Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Knajpa morderców

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Knajpa morderców   17.07.17 2:16

First topic message reminder :

Knajpa morderców

Nieduży lokal usytuowany przy jednej z bocznych, mało uczęszczanych uliczej, do której prowadzą niewysokie drewniane schodki - każdy mugol, który usiłuje się po nich wspiąć, nagle zostaje skonfundowany i zapomina, po co to robił - odczuwając wewnętrzny imperatyw do zmiany swoich zamiarów. Wnętrze utrzymane jest w chłodnej stylistyce, pojedyncze stoliki z twardymi krzesłami wydają się być przystosowane do najwyżej dwóch-trzech gości, a zaczarowany gramofon wygrywa rzewne melodie. Wysoki bar, za którym obsługuje młoda wyraźnie znudzona czarownica wydaje się specjalizować w winie i absyncie - ale można tam zakupić również cygaretki. Opary dymu gęsto wypełniają pomieszczenie, tworząc duszną, dekadencką atmosfera.
Pomimo nazwy istnieje bardzo nieduże prawdopodobieństwo, jakoby w knajpie rzeczywiście dało się spotkać prawdziwego mordercę - nazwa miała zapewne tylko przyciągnąć znudzoną klientelę. Udało się - to ostoja londyńskich poetów. Gdy zapadnie zmrok w knajpie morderców rozpoczynają się wieczorki poetyckie, w trakcie których młodzi artyści prezentują swoją twórczość; za sprawą magii znacznie łatwiej jest odczuwać towarzyszące słowom emocje - dwie zaczarowane statuy przedstawiające nagich kobietę i mężczyznę tworzą w tle występujących prelegentów wzruszającą pantominę. Nikt nie będzie ci przeszkadzał przy stoliku i nie musisz nawet zwracać uwagi na dziejący się spektakl, lecz jeśli tylko potrafisz - możesz dołączyć do artystów, wygłaszając własny wiersz (wymagana biegłość: pisanie poezji oraz retoryka) lub cudzy (wymagana biegłość: znajomość literatury oraz retoryka). W zależności od poziomu (znajomość/tworzenie):
I - czarodzieje wysłuchają cię z zainteresowaniem, oddając ci tę krótką chwilę tylko dla ciebie. Zapewne jednak dość szybko o tobie zapomną, porwani kolejnymi występami.
II - otrzymałeś długie owacje, parę osób wstało. Poruszyłeś ich, będziesz słyszał szepty fragmentów wygłoszonego przez ciebie utworu do końca wieczoru.
III - po twoim wystąpieniu w lokalu nastała dłuższa cisza; wzruszyłeś widownię, niektórych aż do łez. Będziesz czuł na sobie ukradkowe spojrzenia tak długo, jak długo pozostaniesz jeszcze we wnętrzu knajpy. Atmosfera ożywi się dopiero po tym, jak go opuścisz. Na długo pozostaniesz tutaj na językach.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Chwilowo bezrobotny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Knajpa morderców   04.09.17 13:41

Wykwitły uśmiech nie schodził mu z twarzy; próbował w jej czarnych oczach dostrzec choćby cień jej myśli, z przyjemnością pogrążyłby się w jej głowie, zagrzebał w błotnistych zakamarkach umysłu, tak skutecznie odgradzanych od świata zewnętrznego. Bezskutecznie. Nie widział w nich swego młodzieńczego odbicia. Wzruszył delikatnie ramionami, co przez przyjemny i, o, zgrozo, sympatyczny wyraz twarzy nie miało lekceważącego wydźwięku. Nie pamiętał nawet jaki był jako dziecko, czy dotykały go przyziemne problemy, czy naprawdę traktował Kent jako swój dom, czy jakiekolwiek miejsce utożsamiał z czymś, do czego chciało się wracać, którego nie chciało się nigdy opuszczać. Musiałby zagłębić się w odmęty wspomnień, w których wcale nie chciał się znaleźć, do których nie chciał wracać. Pamiętał o popełnionych błędach, aby móc się na nich uczyć, zepchnął przeszłość do szuflad, których na co dzień nie było potrzeby otwierać. Tego wieczora również nie zamierzał, choć psychoanaliza wykonana przez Tsagairt mogłaby być dość zabawna.
— Niech więc tak będzie — odparł jej ciepło, nie zdradzając żadnym niekontrolowanym odruchem, czy był bliska, czy daleka prawdy. — Jesteś usatysfakcjonowana taką odpowiedzią? — Czy zadowala cię stan rzeczy zgodny z tym, co sobie zażyczysz? Trudno czerpało się satysfakcję z kontroli nad sytuacją i pozyskaną informacją, jeśli w głowie świtała myśl o nieprawdziwości zgromadzonych danych. Jeśli była jednak rzeczywiście tego pewna, powinna być zadowolona. On również był, uznając ten temat za łatwo i szybko zakończony. — Doprawdy? A więc jestem w błędzie?— nie lubił się mylić; nie tylko jako mężczyzna, czarnoksiężnik, ale i człowiek — nikt tego nie lubił. Uniósł brew wyzywająco; zwykle doceniał, czasem przeceniał swych przeciwników, analizując ich możliwości i predyspozycje. Najbardziej niepozorna owieczka potrafiła wywołać zamieszanie w stadzie, doprowadzić do tragedii, nawet jeśli nie posiadała kłów, którymi była w stanie ugryźć. Na szczęście mało która potrafiła myśleć na tyle biegle i sprawnie, by korzystając ze wszystkich możliwości umieć się obronić, przez co zwykle wilk kończył syty. Ramsey starał się być zapobiegawczy, podchodził ostrożnie do wszystkich; tych, których widział po raz pierwszy, a także tych, których znał — jak sądził — dość dobrze. Ludzie potrafili zaskakiwać, a gra pozorów, którą opanował do perfekcji zmuszała go do myślenia innymi kategoriami. Trudniej było zawierzyć komuś obcemu, więc wolał zawierzać samemu sobie. — Nie ma we mnie nic interesującego, Deirdre. Znasz mnie. — Krótko, co prawda, lecz wystarczająco, by móc się z nim wybrać wypełniać wolę Czarnego Pana, jak tego wieczora, a także by rozmawiać z nim o strategiach i możliwych przyszłych działaniach, dzielić się pomysłami i oceną potencjalnych członków. Rozłożył ręce na boki, prezentując jej się w pełnej okazałości; czytasz ze mnie jak z otwartej księgi. To nieprawda, ale nie szkodzi przecież. Bezbronne, niewinne kłamstwo, słodkie jak miód. Stać go było na więcej niż prezentował, a jego motywy i pragnienia pozostawały, lub miały pozostać mgliste i niejasne. — Ale to nie znaczy, że nie mogę mieć, jeśli tego zechcę.— Dysponowali umiejętnościami, które pozwoliłyby im zdobyć to, czego chcieli i o wiele więcej. Nie musiał prezentować umiejętności ulicznych złodziejaszków. Potrafił być przekonywujący, dostawać to, czego chciał różnymi sposobami. Gdyby miał powód, by obsypać ją złotem, pewnie by to uczynił, choćby narzucając wcześniej paskudną klątwę na któregoś z dobrze urodzonych czarodziejów, aby zmusić go, by opróżnił swoją skrytkę. Ani Deirdre ani żadna z jej koleżanek po fachu nie doświadczyły z jego strony wyjątkowego traktowania. Zbytek dobroci. Miała więc rację, był paskudnym klientem. Pewnie gdyby się nad tym zastanowił doszedłby do wniosku, że żadna inna kobieta w jego życiu nie otrzymała od niego niczego poza stertą słodkich kłamstw i czułych, fałszywych szeptów wprost do ucha. Przynajmniej do niedawna; naszyjnik, w którego wszedł w posiadanie przed kilkoma tygodniami wybrał z niezwykłą drobiazgowością.
— Brzmi rozkosznie — przyznał z aprobatą, wreszcie dostrzegając w jej oczach lekki błysk. Perlistych śmiech, jaki wypełnił ich przestrzeń, pozbywając krótkotrwałej cichy przerywanej oddechami był muzyką, której nawet jemu przyjemnie było słuchać. Kłamstwo warte swej ceny, pomyślał. Uśmiechnął się jeszcze szerze, odsłaniając zęby, jakby i jemu udzielił się ten nastrój. Podtrzymując pełną rozbawienia chwilę zaciągnął się papierosem, a potem odezwał się: — W końcu każdy jest więźniem własnych pragnień i potrzeb. Ja również.
Nie czuł ograniczeń, w tym świecie nie trzymały go metalowe kraty, nie blokowały żelazne kajdany, nie miał u nogi żadnej kuli. Był sam dla siebie osobistym więzieniem; pozwolił, by jego własną duszę pożarły demony, by ludzkie emocje i uczucia wpędzono w czeluść najgłębszej celi. Nikt nie mógł mu zgotować gorszego losu niż on sam sobie. Pogrążał się w despotycznej potrzebie kontroli wszystkiego, czego dotknął, fanatycznym podążaniu do informacji i zgłębiania wiedzy niedostępnej innym, zdobywania cichej i okrytej płaszczem niepozorności władzy. Nie wierzył, by to mogło go zgubić, zniszczyć — a mogło. Mógł pogrążyć się w szaleństwie. Zamknięty, uwięziony w szarej codzienności, odgrodzony od ksiąg, ludzi i świata kipiącego wiedzą malałby z każdą chwilą. Pożarty przez bezczynność i wewnętrzny regres, popadłby w obłęd.
— Tak, natychmiast — przyznał otwarcie, a po tym umilkł, wsłuchując się w jej pełen świetnie wyuczonych emocji monolog, przez chwilę z zaciekawieniem, które w końcu przerodziło się w bolesny wyraz rozczarowania.— Och, nie — jęknął, gasząc papierosa. — Nie mam na to dziewięciu miesięcy, ale możemy od razu zabrać się do intensywnej pracy. A nuż przydarzy się jakiś cud i przyjemne z pożytecznym zaowocuje w przeciągu dziewięciu dni?— spytał w podobnym tonie, posyłając jej szybki uśmiech, po którym nie było już śladu, gdy opadł z powrotem na oparcie. Propozycja wzięcia jej na tym stole w miejscu publicznym choć już dość opustoszałym była nad wyraz kusząca, ale nie na tyle, by zrodziła w nim fantazję utrudniającą myślenie. Przynajmniej głową, tą bardziej oczywistą częścią ciała. Nie chciał nawet myśleć o niej jako inkubatorze, a tym bardziej potencjalnej matce jego dziecka. Była na to kiepskim materiałem — za to dobrym śmierciożercą; wolał osobiście, by tak pozostało. — Nie odkryłem w sobie instynktu ojcowskiego — szokujące. — Gdybym zamierzał przelać własną krew, poszukałbym dziecka sam— pewnie gdzieś na świecie jakieś było. Wiedział, że wśród tego rozbawionego tonu czaiło się wyczekiwanie, aż przejdzie do meritum sprawy i zdradzi jej po co mu dziecko. "Do zabawy", choć było to oczywiste.— a nie prosił o to ciebie. Pomyślałem, że może masz jakieś koleżanki, które posiadają dzieci, mniej więcej do dwunastu lat, raczej z problemami, może osamotnione, może nieczyste. A może mnie jeszcze zaskoczysz i posiadasz wiedzę na temat dzieci-szlam? To byłoby fantastyczne.— Chyba nie sądziła, że Mulciber zadowoli się byle jakimi dziećmi. Miał konkretne wymagania, nie mogły być przypadkowe. A i tak nie był pewien, czy te, które uda im się zdobyć będą się nadawać. Zakładali duży margines błędu, eksperymenty mogły być śmiertelne.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Zawód : służebnica króla
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna


I've tasted blood and I want more


OPCM : 35
UROKI : 6
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 46
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
I will eat you alive

PisanieTemat: Re: Knajpa morderców   04.09.17 15:31

Ten leniwy, parny wieczór, zdawał się żywcem wyjęty z głębokiego snu, ciężkiego, owijającego niemożliwym do usunięcia kokonem, ściśle oblepiającym ciało aż do brutalnej pobudki. Nawarstwiające się problemy, groźba rychłego starcia się z nieznanym w lodowatych murach Azkabanu, chaos czarnomagicznych anomalii, życiowe zmiany, wywracające do góry nogami cały ugruntowany przez ostatnie lata porządek - wszystko to traciło na znaczeniu, owszem, wibrując gdzieś w kącie świadomości, lecz nie przeszkadzając w korzystaniu z wieczoru w nieskrępowany sposób. Wypite przed kilkoma chwilami wino zaczynało - z opóźniony zapłonem - uderzać do głowy, zalewać chłodne ciało ciepłem, wzmagać niedawno zaspokojony głód, rozkojarzać. Cieszyła się, że to właśnie Ramsey stał się towarzyszem tego wieczoru; słodka ironia losu, wpychająca ją w opiekuńcze ramiona mężczyzny, którego przecież najchętniej widziałaby na stosie. Dawne dzieje, nieważne w starciu z jego rozbrajającym uśmiechem i niewymuszoną nonszalancją: pseudoszlacheckie wychowanie nie wpłynęło druzgocząco na męskie morale, umieszczając go idealnie w połowie skali pomiędzy wymuszonym wyrafinowaniem a nokturnowym brakiem manier. Towarzystwo Mulcibera sprawiało jej przyjemność, nawet jeśli tak skromnie umniejszał wartość swego nieinteresującego towarzystwa. - Rzadko kiedy odczuwam całkowitą satysfakcję, ale powiedzmy, że tak - odparła miękko, porzucając plany drążenia tej wzruszającej historii. Jeśli oceniała Ramseya przez pryzmat własnych zachowań - a odruchowo szukała pomiędzy nimi podobieństw, budujących porozumienie ponad podziałami przeszłości - dopóki sam nie zdecyduje się na obnażenie, wyrywanie choćby i najdoskonalszym gwałtem okruchów prawdy i tak skończyłoby się porażką. Czuła się zawiedziona, lubiła historie kryjące się za fasadami pozornej obojętności, lecz nie naciskała dalej, krótkim uśmiechem komentując retoryczne pytanie o błędach. - Zdarza się nawet najlepszym - skwitowała krótko, płynnie przechodząc przez następne wątpliwości i porywające za serce próby umniejszenia swej atrakcyjności. Uśmiech Deirdre zmienił się z delikatnego w prawie czuły: ponownie cytował bliskie jej słowa, tym samym wypowiadane przez nią samą, wielokrotnie, głównie z przestrogą. Miu należała do najbardziej interesujących istot, spacerujących po zbrukanej ziemi, Deirdre natomiast stanowiła jej wyzute z jakichkolwiek charakterowych błyskotek przeciwieństwo. - Gdybym nie wiedziała, że to niemożliwe, pomyślałabym, że łączy nas więcej niż możemy przypuszczać - podzieliła się z nim wzruszoną, niejednoznaczną refleksją. Szkoda, że nie spotkali się wcześniej, kto wie, może ich znajomość od razu potoczyłaby się moralnymi, rodzinnymi torami, nie zbaczając w niemoralny rynsztok, zalany krwią i potem. Pozostawała jednak duża wątpliwość; pewnie niewykorzystany potencjał narastałby niepotrzebną wrogością, a dawna Deirdre, przejęta ślubem i wątpliwościami związanymi z Apollinarem, nigdy nie stałaby się dla niego interesującym rozmówcą. Nie żałowała więc zawiłych kolei losu tak, jakby mogła a wspominanie przesyconego zapachem jaśminu i opium Wenus, w którym tak naprawdę rozpoczęli swą bliską znajomość, nie sprawiało jej przykrości. - Sugerujesz, że nie byłam warta złota i diamentów? - westchnęła z dobrze udawanym urażeniem, spoglądając mu ze smutkiem w roziskrzone oczy. Jak wygodnie i dobrze było przejść z przeszłością do porządku dziennego, mogąc delikatnie naginać granice konwenansów, które już dawno przestały ich dotyczyć. - A więc czego pragnie teraz Ramsey Mulciber? Jaka potrzeba przetrzymuje cię w luksusowym więzieniu? - zadała kolejne pytanie, porzucając naiwną nadzieję na szczerą odpowiedź. Może kiedyś nastąpi święty dzień odsłonięcia i wzbogaci obraz fizycznej nagości Ramseya o aspekt psychiczny, ale wątpiła, by nastąpiło to w tej dekadzie - i w jej obecności. Strzępki informacji, jakie posiadała od Cassandry, układały się w zbyt poszarpaną wizję, by mogła mieć pewność jego intencji i planów, ale wcale nie potrzebowała wiedzieć więcej. Plotki ją nudziły a o Vablatsky nigdy nie musiała się troszczyć - przynajmniej w kwestii tego konkretnego Mulcibera. Wbrew pozorom był zbyt mądry, by igrać z ogniem, mając dużo intensywniejsze problemy na głowie.
Na przykład związane z zdobywaniem dziecka. Choć wino już od dłuższego czasu nie barwiło jej warg, wizja Ramseya jako ojca rozkołysała ją równie mocno co buzujący we krwi alkohol. Po wygłoszeniu dramatycznych opinii zaśmiała się ponownie, lekko, wesoło, porzucając pozę przejętej urzędniczki, gotowej zrobić wszystko, by zadowolić petenta i przekazać mu odpowiednie porady w zakresie płodności. - Brzmi kusząco - przyznała powoli, stukając powoli palcami w krawędź podłokietnika, jakby naprawdę namiętnie zastanawiała się nad tym, czy jednym gestem nie strącić z blatu stolika zastawiającego go szkła i nie przyczynić się do zwiększenia potęgi rodu Mulciberów - a przy okazji nie dostarczyć rozchodzącej się klienteli dodatkowych inspiracji do poezji wyklętej. - Wolę jednak nie ryzykować utraty figury. Ani nieskazitelnej opinii - tym razem to ona rozłożyła w przepraszającym geście dłonie, nawet przez sekundę nie zastanawiając się poważnie nad możliwością zajścia w ciążę. Nienawidziła dzieci, posiadanie potomstwa byłoby spełnieniem najgorszych koszmarów, zniszczeniem mozolnie budowanego życia - poza tym, nie sądziła, by wyniszczony eliksirami organizm był w stanie przywrócić pełną sprawność kobiecego ciała. Skupiała się więc na powodach nagłego pragnienia posiadania potomka przez Ramseya i tak jak sądziła, chodziło o coś więcej. Coś interesujące, czarnomagiczne, okrutne; oczy Deirdre zalśniły nieudawanym zainteresowaniem. Poprawiła się nieco w fotelu, łaskawie postanawiając oszczędzić mu feministycznej krytyki - dlaczego w kwestii dzieci zgłaszał się do kobiety a nie do znajomych ojców, znajdujących się na liście wrogów? - i przejść do konkretów.
- Rozumiem, że tych dzieci nie czeka świetlana przyszłość? Rzecz jasna, w standardowym ujęciu - bo przecież w ich definicji mogły przyczynić się do rozwoju nauki, do wzmocnienia magii, do odnalezienia nowych eliksirów leczniczych: nie wiedziała, co dokładnie miał na myśli Mulciber, ale szczerze wątpiła, by pragnął otworzyć wesoły dom dziecka i uprzyjemnić pokrzywdzonym przez los egzystencję. - Mogę znać jedną lub dwie kobiety, mają dzieci, kiedyś pracowały w Wenus - i szybko się nudziły, zużywały, a Deirdre nie przywiązywała się do koleżanek. Zacisnęła na sekundę pełne usta, próbując przypomnieć sobie sieć znajomości, ale nie znała wielu szczęśliwych - bądź nieszczęśliwych - rodzin, mogących podzielić się niepełnoletnim błogosławieństwem bożka płodności. Miała natomiast w zasięgu swych delikatnych dłoni Febe, słodką Febe; uśmiechnęła się do samej siebie, na razie nie przywołując postaci córki Valhakisa. Sprawi Ramseyowi miłą niespodziankę. - Są w trudnej sytuacji życiowej, dzieci są dla nich ciężarem - nie oceniała, informowała, spokojnie i dość obojętnie. - Chcę wiedzieć więcej - zażądała tym samym tonem, powracając wzrokiem do Mulcibera. Może i jego skromna osoba nie była interesująca, ale pomysły, które miewał: jak najbardziej.




there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Chwilowo bezrobotny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Knajpa morderców   06.09.17 21:36

Ten wieczór miał w sobie wiele zalet, powietrze wciąż miało słodkawy posmak sukcesów, a ich szaty, w których ukryły się drobinki szkła i wosku nosiły znamiona pomyślności, jaka na nich spadła. Miał nadzieję, że go nie opuści, szczególnie w nadchodzących dobach. Dobiegający do końca dzień i kończące się w kielichu wino, które dopił jednym dużym łykiem ściągały na niego chmury pełne czarnych i nieprzyjemnych myśli. Czekała go odmienna od codzienności wizyta w Departamencie Tajemnic, a po tym cała eskapada do Azkabanu wraz z innymi, która rodziła kłujące uczucie niepokoju. Nie sądził, aby to spotkanie było jednym z ostatnich w takiej formie, nie był też sentymentalny, aby w ten sposób o tym myśleć. Patrzyli sobie w oczy, doskonale wiedząc co ich czeka, a Mulciber z każdym dniem wraz z nasilającą się trwogą odczuwał też coraz silniejsze podniecenie. Wierzył, że im się powiedzie, nie dopuszczał innej możliwości, a to kreowało kolejne pomyślne wizje.
Odstawił kielich na stół, pozostawiając go przeciwieństwie do Deirdre, całkiem pusty.
— Widocznie rzeczywistość, w której żyjemy jest nie jest w stanie zaspokoić twoich potrzeb — odparł, przyglądając jej się z lekko przechyloną głową. — Ale to dobrze. Ludzie, którzy łatwo odczuwają satysfakcję nie mają potrzeb, by sięgać po więcej.— Sam o tym przecież doskonale wiedział. Był niezaspokojony, nienasycony tym, co dostawał. Podejmowane wyzwania nieustannie dźwigały poprzeczkę jego aspiracji, nie potrafił ustać w miejscu, zadowolić się tym, co mu podawano na tacy. Pożądał tego, co było niedostępne — dla wielu, wierzył bowiem, że nie dla niego; uparcie twierdził, że wyjątkowo silna motywacja i możliwości pozwalają pokonywać mile z w niedoścignionym dla innych tempie. Być może właśnie to ujrzał w nim Tom Riddle podczas pierwszego dnia szkoły.
— Może wbrew temu, co sądzisz, właśnie tak jest. Łączy nas bardzo wiele, ten wieczór jest tego dowodem— odparł bez cienia drwiny, czy ironii, zachowując jeszcze przez chwilę wyjątkowo dobry humor. Ludzi łączyły podobieństwa, różnice, łączyły cele, doświadczenia, przebyte i skrzyżowane ścieżki, a także inni ludzie, którzy często przyczyniali się do takich więzi najbardziej. Świat, w którym żyli był potwornie mały, o czym oboje się właśnie dowiedzieli. Kroczyli obok siebie, równoległymi drogami od bardzo dawna, ścierając się na wielu płaszczyznach, by ostatecznie dowiedzieć się jak zabawny splot powiązań ich ku siebie zbliżał. Dziś najważniejszy był wspólny cel, wspólna sprawa, o którą walczyli ramię w ramię.
— Stawiałaś za mały opór — w tym samym tonie jej też odpowiedział, bez większego trudu przyozdabiając twarz wyrazem smutku i ogromnego żalu, jakby czuł ogromny niedosyt po tamtym zrywie brutalności.Zostawiłem ci wartościowszy prezent niż kilka złotych pierścionków, które mogłabyś zastawić, Deirdre. Wspomnienie tamtej nocy nie spędzało snu z powiek, lecz miło pamiętał odwiedziny w Wenus. Miło, bo intensywnie, bo tamten akt miał w sobie więcej niż kilka pustych kłamstw. Był dość prawdziwy; w całej stercie obłudy i fałszu, w których kąpali się na co dzień doświadczyli choć sekundy prawdy, namacalnej, bolesnej, dotkliwej. Niezwykle obcej. Prawda zawsze pozostawiała na takich jak oni lekki ślad. Nienawiść potrafiła nią być, podobnie jak namiętność.
Pragnął wielu rzeczy na raz i jednocześnie, lecz skrupulatnie dzielił swoje cele i przyznawał im określone priorytety. Jeden z nich wymagał większego skupienia, skrupulatności i silnej woli; wymagał od niego więcej samozaparcia i siły, ale wiedział, że jest w stanie poskromić wszystko, co wymykało mu się spod kontroli. Tracił ją. Boleśnie zdał sobie z tego sprawę ubiegłego popołudnia.
— Aktualnie, pragnę zdobyć Azkaban.— Absurdalnie brzmiące słowa mogły stać się doskonałym żartem w towarzystwie obcych im ludzi, wypowiedział je miękko, gładko i całkiem szczerze. Choć po głowie krążyło mu wiele myśli dziś oczyścił umysł i wyzbył się wszystkiego, co odciągało go od właściwego planu. Cel był jeden, jasno określony, niezwykle ważny i nieakceptujący porażki, a nawet drobnego potknięcia. Lewy kącik ust drgnął w powstrzymanym uśmiechu. — Ale kiedy tą potrzebę zaspokoję, pewnie znajdę inną.Bądźmy dobrej myśli. Skupmy się na rzeczach naprawdę ważnych. Był skazany na sukces, oni również byli, a jednak zbierały się nad nim burzowe chmury, które jutrzejszego dnia będą mu towarzyszyć, ciążyć póki nie lunie na niego deszcz, a wraz z nim nie ustąpi delikatny niepokój.
Plany, jakie mieli z Ignotusem wymagały od nich wielu przygotowań. Obaj wiedzieli, że zdobycie odpowiedniego materiału do badań będzie niezwykle trudne, ale świat nie był tak wielki, jak można przypuszczać. Prędzej czy później w całym tym stogu siana znajdą zagubione igły i skompletują je z resztą, rozpoczynając morderczy, okrutny projekt.
— Wyglądałabyś pięknie z tymi nadprogramowymi kilogramami, nie zasłaniaj się tak marnym argumentem. Kiedy w łonie rozwija się syn kobieta zazwyczaj pięknieje — tak mawiały stare wiedźmy, powtarzali wieszcze, prorocy imienia. Wzruszył ramionami, porzucając próby przekonania jej do podjęcia tego przyjemnego ryzyka. Widowisko jakie by tu urządzili z pewnością spotkałoby się z wielkim aplauzem, a później okropnym mordem — gdyby ktokolwiek próbował wyrzucić ich za drzwi tej parszywej knajpy umarłby w prawdziwych męczarniach, jego ciało zostałoby nabite na nogę jednego ze stołów, pozostając przestrogą dla kolejnych śmiałków i natchnieniem dla wiecznie cierpiących poetów. Kusząca wizja, choćby z powodu samego zakończenia.
— Nie — odpowiedział konkretnie, jedynie utwierdzając ją w tym przekonaniu. Dzieci, które miały trafić w ich ręce zapewne będą przeżywać najgorsze chwile swojego życia. Gdyby nie podejrzewał, jaki stosunek mogła mieć do potomstwa, gdyby nie widział w niej bezwzględności nie spytałby jej o to. Posiadała inny rodzaj wrażliwości, tępy, tragikomiczny. Dlatego była dla niego idealnym partnerem do rozmowy na ten temat. Miał nadzieję, że dobiją targu, zainteresuje ją tymi strzępkami informacji wystarczająco, by podjęła wyzwanie.— Doskonale. Zamierzamy z Ignotusem odświeżyć historię i odtworzyć zniszczone światem pseudorówności i zmieszanej krwi czarnomagiczne demony. Demony, które pod naszą kontrolą będą chronić tych, którzy ochrony potrzebują— urwał na moment, unosząc wyżej brew.— Przyprowadź mi je, a wtedy zdradzę ci więcej. Zapewniam cię, że kiedy o tym usłyszysz zapragniesz tego równie mocno. i wejdziesz w to całym.. sercem. — Uśmiechnął się szeroko i pewnie, a jego szare oczy błysnęły niebezpiecznym blaskiem. Nie mrugał, czynił to rzadko, prawie wcale. Wpatrywał się więc w nią spojrzeniem głębokim i intensywnym, rzucającym jej ostateczne wyzwanie.
To jak będzie, Deirdre, zaryzykujesz?





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Zawód : służebnica króla
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna


I've tasted blood and I want more


OPCM : 35
UROKI : 6
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 46
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
I will eat you alive

PisanieTemat: Re: Knajpa morderców   07.09.17 12:05

Słowa Ramseya wyjątkowo zgrabnie trafiały celu, podrażniały perfekcjonizm, werbalizowały potrzeby i podkreślały pragnienia, które przecież nie dla wszystkich były oczywiste. Niewielu ludzi zdołało poznać Deirdre na tyle, by pod maską nudnej obojętności zobaczyć coś więcej, prawdziwy diabli ogień, destrukcyjny i zachwycający nieokiełznaną siłą. Nie żałowała niezbyt przychylnej opinii, która przylgnęła do niej w szkole a potem towarzyszyła przez lata stażu w Ministerstwie: w wyuzdanej Miu nikt nie mógł dojrzeć cienia bezbrzeżnie nieciekawej, spętanej kodeksami i zasadami urzędniczki; jedynie ambitne oddanie wyzwaniom stawianym przez profesję mogło sugerować niezdrowy pracoholizm. Zawsze chciała więcej, nie zadowalały ją przeciętności, a gdy zdołała zaspokoić pierwsze pragnienie - wiedzy i władzy - od razu sięgała po więcej. I choć Ramsey mówił o tym z pewną dumą, to Deirdre wiedziała, że ta droga prowadzi donikąd: a przynajmniej prowadziła do tej pory, Czarny Pan z pewnością mógł ofiarować im ostateczne rozwiązanie palącego głodu, przekroczyć granice, ukoić ciekawość, pozwolić poznać magię w najczystszej, najbardziej przerażającej formie. Idąc wytyczoną przez niego ścieżką mieli szansę okiełznać satysfakcję - chociaż sama droga, pełna wyzwań, mroku i okrucieństwa, stanowiła nagrodę samą w sobie. Uśmiechnęła się lekko, zarówno do Mulcibera jak i do swoich myśli - może to wino a może wyśmienite towarzystwo uczyniło pełzający po drzewie nerwów strach znośniejszym, motywującym do działania a nie paraliżującym. Czyż niebezpieczeństwo śmierci nie czyniło wszystkich doznań intensywniejszymi? - Cieszę się, że dotarliśmy razem do tego miejsca - odparła równie szczerze; do miejsca, w którym sięgali po więcej, i do miejsca, w którym mogli siedzieć na przeciwko siebie jako sojusznicy, ze spokojem i zadowoleniem przyjmując swoje towarzystwo. Nawet gdy podrażniał odrobinę jeszcze obolałe ego, nadszarpnięte brutalnym punktem kulminacyjnym ich relacji. Wtedy nie sądziła, że będzie w stanie rozmawiać z nim kiedykolwiek w ten swobodny sposób, sfrustrowana, słaba, dotknięta do żywego i rozjuszona, ale nie przypominała już dawnej siebie, niezależnie, czy przywołanym duchem przeszłości miała być Deirdre czy niedawno pogrzebana Miu. - Doszłam do wnioski, że połamane ręce nie były tego warte - wytłumaczyła krótko, prawie przejęta jego zrozpaczonym przywołaniem niewystarczających usług. Nie wątpiła, że faktycznie tamto spotkanie mogło skończyć się dużo boleśniej - wtedy, dziś w podobnej sytuacji na pewno któreś z nich zostałoby, dosłownie, pozbawione głowy. Oby była to dobra wróżba na ich aktualne pragnienia.
Przymknęła na chwilę oczy, z zadowoleniem, choć tak naprawdę przywołanie więzienia wprawiło ją w nieprzyjemne drżenie. - A więc za Azkaban - powiedziała, finalnie sięgając po kielich wina, jakby równowaga w liczbie osób barwiących swe usta burgundem musiała zostać zachowana. Upiła kilka łyków, zastanawiając się jednocześnie, czy przypadkiem w ciągu mijającego wieczoru nie pobiła rekordu szczerych uśmiechów, niewymuszonych, prawdziwych, sięgających głębiej niż pod odpowiednio ułożone kąciki pełnych warg, dołeczki w policzkach i zmrużone oczy. O dziwo, świadomość ta nie wywoływała w niej dyskomfortu, tak samo jak niewygodny temat macierzyństwa. Panicznie się go obawiała a perspektywa posiadania pasożyta, żerującego na jej ciele przez dziewięć długich miesięcy, wywoływała w niej mdłości. Ostatnio, co prawda, nie reagowała już paniką na najdrobniejszą możliwość zajścia w ciążę, prawie pewna, że podtruwała się eliksirami wystarczająco długo, by zapewnić sobie całkowite bezpieczeństwo, ale i tak nawet uroczy komplement Ramseya nie mógł zmienić jej podejścia. - Och, bez wątpienia wyglądałabym zachwycająco - zgodziła się uprzejmie, nie przypominając sobie podobnej pewności siebie, gdy roztrzęsiona pojawiała się na progu lecznicy Cassandry, ściskając w dłoni otrzymany od Eir eliksir. Dzieci niosły ze sobą jedynie ból i cierpienie, wymagając samobójstwa, poświęcenia dla nich całego świata - Deirdre wydawało się to niedorzeczną torturą, gorszą od powolnego wykrwawiania się w wypełnionej gorącą wodą wannie. Czym było kilka godzin cierpienia wobec zrujnowanego życia? Sądziła, że wspomniane wcześniej przyjaciółki podchodziły do macierzyństwa podobnie; nie miały na tyle odwagi, by zająć się problemem odpowiednio wcześnie - może mogła im pomóc? Uświęcić ich cierpienie, sprawić, by stało się przydatne? Piła wino w milczeniu, nie odrywając spojrzenia od twarzy Ramseya, od jego oczu, roziskrzonych najsłodszą z obietnic. Świadomość okrutnego losu, na który właśnie skazywała niewinne istotny, w ogóle nie sprawiała jej przykrości: cel uświęcał środki, także te zupełnie nieprzydatne jak kilkuletnie, irytujące stworzenia - mogące w końcu przysłużyć się czemuś wspaniałemu. Bez wątpienia plan przygotowany przez Mulciberów mógł osiągnąć sukces, a jeśli mogła choć odrobinę się do tego przyczynić, jej gotowość do pomocy była więcej niż oczywista. Uśmiech Deirdre przybrał na drapieżności, upiła nieelegancko kolejne łyki wina i odłożyła pusty, kryształowy kieliszek na stół, kontrolnie oblizując białe zęby z krwawych plam. - Nie mogę się doczekać - odparła tylko łagodnie, nie czując potrzeby, by hamować pełne pasji podekscytowanie, kryjące się w czarnych oczach. Miała na co czekać, o czym myśleć, co zaznaczyć w kalendarzu na bliżej nieokreślony czas po Azkabanie - i pewność Ramseya co do pozytywnego zakończenie sprawy spłynęła także na nią, nieco ją uspokajając. - Myślę, że mamy doskonałe podejście do dzieci i że odnajdą dzięki nam pełnię swoich możliwości - dodała lekko, zgrabnie wstając z fotela, by poprawić płaszcz zsuwający się z ramion i zapiąć srebrzystą broszę pod szyją. Powinna już wracać - miała w końcu dokąd. Odgarnęła czarne włosy, zaplątane w materiał i wyminęła stolik, na sekundę przystając przy Ramseyu. - Dziękuję za uroczy wieczór, sir, musimy to kiedyś powtórzyć - pożegnała go cicho, przelotnie kładąc zimną dłoń na jego ramieniu, tuż przy szyi, gestem krzepiącym i przyjacielskim, nie powstrzymała się jednak przed muśnięciem palcami odsłoniętej, wrzącej skóry i - przy okazji - strzepnięciu z szaty skrzącego się szklanego odłamka. Uśmiechnęła się do mężczyzny po raz ostatni i szybkim krokiem opuściła knajpę, w progu narzucając na czarne włosy kaptur płaszcza.

| ztx2




there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Zawód : służebnica króla
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna


I've tasted blood and I want more


OPCM : 35
UROKI : 6
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 46
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
I will eat you alive

PisanieTemat: Re: Knajpa morderców   20.11.18 16:57

| 12 września
Na naukę nigdy nie było za późno, zwłaszcza dla Deirdre, uważającej zdobywanie wiedzy za jedną z największych rozkoszy danych ludzkości. Od najmłodszych lat z radością zagłębiała się w grubych tomiszczach, skrzętnie notowała słowa hogwarckich profesorów i z niecierpliwością wyczekiwała następnych lekcji, niezależnie, czy dotyczyły one historii magii czy skomplikowanych zaklęć. Dowiadywanie się nowych rzeczy rozpalało w niej iskrę: pasji, fascynacji, często wręcz chorobliwej ciekawości, doprowadzającej ją finalnie poza granice poznania. Nie osiadła jednak na laurach, znała też własne ograniczenia. Z częścią z nich zdołała się pogodzić, zdając sobie sprawę z niemożliwych do nadrobienia braków w zakresie transmutacji i posiadania zawstydzającego antytalentu w dziedzinie warzenia eliksirów - część zaś szczęśliwie stanowiła materiał do nadrobienia. Zwłaszcza ostatnio pole do naukowego popisu znacznie się poszerzyło. Otrzymanie reprezentacyjnego stanowiska w La Fantasmagorii wlało w ciało Deirdre nową energię. Po zasłużonym, długim odpoczynku, z jeszcze większym podekscytowaniem rzuciła się w wir nowych obowiązków, zaspokajając wygłodniałe pragnienia pracoholiczki. Nadrabiała zaległości, przypominała sobie dawno zapomniane informacje, odnawiała nieco zakurzone kontakty, szlifowała biegły francuski, od nowa zakochując się w teorii muzyki, w wiadomościach z artystycznego światka.
Gdy poczuła się w obrębie tych wieści bardzo pewnie, szybko przerzuciła się na wypełnianie pozostałych, mniej palących luk. Nie mogła zawieść Tristana ani samej siebie, chciała pokazać się z jak najlepszej strony i nie wyobrażała sobie popełnienia jakiegoś faux pas podczas rozmów z marszandami i przedstawicielami francuskiej oraz brytyjskiej bohemy - a tym właśnie groziła całkowita niewiedza w zakresie literatury. Znała kilka nazwisk, lecz je myliła, kojarzyła co ważniejsze dzieła, ale tytuły wypadały jej z głowy, nic więc dziwnego, że od kilku dni pilnie zgłębiała podstawy pisarskiej wiedzy. Teoria mijała się z praktyką, potrzebowała dyskusji i wskazania najważniejszych kwestii, dlatego też bez wahania napisała do Magnusa. Pryzmat nieokrzesanego, roszczącego sobie zbyt wielkie prawa szaleńca rozmył się w łaskawości czasu, nie denerwowała się więc wcale podczas kreślenia uprzejmych słów prośby. Ufała mu, cel uświęcał środki; nie znała też nikogo innego, kto posiadałby wiedzę i praktykę. Pracował przecież w Walczącym Magu, słynął jako wzięty eseista, w swych artykułach odnosił się do innych woluminów, zamierzała więc bez skrupułów wykorzystać wiedzę Rowle'a do poszerzenia własnej.
Jak zwykle przybyła zbyt wcześnie, ubrana w czarną suknię, akcentującą jednak muśniętą opalenizną, zdrową, nieco pełniejszą twarz. Odrodziła się - i od kilkunastu dni była prawdziwie szczęśliwa, ukrywając to pod naturalną już dla niej maską uprzejmości. Zajęła dyskretne miejsce w kącie sali, pozwalające obserwować stających w szranki literatów i jednocześnie umożliwiające swobodną rozmowę. Zamówiła coś rozgrzewającego: czarodziejski miód pitny po chwili pojawił się na stoliku; aromatyczny, gęsty, słodki, nie upiła go jednak, cierpliwie czekając na Rowle'a.
Gdy ten pojawił się przy stoliku, skinęła mu na powitanie głową, nie wstając z krzesła. Poczekała cierpliwie, aż złoży zamówienie, po czym uśmiechnęła się do niego. Ładnie, uprzejmie, tak, jak nie robiła tego od dawna - coś mu się za fatygę należało. - Chciałabym porozmawiać z tobą o czymś związanym z twoją pracą - zaczęła rzeczowo, łamiąc nieco swój przyjacielski urok urzędową bezpośredniością. - Dokładniej - o literaturze. O nowinkach, o wartych zapamiętania i przeczytania nazwiskach. O tym, co zapowiadają ważne wydawnictwa i co niedługo może zniknąć z półek w związku z cenzurującą działalnością naszego drogiego Ministerstwa - wyjaśniła po sekundzie, oplatając gruby kufel smukłymi, bladymi palcami, obciążonymi dwoma bogatymi pierścieniami. Malachit i rubin, zieleń Mrocznego Znaku, lśniącego nad pomordowanymi zdrajcami, i czerwień Rosierów. Na sekundę spuściła wzrok, przyglądając się odbłyskom w kamieniach szlachetnych, po czym powróciła spojrzeniem do rozmówcy.




there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Powrót do góry Go down
Magnus Rowle
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t4426-magnus-phelan-rowle https://www.morsmordre.net/t4650-korespondencja-m-p-rowle-a https://www.morsmordre.net/t4655-careless-whisper https://www.morsmordre.net/f310-cheshire-farndon-posiadlosc-rowle-ow https://www.morsmordre.net/t4652-skrytka-bankowa-nr-1118 https://www.morsmordre.net/t4786-magnus-rowle
Zawód : reporter Walczącego Maga
Wiek : 35
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Dotknij mnie tam, gdzie uważasz, że
może być serce
Rozetnij żebra, częstuj się,
bierz
co chcesz
OPCM : 20
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 36
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Knajpa morderców   12.12.18 22:29

Maszyna poszła w ruch i już nie dało się jej zatrzymać. Puszczona w obieg mechanicznie dokonywała selekcji, a szeptane pokątnie pogłoski na oczach Magnusa przemieniały się w ciało: to była wojna, proszę państwa. Wrześniowy numer Walczącego Maga zasiał strach, arystokracja faktycznie okazywała słabość. Bali się i on również drżał, lecz nie z lęku, a z niecierpliwości, kiedy runą fasady, a twarze wreszcie zostaną odsłonięte. Liryka maski nie traciła na aktualności, choć Magnus akurat pozostawał autentyczny, niezmiennie. Napędzające się koło niepokoju zmuszało go jednak (przed czym się nie wzbraniał) do zakasania rękawów i ślęczenia w biurze po nocach; zaniedbywał rodzinę, a przede wszystkim żonę, która lada dzień miała powić mu dziedzica. Skrajna nieodpowiedzialność, może - nie poczuwał się do usprawiedliwień, bo priorytetem chwilowo stała się Anglia. Wiele można było mu zarzucić, ale na pewno nie obojętność, uczucia zawsze gorzały w nim wyjątkowo silnie. O Moirę się nie martwił (tak sobie wmawiał), przetrwa wszystko, ale Wielka Brytania borykała się z huraganem o wyjątkowo niszczycielskich, druzgoczących skutkach. Słyszał o tym. Mówił o tym. Pisał o tym. Doniesienia nie mijały się z prawdą, znany im świat ulegał straszliwemu podziałowi i konsekwentnemu rozbiciu. Nie jednym, czystym, zamaszystym ruchem, zamykającym parchate szlamy w getcie razem z mugolami, a uderzeniami chaotycznymi, desperackimi, tworzącymi na szklanej tafli siatkę wulgarnie wybitych zmarszczek. Pilnowanie względnego ładu, zachowywanie czujności wobec pękających kolejnych struktur zazębiało się wybitnie z poleceniami Czarnego Pana, z ideałami, za które obiecał oddać życie; Rowle czuł więc nieustannie presję pracy, spadającej na jego barki oraz oddanej służby, rozliczanej znacznie bardziej konsekwentnie niż terminy goniące w redakcji. Posługa na całe życie albo śmierć, dostał równanie, gdzie po żadnej stronie nie stały niewiadome. Przyjemności poczęły uciekać mu przez palce, kręcił się między domem a siedzibą gazety, pracując na najwyższych obrotach i nie śpiąc po nocach, czuwając przy żonie. Parę tygodni takiej egzystencji normalnie zmieniłoby go we wrak, ale Magnus był twardy, a jak dotąd, nikt go nie przyłapał na kilkusekundowych mikrodrzemkach, jakie ucinał sobie mimowolnie, kiwając się na całkiem wygodnym krześle otoczony stertą papierzysk. Jedynym odstępstwem od normy była nieco bladsza niż zazwyczaj cera - wreszcie przypominał Anglika z krwi i kości - oraz przekrwione oczy, aczkolwiek nie był pewny, czy to wynik niewyspania, czy może efekt codziennego palenia diablego ziela. Listowna prośba Deirdre na tyle wytrąciła Rowle'a z nieco nudnawej rutyny, że dostosował dla niej swoje plany i poprzekładał niektóre terminy. Tsagairt nie powoływała się wprawdzie na moc wyższej instancji, utrzymując przyjacielskie pobudki i... pewnie dlatego też Magnus się zgodził, odrobinę zaciekawiony, czegóż potrzebuje od niego Deirdre. Skończyły się dobre czasy, kiedy spotykali się na obiad, żeby porozmawiać - nic, że kosztowało go to krocie. Wpadł do umówionego miejsca nieco przed czasem, przeczesując bujne włosy palcami; przypuszczalnie powinien przygotować się zawczasu, stawić się schludny i dopięty na ostatni elegancki guzik, lecz nie dbał o taką formę prezencji, nie nosił przy sobie grzebienia. Zlokalizował siedzącą przy dyskretnym stoliku Deirdre i podążył w jej stronę, obstawiał, że już na niego czekała i nie mylił się. Wolał być pierwszy, ale znał kobietę i dobrowolnie oddawał jej tą drobną satysfakcję, na własne życzenie i tak stawiała się w niekomfortowej pozycji uczennicy.
-Przytyłaś - zauważył z zadowoleniem, po drobnym zawahaniu opadając na krzesło naprzeciw niej. Nie podała mu dłoni, nie wstała, trudno, nie będzie się gimnastykować, powiedzmy, że akceptował tę niepodległość i nie zabiegał o całowanie rąk. Zamówił klasyczny absynt, jakby chciał się przenieść do złotego wieku cyganerii francuskiej i nieistniejących zasad, dość pobłażliwie zerkając przy tym na Deirdre, sączącą swój pitny miód.
-Skąd u ciebie ten nagły głód wiedzy, Deirdre? Wiem, że jesteś ambitna, ale dokładnie pamiętam nasze ostatnie spotkanie, kiedy podjęłaś każdy temat za wyjątkiem Ginsberga - zapytał, machnięciem ręki odprawiając kelnera i zaciskając mocne palce na wątłej nóżce kieliszka. Jego uszu ledwo dochodziły poetyckie pojedynki - Tsagairt wybrała naprawdę miłe miejsce - koncentrował się na siedzącej przed nim kobiecie, o nietypowej urodzie i nietypowych wymaganiach.
-Ministerstwo póki co nie ruszy arcydzieł literatury, aczkolwiek księgi teoretyczne ominie ta demonstracja łaskawości. Szepcze się o spisie czarnomagicznych woluminów i zarchiwizowania ich wszystkich w zbiorach Biblioteki Londyńskiej. Dotyczyć to ma także prywatnych zbiorów - stwierdził kwaśno, racząc się alkoholem. Absynt w tej ilości nie mógł go sponiewierać, prowadzili wszak dyskusję. Poczuł charakterystyczny, ostry i gorzki smak osiadający w kącikach ust, więc wyjął nieodłączną papierośnicę, różdżką zgrabnie przypalając zielonkawego skręta.
-Bez podstaw prędko się pogubisz. Literatura jest jak filozofia, niemożliwe jest studiowanie najnowszych tez, wykluczając kwestie, które wybrzmiały lata temu - skomentował, wydychając obłok dymu - od czego mam zacząć? - dopytał uprzejmie, posyłając Deirdre krótki uśmiech.


Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Zawód : służebnica króla
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna


I've tasted blood and I want more


OPCM : 35
UROKI : 6
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 46
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
I will eat you alive

PisanieTemat: Re: Knajpa morderców   13.12.18 14:54

Magnus od progu zwracał na siebie uwagę, zarówno eleganckim strojem, jak i przesadną pewnością siebie. Coś w jego chodzie, w zamaszystym ruchu barków, w niesfornej fryzurze sprawiało, że trudno było przegapić jego pojawienie się w pomieszczeniu, niezależnie, czy chodziło o redakcję Walczącego Maga, czy o niepozorne wnętrze Knajpy morderców. Deirdre obserwowała jego żwawy marsz ku jej stolikowi z tym samym, nieustającym uprzejmym uśmiechem. Gdy podtrzymywała go zbyt długo, rozmówcę zazwyczaj przechodziły ciarki, ale ten efekt osiągała jedynie celowo, gdy pragnęła zaniepokoić towarzysza. Tym razem nie miała w planach stawania z Magnusem w szranki słowne, nie zamierzała także wypominać przeszłości i udzielać złotych rad. Miała wrażenie, że czas uleczył zadane sobie wzajemnie rany, pozwalając im kontaktować się na stopie przyjacielskiej, bez dyskomfortu każdej ze stron.
Bez wielkiego dyskomfortu, bowiem - tak jak przypuszczała - Magnus musiał, w ramach powitania, wyrazić swą jednogłośną opinię na temat jej wyglądu. Chciał ją skomplementować, rozpocząć to spotkanie pochlebstwem, być może; wierzyła w jego dobre intencje, dlatego też nie wysyczała lodowato pytania, czy podobnymi słowy powitałby mężczyznę, tak beztrosko komentując fizyczność drugiego śmierciożercy. Dziś potrzebowała Rowle'a rozluźnionego, chętnego do podzielenia się własną wiedzą. Potrafiła znieść niejedno, by osiągnąć wymarzony cel.
- Dziękuję za twe miłe słowa - skomentowała tylko rzeczowo, nie dając po sobie poznać irytacji. Cieszyła się z rosnącej wagi, z mniej wystających żeber i kości biodrowych. Wychudzone kobiety odrzucały - to krągłości rządziły światem i Deirdre coraz lepiej wpisywała się w estetyczny kanon, nie przypominając już zabiedzonej szkapy lub dziwki, a sytą damę z wyższej klasy średniej. - Po prostu zdałam sobie sprawę ze swych braków i zapragnęłam je uzupełnić - odpowiedziała miękko, tym samym tonem, przechylając głowę nieco w bok, w zaciekawieniu. Dawno nie widziała Magnusa, nie wiedziała, czy stał się już ojcem czy też jeszcze oczekuje potomka, ale nie spotkała się tu z nim po to, by plotkować o bawieniu niemowlaków. - Archiwizować? Czy po prostu Ministerstwo Magii planuje te księgi niszczyć? - spytała, szczerze zainteresowana. Dalej nie upiła nawet łyka gorącego miodu, nie poprosiła też o papierosa, siedząc w bezruchu, w tej samej pozycji - jedynie roziskrzone, czarne tęczówki zdradzały całkowitą uwagę i skupienie na podejmowanej tematyce. - A więc z jakimi dziełami podstawowymi, powinnam się zapoznać? - spytała po prostu, nie kryjąc się ze swoją niewiedzą. - Poczyniłam już pewne przygotowania, lecz jeśli wskażesz mi jakieś najważniejsze tytuły, będę wdzięczna - kontynuowała, mrużąc oczy, gdy kłęby papierosowego dymu przesłoniły na moment twarz Magnusa. Ostatnio szare chmury nikotyny wywoływały u niej mdłości, ale te nieco osłabły, mogła więc powstrzymać sugestię zgaszenia żarzącej się końcówki. - Wolałabym jednak skupić się na teraźniejszości; na tym, co najbardziej popularne, o czym dyskutuje się w wyższych kręgach, co czyta się na salonach - wyjaśniła powoli. Nie mogli dziś porozmawiać o wszystkim, Deirdre na własną rękę czytała niektóre periodyki, ale wysłuchanie informacji z pierwszych ust na pewno pomoże jej w usystematyzowaniu wiedzy. I w zabłyśnięciu podczas konwersacji w La Fantasmagorii - na razie nie zdradzała się ze swym awansem społecznym, nie chcąc robić z niego czegoś wyjątkowego. Prędzej czy później Magnus zrozumie, dlaczego poprosiła go o tę przysługę.




there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Powrót do góry Go down
 

Knajpa morderców

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Gospoda pod Świńskim Łbem

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Bexley-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18