Wydarzenia


Ekipa forum
Wybrzeże
AutorWiadomość
Wybrzeże [odnośnik]27.11.16 15:11
First topic message reminder :

Wybrzeże

Pokryte zaczarowanym drobnym, białym piaskiem wybrzeże, zejście do którego prowadzi od sali balowej; szerokie, o miękkiej, przyjemnej dla bosych stóp powierzchni jest doskonałym miejscem do dalekich spacerów bez towarzystwa zbędnych gapiów. Przyjemna bryza stanowi rześkie orzeźwienie w trakcie dusznych przyjęć, a na co dzień - pozwala na zaznanie odpoczynku. Od tej strony wybrzeża można obserwować imponujące wschody słońca.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Wybrzeże - Page 18 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Wybrzeże [odnośnik]17.10.23 15:51
Cordelia nie przepadała za morzem. Wielkie i mokre, słone i nieprzewidywalne - pięknie wyglądało tylko na obrazach, ale również tylko wtedy, gdy tafla pozostawała niewzruszona, a artysta ujął na płótnie inne atrakcje, na przykład syrenki, kwietną łąkę czy romantyczny zachód słońca. Tak, wtedy była to Sztuka, w innym wypadku: marnotrawstwo talentu. Podejrzewała, skąd bierze się u niej ta niechęć: pamiętała dokładnie mroczny obraz wzburzonej toni wiszący nad drzwiami w jej dziecięcym pokoju. Sztorm huczał, białe grzywy lśniły w blasku błyskawic, gwiazdy skryły się za ciemnymi chmurami, a mały stateczek ledwo utrzymywał się na powierzchni wody. Prosiła, by malowidło wyniesiono, ale Abraxas uznał, że jest piękne - była pewna, że brat wiedział jak bardzo się go boi i specjalnie pragnie wykorzystać je, by nie opuszczała wieczorami pokoiku.
Szczęśliwie morze na wybrzeżach Kent nie było takie koszmarne. Rozciągało się leniwie w upale, przyjemnie iskrzyło się w słońcu, lecz Cordelia i tak starała się na nie nie zerkać - przerażał ją nieskończony horyzont. Wolała skupić się na swej drogiej przyjaciółce, ślicznej i słodkiej, pierwszy raz witającej ją w roli małżonki i gospodyni nowego domu. Lubiła ją, bardzo, nie tak jak Imogen, ta była dla niej jak siostra, lecz relacja z nową lady Rosier zasługiwała na pewno na miano prostszej. Na powitanie uściskała Corinne serdecznie, francuskim zwyczajem całując ją - w powietrzu - w policzek, szczerze wzruszona spotkaniem. Lady Avery była jej wyjątkowo bliska, a ostatnio nie miały czasu na celebrację przyjaźni (czyli plotkowanie, chichotanie i wymienianie się skomplikowanymi opiniami dotyczącymi polityki). Dobrze było więc znów ją ujrzeć. Zwłaszcza w roli żony.
- Różane ogrody, tak bardzo chciałabym je znów zobaczyć! O tej porze roku muszą wyglądać nieziemsko! - odparła od razu, gdy zostały już razem; odwróciła się kontrolnie do tyłu, sprawdzając, czy służba towarzyszy im w zdrowym odstępie, pozwalając na całkowitą swobodę: dopiero wtedy uśmiechnęła się do Corinne promiennie a jej błękitne oczy zaiskrzyły. - Co u mnie - nieistotne, kochana! To nic w porównaniu z tym, co ty masz do powiedzenia! - słowa te należało zapisać w annałach, praktycznie nie padały z ust uwielbiającej mówić o sobie Cordelii. Tym razem jednak miłość własna przegrywała z dziewczęcą ciekawością dotyczącą nieznanego. I fascynującego, nie przerażającego, jak bezkres morza. - Jak to jest być żoną? Jaki jest Mathieu? Jak się czujesz? Jakie suknie otrzymałaś? A biżuterię? - zasypała Corinne pytaniami, biorąc ją pod rękę, by mogły spacerować blisko siebie i obydwie ukrywać się przed letnim słońcem pod materiałem parasolki. Oby była wzmacniana magicznie, naprawdę nie chciała dorobić się piegów. - Mów mi wszystko! WIesz, że twoje sekrety i myśli są ze mną bezpieczne! - zniżyła głos do poufałego szeptu i spojrzała prosto w oczy przyjaciółki, czekając, aż ta uchyli przed nią drzwi do tajemnic małżeństwa. Cordelia miała starsze siostry i kuzynki, lecz te nie dzieliły się detalami, poważne, tajemniczo uśmiechnięte, dumne, opowiadające półsłówkami. Rówieśniczki zaś znajdowały się w takiej samej sytuacji, co lady Malfoy. Imogen nie stanęła jeszcze na ślubnym kobiercu ani nie przekroczyła progu małżeńskiej sypialni - ach, Cordie, gdybyś tylko wiedziała - nie mogła być więc źródłem informacji. Co innego Corinne Rosier, w którą teraz córka Ministra wpatrywała się niczym kocię w wyjątkowo smacznego kanarka.
Cordelia Malfoy
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: Wybrzeże [odnośnik]18.10.23 2:44
Dla Corinne morze było swego rodzaju egzotyką, czymś czego w rodzinnym domu nie miała na co dzień, może dlatego polubiła bywanie na wybrzeżu. Przynajmniej w lato, bo zimą na pewno nie będzie tu tak miło, a przyjemna bryza zmieni się zapewne w kąsające zimnem wietrzysko targające i niszczące starannie ułożoną fryzurę. Tak jej się wydawało, nie spędziła tu jeszcze żadnej zimy, więc to dopiero przed nią. Póki co można było rozkoszować się urokami lata, choć oczywiście wolałaby, żeby było kilka stopni chłodniej, tegoroczny lipiec był stanowczo zbyt ciepły.
Cieszyła się z tego spotkania, bo choć w jej życiu tak wiele się zmieniło, wciąż pozostawała młodym dziewczęciem, mającym za niecałe trzy tygodnie skończyć dziewiętnaście lat. I jak większość młódek uwielbiała spotkania z innymi dziewczętami w podobnym wieku i ploteczki, na co w pierwszych tygodniach po ślubie nie miała tyle czasu ile by chciała, pochłonięta nauką nowego życia – żony i lady Rosier. Bo bycie lady Rosier było inne niż bycie lady Avery, ale każda młoda żona zamieszkująca przy rodzinie męża musiała przyswoić obyczaje i tradycje nowego rodu.
Kiedyś, dawno temu, zastanawiały się, która z nich pierwsza zostanie czyjąś żoną. Los chciał, że padło na Corinne i to ona pożegnała się z panieństwem już rok po debiucie, a teraz, w tak młodym wieku, musiała udźwignąć obowiązki żony. Mimo to wciąż pozostawała tą samą Corinne co kiedyś, tylko z innym nazwiskiem i mieszkającą gdzie indziej, już nie w Ludlow.
- Później możemy tam pójść, rosarium rzeczywiście wygląda wspaniale, ale z tego co mi mówiono, w zamkniętych szklarniach róże kwitną cały rok, nie tylko latem – odezwała się z uśmiechem. Miały dużo czasu, na pewno zdążą zajść i tam.
Rzeczywiście było to coś rzadkiego u Cordelii, że nie mówiła o sobie; Corinne przywykła bowiem do tego, że jej kuzynka rzadko sięgała poza koniec swojego nosa i była bardzo skupiona na sobie, nawet bardziej niż Corinne. Z ich dwójki to była lady Avery była tą spokojniejszą i bardziej stonowaną, bo przytłumioną zimnym chowem Averych, choć też cechowała się wieloma przywarami charakterystycznymi dla typowych młodych lady. Ale Corinne doskonale rozumiała jej ciekawość, bo gdy sama była panną, też często zasypywała starsze kuzynki czy koleżanki pytaniami. Nie miała starszej siostry, ale inne krewniaczki też musiały znosić jej ciekawość, zwłaszcza wtedy, gdy już było jasne, że niedługo wyjdzie za Rosiera.
- Bycie żoną jest… - zawahała się na króciutki moment. Jak właściwie opisać ten stan? Teraz już rozumiała, dlaczego niektórym jej kuzynkom było trudno odpowiedzieć na niektóre pytania. Że na część pytań po prostu nie było prostej odpowiedzi. I zdała sobie też sprawę, że mogły nie zawsze mówić jej całą prawdę. – Jest inaczej niż wtedy, kiedy byłam panną. Z chwilą ślubu moje życie bardzo się zmieniło. Nowy dom, nowe nazwisko, zupełnie inne zwyczaje. I ta świadomość, że już nie jestem tylko ja, że teraz, od momentu ślubu, jestem żoną. Że jest mój mąż i jestem ja – zaczęła, choć było to póki co dość powierzchowne zarysowanie sytuacji. Ale w jej przypadku sprawy były o tyle skomplikowane, że wcześniej nie było jej dane długo cieszyć się narzeczeństwem i dobrze poznać Mathieu, ich ślub zorganizowano w pośpiechu, którego przyczyn do tej pory jej nie wyjaśniono. Poślubiła zupełnie obcego sobie mężczyznę, i po ślubie też niewiele się w tej kwestii zmieniło. Jak dotąd, bo kolejne miesiące mogły przynieść zmianę, na co zresztą liczyła. Na ten moment prawda była taka, że Mathieu jej unikał i zaszywał się w rezerwacie, a ona niewiele o nim wiedziała. I wstyd było jej się do tego przyznać wprost, że relacja jej i męża tak naprawdę jeszcze nie istniała, że łączył ich tylko polityczny akt małżeństwa, ale żadnych emocji. Niczego, o czym mogłaby z pasją opowiadać, bo mąż naprawdę na ten moment był dla niej obcym człowiekiem. Wstydziła się do tego przyznać Cordelii, dlatego zamierzała sprytnie lawirować wśród półprawd. Musiała odmalować sytuację jako lepszą niż była w rzeczywistości, zataić niewygodne fakty. Cordelia musiała myśleć, że Corinne była bardzo szczęśliwa i spełniona; mimo więzów krwi i przyjaźni, zdawała sobie sprawę, że między damami zawsze istniała pewnego rodzaju rywalizacja. Żadna nie chciałaby uchodzić za tą, której cokolwiek się nie udało i że coś odstaje od idealnego obrazka. Ale już od najmłodszych lat dziewczęta takie jak one uczyły się tego, że niektórych rzeczy się nie mówi głośno, i to nawet przyjaciółkom. Że są emocje, których nie wypada okazywać wprost, bo z różnych względów są niewygodne i problematyczne. Uczyły się jak przybierać maski i ukrywać niewygodne fakty, by podkolorować rzeczywistość. – Wiesz, Mathieu jest ode mnie sporo starszy, więc nie dane nam było poznać się w szkole, zresztą i tak uczył się w Beauxbatons. Poznajemy się dopiero jako małżeństwo, to normalne w aranżowanych związkach, zwłaszcza takich z większą różnicą wieku. – No cóż, miała nadzieję, że w istocie będą się poznawać, bo jak dotąd, poza grzecznościowymi rozmowami przy posiłkach, w obecności rodziny, to sam na sam rozmawiali może kilka razy. Stanowczo zbyt mało, żeby zbudować prawdziwą więź. Ale dobra żona musiała być cierpliwa i czekać. – Jest dość tajemniczy i oddany swojej pasji, jaką jest smoczy rezerwat, dziedzictwo Rosierów. – Znów tylko część prawdy, nie zająknęła się o tym, że był tej pasji oddany tak bardzo, że w ogóle nie spędzali czasu ze sobą. Nie mówiąc o czymś więcej.
Zaśmiała się cichutko, zręcznie maskując swoje obawy odnośnie tego, kiedy Mathieu przestanie jej unikać. Zachowywała się pogodnie, była uśmiechnięta i także przybliżyła się do Cordelii, choć służka była na tyle daleko, że i tak nie mogła nic słyszeć z tej ich wymiany zdań. Razem jednak mogły chować się przed słońcem i zachowywać się tak, jak przystało na dwie młode damy, które spotkały się na ploteczki po raz pierwszy od kilku tygodni.
- Ale muszę to przyznać, że jest przystojny. – No bo w końcu która płytka panienka nie doceniłaby przystojności męża? A była pewna, że dla Cordelii powierzchowność była ważniejsza nawet bardziej niż dla niej samej, więc liczyła, że podchwyci temat wyglądu. – Cieszę się, że wydano mnie za kogoś przystojnego i mam nadzieję, że nasze przyszłe dzieci będą równie ładne jak my.
Oby tylko Mathieu w końcu wziął się za powołanie ich do życia, bo samo małżeństwo było dopiero połową życiowego sukcesu kobiety. Tak naprawdę mogła się cieszyć pełnią przywilejów żony dopiero po wypełnieniu obowiązku, jakim było powicie potomstwa.
- Na brak sukien i błyskotek też nie mogę narzekać. Ani na brak pięknych rzeczy w swoim otoczeniu. Wydaje mi się, że Rosierowie są bardziej wrażliwi na piękno i sztukę niż Avery. – Avery byli raczej chłodnym i nieprzystępnym rodem, i choć Corinne jako kobiecie wybaczano jej płytkość i artystyczne ciągotki, to nigdy nie czuła tam pełnego zrozumienia. – Co jeszcze chciałabyś wiedzieć? – spytała po chwili, choć nie wpadła na to, że Cordelii chodziło o te sprawy. Wciąż powoli przechadzały się wzdłuż wybrzeża, ocienione parasoleczką, a morska bryza przynosiła przyjemny chłód.
Corinne Rosier
Corinne Rosier
Zawód : dama
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To nie miłość jest najważniejsza, lecz obowiązek wobec rodu.
OPCM : 4 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 8 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11795-corinne-rosier-avery https://www.morsmordre.net/t11797-listy-do-corinne https://www.morsmordre.net/t12113-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11798-corinne-rosier
Re: Wybrzeże [odnośnik]21.10.23 9:08
Naprawdę chciałaby zobaczyć śliczne rosarium, uwielbiała kwiaty, zwłaszcza te Rosierów, ale zdecydowanie bardziej wolałaby przespacerować się w tak romantycznej scenerii w towarzystwie jakiegoś dżentelmena. Jednego konkretnego. No, może dwóch czy trzech pojawiało się w jej myślach tuż przed zaśnięciem, lecz ten wyjątkowy znajdował się tak blisko! Cordelia na moment się rozmarzyła, ach, jakże wspaniale byłoby poznać sekrety tajemniczego ogrodu razem z jego znawcą, lordem nestorem! Szlachcianka nieco się zarumieniła, szybko jednak powróciła na ziemię. Dość mrzonek i pogrążania się w marzeniach, miała przecież przed sobą skarbnicę informacji dotyczących małżeństwa! Należało sięgnąć pod pozornie grzeczne wieko i wydobyć z Corinne prawdziwe skarby.
- Kochana, proszę cię, nie serwuj mi okrągłych słówek, tymi ciągle karmią mnie ciotki i kuzynki - jęknęła teatralnie, słysząc o tym, jak inne od samotności jest małżeństwo. To już wiedziała. Wiedziała nawet, że małżeństwo to mąż i żona - chciała więcej. Prawdy, ciekawostek, historii wesołych - i smutnych. Przyjaźniła się z lady Avery od wieków - przynajmniej według wewnętrznego kalendarza, stojącego na bakier z faktycznymi datami - liczyła więc na szczerość. Pierwszą taką, dorosłą, dotykającą kwestii życia i śmierci, bo tak postrzegała przecież kwestię zamążpójścia. - Pamiętasz, jak w ostatniej klasie obiecałyśmy sobie, że gdy pierwsza z nas dozna rozkoszy zostania żoną, opowie wszystko tej drugiej? Osłodzi czas oczekiwania na zaręczyny i welon? Pozwoli lepiej przygotować się do poznania Tego Jedynego? - wypomniała Corinne z emfazą, mocniej ściskając jej delikatną, drobną dłoń. Przemawiała nieco ochryple, jakby wspominała wieczystą przysięgę składaną na placu boju przed trzema dekadami, a nie pełną chichotów rozmowę, prowadzoną późnym wieczorem w pustym dormitorium nad absolutnie nudnym wypracowaniem z zielarstwa.
- I czego się o nim dowiedziałaś? Co w nim najbardziej lubisz? A czego - nie? - zarzuciła Corinne kolejnymi pytaniami, wiedząc, że jeśli pozwoli jej na snucie własnych rozważań, nigdy nie dowie się czegoś ciekawego. Tak zachowywali się Avery; za pewną opieszałość i flegmatyczność przyjaciółki winiła właśnie wychowanie wśród okrucieństwa i chłodu. Co za szczęście, że Cori trafiła właśnie na nią, na Cordelię Malfoy, która nauczyła ją otwartości! Uśmiechnęłą się szerzej, słysząc jej chichot; śliczny, miły dźwięk, kiedyś rzadko słyszalny w towarzystwie zachowawczej arystokratki z Ludlow.
- To Rosier, oczywiście, że jest przystojny! Nie widziałam jeszcze brzydkiego Rosiera. A ty? - świergotała dalej, zaintrygowana tematem; teraz, gdy Corinne mieszkała w Chateau Rose, poznała pewnie wszystkich kuzynów, wujów i krewnych. Czy i wśród nich pojawiła się czarna owca podobna do trolla? Niemożliwe - ale intrygujące - przypuszczenie, które chciała zweryfikować. Dlatego nadawała się do Departamentu Tajemnic, zawsze chciała zbadać fakty, takimi, jakie są. Bez głupiutkich założeń! - Oczywiście, że będziecie mieli śliczne dzieci. Najpierw synka, tak, już niedługo. Powiedz mi, Corinne, proszę - czy zostanę chrzestną? Tak, jak się umawiałyśmy? - znów zniżyła głos i pochyliła głowę ku twarzy Corinne, chcą upewnić się, że ta dotrzyma obietnicy sprzed lat, gdy obydwie ledwie sięgały ufryzowanymi główkami poza stół w Wielkiej Sali. - Będę go lulać, obsypywać go prezentami i dbać o to, by wyrósł na godnego czarodzieja - znów się rozmarzyła, na tyle, by puścić dłoń lady Rosier i spleść ręce na własnym sercu, w poetyckim geście poruszenia. Dla kogoś postronnego śmiesznym, dla niej - szczerym. Naprawdę chciała, by Corinne szybko urodziła syna, zdrowego i ślicznego, którego Cordelia mogłaby zabierać na spacery. Lubiła dzieci, jej brat posiadał trójkę, starsza siostra również; dorastała w domu, w którym zawsze gdzieś obok znajdował się mniejszy lub większy bobas. I zastęp mamek oraz nianiek, dzięki którym zabawa z dziećmi była pozbawiona jakiegokolwiek wysiłku czy dyskomfortu. - Chyba każdy ród jest wrażliwszy na piękno niż twój, kochanie - zaśmiała się cicho, bez złośliwości, ale uniosła w górę palec - Ach, cofam to, Burke. Wyobrażasz to sobie? Wyjść za Burke'a i żyć w stałej posępności i milczeniu? To wspaniała rodzina, doprawdy, cudowna, prze-cu-do-wna - dodała z przekonaniem, wiedziała bowiem, jak ważnym fundamentem konserwatywnej szlachty są arystokraci z Durham - i to byłby zaszczyt stać się częścią tego rodu, ale...no, rozumiesz mnie, prawda? Ich barwy rodowe niezbyt pasują mi do oczu - zerknęła przez ramię na Corinne, wiedząc, że ta zrozumie. Nott, Lestrange, Rosier, Fawley, Parkinson...tak, to byłyby wspaniałe nazwiska. I co ważniejsze - ładne kolory herbów. - Wszystko, Corinne. Wszystko! Wierzę, że otworzysz przede mną serce i sama opowiesz mi o tym, co dla ciebie w małżeństwie było najcenniejsze i najtrudniejsze, bym mogła cię wspierać i cieszyć się twoim szczęściem. To przecież nie wywiad do Czarownicy! - podsumowała w końcu pogodnie, gdy znalazły się już nad brzegiem, a lady Malfoy stanęła w oczekiwaniu na przygotowanie dla nich wygodnego siedziska na plaży. Z dala od wody, to był jedyny warunek. Nie zamierzała dać się zmoczyć i posolić.
Cordelia Malfoy
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: Wybrzeże [odnośnik]22.10.23 14:00
Corinne bardzo chciałaby faktycznie być skarbnicą wiedzy odnośnie małżeństwa, jednak miała za sobą dopiero miesiąc w nowej roli, i co gorsza, jej małżonek nie garnął się do zacieśniania relacji i częstszego przebywania z nią. Więc w zasadzie i tak większość czasu spędzała sama lub z innymi mieszkańcami dworu. W relacji jej i Mathieu nie było niczego romantycznego, co mogłoby wywoływać na twarzy rumieńce. Byli obcymi ludźmi złączonymi obowiązkiem, choć Corinne bardzo chciała, żeby to się zmieniło. Żeby nie byli jak jej rodzice, których nigdy nie połączyło nic więcej niż obowiązek.
Pod pewnymi względami różniła się od innych Averych, bo była o wiele bardziej dworska, delikatna i wrażliwa na piękno niż oni, ale i tak pozostawała pod silnym wpływem chłodnego chowu i ojcowskich wymagań.
- Pamiętam – zapewniła; w szkole spędzały razem wiele czasu, i wiele razy też zastanawiały się nad tym, która pierwsza wyjdzie za mąż i za kogo. Podczas gdy ich nieszlachetne koleżanki martwiły się takimi bzdurami jak ścieżka kariery, one planowały przyszłe małżeństwa. – Ten dzień nadszedł szybciej niż myślałam. – Zawsze spodziewała się tego, że pan ojciec szybko wyda ją za mąż i na pewno nie zagrozi jej osiągnięcie wieku staropanieńskiego, ale nie myślała, że to przyjdzie aż tak nagle i szybko, i że prawie od razu będzie ślub, bez kilkumiesięcznego narzeczeństwa, bez całego procesu zapoznawania się. – Czasem sama jeszcze nie do końca ogarniam, że jestem mężatką, budzę się i widząc inne otoczenie przypominam sobie, kim teraz jestem. Ale i dla ciebie niedługo z pewnością nadejdzie ten dzień. Mam nadzieję, że będę mogła liczyć na zaproszenie na twój ślub? – Corinne na swój zaprosiła swoje przyjaciółki i koleżanki, bo w końcu ważne dni należało świętować w miłym sobie gronie. Zresztą szlacheckie śluby i tak przyciągały większość śmietanki towarzyskiej, poza członkami rodów, którzy zdradzili tradycyjne wartości i woleli bratać się z gminem. Żaden ród promugolski nie był przez Corinne mile widziany w jej otoczeniu. – Na sam początek życia jako żona musiałam się przyzwyczaić do innych obyczajów, jakie panują w nowym rodzie. U Rosierów wiele rzeczy wygląda inaczej niż u Averych, ale myślę, że do większości zmian już przywykłam. – Choć rzecz jasna jej nauki się nie skończyły, wciąż zgłębiała historię i tradycje Rosierów, a także uczyła się pielęgnacji rodowych róż. – A samo małżeństwo, wbrew temu, o czym fantazjowałyśmy jako młode dziewczęta w Hogwarcie, nie jest aż takie romantyczne – sprostowała; w końcu były to związki aranżowane, nie rodziły się z miłości, a z politycznej kalkulacji rodów. – Najważniejsze jest dobro rodów. Prawdziwie romantyczne związki istnieją chyba tylko w powieściach dla dziewcząt…
Zamyśliła się nad pytaniem o Mathieu. Jak tu go opisać, żeby nie zdradzić się z tym, jak słabo znała własnego męża? Zapatrzyła się na falujące łagodnie morze, potem na moment spojrzała na jaśniutki piasek po którym szły, a potem przeniosła wzrok na sylwetkę przyjaciółki.
- Mógłby być… troszeczkę bardziej rozmowny – zachichotała, próbując w ten sposób sprawić, żeby zabrzmiało to zabawnie i lekko, ukryć to, że tak naprawdę bardzo martwiła się tym, że prawie wcale ze sobą nie rozmawiali. Ale nawet Cordelii nie chciała zdradzać całej prawdy odnośnie tego, że Mathieu zwyczajnie jej unikał, bo byłoby to przyznaniem się do swego rodzaju porażki, uchybieniem dla dumy Corinne. Nie chciała też, żeby ktokolwiek pomyślał, że narzekała na męża i krytykowała go. – A od dworskich rozrywek bardziej ukochał sobie smoki, ale to dziedzictwo jego rodu, więc myślę, że mogę mu to wybaczyć. Oddanie rodowym sprawom jest chwalebne i ważne, a on niewątpliwie jest bardzo oddany – zapewniła. Bardziej niepokojące byłoby, gdyby nie pielęgnował rodowych wartości. Corinne od dziecka wpajano to, jak ważny jest ród i jego tradycje, dlatego akurat tego nie miała mężowi za złe. Mógłby tylko więcej czasu poświęcać także jej… - Ale przystojny jest, i to bardzo! – znowu się zaśmiała, w końcu płytkie panienki musiały się zachwycać przystojnym wyglądem. A Corinne bardzo się cieszyła, że jej mąż nie jest szpetnym grubasem ani zramolałym starcem. – Rzeczywiście nie widziałam brzydkiego Rosiera, więc chyba nie grozi mi urodzenie brzydkich dzieci – odetchnęła z ulgą. Faktycznie zarówno Mathieu, jak i nestor Rosierów byli bardzo przystojni. Ich ojców nie poznała, bo nie żyli. – Chciałabym urodzić całą gromadkę, najpierw chłopca, oczywiście, żeby podarować Mathieu syna. Ale marzę też o chociaż jednej córeczce, którą mogłabym ubierać w śliczne sukienki i wychować na godną lady. – Wiedziała, że oczekiwano od niej przede wszystkim powicia syna, ale nikt nie mówił, że musieli poprzestać na jednym dziecku. Miała nadzieję, że Mathieu zechce jej spłodzić przynajmniej trójkę, i że w tej trójce trafi się zarówno syn, jak i córka. Syna Mathieu uczyłby o smokach, zaś ona miałaby pieczę nad córką, wychowując ją na swoje podobieństwo jako dobrą lady, przyszłą ozdobę męża. – Oczywiście, bardzo chciałabym uczynić cię chrzestną któregoś z moich przyszłych dzieci! – zapewniła starannie, choć zdawała sobie sprawę, że ostateczne zdanie będzie pewnie należeć do Mathieu. Żyli w patriarchalnym społeczeństwie i zawsze ostatnie słowo miał mąż. Ale liczyła na to, że nie będzie zbytnio ingerować w jej dobór przyjaciółek, tym bardziej że lady Malfoy pochodziła z bardzo godnego rodu i była córką samego ministra magii, więc nikt z Rosierów nie powinien mieć nic przeciwko jej wizytom. A w przyszłości ich dzieci mogły spędzać ze sobą czas i także się przyjaźnić.
- Wiem – przytaknęła odnośnie swojego panieńskiego rodu. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Avery, choć nikt nie wątpił w ich oddanie tradycji i słusznym wartościom, nie należeli do subtelnych i wrażliwych. Z wyjątkami w postaci dam takich jak Corinne. – Ale to prawda, Burke’owie chyba są jeszcze bardziej posępni i odlegli od dworskiego życia. I bywają na Nokturnie, wyobrażasz to sobie? – ściszyła głos, w końcu bywanie w tym miejscu… No cóż, postrzegała Nokturn raczej w kategorii miejsc, którymi straszy się dzieci i które lepiej omijać możliwie jak najszerszym łukiem. Choć podejrzewała, że niektórzy mężczyźni z jej rodu mogli tam bywać. Jej jednak nikt tam nie zabierał, kobiecie nie wypadało zbliżać się do takich miejsc. – Ale nie da się zaprzeczyć, że pielęgnują słuszne tradycje. – Burke’owie byli sojusznikami zarówno Averych jak i Rosierów, więc musiała okazywać im szacunek, nawet jeśli niektóre ich zwyczaje mogły się wydawać dziwne. Były to jednak w ich wykonaniu tylko niewinne ploteczki. O każdym z rodów czasem plotkowano.
Służka przygotowywała dla nich wygodne legowisko, gdzie mogłyby rozsiąść się w cieniu i nie narażać skóry na opaleniznę, a one tymczasem plotkowały dalej.
- Nie masz jeszcze żadnych przypuszczeń odnośnie tego, za kogo planują cię wydać? Żaden kawaler nie zerka na ciebie częściej? Żaden nie odwiedza twego pana ojca? – spytała z ciekawości, bo sama była bardzo ciekawa, za kogo zostanie wydana Cordelia. Dla dobra młodej Malfoy miała nadzieję, że nie będzie to żaden posępny Burke ani Rowle, a raczej ktoś bardziej dworski.
Co było dla niej najcenniejsze w małżeństwie? To było trudne pytanie, wymagające chwili namysłu. Żona z dłuższym stażem z pewnością wiedziałaby, co jest dla niej cenne, ale Corinne dopiero od miesiąca stawiała pierwsze kroki na tej drodze. I nie wiedziała, co będzie dla niej istotne za kilka czy kilkanaście lat. Tak na dobrą sprawę jej relacja z mężem na ten moment była bardzo powierzchowna, byli dla siebie obcy i emocjonalnie nic ich nie łączyło. Jeszcze, ale oby uległo to zmianie…
- Nie wiem, co będzie dla mnie cenne w przyszłości, bo wciąż jestem bardzo świeżą żoną, ale na ten moment… Wydaje mi się, że przyjemny jest już sam fakt bycia żoną, to że ludzie traktują mnie poważniej, nie widzą we mnie dziecka czy nastolatki – zaczęła; to bez wątpienia był przyjemny aspekt, choć i tak wiele rzeczy przed nią przemilczano. Jednak w towarzystwie inaczej były postrzegane mężatki, a inaczej panny. Zwłaszcza stare panny były bardzo źle postrzegane. Mieć więcej niż dwadzieścia trzy lata i nie mieć męża lub przynajmniej narzeczonego… To niepokojące i rodziło plotki. A po dwudziestym piątym roku życia? To już prawdziwe staropanieństwo! – I to, że już nie muszę się martwić tym, kiedy i za kogo mnie wydadzą. Teraz tak naprawdę pozostaje czekanie na dziecko. – W końcu to był najważniejszy obowiązek żony, urodzić i wychować dzieci. Oczywiście z pomocą służek i nianiek, dzięki czemu będzie się mogła cieszyć wyłącznie pozytywnymi aspektami macierzyństwa. Ktoś inny będzie jej dziecko karmił i przewijał, a ona będzie mu śpiewać, ubierać w śliczne ubranka i z dumą prezentować krewnym i przyjaciołom. – Pewnie za rok będę potrafiła ci opowiedzieć dużo więcej. Teraz… wciąż się oswajam z tą nową rolą, z nowym domem i z mężem, którego nie dane mi było poznać wcześniej, bo jest prawie dekadę starszy i uczył się w innej szkole. Miesiąc to mało żeby się dobrze poznać, ale wszystko przed nami! – dodała z entuzjazmem, który miał zamaskować jej niepokój odnośnie mężowskiego chłodu i unikania jej, tak aby Cordelia się nie domyśliła, że nie wszystko było takie piękne i kolorowe. Corinne bardzo lubiła Malfoyównę i ceniła jej towarzystwo, bo łączyło je wiele podobieństw, ale pod żadnym pozorem nie chciała być od niej w niczym gorsza.
Gdy miały już gotowe siedzisko i cień, mogły się tam rozsiąść i spokojnie kontynuować pogawędki. W odpowiednim oddaleniu od wody, więc nie musiały się bać, że nagle jakaś mocniejsza fala zmoczy im koc i suknie. Mogły podziwiać szumiącą wodę z bezpiecznego dystansu i plotkować tylko we dwie, bo służka oddaliła się, by zapewnić im odpowiednią swobodę, choć pozostawała w zasięgu wzroku, gotowa podejść i usłużyć im, gdyby czegoś potrzebowały.
Corinne Rosier
Corinne Rosier
Zawód : dama
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To nie miłość jest najważniejsza, lecz obowiązek wobec rodu.
OPCM : 4 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 8 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11795-corinne-rosier-avery https://www.morsmordre.net/t11797-listy-do-corinne https://www.morsmordre.net/t12113-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11798-corinne-rosier
Re: Wybrzeże [odnośnik]27.10.23 11:09
Spodziewała się po Corinne większej euforii, niemal fruwania ponad ziemią, lecz nic takiego się nie działo, a rozmowa ze szlachcianką przypominała trochę słuchanie tych samych frazesów, które padały z ust nadobnych ciotek. Czuła się zawiedziona, ale dawała przyjaciółce szansę; może faktycznie była na tyle oszołomiona nagłą życiową zmianą, by nie móc zebrać pikantnych szczegółów w jeden, ciekawy obraz? Wspierająco poklepała dawną lady Avery po wierzchu dłoni. - Oczywiście, kochana, otrzymasz zaproszenie jako jedna z pierwszych! - obiecała solennie, chcąc poprawić jej humor choć odrobinę. - Bycie żoną na pewno nie jest łatwe, tak jak mówiłaś, wiele sie w twoim życiu zmieniło - ale na lepsze, prawda? - spytała retorycznie, starając się napełnić Corinne radością oraz zachęcić ją do większej otwartości. I do wpisania się w oczekiwania rozkapryszonej szlachcianki, pragnącej, by lady Rosier zasypała ją opowieściami o bezproblemowym, romantycznym małżeńskim życiu. Na co się nie zapowiadało. Cori dorzucała do każdej swej wypowiedzi łyżkę dziegciu - ale Cordelia odmawiała jej spożycia, co to, to nie. - Kochana, na pewno trochę przesadzasz. To chyba ta pogoda, popsuła ci nastrój. Oczywiście, że małżeństwo jest równie romantyczne co w powieściach! - zatrzebiotała, uparcie zaprzeczając rzeczywistości. I logice. Przed momentem wpatrywała się w przyjaciółkę niczym w wyrocznię pełną niepodważalnych prawd, lecz gdy wrota tajemnic się uchyliły, zdecydowanie nie spodobało się jej to, co wychynęło z półmroku. - Spróbuj spojrzeć na to w jaśniejszych barwach. Opowiedz, co miłego Mathieu dla ciebie zrobił! - postanowiła skierować myśli towarzyszki w odpowiednią, weselszą i czulszą stronę.
Chichot Corinne przyjęła z widoczną ulgą. Tak, w tę stronę chciały iść - rozmowy o przystojnych lordach dzielnie wykonujących obowiązki wobec rodu. - No widzisz! Może i jest milczący - ale to takie tajemnicze i pociągające, czyż nie? Tyle się musi dziać za tą wyniosłą fasadą! Tyle pięknych myśli! Na pewno część jest o smokach, tak, ale pozostałe - tylko o tobie! Może jest wycofany, bo go onieśmielasz swym urokiem? - kontynuowała wesołe trajkotanie, naprawdę chcąc wesprzeć przyjaciółkę, rzucając rozsądniejsze światło na zachowanie Mathieu. Od ślubu nie minęły jeszcze dwa miesiące, nie mógł myśleć o kimkolwiek innym, tylko o swej młodej żonie. I o niedlugo pojawiających się na świecie dzieciach. Twarz lady Malfoy rozjaśniła się czystą radością, gdy Corinne wspomniała o dzieciach i o swej roli jako matki chrzestnej kolejnego pokolenia dorodnych Rosierów. Mina jej nieco zrzedła, gdy usłyszała słowo Nokturn; westchnęła rozdzierająco i rozejrzała się dookoła, tak, jakby Cori wypowiedziała przed chwilą jakieś bardzo brzydkie słowo.
- Wiem. To ich przedsiębiorstwo, wiadomo, dziedzictwo rodu, ale...słyszałam plotki, że w ich sklepie pojawiają się czasem damy z ich rodziny! Damy! Na Nokturnie, wyobrażasz to sobie? - wyszeptała przejęta. - A co gorsza - chodzą w spodniach - te słowa wydobyły się z jej ust bezgłośnie. Nie chciała mówić o takich potwornościach, zwłaszcza w tak miłych okolicznościach przyrody. Kiedy służące rozłożyły już ich wygodne siedzisko, Cordelia usiadła z gracją na kocyku, skinięciem dłoni domagając się przesunięcia poduszek nieco bliżej, by mogła wesprzeć ramię o jedną z nich. Upewniła się, że sukienka zakrywa ją aż za kostki, a parasol chroni całą sylwetkę przed słońcem - i dopiero wtedy powróciła do konwersacji z przyjaciółką. Uśmiechając się tajemniczo. Temat powrócił do niej, dobrze.
- Podobno w rozmowach przewija się wiele kawalerów, ale niezbyt się tym na razie interesuję - machnęła lekceważąco ręką, tak, jakby wcale nie starała się podsłuchiwać rozmów ani ciągnąć za język starsze rodzeństwo, byleby zdradzili cokolwiek z ojcowskich planów. Bezskutecznie. - Dopiero niedawno wróciłam z Francji, na nowo zachwycam się Anglią. Tak dużo się dzieje! - dodała miękko, poprawiając teatralnie włosy. Tak naprawdę chciałaby wiedzieć już, z kim połączą się jej życiowe ścieżki, ale doceniała też piękno życia panny. Gdyby została z kimś zaręczona, nie mogłaby przyjmować podarunków i zaproszeń od tak wielu dżentelmenów - a przecież było to tak przyjemne! Słodka przystawka przed głównym daniem życia damy: małżeństwem i rodziną. Cordelia uśmiechnęła się z ukosa do przyjaciółki. - I jak myślisz, kiedy się tego dziecka doczekacie? - spytała ciszej, lekko zarumieniona, w końcu docierały do tematu bardzo ciekawego - i bardzo zakazanego, o jakim zawsze wypowiadano się więcej niż enigmatycznie. - Corinne, proszę, nie mów jak moja ciotka Klara - jęknęła teatralnie, doprawdy, obawiała się, że małżeństwo faktycznie czyni w mózgu kobiety wielkie zmiany, bo przyjaciółka zdawała się w kółko mówić to samo, tylko innymi słowami. - Wiem, że bycie żoną jest inne i nowe, wiem, że dopiero się poznajecie, ale przecież już...No wiesz, całowaliście się i przytulaliście. Jak to jest? - pochyliła się ku niej wyczekująco, modląc się do Merlina, by lady Rosier nie wypowiedziała kolejnego frazesu w stylu jak dorośniesz, to się dowiesz albo to bardzo miłe i przyjemne, ale niegrzecznie mówić o tym z obcymi. Przyjaźniły się ze sobą od dziecka, przechodziły razem różne trudne i hartujące chwile - jak ta okropna, mroźna zima w Hogwarcie, przez którą na czas nie doszły do nich aż dwa numery Czarownicy - Cordelia oczekiwała więc szczerości, a nie okrągłych słówek. Prawdy, nawet jeśli ta mogła okazać się trudna.
Cordelia Malfoy
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: Wybrzeże [odnośnik]28.10.23 13:51
Kiedyś Corinne też tak myślała, ale niestety jak dotąd Mathieu nie dał jej powodów do fruwania nad ziemią. A jej umiejętności aktorskie nie były aż tak potężne, by mogła z siebie to fruwanie wykrzesać tak, żeby wyglądało to w stu procentach wiarygodnie. Salonowa gra pozorów nie była jej obca, ale nie można jej było nazwać mistrzynią w tej sztuce, w końcu dorastała wśród Averych, którzy nie słynęli z subtelności. Być może trochę było też w niej rozczarowania tym, że małżeńska rzeczywistość nie była aż tak kolorowa, jak kiedyś jej się wydawało. A może, obserwując swoich rodziców, tak naprawdę zawsze wiedziała że aranżowane związki nie mają w sobie nic z romantyzmu, są po prostu obowiązkiem, który trzeba wypełnić jak przystało na godną córę swego rodu. Tylko zdrajczynie i feministki wyłamywały się z obowiązku. Niemniej jednak zawsze gdzieś głęboko w serduszku miała nadzieję, że jej małżeństwo będzie bardziej udane niż to rodziców. Że ją i jej męża połączy coś więcej niż tylko obowiązek. Ale… jeszcze mogło się tak stać. Byli małżeństwem dopiero miesiąc, dlatego nie mogła skreślać Mathieu. Ich relacja mogła rozwinąć się dopiero za jakiś czas, głupotą byłoby skreślać go tylko dlatego, że pierwszy miesiąc był oziębły i pozbawiony romantycznych uniesień. Miała nadzieję, że to co najlepsze po prostu było jeszcze przed nimi, i czekała na to cierpliwie, wiedząc że tak trzeba.
Żałowała jednak że nie może pochwalić się Cordelii już teraz. Mogła w kółko mówić o tym, jaki jej mąż jest przystojny i jak bardzo oddany sprawom swego rodu, ale nie mogła podzielić się jakimiś romantycznymi detalami, bo… ich nie było. A pewnie, że chciałaby się móc pochwalić i to bez konieczności uciekania się do kłamstewek.
- Tak, na lepsze, wszak dużo milej i dostojniej jest być żoną niż panną – zapewniła. Rola żony dawała więcej powagi i poważania ze strony innych niż rola panny, w której większość widziała dziecko które ledwie skończyło szkołę. – Choć pewnych rzeczy ze stanu panieńskiego brakuje, bo wiadomym jest, że na balach i sabatach nie będę już mogła być adorowana i rozchwytywana przez przystojnych kawalerów pragnących ze mną zatańczyć – zaśmiała się cicho. Jak każda płytka panienka lubiła być adorowana i zasypywana komplementami czy propozycjami tańca. Teraz to się skończyło, bo już zawsze będzie pojawiać się na takich wydarzeniach jako mężatka. Oby Mathieu lubił tańczyć, bo nie uśmiechało jej się podpieranie ścian. – Czasami może po prostu na ten romantyzm trzeba odrobinę poczekać. Mathieu długo był kawalerem, nie tak łatwo mu zmienić przyzwyczajenia… - przekrzywiła głowę leciutko na bok, a dłonią poprawiła zbłąkany lok. Chciała tak myśleć, że jego opieszałość to po prostu kwestia przyzwyczajeń. Po tylu latach kawalerskiej wolności ta nagle się skończyła i po prostu musiał przywyknąć do swojej nowej codzienności, w której był mężem. No cóż, na razie romantyzmu nie było, ale nie chciała się do tego przyznać wprost, poza tym, nie miała też serca rujnować złudzeń Cordelii. W trosce o swoją krewniaczkę, która jeszcze nie miała męża, wolała nie niszczyć jej marzeń o związku pełnym romantyzmu i uniesień. Sprowadzanie jej z obłoków na ziemię byłoby okrutne, wystarczy że ją samą sprowadzono brutalnie na ziemię kiedy oznajmiono jej, że pod koniec czerwca wychodzi za mąż za mężczyznę którego kompletnie nie znała. Oczywiście czekała na ślub, chciała zostać żoną w młodym wieku, ale zawsze miała nadzieję na przynajmniej półroczny okres narzeczeństwa, podczas którego mogliby się poznawać i rozwijać relację. A tymczasem miała tego czasu na oswojenie o wiele mniej, i tak naprawdę przed ślubem nawet nie miała okazji porozmawiać z Mathieu sam na sam.
Co miłego Mathieu dla niej zrobił? No cóż, jak na razie to… nic. To znaczy, z pewnością nie zrobił nic złego czy niewłaściwego, nie skrzywdził jej w żaden sposób, ale też póki co nie okazywał jej względów i unikał jej. Żałowała, że nie może z pełnym przekonaniem zacząć szczebiotać o tym, jak cudownie spędzają czas i jak wieloma podarunkami ją obsypał. Naprawdę chciałaby móc mieć czym się podzielić z Cordelią, a tak to pozostawały jej tylko półprawdy, i gdy sobie to uświadomiła, że nie ma się czym pochwalić, bo póki co jej małżeństwo było fikcją, poczuła nieprzyjemny ucisk gdzieś w środku i na moment skierowała wzrok w stronę morza, zupełnie jakby ono miało jej przynieść jakąś odpowiedź. Z ulgą przyjęła więc kolejne słowa Cordelii i postanowiła skupić się na nich, że niby jak to na płytką lady przystało, tym co najmocniej interesowało ją w mężu, był atrakcyjny wygląd. Nie do końca tak było, ale… na ten moment Mathieu nie dał jej wiele poza tym, że był przystojny i z dobrej rodziny.
- O tak, to jest na swój sposób pociągające, że nie jest jak otwarta księga, a otacza go pewna aura tajemniczości, przez co poznawanie go jest bardziej ekscytujące! Nie byłoby nic nudniejszego, niż nudziarz który bez przerwy nawija o sobie i swojej pracy, a na salonach spotkałam takich wielu… Najbardziej przynudzali ci z ministerstwa, bez obrazy moja droga! – zapewniła szybko, wiedząc jakie stanowisko piastował jej ojciec. Ale obie z pewnością wiedziały, że urzędnicy wiedli nudne życie i ich opowieści też były nudne. Nie było podczas balu nic gorszego niż adorator, który tylko opowiadał o urzędowych sprawach zamiast skupić się na komplementowaniu jej osoby, czy raczeniu ją czymś ciekawszym niż historie o zgubionych dokumentach i tym podobne. – Jestem tak bardzo ciekawa, o czym myśli, gdy tak patrzy w moją stroną tym nieprzeniknionym, ciemnym spojrzeniem. Czasem mam wrażenie, że sam ma w sobie coś ze smoka… No cóż, żałuję wtedy, że nie potrafię czytać w myślach. Choć z drugiej strony, gdyby odkryć wszystkie karty jednego dnia, już nie byłoby tej tajemniczości - zastanowiła się. I miała nadzieję, że te wszystkie zachwyty nad tajemniczością i przystojnością Mathieu pochłoną uwagę Cordelii i pomogą Corinne w ukryciu tego, że na ten moment ich związek wcale nie był na bardziej zaawansowanym etapie niż w dniu ślubu. Celowo skupiała się na takich detalach, by zainteresować nimi Cordelię i odciągnąć jej uwagę od tego, co próbowała ukryć. – Tak, to na pewno kwestia jego onieśmielenia moją osobą i moją urodą. Jak mówiłam wcześniej, tak długo był kawalerem! Biedaczek nie miał wcześniej szczęścia do odpowiednich narzeczonych. Sama wiesz, że nie wszystkie dziewczęta nadają się na narzeczone i żony, bo tylko im jakieś niedorzeczne bzdury o niezależności w głowie. Okropność!
Z tego co słyszała, przed nią były inne panny. W tym jedna zdrajczyni, która uciekła nie tylko od niego, ale i od swojego rodu. Obrzydliwość! Na samą myśl o czymś tak haniebnym aż się skrzywiła. Po takich doświadczeniach z kobietami w sumie trudno się dziwić, że był wycofany i dlatego musiała być cierpliwa i wybaczać mu to, że więcej bywał w rezerwacie niż w domu. Corinne żywiła głęboką niechęć zarówno do zdrajców krwi, jak i do kobiet, które nie wpisywały się w tradycyjne kobiece role i zamiast marzyć o zostaniu żoną i matką, to roiły im się w głowach marzenia o karierze.
- Ja bym się bała tam zbliżać, ale… w spodniach? – aż się oburzyła na myśl o kobietach w spodniach. Ale chyba miała pewne podejrzenia, o którą lady Burke mogło chodzić. – To naprawdę gorszące… To jeszcze dużo gorsze niż gołe kostki. A wiesz, że niedawno widziałam lady Evandrę chodzącą w stroju odkrywającym kostki? Na szczęście było to w domowym zaciszu, ale i tak… Ja nawet w domu nie założyłabym tak krótkiej spódnicy. Jednak spodnie… Och, sama myśl brzmi strasznie! Spodnie! U kobiety!
Zapewne nie powinna plotkować o lady doyenne, ale skoro już rozmawiały o postępowych strojach innych znanych im dam, ten temat jakoś sam się przewinął. Corinne nawet w domowym zaciszu i nawet w upalne lipcowe dni nosiła suknie, które zakrywały to co powinno być zakryte, łącznie z kostkami. Ostatni raz miała na sobie krótszą sukienkę jako dziecko, bo dzieciom wypadało wiele rzeczy, na które nie mogły pozwalać sobie kobiety dorosłe, przynajmniej jeśli nie chciały siać zgorszenia. Kiedy jej czerwony kwiat zakwitł po raz pierwszy i weszła w okres dojrzewania, to od tamtego czasu zawsze już nosiła suknie do samej ziemi. Ale liczyła, że ten sekrecik pozostanie między nimi. Będąc jeszcze w Hogwarcie często obgadywały inne dziewczęta i ich stroje, a i po nim to się nie zmieniło, traktowała to więc jako normalną, zwykłą uwagę, ot, ciekawy smaczek. Corinne pamiętała jednak, że Evandra miała wyższą od niej pozycję i dlatego trzymała buzię na kłódkę i nie pozwalała sobie na bezpośrednią krytykę niektórych jej strojów, które w opinii bardzo konserwatywnej Corinne były nie do końca stosowne. Ale gdyby tylko były sobie równe, z pewnością Evandra usłyszałaby długą tyradę na temat nieobyczajności noszenia przykrótkich spódnic zamiast sukni. Była znakomitą zarządczynią dworu i organizatorką, ale jej gust modowy nie do końca wpasowywał się w bardzo staromodne podejście Corinne, która, wywodząc się z krwi Averych i Flintów, zdecydowanie nie szła z duchem czasu. Ale francuskie rody mogły mieć inne poglądy na niektóre sprawy, w tym na modę. Niemniej jednak była nowa w tej rodzinie i dlatego swoje zdanie na niektóre tematy musiała przemilczeć w obecności Evandry, bo nie chciała robić sobie w jej osobie wroga.
Westchnęła przyciągle i także rozparła się wygodnie na poduchach, także uważając, by suknia nie zadarła się zbyt wysoko.
- Wolałabym chyba, żeby działo się mniej… - westchnęła, bo choć wiedziała na temat wydarzeń w świecie tylko cząstkowe informacje, to jednak czasem odczuwała niepokój i zwyczajnie bała się mugoli i ich miłośników. Oby tutaj, na ziemiach Rosierów, była bezpieczna. – Jak było we Francji? Mam nadzieję, że Mathieu kiedyś mnie tam zabierze. – Rosierowie mieli francuskie korzenie, więc byli z tym krajem związani, a Corinne zazdrościła im tego, że uczyli się w Beauxbatons zamiast w nudnym, miłującym równość Hogwarcie. Francuska placówka w jej wyobrażeniach jawiła się jako o wiele bardziej eleganckie i dystyngowane miejsce. Jak to dobrze, że jej przyszłe dzieci będą się tam uczyć! – Och, wierzę, że w przyszłym roku powitam na świecie pierwsze dziecko. – Bo tak powinno być, im szybciej zajdzie w ciążę, tym lepiej, tym szybciej udowodni swoją wartość i przydatność dla Rosierów. Ale od momentu zajścia w nią będzie musiało minąć dziewięć miesięcy, nim mały Rosier pojawi się na świecie, więc szybciej niż w przyszłym roku nie było szans. Tylko Mathieu musi wziąć się do roboty, bo jak dotąd zbliżył się do niej tylko podczas nocy poślubnej, którą wspominała jako wyjątkowo drętwe i niezręczne przeżycie.
Corinne po prostu robiła co mogła, żeby nie przyznać się otwarcie do tego, jak bardzo nieistniejące były relacje pomiędzy nią i mężem, i dlatego kluczyła i zasłaniała się pustymi słówkami, a Cordelia, jak to miała w zwyczaju, uparcie drążyła i próbowała wyciągnąć z jej jak najwięcej. A Corinne nie mogła jej mieć tego za złe, bo gdyby sytuacja była odwrotna, to pewnie ona też miałaby wiele pytań. Problem w tym, że choć bardzo Cordelię lubiła i w swoim życiu spędziły liczne godziny na ploteczkach nie tylko o sobie, ale i o innych, to zwyczajnie wstydziła się przyznać do porażki, do tego że najwyraźniej nie była tak doskonała jak sądziła, skoro mąż wolał pracę niż jej towarzystwo.
- Czy ja wiem… - zamyśliła się i ułożyła się wygodniej, patrząc teraz z zamyśleniem w parasol nad ich głowami, który chronił je przed słońcem. Był większy niż mała parasoleczka, którą osłaniały się gdy szły. Bo problem w tym, że jak dotąd się nie całowali i nie przytulali, choć nie wiedziała, że ten moment przełamania w ich jakże jałowej relacji nadejdzie za parę dni. – Jest bardzo… specyficznie. Trochę dziwnie. Jako panna nigdy nie doświadczyłam takich rzeczy. – Znów banał, ale starała się panować nad wyrazem twarzy, mówić lekko i wesoło, zupełnie jakby celowo podsycała nastrój tajemniczości, a nie wiła się wewnętrznie, kombinując jak tu ukryć fakt, że mąż wcale jej nie adorował, nie okazywał czułości, ba, nawet nie spędzał z nią czasu sam na sam! – No wiesz, te motylki w brzuchu, kiedy na mnie patrzy tym spojrzeniem… - Bo chyba to odczuwały bohaterki romantycznych powieści, prawda? Ona tego nie czuła, ale musiała trochę podkolorować rzeczywistość. – Przed ślubem nie wiedziałam, o co chodzi z tymi motylami w brzuchu. Nigdy nie byłam zakochana, zawsze czekałam aż pan ojciec wyznaczy mi narzeczonego, kompletnie nie interesowali mnie chłopcy w Hogwarcie, zresztą sama wiesz, że zawsze uważałam naszych rówieśników za zbyt młodych i nudnych. Mathieu jest starszy i dojrzalszy niż oni, a więc znacznie ciekawszy. No i to już nawet nie narzeczony, a mąż. Ten jeden jedyny, któremu urodzę dzieci i u którego boku mam zamiar się zestarzeć. – Choć starość brzmiała jak wyjątkowo niemiła perspektywa, wszak będzie wtedy siwa i pomarszczona! Ale miała nadzieję, że przeżyje u boku męża jak najwięcej lat, bo im dłużej Rosier będzie żyć, tym lepiej dla niej. Pozycja kobiety była bardzo mocno zależna od jej stanu cywilnego oraz od posiadanych dzieci. – Ale zanim to nastąpi, mam nadzieję że czeka nas wiele pięknych i ekscytujących chwil, wspólnych wyjść towarzyskich i tak dalej… Obiecał mi nawet, że pokaże mi niedługo smoczy rezerwat, oczywiście w sposób bezpieczny i stosowny dla kobiety – podkreśliła to, co by Cordelia nie pomyślała, że Corinne będzie robić cokolwiek ryzykownego.
Corinne Rosier
Corinne Rosier
Zawód : dama
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To nie miłość jest najważniejsza, lecz obowiązek wobec rodu.
OPCM : 4 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 8 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11795-corinne-rosier-avery https://www.morsmordre.net/t11797-listy-do-corinne https://www.morsmordre.net/t12113-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11798-corinne-rosier
Re: Wybrzeże [odnośnik]29.10.23 17:47
Słysząc nieco słabszy ton głosu Corinne, poklepała przyjaciółkę wspierająco po ramieniu, delikatnie, rozkojarzona na moment mięciutkim materiałem jej sukni. - Kochana, kto uszył dla ciebie tę kreację? Materiał jest rozkoszny! - pochwaliła, muskając opuszkami palców bark szlachcianki, w wyraźnym zadowoleniu; szybko jednak ponownie przywdziała na twarzy wyraz współczucia oraz wspaniałomyślnego zrozumienia. - Też tak uważam, kawalerowi może być trudno przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości - sparafrazowała słowa przyjaciółki, bo tak naprawdę wcale z tym stwierdzeniem się nie zgadzała. W świecie Cordelii mężczyzna walczył o damę, a gdy zdobył już jej rękę i serce, dogadzał jej jeszcze bardziej, wielbiąc ziemię, po jakiej stąpała. - Ale dobrze, że porzucił już ten stan! I teraz może skupić się tylko na tobie - dokończyła pogodnie, kiwając z powagą głową, gdy Corinne kontynuowała swoją wypowiedź. Zahaczając o temat śmiertelnie nudnych urzędników. Zaśmiała się cichutko, machając ręką w geście oznaczającym, że absolutnie nie przyjmuje obrazy do siebie. Ojciec, chociaż wspaniały, dobry i mądry, nie był ciekawym rozmówcą (przynajmniej nie dla młodej damy), Abraxas również nie emanował charyzmą i kokieterią, mogącymi intrygować rzesze dziewcząt. - Nie wszyscy z Ministerstwa Magii są nudni! Na przykład pan Mulciber, nowy namiestnik - wydaje się czarujący i bardzo ciekawy - rozmarzyła się na głos, niewinnie, szybko powracając do serca ich rozmowy, czyli do postaci Mathieu. Zmarszczyła lekko brwi słysząc porównanie arystokraty do smoka. - Ale nie jest pokryty łuską, prawda? Wiesz, pod ubraniem? Mi możesz to zdradzić, nie rozpowiem! - zniżyła głos do szeptu, trochę obrzydzona, a trochę podekscytowana możliwością usłyszenia pikantnej plotki. Lord Mathieu Rosier obciążony okropną chorobą, śmiertelną, kto wie, czy nie zaraźliwą! Tak, to byłaby wspaniała informacja, znacząco podnosząca pozycję Cordelii w plotkarskim światku. Lady Malfoy tak skupiła się na potencjalnych konsekwencjach nieistniejącej jeszcze informacji, że niezbyt uważnie przysłuchiwała się kolejnym słowom przyjaciółki, powracając do rzeczywistości dopiero po dłuższej chwili.
- Dobrze, że miał tylko narzeczone, a nie żony. Przynajmniej wiesz, że jest czysty i wierny - i że będzie tylko twój aż do śmierci, tak prawdziwie twój - podzieliła się swym naiwnym poglądem, marszcząc lekko brwi, w zamyśleniu. - Wdowcy to też wspaniali czarodzieje, nie zrozum mnie źle, ale nie wiem, czy potrafiłabym być tą drugą. To musi być bardzo trudne, wiesz, być porównywaną. No i mieć świadomość, że ktoś dzielił już małżeńskie łoże z twoim ukochanym - zniżyła głos do szeptu, dzieląc się rozterkami natury moralno-politycznej. Wiedziała, że sojusze z dojrzalszymi arystokratami są ważne, ale wolałaby trafić na prawdziwego kawalera. Była jednak ciekawa opini Corinne na ten temat, w końcu doskonale się dogadywały - tak jak w kwestii zbyt nowoczesnych wiedźm, naginających dobre obyczaje.
Cordelia w życiu nie przypuszczałaby, że do tego grona może należeć lady doyenne. Nie przepadała za Evandrą, była oszustką, wykorzystującą urok wili, do tego odebrała panieńskiemu światu najprzystojniejszego lorda w Wielkiej Brytanii, ale pozostawała jedną z najbardziej wpływowych dam, panią całego hrabstwa Kent, wzorem dla każdej młodej panny. Była też miła, znała się na sztuce i wszyscy ją uwielbiali, w tym Cordelia, odnosząca się do dalekiej kuzynki z szacunkiem i mniej lub bardziej dobrze odegraną sympatią.
- Podglądałaś lady doyenne? - zdziwiła się więc na rewelacje Corine niemożebnie, zakrywając usta dłonią. Nie wyobrażała sobie innej sytuacji, w której kobieta w kwiecie wieku, żona i matka, mogłaby pozwolić sobie na takie rozluźnienie obyczajów. Domowe pielesze, tak, to nieco łagodziło sytuację; blondynka westchnęła z odrobiną ulgi. - Jaka w ogóle jest Evandra? Tak wiesz, w domu - zagadnęła, masochistycznie ciekawa, czy i w czterech ścianach Chateau Rose jest tak idealna. Ważniejsze pytanie padło jednak jako drugie. - A lord nestor? Jak się zachowuje? Jak wygląda? Wydaje się szczęśliwy w małżeństwie? - zagadnęła tonem teatralnie obojętnym, jakby zupełnie od niechcenia poruszała temat akurat tego przedstawiciela szlachty. Niechętnie rezygnując z niego nawet dla alternatywy, czyli opowieści o pobycie we Francji.
- Było bajecznie! Cudownie! Zwiedziłam wszystkie magiczne galerie Lazurowego Wybrzeża! Chodziłam na letnie bankiety i podwieczorki, poznałam wielu artystów. A Francuzi, Corinne! - aż przymknęła oczy z zachwytu - co za piękni ludzie. Przystojni i utalentowani. Otrzymałam dziesiątki wierszy, do dziś zasypują mnie prawdziwie poetycką korespondencją - nieco koloryzowała, ale tylko troszkę. Musiała poprawić sobie humor. Siedziała przecież obok tylko odrobinę starszej przyjaciółki, która miała już męża a za chwilę - sprowadzi na świat dziecko. Była nieco zazdrosna, co dobrze ukrywała. Mniej lub bardziej skutecznie. Bała się, że pikantny temat bliskości małżonków tylko wzmoże gorzkie uczucie niedopasowania, jakie czuła już w dole brzucha, ale nic takiego się nie stało. Przyglądała się Corinne z nadzieją i podekscytowaniem, lecz każde kolejne słowo przyjaciółki sprawiało, że gasła. Okrągłe słowa, specyficzne określenia, brak detali. Czyżby Corinne jej nie ufała? A może były to doświadczenia tak magiczne i intymne, że naprawdę nikt nie chciał się nimi dzielić? Mina Cordelii zrzedła; blondynka westchnęła smutno i ułożyła się u boku przyjaciółki, również wpatrzona w baldachim parasola - wzorek był ciekawszy od opowieści o pocałunkach między małżeństwem, cóż za zawód. - Dobrze, Cori, nie będę naciskać, ale gdybyś chciała kiedyś uchylić mi rąbka tajemnicy…To będę wdzięczna. Chcę wiedzieć, na co się przygotować - powiedziała cicho, w końcu nieco łagodniej i prawdziwiej; brzmiała już nie jak podekscytowany piesek, gotowy do zabawy, a jak jego dojrzalsza wersja, pojmująca, że raczej nie dostanie dziś żadnej smakowitej informacji. - W książkach zawsze pomijają ten etap, finał to zawsze ślub, ewentualnie w kolejnym tomie wspomina się o dzieciach i opowiada historię kolejnego pokolenia…Ale mnie interesuje, co jest potem. Po Wielkim Dniu - mówiła rozmarzona, wygłodniała wiedzy, wierzyła bowiem w prawdziwą miłość, w małżeństwo, a przede wszystkim w romantyczną więź, jedyną taką, którą rozwija się już po ślubie. Ciekawiło ją to też z prostszego powodu - najlepsze plotki długo trzymano w tajemnicy, tak samo musiało być więc z sekretami alkowy. Nikt o nich nie rozmawiał, zbywano ją półsłówkami, wnioskowała więc, że to, co dzieje się między mężem a żoną jest wspaniałe, piękne, głębokie i baśniowe. Na tyle cudowne, że każdy samolubnie ukrywa ten element codzienności przed wzrokiem innych. Rozumiała więc dyskrecję Corinne; cóż, będzie musiała zaczekać na zaślubiny Imogen - przy następnej okazji wymusi na niej złożenie przysięgi, na Merlina, może i wieczystej, by ta ze szczegółami opowiedziała o małżeńskim życiu.
Cordelia Malfoy
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: Wybrzeże [odnośnik]31.10.23 14:30
Uśmiechnęła się słysząc pytanie o suknię.
- Większość moich strojów, zarówno tych na wyjścia jak i bardziej codziennych, pochodzi z Domu Mody Parkinsonów – wyjaśniła; Corinne uwielbiała to co najlepsze, więc najchętniej korzystała z usług sprawdzonego domu mody, znajdując tam zarówno wyjściowe kreacje, jak i skromniejsze suknie które można było nosić w zwykłe dni. No i bywając tam, nie była narażona na to, że będą się o nią ocierać jakieś brudne szlamy lub biedota, na co byłaby narażona w tańszych miejscach.
- Większość z tych, którzy próbowali mnie oczarować na salonach kiedy jeszcze byłam panną, niestety była… - westchnęła teatralnie, przypominając sobie tych wszystkich młodych mężczyzn. Niektórym z nich wydawało się, że papierkowe sprawy są bardzo interesujące, ale Corinne wtedy marzyła tylko o tym, by ktoś ją z takiej rozmowy wybawił. Dobrze że koniec końców żaden z nich nie poszedł do jej pana ojca prosić o jej rękę. A może próbowali, ale zostali odesłani z kwitkiem, bo Ignatius Avery czekał na lepszą partię dla jedynej córki, na lepszy polityczny układ? Niemniej jednak, w panieńskich czasach podobało jej się to, że młodzieńcy proponowali jej tańce na sabatach i że ewidentnie się nią interesowali, na co mniej atrakcyjne dziewczęta często nie mogły liczyć. Ale Corinne miała adoratorów już od dnia debiutu, a nawet i wcześniej, bo w Hogwarcie wielu chłopcom się podobała, ale każdego odrzucała, bo zamierzała wyjść za tego, za kogo zostanie wydana przez ród, i nigdy nie pozwoliła sobie na rozluźnienie i zakochanie się.
- Całe szczęście, zdecydowanie nie jest pokryty łuską – wyjaśniła; choć noc poślubna była drętwa i niezręczna, nie zauważyła wówczas, by z ciałem jej męża było coś nie tak. - Jestem pewna, że żadna z dziewcząt, które proponowano mu wcześniej, po prostu nie była równie dobra jak ja – zgodziła się. W końcu narzeczone to nie żony, tamte kontrakty z jakichś powodów zostały zerwane i nie doszły do skutku, to dopiero ona, Corinne Avery a dziś Rosier, została żoną Mathieu. – Gdyby pan ojciec postanowił mnie wydać za wdowca, wypełniłabym jego wolę, ale na szczęście Mathieu nim nie był. Ani nie był też starcem z pokolenia naszych dziadków. Ani szpetnym grubasem.
Miała więc szczęście, że wydano ją za kogoś atrakcyjnego. A relacje… Cóż, musiała dać im czas. Może wszystko jeszcze jakoś się rozwinie, oby. Może za jakiś czas wcale nie będzie musiała tak bardzo wymigiwać się od odpowiedzi ani uciekać do kłamstewek.
- Nie podglądałam, oczywiście, że nie! – zapewniła szybko, gdy rozmowa zeszła na temat strojów innych kobiet, w tym przypadku Evandry. – Tamtego dnia, a było to parę dni po moim ślubie, spotkałam ją w rosarium, miała na sobie spódnicę do połowy łydki. – I choć półwila z racji swoich zdolności niewątpliwie wyglądałaby atrakcyjnie nawet w zgrzebnym worku, to jednak dla wychowanej wśród Averych Corinne, nowoczesne stroje nie były codziennością i była wtedy bardzo skonsternowana tym widokiem. – Ale pomijając ten nietypowy przyodziewek tamtego dnia, zapewne spowodowany wyjątkowo dokuczliwym upałem, to muszę przyznać, że mimo iż jest niewiele starsza od nas, to znakomicie zarządza dworem. – Corinne szanowała umiejętności organizatorskie Evandry i cieszyła się, że ktoś to wszystko tak dobrze ogarniał, i nie chciałaby być na jej miejscu. Wolała swoje beztroskie życie. – I bardzo troszczy się o lud naszych ziem. – Była najwyraźniej lepszą i bardziej empatyczną osobą od wygodnickiej Corinne. No cóż, grunt, żeby lud nigdy nie powstał przeciw nim. Evandra wyczuwała nastroje zwykłych czarodziejów lepiej od niej, a także pewnie czuła większą więź z tym hrabstwem, bo mieszkała tu dłużej. – A jej mąż… Nie miałam okazji go dobrze poznać. Jest niezwykle zajęty swoimi obowiązkami. Wiadomo, nestorowie mają ich więcej niż inni czarodzieje. – Do tej pory rozmawiali sam na sam może tylko raz, wtedy, gdy spotkała go w ogrodach. Tak na co dzień spotykała nestora tylko podczas posiłków, wydawał się czarodziejem potężnym jak na młody wiek, budził w niej respekt i onieśmielenie. To Evandra była tą bardziej przystępną połówką nestorskiej pary, z nią prędzej można było porozmawiać. Nie miała też pojęcia o fascynacji Cordelii jego osobą, ale gdyby wiedziała, to pewnie by jej to nie dziwiło. Tristan Rosier był przystojny i potężny, nie dało się temu zaprzeczyć.
Zainteresowała się opowieściami o Francji.
- To wszystko co mówisz brzmi naprawdę fascynująco! Bardzo chciałabym kiedyś móc się przekonać o urokach tego kraju na własne oczy. Zobaczyć najpiękniejsze magiczne zakątki, tamtejsze galerie sztuki i inne artystyczne przybytki. Bo jeśli chodzi o francuskie jedzenie, to po zamieszkaniu wśród Rosierów mam je na co dzień – zachwycała się perspektywą takiej wyprawy, bo Francja jawiła jej się jako miejsce wyjątkowo eleganckie i artystyczne. A Corinne była osóbką wrażliwą na piękno, jednak wśród Averych uchodziła raczej za wyjątek w tym względzie. Pan ojciec wysłał ją do Hogwartu i nie było dyskusji, a i po szkole nie miała okazji odwiedzić tego kraju. – Muszę kiedyś porozmawiać z mężem o tym, żeby wziął mnie tam choćby na tydzień. – Ciekawe, czy Mathieu się zgodzi? Może teraz nie, ale kto wie, za jakiś czas, jak ich relacje się poprawią… Nic mu się nie stanie, jak przez tydzień nie pojawi się w rezerwacie.
Corinne przed ślubem była wychowywana w tak chłodny i konserwatywny sposób, że nawet nie wiedziała, jak wyglądają te sprawy. Była świadoma tego, że mężczyzna i kobieta w jakiś sposób musieli powołać na świat dzieci i że nie materializowały się one w kołysce po machnięciu różdżką i wypowiedzeniu zaklęcia, ale nie wiedziała, jak dokładnie to działa aż do swojej nocy poślubnej. Nie wiedziała też przed ślubem, że jest w tym coś pikantnego i zastanawiała się, czemu jej starsze krewniaczki rumieniły się i speszały, gdy rozmowa schodziła na tematy dotyczące tego, co się działo, kiedy mąż i żona zostawali sami. Właściwie można uznać, że Corinne była osobą, która do dnia ślubu myślała, że do poczęcia dziecka wystarczy się długo całować z mężem – tak bardzo była słodko nieświadoma tych spraw. Ale teraz już wiedziała, że to coś o wiele bardziej niestosownego i intymnego niż pocałunki, i było w tym swego rodzaju tabu, dlatego nie dziwiła się, że nikt nie chciał lub nie potrafił o tym opowiadać. A jeśli chodzi o samo małżeństwo i detale odnośnie relacji, Corinne bardzo nie chciała być tą osobą, która sprowadzi Cordelię na ziemię i pozbawi złudzeń. Nie chciała niszczyć jej pięknych, romantycznych wizji o miłości rodem z powieści, i miała nadzieję, że odrobinę młodsza krewna będzie mieć szczęście i wydadzą ją za kogoś, kto będzie bardziej wylewny uczuciowo niż Mathieu i kto będzie ją adorować od pierwszych dni. Poza tym wstydziła się tego, że jak na razie jej się nie układało, dlatego nie pozwoliła sobie na stuprocentową szczerość w opowiadaniu o tym, jak wyglądał pierwszy miesiąc po ślubie.
- Mam nadzieję, że niedługo będę mogła opowiedzieć ci więcej, ten pierwszy miesiąc… Och, naprawdę jeszcze to do mnie nie zawsze dociera – zapewniła z lekkim uśmiechem. Miesiąc to niby długo, ale jednak… nie do końca. Zwłaszcza, gdy tylu nowych rzeczy o funkcjonowaniu w nowej rodzinie trzeba się nauczyć. Może kiedyś coś się zmieni, Mathieu dojrzeje do małżeństwa, zacznie być bardziej obecny w jej życiu, a ona nie będzie musiała tylko udawać, że tak jest. Bo w rozmowach z innymi przyjaciółkami i koleżankami na pewno podobnie by się wiła i próbowała odmalować swoje małżeństwo w lepszych barwach, by nie przyznać się, że wcale nie jest tak idealnie i kolorowo jak może się wydawać. Wolała żeby każdy myślał, że była wielką szczęściarą wchodząc w tak dobry ród, więc nikogo, nawet Cordelii mimo że znały się tak długo, nie wyprowadzała z tego przekonania. Bo była szczęściarą, po prostu jej mąż musiał oswoić się z małżeństwem i okazać żonie więcej zainteresowania.
- To co jest po wielkim dniu jest… dość niezręczne. Naprawdę. Dlatego już się nie dziwię, że moje starsze zamężne krewniaczki o tym nie opowiadały, a ja kompletnie nie wiedziałam wcześniej, czego się spodziewać ani jak się zachować – wyznała, kiedy już leżała wygodnie na poduchach, słuchając szczebiotu Cordelii i szumu fal, i wpatrywała się w zdobiony parasol. Ale nie potrafiła opowiedzieć o nocy poślubnej szczegółowo, gdyż było to doświadczenie intymne i wstydliwe. O sferze cielesnej nie mówiło się głośno, była tabu w ich staroświeckim, konserwatywnym świecie, więc młodych dziewcząt nikt nie przygotowywał jak należy. Cordelia, kiedy już doczeka tego dnia, pewnie przyzna jej rację i zrozumie. Wyznania na temat tego, co robił z nią Mathieu w noc poślubną, i że nie były to tylko pocałunki, nie przeszłyby jej przez usta. Zarumieniła się na samo wspomnienie tamtego niezręcznego dnia, jednocześnie była ciekawa, czy może Cordelii, która posiadała starsze siostry, któraś zdradziła coś więcej. Corinne siostry niestety nie miała, więc nie miał jej kto uświadomić, że to nie będzie tylko całowanie się.
- Och, ale jestem naprawdę bardzo ciekawa, kogo wybiorą ci na narzeczonego i kiedy to nastąpi. Mam nadzieję, że będzie ci dane pocieszyć się narzeczeństwem przed ślubem. I że będzie to jakiś przystojny mężczyzna z rodu, który nie jest bardzo ponury, bo zdaję sobie sprawę jak ponurości nie lubisz… - wyraziła nadzieję; no cóż, u Burke’ów, Rowle’ów czy Averych, mimo znakomitych poglądów i wartości tych rodzin, dworska i delikatna Cordelia pewnie nie mogłaby w pełni rozkwitać, a zostałaby przytłoczona wszechobecnym chłodem i ponurością. Choć jak pokazuje przykład Corinne, nawet w jednej z tych ponurych, zimnych rodzin dało się wyrosnąć na osobę dworską i miłującą piękno. Ale ponurość nie była czymś najgorszym, co mogłoby spotkać młode panny na wydaniu, o wiele gorsze byłoby wydanie za członka rodu szlamolubnego, choć to Cordelii nie groziło, Malfoyowie z pewnością nie zamierzali się spoufalać ze zdrajcami i wydadzą swą piękną córę komuś, kogo konserwatywne poglądy były całkowicie pewne. Przez rozłam w Skorowidzu i zbłądzenie części rodzin, pula możliwości małżeńskich nieco się skurczyła, dlatego tak istotne były nowe sojusze w tej konserwatywnej, wiernej tradycjom części rodów, i nawet oderwana od rzeczywistości Corinne rozumiała, że jej własne małżeństwo tym właśnie było podyktowane, chęcią sojuszu dwóch rodzin wrogich wobec mugoli, szlam i zdrajców.
Corinne Rosier
Corinne Rosier
Zawód : dama
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To nie miłość jest najważniejsza, lecz obowiązek wobec rodu.
OPCM : 4 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 8 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11795-corinne-rosier-avery https://www.morsmordre.net/t11797-listy-do-corinne https://www.morsmordre.net/t12113-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11798-corinne-rosier
Re: Wybrzeże [odnośnik]02.11.23 10:32
Spodziewała się dokładniej takiej odpowiedzi, lecz to uśmiech, odmalowujący się na twarzy Corinne był prawdziwą nagrodą. Cordelia naprawdę chciała pocieszyć przyjaciółkę, z zadowoleniem kiwnęła więc głową. Tak, Parkinsonowie tworzyli przepiękne ubrania, ta prawda była niepodważalna i niewarta nawet wspomnienia, jeśli jednak pozwoliło to na uniesienie kącików ust Cori, to Malfoyówna była gotowa na powtarzanie w nieskończoność tych samych komplementów oraz tematów, w przeróżnej konfiguracji. Była to odpowiednia zapłata za prawdziwie pikantne plotki, gwiazdy na nieboskłonie szlacheckich pogawędek. Mathieu Rosier, mag pokryty łuską, smoczy ojciec, piękny i bestia; ach, tyle wspaniałych historii mogłaby wysnuć na bazie tej jednej zdawkowej informacji! Zdążyła się już rozmarzyć, lecz niestety prawda sprowadziła ją na ziemię. Westchnęła ciężko, aż jasna grzywka podfrunęła na chwilę do góry.
- Jesteś pewna? To może być choroba, a moja rodzina zna wielu uzdrowicieli. Nie wstydź się, możesz mi zaufać, na pewno coś zaradzimy... - spróbowała raz jeszcze, chcąc zagwarantować Corinne bezpieczeństwo, by ta nie obawiała się zdradzić brutalnej prawdy. Bez skutku, niestety, pozostało więc zachwycać się pewnością siebie lady Avery, dziwnie kontrastującą z jej zdawkowymi relacjami o małżeństwie. - Och, na pewno, jesteś najpiękniejsza i najmądrzejsza ze wszystkich jego poprzednich narzeczonych - odparła niemal mechanicznie, przenosząc spojrzenie na morze. Niepokojący szum, słone opary, słońce odbijające się w grzbietach fal; niezbyt się jej to podobało, ale nie zamierzała marudzić. Podobno przebywanie na świeżym powietrzu gwarantowało zdrowie. - Wspomina o nich czasem? - zagadnęła, to było ciekawsze; czy mężczyźni posiadający wiele dawnych sympatii myśleli o nich na przestrzeni lat? Zaśmiała się, słysząc o szpetnych grubasach; dość ostre i bezkompromisowe określenie, ponownie - kontrastujące z uroczą buzią szlachcianki. - Chyba nikt nie wydałby cię za dziadka. A szeroki pas to oznaka bogactwa - zastanowiła się na głos, wykazując się wyjątkową łagodnością wobec potencjalnych kawalerów pokaźnych wiekiem i gabarytami. Sama pragnęła księcia z bajki, ale ten wymarzony był zajęty. Przez Evandrę, głupią półwilę, tak doskonale zarządzającą dworem.
Zamilkła na dłużej, słuchając opowieści o odsłoniętych łydkach i zaletach lady doyenne, ponownie pozwalając sobie na głębokie westchnięcie. - To miłe, że nazywasz już lud Kent swoim- zauważyła ciepło, sama chyba nie przywykłaby tak szybko do uznawania obcych terenów za własne. Wydawało się, że Corinne bezproblemowo przeszła z domu rodzinnego do Chateau Rose, gładko wpisując się w nową rzeczywistość. Podziwiała ją za to i trochę zazdrościła pozornie idealnej tranzycji z panienki w żonę i panią dworu - a przede wszystkim szansy na przebywanie z przystojnym Tristanem Rosierem pod jednym dachem.
Liczyła na czułe opowieści z domowych kontaktów, lecz znów się zawiodła. Nudne okrągłe słowa raz po raz, tyle o nestorze mogłaby powiedzieć sama. - Nie rozmawialiście głębiej? Nie spędzaliście razem czasu w bawialniach? Nie wprowadził cię do nowej rodziny? - nie odpuszczała jednak, chcąc dowiedzieć się czegokolwiek więcej o codzienności Rosierów. O tym, że jedli francuskie przysmaki, już wiedziała, dlatego nie kontynuowała tematu, znów po prostu kiwając głową na wypowiedzi Corinne. - Daj znać, jeśli będziecie się tam wybierać - dodała tylko uprzejmie, gotowa zapewnić Rosierom wejście do sekretnych galerii oraz osobiste oprowadzanie po kilku magicznych wystawach debiutujących artystów z niebywałym potencjałem. Chciała dla przyjaciółki jak najlepiej, nawet jeśli ta srodze ją zawiodła, nie udzielając żadnej interesującej odpowiedzi na pytanie o małżeńskie życie. Cordelia zgasła i milczała już dłuższą chwilę, skupiona wyłącznie na tym, by nie wykrzywić twarzy w wyrazie smutku - od tego robiły się największe i najgłębsze zmarszczki, tak przynajmniej od dziecka wmawiała jej stara opiekunka, tym samym sprytnie ograniczając wybuchy rozpaczy małej szlachcianki.
- Oczywiście, rozumiem, kochana - uśmiechęła się do przyjaciółki nieco wymuszenie, nie obrażona, a zawiedziona. Rumieniec na twarzy Corinne budził jeszcze większe zaintrygowanie tematem, ale nie naciskała, opadając na miękkie poduszki, by spróbować się zrelaksować. I zignorować galopujące myśli. Noc poślubna miała być niezręczna? Dlaczego? Cordelia nie mogła doczekać się słodyczy pocałunków i czułych uścisków, motyli trzepoczących w brzuchu, gorąca zalewającego ciało; o wszystkim tym czytała w wierszach i książkach i bardzo chciała doświadczyć już dojrzałej miłości na własnej skórze. Może Mathieu naprawdę pokryty był łuską i stąd chłód, wybrzmiewający z unikających wypowiedzi Cori? Był to temat wart zastanowienia, dlatego Malfoyówna wyjątkowo nie powróciła do radosnego trzebiotu, popadając w liryczną zadumę. - Tak, mam nadzieję, że nie będzie ponury... - skomentowała tylko melancholijnie, zatopiona we własnych myślach; w głębokich rozważaniach na temat miłości, małżeństwa, zaufania - i oczywiście szans na rozpuszczenie plotki o pokrytym łuską Mathieu. Bez słowa odszukała dłoń odpoczywającej obok Corinne i lekko ją ścisnęła, nie chcąc, by ta uznała, że Cordelia się obraziła. Nie, potrzebowała czasu - i relaksu. I to właśnie czyniła, spędzając długie, przyjemne popołudnie w towarzystwie przyjaciółki.

| cordie zt :pwease:
Cordelia Malfoy
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: Wybrzeże [odnośnik]02.11.23 13:49
Corinne, jak większość dam, uwielbiała komplementy i zawsze się z nich cieszyła. Pochwał nigdy za wiele! Tym bardziej, że zawsze przykładała wagę do swojej prezencji, i nawet na terenie posiadłości wyglądała ładnie. Była bardzo kobieca i pod wieloma względami wręcz płytka. Ceniła wygląd nie tylko własny, ale i cudzy, jednak na jej szczęście, Mathieu nie posiadał łusek. Nie był też stary ani gruby.
- Jestem pewna, że żadnych łusek nie widziałam. Jego wyglądowi nie mogę nic zarzucić – zapewniła. – Jak dotąd nie wspominał, więc widocznie żadna go szczególnie nie olśniła. – I oby tak faktycznie było. Mężczyźni, nim się ożenią, nie raz i nie dwa interesowali się różnymi kobietami, poszukując tej właściwej. Albo robił to za nich ród. W obecnych czasach bardzo ważne były przecież polityczne układy i sojusze między rodami, dlatego dziewczęta takie jak one były cennymi kartami przetargowymi w rękach swych ojców i nestorów, i żaden szanujący się ród nie oddawał córek byle komu. Ale mężczyźni też nie chcieli kobiet nieatrakcyjnych lub zbyt niezależnych, albo nadmiernie sympatyzujących z brudną krwią. Feministyczne bądź zdradzieckie zapędy były straszliwą skazą na charakterze, rzeczą nawet gorszą niż nieatrakcyjny wygląd. Przynajmniej w mniemaniu Corinne, która feminizmem głęboko gardziła, i nie dziwiła się, że dziewczęta zbyt niezależne, odrzucające kandydatów zamiast pokornie wyjść za mąż, często kończyły jako stare panny. – Może i tak, ale zbyt gruby mężczyzna wyglądałby… nieatrakcyjnie. To by oznaczało, że o siebie nie dba. Ale nie znam takich zbyt wielu. Mathieu z pewnością nie jest gruby, zresztą, z nadmierną tuszą trudno byłoby mu pracować ze smokami… - W końcu opiekun smoków musiał być sprawny fizycznie, nie mógł wyglądać jak tocząca się kula. Ale i tak ich świat był łaskawszy dla mężczyzn, grubej kobiecie byłoby w życiu o wiele trudniej. Tylko naprawdę znakomite rodowe układy mogłyby jej zapewnić adoratorów. Jednak Corinne na swoją sylwetkę nigdy nie mogła narzekać, zawsze była bardzo szczupła, a chętnie noszone przez nią gorsety tylko podkreślały wąską talię.
Mieszkała tu już miesiąc i była żoną Rosiera, nie wypadało jej mówić inaczej, zresztą to mogłoby dawać wrażenie, że nie czuła się częścią rodziny. Identyfikując się z nią musiała mówić o „naszych”, a nie „ich” ziemiach, choć tak naprawdę wciąż jeszcze stała odrobinę na rozdrożu pomiędzy starym rodem a nowym. Z chwilą ślubu nie zapomniała przecież o swoich korzeniach i rodzinie, z której pochodziła. Wciąż łączyła ją z nimi krew, ale po ślubie należała już do męża i jego rodu, była pod ich opieką, to oni zapewniali jej wszystko, choć zapewne uznają ją za w pełni swoją dopiero gdy urodzi dziecko Mathieu.
- Z chwilą swego ślubu zostałam lady Rosier, częścią rodu mego męża – rzekła więc. Ale zaintrygowało ją to, dlaczego Cordelia tak bardzo interesowała się nestorem Rosierów. Nie miała pojęcia o jej fascynacji nim. – Jest naprawdę bardzo zajęty, szanując jego czas nie przeszkadzam mu w jego sprawach. Nestorowie mają wiele obowiązków, z których my, młode dziewczęta, nawet nie zdajemy sobie sprawy… - W tych pierwszych tygodniach po jej zamieszkaniu tutaj nestor wydawał jej się rzeczywiście bardzo zajęty, wręcz niedostępny, i było w nim coś, co sprawiało, że wolała go w tamtym czasie unikać. Była tego nauczona też z rodzinnego domu, że nestorowi się po prostu nie przeszkadzało w jego sprawach i pojawiało się u niego jedynie na wezwanie. Może u Malfoyów było inaczej? Corinne jednak znała swoje miejsce i wolała pokornie trzymać się z boku, nie być zbyt absorbująca i nie zawracać głowy ważniejszym od siebie. Póki nie urodzi dziecka jej pozycja nie była jeszcze taka pewna, więc wolała niczym się nie narażać. – Ale jeśli będziemy się wybierać do Francji, to z pewnością się odezwę i podpytam o rady odnośnie tego, gdzie najbardziej warto się udać… - uśmiechnęła się, już nie mogąc się doczekać takiego wyjazdu.
Była podekscytowana zarówno taką perspektywą, jak i samą rozmową z dawno nie widzianą przyjaciółką, i nawet nie zdawała sobie sprawy, że oczekiwania Cordelii były nieco inne i że ją rozczarowała. Corinne w tych sprawach wciąż była niewinna i naiwna, bo jej pierwszy i jak dotąd jedyny raz był niezręczny i nie ukazywał pełni możliwości relacji męża i żony. Ale i tak było to dla niej zaskoczeniem, że jednak nie wystarczą przytulanie i pocałunki do powołania na świat dziecka, że mężczyzna musi zrobić coś… innego. A było to coś tak bardzo intymnego, że nie potrafiła o tym opowiedzieć nawet osóbce, którą znała od dziecka. Niezręczna było słowem, które najlepiej opisywało jej noc poślubną. Chyba nawet przed własną matką nie potrafiłaby się otworzyć, jeśli chodziło o ten temat, tym bardziej, że i matka wprowadziła ją w wiadome sprawy niezwykle oszczędnie, nie przygotowując w pełni na to, co miało ją czekać. Ale cóż, może po prostu kobiet z konserwatywnych rodów nikt nie nauczył, jak powinno się rozmawiać o takich sprawach, to była sfera tabu, i dlatego również Corinne nie umiała o tym mówić. A jeśli chodzi o same relacje z mężem, potrzebowała po prostu więcej czasu, żeby je zbudować, bo na ten moment prawdziwej bliskości i więzi nie było.
- Jestem pewna, że zaręczą cię z kimś wyjątkowym. Nie jesteś przecież pierwszą z brzegu panienką, a córką samego Ministra Magii! Zasługujesz na coś lepszego niż pierwszy z brzegu kandydat – zapewniła ją bardzo starannie, myśląc, że jej nagłe zmarkotnienie jest spowodowane obawami o własne zaręczyny i małżeństwo. Może Cordelia naprawdę bała się wydania do jakiegoś ponurego rodu, gdzie nie mogłaby błyszczeć? Albo wydania za kogoś dużo starszego lub nieatrakcyjnego fizycznie? – Myślę, że naprawdę nie masz się czego obawiać… Twój pan ojciec nie pozwoli na to, żebyś była nieszczęśliwa.
Jednak i tak bardzo się cieszyła z tego spotkania. Przez resztę jego trwania beztrosko siedziały i oddawały się rozmaitym ploteczkom, głównie dotyczącym innych znanych im dziewcząt, a także wydarzeń towarzyskich i artystycznych oraz o nadchodzącym festiwalu. Corinne bardzo brakowało takich pogaduszek z kimś w podobnym jej wieku, a jednocześnie nie będącym częścią rodu Rosier, bo w ostatnich tygodniach większość czasu spędzała właśnie w towarzystwie domowników. Oddała się więc beztrosce dziewczyńskiego spotkania i było bardzo miło.

| zt.
Corinne Rosier
Corinne Rosier
Zawód : dama
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To nie miłość jest najważniejsza, lecz obowiązek wobec rodu.
OPCM : 4 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 8 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11795-corinne-rosier-avery https://www.morsmordre.net/t11797-listy-do-corinne https://www.morsmordre.net/t12113-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11798-corinne-rosier
Re: Wybrzeże [odnośnik]04.02.24 2:04
15 sierpnia 1958 r.
Był ciepły dzień, jeden z tych, które prosiły się o leniwe popołudnie. Jasne obłoki leniwie przesunął łagodny wiatr, raz za czas odsłaniając pełne, wciąż letnie słońce. Nie mieli na to czasu, na odpoczynek, tak jak nie mieli czasu na nic w ostatnim czasie. Piaszczyste wybrzeże w żaden sposób nie pozwalało zapomnieć o dramacie ostatnich dni, kiedy opodal nich - nie dalej jak pięć metrów obok - pobłyskiwały trzy spore odłamki meteorytów, które wbiły się w wybrzeże tamtej straszliwej nocy. Nie wiedział, co z nimi zrobić. Zniszczyć? Jak? Wepchnąć do morza? Po jakim czasie fale zaczną wyrzucać na brzeg martwe ryby? Zakopać? A co, jeśli ich magia zatruje fundamenty pałacu? Wywieźć daleko stąd? Ale dokąd? Czym? I tak mieli szczęście, że nikogo nie zabiły. Runął świat, który znali, runęła skrupulatnie budowana rycerska potęga, zniweczone zostały wszelkie wysiłki ostatnich miesięcy. Na całej wyspie panował chaos. Przeraźliwy, nieokiełznany, niezrozumiały chaos. Jego zadaniem - jako Śmierciożercy - było ten chaos okiełznać, lecz jak miał to uczynić, gdy zadanie wydawało się równie proste, jak odwrócenie nurtu rzeki nagimi rękoma? Zewsząd sięgała go przerażająca bezradność. Łagodna bryza muskała jego twarz, włosy i rozpięty kołnierz rozchełstanej koszuli. Nie miał na sobie formalnego stroju, tu i teraz był zbędny. Elegancka parasolka spowijała ich przyjemnym cieniem. Tętent serca uspokajał się powoli, opuszczone powieki szukały ukojenia, gdy jego głowa leżała bezwładnie na jej kolanach, tak blisko zaokrąglonego już brzemiennego łona. Miękki koc rozłożony został dla Evana, ale zajął jego miejsce bez skrupułów, kiedy chłopiec pobiegł do bliźniąt sprowadzonych przez drugą opiekunkę. Był od nich tylko trochę starszy. Wreszcie miał towarzystwo.
I oni też je mieli. Deirdre zamieszkała w Chateau Rose z przymusu, gwiazdy zrujnowały Białą Willę. Ich główny pałac został - przynajmniej jak na zastałe okoliczności - w zasadzie oszczędzony. Nie mógł pozwolić własnym dzieciom pozostać bez dachu, czy Evandra mogła to zrozumieć? Rozumiała znacznie więcej, niż tylko to. Zawsze rozumiała jego. Rozumiała, że był inny, że potrzebował czegoś więcej. Że świat był mu winien więcej, niż innym. Była dobra. Była wrażliwa. Nie zasługiwał na nią. Abstrakcja codzienności sięgnęła zenitu w Noc Tysiąca Gwiazd, nic, co wydarzyło się później, nie mogło już zadziwić bardziej.
Krzyk trójki bawiących się dzieci drażnił uszy mocniej, niż wrzask mew wydzierających między sobą resztki wyłowionej ryby, usta zebrały się w niezadowolony grymas.
- Dziękuję - ozwał się rozleniwionym szeptem, choć początkowo nie precyzował za co, za bliskość, za zrozumienie, za dobre serce. Za to, że jesteś, zawsze obok. - Że się zgodziłaś. - Nie musiała. Nietrudno byłoby znaleźć jej sojuszników w próbie wyprowadzenia z Chateau Rose kochanki, nikt nie nazywał jej w ten sposób, ale ich bliscy nie byli ślepi. Powitana jako znamienity gość, Śmierciożerczyni, Namiestniczka Londynu, nie każdego zdołała oszukać. Ignorował to, wyniosłe spojrzenia jego matki i okazjonalne niewinne komentarze starszej pani czystym przypadkiem przypominające Deirdre, że urodziła się niżej, niż oni. - Cały czas były tak głośne? - spytał niechętnie, co prawda w każdej chwili mogli po prostu kazać je wyprowadzić, ale znachor opiekujący się Evandrą twierdził, że morskie powietrze może zapewnić silniejsze zdrowie nie tylko jej, ale równiez szybko rosnącemu Evanowi.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Wybrzeże - Page 18 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Wybrzeże [odnośnik]04.02.24 8:50
Ułożony na piasku materiał spódnicy unosi się lekko przy mocniejszym szarpnięciu wiatru. Bose, zanurzone w cieple piasku stopy mrowią przyjemnie, odganiając z podświadomości przykre myśli — bezskutecznie.
Mimo piękna dzisiejszego dnia, spojrzenie lady doyenne jest nieobecne, utkwione w szumiącej głębi morza. Ma wiele powodów do zmartwień, dogłębnie przeżywając tragedie ostatnich dni. Nadal nie potrafi uwierzyć w to, że na całą Anglię spadł deszcz gwiazd, niosący śmierć. Opisywane na łamach Horyzontów zaklęć zjawisko w żadnym miejscu nie wskazało, że zadziać się może podobna tragedia, sytuacja ta zaskoczyła wszystkich.
Stale boryka się ze ściskiem w dole brzucha. Ten atakuje w dniu załamania nieba i nie odpuszcza do tej pory, tym mocniej uprzykrzając życie, gdy okazuje się, że cała otaczająca Château Rose magia została zablokowana. Evandra staje się milcząca i powściągliwa, momentami bardziej przypominając swoją teściową, niż siebie. Jest skupiona, niechętnie przejawiająca swój strach. Pozycja zmusza do zachowania pewnych standardów, jakie półwili przychodzą z coraz większą łatwością i płynnością. Dostrzega narastający między nią a chociażby służbą dystans, zatracającą się gdzieś po drodze wrażliwość, jaką ją obdarzała, zwracając się do niemal każdego personalnie.
Z zamyślenia wytrąca ją męski głos, na który zwraca po chwili uwagę, spuszczając wzrok na przystojną twarz męża. Różane usteczka wykrzywiają się w lekkim uśmiechu, a w błękicie spojrzenia momentalnie pojawia się łagodność.
- Jak mogłabym odmówić? Nie zależy mi na cudzej krzywdzie - stwierdza, kręcąc wolno głową. Musi jednak przyznać, że nie była to najłatwiejsza decyzja. Zbyt wiele pozostawiali już za sobą śladów, wskazujących na to, że łączy ich wszystkich coś więcej, niż zwyczajna przyjaźń. Choć powinna czuć się we własnym domu pewnie, jak pani na włościach przystało, tak chwyta ją jeszcze skrępowanie przed służbą, przed resztą domowników. Co powiedzą, gdy dostrzegą przedłużający się dotyk dłoni, sugestywne spojrzenie? Zapewne nic, znając ich dobre wychowanie i niechęć do wtrącania się w nie swoje sprawy, ale z całą pewnością coś sobie pomyślą. Do samej obecności Deirdre jeszcze nie miała okazji się przyzwyczaić, nadal czując w głębi serca pewien ciężar, jaki zdecydowała się w sobie obserwować. Dotąd nie przeszkadzało jej zapraszać Śmierciożerczyni pod ich dach, zarówno po to, by oddawać się przyzwoitej pogawędce, jak i w zaciszu dzielić się skrytymi pragnieniami — ale żeby tak otwarcie zaprosić ją do wspólnego zamieszkania? Co dalej? Zatrzeć ostatnią z granic, zaprosić do własnych sypialni? Ta myśl równocześnie intryguje, co wprowadza zamęt, niechęć do przekraczania bariery tajemnicy. Ta przestrzeń ma być tylko dla nich, świętym miejscem, w jakim mogą się schować. Idąc dalej w rozważaniach — nie przeszkadzała jej myśl, że Tristan opuszczał pałac, aby spotkać się z kochanką, a nagle świadomość, że mogą być blisko siebie pod tym samym dachem, wprowadza zamęt, rozsiewa jakąś niechęć. Ale właśnie, jak mogłaby odmówić? Kobietę spotkała tragedia, nie może mieszkać w zrujnowanym domu, a oni są najpewniej najbliższymi jej osobami. Inaczej zwróciłaby się do rodziny.
Wspomnienie o dzieciach rozszerza Evandrowy uśmiech. Kobieta odgarnia z twarzy jasne włosy i przenosi spojrzenie na rozłożony nieopodal sąsiedni koc.
- Wspaniale wyglądają razem. Evanowi przyda się kontakt z rówieśnikami - zauważa, z przymrużonymi w ochronie przed wiatrem powiekami spoglądając na najmłodszych. Nieopodal rozłożono drugi zestaw kocy i parasola, jednak podopieczni, zamiast schować się przed słońcem, uparcie wychodzą poza cień, by biegać w świetlistych promieniach. - Cieszę się, że wkrótce mała do niego dołączy. Myślisz, że będą drzeć koty, czy szybko znajdą wspólny język?



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Wybrzeże [odnośnik]11.02.24 16:49
Czasem, kiedy słyszał jej głos, brzmiała jak tajemniczy dobry duch. Przepełniona wyrozumiałą dobrocią istota inna od ludzkich, pozbawiona słabości właściwych prostocie, niezwykła i wyjątkowa. Była jak patronus, utkany z dobrych myśli i pięknych wspomnień, ze wszystkiego, co w życiu najpiękniejsze. Choć władał potężną magią, nie potrafił go wyczarować, może to dlatego, że co dnia towarzyszyła mu ona? Jej eteryczna uroda też zdawała się pochodzić z zaświatów - żaden człowiek nie był tak piękny, jak ona. Olśniewała pięknem jak magia, jej czysta manifestacja, brzmienie słów przyjemnie koiło zszargane nerwy. Wygiął głowę, by spojrzeć na troje bawiących się dzieci, nie wiedziała o nich wszystkiego, ale dawno już postanowił, że powinna się tego dowiedzieć. Tylko jak miał to zrobić?
- Będzie ich trzeba nauczyć wzajemnego szacunku - rzucił z rozleniwionym roztargnieniem. - Prędko przetłumaczyć Evanowi jego obowiązki względem młodszej siostry. - Młodszych sióstr, źrenica powiodła za sylwetką już narodzonej córki. - Nie może być dla nich nic ważniejszego od rodziny, tylko tak mogą zostać sobie wzajemnym wsparciem. Na dobre i na złe. Kładziemy tylko fundamenty pod to, co zbudują sami, lecz te fundamenty muszą być solidne, by nie skruszały pod naporem niczego, co zrobią w przyszłości. - Myślał o Francisie. Francisie, który ją zdradził i zostawił samą. - Oczywiście, że będą drzeć koty - westchnął, mniej poważnie, wspominając własne dzieciństwo. Trudno było umawiać się z dziewczętami z Dover z młodszą siostrą siedzącą na ogonie. - Najważniejsze, to być wtedy daleko - mruknął, mrużąc oczy pod kolejnym napływem orzeźwiającego powietrza dmącego od morza. - Chroni ją magiczny rytuał, prowadzą nieznane i niezwykłe moce, a spadająca gwiazda była zwiastunem jej nadejścia. Chciałbym ją po niej nazwać, Estelle. Jeszcze się nie urodziła, a już tak wiele przeszła. Niech niesie brzemię zdarzeń tego samego roku jak tarczę, która da jej siłę. - A może wam. Chciał wierzyć, że rytualna moc krwi zarżniętego reema wzmocni ciało ukochanej dostatecznie mocno, ale nie znaczyło to, że wolny był od obaw. Czekała ją ciężka walka, ale była odważna.
- A gdy już przyjdzie na świat... - zaczął, prostując się niechętnie; podniesiony tułów wsparł na wyprostowanym ramieniu, kiwając brodą na dzieci; ponad ich głowami rozsypało się kilka garści piasku, spowijając ich drobne sylwetki w prawdziwej piaskowej burzy, opiekunki wydawały się coraz bardziej bezradne. Zakrył dłonią jej dłoń, z wolna zbierając jej smukłe palce w delikatnym uścisku. - Strzec jej będzie dwóch starszych braci - oznajmił, spoglądając to na nią, to na Marcusa, naprawdę wierzył, że nieślubne dziecię mogło stać się równie bliskie pozostałym, co to, z którymi dzielą nazwisko. Wiedział, że może ufać Ramseyowi, od pewnego czasu nie miał pewności, czy to samo mógł dalej powiedzieć o Mathieu. Myśl ta uwierała go mocno, ale nie potrafił dać kuzynowi tego, czego od niego oczekiwał. Dłoń zacisnęła się na jej palcach mocniej, kciuk przygładził subtelną skórę jej wierzchu, lecz ten pozornie delikatny gest miał pomóc mu zatrzymać ją przy sobie, gdyby jednak zareagowała gwałtowniej. - Mon ciel etoile, nie podzielą nas już żadne sekrety - zwrócił się do niej szeptem. - One są moje. - Bliźnięta. Nie mógł mieć pewności, czy jeszcze się tego nie domyślała, ale pewne słowa musiały wybrzmieć oficjalnie, dłuższe przeciąganie tej chwili nie prowadziło już donikąd. Deirdre błagała go, żeby tego nie robił, ale Evandra udowodniła przecież, że mógł jej zaufać.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Wybrzeże - Page 18 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Wybrzeże [odnośnik]19.02.24 12:22
Z czułością przeczesuje jego ciemne włosy, wplątując weń palce. Pomimo tych wszystkich tragedii, jakie im się przydarzyły w ostatnim czasie, potrafią nadal znaleźć chwilę, by zanurzyć się w spokoju i beztrosce, by nie dać się zwariować. Gdyby nie ukochany, nie znalazłaby w sobie tyle siły, aby walczyć każdego dnia. To on wspiera ją swoją siłą, pokazuje, że przyszłość jest warta każdej kropli potu. Przez ostatni rok znacząco zbliżyli się do siebie, pokazując zdecydowaną jedność. Evandra nigdy dotąd nie czuła się z nikim tak związana, tak mocno utwierdzona w przekonaniu, że może komuś powiedzieć absolutnie wszystko. Kiedyś sądziła, że to miejsce zajmuje Francis, jednak ich relacja oparta była na zupełnie innych założeniach, niepozbawionych kłamstw.
- Evan już teraz wiele się nauczył. Rozumie już proste polecenia, ma potężny zakres słów, ale powoli łapie go bunt dwulatka. - Uśmiecha się pobłażliwie, wodząc wzrokiem za jedynakiem, który zaczepia bliźniaki, pokazując im kolejno wszystkie swoje zabawki. - Niezły z niego manipulator, jeszcze porozstawia wszystkich po kątach. - W ustach Evandry nie brzmi, jakby to był problem. Znając życie, ich córka zachowywać się będzie podobnie. - Estelle brzmi pięknie - godzi się z mężem, nadal gładząc jego włosy, teraz już bezwiednie, kiedy wyobraża sobie już małą istotę odzianą w błękitną sukienkę haftowaną w róże. - Mają przed sobą wiele beztroskich lat, chciałabym, aby mieli okazję cieszyć się dzieciństwem. Wychowanie jest istotne, odpowiedzialność za rodzinę i świadomość obowiązków to oczywistość, ale niechaj mają możliwość bycia dziećmi. - Z czytaniem bajek, robieniem bałaganu, szaleńczym bieganiem po korytarzach, czy wrzucaniem robaków za kołnierzyk.
Oddaje mu swoją dłoń bezwiednie, nie mając pojęcia, co ją czeka. Z delikatnym uśmiechem nadal przygląda się najmłodszym, szczerze rozczulona ich zabawą, nawet jeśli ta wymyka się spod kontroli opiekunek. Nie pamięta siebie, kiedy była w ich wieku, ale z biegiem lat także lubiła szaleć na plaży, na tyle, na ile pozwalano jej przy ciągłych “Niech panienka nie biega, nie może panienka złapać zadyszki!”. Serpentyna to niewdzięczna towarzyszka zabaw, uniemożliwiająca cieszenie się pełnią dzieciństwa. Evandra jednak zdaje się nie mieć losowi tego za złe, pomimo jawnych idących za chorobą niewygód, zdążyła się do niej przyzwyczaić.
”Strzec jej będzie dwóch starszych braci”, wybrzmiewa rzucone ściszonym głosem, a półwila drga już w zdumieniu, wzdryga się i przenosi zdziwione spojrzenie na męża — co też on wygaduje? Nabiera więcej powietrza w płuca i zatrzymuje je tam na moment, a jej oczy powiększają się do rozmiarów spodeczków filiżanek. Mruga kilkakrotnie, nie potrafiąc wydać z siebie ani słowa, by zaraz wypuścić powietrze ze świstem.
- A co z mężem Deirdre? Cały czas byłam przekonana, że to on jest ojcem jej dzieci - mówi nieco wyblakłym głosem, będąc do tej pory przekonaną, że wszystkie sekrety mają już między sobą rozwiązane i wyjaśnione. Co jeszcze przed nią ukrywa, skoro powoli wyrzuca na stół karty, zapewne mając coś jeszcze w zanadrzu.
- Rozumiem, że zamierzasz uznać je za swoje? - Ton Evandry staje się nieco chłodniejszy, a błękit spojrzenia przenosi się na harcujące w piasku dzieci. Są tak niewinne i bezbronne, szczerze roześmiane, pozbawione prawdziwych problemów. Nie mają pojęcia, co je czeka, jaka przyszłość została im zapisana w gwiazdach, ani jak zawiły jest ich rodowód. - Nie wiem, czy mogę ci na to pozwolić. Nie chcę, by w przyszłości wyniknęły z tego tytułu jakieś komplikacje. - No bo skąd ma wiedzieć, czy dzieci Deirdre po uzyskaniu przyzwolenia przez Tristana, nie zdecydują się sięgnąć po należną Evanowi władzę?



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Wybrzeże [odnośnik]16.06.24 0:58
Obserwował syna, kiedy Evandra opisywała jego postępy. Wiedział o nich głównie z jej opowieści, nie poświęcając mu jeszcze większej uwagi, świadom, iż w tym wieku bardziej potrzebował matki. Pozostając częścią jego wychowania głównie wymagał - oczekując, że Evan wyrecytuje wskazany poemat, być może trudny, ale strzelcy celowali do gwiazd, by trafić znajdującą się niżej tarczę. Stawiano mu nierealne wymagania odkąd pamiętał, znajdował własną drogę do celu, nawet jeśli nie zawsze było mu po drodze z rodziną. Może dlatego skrzywił się na słowo bunt, przechodził własne wyjątkowo burzliwie. Czy krótsza smycz powstrzymałaby od tego Evana?
- Rozpieszczamy go? - spytał, niewiele wiedząc o dorastaniu, ani też o przyczynach, które mogłyby w istocie stać za buntem dwulatka. Każdy kojarzył bunt z dorastaniem, które pamiętał, ten wiek był jeszcze zbyt wczesny. Nie trzymał się bliskości sióstr, kiedy były w tym wieku, a już na pewno nie, kiedy sam był starszy. Subtelny uśmiech rozjaśnił jego twarz, gdy wspomniała o skłonnościach manipulacyjnych, postrzegał je jako zaletę, były też jasnym świadectwem jego krwi. Zadumał się nad jej słowami. - Czy pozwolenie dziecku na bycie dzieckiem nie jest stratą czasu? Tak chowa się pospólstwo, a potem pospolicie żyje. - W dorosłym życiu na zabawę poświęcał dużo czasu. Czy to źle? - To nasza przyszłość. Przyszłość tej rodziny. Ziemi. A może nawet kraju. - I musieli odchować go tak, aby gotów był spełnić pokładane w nim nadzieje. Ufał jej opiekuńczości, ufał też sile własnej krwi, która odnajdzie drogę do zwycięstwa. Ale teraz Evan był ledwie szczenięciem, które należało odchować z odpowiednią dyscypliną. Nieopierzonym malcem. - Materiał, z którego ukujemy oręż ostrzejszy od pękniętego szkła i wytrzymalszy od pradawnej skały - Dziś podobne określenia nie mogły definiować uroczego chłopca. Musiał dorosnąć. Czy dało się pogodzić jedno z drugim?
Uniósł ściśniętą dłoń, gdy spostrzegł jej zaskoczone spojrzenie, by jej wierzch musnąć ustami.
- Wymyśliłem go - odpowiedział, brutalnie, lecz wprost zdradzając prawdę. Bastien Mericourt, przedstawiany przez Deirdre jako jego przyjaciel, nie istniał nigdy. - Po tym, jak zabrałem ją z Wenus, gdzie sprzedawała się za pieniądze. Potrzebowała maski, za którą skryje się wśród socjety. Nowe nazwisko, nową tożsamość, nową historię. - Egzotyczne rysy twarzy utrudniały jej rozpoznanie, gdy zostały ubrane w zupełnie inne szaty, a bywalcy przybytku rozkoszy niechętni byli do rozsiewania plotek o tym, co mogli spotkać w środku - te zbyt łatwo mogły zwrócić się przeciwko nim. Nie chciał, nie widział sensu tego przed nią ukrywać. Nie od razu odpowiedział na jej dalsze pytanie. W Chateu Rose powitał dzieci złotymi medalionami z grawerem dzikiej róży, bo tym właśnie były, dziką różą. Czy chciał uznać je oficjalnie za swoje, sam nie wiedział. Wspominała o komplikacjach, z jednej strony zgadzał się z tym, że nie musiały znać swoje miejsce i nie zagrażać Evanowi. Z drugiej - rywalizacja potrafiła wyłonić najsilniejsze ziarno. Czy Marcus nie będzie bardziej zmotywowany znając prawdę skrytą przed światem?
- Nie dasz mi drugiego syna - odpowiedział, z zastanowieniem, przenosząc na nią spojrzenie, w pół pytające. Proroczy sen zapowiadał narodziny córki, jej dzisiejszy stan był dla niej bardzo trudny. Chciał wierzyć w siłę ziół jej uzdrowiciela, ale była drobna, słaba i blada. Nie poradzi sobie. Nie mógł zaprzepaścić swojej linii, ale jego też nie została zabezpieczona, był jedynym synem swojego ojca. - Na początek chcę, żeby wiedziały, kim są. Marcus musi odebrać edukację, która pozwoli mu stanąć na wysokości zadania, jeśli zajdzie taka potrzeba. - Jeden syn był ryzykiem. To dlatego miał aż trzy młodsze siostry.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Wybrzeże - Page 18 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier

Strona 18 z 19 Previous  1 ... 10 ... 17, 18, 19  Next

Wybrzeże
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach