Wydarzenia


Ekipa forum
Castle Rising
AutorWiadomość
Castle Rising [odnośnik]17.07.17 1:42
First topic message reminder :

Castle Rising

Znajdująca się w północnej części hrabstwa Norfolk niewielka zamieszkiwana przez czarodziejów wieś Castle Rising nie jest bardzo znanym miejscem. Łatwo nie zauważyć jej istnienia, ponieważ nie wiedzie do niej żadna główna droga. W tym zapomnianym przez ludzi skrawku świata natknąć się można na dość dobrze zachowane ruiny bardzo starego, acz niedużego zamku. Wiedzie do niego urokliwa droga biegnąca skrajem lasu od ostatnich wiejskich domków, a rosnące u jej skraju drzewa zamieszkują elfy. Po kilkunastu minutach marszu wśród drzew i śpiewu słowików wędrowiec może odpocząć na błoniach otaczających zameczek lub spróbować dostać się do środka. Czyni to jednak na własne ryzyko, bowiem choć konstrukcja znajduje się w nie najgorszej kondycji to nigdy nie wiadomo, czy wszystkie jej miejsca są stabilne. Tak jak w każdym takim miejscu również i w Castle Rising można natrafić na duchy krążące po zamku i w otaczających go lasach. Ciężko jednak je odnaleźć, ponieważ zjawy stronią od ludzi.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Castle Rising - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Castle Rising [odnośnik]16.01.18 22:17
Sytuacja w której się znalazłam była okropnie zawstydzająca, a przy tym i bolesna. Mimo to ucieszyłam się, że Jocelyn tu jednak ze mną była. Gdyby nie ona, pewnie pozostawałoby mi zostać tak jak byłam i się rozpłakać, licząc na jakiś cud. Może udałoby mi się samej zdziałać coś różdżką, którą wciąż miałam w zasięgu dłoni, ale mogło to być dosyć ryzykowne. Na nic też nie zdałby się koń, chyba że postanowiłby mnie jakoś wyciągnąć - ale raczej nie, w końcu nawet nie zechciał podejść. Cała zastygłam ze strachu, kiedy Jocelyn postanowiła pomóc mi, sama wchodzą na most. Och nie, czy ona nie myślała? Przecież to tylko mogło wszystko pogorszyć, jeszcze utknie w ten sposób co ja, albo sprawi, że coś ciężkiego się na mnie osunie. Będziemy wtedy mogły tu razem umrzeć, przynajmniej nie w samotności. Udało mi się powstrzymać od komentarza, most natomiast więcej się nie poruszył. Pozwoliłam Vane robić to co chciała i z zaskoczeniem stwierdziłam, że naprawdę dobrze sobie poradziła. Cudownie było móc znowu znaleźć się na stabilnym gruncie. Poruszyłam stopą - zdecydowanie mogłam to zrobić, chociaż skrzywiłam się przy tym lekko. Widać było, że wysokie skórzane buty są mocno porysowane, być może gdyby nie one, to samo stałoby się ze skórą nogi. Wyglądało jednak, że rzeczywiście skończyło się tylko na siniakach.
- Nie jest źle. Boli trochę, ale to raczej nic poważnego. - Uśmiechnęłam się, a potem próbowałam się ponieść. Okazało się, że ból przy kostce nasila się, kiedy próbuję stanąć stabilnie na stopie. Syknęłam cicho, bagatelizując trochę fakt, iż Jocelyn jest przecież uzdrowicielką. - Mogłabyś pomóc mi dotrzeć do konia? - spytałam, a potem oparłam się na ramieniu dziewczyny. Zwierzę stało spokojnie, nie miałam dużych trudności z wskoczeniem na jego grzbiet - robiłam to od dzieciństwa, będąc znacznie niższa. Od razu poczułam się pewniej, ból w kostce już tak nie doskwierał.
- Wskakujesz? - spytałam, wyciągając do niej rękę, żeby pomóc wsiąść. Nie zostawiłabym jej po tym wszystkim, jak mi pomogła, poza tym nie byłam taka wredna. Miała całkiem dużą rolę w odnalezieniu konia, nawet jeśli jeszcze większą w jego zgubieniu. - Dziękuję, że mnie stamtąd wyciągnęłaś - powiedziałam zaraz. Te słowa nie przechodziły mi bardzo łatwo przez gardło, ale były jak najbardziej słuszne. - To było bardzo odważne, że tam weszłaś. Mogłaś skończyć podobnie jak ja, albo jeszcze gorzej - zauważyłam, starając się nie przywoływać czarnych scenariuszy, które jeszcze przed chwilą rodziły się w mojej głowie.
Koń zaczął powoli iść, okrążałam dziedziniec aż w końcu rzeczywiście dostrzegłam całkiem stabilnie przejście. Okazywało się, że moja niecierpliwość było zupełnie bezsensowna, nawet jeśli ostatecznie nic strasznego się nie stało. Wyjechałyśmy z zamku nim jakieś duchy przypomniały sobie, że powinny nas nastraszyć.
- Zabiorę cię do Yaxley's Hall, stamtąd będziesz mogła wrócić... gdziekolwiek chcesz - zaproponowałam chyba jedyne sensowne rozwiązanie. - A co z twoją czkawką? - spytałam, przypominając sobie, że przecież Jocelyn w każdej chwili może zniknąć. - Trzymaj się - ostrzegłam jeszcze, chwilę przed tym jak pogoniłam konia, żeby przeszedł do wolnego galopu. Nie mogłyśmy jechać wiekami, a tak by było, gdybyśmy cały czas zachowywały wolne tempo.
Liliana Yaxley
Liliana Yaxley
Zawód : -
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ciężko było przestać wierzyć, że kwiat może być piękny bez celu, ciężko przyjąć, że można tańczyć w ciemnościach.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3066-liliana-yaxley#50362 https://www.morsmordre.net/t3091-ares#50606 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3506-liliana-yaxley#61144
Re: Castle Rising [odnośnik]17.01.18 13:11
Gdyby nie anomalie, Jocelyn użyłaby magii, by łatwo i bezpiecznie wyciągnąć Lilianę z pułapki i przenieść ją na drugą stronę. Ale obecnie było zbyt duże ryzyko, że zrani pannę Yaxley lub wręcz zawali most, dlatego to co zrobiła i tak było bezpieczniejszą opcją. Czary były zbyt niestabilne, a przez ostatnie dni widziała w Mungu zbyt wiele ofiar, które wylądowały na oddziale po obrażeniach do jakich przyczyniły się ich własne różdżki. Bez magii czuła się niezręcznie, jakby nagle uległ uszkodzeniu jakiś ważny dla normalnego funkcjonowania zmysł. Do tej pory mogła sięgać po różdżkę gdy tylko tego chciała, teraz za każdym razem wahała się, czy rezultat jaki chciała osiągnąć na pewno był wart ryzyka, że pogorszy sytuację zamiast naprawić. Dobrze, że chociaż mury Munga zabezpieczono przed anomaliami i mogli leczyć pacjentów bez większych komplikacji.
Na szczęście most okazał się wytrzymalszy niż na to wyglądał, gdy stąpała po nim szybko i najostrożniej jak potrafiła. Może Liliana po prostu miała pecha natrafić na kamień-pułapkę, coś w rodzaju schodów w Hogwarcie. Na szczęście półwila miała solidne buty, więc prawdopodobnie nie doznała poważniejszych uszkodzeń, bo gruba skóra zamortyzowała otarcia od kamieni.
Po chwili były na drugiej stronie, na znacznie stabilniejszym gruncie. Most wciąż stał, ale miała poważne obawy co do wchodzenia na niego razem z koniem, który ważył z pewnością więcej niż one dwie razem wzięte.
- Oczywiście – zgodziła się, pozwalając by Liliana oparła się na jej ramieniu. Koń na szczęście rozpoznał swoją panią i nie uciekł na ich widok, więc lady Yaxley po chwili siedziała już na jego grzbiecie. – Tak, chętnie skorzystam. Potrzebuję... dostać się do kominka – powiedziała, z pomocą Liliany także wskakując na konia. Była na tyle lekka że zwierzę pewnie nie odczuło bardzo mocno jej ciężaru, niektórzy mężczyźni byli ciężsi niż one dwie. – Nie mogłam cię tak zostawić i uciec stąd, zwłaszcza że to przeze mnie zgubiłaś konia. Gdyby nie anomalie wyciągnęłabym cię magią, ale... teraz to ryzykowne.
To było z jej strony wyjątkowo lekkomyślne, a nie należała do najodważniejszych osób, zazwyczaj unikała ryzyka. Ale czasami nagłe wypadki wymagały nagłych i spontanicznych rozwiązań. W dobie szalejącej magii niestety opcje były bardziej zawężone niż zwykle, bo nawet próba wysłania patronusa z prośbą o pomoc mogła okazać się niewypałem. Josie naprawdę nie czuła się dobrze z tym że nie może w pełni korzystać z przywilejów bycia czarownicą, ale po pierwszomajowym incydencie bała się anomalii tak bardzo, że wolała wejść na most niż majstrować przy nim zaklęciami. Tym bardziej że w zaklęciach nie była tak biegła jak w magii leczniczej.
- Nie znam chwili, w której znowu się uaktywni – powiedziała zgodnie z prawdą, bo równie dobrze mogła zniknąć za minutę, jak i za kilka godzin. Ataki były nieregularne. A teraz robiło się coraz później, dzień nieuchronnie chylił się ku końcowi. – Może zdążymy dotrzeć do waszej posiadłości, zanim to się stanie. Na miejscu spróbuję uleczyć twoją kostkę – dodała, starając się mocno trzymać, by nie zsunąć się z końskiego grzbietu gdy zwierzę przyspieszyło. – Chyba przydałoby mi się kilka lekcji konnej jazdy – szepnęła jeszcze; niestety nigdy nie miała okazji się tej umiejętności uczyć, choć w dzieciństwie, gdy gościła u krewnych matki, kilka razy została posadzona na końskim grzbiecie z którymś ze swoich starszych kuzynów. Ale była wtedy na tyle mała że nagłe znalezienie się tak wysoko na żywym i szybko biegnącym zwierzęciu ją przeraziło. Z obecnej perspektywy nie wydawało się to już takie straszne jak wtedy, a takie gnanie przez powoli pogrążający się w zmroku las miało w sobie coś urzekającego.
Pod koniec jazdy zaczęła odczuwać coś dziwnego, co już znała, bo doświadczyła to dzisiejszego dnia już parę razy. I później, ledwie zeskoczyła z konia, zdążyła tylko posłać Lilianie zaniepokojone spojrzenie i... nagle zniknęła.
Hep!

| zt. x 2



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Castle Rising [odnośnik]27.02.20 23:41
26 kwietnia

Sytuacja w londyńskim porcie była dynamiczna i rozwojowa, podobnie zresztą jak sytuacja w jej rodzinie. Chociaż od spotkania z Giovanną minęło już sporo czasu, które nie potoczyło się tak, jak wstępnie przewidywała, młodsza Borgia miała poczucie, że pierwszy raz w życiu atmosfera zagęściła się pomiędzy nimi z powodu interesów. Nie była z tego powodu zadowolona; zawsze starała się rozgraniczać rodzinę od pracy, i nigdy nie pozwalała, by ta druga wpłynęła w jakikolwiek sposób na jej relację z którymkolwiek członkiem, tymczasem coś zdecydowanie poszło nie tak. Naprawdę nie potrafiła zrozumieć ani postępowania swojego ojca ani bliskiej sercu siostry, odnosząc wrażenie, że obojgu zaistniały konflikt musiał na tyle namieszać w racjonalnej ocenie sytuacji, że zapomnieli o tym kto z całej gromady miał ponieść konsekwencje dalszego tkwienia w jednym z najbardziej zagrożonych miejsc w Londynie. Nie dość, że wystawiali na zagrożenie cały znajdujący się w magazynie towar, tak stawiali w równie niekomfortowej sytuacji własnych pracowników, a także ją – a ona nie zamierzała dostać w plecy z przypadkowego crucio, czy gamy innych, rozmaitych zaklęć. Nie była tchórzem; przeniesienia się z głównego portu do pobliskich, mniejszych miejsc nie traktowała w kategorii ucieczki a w toczącej się wojnie absolutnie nie dostrzegała żadnej korzyści materialnej. Import i eksport były stosunkowo utrudnione, niebezpieczne i poddawane częstszym kontrolom niezależnie od nazwiska, i od początku kwietnia w podobnej sytuacji znalazła się już przynajmniej dwa razy. Co mądrzejsi opuszczali to miejsce, co głupsi zostawali i czekali na rozwój wydarzeń, który w przeczuciu Franceski mógł się co najwyżej pogorszyć.
Od kilku dni wściekłość mieszała się z dziwnym zawodem spowodowanym podejściem bliskich, aż wreszcie chyba doszła do takiego etapu, że chyba nic już nie mogło jej ruszyć; wszystkie negatywne uczucia zagnieździły się głęboko budując mięśnie i pancerz ochronny, dzięki któremu z zaskakującą asertywnością odmawiała wizyty zarówno u ojca, jak i Giovanny. Potrzebowała czasu, chwili wytchnienia i możliwości do namysłu co powinna robić dalej, skoro okoliczności nie były zbyt sprzyjające. Próbując odszukać argumentów przemawiających za zdaniem osób, z którymi się liczyła, na ich miejsce odnajdywała dwa argumenty wskazujące na to, że jej intuicja się nie myliła i podawała jedyne słuszne rozwiązanie. A to jedynie napędzało jej złość, nawet migreny, które nie chciały opuścić Włoszki od kilku dni. Wprowadzając nowy podział obowiązków pomiędzy swoimi ludźmi, zadecydowała, że najlepiej będzie jeśli po raz kolejny odwiedzi potencjalne miejsca, które mogłyby okazać się odpowiednimi na przeczekanie i tym sposobem znalazła się w małej wsi, która wydawała jej się na ten moment najlepszym wyborem. Mała, niezagrożona, chroniona zaklęciami, na mapach ledwo dostrzegalna – w porównaniu z londyńskim dokiem była wprost idealna, choć na miejscu okazało się, że ilość i zawiłość ścieżek potrafiła dać w kość.
Ściemniało się. Przytępione od bólu głowy zmysły nie reagowały tak jak powinny, więc docelowo wcale nie trafiła nad wodę a na jedną z wielu ścieżek prowadzących donikąd, ale nie widziała w tym jeszcze problemu. Uznając, że może w ten sposób znajdzie coś lepszego niż słyszała z opowieści, przemykała kolejnymi zakrętami, aż wreszcie po kilku minutach dotarła do takiego punktu, że absolutnie nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Szelest liści, szum wiatru i złowroga cisza poza tym działała na niekorzyść Włoszki, choć wytrwała w swoim postanowieniu szła przed siebie. Mijała kolejny zakręt piekielnej wsi złożonej z wiejskich domków, uznając, że część mieszkańców chyba rzeczywiście wymarła, gdy wychodząc zza rogu na następną polną dróżkę, wpadła z impetem w nadchodzącą z naprzeciwka osobę. Nim jednak zdołała zorientować się w sytuacji, ostrość zmysłów wróciła sama, sprowokowana przez nagłą wilgoć i chłód zlokalizowany na samym środku klatki piersiowej. Wstrzymała oddech, rozkładając ręce na boki, wzrok zaś najpierw skierowała na zmoczone ubranie.
Co to było? – wyrzuciła, kiedy zdołała przypomnieć sobie o oddychaniu, a do jej nosa dotarł specyficzny zapach ingrediencji, które sama przecież czasami przywoziła. Dopiero po tym zrzuciła z głowy kaptur i spod przymrużonych powiek zlokalizowała twarz człowieka, którego nie spodziewała się już nigdy więcej w życiu spotkać. Zdębiała, dosłownie, spoglądając na niego z wyraźnie zaskoczoną miną a wewnątrz ochronnego pancerza poczuła zaskakująco mocne ukłucie i uczucie, którego wcześniej nie miała okazji zaznać. Wewnętrznej paniki.
Powiedz, że to nie był żaden eliksir – dodała ciszej, niemal przez zaciśnięte zęby, gdy czuła, że najchętniej zapadłaby się teraz pod ziemię albo dała spalić żywcem przez ciecz wżerającą się w kolejne włókna ubrań. Czasami zastanawiała się jak mogłoby wyglądać ich spotkanie po latach, jednak w życiu nie podejrzewałaby, że ich drogi splotą się akurat na odludziu, w najdziwniejszym miejscu jakie ostatnio odwiedziła, ani że zacznie się ono dokładnie tak, jak przed laty we Włoszech. Czasami też zastanawiała się czy Vincent w ogóle domyślił się jej pochodzenia; doskonale pamiętała ostatni dzień wakacji, gdy jedyny raz w życiu uciekła dowiadując się kim był i nie zdradzając, że również i ona posiada magiczne zdolności. To miała być tylko wakacyjna przygoda.


My blood is a flood of rubies, precious stones
it keeps my veins hot, the fire
found a home in me


Francesca Borgia
Francesca Borgia
Zawód : handlarz, jubiler
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
I was born to run
I don't belong to anyone
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7918-francesca-federica-borgia#227478 https://www.morsmordre.net/t7977-desiderio#228059 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f107-aldermanbury-12-14 https://www.morsmordre.net/t7979-skrytka-bankowa-nr-1881#228094 https://www.morsmordre.net/t7978-f-f-borgia#228091
Re: Castle Rising [odnośnik]13.04.20 21:24
Wyraźna zmiana otoczenia przywlekła ze sobą obszerną gamę nurtujących problemów. Topniejący śnieg, zabierał udrękę ostatnich miesięcy; wraz ze wschodzącym słońcem dawał nadzieję na lepsze, spokojniejsze jutro. Żaden z mieszkańców, pragnących odetchnąć świeżym powietrzem, nie zdawał sobie sprawy, iż niebezpieczeństwo czaiło się wraz z nadejściem nowego kwartału. Uderzyło gwałtownie, niespodziewanie – potrząsnęło rzeczywistością. Nadeszły transformacje, niewygodne rozporządzenia, restrykcje, wpływające na jakość codziennej egzystencji. Rozpoczęto walkę. Miasto wszczęło twardy bunt, uległo paraliżującej panice. Samozwańcza polityka narzucała swe racje – wybierała najwyższych popleczników, obsadzała pozycje, siała bezgraniczny terror. Wyklęła znaczną grupę ludności, urządzając masowe wygnania, polowania, deportacje. Ludność krwi mugolskiej, nie mogła czuć się swobodnie, bezpiecznie. Zostawiając dobytek swego życia, opuszczali brukowe ulice zatopione w okrutnej i niesprawiedliwej propagandzie. Wszystko działo się tak szybko. Wydawało mu się, że powoli odzyskuje stabilizację, wnika w utracony świat, rozpracowuje tajemnice, którymi raczono go od kilkunastu tygodni. Plątanina niepoprawnych myśli, powracała do niektórych, niedawnych konfrontacji. Wyraźne twarze rodziny, dawnych znajomych, nie opuszczały spowolnionego kroku. Czuł ich obecność, słyszał tembr głosu, analizował wyrzuty, zarzuty, boleści, które kierowali w jego stronę tak pewnie, otwarcie i odważnie. Cały czas poszukiwał swojego miejsca na ziemi, licząc na szybkie usamodzielnienie. Zbyt długie wykorzystywanie uprzejmości przyjaciół stawało się uporczywe, niewygodne – w jaki sposób mógłby się odwdzięczyć? Byli przecież w niebezpieczeństwie, którego nie do końca pojmował. W jaki sposób mógłby ich obronić, skoro prawdziwy przeciwnik nie był mu znany? Jakim wrogom stawić czoła, jakie umiejętności rozwijać? Na co zwracać uwagę? Do tego niepewny aspekt rodzinny, rozdzierał przyspieszone bicie serca. Niepokój, strach, niepewność, zmartwienie. Gdzie podziewała się jego siostra? Dlaczego zaginęła? Jakim prawem stary auror, naraził ukochaną osobę na tak olbrzymie ryzyko? Dlaczego tak spokojnie, biernie podchodził do sprawy? Zbyt wiele złości gromadziło się wewnątrz ciała – nie potrafił odnaleźć metody, która uwolniłaby spięte, zestresowane kończyny. Było coraz gorzej.
Od kilku dni rozmyślał nad kolejnymi, odpowiednimi krokami. Cierpiąc na zmniejszoną liczbę zleceń, miał czas na analizy, kalkulacje, dokładne dywagacje. Jego niewielki, prywatny azyl, wyglądał jak pobojowisko. Wystrój opierał się na porozrzucanych książkach, w których szukał odpowiedzi. Podłoga tonęła w zbieraninie pogniecionego, pokreślonego pergaminu, resztek pióra oraz przysmaku śnieżnobiałej sowy, której humory doprowadzały go do szału. Arsenał kubków z pozostałościami pobudzających ziół, zdobił ciasną namiastkę biurka, na której kreślił list, notatkę. Wiadomość do jedynej w swoim rodzaju, uprzejmej rodziny Tonks, ratującej ciemnowłosego od nagłej i bezwzględnej bezdomności. Od zamarznięcia na oblodzonych, brukowych ulicach londyńskiej spuścizny. Oczy bolały go od nikłego światła, a coraz większe zmęczenie wołało o chociażby godzinną drzemkę. Unikał konfrontacji, przelotnych rozmów. W widoczny sposób asymilował się od domowników, nie chcąc zdradzać kiepskiego stanu – opowiadać o niedawno zaistniałych wydarzeniach. Czuł się nieswojo, niekomfortowo. Nie potrzebował niewygodnych pytań i głośnych domysłów. Wolał przeczekać, przecierpieć we własnym towarzystwie. Od jakiegoś czasu zastanawiał się nad zakupem mieszkania. Rynek w obecnej sytuacji, nie prosperował zbyt pomyślnie, lecz czy nie była to okazja, aby skorzystać z bardziej przystępnej ceny? Miał oszczędności i czuł, że okazja sama wychodziła mu naprzeciw. Wzdychając ciężko, pokręcił jedynie głową w geście niedowierzania, jednakże znajomy stukot wyrwał go z letargu. Nadpobudliwa sowa, pocierała ostrym dziobem w niewielkie okno. Mężczyzna wpuścił ją pospiesznie, narażając smukłe palce na niespodziewany, wzmożony atak. Pierzasty kompan, przyniósł ze sobą wiadomość, aż z Castle Rising. Czy jego zasięgi wzrosły aż tak błyskawicznie? Zdumienie na jego twarzy narastało, gdy wczytywał się w litery, pisane drżącą, zapewne starczą dłonią. Prośba o dostarczenie kilku, roślinnych składników i dokonanie transakcji. Czyż nie był to idealny plan? Odłożył pergamin pachnący intensywnymi, ziołowymi kroplami. Spojrzał w stronę okna. A może dobrze się składa? Zmiana otoczenia, oderwanie myśli. Mały interes i nowe, nieznane szlaki. Kto wie, może to idealna okolica do wyprowadzki?
Miejscowość, do której dostał się z niebywałym trudem, wyglądała na odludną, umiejscowioną pośrodku niczego. Dotarcie pod wyznaczony adres, zajęło mu bardzo dużo cennego czasu. Drewniana, stara, zaniedbana chatka, znajdowała się u skraju lasu. Ścieżka, którą uporczywie przemierzał, była wyboista, błotnista, nieprzystosowana do niespodziewanych odwiedzin. Dzisiejsze popołudnie, nie należało też do najcieplejszych – obszerne połacie grafitowego płaszcza, przytulał do odsłoniętych kończyć i zmarzniętej siły. Dłonie chowały się w głębokich kieszeniach. Za jakie grzechy dał się w to wciągnąć? Odetchnął z ulgą, gdy po kilkunastu minutach, znalazł się na progu. Wiatr wywracał materiał oraz niesforne kosmyki. Torba ciążyła, gdzieś z lewej strony, gdy ostrożnie pukał do ozdobnych drzwi; biała farba pozostała na jego knykciach, a on zatrwożył się nieznacznie. Ku ogromnemu zdziwieniu, drzwi rozwarły się na oścież, a starczy głos mówiący:
- Proszę wejść! – zaprosił go do środka. Siwowłosy, zaprowadził do zagraconego salonu, zaproponował rozgrzewający napar oraz talerz twardych jak kamień herbatników. Nie dając dojść do słowa, rozpoczął bujne dywagacje na temat szalonego życia, odległych przygód, wykonywanych zajęć i młodzieńczych miłostek. Podstawiał pod nos zakurzone ramki, wyciągał dyplomy, a także odznaczenia od wysoko postawionych czarodziejów. Za żadne skarby świata, nie pozwalał, aby młody Łamacz, doszedł do słowa – wykonał zlecenie oraz odszedł w spokoju. Czuł zakłopotanie, zażenowanie, niesmak. Wymuszone uśmiechy stawały się niewygodne, niechętne. Za oknem zapadał zmrok. Odstawiając ozdobną filiżankę, przerywając wypowiedź gospodarza, podniósł się do pionu i chrząkając wymownie wypalił: - Przepraszam, ale spieszę się do domu. Czy możemy załatwić sprawy, do których mnie Pan wezwał? – głos był niecierpliwy, poddenerwowany, jednakże nie zapomniał o uprzejmościach i wyuczonej formie grzecznościowej. Staruszek posłusznie udał się po sakiewkę, nawet nie doglądając starannie zapakowanego towaru. Ciemnowłosy policzył zdecydowanie mniejszą stawkę, zbierając się do wyjścia. Pan domu, wcisnął mu w ręce dwie, niezidentyfikowane fiolki, dziwnego, brunatnego płynu. – To na przeziębienie. Pogoda bywa teraz bardzo zdradliwa. – wymamrotał, żegnając sprzedawcę ochoczym kiwnięciem. Dziękował w duchu, iż nie jest mu dane powąchać, a tym bardziej spróbować ów mikstury. Kto wie, co takiego zawierała? Wchodząc na ścieżkę, nie przypuszczał, że ciemna kotara nocy, rozpocznie zwodzące rytuały. Nie wyłapał momentu, w którym plątanina dróg, zawiodła jego orientację. Otoczenie było identyczne, cywilizacja oddalona o kilkanaście metrów. W którą stronę powinien skręcić? Zatrzymał się na chwilę, próbując wzmocnić orientację. Niebo było dziś zachmurzone, gwiazdy nie były drogowskazem. Coraz bardziej podirytowany, wszedł w kolejną drużkę – energicznie, pospiesznie, natarczywie. Ruch okazał się na tyle gwałtowny, iż nie zanotował niespodziewanej, obcej obecności idącej z naprzeciwka. Z impetem wtargnął w strefę komfortu, wytrącając niesione fiolki. Niezabezpieczone płyny, wydostały się na powierzchnię, zalewając przede wszystkim odzież wierzchnią nagłego intruza. – Co do cholery? – wyrzucił, odskakując błyskawicznie, aby jak najmniej kropel dostało się na płaszcz. Ciężka woń lepkiej, ciężkiej cieczy, wytworzyła nieprzekraczalną barierę. W tym momencie mógł swobodnej, pewniej, utkwić wzrok roziskrzonych, gniewnych tęczówek w zaciemnionej postaci. Gdy odezwała się po raz pierwszy, odpowiedział liniowo: – Dokładnie to eliksir na kaszel. – wyrzucił niedbale, informacyjnie jakby to wszystko nie miało znaczenia. Jakby nie obchodziło go, że ucierpiała. Czyż nie była sobie winna? Był okropnie zmęczony. Gdy zsunęła kaptur, niechętnie powrócił do poznawania, badania twarzy, jak się okazało kobiecego wędrowca. Zamarł. Świat stał się statyczny, wnętrzności wywróciły się do góry nogami, a sparaliżowane członki nie potrafiły wykonać żadnego ruchu.
To była ona.
Wizje wakacyjnej, idealistycznej przygody, uderzyły w zszarganą podświadomość z ogromną siłą. Wiatr, mógł z łatwością przewrócić jego profil, z trudem trzymał pion. Nogi stały się wiotkie. Oddech stał się przyspieszony, nierównomierny. Z szeroko otwartymi oczami poznawał ledwie widoczne rysy twarzy, oceniał, przypomniał wyjątkową aparycję. Nie potrafił odnaleźć słów, aby wyjaśnić zaistniałe zdarzenie. Jak się tu znalazła? Co tu robiła? Po co przyjechała do tak odległej, obrzydliwej wioski? Zgubiła się? Coś jej się stało? Była ranna? Co do cholery? – Co… – odchrząknął, czując jak zasycha mu w gardle. – Co ty tu robisz? – tylko na tyle było go stać. Na kilka pierwszych słów, przełamujących głuchą ciszę. Nie potrafił nazwać tego co czuje. Zdziwienie, strach, wstyd, drobną tęsknotę? Czy była zwiastunem nowych kłopotów?



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, zielarz, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 30
UROKI : 31 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6 +3
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Castle Rising [odnośnik]16.04.20 18:33
Czarownica zmarszczyła czoło, co najmniej tak, jakby wyczuła myśli Rinehearta. Na drugie imię miała kłopot i już dłużej nie mogła znieść zarówno myśli, że w ostatnich dniach gdziekolwiek by się nie pojawiła, była zwiastunem samych problemów, jak i dziwnego poczucia, że w przyciąganiu krępujących sytuacji osiągała z każdym następnym tygodniem niechcianą perfekcję.
W ułamku sekundy przypomniała sobie tamte wakacje sprzed lat, niechętnie uznając, że znajdowały się w ścisłej czołówce najmilszych wspomnień, do których czasami Włoszka lubiła powracać w ramach poprawy nastroju lub wręcz przeciwnie: w masochistycznej skłonności dołowania się jeszcze bardziej, niż należy. Zbudowali tę relację na kłamstwach i choć czarownica wiedziała, że każdy bałagan należało po sobie posprzątać, w głębi duszy czuła, że najlepiej będzie tkwić w tym fałszu. Chociaż sama obecność w magicznej wsi strzelała w kolano wszystkim naiwnym i durnym wymówkom, jakie przychodziły jej teraz do głowy.
Nabrała powietrza głęboko w płuca i zatrzymała je tam na dłużej, niż by chciała, uświadamiając sobie, że była żenująco beznadziejna w obliczaniu prawdopodobieństwa. W tamte wakacje nie myślała o konsekwencjach przelotnego romansu. Niesiona młodością i włoską, upojną aurą pełną słodkiego rozleniwienia, ledwo co po pochowaniu męża tyrana, nie zastanawiała się nad tym, czy aby na pewno dobrze robi dając się omotać wdziękowi zagranicznego turysty. Plan, który wtedy objęła był niezwykle prosty i miał określony termin zakończenia, gdy jednak ten moment nadszedł, szybko zapomniała o pewności siebie i zamiarze usunięcia mu siebie ze wspomnień. Do teraz nie umiała znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytanie, dlaczego tego nie zrobiła, wielokrotnie pocieszając się myślą, że możliwość wpadnięcia na siebie przy trybie prowadzonego życia, w wielkim kraju i poza nim, była bliska zeru. Ironią losu było to, że ze wszystkich miejsc i okoliczności, musieli wpaść na siebie akurat teraz, podczas wojny, w najmniejszej wiosce, leżącej na ziemiach jej oblubieńca a to z kolei spowodowało, że Borgia rozejrzała się nerwowo wokół. Travers był bowiem ostatnią osobą na ziemi, której w ogóle miałaby ochotę opowiadać o swoim romansie, celowo pominiętym w innych opowieściach z prostego powodu; jako jedyny wydawał się prawdziwy i wtedy odnosiła wrażenie, że Vincent czuł podobnie. Tymczasem beztroska sprzed lat znikała w miarę upływu czasu i w tej chwili pozostało po niej niewiele, ustępując miejsca zachowawczości i zdyscyplinowaniu, kłamliwej charyzmie, zwykłej prozie życia. Przełknęła gorycz rosnącą jej w gardle zdeterminowana, by dzisiejsze spotkanie rzeczywiście pozostało tym ostatnim a smród i lepkość wylanego eliksiru zdecydowanie ułatwiała jej sprawę, studząc emocje.
Ściągnęła brwi, kiedy tylko z ust Vincenta padło naturalne i adekwatne do okoliczności pytanie, choć weń wzbudziło niewielkie, bezpodstawne poirytowanie. Czy on naprawdę chciał usłyszeć tłumaczenie i usprawiedliwianie się? Czy może wolał rzucenie na szyję w wyrazie tęsknoty albo kajanie, przepraszanie za to, że postąpiła wtedy jak zwyczajna świnia?
Prawdopodobnie to samo co ty, zabłądziłam w labiryncie przeklętych ścieżek na końcu świata – odparła beznamiętnie po krótkim zawahaniu, siląc się jednak na utrzymanie opanowanego tonu. Nieprzyjemne wrażenie, które ciążyło na klatce piersiowej brunetki, szybko zmieniło się w zrezygnowanie i poczucie niemocy, zupełnie tak, jakby ktoś smagnął jej plecy timorią, a świadomość, że Vincent z pewnością nie uwierzył w tę wymuszoną amnezję jedynie wzmagała w niej chęć ucieczki. – Przepraszam, czy my się znamy? – dodała; skoro już powiedziała a, musiała powiedzieć b i trzymać się wybranego spośród wielu wersji planu zdarzeń, żeby nie wyjść przynajmniej na rozchwianą emocjonalnie wariatkę.


My blood is a flood of rubies, precious stones
it keeps my veins hot, the fire
found a home in me


Francesca Borgia
Francesca Borgia
Zawód : handlarz, jubiler
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
I was born to run
I don't belong to anyone
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7918-francesca-federica-borgia#227478 https://www.morsmordre.net/t7977-desiderio#228059 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f107-aldermanbury-12-14 https://www.morsmordre.net/t7979-skrytka-bankowa-nr-1881#228094 https://www.morsmordre.net/t7978-f-f-borgia#228091
Re: Castle Rising [odnośnik]20.06.20 0:32
Nie ukrywał widocznej dezaprobaty. Niedawny powrót do macierzystych terenów deszczowej Anglii, niemalże każdego dnia przysparzał szereg niechcianych i niewygodnych przeciwności. Objawiały się w kaprysie zwodniczej magii, ciężkich rozmowach przesiąkniętych ostrym jadem, połączonym z odrzucającą nienawiścią. Ukazywały podczas nietypowych, nieplanowanych spotkań wyjątkowych osobistości. Te natomiast reagowały odmiennie, zaskakująco; prawie żadna z nich nie uważała nietypowej migracji za pozytywny aspekt ówczesnej konfrontacji. Z sceptycznym nastawieniem, wyraźnienie zniesmaczonym wyrazem twarzy, odchodziły w przeciwległym kierunku pozostawiając ciemnowłosego z plątaniną skrajnych przemyśleń. Jakby całe zło doczesnego świata spoczywało na jego barkach. Jakby był za nie odpowiedzialny. Wizje przeszłości uderzyły wraz z silniejszym podmuchem chłodnego wiatru. Pamiętał spontaniczne miesiące pełne słonecznej beztroski, ulotnego, odurzającego uczucia, obecności, która zawróciła mu w głowie – doszczętnie. Z nostalgią wspominał wspólne aktywności, odkrywanie piękna włoskich terenów, celebrowania wzajemności z tak ogromną fascynacją i pożądaniem. Czy potrafił podać świadomy koniec tej niecodziennej relacji? Wskazać powód bolesnego zerwania, odejścia w nieznane? Czy spodziewał się, iż zwodniczy los, po raz kolejny zestawi ze sobą dwie sylwetki?
Niespodziewane, wieczorne zlecenie spadło z nieba niczym najokrutniejszy kataklizm. Przygotowany do wykonywania zupełnie innych czynności, wyraził zgodę na osobistą wizytację. Nie zwrócił uwagi na miejscowość zapisaną na białym pergaminie dostarczonego listu. Nie spodziewał się, że trudna do znalezienia lokalizacja okaże się tak zgubna i zdradliwa. Przekonany o swej nieomylności, korzystając z astronomicznych przesłanek, starał się odnaleźć odpowiedni kierunek. Piaskowe drużki w zimnym, wątłym świetle granatowej kotary wyglądały tak podobnie – niczym wąskie, zawinięte wstęgi. Rozmigotany koniuszek różdżki pozwalał ustrzec się przez potężną kałużą, zwodniczym, wystającym kamieniem. Jakim cudem zgubił ślad? W którym momencie wszedł w zły zakręt? Pokręcił głową z dezaprobatą; zatrzymał się gdy tajemnicza postać przecięła jasną linię wspólnej przestrzeni. Cholera. Tamtego, pamiętnego dnia, podczas przerwy w obowiązkach, nie spodziewał się tak niecodziennego, gwałtownego spotkania. Urocze dziewczę z tamtejszym temperamentem wtargnęło do spokojnego żywota, wywracając upojne tygodnie do góry nogami. Pochłonięty nowymi zleceniami, nabywaniem doświadczenia jak i umiejętności nie zamierzał wdawać się w głębsze koligacje, a przede wszystkim przelotne romanse. Czyżby letnia aura błękitnej wyżyny przyczyniła się do zmiany postępowania? Poddał się, uległ, lecz nie pogodził, a wręcz nie zrozumiał zakończenia. Wszystko to co piękne odpłynęło z nadejściem kolejnej, chłodnej pory roku. Rozmyło się, rozmydliło, zaprzepaściło. Dlaczego? Przez długi czas zadawał sobie te nurtujące pytania, szukając winy we własnym, niestabilnym wnętrzu. Czy mógł, powinien czuć się winny? Żałować, iż wspomnienie choć silne, z biegiem lat traciło na intensywności? Czyżby spotkanie na najdalszych obrzeżach szerokiego kraju nie było do końca przypadkowe?
Zdumienie nie chciało opuścić zdezorientowanego handlarza. Zimne powietrze uderzyło w zarośniętą twarz próbując wyrwać z chwilowego osłupienia. Tępy wzrok błękitnych tęczówek wdzierał się w znajome rysy; ślizgał po zgrabnej, okrytej płaszczem sylwetce. Słodki zapach wylanego eliksiru wypełniał kwietniową aurę. Zatracał zmysły, a może odrobinę odurzał? Nie ruszał się. Zdobył się na lekkie wyprostowanie przygarbionych pleców i zanurzenie dłoni w głębokich kieszeniach. Jak to się stało, że znalazła się właśnie tu? W tym jednym, odosobnionym, odległym terenie pośród kompletnej nicości? Czy w ogóle zważała na własne bezpieczeństwo? Westchnął głośno, gdy chwilowa cisza wypełniła przestrzeń. Powietrze drżało, dygotało – wyrazistość zmysłów powracała. Rozejrzał się po okolicy dość asekuracyjne. Na jej niewiarygodne słowa prychnął zdegustowany i spoglądając z pode łba odrzekł w wyraźniej kontrze: – Ciekawe… – zaczął zakładając ręce na klatce piersiowej. - Nie wiedziałem, że lubisz samotne, nocne wędrówki. – chyba dużo się zmieniło, prawda? – Gratuluję pomysłowości. – dorzucił z naganą i wyraźnym zmęczenie w chrapliwym głosie. Nie dowierzał, iż dopuściła się takiej bezmyślności. Ten kraj nie był bezpieczny. Jeszcze się tego nie nauczyła? Nie miał czasu na swobodną pogawędkę. Chciał jak najszybciej wydostać się z tej zapyziałej, błotnistej dziury. Patrzył coraz bardziej podirytowany na tę statyczną i niewzruszoną twarz – przestań ze mną pogrywać do cholery. Jednakże to kolejne słowa wywołały apogeum rzadkiej, gwałtownej reakcji: – Zwariowałaś Fracesca? – warknął. – Przestań zgrywać głupa i rusz się. Nie będę tu tkwił przez całą wieczność. – przepiękny, idealistyczny sen wakacyjnej wizji, odpłynął w nieznane. I choć pewien sentyment cały czas łaskotał kawałek serca, kobieta okazała się nieznośna niereformowalna. Przekręcił oczami teatralnie i odwrócił się w przeciwległym kierunku. Odchodził. – Zresztą, zrobisz jak zechcesz. – skwitował na koniec przeczesując materiał w poszukiwaniu paczki wysłużonych papierosów. Dym powinien uśmierzyć skołatane nerwy.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, zielarz, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 30
UROKI : 31 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6 +3
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Castle Rising [odnośnik]13.08.20 16:03
Kłamstwo miało krótkie nogi, zwłaszcza to nieprzemyślane, wymyślone na poczekaniu, które było zresztą tak głupie, że nie miało prawa się udać – była kobietą zbyt charakterystyczną, by łatwo dało się o niej zapomnieć. Miała rzadko spotykany w tym kraju akcent, iście włoski wygląd, ale poza tym posiadała dar chodzenia omijanymi przez innych ścieżkami i załażenia innym za skórę. W tym przypadku uciekła, pozostawiła mężczyznę samemu sobie z dnia na dzień bez słowa wyjaśnienia, ale była przekonana, że podobnie jak ona, domyślił się z kim ma do czynienia. Niespecjalnie przecież się ukrywała i nie wiedziała ile nieświadomych błędów popełniła, które w przypadku bycia niemagicznym byłyby sygnałem alarmującym dla drugiego niemagicznego, lecz w tamtym czasie się nad tym nie zastanawiała. Spędzane u boku mężczyzny dni i noce były na tyle pochłaniające, że nie zaprzątała sobie głowy niczym innym.
Nie wiedziała czego spodziewała się po tym spotkaniu, bo nie wyobrażała go sobie wcześniej. Znajomość z Vincentem uznała za zakończoną już tamtego dnia, gdy opuściła włoską krainę i wprost naiwnie nie dopuszczała do siebie możliwości, że ich drogi skrzyżują się ponownie. Czy miała z nim porozmawiać normalnie, chociaż normalnie w ich przypadku było niemal niemożliwe ze względu na to jaka relacja łączyła ich podczas dwóch słonecznych miesięcy? Czy miała przeprosić, wyjaśnić? A może podejść do sprawy na chłodno, udając, że zrobili coś normalnego, co okazywało się wyjściem najlepszym, dorosłym? Zerkając na niego spod przymrużonych powiek, z miną głupią, niewyraźną, ocknęła się dopiero wtedy, kiedy Rineheart zadecydował się odejść. Z dwojga złego wolała pójść z nim, niż błądzić bez celu pośród ciemnego gąszczu, z którego nie potrafiła wyjść.
Kto by pomyślał, że potrafisz być taki stanowczy – skomentowała pod nosem jego postawę, pod wrażeniem której byłaby jeszcze te kilka lat temu, gdy spotkali się po raz pierwszy. Teraz przemawiała przez nią jedynie lekka złośliwość podsycana smrodem eliksiru wżerającym się w materiał szaty. – Czego tu szukasz? – spytała wprost i wyjęła z kieszeni paczkę smakowych papierosów. Jednego wsunęła pomiędzy wydatne wargi, resztę podsunęła Vincentowi pod nos, zauważając, że najwidoczniej jego poszukiwania przyprawiają go co najwyżej o większą irytację, niż to konieczne.
Nie martw się, nie otruję cię – westchnęła teatralnie, odpalając papierosa, który okazał się mieć wiśniowy smak. To w wiśni odnalazła chwilowe ukojenie a w wydmuchiwanym dymie sposób, jak przetrwać to niezręczne spotkanie, ale nie miała pewności na ile się jej to uda. Była jednak zbyt temperamentna, porywcza i niestała w zachowaniach, by z góry zakładać swoje powodzenie. – Gdzie my w ogóle jesteśmy? Szukałam portu, tymczasem znalazłam się tutaj – wolną ręką wykonała gest pokazujący nic innego, niż las, a potem zrównała się krokiem z mężczyzną. Norfolk pozostawało dlań tajemnicą, tak samo jak jego topografia, więc miała nadzieję, że jej nieszczęsny towarzysz okaże się mieć nie tylko więcej rozumu, ale i wiedzy, w którym kierunku powinni podążać.

ztx2?


My blood is a flood of rubies, precious stones
it keeps my veins hot, the fire
found a home in me


Francesca Borgia
Francesca Borgia
Zawód : handlarz, jubiler
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
I was born to run
I don't belong to anyone
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7918-francesca-federica-borgia#227478 https://www.morsmordre.net/t7977-desiderio#228059 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f107-aldermanbury-12-14 https://www.morsmordre.net/t7979-skrytka-bankowa-nr-1881#228094 https://www.morsmordre.net/t7978-f-f-borgia#228091
Re: Castle Rising [odnośnik]15.12.20 1:37
17.08

Jarałem się tym wydarzeniem, głównie ze względu na to, że dotyczyło właściwie całego Ogniska, a co ważniejsze odbywało się poza Londynem; istniały więc spore szanse, że dołączą do nas ci, którzy wcześniej gromadzili się w pracowniach, ale w noc oczyszczenia zbiegli ze stolicy i nie mogli wrócić. Z wieloma wciąż nie było kontaktu, jednak niektórzy wysyłali czasem nieco enigmatyczne wiadomości by po prostu dać znać, że wciąż żyją i mają się całkiem dobrze. Miasto straciło wiele ciekawych person i chociaż trochę przez wzgląd na to, że ogniskowa kadra uległa nagłemu skurczeniu w ogóle dostałem tę robotę, to jednak tęskniłem za niektórymi znajomymi twarzami. Być może dzisiaj uda się przypomnieć prawie już zapomniane głosy. Na zamkowym dziedzińcu panuje wesoły gwar, a głośne trzaski obwieszczają przybycie kolejnych ludzi - niektórzy aportują się już na miejscu, inni nadciągają od strony wioski, a ja zerkam na zegarek, który skórzanym paskiem otula ciasno mój kościsty nadgarstek i zwracam się do stojącego obok mnie młodzieńca - Ostatni świstoklik będzie w wiosce za pół godziny, idę po nich - kiwam głową; kilka rupieci zostało w Ognisku, by zabrać ze sobą stacjonujących w Londynie i chociaż większość właściwie przyleciała poprzednimi, to ten jeden miał zebrać wszystkich niedobitków, którzy nie mogli wyszykować się wcześniej, albo musieli pospać przed całonocną imprezką, albo cokolwiek innego, nieważne. Typ podsuwa mi swój gliniany kubek, a ja napełniam go słodkim winem, przy okazji oglądając z każdej strony - kto mu ulepił takie paskudztwo? Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie zapytał, zaś kiedy zdradza mi ową tajemnicę, parskam głośnym śmiechem. No koleś był niemożliwy, jak matkę kocham. Stukam się z nim szkłem i z na wpół opróżnioną butlą pod pachą ruszam w kierunku wioski. Droga jest przyjemna i zaiste urokliwa, obrośnięte liśćmi gałęzie chylą się ku mnie, więc przesuwam po niektórych palcami, jakbyśmy zbijali piątki z Matką Naturą; pokazuje się także kilka elfów, przelatujących z jednej korony do drugiej, ale teraz, kiedy ostatnie promienie słońca łaskoczą skórę, ich migotliwe skrzydełka nie robią aż takiego wrażenia. Niemniej powoli zmierzcha, gwiazda z wolna znika za horyzontem, ustępując miejsca nocnym bohaterom - a dziś czekało nas wspaniałe przedstawienie, deszcz spadających gwiazd; czy przygotowałem wystarczająco dużo życzeń?... Zatrzymuję się na skraju lasu, gdzie witają mnie pierwsze, urocze budyneczki i ponownie zerkam na zegarek - mam jeszcze chwilę, więc przysiadam na trawie pod największym drzewem, opierając plecy o szeroki pień i odpalam papierosa, z wolna delektując się jego smakiem. A potem spadają jeden po drugim, kurczowo trzymając się starej palety pokrytej warstwą zaschniętych farb - No to mamy wszystkich - rzucam, bardziej nawet do siebie niż kogokolwiek innego, niespiesznie zbierając się z podłoża. Butelkę wciskam w pierwsze ręce, które mi się nawiną - Dzień dobry, wziąłem wam, jakby ktoś był bardzo spragniony - wszyscy byli - To co? Gotowi do dalszej drogi? - pytam, przesuwając spojrzeniem po twarzach ostatnich przybyłych, dostrzegając wśród nich jedną, której, miałem nadzieję, dzisiaj nie dojrzeć. Spomiędzy moich warg wydobywa się ciche westchnienie - A jednak - mruczę, wywracając ślepiami, po czym ruszam przodem, tą samą drogą, tym razem prowadzącą pod ruiny zamku. Jestem boso, bo rozgrzana trawa jest taka przyjemna, więc omijam zręcznie leżące na dróżce większe kamienie i wyżłobione deszczowym nurtem dziury - Niektóre z drzew zamieszkują elfy, przypatrzcie się dobrze, a może jakiegoś zobaczycie - zagaduję, po czym wsuwam między wargi resztkę papierosa, ściągając kilka krótkich, ostatnich buchów - Przygotowaliście jakieś życzenia do spadających gwiazd?




Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Castle Rising [odnośnik]17.12.20 16:03
Cholernie nie chciała się tu pokazywać.
W zasadzie od ostatniej lekcji, gdy dowiedziała się kto ma być jej nauczycielem nie miała najmniejszej ochoty, by w jakikolwiek sposób zbliżać się do Ogniska, sztalug przywodzących na myśl bolesne wspomnienia oraz nauczyciela, będącego uosobieniem najgorszych koszmarów... Bo przecież innej możliwości nie było, czyż nie? Cały tydzień spędziła na wojnach z panią Pinkstone. Długich dyskusjach, podstępach mających sprawić, iż ta przestanie naciskać, by Emma brała udział w lekcjach; zapewnieniach o tym, że z pewnością nie dogada się akurat z tym nauczycielem, okraszonych najgorszymi epitetami, jakie tylko potrafiła odnaleźć w swoim słowniku.
I żadna z tych rzeczy nie przyniosła zamierzonego skutku. Wręcz przeciwnie - im bardziej panna Frey stawiała opór, im mocniej opierała się przed ponownym odwiedzeniem Ogniska oraz udziałem w lekcjach malarstwa tym bardziej pani Pinkstone przypierała ją do muru, nie pozwalając na odwrót.
Kłóciła się do ostatniej chwili, nim znajoma czarownica niemal popchnęła ją na świstoklik. A wtedy, było już za późno na jakikolwiek odwrót. Świat zawirował wywracając wnętrzności po to by chwilę później wyrzucić ich... gdzieś. W okolicach jakiejś dziwnej wioski, w której do tej pory nie miała okazji być... Lecz nieprzyjemnie przypominającej miejsce, które niegdyś ich zdradziło. Kiedyś, w innym świecie oraz innym życiu.
Panna Frey poprawiła czerwoną, letnią sukienkę po czym szybko zrzuciła niewygodne obuwie, spinając klamerki ze sobą by przewiesić je przez pasek niewielkiej torebki, jaką miała przewieszoną przez ramię. Wyraźne niezadowolenie błysnęło w czarnym spojrzeniu na widok twarzy pożal się Merlinie nauczyciela. Prychnęła pod nosem, słysząc jego słowa.
- Powinnam uznać to za komplement? Twoje plucie jadem na dzień dobry? Cham bezczelny... - Mruknęła zaczepnie, nie mogąc powstrzymać się przed odrobiną uszczypliwości. Butelka poszła w ruch, panna Frey pociągnęła z niej długi łyk by podać ją dalej. Kroczyła spokojnie, gdzieś z boku grupy, próbując wypatrzeć niewielkie, migoczące skrzydełka elfów.
Spokój przerwało jednak pytanie tamtego psychopaty, a usta Ems wykrzywiły się w wyraźnym niezadowoleniu. Czy na prawdę musiała dziś usłyszeć te bzdury?
- Gwiazdy nie spełniają życzeń. Kretyn i ignorant jesteś, skoro faktycznie tak sądzisz... - Rzuciła pełnym pogardy wzrokiem. To nie działało, a ona wiedziała o tym najlepiej - nie była w stanie zliczyć ile spadających gwiazd zignorowało jej słowa. Nie oddały jej ojca, nie pozwoliły wrócić do najszczęśliwszych lat, nie ukoiły zadr na duszy. Jedna, wielka bujda stworzona przez kogoś okrutnie wrednego oraz złośliwego... I w tym momencie, z pewnością mogłaby o te wszystkie winy obwinić Bojczuka, od którego nie mogła się uwolnić dzięki uporowi pani Pinkstone. Na Merlina, może chociaż będzie mogła się najebać? Czy wtedy "lekcja" będzie przyjemniejsza? Miała na to niezwykle wielką nadzieję.



I put a spell on you
Emma Frey
Emma Frey
Zawód : Artystka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
But darlin the truth is
In darkness I’m ruthless
I wanna scream your name
Again and again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8908-emma-frey#265948 https://www.morsmordre.net/t8913-dali#266331 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f308-mayfair-avenue-69 https://www.morsmordre.net/t8915-skrytka-bankowa-nr-2099#266340 https://www.morsmordre.net/t8914-emma-frey#266336
Re: Castle Rising [odnośnik]20.12.20 22:08
- Komplement? - dziwię się, unosząc obie brwi prawie pod samą linię włosów, a później parskam cicho, kręcąc delikatnie głową - To zdecydowanie nie był komplement - stwierdzam; gdybym chciał powiedzieć jej coś miłego to raczej coś w rodzaju fajna kiecka albo nieziemsko dziś wyglądasz, ale nie chciałem. Właściwie nie miałem ochoty na jakiekolwiek dyskusje, więc cicho liczyłem na to, że uda nam się szybko dojść pod zamek, a potem to już każdy znajdzie swoje miejsce, byle jak najdalej od siebie; ludzi było tyle, że nie będzie ciężko zgubić się w tłumie. ALE oczywiście nie może ugryźć się w język, dochodzi do mnie jej wkurzający głos, więc odwracam się powoli i zatrzymuję by zrównać z dziewczyną kroku - Ooo, a kto to przyszedł, pani maruda, niszczycielka dobrej zabawy, pogromczyni uśmiechów dzieci - rzucam, przewracając ślepiami. W międzyczasie wraca do mnie butla i dopiero kiedy unoszę ją do ust orientuję się, że niestety jest pusta. Szlag by to... niemniej przydaje się do kiepowania, więc wrzucam w środek przygaszonego papierosa - Czemu jesteś taka zgorzkniała? I po co właściwie przyszłaś, skoro to kicz, tandeta, kretynizm i ignorancja? - pytam, mrużąc delikatnie ślepia. Wciskam butelkę pod pachę, zaś kiedy znowu odwracam twarz w kierunku panny Warbeck, to wreszcie to dostrzegam - jeden z elfów unosi się leniwie gdzieś nad dziewczęcym ramieniem - Ciiii, nie rób żadnych gwałtownych ruchów, a najlepiej w ogóle się nie ruszaj, spróbuję go złapać - rzucam szeptem, ciekawe czy bym umiał zebrać pył z jego połyskujących skrzydełek? Nie znałem się na magicznych yyyy... zwierzętach? Istotach? Ale że wróżkowy pyłek można zajebać w nochal i jest fajnie, wiedziałem bardzo dobrze. Po porządnym niuchu pewnie nawet towarzystwo marudnych bab przestałoby być aż takie straszne, nie?... W każdym razie wracam na ziemię i czaję się, pospiesznie kalkulując swoje szanse na zamknięcie w dłoniach niewielkiego stworzonka. Byłem całkiem szybki i nie zdążyłem jeszcze przytępić zmysłów nadmierną ilością alkoholu (czasem po kilku porządnych drinkach byłem nawet zwinniejszy (albo tylko mi się wydawało), no wiecie, styl pijanego mistrza i te sprawy); chyba wszyscy wokół, łącznie zresztą ze mną, na moment wstrzymują powietrze, a potem TRACH! Przystępuję do ataku.

sprawdźmy czy uda mi się złapać elfa (+ zwinność):
1 - na pewno nie, a co więcej wyczuwam w powietrzu jakąś tragedię
2-30 - nie dość, że elf mi umyka, to ściskana pod pachą butelka wysuwa się, spadając mi prosto na stopę, paluch mi od razu puchnie i założę się, że zlezie mi paznokieć
31-60 - elf wymyka się spomiędzy moich palców, a ja tak niefortunnie macham łapami, że panna Warbeck PRZYPADKIEM (chociaż należy jej się) dostaje ode mnie w ucho
61-90 - zamykam elfa w dłoniach, czuję jak się szamocze i jak tylko rozchylam palce to ucieka, zostawiając za sobą jedynie smugi wolno opadającego, połyskującego pyłu
91-99 - łapię elfa, czuję jak przez chwilę obija się o wnętrze moich dłoni, ale ostatecznie przestaje, co więcej nie ucieka gdy rozchylam palce, tylko patrzy na nas z zaciekawieniem, a już po chwili inne stworzonka zaczynają nieśmiało opuszczać korony drzew i oto jesteśmy świadkami magicznego przedstawienia - tańca wróżek
100 - jestem zaklinaczem elfów




Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Castle Rising [odnośnik]20.12.20 22:08
The member 'Johnatan Bojczuk' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 82
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Castle Rising - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Castle Rising [odnośnik]21.12.20 13:26
Czarne ślepia wywróciły się teatralnie na jego słowa. Doskonale wiedziała, że ten tu z pewnością nie prawiłby jej choćby odrobiny komplementów. Po kimś o aparycji oraz usposobieniu górskiego trolla nie oczekiwała w zasadzie choćby głupiego dzień dobry. Ten oczywiście nie zrozumiał jej ironii, złudnie sądząc, iż mogłaby mieć o nim chociaż normalne zdanie.
Szła dróżką, jak zwykle nie potrafiąc powstrzymać się przed ciętym komentarzem zwłaszcza w takiej materii, która jej wydawała się być niezwykle cienka, podszyta nieprzyjemnymi wspomnieniami oraz jeszcze nieprzyjemniejszymi zawodami. Ciche, romskie przekleństwo uleciało z jej ust gdy ten zwolnił, aby zrównać z nią krok. Z niewielkiej torebeczki wyciągnęła piersiówkę, aby pociągnąć z niej łyk mocnej piołunówki. Pewna, że jego towarzystwa z pewnością nie da się znieść bez odpowiedniej porcji alkoholu w krwioobiegu... Najlepiej w formie kroplówki.
Prychnęła pod nosem słysząc jego, jakże barwne określenia.
- A co tu mamy?  Żarłoczny, pasożytniczy wrzód na dupie społeczeństwa ludu pracującego miast i wsi... - Rzuciła ze złośliwym uśmieszkiem rozlanym na pociągniętych czerwoną szminką ustach. - Całkiem ciekawe połączenie, nie sądzisz? - Zasugerowała na ich obie wypowiedzi. Pewna, że nie było choćby najmniejszej opcji, aby w jakikolwiek sposób udało im się dogadać. Oscylowali wokół innych planet, tego nie dało się zmienić.
Chwilę później panna Frey wygięła usta w wyrazie czystego niezadowolenia.
- Ktoś taki jak Ty nigdy nie zrozumie. - Mruknęła, pewna, że nie miałby najmniejszego pojęcia o co jej chodzi... Choć tak naprawdę sama nie byłaby chyba w stanie stwierdzić jednego, konkretnego powodu swojego zachowania. - Och, możesz być pewien, że... - Zaczęła, nie było jej jednak dane dokończyć swojej wypowiedzi. Uciszona już chciała na niego naskoczyć, coś w jego słowach sprawiło jednak, że zawahała się, niechętnie spełniając jego życzenia. Zamarła w bezruchu, wwiercając się w niego czarnym spojrzeniem ciekawa tego, co też ten kretyn wymyślił. A ten skoczył do ataku niczym ranny dzik, w jej pojęciu chyba tylko cudem zamykając w dłoniach niewielkie stworzonko. Zaciekawienie błyszczy w ciemnych oczach, a Ems podchodzi do nauczyciela, wyraźnie zaintrygowana jego ruchem.
- Udało ci się? - Spytała, na chwilę odsuwając na bok niesnaski, zbyt pochłonięta niecodziennością w tym, co miało być codzienne. Sprawnie wyjęła z torebki aparat nastawiając go na jego dłonie, a gdy ten je rozchylił wcisnęła przycisk migawki, uwieczniając przyglądającą się im z zaciekawieniem istotę. Zadowolona niecodziennym zdjęciem spojrzała na Bojczuka odrobinę przychylniej, nie było jej jednak dane nic powiedzieć, gdyż kolejne stworzonka poczęły nieśmiało opuszczać korony drzew. Widziała delikatne, wrzosowe wstążeczki otaczające ich ciałka, a pomysł sam pojawił się w jej głowie.
Z uśmiechem na ustach zaczęła śpiewać. Swoim delikatnym głosem błądzącym przy granicy szeptu w słowach, które nie były znane żadnemu z zebranych na drodze artystów. Kuzyn Boyko zauważył kiedyś kilka leśnych wróżek, przywołując je jedną z romskich piosenek. Mała Emma w tamtych czasach przekonana była, iż było to wyjątkową magią. Tę samą piosenkę w języku ojca śpiewała teraz, chcąc zachęcić stworzonka do podlecenia bliżej. Co jakiś czas naciskała przycisk migawki uwieczniając baśniową scenerię, czasem obróciła się w takt snutej melodii, z uśmiechem szeroko wyrysowanym na swoich ustach, zapominając o istnieniu świata. Nie przejęta nawet tym, iż wydawała się ze znajomością języka, który większość zapewne wolałaby uznać za wymarły.



I put a spell on you
Emma Frey
Emma Frey
Zawód : Artystka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
But darlin the truth is
In darkness I’m ruthless
I wanna scream your name
Again and again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8908-emma-frey#265948 https://www.morsmordre.net/t8913-dali#266331 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f308-mayfair-avenue-69 https://www.morsmordre.net/t8915-skrytka-bankowa-nr-2099#266340 https://www.morsmordre.net/t8914-emma-frey#266336
Re: Castle Rising [odnośnik]11.01.21 13:27
Przez moje usta przebiega cień uśmiechu, zatrzymując się w kącikach ledwie na kilka krótkich sekund; tak, to mogłoby być ciekawe połączenie, ale tego, że z panną Warbeck NIGDY nie połączy mnie nic więcej niźli niechęć byłem wręcz pewny. Ona pochodziła z jakiegoś innego świata i to takiego, którego ja z kolei w ogóle nie potrafiłem zrozumieć. Nie komentuję tej uwagi, co więcej - znowu się krzywię, lekceważąco przewracając oczami. Kłapie dalej dziobem, a ja już autentycznie dostaję migreny na sam dźwięk jej słów; spomiędzy moich warg wydobywa się ciche westchnienie, ale nie drążę tematu, skoro ktoś taki jak ja nigdy nie zrozumie; może to i lepiej, że nie chciała mi się zwierzać bo niby co bym jej mógł powiedzieć? Zresztą interesowało mnie to tyle co zeszłoroczny śnieg, czyli jednym słowem wcale. A potem, kiedy się wreszcie zamyka i zamiera w bezruchu, przez chwilę spoglądam wgłąb jej czarnych oczu, w to spojrzenie jakby nieobecne, patrzące w zupełnie inne rzeczywistości... Otrząśnij się, Bojczuk! Mrugam kilka razy, marszczę w skupieniu brwi i... naprawdę mi się udaje! Zamykam w dłoniach niewielkie stworzonko, przez chwilę czuję jak obija mi się o skórę, aż wreszcie daje za wygraną - Ciiii - uciszam ją, ale kiwam delikatnie głową. Powoli rozchylam ręce, wbijając spojrzenie w elfa; on również zerka na nas z zaciekawieniem. Kilka kolejnych osób zagląda mi przez ramię, z pojedynczych gardeł wydobywają się przepełnione zachwytem westchnienia. Szybko jednak okazuje się, że to dopiero początek - spomiędzy soczyście zielonych liści wznoszą się następne elfy - coraz więcej i więcej, powietrze ocieka połyskującym pyłem, sypiącym się ze skrzydeł wprost na nasze głowy, ich drobne sylwetki błyskają i migoczą, wirując w tańcu wokół naszych sylwetek i ponad zadartymi do góry łbami, świetliste smugi odbijają się w szeroko otwartych parach oczu. I ja wstrzymuję na chwilę powietrze, oczarowany wspaniałym spektaklem natury - tego się nie spodziewałem, że przyjdzie nam podziwiać dzisiaj więcej niż deszcz spadających gwiazd i chociaż to tutaj było dopiero supportem nocnego przedstawienia, być może okaże się nawet lepsze. Do uszu dochodzi zmysłowy szept, melodia spleciona z ciepłych, wrzosowych odcieni, choć ja dostrzegam te kolory tylko pod przymkniętymi powiekami - te opadają na krótką chwilę, dając mi tonąć w dźwiękach; mam dziwne wrażenie, że znam ten głos, majaczy gdzieś na dnie pamięci, ale nie potrafię przywołać żadnego wyraźnego wspomnienia. Uchylam ślepia, obserwując ostatnie drobne istotki, na nowo zagłębiające się gdzieś w koronach drzew, wciąż usłanych zielonym liściem. Jeszcze przez chwilę wszyscy milczą, trawiąc to, co właśnie się wydarzyło. Żałowałem, że nie zdążyłem sięgnąć po szkicownik, ale pod zamkniętymi powiekami wciąż mam ten obraz i myślę, że wykorzystam go dziś do kreślenia nokturnów - Co to za piosenka? Co to za język? - pytam panny Warbeck, kiedy z wolna ruszamy dalej ścieżką. Inni żywo dyskutują o widzianym przed chwilą tańcu wróżek, albo o czymkolwiek, nieważne. Słowa w nieznanym języku brzmiały trochę jak te ukraińskie, którymi moja przybrana matka posługiwała się bardzo biegle, ale właściwie na moje ucho wszystkie te słowiańskie dialekty były bardzo podobne. Przez inne rozmowy zaczyna przebijać się wesoły gwar dochodzący z błoni otaczających ruiny zamku, jesteśmy już blisko celu.




Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Castle Rising [odnośnik]15.01.21 0:48
Niewielkie elfy o skrzących się skrzydełkach wirowały w powietrzu, a filuterna Ems wirowała razem z nimi. Czując przypływ upajającej wolności. Ta krótka chwila wydawała się być niezwykle piękna, upajająca, oderwana od paskudnej rzeczywistości, w jakiej przyszło im funkcjonować. Z jej gardła wydobywały się wrzosowe wstęgi śpiewu, który najwidoczniej przypadł niektórym z elfów do gustu, gdyż podlatywały bliżej do niej - a ona korzystała z tej okazji, z aparatem w dłoni co chwilę spuszczając przycisk migawki. Takich zdjęć, z pewnością nie będzie posiadał nikt inny, co napawało ją niezwykłym zadowoleniem. Pięknie, wręcz cudownie.
Elfy jednak w końcu poczęły odlatywać, pozostawiając pannę Frey w niezwykle szampańskim humorze. Posiadała dobre zdjęcia, widziała coś, co zachwycało i zapierało dech w piersi… I dopiero kiedy ciemne, roziskrzone spojrzenie powróciło ku grupie poczuła, że ten wieczór jednak nie będzie idealny. Kilka par oczu zatrzymało się na jej postaci, ona jednak była do tego doskonale przyzwyczajona.
Wróciła bliżej grupy z nadzieją, że uda jej się uniknąć pytań, wywołanych bezmyślnym wyjawieniem swoich korzeni. Obcy język z pewnością przyciągał zbyt wielką uwagę. Znajomy głos pijaczyny dotarł do jej uszu, a panna Frey wywróciła teatralnie ciemnymi oczami, co kontrastowało z pogodnym uśmiechem, jaki pozostał na jej czerwonych ustach po przygodzie z elfami. Czarownica bez pardonu zacisnęła palce na jego koszuli, ciągnąc go kilka kroków w bok, dalej od rozpaplanej grupki, w której ktoś mógł posłyszeć jej słowa.
- Język mojego ojca. Słyszałeś go kiedyś? Wiesz, kto nim włada? - Spytała z błyskiem w oku. Nie sądziła, aby znał. Nie sądziła, aby wiedział, gdzieś w środku jednak zapaliła się w niej iskierka nadziei. Może tak odnajdzie jakiś trop? Zabrała dłoń z jego ramienia, a ciemne spojrzenie powędrowało w kierunku drzew, gdzie skrywały się elfy. - Kiedyś… Kiedyś żyłam w innym świecie. Innym, abstrakcyjnym, pięknym… - Mówiła, zapewne brzmiąc, jakby coś poprzestawiało się w jej głowie. Elfie przedstawienie, szampański humor i zapewne niewielkie ilości wróżkowego pyłu jakie dostały się do jej organizmu zachęcały, by coś powiedzieć. - Las był naszym domem, a mój kuzyn twierdził, że elfy są jego dobrymi duchami. Obserwował je. Często i długo, z czasem zaczął im śpiewać… Ułożył tę piosenkę dla nich, aby zabawiać je gdy pojawiały się w okolicy. Ot, cała historia. - Odpowiedziała wodząc spojrzeniem po drzewach, by w końcu wrócić nim do buzi paskudnego nauczyciela. Przez chwilę uważnie się mu przyglądała, by w końcu psotny uśmiech pojawił się na jej ustach. Jeśli sądził, że opowie mu ot tak… Był w wielkim błędzie.
- Twoja kolej. - Zadecydowała, podchodząc do niego, a opuszki jej palców spoczęły na jego ramieniu. - Powiedz mi coś… - Kontynuowała swoją myśl, robiąc dwa kroki aby znaleźć się za nim, a jej palce przejechały od jego ramienia po łopadkę. -… tajemnicę… - Wyszeptała gdzieś koło jego prawego ucha, przypadkiem ocierając się kawałkiem ciała o jego plecy. - … o której nikt nie słyszał… - Dodała, nie odrywając palców od jego ramion i przechodząc tak, by stanąć przeciw. Dopiero teraz zabrała dłoń, krzyżując ramiona na piersi i wbijając w niego uważne spojrzenie. - No…? Chyba nie stchórzysz? - Dodała wyzywająco, chcąc, aby podjął rzuconą mu rękawicę.




I put a spell on you
Emma Frey
Emma Frey
Zawód : Artystka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
But darlin the truth is
In darkness I’m ruthless
I wanna scream your name
Again and again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8908-emma-frey#265948 https://www.morsmordre.net/t8913-dali#266331 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f308-mayfair-avenue-69 https://www.morsmordre.net/t8915-skrytka-bankowa-nr-2099#266340 https://www.morsmordre.net/t8914-emma-frey#266336
Re: Castle Rising [odnośnik]21.01.21 20:28
Daję się odciągnąć od reszty, co więcej, to jeszcze bardziej wzbudza moją ciekawość, więc przyglądam jej się z nieznacznie uniesionymi brwiami, które ściągają się w wyrazie konsternacji, kiedy z dziewczęcych ust padają kolejne pytania - Hm, brzmi trochę jak to całe słowiańskie rzężenie - stwierdzam w zamyśleniu, zerkając gdzieś w przestrzeń ponad ramieniem panny Warbeck - Moja matka jest Ukrainką, ale to nie ukraiński - ten bym poznał, za dużo się go nasłuchałem w domu, jak mama nagle wpadała w szał i zaczynała trajkotać jak katarynka w swoim ojczystym języku. Później milczę, powracając spojrzeniem do jej twarzy, tak innej i rozmarzonej - Więc co się stało, że z tego pięknego świata przeniosłaś się do szarej Anglii? - dopytuję. Chciała wyfrunąć wreszcie z rodzinnego gniazda, jak ja, kiedy to opuszczałem dom w Bibury, tak podobny opisowi, który mi przed chwilą zaserwowała, by zamieszkać w ciasnych ścianach Dziurawego Kotła? A może ta historia miała drugie dno, może kryła się za tym jakaś tragedia?... Twoja kolej - jej głos odbija się w mojej głowie, palce suną po ciele, a zmysłowy szept sprawia, że przez plecy przebiega krótki dreszcz. Chce znać tajemnicę? Taką, o której nie wie nikt? Nawet moi najbliżsi?... - Jestem - zaczynam, ale głos grzęźnie mi gdzieś w gardle. Jeśli to miała być spowiedź, to powinienem podzielić się z nią swoim najcięższym grzechem; nie liczyły się żadne kłamstwa, oszustwa, ani kradzieże, to było nic w porównaniu do tego jak bardzo zraniłem wówczas kogoś, kto naprawdę mnie kochał, kogoś, kto poświęcił dla mnie całe swoje dotychczasowe życie i to nowe miał zamiar budować przy moim boku - Jestem złym człowiekiem - nie spuszczam spojrzenia z jej twarzy, mówię szeptem, jakbym obawiał się, że ktoś może nas usłyszeć, choć nasza rozmowa nie ma szans przebić się przez gwar dochodzący zza kolejnej ściany drzew - Kiedyś byłem zaręczony, wraz z moją ukochaną popłynęliśmy do Skandynawii, żeby tam układać sobie życie, ale tamtejsze realia okazały się zupełnie inne niż sobie wyobrażaliśmy, więc jakiś czas później, pod osłoną nocy, zabrałem nasze wspólne oszczędności i opłaciłem jedno miejsce na statku wracającym do Anglii. Zostawiłem ją tam, bez niczego - być może miałem nadzieję, że jeśli kiedykolwiek to z siebie wyrzucę to poczuję się lepiej, ale nie poczułem, właściwie było jeszcze gorzej bo nagle wszystkie wspomnienia wróciły, jak wtedy kiedy przypadkowo wpadłem na Gillian na ulicy. Marszczę brwi - Zadowolona? Podobała ci się ta tajemnica? - prycham, wywracając oczami, jeszcze przez chwilę trwam w bezruchu, by ostatecznie wyminąć Emmę i ruszyć dalej, przez krzaki aż na polanę okalającą tutejszy zamek, gdzie biesiada trwała już w najlepsze - alkohol lał się strumieniami, buchały iskry ze sporego ogniska, a wokół niosły się głośne, wesołe rozmowy. Ukradkiem przecieram nadgarstkiem ślepia i przywołuję na twarz blady uśmiech.




Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk

Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Castle Rising
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach