Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Stara chata
AutorWiadomość
Stara chata [odnośnik]25.11.16 18:22
First topic message reminder :

Stara chata

Gdzieś wśród szkockich wzgórz stoi stara chata. Nikt już nie pamięta, kiedy ją postawiono ani kto to zrobił. Zapewne z tego powodu krążą o niej liczne legendy. Jedni mówią, że żyją tam duchy, inni, że to kryjówka wilkołaków, a są też tacy, którzy twierdzą, że rezyduje tam sam król wampirów, kimkolwiek miałby być. Chata swoim wyglądem podsyca kolejne mrożące krew w żyłach opowieści. Z powybijanymi oknami i skrzypiącymi drzwiami, które łomoczą przy nieco silniejszym wietrze. W dodatku, gdy podejść do niej nocą, można zobaczyć, że w środku świeci się światło.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stara chata - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Stara chata [odnośnik]19.11.21 16:43
Jedno słowo.
Dokładnie tyle potrzebował, żeby pozbawić go opanowania, zmusić szczęki do zaciśnięcia się i palce do mocniejszego uchwycenia różdżki, w niemej i skazanej na porażkę próbie powstrzymania rozlewającego w jego wnętrznościach gorąca – zdradliwego, mającego za moment wypłynąć również na szyję i policzki, pobielałe od chłodu i zmęczenia. Nie powinno go to aż tak zdenerwować; był przyzwyczajony do podobnych przytyków, młodzieńcze lata i późniejsza kariera szukającego zobojętniły go na wycelowane w jąkanie docinki, niejednokrotnie rozbrzmiewając w ustach najpierw Ślizgonów, a później zawodników przeciwnych drużyn – ale w sposobie, w jaki przedrzeźniał go Vale niemal od zawsze było coś innego, prywatnego; popychającego jego wspomnienia prosto do wypełnionej zapachem mokrej kredy klasy mugolskiej podstawówki, zamkniętej w czasach, kiedy był tylko głupim Billym. Wycofanym, odrzuconym przez rówieśników, tak innym od tego, którym stał się później; pochowanym w odległej przeszłości, ale od czasu do czasu wciąż znajdującym sposób na przedarcie się na powierzchnię, do teraźniejszości; odbierając mu pewność we własne umiejętności, w magię płynącą w żyłach, w istnienie ludzi, którzy gotowi byli skoczyć za nim w ogień. Przełknął powoli ślinę, starając się za wszelką cenę odepchnąć od siebie fantomowy, duszący posmak szarego pyłu, przez cały czas wpatrując się w sylwetkę młodego mężczyzny, w którym wszystko – od irytująco opanowanego wyrazu twarzy po nonszalancką, przepełnioną nieznośną pewnością siebie postawę – sprawiało, że miał ochotę rzucić się na niego z pięściami, zetrzeć ze skóry ignorancję, sprawić, by w szarym spojrzeniu błysnął strach – ten sam, który zatruwał właśnie jego płuca, roznosząc się po organizmie niczym dym i stopniowo docierając do zakończeń nerwowych.
Bo tak – oczywiście, że się bał.
Nie tego, co mógłby zrobić z nim brygadzista – nie obawiał się walki, zdając sobie sprawę, że nawet przy skrajnym wyczerpaniu był w stanie się jej podjąć, a w najgorszym wypadku: dotrzeć do pozostawionej na tyłach miotły, która czyniła go przecież niedoścignionym; lęku nie budziła też różdżka w szczupłych palcach ani nawet połyskujący srebrem nóż. Przerażał go on sam – a raczej to, kim zdarzało mu się stawać w towarzystwie Ulyssesa Vale’a. Rozluźnionego, opartego jakby od niechcenia o drzwi, niewygodnie stanowiące jedyną łatwą drogę ewakuacji z kuchni; odzywającego się do niego głosem budzącym najgorsze wspomnienia, ale i bezlitośnie obnażającego przed nim surową beznadziejność jego położenia. Co zamierzał zrobić? Pytanie zawisło pomiędzy nimi, przez długą sekundę obracając się w dusznej przestrzeni prawie namacalnie, uświadamiając go, jak bardzo nie miał pojęcia. – Niech wróci. Spotka go ciepłe p-po-powitanie – powiedział, opuszczając ramiona wzdłuż nadal wyprostowanego sztywno tułowia, ani na moment nie rozluźniając jednak zaciśniętych na różdżce palców ani mięśni spiętych boleśnie barków. Starał się zabrzmieć spokojnie, ale nigdy nie był dobrym kłamcą; napięcie przelewało się więc między pojedynczymi głoskami, tak szybko, jak szybko gnały jego myśli, gdy starał się wymyślić jakiś plan działania. On nie zostawił swoich namiarów u nikogo, a o tym, że tu był, wiedział tylko Anthony – ale wątpił, by zmartwił go brak natychmiastowej wiadomości zwrotnej. Zanim ktokolwiek zorientowałby się, co się stało, korzystający z tej kryjówki człowiek zdążyłby wrócić, wpaść prosto w zastawioną na niego pułapkę. – Zresztą – i tak się sp-p-późniliście – powiedział, decydując się kłamać dalej i robiąc krok do przodu; głównie po to, żeby odwrócić uwagę Vale’a jak najdalej od zakurzonej podłogi, a najlepiej: w ogóle wyciągnąć go z kuchni. Kryjówka była stracona, życie wilkołaka, któremu obiecali pomóc – jeszcze nie.
Nie spodziewał się, że rozwiązanie – zapewne nieświadomie – podsunie mu sam Ulysses, ale gdy tylko wspomniał o listach gończych, coś w jego umyśle kliknęło; zacisnął wargi, podciągając wyżej kącik ust w karykaturze uśmiechu, pozbawionego jednak jakichkolwiek skrawków wesołości. Czy pięć tysięcy galeonów mogło być dla niego warte więcej niż natychmiastowe schwytanie człowieka, którego trop doprowadził go aż tutaj? Czy pozbycie się jego mogło? – Nie wiem. Jestem? – zapytał, już teraz nie starając się ukryć roznoszącej się gorzko na języku pogardy. Do niego czy do siebie? Nie byli do siebie podobni, na pierwszy rzut oka różniąc się dokładnie wszystkim – a jednak w przeszłości na krótką chwilę zlali się w jedno, dzieląc odpowiedzialność za rozgrywającą się w starym domu tragedię na pół. Nienawidził tej świadomości – bardziej chyba nawet niż nienawidził jego. – P-p-pewnie całkiem nieźle ci idzie wyznaczanie ceny za ludzkie życie – dodał po chwili, znów przesuwając się nieco do przodu, o kolejnych kilkanaście centymetrów; już stał prawie na klapie, tym samym zbliżając się do przejścia zablokowanego przez Vale’a, uparcie stojącego na swoim miejscu. – Ile płacą ci za jednego w-w-wilkołaka? – pytał dalej, choć tak naprawdę wcale nie chciał znać odpowiedzi. – Dorzucają coś ekstra, jeśli ma mugolskie p-po-pochodzenie? – ciągnął, robiąc kolejny krok do przodu, niby od niechcenia przesuwając stopą po deskach; rozcierając starty równo kurz tak, by wyglądał bardziej przypadkowo. Tam powinien się zatrzymać; zdawał sobie sprawę, że jeszcze kawałek i znajdzie się w zasięgu kołyszącego się w dłoni mężczyzny noża, ale ten nie wyglądał, jakby gdzieś się spieszył – a upływający czas nie działał bynajmniej na korzyść Williama. Zduszając więc zdrowy rozsądek, podszedł jeszcze bliżej, niwelując resztki dzielącego ich dystansu. – Co ty zamierzasz zrobić, Vale? – zapytał, odpowiadając wreszcie pytaniem na pytanie; jego słowa rozbrzmiały w kuchni wyraźnie, czysto, choć sam ledwie je usłyszał, skupiając się głównie na głośnym dudnieniu własnego serca.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Stara chata [odnośnik]22.11.21 22:45
Nigdy nie zapomniał nagłego, niezrozumiałego bólu, gdy zobaczył Williama w Dolinie w tamte długie, zimne święta - jakby ktoś kopnął go w brzuch, a on miał ochotę osunąć się na kolana i wymiotować. Wtedy nie rozumiał, zrzucając tamtą złość na niechęć i odrazę, na zwykły nastoletni gniew, który targał nim za każdym razem, gdy tamten chłopak zjawiał się w zasięgu jego wzroku. To byłoby proste - nienawidzić tym rodzajem nienawiści, który łamał nosy i podrywał cudze zauroczenia; tym rodzajem nienawiści, który wyrzucał z siebie ostre szlama i niszczył poranki opryskliwymi uwagami na boisku do Quidditcha. Ulysses latami jednak przekonywał się, iż nic w zasadzie nie jest proste, bo świat nie przypominał wcale tych siatek wzorów, którymi tak uparcie się kierował, a on sam nie był tak silny i tak chłodny jak być chciał; bo wtedy, kiedy ujrzał go takiego nieznośnie szczęśliwego, otoczonego rodziną i śmiechem, jakaś część jego chciała podejść i pchnąć go na ścianę, rozrywając ranę, która już zdążyła się zasklepić. Nie umiał. Bolało przecież, tak głupio i tak tępo, gdy siedział w tamtym ciemnym domu. Sam.
Od tamtego dnia nie mógł pozbyć się wrażenia, że każdy śmiech Williama jest śmiechem wymierzonym w niego. Każde jego zwycięstwo, każde szczęście było wymierzone w niego. Jakby mimo mijających lat nigdy nie przestali być nastolatkami, a Ulysses nigdy nie przestał być zawistnym dzieciakiem, który nie umiał opanować zadowolonego grymasu gdy szeroko otwarte oczy Moore'a orientowały się co zrobił i kim się stał; że być może nie był wcale o wiele lepszy od niego.
Zapomniał już jak przyjemna i ciepła jest to satysfakcja, a więc teraz tak ciężko było powstrzymać się od uśmiechu, gdy zdenerwowanie jarzyło się w spojrzeniu jego rozmówcy. Domyślał się przecież co tutaj robił - wystarczyła jego twarz na listach gończych, tamten podpis. Zakon Feniksa. W coś ty się wpakował, Billy? Wydałeś na siebie wyrok śmierci, skazałeś na ciągłą ucieczkę. W imię czego? Czy nie lepiej byłoby ci siedzieć cicho?
- Taką jak mnie?- zagaił beztrosko, nadal widocznie zadowolony z przebiegu tej osobliwej rozmowy, choć w środku cały się trząsł, a palce w obsesyjnym wręcz skupieniu badały rękojeść noża. - Na pewno byliby zadowoleni...Ostatnio praca przysparzała nam mało problemów, zrobiło się nudno. - Nie chciał tak naprawdę by ktokolwiek dowiedział się o tej wymianie, o tym spotkaniu, które powinno zostać uwięzione na zawsze w popękanych murach tej małej rudery. Walka zawsze miała być tylko ich i tylko William widzieć miał Ulyssesa w tym stanie. W słabości.
Zdziwił go ten krzywy uśmiech, a jednak odwzajemnił go z jadowitą wręcz złośliwością. Napięcie było ciężkie i Vale wiedział, iż wystarczą sekundy i kilka słów, by w końcu zaczęło ich dusić. Łapiąc resztki powietrza i w tej wściekłej panice tak trudno byłoby uchylać się przed zaklęciami, jeszcze trudniej byłoby uniknąć któregoś z noży. William zbliżał się powoli i tak też stawał się coraz łatwiejszym celem. Wystarczyłoby wyciągnąć rękę i pchnąć - pod żebra. Nie musiałby go zabijać, na pewno wśród jego wielu przyjaciół znalazłby się ktoś, kto zna magię leczniczą lub umie opatrywać rany.
- Oczywiście - odparł lekko, prawie z sympatią. Moore bowiem nie mylił się ani trochę. Ulysses był sprawny w nakładaniu cen na wszystko, a cudze głowy nigdy nie były wyjątkiem. Ta Williama, ta która teraz próbowała prowokować go swoimi kolejnymi uwagami, była warta przynajmniej dziesięciu takich bezimiennych wilkołaków. - Ja zapłaciłbym więcej... - westchnął głęboko, a słowa ułożyły się na języku tak gładko, niemal słodko. Przekrzywił lekko głowę, gdy uśmiechał się do niego kolejny raz. Było coś znajomego w tym minimalnym dystansie miedzy nimi, w zniżającym się głosie. - Cóż, teraz płacą mi więcej niż w Ministerstwie, ale i tak niewystarczająco - mówił ciszej, a chłodny wzrok uparcie uczepiał się oczu Moore'a. Teraz nie mógł już pozwolić mu się odsunąć.
Ukrywał go tutaj, to było zbyt oczywiste. Zbyt oczywistym było też to, iż wilkołaka już w domu nie było. Vale nie był tak zawziętym łowcą jak niektórzy z jego drużyny, która bawiła się w polowania za pieniądze Avery'ego. Nie przemawiały do niego głosy o ratowaniu czarodziei przed zarazą, nie przemawiały do niego głosy o ratowaniu kogokolwiek. Podcinał gardła, wycierał ostrze o rękaw i wyciągał dłoń po pieniądze - bez zbędnych tortur, wielkich słów i marnowania czasu. Teraz również miały czekać go jedynie serie żałosnych szlochów, bezsensowne próby ucieczki i zbyt głośne błagania - męczące, ale w końcu uciąłby je i wrócił do domu. Wypiłby gin, zasnął w fotelu w swojej bibliotece, daleko od tego okropnego miejsca, od zimna, tkanek palonych srebrem i co najważniejsze - daleko od Williama Moore'a.
- Vale? - powtórzył cicho, przeciągając głoski swojego nazwiska, jakby chciał zająć nim teraz całą pozostałą między nimi przestrzeń. Ludzie zwykli mówić do niego w ten sposób, imię wybrzmiewało tak rzadko, zbyt miękkie być może by ułożyć się na języku w jego towarzystwie. Milczał przez chwilę, przez głupią chwilę słabości, kończącą się wraz z cichym, cierpkim śmiechem, który wydostał się z jego gardła. - Skoro chcesz wiedzieć - mówił powoli, ważąc każde słowo. Cała sztuczna wesołość zniknęła z twarzy, nonszalancko rozluźnione ciało znów wyprostowało się czujnie, a on odbił się od framugi. Napięte mięśnie, palce zaciśnięte na nożu, pół kroku wprzód. - Mógłbyś mi powiedzieć gdzie jest moja zguba albo po prostu milczeć i dać mi pracować, a ja pozwolę ci odejść i zapomnę, że kiedykolwiek cię tu widziałem. Wiem, że nie przystaniesz na ten scenariusz, chociaż ten byłby najkorzystniejszy dla każdego z zainteresowanych. Wierz mi, ze wszystkich łowców jestem najlepszym wyjściem - Uśmiech był krótki i ostry niczym sztylet. - Szybka, bezbolesna śmierć, praktycznie honorowa. Ci którzy wrócą będą znęcać się godzinami...naprawdę, widuję to cały czas, bawią się tym cierpieniem jak dzieci - prychnął i przewrócił oczami, jakby mówił o grupce niegrzecznych uczniów. Znów zamilkł na ułamek chwili, nasłuchując dźwięków, które odbiły się nagle od starych ścian. Wiatr. - Jak długo dasz radę tak uciekać, co Billy? Nie męczy cię to? - Westchnął raz jeszcze, tym razem z cieniem teatralnej irytacji. - Bądź rozsądny.


it's classic horror! if the monster learns appropriate restraint, it becomes an angel.

Ulysses Vale
Zawód : łowca wilkołaków
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
when i call myself a shell
i mean–a used up bullet casing.
as in, the aftermath of something lethal.
as in, an echo of inflicted evil
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10724-ulysses-vale#326292 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10754-vale#326472 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10785-u-vale
Re: Stara chata [odnośnik]24.11.21 21:03
Nie rozumiał go.
Nigdy nie potrafił zrozumieć: tej beztroski dźwięczącej pomiędzy głoskami, wypowiadanymi z lekkością kompletnie niepasującą do ciężaru sytuacji; tego opanowania utrzymującego rysy w wyrazie idealnej obojętności; tego, że nic nie zdawało się robić na nim wrażenia, bez względu na to, czy u boku swoich ślizgońskich przyjaciół doprowadzał właśnie do płaczu Godrykowi-ducha-winnego pierwszoroczniaka, odbierał zdolniejszemu zawodnikowi miejsce w drużynie, wymierzał bezlitosny cios tłuczkiem, czy zjawiał się w progu cudzego domu wraz ze wschodzącym słońcem, żeby bez mrugnięcia okiem zakończyć czyjeś życie. Zachowywał się, jakby w prezencie od losu otrzymał prawo do tego wszystkiego, i jakby żadna decyzja czy przewina nie ciągnęły za sobą nawet śladowych wyrzutów sumienia. Co z jednej strony budziło w Williamie odrazę, a w drugiej – mdlącą zazdrość, nieodpowiednią i paskudną, ale oplatającą go ciasno zwłaszcza wtedy, kiedy sam po raz kolejny wracał myślami do niezatartych w pamięci obrazów, do jaskrawoczerwonych poparzeń oblewających twarz i szyję szkolnego znajomego, do martwych i pustych oczu pozbawionej duszy dziewczynki, do rdzawego zapachu rozlewającej się na więziennej posadzce krwi. Do brutalnych dzieł namalowanych dłońmi ludzi niewrażliwych na cierpienie, które sami zadawali; ludzi, którzy nonszalanckim wzruszeniem ramion kwitowali wydanie wyroku śmierci na jego przyjaciela; ludzi takich, jak Ulysses Vale.
Nudno – powtórzył za nim, głosem w jakiś niewytłumaczalny sposób jednocześnie wypranym z emocji, jak i od nich kipiącym. Było coś osobliwego w tym, że znów stali naprzeciw siebie – tak samo, jak kiedyś po dwóch stronach szkolnego korytarza, sportowego boiska czy kawałka ziemi niczyjej w Dolinie Godryka; że nie zmieniło się między nimi nic – mimo że od ich ostatniego spotkania świat zdążył stanąć w płomieniach i skończyć się co najmniej kilka razy. – Samo mordowanie wilkołaków p-p-przestało zapewniać ci rozrywkę? – zapytał, nie dbając o to, że właśnie po raz kolejny otwarcie przyznawał się do uważnego śledzenia jego poczynań, choć odbijające się w otwartych nieco szerzej oczach zaskoczenie zdradzało, że nie z każdej z ostatnich zmian zdawał sobie sprawę; fakt, że Ulysses przestał pracować dla Ministerstwa Magii był dla niego nowością, ale pytanie, które zatańczyło na jego wargach, zdusił w ostatniej chwili, zamiast tego powoli przełykając ślinę. Dla kogo więc pracował teraz? Oczywista (choć błędna) odpowiedź nasunęła mu się niemal od razu, sprawiając, że po plecach przebiegł mu lodowaty dreszcz – a on sam po raz pierwszy zdał sobie sprawę z tego, jak blisko się znalazł. W tej odległości wciąż ściskana w palcach różdżka stawała się bezużyteczna, Ulysses bez trudu zdołałby wytrącić mu ją z ręki, nim wykonałby pierwszą pętlę nadgarstkiem; próba wycofania się w stronę nieszczelnego okna również brzmiała mało wykonalnie, dobiegnięcie do niego i walka z przerdzewiałymi zawiasami zabrałaby mu stanowczo zbyt dużo czasu.
Jedyną drogą na zewnątrz pozostawała ta prowadząca przez kuchenne drzwi.
Jesteś chory – wyrzucił z siebie, z trudem zmuszając sylaby do przeciśnięcia się przez ściśnięte gardło. Spokojne odpowiedzi mężczyzny jedynie zdenerwowały go bardziej, a kiedy Vale się wyprostował – sprawiając, że zrównali się wzrostem, a ich oczy znalazły się na jednym poziomie, teraz już zupełnie uniemożliwiając mu ucieczkę wzrokiem – musiał przywołać wszystkie pokłady silnej woli, by powstrzymać odruch cofnięcia się o krok. Nie poruszył się jednak, pilnując, by wybrzmiewająca w niknącej przestrzeni groźba nie szarpnęła ani jednym jego mięśniem; nie miał zamiaru dać się zastraszyć, nie jemu; nie, kiedy od tego, jak się zachowa, znów zależało niewinne życie. Nigdy więcej.
Prychnął głośno, choć bez rozbawienia; uśmiech znikający z twarzy Ulyssesa w jakiś sposób starł również i jego własny, a on sam wraz z każdą nieznośnie długą sekundą stawał się coraz bardziej świadomy swojego położenia. – P-po-pozwoliłbyś mi odejść? Dlaczego? – zapytał, bardziej z ciekawości niż z jakiegokolwiek innego powodu, bo ani przez chwilę nie rozważał na poważnie możliwości przyjęcia przedstawionych przez niego warunków. Wolna dłoń uniosła się do góry, w bezwiednym odruchu sięgając tyłu głowy, jak gdyby chciał się podrapać; opuszki palców natrafiły jednak nie na swędzącą skórę, a na pionowe, nierówne zgrubienie starej blizny, zupełnie niewidocznej między włosami. Wzdrygnął się ledwie zauważalnie, łapiąc się na tym geście i opuszczając rękę. – Och, wierzę – odpowiedział mu od razu, w reakcji na kolejne centymetry zniwelowanego dystansu jedynie zadzierając wyżej głowę. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i podeszwy jego stóp wwiercą się w zakurzoną podłogę. – Widziałem, do czego jesteście zd-d-dolni – dodał, przez moment mając wrażenie, że znów wdycha zapach krwi i śmierci wypełniający niewielki pokój; szmalcownicy i łowcy wilkołaków niczym się dla niego nie różnili, różniły się jedynie ich ofiary. – Wszyscy k-kiedyś za to zawiśniecie – warknął. To było znacznie łatwiejsze – scalić go mentalnie z Rycerzami Walpurgii i ludźmi ministerstwa, obarczyć winą za wszystko, czego w ostatnich miesiącach był świadkiem; przelać tę całą złość i gniew, które kotłowały się w nim na wspomnienie Azkabanu, zbudować z nich mur zamykający go w rzeczywistości, w której z Ulyssesem nie łączyło go absolutnie nic poza paroma szarpanymi bitwami. Uchwycił się tej myśli, uparcie odpychając od siebie tamtą rozświetloną łuną pożaru noc, obawiając się, że w innym wypadku po prostu by się poddał; nie będąc w stanie powstrzymać cisnących się na usta zdań ani żałosnych pytań mających na celu odnalezienie usprawiedliwienia dla jego (ich?) działań. – P-p-przed nikim nie uciekam – odpowiedział butnie. Nie była to prawda, choć być może w tamtym momencie w jego słowach kryło się jakieś jej ziarno, bo gdzieś pomiędzy kolejnymi oddechami rzeczywiście porzucił myśl o ucieczce ze starej chaty – zamiast tego pochylając się do przodu, żeby oprzeć lewą dłoń na framudze zastawionych przez Ulyssesa drzwi; dokładnie na wysokości linii ciemnych włosów. – Odejdź stąd – powiedział ciszej; mając nadzieję, że zabrzmiało to jak rozkaz, a nie żałosne błaganie kogoś, komu skończyły się opcje. – Znalazłeś chatę, ale była p-p-pusta. Nie spotkałeś ani mnie, ani nikogo innego. Trop się urwał – mówił dalej, ani na sekundę nie opuszczając spojrzenia, choć przez cały czas towarzyszyła mu niewygodna świadomość istnienia znajdującego się tuż obok ostrza noża. – Ten człowiek n-n-nie zrobił nikomu nic złego – dodał, tak jakby mogło to mieć jakieś znaczenie; tak jakby wierzył, że był w stanie przedrzeć się przez te wszystkie warstwy lodowatej obojętności, nawet jeśli nie miał pojęcia, co znalazłby po drugiej stronie. Wypuścił powoli powietrze z płuc. – Ta sp-p-prawa i tak jest dla ciebie przegrana. Jeśli stąd wyjdę, to go ostrzegę. – Nie było już sensu udawania, że nikogo tu nie szukał. – Jeśli mnie zabijesz, zrobią to moi p-p-przyjaciele. Bądź rozsądny – powtórzył za nim, naśladując jego intonację.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Stara chata [odnośnik]22.03.22 13:08
Rozmowę pełną napięcia pomiędzy Ulysessem i Williamem przerwał szum skrzydeł, a zaraz potem na parapecie pojawił się ciemny kształt. W pierwszej chwili ciężko było dostrzec, jednak światło powoli rozwijającego się poranka dość szybko zdradziło, że to brązowa orlica, przechylająca głowę aby przypatrzeć się obecnym w pomieszczeniu. Rozłożyła jeszcze na chwilę skrzydła, trzepocząc lekko jakby szykowała się do ataku, mimo to jednak nic się nie stało, a póki co orlica jednoznacznie wpatrywała się w Ulysessa.
Nie była to jednak jedyna niespodzianka, bo do obydwu mężczyzn mógł dotrzeć odgłos kroków, nieśpiesznych ale zdecydowanie zbliżających się w ich kierunku, tak jakby osoba jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że za ścianą odbywa się wymiana zdań, która wyciąga na jaw najgorsze ludzkie podejścia, a jednocześnie po chwili niewielka kobieca sylwetka mignęła w wejściu, zatrzymując się jednak kiedy tylko dostrzegła stojących w pomieszczeniu mężczyzn. Dłoń Wellers, obecnie pod postacią ciemnowłosej kobiety ostrożnie powędrowała w stronę różdżki, a spojrzenie pośpiesznie prześlizgnęło się po Williamie aby ostatecznie spojrzeć na Ulysessa.
- Twój znajomy? – Pytanie zadała spokojnym tonem, mimo wszystko jednak przesuwając się w stronę Williama ale tak, by stanąć obok niego i widocznie pokazać, komu teraz pomagała. Wiedziała, że w wypadku jej zmienionego wyglądu było o wiele więcej problemów z uzasadnieniem swojego stanowiska, ale wierzyła, że Billy da sobie wszystko wytłumaczyć. Ewentualnie przesadzi jej przez głowę kamieniem i tyle ją będą widzieć.
Spojrzenie Ulysessa spoczęło na nieznajomej, która wyciągnęła różdżkę w jego kierunku, a na jego twarzy odbiło się jeszcze rozbawienie. Nie wydawał się absolutnie przejęty ani zmartwiony obecnością Wellers w tym miejscu, jednocześnie wiedząc, że nie miał powodów kopać się o coś, co mogło przynieść mu stratę. Jeden zapchlony wszarz nie był warty tego, aby nagle stawać do walki nie z jedną, ale dwoma osobami. Poza tym, miał jeszcze dziś sprawy do załatwienia poza Szkocją.
- Oto i twoja kawaleria, B-b-billy – przedrzeźnił jeszcze raz Williama zanim nie odsunął się w stronę wejścia, obserwują uważnie Willa i Thalię na wszelki wypadek, gdyby jednak chcieli w niego rzucić jakimś zaklęciem. – Jeszcze się spotkamy.
Pożegnanie było krótkie, ale Thalia spodziewała się, że lepiej było aby jednak nie tęsknili za szybko za jego obecnością. Ostrożnie też odwróciła się w kierunku Williama, opuszczając różdżkę, chociaż jeszcze jej nie chowała, nie wiedząc, jak teraz Moore zareaguje na jej obecność. Wolała trzymać rękę na pulsie, tym bardziej, że gdyby nagle zaczęła zmieniać postać, mogłaby dodatkowo oberwać zaklęcie. Powinna się jednak chyba już do tego przyzwyczaić, tak mimo wszystko.
- Wszystko w porządku? Mam nadzieję, że nic ci nie zrobił.



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Stara chata [odnośnik]28.03.22 20:55
Cisza, która zapadła po jego słowach – podszytych naiwną groźbą, desperackich, prawie błagalnych – zdawała się dzwonić mu w uszach; wypełniała przestrzeń, gęstniejąc wraz z każdym uderzeniem pobudzonego adrenaliną serca, bijącego tak mocno, jak gdyby właśnie przebiegł kilka mil w pełnym pędzie – a przecież przeszedł zaledwie metr, parę zakurzonych, skrzypiących desek, ostrożnie omijając przy tym tę najważniejszą, która głuchym odgłosem mogłaby zdradzić istnienie pustej przestrzeni pod podłogą. Spodziewał się wszystkiego – wybuchnięcia śmiechem, pogardliwego parsknięcia, ociekającego ironią zapewnienia, świstu ostrza przecinającego powietrze – ale nie trzepotu skrzydeł gdzieś za plecami, szelestu piór ocierających się o okienną szybę. Wyprostował się instynktownie, napinając już i tak napięte do granic możliwości mięśnie, nie ośmielił się jednak odwrócić – mimo wszystko większego zagrożenia upatrując w stojącym przed nim mężczyźnie. Widział wzrok Ulyssesa, spojrzenie odrywające się od jego twarzy, parę oczu uniesioną wyżej, zatrzymującą się gdzieś ponad jego ramieniem; błysk zaskoczenia w zwężonych źrenicach, a później czujność – spowodowaną już nie tyle pojawieniem się drapieżnego ptaka, co szmerem szat w korytarzu, za którym podążył odgłos cichych kroków.
Tym razem musiał już odwrócić wzrok.
Cofnął się, mrugając szybko, jakby wyrwany z chwilowego transu, obracając głowę – i w wejściu ze zdziwieniem dostrzegając kobietę. Nieznajomą, z ciemnymi kosmykami okalających skupioną twarz włosów, z różdżką zaciśniętą mocno w palcach. Towarzyszka Vale’a?, przemknęło mu przez myśl, ale nie – na twarzy czarodzieja dostrzegł tę samą dezorientację, która odbiła się w jego własnych rysach, pogłębioną jedynie zawieszonym w dusznej przestrzeni pytaniem. Pytaniem, na które w pierwszej chwili nie odpowiedział, nie mając pojęcia, do którego z nich zostało skierowane – nie potrafiąc wysnuć sensu z rozgrywającej się przed jego oczami sceny nawet (a może szczególnie) wtedy, gdy ciemnowłosa czarownica zatrzymała się tuż obok, uniesioną różdżkę kierując w stronę Ulyssesa. Kim była – i dlaczego pojawiła się w kryjówce akurat dzisiaj, skąd w ogóle o niej wiedziała? Pytania piętrzyły się w jego umyśle, musiał jednak zareagować szybko – więc nie zastanawiając się zbyt długo, podążył jej śladem, końcem jarzębinowej różdżki mierząc w sam środek klatki piersiowej mężczyzny. – Odejdź stąd – powtórzył jak echo swoje wcześniejsze słowa, tym razem jednak mając wrażenie, że nie rozmyły się w próżni – a ich adresat, po trwającej w nieskończoność sekundzie intensywnych rozważań, dokonał słusznej kalkulacji możliwych zysków i strat. A może – tylko być może – uznał, że ta sprawa wciąż powinna zostać wyjaśniona wyłącznie między nimi; bez towarzystwa osób trzecich.
Śledził go uważnie, gdy znikał w korytarzu, później nasłuchując jeszcze przez chwilę, charakterystyczny trzask deportacji go jednak nie uspokoił. W jego ocenie sytuacja niewiele się zmieniła, wciąż miał obok siebie kogoś, kogo zdecydowanie nie powinno tu być – co oznaczało, że człowiek, którego szukał, nadal był w potencjalnym niebezpieczeństwie. – Sytuacja była p-p-pod kontrolą – odpowiedział cicho, obracając się w stronę kobiety. Nie opuścił różdżki jako pierwszy, robiąc to dopiero, gdy jej własna skierowała się ku ziemi. – Kim jesteś? – zapytał, spojrzenie bystrych oczu zatrzymując na jej twarzy. Czy mógł ją znać? Para tęczówek w kolorze wiosennego nieba wydawała mu się znajoma, choć w otoczeniu obcych rys – niemożliwa do przypisania, odgadnięcia.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Stara chata [odnośnik]03.04.22 2:14
Obserwowała mężczyznę, wyrazem twarzy nie dając po sobie nic poznać, ale mimo wszystko mając w sobie tę napiętość, jak struna, która dokręcona jak tylko się dało, wydawała się ostra jak brzytwa. Gotowa była podnieść różdżkę, w obronie zarówno własnej jak i Williama, chociaż nigdy nie wątpiła w Moora, po prostu…przez to wszystko, co się stało, była nadwrażliwa i nadopiekuńcza kiedy mowa była o jej przyjaciołach. Jak daleko mogłaby się posunąć? Tego jeszcze nie wiedziała, chociaż pewne granice już i tak zostały przełamane w ostatnich dniach. Przynajmniej z jej strony, przez co wciąż nie mogła się przebić.
Dopiero kiedy doszedł ją odgłos teleportacji pozwoliła sobie na rozluźnienie, chociaż echo bólu wciąż wydawało się znacząco odbijać po jej ciele. Jednak spokojniej podeszła do okna, otwierając je aby móc wpuścić do środka orlicę, delikatnie oferując Kymopolei swoje ramię, na którym orlica przysiadła na chwilę zanim nie odleciała gdzieś pod krokiew, gdzie mogła sobie siedzieć, łypiąc spojrzeniem na znajdującego się poniżej Williama a także na swoją właścicielkę, która dziś wydawała się wyjątkowo poddenerwowana.
- Pod kontrolą, hm? Przyzwyczaiła się, że kiedy mężczyźni tak mówią, rzadko kiedy mają to na myśli. – Uniosła brwi, ostatecznie jednak zamykając okno i nawet nie spoglądając w stronę Williama przez chwilę. Nie oczekiwała podziękowań, ale na udzielanie jej lekcji miała ochotę wysuszyć Billy’emy głowę, zapytać czemu nie siedzi w domu na śniadaniu, ale mogła odczytać z jego zachowania, że nie tylko obecność obcej kobiety w pustym domu go stresowała. I miała wrażenie, że nawet ujawnienie swojej postaci nie zdejmie tego ciężaru z jej barków.
Wyciągnęła dłoń, łapiąc pomiędzy swoje dłonie kosmyk ciemnych włosów, wyciągając i napinając go, aby ostatecznie puścić go i czekając aż opadnie, tym razem w rudej formie, gdzie dołączyła do burzy rudych loków, gdy twarz wracała do ostatecznego kształtu, gdy wzrost nieco znikał, zastąpiony przez wyższą posturę i ostatecznie, dwie blizny które odbijały się niemal zawsze na jej obliczu, a ona…ona spoglądała na Williama w swojej oryginalnej formie i spoglądała na niego, nie wiedziała czy oczekująco czy jednak z zaniepokojeniem.
- Co tu robisz, Billy? – Teraz to ona chciała znać odpowiedź na swoje pytanie.



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Stara chata [odnośnik]03.04.22 15:59
Elementy rozsypanej układanki stopniowo zaczynały wpasowywać się na właściwie miejsca, nadając nieco więcej sensu początkowo niezrozumiałej sytuacji, chociaż potrzebował paru długich sekund, by we wlatującym do kuchni ptaku rozpoznać orlicę należącą do Thalii. Zmarszczył brwi, raz jeszcze przenosząc spojrzenie na nieznajomą kobietę, kolejne pytanie zamarło jednak na jego ustach; wciąż czekał na odpowiedź na poprzednie. - P-p-poradziłbym sobie z nim - powtórzył, nie wycofując się ze swojego wcześniejszego stwierdzenia; w jego głosie brakowało urazy czy buty, naprawdę w to wierzył - napięte głoski z niewiadomych przyczyn zabarwiło jednak poczucie winy. Przełknął ślinę, starając się pozbyć w ten sposób gromadzącej się na języku goryczy, nie mając pojęcia, dlaczego właściwie czuł się jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku. Spotkanie z Ulyssesem należało do tych przypadkowych, nie ponosił za nie odpowiedzialności - czy jednak na pewno zareagował tak, jak powinien? Czy nie należało go zatrzymać, albo w ogóle nie wchodzić z nim w dyskusję? Czy historia, jaką dzielili, nie zakrzywiała przypadkiem jego oceny rzeczywistości? Sięgnął wolną dłonią do karku, pocierając bezwiednie szyję.
Rozgrywająca się przed jego oczami zmiana aparycji była jedynym potwierdzeniem, jakiego potrzebował; wypuścił powoli powietrze z płuc, po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechając się lekko na widok Thalii. Gest wydał mu się sztuczny, kąciki ust za nic nie chciały się unieść - zupełnie jakby nie odzyskał jeszcze pełnej kontroli nad napiętymi do tej pory mięśniami twarzy. - Thalia - przywitał się, rozluźniając uchwyt palców na różdżce. - Mógłbym zap-p-pytać cię o to samo - zauważył, odrywając wzrok od znajomych tęczówek i chowając różdżkę we wszyty po wewnętrznej stronie kurtki uchwyt. - Jeden z naszych p-p-przyjaciół używa tego miejsca jako kryjówki, przyniosłem dla niego p-p-paczkę - wyjaśnił, podchodząc do kuchennego stołu, gdzie wciąż leżała jego skórzana torba - oraz zapakowany w szary papier pakunek, który odłożył pospiesznie, gdy w chacie zjawił się Ulysses. - Znasz go? - zapytał, odwracając się przez ramię. Oboje mieli powiązania z Zakonem Feniksa, obecność czarownicy mogła więc być nieprzypadkowa. - Muszę go ostrzec, że dom jest sp-p-palony. Człowiek, którego w-w-widziałaś, to łowca wilkołaków - dodał, z powrotem chowając paczkę do torby; nie miał zamiaru jej tutaj zostawić - nie, gdy istniało wysokie prawdopodobieństwo, że Ulysses wróci, żeby dokończyć dzieła. Zamiast tego wygrzebał ze środka kawałek pergaminu oraz krótki ołówek z pogryzioną końcówką; pochylił się nad stołem, żeby pospiesznie nabazgrać kilka słów, po czym zwinął wiadomość w rulon.
Częściowo oczyszczona z kurzu deska nadal była widoczna; dotarł do niej w dwóch krótkich krokach, po czym przykucnął przy podłodze, lewą dłonią przejeżdżając po jej powierzchni, opuszkami palców odnajdując charakterystyczne wgłębienie, pozwalające mu na podważenie drewna; odskoczyło bez większego trudu, wzniecając w górę niewielką chmurę kurzu. W widniejącym pod spodem schowku umieścił wiadomość, po czym całość z powrotem przykrył deską, przez moment jeszcze przyglądając się podłodze krytycznie - zanim uniósł spojrzenie, na powrót zatrzymując je na Thalii.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Stara chata [odnośnik]07.04.22 11:42
- Moja wątpliwość nie jest w twoich umiejętnościach. – Miała wrażenie, że zawsze było to problemem, kiedy trzeba było spojrzeć na to z większej perspektywy. Ludzie zazwyczaj odbierali to jako obrazę, nawet jeżeli wcale nie miała nic złego na myśli. – Ale w tym, że czasem nie do końca radzimy sobie z sytuacją jak byśmy chcieli. – Zresztą, czemu musiał jej się tłumaczyć? Nie pytała go przecież, czy dawał sobie radę, to William wyszedł z tłumaczenia się przed nią, czego nawet się nie spodziewała. Mimo wszystko, westchnęła cicho, wiedząc że sama chyba gorzej reagowała przez to wszystko, niczym orlica nadopiekuńczym niemal okiem spoglądając na wszystko, co dzieje się w okolicy.
- Wybacz, po prostu…cieszę się, że jesteś cały. – Westchnięcie uciekło z jej ust, odcinając się na ciemnych konturach drewna jasną parą, zawisającą w powietrzu z chłodu dookoła. Przetarła jeszcze czoło rękawiczką, przesuwając niesforne kosmyki znad głowy, błękitne tęczówki kierując jeszcze na Billa kiedy to on zadał jej pytanie. – Byłam w okolicy, w jednej…z kryjówek. Nieco innych kryjówek. Nie dla ludzi. – Dla towarów, ale nie chciała rozwijać dokładnie, co miała na myśli, za to szarpnęła jeszcze głową w kierunku orlicy siedzącej pod sufitem. – No i Kymopoleia chciała jeszcze polatać. To dobre miejsce dla niej aby rozprostowała skrzydła.
Potrząsnęła głową na to pytanie, rozbawiona już faktem, że i tak znała więcej niż jednego wilkołaka, więc w tej sytuacji zbieg okoliczności byłby chyba już niesamowicie wielki. Chrząkając cicho, spojrzała jeszcze na Williama kiedy zabierał paczkę, kreśląc słowa na notatce które najpewniej stanowiły ostrzeżenie.
- Nie, nie znam go, ale jeżeli jakoś mogę pomóc…wystarczy, że dasz mi znać. – Nie do końca orientowała się sytuacji, ale wszystko nagle stało się jaśniejsze kiedy wytłumaczył, kim był człowiek którego spotkali; odwracając się w kierunku wejścia, jakby nagle Ulysses miał przyjść ponownie, opierając się o krawędź framugi i spojrzeć na nich z tym uśmiechem, z którym widziała go gdy tylko tu przyszła.
- Czekaj… - ostrożnie złapała go za ramię, tak aby jeszcze nie śpieszył się z wyjściem. Nie wiedziała, czy wpadła teraz na dobry pomysł, ale czy rzeczywiście stanowiło to wielkie ryzyko? – Powiedziałeś, że umiesz założyć zabezpieczenia. Czy dałoby się założyć takie, które uniemożliwiłyby wejście komuś innemu poza naszym wspólnym znajomym? – Oferował to na kryjówki, jeżeli jednak dało się to założyć i tutaj…może warto było spróbować?
- Willy…czy na pewno wszystko w porządku? – Dalej wyglądał na poddenerwowanego, ale najwyżej zbyje ją za to pytanie.



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Stara chata [odnośnik]09.04.22 14:57
Ogarniające go rozdrażnienie potęgowało się z każdą chwilą, będąc wynikiem nie tyle niespodziewanego spotkania z Thalią, co wychodzącego na wierzch zmęczenia; całonocne kursy nad niespokojnym krajem wyczerpały zarówno ciało, jak i umysł, jeszcze parę minut temu pobudzone adrenaliną, teraz – poddające się senności, ociężałości, rozproszeniu. I wspomnieniom: odległym, dawnym, pochodzącym z zupełnie innego życia, ale też takim, których wymazać z pamięci nie był w stanie – a które zawsze niezawodnie wyciągała na wierzch uporczywa obecność Ulyssesa. Wypuścił powoli powietrze z płuc, mając wrażenie, że wraz z nim ulatują z niego resztki sił; niczego nie chciał bardziej, jak powrotu do domu i przyłożenia głowy do miękkiej poduszki, zamknięcia ciężkich powiek – ale wiedział, że nie mógł jeszcze sobie na to pozwolić; łowca wilkołaków prawdopodobnie nie miał udać się na zdrową drzemkę dla poprawy samopoczucia, a William nie mógł pozwolić, żeby go wyprzedził – musiał ostrzec innych, przekazać wiadomość dalej. – P-p-przepraszam, po prostu – to była długa noc – powiedział, unosząc dłoń do twarzy i pocierając przymknięte powieki; były szorstkie, jak gdyby ktoś wepchnął pod nie ostre ziarnka piasku.
Kiwnął głową, gdy Thalia wspomniała o kryjówkach. – Rozumiem – przytaknął; wiedział, co miała na myśli – sam zaledwie kilka tygodni wcześniej pomagał jej w roznoszeniu paczek pomiędzy punktami na półwyspie; nie zdawał sobie sprawy, że podobne działały również w Szkocji, ale właściwie miało to sens – wojna nie oszczędzała całych Wysp Brytyjskich, a długa zima dotknęła wszystkich. – Znasz tę okolicę? – zapytał, niejako w odpowiedzi na propozycję pomocy. – Będzie nam p-p-potrzebna nowa kryjówka – wyjaśnił; nie było mowy, by ktokolwiek wrócił tutaj, nie, gdy lokalizacja chaty przestała być tajemnicą.
Zostawiwszy świstek w schowku pod podłogą, wyprostował się, odruchowo otrzepując dłonie z kurzu i przez moment jeszcze zatrzymując wzrok na deskach; sięgnął po różdżkę, jej koniec kierując w dół. – Vestitio – wypowiedział cicho, ale machnięcie różdżką nie przyniosło żadnego skutku. – Vestitio – powtórzył, tym razem nieco głośniej; drewno jedynie słabo rozgrzało się pod jego palcami, ślady odciśnięte w zaścielającym podłogę kurzu wciąż były jednak wyraźnie widoczne gołym okiem. – Vestitio – wycedził przez zaciśnięte zęby, z identycznym skutkiem. – Niech to p-p-psidwak pogryzie – wyrzucił z frustracją, musiał naprawdę być zmęczony; odetchnął z kapitulacją, opuszczając dłoń z różdżką i spoglądając na Thalię. – Mogłabyś?.. – zapytał; w innych okolicznościach poczułby zażenowanie, tym razem nie miał jednak na nie ani czasu – ani sił.
Czując palce zaciskające się na jego ramieniu zatrzymał się od razu, rzucając kobiecie pytające spojrzenie, ale w odpowiedzi na jej pytanie pokręcił przecząco głową. – Tak działa Fidelius, ale to b-b-bardzo skomplikowana magia – powiedział. Pamiętał, jak wiele godzin potrzebowała na ukrycie ich domu w Irlandii Justine, on musiał wyruszyć już teraz. – Ale m-m-może rzeczywiście mógłbym zostawić tu cave inimicum – dodał po namyśle; każde bardziej skomplikowane zabezpieczenie kosztowałoby go zbyt wiele czasu; czasu, którego nie miał. Wiedza o tym, że ktoś tu wrócił mogła jednak okazać się przydatna.
Słysząc pytanie o samopoczucie, zmusił się do słabego uśmiechu, chociaż kąciki ust za nic nie chciały pozostać w górze. – Tak, jestem p-po prostu zmęczony – skłamał; to nie był dobry moment ani miejsce na zagłębianie się w przeszłość; na tłumaczenie, dlaczego jego płuca wypełniły się przerażeniem, a zakończenia nerwowe drgały w nie do końca uzasadnionej panice.

| tu, tu i tu wielki mors uparcie mówi mi, że jestem charłakiem


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Stara chata [odnośnik]13.04.22 0:15
Lekkie poirytowanie i pewne obawy zastąpiło rozczarowanie własną postawą. Dopiero teraz zreflektowała się, że reakcja Williama nie wynikała z jej pojawienia się, a raczej z obecności mężczyzny. Czy to było aż tak dziwne? Nie? Tak? Przeszłość Moore’a wciąż była dla niej nieco zamkniętą kartą, bo nie o wszystkim dało się powiedzieć, nie o wszystkim się mogło. A jak już, to nie ona miała oceniać. Uniosła dłoń, a otaczający ją zmarli wydawali się na chwilę zafalować, ale wiedziała, że to tylko złudzenie – zawsze trwali w jednej postawie, niezmiennie tam, gdzie była i ona. Patrzący, oczekujący. Zwłaszcza jedna z nich. Ale tylko dla niej. Ostatecznie ręka powędrowała na ramię Williama, aby zacisnąć się na nim krótko i wspierająco, tylko na chwilę aby nie ingerować w jego przestrzeń za bardzo. Czasem to izolacja była tym co potrzebne.
- Wybacz, nie chciałam… - Nie kajała się przesadnie, ale nie chciała zostawiać tego niedopowiedzenia. Gwizdnęła jeszcze cicho, a orlica spłynęła spod krokwi, niemal bezszelestnie siadając jej na ramieniu i przestępując z jednej nogi na drugą, łypiąc na Moore’a swoim nieprzeniknionym spojrzeniem. Choć Thalia wyczuwała, że raczej byliby sobie raczej bliscy – miłość do lotów pod niebem na pewno by ich połączyła. Skinęła głową na zrozumienie ze strony Billa, ciesząc się, że nie zadawał więcej pytań. Nie dlatego, że nie umiała na nie odpowiedzieć, ale tak było łatwiej. Nawet jeżeli niewiele teraz było chwalebnych zajęć, ale wciąż dziwnie się czuła.
- Tak, kojarzę co nie co. Szukasz czegoś na chwilę aby dalej przenieść tę osobę, czy może wolisz coś bardziej…no wiesz, na dłużej? – Rozważała wszystko, co jej teraz przechodziło na myśl, błądząc gdzieś rozważaniami pomiędzy paroma opcjami. Problemem było to, że nie wszystkie były lepszymi rozwiązaniami na dłuższą metę, a praktycznie żadna z nich nie miała zapasów. Ale jeżeli dla Williama to nie był problem, mogli przejść się po okolicy i przejrzeć co się da.
Kiedy zasugerował zaklęcie, wyciągnęła różdżkę na nowo, absolutnie nie komentując tego jak szło mu rzucanie zaklęcia, w tych momentach raczej smętnie wspominając własne nieudane działania kiedy wybrała się do działania z Tonksem. Miała nadzieję, że teraz mogło pójść jej raczej lepiej, dlatego koniec różdżki skierowała w stronę kurzowych śladów.
- Vestitio - Spojrzała na kurz, który nawet nie drgnął. Odetchnęła mocno, rozciągając się lekko, próbując skupić się o wiele mocniej na tym, co było jej celem. Nie na emocjach. - Vestitio
Tym razem ślady znikły, a ona odetchnęła. Kiedy zaś William skomentował odnośnie jednego z zaklęć, pokiwała głową, wiedząc, że lepsze było już cokolwiek niż pozostawianie szansy że tamten mężczyzna mógł wrócić. Na samą myśl aż obróciła się przez ramię, ale posępna prawda właśnie do niej dotarła i to, co miałoby się dziać…gdyby teraz musiała rozważać, że Ulysses zmierza do jej ojca, do Michaela. Zacisnęła dłonie na własnych ramionach, ściskając mocniej niż wypadając.
- Jeżeli chcesz rzucać zaklęcie, przypilnuję aby nikt nie przeszkodził. Potem możemy przejść się po kryjówkach i ostatecznie wrócimy do domu. – Zdążyła się pojawić w domu Moorów dopiero wczoraj, ale chyba lepiej będzie jak wrócą kiedy cała praca będzie skończona.



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Stara chata [odnośnik]13.04.22 11:19
Słaby uśmiech zatańczył na jego wargach, kiedy na jego ramieniu na krótko zacisnęły się palce Thalii; gest był pokrzepiający i w jakiś sposób rzeczywiście sprawił, że poczuł się lepiej – część niepokoju i osiadającego na barkach ciężaru rozmyła się w powietrzu, podobnie jak przytłaczające poczucie osamotnienia. – Nie zrobiłaś niczego z-z-złego – powiedział, kręcąc lekko głową; wnętrzności zalały mu kłujące wyrzuty sumienia, stłumił je jednak, pozostawiając uporanie się z nimi na później – gdy już chwilowy kryzys zostanie zażegnany, i oboje będą mogli wrócić do domu w Irlandii. Tam mógł się odwdzięczyć, nawet jeśli tylko kubkiem gorącej herbaty i dobrym śniadaniem.
Ciche gwizdnięcie wyrwało go z chwilowego zamyślenia; uniósł spojrzenie, przypatrując się zlatującej z krokwi orlicy, posłusznie przysiadającej na kobiecym ramieniu. – To nie m-m-musi być stałe lokum – doprecyzował; człowiek, któremu miał dostarczyć przesyłkę, nie mieszkał w zniszczonej chacie – schowek pod podłogą służył za skrzynkę kontaktową, a sam budynek – za miejsce, w którym ukrywający się czarodziej mógł przeczekać pełnię. Z dala od innych zabudowań i przypadkowych przechodniów, bezpiecznie. – Wystarczy też t-t-takie na chwilę – coś, co da nam czas na przygotowanie nowej kryjówki – dodał, w zamyśleniu pocierając kark. Jeśli nowe schronienie wymagało remontu czy napraw, był w stanie się tym zająć – podobnie jak zorganizowaniem pomocy w magicznym zabezpieczeniu terenu – ale to wymagało co najmniej kilku dni. Ulysses był z kolei zawzięty, William znał go na tyle, by być pewnym, że nie zaniecha pogoni za raz zwietrzoną zwierzyną.
Skinął z wdzięcznością głową, kiedy przywołana przez Thalię magia usunęła ślady odciśniętych w warstwie kurzu stóp; przeszedł przez kuchnię ostrożnie, pilnując, by nie narobić nowych – zwłaszcza w okolicy obluzowanej deski – po czym przystanął obok czarownicy. – W porządku – p-p-potrzebuję kilkunastu minut – powiedział, mocniej zaciskając różdżkę w palcach. Zmęczenie utrudniało mu skupienie, jednak już samo wyjście na zewnątrz nieco go otrzeźwiło – mroźne, czyste powietrze stanowiło miłą odmianę po dłuższym przebywaniu w dusznej, przesiąkniętej zapachem starości kuchni.
Przetarł oczy, przez moment przyglądając się bryle podniszczonego budynku, a później podchodząc do pierwszego z narożników – zaczynając nakładanie zaklęcia od niego; przywołanie do siebie magii przychodziło mu z trudem, zabezpieczenie należało jednak do tych prostszych – po paru próbach zdołał więc wznieść zalążek magicznej konstrukcji, opierając ją na istniejących już ścianach nośnych, niewidzialne nici ciągnąc dalej, do następnego rogu, wokół domu – szczególną uwagą obdarzając okna, przez które intruz mógł wsunąć się do środka. Gdy już obszedł cały budynek, skończył zawiązywanie uplecionych z energii więzów, mimo wyczerpania nie spiesząc się – pilnując, by były szczelne. Po wszystkim cofnął się o krok, oddychając swobodniej i odsuwając z twarzy kosmyki włosów. – Gotowe. Masz ze sobą m-m-miotłę? – zapytał, odwracając się przez ramię, żeby uchwycić spojrzenie stojącej na czatach Thalii. – Jeśli nie, p-p-polecimy na mojej, będzie szybciej – zaproponował, machając krótko różdżką, żeby przywołać do siebie pozostawioną na tyłach miotłę. – Gdzie jest najbliższa z tych kryjówek? – zapytał jeszcze, chcąc zabrać się za poszukiwania jak najszybciej – już i tak zabawili tutaj wystarczająco długo.

| zt :pwease:


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Stara chata [odnośnik]24.04.22 21:07
Nie była zagrożeniem i takiego już tutaj, na ten moment, nie dało się znaleźć. A i ona bardzo dobrze wiedziała, że w takich wypadkach najczęściej rozum spał, przebijając się do sfery gdzie zagłuszone było wszystko, a budziły się po prostu instynkty. William jednak wydawał się powoli wracać do rzeczywistości, tym bardziej więc mogła odetchnąć, zwłaszcza że czekała ich jeszcze chwila w Szkocji. Miała nadzieję, że po powrocie do Irlandii Will chociaż przez chwilę odpocznie, zaśnie nie niepokojony tym spotkaniem. Ale z własnego doświadczenia powiedziałaby, że to niemożliwe – emocje wybuchały płomieniem i długo się żarzyły, wolno się wypalając. Ale nie chciała go zostawiać z tym samego jeżeli by tylko chciał przyjąć jej towarzystwo.
- W takim razie mogę coś zaproponować. Tylko musisz sam ocenić, na ile się coś na da. – Niektóre wydawały się być w miejscu, które dobrze można było skojarzyć, inne zaś w bardziej prywatnych zaroślach. Czy coś mogło podpasować, nie miała jeszcze pojęcia, ale jeżeli chodziło o możliwości, sama najchętniej korzystała z tego, aby jednak udało się coś znaleźć. W końcu chodziło o ludzkie życie, bo przecież gdyby coś złego się stało, miała pluć sobie w brodę, że coś miało źle ustawione okna?
- Zajmij się tym co masz, przypilnuję aby nikt tutaj nie wszedł. – Przemknęła po podłodze, sunąc ostrożnie, przy okazji wracając do wcześniejszej swojej wersji, ledwie migając brązowymi lokami kiedy wysuwała się z przestrzeni domu. Nie chciała zwracać uwagi na niego, dlatego posłała jeszcze orlicę w niebo, ostrożnie spoglądając na okolicę zanim nie ruszyła na obchód, dzierżąc różdżkę. Homenum Revelio miało najwidoczniej im dziś towarzyszyć poza innymi zaklęciami.
Dopiero kiedy miała pewność, że w najbliższej okolicy z każdej możliwej strony nie znajduje się zagrożenie, na powrót ruszyła w okolice Williama, uśmiechając się do niego kiedy tylko na powrót znalazła się u jego boku. Zapowiadało się, że na dziś skończyli, dlatego czas było im ruszać w drogę. Rzuciła jeszcze kontrolnie spojrzenie, czy z Billym aby na pewno już lepiej, nie wypytując jednak o nic. Pewnie wolałby aby mu nie matkowała.
- Mam swoją miotłę, będę lecieć przodem i w razie czego to krzycz. – Skinęła głową, kierując się do miejsca gdzie zostawiła swój transport. Dobrze było móc rozejrzeć się po okolicy póki mieli siły.

zt



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Stara chata
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach