, że nie znosił przebywania w mieście, gdzie czuł się jak w klatce. Nie znosił rozmów z ludźmi, nie potrafiąc odnaleźć się w społeczeństwie. Nie znosił zatrzymywania w miejscu, woląc ciągły ruch. Dlatego właśnie wszystko w nim krzyczało nie. Cały aż był spięty w momencie, w który teleportowali się w odpowiednie miejsce i zmierzali pod określony adres. Hogsmeade nie było na szczęście tego dnia szczególnie przepełniona, ale, tak czy inaczej, nie pocieszyło go to na tyle, żeby nie przybrał humorzastej aury, jaką na co dzień się odznaczał. Idąc u boku Randyego, nie mógł pozbyć się szalejących myśli i szukając wymówek, żeby nie pokazywać się w butiku. Nie powinni byli marnować na jedną z jej pracownic cennych chwil, gdy zarówno jeden, jak i drugi z braci mieli możliwość spędzenia całego dnia na sprawdzaniu tropu. Młodszy z Lupinów był jak pies, któremu niewiele wystarczyło, żeby puścił się ze smyczy w odpowiednim kierunku. Potrzebował do tego otwartego terenu, a tutaj... Tutaj były jedynie domy, uliczki i klaustrofobiczny smog życia codziennego londyńczyków. To Randall był zdecydowanie lepszy w te klocki. Od zawsze zresztą. Nic dziwnego, że czuł się dobrze między ludźmi i miał łatwość do nawiązywania nowych znajomości. Łobuzerski uśmiech i lekkie słowa topiły niejedno serce, podczas gdy toporność brygadzisty sprawiała, że inni mieli go za wywyższającego się i zamykali się przed nim. Dlatego dobrze było mieć brata obok siebie.
Umówili się na pierwszy dzień marca na spotkanie z panną Sauveterre, nie zamierzając zaskakiwać jej w żaden sposób na co również nalegał Randall. Lyall po prostu wszedłby do pracowni, zadał kilka pytań i uciekł jak najszybciej. Kolejny sposób na to, by wizyta trwała krócej niż normalnie, ale nie on o tym decydował. Niestety... Nie nawykł do pracy z ludźmi i chyba nigdy nie miało się to zmienić. Do tego nigdy nie widział kobiety, do której szli. Nie był na weselu siostry, dlatego jedyne co miał w głowie to fakt, że wspominana czarownica projektowała suknię ślubną Betty. Krawcowa... Co mogła wiedzieć o tym skurwielu? Posiadali kilka tropów i to na nich powinni się skupić. Oczywiście, że Lyall chciał go znaleźć. Chciał go złapać i ukarać za cały ból, który sprowadził na Betty. Obaj z Randallem nie mieli żadnych wątpliwości, że gdy przyjdzie co do czego, morderca ich siostry nie wyjdzie ze spotkania żywy. Lupin od razu powiedział bratu, co zamierza i nic nie miało go przed tym powstrzymać. Nawet jego bliźniak, który jako jedyny posiadał jeszcze kontrolę nad brygadzistą. Czy krawcowa miała stać się katalizatorem do przyspieszenia całej sprawy, czy miała być jedynie marnowaniem czasu? Mieli się o tym przekonać już za chwilę.
- Zastaliśmy Galię Sauveterre? - rzucił dość chłodno, wchodząc do środka i zwracając się do kobiety znajdującej się za ladą. W środku znajdowały się inne reprezentantki płci przeciwnej, które od razu ułożyły wzrok na dwóch czarodziejach. W końcu mężczyźni przychodzili tam tylko, gdy wymagała tego sytuacja.Lyall zerknął na brata i wzruszył ramionami, widząc, że to chyba jemu naturalnie przypadła rola odgrywania złego gliniarza. Jaka inna zresztą mogłaby? A mieli przecież tylko przyjść, porozmawiać... Dla młodszego z Lupinów sprawa wyglądała dość jasno i zrozumiale — tu chodziło o czyjąś śmierć i nie zamierzał stosować półśrodków, żeby druga strona czuła się lepiej. Szczególnie że przebywanie w kobiecym towarzystwie działało na niego niezwykle nieprzyjemnie. Na szczęście pracownica butiku skinęła głową i poprosiła, by chwileczkę poczekali. Brygadzista rozejrzał się nieśmiało, wyłapując ciekawe spojrzenia znajdujących się w lokalu dam i szybko odwrócił wzrok, wbijając go w blat przed sobą. Cichy śmiech rozniósł się po wnętrzu pomieszczenia. Unikał kobiet jak ognia, a teraz znajdował się w ich jamie. Szybciej bijące serce wolał zakamuflować mocno wbijającymi się w kieszenie płaszcza dłońmi. W pewnym momencie zza zaplecza wyłoniła się sama właścicielka z młodą dziewczyną u swego boku. Podeszły do nich i wyjawiły swoje imiona. A więc to była panna Sauveterre. - Randall i Lyall Lupin - przedstawił ich tak samo sucho jak wcześniej. Musiała więc wiedzieć dlaczego przyszli. I to na pewno nie chodziło o dobrze skrojone garnitury. Na które nie byłoby ich zdecydowanie stać.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Główna ulica [odnośnik]28.03.20 0:18
Każdy trop jest ważny - każda, nawet najmniejsza poszlaka mogła być elementem zmyślnej układanki, bez której nie bylibyśmy w stanie zyskać pełni obrazu. Żaden z tropów nie jest marnotrawstwem czasu; nie, jeśli chodzi o Betty. Wiem, że już żadne śledztwo, żadna zemsta nie wróci jej życia, ale… muszę wiedzieć, że ten sukinkot za to zapłaci. Za wyrządzenie krzywdy drugiej osobie - naszej siostrze. Niewinnej, pełnej życia oraz planów na przyszłość. To nie jest czymś, co się tak po prostu wybacza. Żyje się z tym gniewem, aż ten wreszcie w jakiś sposób znajdzie ujście. Może to trwać wiele lat, a nasze rany są jeszcze zbyt świeże, żeby zapomnieć. Czy to w ogóle możliwe? Nieważne, że kiedyś mnie odrzuciła, że nie wierzyła w ostrzeżenia… chociaż gdyby wykazała się większym zaufaniem, uniknęlibyśmy tego wszystkiego. Bólu, żałoby, rozpaczy. Utraconych dwóch żyć. Rozbitej rodziny. Zniszczonych nadziei, niezliczonych poczuć win. Jednak nie ma co rozprawiać nad tym, co by było gdyby, bo podobne dywagacje niczego już nie zmienią. To ja powinienem był starać się mocniej w wyciąganiu jej z tego piekła. Mogłem przywiązać ją siłą do kuchennego pieca lub gdziekolwiek, gdzie byłaby bezpieczna. Ze mną. Nie tym popierdoleńcem nieznającym czegoś takiego jak współczucie czy troska o drugiego człowieka. Jak mogłaś to przeoczyć, Betty? Nie poznać się na nim? Na niektóre pytania nigdy nie uzyskamy odpowiedzi.
Tak czy inaczej zrobię to dla niej. Poruszę niebo i ziemię, byleby tylko sprawdzić każdą poszlakę. Nie chcę przeoczyć niczego, nawet jeśli wydaje się to bezsensowne. Nie podzielam więc niechęci brata; ostatnio nie dostrzegam w niczym niczego innego. Jakby poddał się, chociaż nie pragnieniu zemsty - a człowieczeństwu. Czasem boję się na niego spojrzeć, bo wydaje mi się, że widzę tylko pustą skorupę. Niektóre czyny oraz popełnione błędy potrafią wydrążyć człowieka do cna. Najgorsze, że nie wiem jak mu pomóc. Co zrobić, żeby znów wyciągnąć go w stronę ludzi. Bo nie każdy jest zły, nie każdy zasługuje na potępienie.
To wszystko jest tak kurewsko ciężkie.
Pewnie dlatego przywdziewam swój lekki, firmowy uśmiech mający zneutralizować sytuację. Może wizyta w Hogsmeade nie jest najszczęśliwszym pomysłem, ale od czegoś trzeba zacząć. Nawet jeżeli oznacza to przebywanie z kobietami - to akurat dobra strona medalu. Zawsze można włączyć urok osobisty, a jeśli on zawiedzie, to parę komplementów powinno zmiękczyć zatwardziałe serca. - Mógłbyś być trochę mniej sobą? Nie chcemy ich odstraszyć - rzucam raczej wesoło niżeli z pretensją i szturcham Lyalla łokciem. Zupełnie nie wiedział jak załatwiać takie sprawy. Dobrze, że jednak jestem tu obok, gotów ratować sytuację! - Proszę mu wybaczyć tę szorstkość, ale ostatnio… narzeczona go rzuciła. I to tuż przed ołtarzem! Tragiczne historia, naprawdę - wyjaśniam znajdującym się w pomieszczeniu kobietom, w tym także tej, którą zamierzamy przesłuchać. Znaczy, porozmawiać sobie od serca. Musimy zaskarbić ich współczucie, wtedy chętniej udzieli nam wszelkich informacji. - Naprawdę miło nam poznać tak uroczą damę. Czy moglibyśmy porozmawiać na osobności? - Uśmiech numer pięć, ten najbardziej czarujący. Lekkie rumieńce na policzkach sygnalizują, że zmierzamy w dobrym kierunku. Później zaś do wydzielonego pokoiku, prawdopodobnie przymierzalni czy czegoś. Nie znam się na tych wszystkich modowych sprawach. - Panno Sauveterre, nie będę owijał w bawełnę. Potrzebujemy informacji na temat naszej drogiej siostry, Bettiny McIntyre, z domu Lupin. Szyła jej panienka suknię ślubną; czy miałaś może wtedy styczność z przyszłym mężem kobiety? - wyłuszczam sprawę odnajdując złoty środek między niecierpliwością brata, a delikatnością czarownicy. Nie chcemy jej wystraszyć. - Ktoś o tak bystrym spojrzeniu na pewno posiada również chłonny umysł, który z pewnością wiele pamięta - dodaję z ciepłym uniesieniem kącików ust. W międzyczasie przedstawiając detale dotyczące okoliczności, żeby jakoś stymulować pamięć krawcowej. Zapewne miewa dużo klientek, nie sposób ich spamiętać po samych personaliach.


I don't know
how to deal with serious emotions
without turning them
into a fucking joke

Randall Lupin
Zawód : były policjant, kurs aurorski zawieszony
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

Don't get attached.
Don't get attached.
Don't get attached.
Don't get attached.
OPCM : 23
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7038-randall-lupin#185370 https://www.morsmordre.net/t7047-horatio#185742 https://www.morsmordre.net/t7049-randy-los-superktos#185745 https://www.morsmordre.net/f259-hawley-s-corner-67 https://www.morsmordre.net/t7051-skrytka-bankowa-nr-1738#185748 https://www.morsmordre.net/t7050-randall-lupin#185746
Re: Główna ulica [odnośnik]20.04.20 16:50
Wbrew temu, co mogło się wydawać, Lyall miał burzliwe życie od powrotu do Wielkiej Brytanii, miał wyjątkowo dość ludzkości, ale nie zapomniał o swoich priorytetach. Chciał, oczywiście, że cholernie chciał dopaść zarówno skurwiela, który odpowiadał za tragedię z Laurel, jak i tego, który zamordował im Betty. Po prostu jego praca wyglądała inaczej... Przywykł do innego rodzaju działania, a pojawianie się w jednym z najtłoczniejszych miejsc w czarodziejskim świecie nie należało do tego, do czego nawykł. Brygadzista wyszukiwał śladów w zupełnie innym sposób, dlatego też nie przekonywała go wersja o niesprawdzonej krawcowej. Nie chciał o tym jednak mówić bratu, bo wiedział, że Randall by tego nie zrozumiał. A przynajmniej nie w tej samej kategorii, w której postrzegał rzeczywistość młodszy z Lupinów. Dla byłego aurora i byłego policjanta w jednym to było coś standardowego — rozmowa z ludźmi i kiedyś Lyall być może by się z nim zgodził. To było jednak dawno temu, tak dawno, że ciężko było pamiętać, kiedy dokładnie... Obaj mieli już swoje życia, które się wykluczały i chociaż współdzielili je początkowo w łonie matki, a później w szkole, w końcu ich drogi się rozeszły. Tak naprawdę ciężko było stwierdzić czy jeszcze się znali, czy pozostawali jedynie połączonymi wspólną żałobą czarodziejami. Patrząc na swojego bliźniaka, Lyall widział to, co niegdyś, ale zdawał sobie sprawę, że Randall, patrząc na niego, nie dostrzegał tego samego. W końcu brygadzista nie od zawsze był... Taki. Można było dostrzec gołym okiem to, jak bardzo się zmienił. Jak wtedy gdy przerażali go ludzie podczas randki w ciemno. Jak wtedy gdy nie potrafił spojrzeć matce w oczy i przyznać się do tego, jakim człowiekiem się stał. Uśmiechnąć się do ojca po dwóch latach nieobecności i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Nie. Nie potrafił. Nie chciał nawet oszukiwać ich, że to tylko maska, a w rzeczywistości był kimś kompletnie innym. Że wciąż był tym czułym, nieśmiałym dzieciakiem, którego wychowali i który chciał zbawiać świat... Nie. Nie zasługiwali na to, a on nauczył się życia w pojedynkę, bo nieważne co robił, ci, którzy stali z nim ramię w ramię, zawsze ginęli. Tylko jego bliźniak nie zamierzał odpuścić, a Lyall nie miał już siły, by go odganiać i przed nim uciekać. Szło za tym jednak również i to, że młodszy z Lupinów nie miał dzielić się swoim życiem z drugim. W końcu Randall miał swoje problemy i zawsze bujał w obłokach. Różnili się wtedy. Różnili się i teraz.
Idąc na spotkanie z nieznaną sobie czarownicą, oczywiście, że wiedział, że każdy trop był istotny, jeżeli chodziło... No, właśnie. To było tak cholernie denerwujące, że zjawił się za późno i nie był w stanie w żaden sposób pomóc Betty. Nie był na jej ślubie, nie mógł jej ochronić. Nawet będąc daleko, krzywdził tych, na których mu zależało. Wiedział, że to była jego wina. Że oddalił się od rodziny i wybrał łowy zamiast bliskich, jednak najwidoczniej jakąkolwiek drogę wybierał, zawsze było źle. Zawsze było coś nie tak, a on pozostawał jedynie z żalem i winą na swoich barkach. Początkowo nie wiedział, czy powinien był się zgadzać na propozycję brata — żeby ścigać tego, kto był odpowiedzialny za śmierć ich siostry. I wcale nie chodziło o to, że nie chciał znaleźć i rozprawić się z nim, ale... Nie. Nie chciał, żeby poczucie zemsty i nienawiść przemieniły Randalla w niego. Nie chciał, by w tych żywych oczach dorosłego łobuza pojawił się ogień nie do ugaszenia, a żądza krwi przysłoniła mu obraz. Dla Lyalla było już za późno, ale nie dla niego... Nie dla niego. Dlatego już na początku ich śledztwa, brygadzista obiecał sobie, że nie pozwoli, żeby to jego brat odebrał życie. Musiał to zrobić za niego bez względu na wszystko.
Proszę mu wybaczyć tę szorstkość, ale ostatnio… narzeczona go rzuciła.
O mało nie wyrzucił z siebie warknięcia. Wzrok momentalnie odnalazł braterskie spojrzenie. Odpieprz się, rzucił tylko niewerbalnie do Randalla, gdy nikt na nich nie patrzył. Gdyby nie otaczające ich kobiety, pomruk wyszedłby na zewnątrz ponurego brygadzisty, ale musiał prędko odszukać wewnętrzną równowagę. Lub przynajmniej się postarać. Wiedział, że wraz z komentarzem brata, na jego sylwetce skupiło się naprawdę sporo uwagi i gdyby tylko się odwrócił, spotkałby się ze współczuciem. Nie musiał tego robić, bo urwane westchnięcia i słowa biedny przewędrowały przez cały salon. Na szczęście poszukiwana przez nich czarownica poprowadziła ich na zaplecze i Lyall mógł zbiec ciekawskich spojrzeniom. Stał gdzieś z tyłu, pozwalając na to, by jego brat przejął skrzypce, ale nie przeszkadzało mu to. Podczas gdy drugi Lupin czarował krawcową, on stał oparty o ścianę i patrzył w milczeniu na tę dwójkę. Nie miał bladego pojęcia, co się działo w kobietach, gdy podchodził do nich Randall i zaczynał swoją gadkę, ale to działało. Czarownica opowiedziała im o tym, że Betty bardzo cieszyła się ślubem, że była to najpiękniejsza panna młoda, jaką można było dostrzec i że nie zapominało się spojrzenia pełnego miłości. Szczęściara, dodała jeszcze na zakończenie, ale wtedy Lyall nie wytrzymał. Musiał się odwrócić i ukryć wzrok pełen gniewu, smutki i boleści. A więc tak właśnie było? Jego siostra była ślepa? Nie widziała tego, co szykowało się w mężczyźnie, którego sobie wybrała? Nie słuchał pożegnania Randalla z kobietą, która wciąż zaróżowiona obiecała, że napisze, gdy tylko sobie coś przypomni. Wychodząc poza salon, odetchnął świeżym powietrzem, jednak nie uspokoiło to go w żaden sposób. Wręcz przeciwnie — drżały mu dłonie, a tęsknota za siostrą mieszała się ze złością skierowaną w jej kierunku. - I co nam to dało? - warknął pod nosem, starając się opanować. - Niczego się nie dowiedzieliśmy.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Główna ulica [odnośnik]30.04.20 23:51
W nas wszystkich dokonała się zmiana. Nie tylko pod wpływem śmierci Betty, ale też dorosłości. Każde z nas odebrało cenne nauki od losu, w tym również nasza siostra oraz rodzice. Zmiana dynamika naszych relacji również miała wpływ na bezpośrednie kształtowanie charakterów. Właściwie każdy najdrobniejszy krok formował różnice - najpierw subtelne, niezauważalne, stopniowo przekształcając się w wyrwę. Nie do przeskoczenia, jak zapewne sądzi Lyall, ale ja wierzę, że jeszcze odnajdziemy siebie nawzajem. Że wystarczy solidny most, żeby przejść na drugą stronę i powrócić do początku. Momentu, w którym to wszystko się zaczęło, a który dotąd nie został skażony tragedią. Śmiercią, pękniętym sercem, złością i rozczarowaniem. Wcześniej wszystko było prostsze i chociaż ciężko jest powrócić do tamtych dni, chociaż wojna trwa w najlepsze, to wiem, że gdzieś tam, kiedyś tam przetrwamy wszystko, co się wydarzy do tej pory. Wiem, to naiwne, ale czasem potrzebuję tej przesadnej ufności w los, żeby iść dalej. Wytrwać w bólu, w marazmie, w beznadziei - i próbować bezustannie, do skutku. Na nowo napełniać się energią, nadawać kolejnemu dniu znaczenia. Nie wiem co poszło nie tak, dlaczego doświadczenia mojego młodszego brata nie zahartowały go - zamiast tego przyniosły zniszczenie. Niezwykle trudno jest zignorować destrukcję najbliższych osób. Najgorsza jest w tym ta bezradność, która kładzie cień na wzajemne relacje. Odnoszę wrażenie, że musi istnieć coś więcej ponad bezczynne oczekiwanie na lepsze czasy. Dlaczego nie umiem tego znaleźć? Przecież w tym się specjalizowałem, w tropieniu; inaczej niż brygadziści, ale też potrafię odnaleźć ślad. Czemu nie potrafię tak samo odnaleźć nas?
Czułbym się zagubiony całkowicie, gdyby nie to, że muszę działać. Mój bliźniak nie do końca rozumie koncepcję konwersacji z drugim człowiekiem w taki sposób, żeby uzyskać od niego informacje zamiast łomotu. Nie, nie spodziewam się przemocy po kobietach w salonie mody, ale możliwe, że gdzieś w pobliżu kręcą się jacyś ochroniarze. Nie warto ryzykować. Zatem jeśli mam być uspokajającym medium między harmonią a chaosem - niechaj tak będzie. Ignorując wszelkie znaki ostrzegawcze oraz znaczący dyskomfort drugiego Lupina próbuję wejść w pewną rolę. Stawiając się na pozycji dobrego, wyrozumiałego detektywa, zatroskanego brata poszukującego odpowiedzi. To nie ten moment, gdy należy zastraszyć lub skonfundować przeciwnika, po czym walczyć na śmierć i życie. Potrzeba nam sprytu - i Lyall mógłby zechcieć otworzyć się też na inne rozwiązania. Zresztą sądzę, że obaj moglibyśmy się wiele nauczyć od siebie nawzajem. Mi przydałoby się nieco więcej bezwzględności…
Jakże konspiracyjnie mrugam do niego na znak zrozumienia; dwa palce dłoni tworzą kółko, pozostałe zadarte do góry - super, świetna robota, chłopie! Gra zdenerwowanego oraz załamanego wręcz perfekcyjnie! Wybrałem mu świetną rolę, naprawdę. Jak ja to robię, że jestem taki wspaniały? Szkoda, że nie mogę pozachwycać się sobą dłużej, bo czas nas nagli, a ja chcę zdobyć jak najwięcej informacji. Kiwam głową potakująco, gdy kobieta wylewa z siebie całkiem sporo słów. Niewiele z nich opiewa w konkretną informację, ale zawsze coś. Nie jestem tak pesymistycznie nastawiony co mój dzisiejszy partner w zbrodni. Zapisuję wszystko na pergaminie, po czym kłaniam się wszystkim damom. Wyjście z powrotem na zewnątrz uspokaja, pozwala na zgromadzenie powietrza w płuca. - Oj bracie, bracie. Spójrz nieco szerzej - mówię z szerokim uśmiechem. - Dowiedzieliśmy się, że ten sukinkot czarował nie tylko naszą Betty czy rodzinę, ale też całe otoczenie, w końcu będąc sam na sam z krawcową zachowywał się równie grzecznie. Tworzył sobie siatkę kontaktów, tworzył całkiem nową personę. Możemy założyć więc, że to był jego chleb powszedni. Stawiam na doświadczonego w bojach oszusta, nie żółtodzioba, który zdołał omamić najbliższe otoczenie. Koleżanki panny Sauveterre również odniosły wrażenie, że był czarującym, zakochanym mężczyzną. - Dzielę się wysnutymi przez siebie wnioskami. - Jako mężczyzna pracował raczej głównie z kobietami, łatwiej je zmanipulować. Nie ogólnie, ale przeciwieństwo płci zawsze jest atutem, bo w grę wchodzi również tworzenie romantycznej więzi. Wydaje mi się, że powinniśmy podążyć tropem oszukanych kobiet. Sądzę, że nasza siostra nie musiała być jedyną ofiarą. Znaczy, nie podejrzewam, że z każdą brał ślub, ale mógł oszukać w celach zarobkowych. Może nawet odebrał kilka żyć dla samej przyjemności? Użycie czarnej magii na ciężarnej żonie brzmi jak okrucieństwo dla własnych, sadystycznych potrzeb. Istnieje jednak jeszcze prawdopodobieństwo, że został zmuszony lub… - Przerywam na chwilę, niezbyt zadowolony ze swojej nagłej myśli. - Co jeśli on chciał zaszkodzić nam? Policjantowi i brygadziście? Obaj pewnie mamy wrogów… może to jest jakoś powiązane? - Mimo wszystko postanawiam wyrzucić z siebie tę nieprzyjemną myśl. - Konkludując, powinniśmy zrobić listę ewentualnych osób, które życzą nam źle, tak na wszelki wypadek, ale! Najpierw udałbym się do jaskini lwa, popytał. Do środowiska, gdzie takie męty mogą chodzić albo nawet się z nich wywodzić. Doki? - zamykam wywód znaczącym spojrzeniem. Czekając tym samym na wnioski Lyalla. Burza mózgów, może razem dojdziemy do czegoś konkretnego i niegłupiego.


I don't know
how to deal with serious emotions
without turning them
into a fucking joke

Randall Lupin
Zawód : były policjant, kurs aurorski zawieszony
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

Don't get attached.
Don't get attached.
Don't get attached.
Don't get attached.
OPCM : 23
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7038-randall-lupin#185370 https://www.morsmordre.net/t7047-horatio#185742 https://www.morsmordre.net/t7049-randy-los-superktos#185745 https://www.morsmordre.net/f259-hawley-s-corner-67 https://www.morsmordre.net/t7051-skrytka-bankowa-nr-1738#185748 https://www.morsmordre.net/t7050-randall-lupin#185746

Strona 4 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Główna ulica
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach