Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Stara chata
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Stara chata

Gdzieś wśród szkockich wzgórz stoi stara chata. Nikt już nie pamięta, kiedy ją postawiono ani kto to zrobił. Zapewne z tego powodu krążą o niej liczne legendy. Jedni mówią, że żyją tam duchy, inni, że to kryjówka wilkołaków, a są też tacy, którzy twierdzą, że rezyduje tam sam król wampirów, kimkolwiek miałby być. Chata swoim wyglądem podsyca kolejne mrożące krew w żyłach opowieści. Z powybijanymi oknami i skrzypiącymi drzwiami, które łomoczą przy nieco silniejszym wietrze. W dodatku, gdy podejść do niej nocą, można zobaczyć, że w środku świeci się światło.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stara chata - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Jedno słowo.
Dokładnie tyle potrzebował, żeby pozbawić go opanowania, zmusić szczęki do zaciśnięcia się i palce do mocniejszego uchwycenia różdżki, w niemej i skazanej na porażkę próbie powstrzymania rozlewającego w jego wnętrznościach gorąca – zdradliwego, mającego za moment wypłynąć również na szyję i policzki, pobielałe od chłodu i zmęczenia. Nie powinno go to aż tak zdenerwować; był przyzwyczajony do podobnych przytyków, młodzieńcze lata i późniejsza kariera szukającego zobojętniły go na wycelowane w jąkanie docinki, niejednokrotnie rozbrzmiewając w ustach najpierw Ślizgonów, a później zawodników przeciwnych drużyn – ale w sposobie, w jaki przedrzeźniał go Vale niemal od zawsze było coś innego, prywatnego; popychającego jego wspomnienia prosto do wypełnionej zapachem mokrej kredy klasy mugolskiej podstawówki, zamkniętej w czasach, kiedy był tylko głupim Billym. Wycofanym, odrzuconym przez rówieśników, tak innym od tego, którym stał się później; pochowanym w odległej przeszłości, ale od czasu do czasu wciąż znajdującym sposób na przedarcie się na powierzchnię, do teraźniejszości; odbierając mu pewność we własne umiejętności, w magię płynącą w żyłach, w istnienie ludzi, którzy gotowi byli skoczyć za nim w ogień. Przełknął powoli ślinę, starając się za wszelką cenę odepchnąć od siebie fantomowy, duszący posmak szarego pyłu, przez cały czas wpatrując się w sylwetkę młodego mężczyzny, w którym wszystko – od irytująco opanowanego wyrazu twarzy po nonszalancką, przepełnioną nieznośną pewnością siebie postawę – sprawiało, że miał ochotę rzucić się na niego z pięściami, zetrzeć ze skóry ignorancję, sprawić, by w szarym spojrzeniu błysnął strach – ten sam, który zatruwał właśnie jego płuca, roznosząc się po organizmie niczym dym i stopniowo docierając do zakończeń nerwowych.
Bo tak – oczywiście, że się bał.
Nie tego, co mógłby zrobić z nim brygadzista – nie obawiał się walki, zdając sobie sprawę, że nawet przy skrajnym wyczerpaniu był w stanie się jej podjąć, a w najgorszym wypadku: dotrzeć do pozostawionej na tyłach miotły, która czyniła go przecież niedoścignionym; lęku nie budziła też różdżka w szczupłych palcach ani nawet połyskujący srebrem nóż. Przerażał go on sam – a raczej to, kim zdarzało mu się stawać w towarzystwie Ulyssesa Vale’a. Rozluźnionego, opartego jakby od niechcenia o drzwi, niewygodnie stanowiące jedyną łatwą drogę ewakuacji z kuchni; odzywającego się do niego głosem budzącym najgorsze wspomnienia, ale i bezlitośnie obnażającego przed nim surową beznadziejność jego położenia. Co zamierzał zrobić? Pytanie zawisło pomiędzy nimi, przez długą sekundę obracając się w dusznej przestrzeni prawie namacalnie, uświadamiając go, jak bardzo nie miał pojęcia. – Niech wróci. Spotka go ciepłe p-po-powitanie – powiedział, opuszczając ramiona wzdłuż nadal wyprostowanego sztywno tułowia, ani na moment nie rozluźniając jednak zaciśniętych na różdżce palców ani mięśni spiętych boleśnie barków. Starał się zabrzmieć spokojnie, ale nigdy nie był dobrym kłamcą; napięcie przelewało się więc między pojedynczymi głoskami, tak szybko, jak szybko gnały jego myśli, gdy starał się wymyślić jakiś plan działania. On nie zostawił swoich namiarów u nikogo, a o tym, że tu był, wiedział tylko Anthony – ale wątpił, by zmartwił go brak natychmiastowej wiadomości zwrotnej. Zanim ktokolwiek zorientowałby się, co się stało, korzystający z tej kryjówki człowiek zdążyłby wrócić, wpaść prosto w zastawioną na niego pułapkę. – Zresztą – i tak się sp-p-późniliście – powiedział, decydując się kłamać dalej i robiąc krok do przodu; głównie po to, żeby odwrócić uwagę Vale’a jak najdalej od zakurzonej podłogi, a najlepiej: w ogóle wyciągnąć go z kuchni. Kryjówka była stracona, życie wilkołaka, któremu obiecali pomóc – jeszcze nie.
Nie spodziewał się, że rozwiązanie – zapewne nieświadomie – podsunie mu sam Ulysses, ale gdy tylko wspomniał o listach gończych, coś w jego umyśle kliknęło; zacisnął wargi, podciągając wyżej kącik ust w karykaturze uśmiechu, pozbawionego jednak jakichkolwiek skrawków wesołości. Czy pięć tysięcy galeonów mogło być dla niego warte więcej niż natychmiastowe schwytanie człowieka, którego trop doprowadził go aż tutaj? Czy pozbycie się jego mogło? – Nie wiem. Jestem? – zapytał, już teraz nie starając się ukryć roznoszącej się gorzko na języku pogardy. Do niego czy do siebie? Nie byli do siebie podobni, na pierwszy rzut oka różniąc się dokładnie wszystkim – a jednak w przeszłości na krótką chwilę zlali się w jedno, dzieląc odpowiedzialność za rozgrywającą się w starym domu tragedię na pół. Nienawidził tej świadomości – bardziej chyba nawet niż nienawidził jego. – P-p-pewnie całkiem nieźle ci idzie wyznaczanie ceny za ludzkie życie – dodał po chwili, znów przesuwając się nieco do przodu, o kolejnych kilkanaście centymetrów; już stał prawie na klapie, tym samym zbliżając się do przejścia zablokowanego przez Vale’a, uparcie stojącego na swoim miejscu. – Ile płacą ci za jednego w-w-wilkołaka? – pytał dalej, choć tak naprawdę wcale nie chciał znać odpowiedzi. – Dorzucają coś ekstra, jeśli ma mugolskie p-po-pochodzenie? – ciągnął, robiąc kolejny krok do przodu, niby od niechcenia przesuwając stopą po deskach; rozcierając starty równo kurz tak, by wyglądał bardziej przypadkowo. Tam powinien się zatrzymać; zdawał sobie sprawę, że jeszcze kawałek i znajdzie się w zasięgu kołyszącego się w dłoni mężczyzny noża, ale ten nie wyglądał, jakby gdzieś się spieszył – a upływający czas nie działał bynajmniej na korzyść Williama. Zduszając więc zdrowy rozsądek, podszedł jeszcze bliżej, niwelując resztki dzielącego ich dystansu. – Co ty zamierzasz zrobić, Vale? – zapytał, odpowiadając wreszcie pytaniem na pytanie; jego słowa rozbrzmiały w kuchni wyraźnie, czysto, choć sam ledwie je usłyszał, skupiając się głównie na głośnym dudnieniu własnego serca.


podpal ten świat
zabierz stąd nas
zatrzymaj świt
zostaw im wszystko
William Moore
William Moore
Zawód : lotnik na usługach Macmillanów
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 25
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Powrót do góry Go down

Nigdy nie zapomniał nagłego, niezrozumiałego bólu, gdy zobaczył Williama w Dolinie w tamte długie, zimne święta - jakby ktoś kopnął go w brzuch, a on miał ochotę osunąć się na kolana i wymiotować. Wtedy nie rozumiał, zrzucając tamtą złość na niechęć i odrazę, na zwykły nastoletni gniew, który targał nim za każdym razem, gdy tamten chłopak zjawiał się w zasięgu jego wzroku. To byłoby proste - nienawidzić tym rodzajem nienawiści, który łamał nosy i podrywał cudze zauroczenia; tym rodzajem nienawiści, który wyrzucał z siebie ostre szlama i niszczył poranki opryskliwymi uwagami na boisku do Quidditcha. Ulysses latami jednak przekonywał się, iż nic w zasadzie nie jest proste, bo świat nie przypominał wcale tych siatek wzorów, którymi tak uparcie się kierował, a on sam nie był tak silny i tak chłodny jak być chciał; bo wtedy, kiedy ujrzał go takiego nieznośnie szczęśliwego, otoczonego rodziną i śmiechem, jakaś część jego chciała podejść i pchnąć go na ścianę, rozrywając ranę, która już zdążyła się zasklepić. Nie umiał. Bolało przecież, tak głupio i tak tępo, gdy siedział w tamtym ciemnym domu. Sam.
Od tamtego dnia nie mógł pozbyć się wrażenia, że każdy śmiech Williama jest śmiechem wymierzonym w niego. Każde jego zwycięstwo, każde szczęście było wymierzone w niego. Jakby mimo mijających lat nigdy nie przestali być nastolatkami, a Ulysses nigdy nie przestał być zawistnym dzieciakiem, który nie umiał opanować zadowolonego grymasu gdy szeroko otwarte oczy Moore'a orientowały się co zrobił i kim się stał; że być może nie był wcale o wiele lepszy od niego.
Zapomniał już jak przyjemna i ciepła jest to satysfakcja, a więc teraz tak ciężko było powstrzymać się od uśmiechu, gdy zdenerwowanie jarzyło się w spojrzeniu jego rozmówcy. Domyślał się przecież co tutaj robił - wystarczyła jego twarz na listach gończych, tamten podpis. Zakon Feniksa. W coś ty się wpakował, Billy? Wydałeś na siebie wyrok śmierci, skazałeś na ciągłą ucieczkę. W imię czego? Czy nie lepiej byłoby ci siedzieć cicho?
- Taką jak mnie?- zagaił beztrosko, nadal widocznie zadowolony z przebiegu tej osobliwej rozmowy, choć w środku cały się trząsł, a palce w obsesyjnym wręcz skupieniu badały rękojeść noża. - Na pewno byliby zadowoleni...Ostatnio praca przysparzała nam mało problemów, zrobiło się nudno. - Nie chciał tak naprawdę by ktokolwiek dowiedział się o tej wymianie, o tym spotkaniu, które powinno zostać uwięzione na zawsze w popękanych murach tej małej rudery. Walka zawsze miała być tylko ich i tylko William widzieć miał Ulyssesa w tym stanie. W słabości.
Zdziwił go ten krzywy uśmiech, a jednak odwzajemnił go z jadowitą wręcz złośliwością. Napięcie było ciężkie i Vale wiedział, iż wystarczą sekundy i kilka słów, by w końcu zaczęło ich dusić. Łapiąc resztki powietrza i w tej wściekłej panice tak trudno byłoby uchylać się przed zaklęciami, jeszcze trudniej byłoby uniknąć któregoś z noży. William zbliżał się powoli i tak też stawał się coraz łatwiejszym celem. Wystarczyłoby wyciągnąć rękę i pchnąć - pod żebra. Nie musiałby go zabijać, na pewno wśród jego wielu przyjaciół znalazłby się ktoś, kto zna magię leczniczą lub umie opatrywać rany.
- Oczywiście - odparł lekko, prawie z sympatią. Moore bowiem nie mylił się ani trochę. Ulysses był sprawny w nakładaniu cen na wszystko, a cudze głowy nigdy nie były wyjątkiem. Ta Williama, ta która teraz próbowała prowokować go swoimi kolejnymi uwagami, była warta przynajmniej dziesięciu takich bezimiennych wilkołaków. - Ja zapłaciłbym więcej... - westchnął głęboko, a słowa ułożyły się na języku tak gładko, niemal słodko. Przekrzywił lekko głowę, gdy uśmiechał się do niego kolejny raz. Było coś znajomego w tym minimalnym dystansie miedzy nimi, w zniżającym się głosie. - Cóż, teraz płacą mi więcej niż w Ministerstwie, ale i tak niewystarczająco - mówił ciszej, a chłodny wzrok uparcie uczepiał się oczu Moore'a. Teraz nie mógł już pozwolić mu się odsunąć.
Ukrywał go tutaj, to było zbyt oczywiste. Zbyt oczywistym było też to, iż wilkołaka już w domu nie było. Vale nie był tak zawziętym łowcą jak niektórzy z jego drużyny, która bawiła się w polowania za pieniądze Avery'ego. Nie przemawiały do niego głosy o ratowaniu czarodziei przed zarazą, nie przemawiały do niego głosy o ratowaniu kogokolwiek. Podcinał gardła, wycierał ostrze o rękaw i wyciągał dłoń po pieniądze - bez zbędnych tortur, wielkich słów i marnowania czasu. Teraz również miały czekać go jedynie serie żałosnych szlochów, bezsensowne próby ucieczki i zbyt głośne błagania - męczące, ale w końcu uciąłby je i wrócił do domu. Wypiłby gin, zasnął w fotelu w swojej bibliotece, daleko od tego okropnego miejsca, od zimna, tkanek palonych srebrem i co najważniejsze - daleko od Williama Moore'a.
- Vale? - powtórzył cicho, przeciągając głoski swojego nazwiska, jakby chciał zająć nim teraz całą pozostałą między nimi przestrzeń. Ludzie zwykli mówić do niego w ten sposób, imię wybrzmiewało tak rzadko, zbyt miękkie być może by ułożyć się na języku w jego towarzystwie. Milczał przez chwilę, przez głupią chwilę słabości, kończącą się wraz z cichym, cierpkim śmiechem, który wydostał się z jego gardła. - Skoro chcesz wiedzieć - mówił powoli, ważąc każde słowo. Cała sztuczna wesołość zniknęła z twarzy, nonszalancko rozluźnione ciało znów wyprostowało się czujnie, a on odbił się od framugi. Napięte mięśnie, palce zaciśnięte na nożu, pół kroku wprzód. - Mógłbyś mi powiedzieć gdzie jest moja zguba albo po prostu milczeć i dać mi pracować, a ja pozwolę ci odejść i zapomnę, że kiedykolwiek cię tu widziałem. Wiem, że nie przystaniesz na ten scenariusz, chociaż ten byłby najkorzystniejszy dla każdego z zainteresowanych. Wierz mi, ze wszystkich łowców jestem najlepszym wyjściem - Uśmiech był krótki i ostry niczym sztylet. - Szybka, bezbolesna śmierć, praktycznie honorowa. Ci którzy wrócą będą znęcać się godzinami...naprawdę, widuję to cały czas, bawią się tym cierpieniem jak dzieci - prychnął i przewrócił oczami, jakby mówił o grupce niegrzecznych uczniów. Znów zamilkł na ułamek chwili, nasłuchując dźwięków, które odbiły się nagle od starych ścian. Wiatr. - Jak długo dasz radę tak uciekać, co Billy? Nie męczy cię to? - Westchnął raz jeszcze, tym razem z cieniem teatralnej irytacji. - Bądź rozsądny.


it's classic horror! if the monster learns appropriate restraint, it becomes an angel.

Ulysses Vale
Ulysses Vale
Zawód : łowca wilkołaków
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
when i call myself a shell
i mean–a used up bullet casing.
as in, the aftermath of something lethal.
as in, an echo of inflicted evil
OPCM : 8
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10724-ulysses-vale#326292 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10754-vale#326472 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10785-u-vale

Powrót do góry Go down

Nie rozumiał go.
Nigdy nie potrafił zrozumieć: tej beztroski dźwięczącej pomiędzy głoskami, wypowiadanymi z lekkością kompletnie niepasującą do ciężaru sytuacji; tego opanowania utrzymującego rysy w wyrazie idealnej obojętności; tego, że nic nie zdawało się robić na nim wrażenia, bez względu na to, czy u boku swoich ślizgońskich przyjaciół doprowadzał właśnie do płaczu Godrykowi-ducha-winnego pierwszoroczniaka, odbierał zdolniejszemu zawodnikowi miejsce w drużynie, wymierzał bezlitosny cios tłuczkiem, czy zjawiał się w progu cudzego domu wraz ze wschodzącym słońcem, żeby bez mrugnięcia okiem zakończyć czyjeś życie. Zachowywał się, jakby w prezencie od losu otrzymał prawo do tego wszystkiego, i jakby żadna decyzja czy przewina nie ciągnęły za sobą nawet śladowych wyrzutów sumienia. Co z jednej strony budziło w Williamie odrazę, a w drugiej – mdlącą zazdrość, nieodpowiednią i paskudną, ale oplatającą go ciasno zwłaszcza wtedy, kiedy sam po raz kolejny wracał myślami do niezatartych w pamięci obrazów, do jaskrawoczerwonych poparzeń oblewających twarz i szyję szkolnego znajomego, do martwych i pustych oczu pozbawionej duszy dziewczynki, do rdzawego zapachu rozlewającej się na więziennej posadzce krwi. Do brutalnych dzieł namalowanych dłońmi ludzi niewrażliwych na cierpienie, które sami zadawali; ludzi, którzy nonszalanckim wzruszeniem ramion kwitowali wydanie wyroku śmierci na jego przyjaciela; ludzi takich, jak Ulysses Vale.
Nudno – powtórzył za nim, głosem w jakiś niewytłumaczalny sposób jednocześnie wypranym z emocji, jak i od nich kipiącym. Było coś osobliwego w tym, że znów stali naprzeciw siebie – tak samo, jak kiedyś po dwóch stronach szkolnego korytarza, sportowego boiska czy kawałka ziemi niczyjej w Dolinie Godryka; że nie zmieniło się między nimi nic – mimo że od ich ostatniego spotkania świat zdążył stanąć w płomieniach i skończyć się co najmniej kilka razy. – Samo mordowanie wilkołaków p-p-przestało zapewniać ci rozrywkę? – zapytał, nie dbając o to, że właśnie po raz kolejny otwarcie przyznawał się do uważnego śledzenia jego poczynań, choć odbijające się w otwartych nieco szerzej oczach zaskoczenie zdradzało, że nie z każdej z ostatnich zmian zdawał sobie sprawę; fakt, że Ulysses przestał pracować dla Ministerstwa Magii był dla niego nowością, ale pytanie, które zatańczyło na jego wargach, zdusił w ostatniej chwili, zamiast tego powoli przełykając ślinę. Dla kogo więc pracował teraz? Oczywista (choć błędna) odpowiedź nasunęła mu się niemal od razu, sprawiając, że po plecach przebiegł mu lodowaty dreszcz – a on sam po raz pierwszy zdał sobie sprawę z tego, jak blisko się znalazł. W tej odległości wciąż ściskana w palcach różdżka stawała się bezużyteczna, Ulysses bez trudu zdołałby wytrącić mu ją z ręki, nim wykonałby pierwszą pętlę nadgarstkiem; próba wycofania się w stronę nieszczelnego okna również brzmiała mało wykonalnie, dobiegnięcie do niego i walka z przerdzewiałymi zawiasami zabrałaby mu stanowczo zbyt dużo czasu.
Jedyną drogą na zewnątrz pozostawała ta prowadząca przez kuchenne drzwi.
Jesteś chory – wyrzucił z siebie, z trudem zmuszając sylaby do przeciśnięcia się przez ściśnięte gardło. Spokojne odpowiedzi mężczyzny jedynie zdenerwowały go bardziej, a kiedy Vale się wyprostował – sprawiając, że zrównali się wzrostem, a ich oczy znalazły się na jednym poziomie, teraz już zupełnie uniemożliwiając mu ucieczkę wzrokiem – musiał przywołać wszystkie pokłady silnej woli, by powstrzymać odruch cofnięcia się o krok. Nie poruszył się jednak, pilnując, by wybrzmiewająca w niknącej przestrzeni groźba nie szarpnęła ani jednym jego mięśniem; nie miał zamiaru dać się zastraszyć, nie jemu; nie, kiedy od tego, jak się zachowa, znów zależało niewinne życie. Nigdy więcej.
Prychnął głośno, choć bez rozbawienia; uśmiech znikający z twarzy Ulyssesa w jakiś sposób starł również i jego własny, a on sam wraz z każdą nieznośnie długą sekundą stawał się coraz bardziej świadomy swojego położenia. – P-po-pozwoliłbyś mi odejść? Dlaczego? – zapytał, bardziej z ciekawości niż z jakiegokolwiek innego powodu, bo ani przez chwilę nie rozważał na poważnie możliwości przyjęcia przedstawionych przez niego warunków. Wolna dłoń uniosła się do góry, w bezwiednym odruchu sięgając tyłu głowy, jak gdyby chciał się podrapać; opuszki palców natrafiły jednak nie na swędzącą skórę, a na pionowe, nierówne zgrubienie starej blizny, zupełnie niewidocznej między włosami. Wzdrygnął się ledwie zauważalnie, łapiąc się na tym geście i opuszczając rękę. – Och, wierzę – odpowiedział mu od razu, w reakcji na kolejne centymetry zniwelowanego dystansu jedynie zadzierając wyżej głowę. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i podeszwy jego stóp wwiercą się w zakurzoną podłogę. – Widziałem, do czego jesteście zd-d-dolni – dodał, przez moment mając wrażenie, że znów wdycha zapach krwi i śmierci wypełniający niewielki pokój; szmalcownicy i łowcy wilkołaków niczym się dla niego nie różnili, różniły się jedynie ich ofiary. – Wszyscy k-kiedyś za to zawiśniecie – warknął. To było znacznie łatwiejsze – scalić go mentalnie z Rycerzami Walpurgii i ludźmi ministerstwa, obarczyć winą za wszystko, czego w ostatnich miesiącach był świadkiem; przelać tę całą złość i gniew, które kotłowały się w nim na wspomnienie Azkabanu, zbudować z nich mur zamykający go w rzeczywistości, w której z Ulyssesem nie łączyło go absolutnie nic poza paroma szarpanymi bitwami. Uchwycił się tej myśli, uparcie odpychając od siebie tamtą rozświetloną łuną pożaru noc, obawiając się, że w innym wypadku po prostu by się poddał; nie będąc w stanie powstrzymać cisnących się na usta zdań ani żałosnych pytań mających na celu odnalezienie usprawiedliwienia dla jego (ich?) działań. – P-p-przed nikim nie uciekam – odpowiedział butnie. Nie była to prawda, choć być może w tamtym momencie w jego słowach kryło się jakieś jej ziarno, bo gdzieś pomiędzy kolejnymi oddechami rzeczywiście porzucił myśl o ucieczce ze starej chaty – zamiast tego pochylając się do przodu, żeby oprzeć lewą dłoń na framudze zastawionych przez Ulyssesa drzwi; dokładnie na wysokości linii ciemnych włosów. – Odejdź stąd – powiedział ciszej; mając nadzieję, że zabrzmiało to jak rozkaz, a nie żałosne błaganie kogoś, komu skończyły się opcje. – Znalazłeś chatę, ale była p-p-pusta. Nie spotkałeś ani mnie, ani nikogo innego. Trop się urwał – mówił dalej, ani na sekundę nie opuszczając spojrzenia, choć przez cały czas towarzyszyła mu niewygodna świadomość istnienia znajdującego się tuż obok ostrza noża. – Ten człowiek n-n-nie zrobił nikomu nic złego – dodał, tak jakby mogło to mieć jakieś znaczenie; tak jakby wierzył, że był w stanie przedrzeć się przez te wszystkie warstwy lodowatej obojętności, nawet jeśli nie miał pojęcia, co znalazłby po drugiej stronie. Wypuścił powoli powietrze z płuc. – Ta sp-p-prawa i tak jest dla ciebie przegrana. Jeśli stąd wyjdę, to go ostrzegę. – Nie było już sensu udawania, że nikogo tu nie szukał. – Jeśli mnie zabijesz, zrobią to moi p-p-przyjaciele. Bądź rozsądny – powtórzył za nim, naśladując jego intonację.


podpal ten świat
zabierz stąd nas
zatrzymaj świt
zostaw im wszystko
William Moore
William Moore
Zawód : lotnik na usługach Macmillanów
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 25
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Stara chata

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach