Wydarzenia


Ekipa forum
Pokój muzyczny
AutorWiadomość
Pokój muzyczny [odnośnik]03.05.15 1:17
First topic message reminder :

Pokój muzyczny

Obszerny pokój na piętrze, w zachodniej części dworku. Okna rzucają widok na pejzaż klifów nad Dover, za dnia oświetlając pokój pełnią słonecznego blasku blasku. Jasne, pastele i bogato zdobione ściany zdobi magiczny gobelin będący drzewem genealogicznym rodu Rosier; gałęzie krewnych ozdobione są czerwonymi różami, które bielą się w chwili śmierci. Dzieci oznaczone są drobnymi pąkami, a zdrajców krwi - ostatni trzy pokolenia temu - zwiędłymi kwiatami pozbawionymi imion. Nowe gałęzie wyrastają i dojrzewają wraz z pojawianiem się kolejnych pokoleń, cały czas znajdując się w sercu drzewa. Najmocniej wyeksponowanym fragmentem komnaty jest czarny fortepian, przy którym ustawiono szeroką ławę - dość szeroką, by przy instrumencie mogły przysiąść dwie osoby. Wśród na stojaku, znajdujących się pod ręką, najłatwiej znaleźć romantycznych kompozytorów, w tym Chopina, oraz suity baletowe w fortepianowej transkrypcji. Na okrągłym kawkowym stoliku nieopodal, przy którym ustawiono wygodne, obite kremowym aksamitem krzesła, znajduje się antyczny porcelanowy wazon, w którym zawsze czerwieni się bukiet świeżych róż. Nieopodal błyszczy stalowa harfa zdobiona morskimi motywami. Miękka, szeroka kanapa niewątpliwie sprzyja odpoczynkowi oraz relaksacji przy popisach artystycznych utalentowanej rodziny. Błyszczący parkiet zdobią jedwabne arabskie dywany, część podłogi jest naga - przystosowana do tańca.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pokój muzyczny - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Pokój muzyczny [odnośnik]10.06.17 22:58
Bezczynność zdawała się omijać lady Rosier szerokim łukiem, ta zaś nawykła już do torów, które obrało jej życie – dnie spędzała w rezerwacie zjawiając się na zamku nierzadko wraz z zachodem słońca. Pozwalała wciągnąć się w wir pracy, bowiem jedynie ona zdawała się utrzymywać ją na powierzchni chroniąc przed całkowitym zatonięciem.
Nie przeszkadzały jej dnie spędzane za biurkiem na wypełnianiu raportów i pisaniu notek dla opiekunów smoków, zdecydowanie mocniej lubowała się w badaniach nad sprawami zawsze oscylującymi wokół wspaniałych zwierząt, mieszczących się w ich rezerwacie, lubiła nieśpieszne spacery z placówki badawczej do budynku administracji w czasie których mogła przystanąć na chwilę by poobserwować te zdumiewające stworzenia. Czuła się ważna i potrzebna i to nie tylko przez wzgląd na nazwisko a pracę, która wspomagała pracę rezerwatu i jego pracowników.
Dzisiaj, jak zawsze gdy wracała wcześniej odbywał podróż po ogrodach. Kochała zapach róż. Słyszała plotki krążące o ich rodzinie, jedna z nich głosiła, że Rosierowie pachną niczym róże, które hodują, a odpowiedzialnym za to niezmiennie były piękne krzewy wśród których, a nawet razem z którymi każdy z członków rodu dorastał. Rosierowe ogrody zadziwiały swoją rozpiętością i kolorystyką; rubinowe dywany rozlewały się wzdłuż i wszerz, przenikane bielą, czy różem płatków innego gatunku. I choć wszystkie były niezaprzeczenie piękne Melisande od zawsze najmocniej lubiła kwiecie o krwistoczerwony, prawie burgundowym ubarwieniu. W dnie takie jak ten znajdowała krzew z pięknymi kwiatami i z wprawą przycinała kilka gałązek tworząc z nich bukiet z którym w ramionach zmierzała w jedno, konkretne miejsce – do pokoju muzycznego.
Miejsce to najmocniej przypominało jej o utraconej siostrze. To tutaj Marie dawała swoje recitale i to właśnie w tym miejscu siostra po raz pierwszy nakryła ją, gdy ćwiczyła taneczne kroki. Nie mogła już tańczyć – a może nie chciała bardziej – choć z uporem powracała do komnaty w swojego rodzaju masochistycznym rytuale oddawanym na cześć Marie.
Zamknęła za sobą drzwi spokojnym krokiem zmierzając w kierunku wazonu ustawionego na fortepianie – dbała by znajdowały się w nim świeże kwiaty, jej własnego rodzaju hołd. Wyciągnęła stary bukiet uzupełniając zaklęciem wodę w naczyniu i wkładając nowy. Starymi rozkazała zając się skrzatowi. Zasiadła na stołku przy instrumencie przejeżdżając palcami po klawiszach, żadnego jednak nie wciskając. Uniosła się lekko wyciągając z siedzenia baletki; nieśpiesznie zmieniła buty. Podniosła się z miejsca i kilkoma ruchami różdżki wprawiła fortepian w ruch, po pomieszczeniu potoczyły się pierwsze dźwięki z Dziadka do Orzechów.
Oddychaj, poleciła sobie biorąc głęboki wdech w płuca. Przymknęła powieki pozwalając by muzyka przeniknęła ją – każdy jeden mięsień – ustawiła ciało w odpowiedniej pozie gotując się do rozpoczęcia i… nie nastąpiło nic. Nie ruszyła wraz z taktem w którym powinna. Ciało drgnęło lekko, jednak odmówiło ruchu, dokładnie tak, jakby było w tym miejscu – i w każdym miejscu na świecie – było zabronione.
To nie miało sensu. – uświadomiła sobie po raz kolejny Melisande, czując narastającą w niej frustrację. Cierpiała w środku, nie potrafiąc odnaleźć ujścia dla swoich uczuć – czegoś, co pozwoliłoby jej na całkowite wyswobodzenie się z okopów narastającej złości. Była zła na świat, była zła na siebie, gdzieś po drodze odkrywając nawet, że jest zła na Marie, że nie mam jej tutaj, nie wiedząc kiedy po raz pierwszy od lat zatraciła się w złości, dała ponieść się uczuciu palącego ją od środka i nim się obejrzała piękny, kryształowy wazon wraz z bukietem róż roztrzaskał się o deski pokoju w momencie, gdy pianino wykonywało znamienną dla utworu pauze, budującą grozę i napięcie.
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]12.06.17 3:10
3?

Nuty walca Czajkowskiego z Dziadka do Orzechów tańczyły przez korytarz melodyjnym rytmem; wyłapał go zupełnym przypadkiem, zmierzając do własnych komnat - z zamiarem odpoczynku. Choć z początkiem miesiąca stanął wreszcie o własnych nogach, zbudzony z tej nagłej słabości, wciąż był osłabiony po przebytej próbie zgotowanej mu przez Czarnego Pana. Przekładało się to na jego wydajność, dziś zaznał ciężkiego oparzenia - skóra na piersi piekła jak pożoga i choć maść łagodziła ból, nic nie mogło zmyć ciężaru sromoty. Muzyka zza zamkniętych drzwi zatrzymała go w pół kroku - położył dłoń na klamce, nachylając czoło, tak, by lepiej ją chłonąć: starał się po rytmie, takcie, gwałtowności ruchów wyczuć, kto siedział przy klawiszach instrumentu. Po muzyce, samych nutach, Melisande uwielbiała ten utwór. Marianne też, muzyka spajała ich wszystkich, dziś jedynie przypominając o boleśnie rozdartych bliznach. Brakowało jej tutaj: była jak serce wydarte z piersi. Jak klejnot - skradziony z korony róż. Nawet nie dosłyszał, kiedy muzyka ucichła w pauzie, zanurzając się we własnych kontemplacjach - z których wyrwał go dopiero trzask z impetem rozbitego szkła. Tak, to musiała być Melisande. Nie musiał go widzieć, by wiedzieć, jak wyglądał; mieniące się drobiny szkła, pośród których jak krew sączyła się świeża woda zabarwiona pociętymi płatkami krwistych róż. Dokonana zemsta wcale nie sprawiła, że ból stał się mniejszy. Złość łaknęła krwi, więcej krwi: Diana zapłaciła zbyt małą cenę, a Crouchowie wykpili się od odpowiedzialności zbyt łatwo.
Choć zacisnął pięść wokół klamki, ta wciąż ani drgnęła; zawahał się. Wahał się nieustannie. Nie był pewien, czy to intymne spotkanie dwóch sióstr, do którego nie powinien się wtrącać, czy raczej samotna podróż przez nieznane rozdroża gęstych zielonych lasów; ani nie chciał, ani nie mógł zostawiać jej z tym samej. Pchnął drzwi, jak intruz naruszając przestrzeń owego muzycznego eremitorium, nie mówiąc przy tym ani słowa. Dyskretnie - cicho - przymknął je znów za sobą. Chciał się wedrzeć do jej samotni - nie wyrwać z niej ją samą, to byłoby zbyt brutalne. Mało wrażliwe. Bezczelne i zbyt aroganckie. Jego siostra była różą, drugą z trzech najpiękniejszych łodyg - pierwsza już przekwitła, trzecia dopiero otwierała wciąż zbity, niedojrzały jeszcze pąk; samym urodzeniem zasłużyła sobie na szczególne traktowanie. Wpierw przeniósł wzrok na rozbity wazon, bez zaskoczenia zauważając, że kwiaty były świeże. Oczywiście, że były. Zawsze były - dla niej, od ciebie. Dopiero po chwili odnalazł spojrzeniem sylwetkę siostry. Tonąc we własnej żałobie, czasem zapominał, że jego obowiązkiem pozostawało być silnym - dla swoich sióstr. Historia ich rodziny pokazała, że nikt poza nimi samymi nie był godny zaufania. Mieli - zawsze mieć będą - tylko siebie. Zabawne, morderczyni ich siostry wyznała mu swoje winy właśnie w tym pokoju. Głęboko pod białymi klawiszami pewnie wciąż znajdowały się skrzepy jej krwi. Mylił się, to trochę pomogło - kiedy uzewnętrznił swój gniew, dając się porwać wezbranym falom tego, co okrutne i nieuniknione.
Minęła dłuższa chwila, nim podszedł bliżej fortepianu, ostrożnie obchodząc porozrzucane pozostałości wazonu. Niesamowite, z błyszczącym rozbitym kryształem ten pokój miał w sobie więcej dawnego życia; jak podczas kłótni dwóch temperamentnych sióstr. Zwalczył w sobie chęć dotknięcia jej wątłego ramienia, zamiast tego - przysiadł na ławie przed fortepianem, oczekując, aż akt dojdzie dotrze do końca, wodząc wzrokiem za tańczącymi klawiszami, przerywając ich magiczną grę dopiero wówczas, gdy zaczęła wybrzmiewać pauza. Wyciągnął przed siebie smukłe palce, zmieniając repertuar - rozpoczynając dźwięki baletowej suity Strawińskiego, nie oglądając się na siostrę.
L'Oiseau de feu, Melisande.
Ognisty Ptak miał nierówne tempo, zbyt szybki takt, był dysharmonijny. Brutalny - na swój sposób nawet prymitywny. Agresywny. Przepełniony chaosem zlewającym się w złość, dziwną, szkodliwą pasję; poczuj tę złość, Melisande. Poczuj tę siłę. Jesteś jej częścią - jak wiecznie płonący ognisty ptak, który porywa carski dwór w straszne danse macabre z okrutnym kościejem, jak jego krzyk, jak fala niszczącego ognia. Jesteśmy Rosierami - ogień nas słucha, ogień pochodzi od smoków, my jesteśmy ogniem. Nie bądź dzisiaj zepsutą zabawką ani królewną, która wpada w zasadzkę myszy, nie bądź umierającym łabędziem.
Bo każda róża - ma kolce.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Pokój muzyczny - Page 3 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]15.06.17 15:02
Takty rozbrzmiewały wypełniając salę; ulatywały od klawiszy fortepianu rozchodząc się w każdą ze stron. Przenikając każdy przedmiot, mebel, ściany które znajdowały się w pokoju, a nawet nieśmiało wychylając się poza jego ramy. Docierał też do Melisane, wchłaniał się w nią, wypełniając wątłe ciało znajomymi dźwiękami. Rozchodząc się swobodnie od stóp do głowy, znajdując swoje stałe miejsce, przygotowując ciało do wysiłku.
Jednak na próżno.
Nie ruszyła spętana obawą, poczuciem winy zalegającym w niej niczym pasożyt, który odbierał jedną z umiłowanych rzeczy. Logika zdawała się nie działać, sumienie kroczyło własną ścieżką stawiając mur, niewerbalnie zabraniając wykonywać ukochanych ruchów jakby było zbrodnią.
Zbrodnią przeciw Marianne.
Kryształowy wazon rozbił się na podłodze pokoju gdy frustracja owinęła swoimi obślizgłymi mackami lady Rosier. Chciała cieszyć się dalej życiem, chciała zawierać w nim hołd dla tradycji, dla rodziny. Ale nie mogła, gdy gorzko smakujący fakt rozlewał się na języku. Marie nie była w stanie dzielić z nimi dalej radości i smutków, pomagać, a nawet prowadzić w niektórych kwestiach. Życie zdawało się wyblaknąć, nabrać smutnych, szarawych odcieni od kiedy zniknęła z tego świata. Szczęście zaś zostało zabronione, było wykroczeniem przeciw niej. Ale kochała tańczyć, chciała tańczyć. Kiedy ostatnim razem poprawnie wykonała assemblé – nie pamiętała.
Oddychała ciężko unosząc klatkę piersiową przy każdym wdechu. Jedna z dłoni zaciskała się w pięść, jakby odnajdując w tym próbę skumulowania irytacji w jednym miejscu. Wzrok lustrował spokojnie rozrzucone po podłodze - wśród wody i kryształowych kawałków wazonu – kwiaty. Spięła lekko plecy słysząc szczęk zamka. Nie odwróciła się.
W pierwszej sekundzie była zła. Ktoś śmiał przerywać jej – lady Rosier. Wnikać do jej prywatnej strefy, zaburzać ją swoją osobą w momencie najbardziej intymnym. W chwili, gdy starała się być bliżej siostry, poczuć jej obecność, podtrzymać wspomnienie o jej osobie żywe i wyraźnie, prawie tak jakby to pozwalało jej przez chwilę żyć. Ale nie mogła być zła. Nie na niego
Wiedziała, że to on. Dedukcja nie była trudna. Matka załamałaby się nad stanem wazonu, zganiła za brak kontroli nad własnymi czynami. Ojciec z niepokojem zapytał by czy nic jej nie jest. Siostra z pewnością też zaanonsowałaby swoją obecność werbalnie. Z Tristanem posiedli więź inną, głębszą. Był dla niej, a ona była dla niego. Nigdy wymagająco, zawsze nienachlanie, po cichu wspierająco. Tak było i tym razem. Nie zaznaczył obecności słowami. Po prostu był idealnie odnajdywał się w obchodzeniu się z Melisande, najzwyczajniej w świecie wiedział który klawisz nacisnąć by rozbrzmiał odpowiedni tak.
Utwór się zmienił. Czy raczej - został zmieniony przez Tristana, odważne, szybkie i nierówne tempo wypełniło całą salę. Brutalność dysharmonii otuliła Melisande zdając jej się idealnie pasującą do wszystkiego, co roztaczało się w jej wnętrzu. Była rozstrojona, nierówna, nie potrafiąca odnaleźć właściwego balansu. Tak, jakby kiedyś bez trudu przychodziło jej balansowanie na linie rozwieszonej nad przepaścią, niby jedna z cyrkowych linoskoczków, od lat jednak spadająca w ową czarną i głęboką dziurę, która zdawała się nie mieć dnia, pochłaniając ją z każdą chwilą coraz mocniej.
Posłuchała go, tego co mówił jej muzyką. Wzięła wdech, przyjmując odpowiednią pozycją, pozwalając by cała złość, cała frustracja wypełniła ją po brzegi niewielkiego ciała. Oddając się jej, tak jak kiedyś, jak za dziecka, gdy nie zakładała maski, gdy nie spełniała życzeń matki, gdy nie poddawała się powinnością. Ruszyła, trochę ociężale, mimo że niepewnie brnąc przez pierwsze takty poprawnie – nie idealnie, ale w ogóle. Głuche tąpnięcie, które wbiło się w minimalną pauzę w dźwiękach świadczyło o jej porażce. Soubresaut był ciężki, ospały i zakończył się tak samo. Dokładnie tak, jak nie powinien. Rubinowa, szyfonowa spódnica opadła układając się wokół kostek. Nie ruszyła dalej. Tylko kaleczyłaby sztukę, którą kochała. W balecie na stawiano kroków jak buchorożec, stopy winny dotykać ziemi niczym pióro.
- To jeszcze nie dziś. – powiedziała tylko, na pozór spokojnie, zajmując miejsce obok. Tylko w nerwowych ruchach dłoni podczas rozwiązywania baletek dało dostrzec się niecierpliwość, złość na samą siebie. Na własną nieudolność niepozwalającą na wykonanie czegoś, co wcześniej przychodziło jej bez problemów.


I've heard allegations 'bout your reputation
I'll show you my shadows if you show yours
Let's get it right dear, give a good fight dear
We'll keep it all up behind
closed doors
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]07.07.17 3:18
Szło jej dobrze. Przynajmniej spróbowała. Nie potrafił ocenić stawianych figur baletowych, widział jednak jej emocje - wyczuwał je doskonale - i widział też zniechęcenie i nerwy, które jak ciężkie kule przyciągały ją bliżej ziemi, nie dając ognistemu ptakowi wzlecieć i rozłożyć skrzydeł. Rozumiał to, spotkała ich straszna tragedia; żal i ból po stracie Marie nie zniknie z ich pamięci nigdy. Tęsknota za nią - zawsze będzie żywa, odchodząc najstarsza z sióstr od każdego z nich zabrała coś dla siebie: cząstkę ich samych, kawałki serc, fragmenty dusz, na zawsze wiążąc się z nimi pamięcią, ale i na zawsze pozostawiając po sobie rozdarte blizny. To dobrze - nigdy nie chciałby o niej zapomnieć. Nigdy nie chciałby przestać odczuwać smutku. Nigdy nie chciałby zatrzeć najpiękniejszych wspomnień o niej, tych samych, które przypominają mu o tym, jak ważne - jest dzisiaj chronić rodzinę. Już nie tylko Melisande i matkę, ale i Evandrę. Tak samo jak ona pozostawał głuchy na idiotyczne frazesy - że świat nie zatrzymał się w miejscu, że idzie dalej, że Marianne chciałaby, żeby cała jej rodzina odnalazła spokój. Wiedział, że wcale by tego nie chciała -  to byłoby jak zatarcie pamięci o niej. Ta żałoba miała trwać jeszcze długo.
- Zostaw je - poprosił, a może stwierdził, kiedy dłonie uderzyły w klawisze, wyciszając dźwięk, nie obejrzał się w bok, choć czuł jej ciało tuż obok swojego. I czuł, że nachyliła się zsunąć ze stóp baletki. Marianne nigdy nie chciałaby odejść w zapomnienie - ale przez sztukę, która łączyła ich z nią dawniej, łączyli się z nią wciąż. Porzucając to - zacierała wspomnienia. Chciał jej pomóc, choć nie był, za którą ze strun powinien szarpnąć; którym klejnotem zastąpić ten wydarty fragment - nie po to, by stracić pamięć o bliźnie, lecz po to, by ciało mogło z nią funkcjonować.
Przymknął powieki, prostując palce nad klawiaturą pianina, dla niego przecież też istniały podobne świętości. Wiersze pisane dla niej i muzyka, którą uwielbiała. Nawet pieprzony naszyjnik z muszelek, który zrobił dla niej jako chłopiec - a który wciąż gdzieś tutaj leżał, zabrał go od Lestrange'ów po jej śmierci. Powinien dać go Melisande, będzie miała dwa. Drżące palce uderzyły w klawisze ponownie - próbował być silny, naprawdę próbował. Dla niej.
Pauza po pierwszych nutach trwała zbyt długo, dlatego początkowo trudno było rozpoznać walc z Kopciuszka Prokofiewa. Marianne go uwielbiała, to przy tych dźwiękach jego siostry uczyły się tańca długie lata temu, jeszcze nienaznaczone cieniem przyszłych zdarzeń. Wszyscy się uczyli - tańczył przy tej muzyce z Marianne, tańczył z Melisande, tańczył z Darcy. Ostatni raz - zatańczył przy niej z Dianą.
- Wiesz, to było tutaj. W tym pokoju - zachrypnięty, lekko drżący głos szybko odnalazł równowagę - lecz ktoś, kto znał go tak dobrze, jak jego siostra, z pewnością wyczuł zachwianie. - Bezczelnie przyszła pod nasz dach - Zsunął wzrok na palce, nie przerywając gry. W jego głosie mniej było złości, a więcej - niedowierzania. Chaotyczne myśli skupiały się wokół morderczyni, werbalizując jedynie krótkie, urywane zdania. - Nie zapytałem jej, dlaczego. Nie obchodziło mnie to. - Dalej mnie nie obchodzi. Nic nie usprawiedliwia takiej zbrodni, przebywała pod ich dachem, jadła z nimi posiłki, błyszczała we francuskiej szkole. Wychowali żmiję. - Jej oczy były oczyma bestii, którą tamtego dnia widziałem. - Więcej dowodów - nie potrzebował. - Nie wiem, czy liczyła na szybką śmierć. - Jeśli tak, była głupia. - Nie dostała jej. - Umierała powoli. Cierpiała w chorej agonii, a on - grał. Grał na tym samym pianinie, tę samą melodię, co teraz. - Wykrwawiała się przy jednej z ulubionych melodii Marianne. Czasem wydaje mi się, że słyszę w niej jej głos. Perlisty śmiech i cichy płacz, szmer ciężkiej sukni sunącej po parkiecie. - Mówił cicho, ledwie poruszał ustami, ale przecież jego siostra siedziała tuż obok. - Jej złość i zawód - ufała Dianie. Ufała, jak oni wszyscy.
- Ona tu jest, droga Melisande. Sądzisz, że mogłaby nas opuścić? Jest tutaj, mocniej wyczuwalna niż każda pojedyncza nuta tego utworu. - Dłonie zadrżały tylko na moment, przerywając w pół taktu - zaraz powróciły, snuć dalszą opowieść. - I chciałaby z tobą porozmawiać. Pozwól jej na to. - Tańcem. Muzyką. Podłogą i ścianą. Tkaniną i szpadą. Ten dom był nią, a ona była tym domem, otoczonym przez jeden i ten sam usłany cierniami krzew czerwonych róż.
Była Rosierem. Jest Rosierem - zawsze będzie.
- Tańcząc tutaj, tańczysz na grobie tej suki. - Być może między panelami podłogi wciąż dało się znaleźć fragmenty jej ciała. - Schodząc w cień, pozwalasz jej tryumfować. - Nie wypowiadał imion, wiedział, że nie musi.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Pokój muzyczny - Page 3 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]29.07.17 18:09
Zatrzymała dłoń w połowie gestu gdy jej odpowiedział. Zawisła nad baletkami z lekko przyśpieszonym oddechem, automatycznie wykonując polecenie. Wcale nie dlatego, że musiała. Nie też dlatego, że głos nosił w sobie ślad nakazu. Bardziej pobrzmiewała w nim prośba, które usłuchała. Wyprostowała się spoglądając przed siebie, dłonie układając na kolanach. Milczała, nie potrafiąc odnaleźć odpowiednich słów. I znów, Tristan doskonale wiedział jak zagrać, nie tylko zmuszając białe klawisze fortepianu, do poddania mu się, ale i znajdując odpowiednie słowa.
Nie zwróciła w jego kierunku głowy, gdy ponownie zabrał głos. Przymknęła lekko powieki, pozwalając by jedynie dźwięki docierały do jej umysłu nie zaburzone, nie rozkojarzone obrazem rozbitego wazonu. Złość zaczęła wspinać się ku jej sercu gdy mówił. Melisande nie była już zła na świat, nie była też na siebie, czy na Marie. Ogarniał ją wielki, trudny do opanowania gniew na nią. Na żmiję, której wszyscy zaufali. Na osobę, która śmiała postawić kroki tutaj, w miejscu, które należało tylko do nich. Świadomość że umierała długo przynosiła zbolałemu sercu okład z zimnej satysfakcji. I dobrze. Powinna ginąć po stokroć razy. Śmierć zdawała się marną zapłatą za uniesienie dłoni na Rosiera. Nie istniała w tym świecie kara okrutnie odpowiednia. Byli różami, najpiękniejszymi kwiatami w bukiecie przeciętnych bratków. Królami i królowymi, którym należał się szacunek. Żałowała tylko jednego. Tylko tego, że nie mogła patrzeć jak ginie, jak wygina się w agonii, jak rozszalały z bólu umysł wyrzuca z ciała ból i świadomość nadchodzącej śmierci w łzach i szaleńczym śmiechu.
Choć widok ten z pewnością nie pozwoliłby jej spać w nocy. Tristan oszczędził jej tego. Chronił je, był ich protektorem i wiedziała, że nie pozwoli na to, by ponowna tragedia znalazła dla siebie miejsce w Dover. Nie, kiedy on sprawował wartę.
Powieki nadal przysłaniały tęczówki, jednak w wyobrazi obrazy malowały się same przy pomocy wyobraźni. Drgnęła lekko słysząc swoje imię. Tak, Marie była z nimi nadal w małych, z pozoru nic nie znaczących gestach w tym, jak układały się wargi Tristana, gdy próbował opanować rozbawienie. Widziała to i to wszystko jednocześnie przynosiło ukojenie, ale i wbijało kolejne cierniowe kolce. W końcu uchyliła powieki pozwalając by obraz odzyskał ostrość, spoglądając na jedną z róż. Skinęła lekko głową unosząc się z siedzenia. Znów stając na środku pokoju, przymykając powieki pozwalając by crescendo wypełniło jej ciało. Porwało wraz z sobą, nie bacząc na konsekwencje. Ruszyła. Spódnica zwiewnie zatańczyła wokół kostek, układając się w lżejszych rytmach. Wirowała, przechodziła przez odpowiedni ułożenia stóp i głowy nie pozwalając, by błędy zatrzymały ją ponownie. Nie uniknęła ich, ale pozwoliła im trwać. Oddała się muzyce. Oddała się Marie. Przymykając powieki, zostając z nim sam na sam na chwilę. Do momentu, gdy ostatni ton utworu nie rozbrzmiał w pokoju.
Jeszcze kilka chwil stała, pozwalając by rozbujane serce ciężko obijało się o żebra w ciszy pokoju. Potem ponownie usiadła obok niego, tym razem spokojniejsza. Na chwilę ciemne chmury rozeszły się, pozwalając, by wyszło zza nich słońce. Nie mówiła dziękuję – nie musiała, doskonale wiedział, że jest mu wdzięczna.
- Chciałaby poznać twoje zdanie. – skoro już jesteś obok. I tak zamierzała udać się do niego w tej kwestii. Co prawda z rana, gdy rozpisze wszystko odpowiednio, jednak nie miewała opór, by konfrontować z nim swoje pomysły i przemyślenia. Zdroworozsądkowe spojrzenie na sprawę z innej perspektywy zawsze było w cenie. Zwłaszcza, że ceniła jego zdanie, właściwie trudno było stwierdzić, czy usłuchałaby kogokolwiek, poza nim. – Myślę nad przydzieleniem Baldurowi i Houdurowi oddzielnych opiekunów, wprowadzeniu zmian w oparciu o zebrane informacje do wychowania jednego z nich i sprawdzenie, czy nastąpią znaczne różnice między ich zachowaniem. – nawiązała do dwóch nowych, młodych smoków w ich rezerwacie spoglądając w jego twarz. Czekając na opinie, która pozwoli jej rozwiać wątpliwości nad sensem swoistego rodzaju eksperymentu.
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]03.08.17 11:45
Nie odjął palców od klawiatury instrumentu, ani kiedy wstawała, ani kiedy go obeszła, ani kiedy znalazła się na środku pokoju; przeciwnie, skupił się na grze mocniej, bacząc, by nie popełnić błędu - teraz nie mógł sobie na niego pozwolić, siostra mu zaufała. Dźwięk za dźwiękiem, klawisz po klawiszu, muzyka musiała płynąć czysto, nieskazitelnie, dając idealne podłoże na ten od nowa pisany wiersz. Widział tylko jej cień, który kładł się przed nim tanecznym śladem, cień, który motywował go, żeby nie przestawał. Nie musiał na nią patrzeć, żeby wiedzieć, jak pięknie wygląda lub żeby dostrzec, jak czuje muzykę - słyszał to, wsłuchując się w tupot jej delikatnych, cichych stóp, czuł, kiedy emocje uderzały w niego czarującą falą. Początkowo zastawiał się, czy nie cofnąć się kilka taktów, nie sprawić, by ta chwila trwała dłużej, dając jej dłuższy fragment utworu, ale to byłoby przecież nieuczciwe, a Melisande mu ufała - i nie chciał tego zaufania zawodzić. Wybrzmiały ostatnie nuty, a palce oderwały się od klawiszy, dając dźwiękom popłynąć w przestrzeni. Dopiero teraz przeniósł ku niej spojrzenie, utkwiwszy je na twarzy siostry; jej opuszczone powieki sprawiały, że czuł, jakby wkroczył w jej intymną strefę. Ale nie zrażało go to. Na jego twarzy nie pojawił się też uśmiech, zrobiła pierwszy krok do przodu, ale to niewiele, przed nią rozciągała się jeszcze długa czarna droga, by powrócić do dawnej formy. Nie czekał na podziękowania i wiedział, że ona nie chciała słuchać komplementów - i nie oponował, gdy spróbowała zmienić temat, z wolna, delikatnie, opuszczając klapę zakrywającą klawiaturę; potrafił zrozumieć milczące porozumienie, o które prosiła, nie wracając już do tematu ani siostry ani jej tańca, musiała zostać z tym sama. Zamiast tego, zamyślił się nad jej słowami.
- Są słabe - rzucił, niedbale wspierając się  o zabezpieczoną klawiaturę łokciem  - leniwie przeciągając się po meblu. - A nie nakarmione mlekiem matki nie staną się silniejsze. Twój eksperyment albo osłabi je bardziej, albo doda im sił. - Nie mówił nic odkrywczego, rysował sytuację przed sobą samym, a może częściowo i przed nią, przed nimi. Melisande wkładała w swoją pracę badawczą dużo serca, szanował to i służył radą zawsze, kiedy mógł. Osierocone smoki pozostawały zagadką, którą można było wykorzystać do wielu badań. - Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy się nie mylimy - wtrącił jeszcze, zaznaczając niejasny fragment krajobrazu. To było ważne. - Wcale nie muszą być z jednego miotu. - Znaleziono je razem, stąd przyjęto taką tezę. Niekoniecznie prawdziwą. Przyjrzał się jej badawczo, ciekaw jej opinii, to by wiele zmieniało w jej badaniach, stanowiło niewiadomą, niedookreśloną zmienną. - Badur rośnie szybciej od Hodura, różnią się, temperamentem też zaczną. Jeśli zostaną razem, większy zdominuje młodszego. - Sięgnął dłonią do jej smukłej szyi, odsuwając z ramienia ciemny kosmyk włosów, który podczas tańca wysunął się z upięcia. - Jeśli zostawimy je osobno, Hodur może mieć większe perspektywy rozwoju. - Zamyślił się, zbierając myśli; szukał luk w tym planie. Siostra pytała go o zdanie, chciał jej pomóc najlepiej, jak potrafił, znaleźć w tym planie ewentualne niedociągnięcia, przeszkody, na które mogłaby natrafić. Przezornie przestrzec przed wszystkim, co mogło się wydarzyć. - Doskonały pomysł, Melisande - przyznał w końcu. - Komu chcesz ich przydzielić? Badur potrzebuje silnej ręki, nie wydaje ci się, że zaczyna być... agresywny?



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Pokój muzyczny - Page 3 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]01.09.17 22:32
Posiadali nieopisaną, trudną do jednoznacznego sklasyfikowania więź – mocniejszą i trwalszą, niż cokolwiek innego, co stąpało po świecie. Była tego pewna. Łączyła ich nie tylko krew, a cicha melodia dusza, grająca wspólnie w dźwięcznej harmonii, dopełniająca się w cichym, ledwie słyszalnym mormorando. Rozumiał ją – czasem nawet myślała, że nie musi wypowiadać słów, że potrafi czytać z jej oczu i gestów jak nikt. Doskonale też wiedział czego jej potrzeba, albo czego oczekuje, tak jak teraz, gdy w ciszy wyczytał cichą prośbę. Akceptował ją całą już od dziecka, jako jedyny spełniał jej całkowicie – jak choćby to głupie ochrzczenie się Robem. A ona wiedziała też by nie prosić o zbyt wiele, a jedynie tyle ile był w stanie jej dać. A był naprawdę dużo. Świadomość że dla niej i Fantine jest zrobić dosłownie wszystko, nie budziła w niej trudniej do zaspokojenia żądzy podjudzającej umysł do kolejnych próśb. Właśnie ta świadomość sprawiała, że nie chciała prosić o zbyt wiele, mając jednak poczucie, że zawsze może poprosić o wszystko. Pokrętnie ta wiedza wlewała w jej ciało spokój.
Skinęła lekko głową na jego słowa które tylko potwierdziły jej pierwotne założenia. Zdawała sobie sprawę z dwóch możliwych opcji w kierunku których mogła rozwinąć się sytuacja. – Myślę, że to nigdy do końca nie będzie kwestią reguły, a jednostki. – wypowiedziała spokojnie rzucając luźnym przemyśleniem. Przenosiła dłonie z kolan, układając ja na po swoich bokach i wspierając lekko na nich. – Wszystkimi jednostkami rządzi ten sam los i wszystkie poddane są temu samemu prawu natury, a jednak tylko niektórym udaje się stawić mu czoła. – wiedziała, że i ona nie mówi niczego odkrywczego, zdawała sobie sprawę że i Tristanowi znana jest istota zarówno rozwoju, jak i ewolucji, a co więcej i siły przetrwania. Niezależnie od tego, czy była mowa o smokach, czy też innych zwierzętach, a nawet ludziach – wszystkie gatunki posiadały wśród siebie słabsze i mocniejsze osobniki. Ale na to, kto finalnie lądował w której z grup miało wpływ wiele czynników – począwszy od urodzenia, poprzez wychowanie, skończywszy na indywidualnych predyspozycjach. Na kolejne słowa brata spojrzała na niego, by po kilku chwilach odwrócić spojrzenie i unieść prawą dłoń, której palec wskazujący oparła na wardze – kompletnie niekontrolowany gest, który pojawiał się zawsze, gdy jej myśli rozpatrywały nowe możliwości i dodawały kolejne niewiadome. Skubnęła wargę łapiąc ją między kciuk a palec. – Nie muszą, ale mogą. – zastanowiła się na głos, wzrok nieobecnie prześlizgiwał się po przedmiotach, tak naprawdę buszując po skrywanych wewnątrz umysłu wiadomościach. – Kwestia uwarunkowania genetycznego, nawet w jednym miocie mogą pojawić się osobnik słabsze, albo jedynie pozornie słabsze, przez późniejszy – niż u innych – rozwój, który w całości jednak trwa czasem krócej. Czasem. – zaznaczyła jeszcze, popadając w swoistego rodzaju tor rozstrzygania wszystkiego w kilku możliwych wariantach jednocześnie. Kolejne słowa Tristana niemal pokrywały się dokładnie z jej własnymi wnioskami, dłoń zgarniająca z jej szyi pukiel nie zdawała się obca, a naturalna odwróciła głowę w jego stronę. – Może. – zgodziła się z lekkim wahaniem. – Ale niekoniecznie też musi. Czasem posiadanie silniejszej jednostki obok, jest motorem do budowania silniejszej wersji siebie. Zdrowa rywalizacja. Ale jestem niemal pewna, że to nie zadziała w tym wypadku. – powiedziała krzyżując z bratem spojrzenia, ceniła go za wiele rzeczy, jedną z nich było to, że mogła przy nim na głos myśleć, przerzedzać myśli, układać i formować wnioski. Znała swoje smoki i wierzyła, że każde podejmowane wobec nich działania są jedynie na ich korzyść. Na razie przypuszczała i snuła tezy, względnie nie dotyczące żadnego ze smoków, ale były one podobne do ludzi – każdy miał swoją osobowość i od zrozumienia jej i wybrania najodpowiedniejszej drogi była właśnie ona. Przytaknęła jeszcze raz bratu, dobrze było mieć świadomość, że nie tylko ona dostrzega drobne niuanse w zachowaniu podopiecznych. – Czuje się silny – głównie przez obecność słabszego, przynajmniej na razie, Hodura. – skwitowała pewnie. – myślę, że Edward powinien sobie z nim poradzić. – wybrała spośród opiekunów smoków, ten konkretny pracował w rezerwacie od lat, a Melisande miała szansę obserwować go przy pracy. Troska, ale i profesjonalizm sprawiały, że był dobrym opiekunem, który nie obawiał się swoich podopiecznych i potrafił nad nimi zapanować. – Hodur… - zastanowiła się chwilę nad wyborem, ale nie mogła jednoznacznie postanowić. – Waham się między pozwoleniem mu na dużą swobodę u Arienn, a osadzeniu obok niego Teddy’ego. – Arienn zajmowała się głównie młodymi smokami, często sierotami, kochała je i w jakiś sposób zastępowała im matkę. Teddy zaś wszystkie traktował jak dobrych przyjaciół, ale potrafił wymusić na nich posłuszeństwo, jednocześnie stawiając przed nimi zadania i pilnując, by się rozwijały. Spojrzałam na Tristana czekając na jego zdanie w tej sprawie. Najchętniej oddałaby oba smoki pod jego opiekę, albo sama się nimi zajęła. Czasem nadal ciężko było jej zwalczyć chęć by znaleźć się bliżej, może były ciężej, gdyby praca nie przynosiła jej satysfakcji, a większość czasu w rezerwacie spędzałaby na mrzonkach o sobie w roli opiekuna. Było jednak inaczej i za to z pewnością należało dziękować Merlinowi.
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]05.09.17 14:14
- Zawsze chodzi o jednostkę - przytaknął jej, bo róża pod inną nazwą wciąż byłaby różą; Fantine, Melisande i Marianne podług wszelkich praw zrodzone i chowane były tak samo, a jednak różniły się od siebie na tyle, by każdą mógł postrzegać jako wyjątkową i jedyną. Zwierzęta nie różniły się od ludzi, nigdy nie stawiał granicy w ten sposób - ludzie wszak we własnym gronie różnili się wystarczająco mocno: od mugoli, przez ich dzieci, po prostych czarodziejów, na błękitnej krwi skończywszy, smoki, na przykład, plasowały się gdzieś pomiędzy ostatnią a przedostatnią wymienioną kategorią, czyli znacznie wyżej od większości ludzi. Były mądre, inteligentne i niezwykle potężne, a podziw Tristana dla tych stworzeń właściwie pozbawiony był granic. Nic dziwnego, gady były częścią ich krwi i częścią ich dziedzictwa, smocza krew była właściwie ich krwią. Lubił słuchać Melisande, kiedy mówiła o rzeczach ważnych i refleksyjnych, miała w sobie zaskakującą dla tych, którzy jej nie znali, dojrzałą mądrość. Podążył wzrokiem za jej gestem, zatrzymując spojrzenie pomiędzy jej palcem a oskubaną wargą, matka nigdy nie zdołała wyplewić jej tego gestu. Skinął głową, ostrożnie i powoli, uważnie wsłuchując się w każde jej słowo, analizując je - podobnie jak ona - pod wieloma kątami i różnorodnością znaczeń, żeby upewnić się, że któraś z dróg prowadzi donikąd - należało ją wpierw przeanalizować.
- Z rywalizacji można uczynić motor, kiedy rywalizacja w ogóle jest możliwa - ocenił po chwili, z wolna ujmując refleksję w zwerbalizowaną myśl. - Silniejsza jednostka pociągnie za sobą trochę słabszą, podczas gdy Hodur jest od Badura znacznie słabszy. Silniejsza rywalizacja skończy się śmiercią, zdrowa nie zajdzie. - Snuł na głos przypuszczenia, jedynie potwierdzając przyjętą przez nią tezę, dodając argumentów na jej uwiarygodnienie i rozwijając zaczętą myśl. Miała rację, to nie mogło zadziałać. Melisande miała doskonałe podejście do podopiecznych rezerwatu, cenił ją na tym polu za jej mądrość i przemyślane podejście do smoków, nie działała pod wpływem chwili ani nagłej emocji. Jej pomoc była nieoceniona, nie dostrzegał wpływu słabszego na silniejszego, szukając przyczyn gdzie indziej - a przecież mogła mieć rację. - Jeśli czuje się silniejszy przez słabość brata - oficjalnie wciąż byli braćmi, niezależnie od ostatecznej konkluzji - jego brak mu zaszkodzi. Nie wiemy, czy słabszy ze smoków wyrośnie na wartościowego, podczas gdy Hodur ma szanse stać się potężną bestią. Czy rozłąka nie stępi jego temperamentu? - Czy mogli podjąć takie ryzyko? Czy istniał sposób, żeby wywołać w nim poczucie siły równie skutecznie? Edward miał siłę charakteru, która pozwoliłaby mu zapanować nad gadem, bez wątpienia. Ale to mogło być za mało - siła Hodura była niebezpieczna, ale niesamowicie imponująca. Nie mogli jej stłamsić, smoczy żywioł z natury był niszczycielski, nieokiełznany temperament, przynajmniej według Tristana, świadczył o najlepszych genach. - Nie jestem przekonany do metod Arienn - kontynuował, leniwie wstając z krzesełka pod fortepianem, wolnym krokiem przechodząc pod okno, zerkając na krajobraz ogrodów rozświetlony blaskiem migoczących na czarnym niebie gwiazd i pełnego księżyca. - Wydaje mi się, że jej zachowanie czasem stępia pazury - Smoki to nie były koty albo psy, żeby uczyć je miłości i potulności. Zatrzymał spojrzenie na twarzy Melisande, od dłuższego czasu zastanawiał się, czy nie pozbyć się tej dziewczyny. Dałby jej dobre referencje, oddawała się pracy całym sercem i być może nawet znalazłaby zatrudnienie u Greengrassów. - Co o tym sądzisz? - Zdanie Melisande było ważne. Potrafiła poczynić obserwacje, które pozostawały obce dla jego oka, mogła w tym dostrzec wartość, której sam nie dostrzegał lub potwierdzić jego obawy. - Duża swoboda mogłaby mu pomóc nabrać pewności siebie, lecz czy ta pewność będzie wystarczająca? Czy po wyjściu spod jej opieki nie zderzy się z rzeczywistością, dzikimi prawami natury, zbyt brutalnie? - Nie mógł przecież zostać wychowany w iluzji siły, prędzej czy później pozna prawdę. Przymknął okno, wyczuwając nadciągający deszcz, po czym podszedł bliżej siostry, podając jej dłoń, chcąc pomóc damie elegancko powstać z siedziska. Robiło się późno, powinna odpocząć, nie powiedział jednak ani słowa - wierzył, że ten gest wystarczy. Nie chciał przerywać poważniejszej rozmowy. Wiele dzisiaj przeszła, nie zapominał tego, pomimo płynnego przejścia w rozmowę o smokach należących do rodziny.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Pokój muzyczny - Page 3 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]07.09.17 22:14
Przytaknęła lekko głową, gdy przyznał jej rację. Wiedziała, że ma w tym względzie dokładnie ten sam osąd. Genetyka w dużej mierze nie była do końca zbadana i posiadała wiele tajemnic. Ale jedno było pewne, skrzyżowanie tych samych genów nie było jednoznaczne z otrzymaniem takich samych potomków, mogła ich różnić już płeć, a to tylko pierwszy z podziałów, potem pojawiały się mniejsze, od kolorów oczu, owłosienia, po małe charakterystyczne gesty i sposobności, które nabywa się wraz z rozwojem i wzrostem.
- Wydaje mi się, że Hodur może dorównać siłą Badurowi, ale by mógł to osiągnąć, nie może przebywać obok niego. Potwierdzasz tylko moje przypuszczenia, że silniejszy zdominuje słabszego. Tak samo jak i fakt, że silniejszy może nie rozwinąć się tak sprawnie, bez obecności Hodura. – zgodziła się, gdy Tristan wyraził swoje zdanie potwierdzając wiele z jej przypuszczeń. - Trzeba znaleźć drogę by nie zahamować w żaden sposób rozwoju obu smoków. Wydaje mi się jednak, że Badur potrzebuje stabilizacji i opieki w postaci kompana stawiającego przed nim wyzwania i pozwalającego na równomierny rozwój siły i charakteru. Hodor natomiast – moim zdaniem – lepiej się rozwinie etapami. Jeden stały opiekun i drugi, zmieniający się, dopasowywany do jego rozwoju. Z konkretnymi etapami i zmianami „przeciwnika” w postaci opiekuna. Finalnie chciałabym zobaczyć oba smoki razem, jeszcze nie całkiem dorosłe, ale możliwe zrównane poziomem i siłą do siebie – jeśli wszystko potoczy się według założonych ram. Dalej powinny ponownie rozwijać się razem.  – zamilkła odciągając dłoń od wargi, przez chwilę jeszcze podziwiając widok jaki roztaczał się na różanego ogrody za oknem. Potem przeniosła spojrzenie na brata unosząc leciutko, nienachalnie kącik warg jakby przepraszając, jeśli z jest ust wydobyła się jakaś niesłychana głupota. Nigdy nie miała pewności czy jej wnioski i tezy mają choćby odrobinę sensu – często okazywało się, że tak, ale i tak lubiła je podeprzeć potwierdzeniem z ust Tristana. Mimo upływu lat i zmian w jakich dokonał w nich czas, nadal pozostawał jej niezachwianym autorytetem w każdej z dziedzin – choć na wyszywaniu znała się pewnie lepiej, zawsze uważając tą umiejętność za mozolnie nudną i kompletnie niepotrzebną. Ufała mu bardziej niż komukolwiek. Nie sprzeciwiała się matce zbyt często – mimo biegnącego czasu relacje między nimi nadal pozostawały neutralnie oziębłe – by nie musiał kłopotać się kolejnym zażegnywaniem kryzysu. Z ojcem nigdy nie miała problemów, miłowała go prawie tak mocno jak brata. Prawie, bo w głębi serca wiedziała, że gdyby tylko miała wybrać, nie namyślałaby się długo, bowiem wybór nigdy nie był realną opcją. Wybrała już za dziecka, wiernie trzymając się tego, komu ufała najmocniej.
- Arienn byłaby pierwszym etapem Hodura. Przy niej mógłby poczuć się silniejszy, zyskałby pewność w ruchach i działaniu. Ale nie mogłaby być jego stałym opiekunem – przyznała wzdychając lekko. Nie tyle nad słowami, co nad samą kobietą, próbowała znaleźć dla niej miejsce w rezerwacie, lubiła ją i ceniła za wiedzę, ale jej podejście do smoków nie posiadało elastyczności, która była w cenie. Zwłaszcza przy gadach. Elastyczność, lub pewność. Najlepiej obie te cechy. – Trudno mi to przyznać, ale Arienn może zajmować się tylko młodymi smokami i też nie za długo, bo posiada manierę przyzwyczajania ich do siebie i zbyt wielkiego pobłażania. – podała dłoń bratu podnosząc się z miejsca oplatając dłoń wokół ramienia. Jakby była to naturalna kolej rzeczy. Właściwie była – wiedzieli to oboje – za oknami zszarzało i salony zaczęła wpełzać noc. Rozmowę mogli dokończyć idąc korytarzem. – Jeśli mam być szczera, nie wiem co powinniśmy z nią zrobić. – przyznała otwarcie unosząc twarz i spoglądając w oczy Tristanowi, szukając w jego spojrzeniu kolejnej rady. Zawierzała mu we wszystkim i to on prowadził rezerwat, ale nie chciała pozbawić pracy kobiety, którą darzyła szacunkiem i sympatią. – Myślisz, że powinnam rozmówić się z Greengrasami w jej kwestii? Pracuje dla nas od lat i włożyła w rezerwat wiele, ale przychodzą nowi opiekunowie, zdecydowanie bardziej odpowiadający naszym metodom. - zamilkła w oczekiwaniu na kolejną opinię brata. Mentora, autorytety, obrońcy, człowieka, któremu świadomie powierzała los swój. Człowieka, dla którego zrobiłaby wszystko i który - była tego pewna - zrobiłby wszystko dla niej, gdyby któreś z nich poprosiło. Ta myśl została przy niej, gdy przypomniała sobie o drugiej sprawie. - Gdybyś mógł szepnąć o mnie dobre słowo lordowi Abraxasowi, myślę że to właściwy moment. - dodała jeszcze, Tristan wiedział o którą z kwestii musi jej chodzić. Gdy stanęła przed ojcem kilka lat temu przedstawiając swoją propozycje jasno wyraziła chęć zajęcia się dyplomacją rezerwatu, obecny pracownik sprawował się dobrze, jednak miał już swoje lata i w pewnych sprawach Melisande nie zgadzała się z jego decyzjami. Wiedziała też, że nie nauczy się od niego niczego więcej. Specyfika pracy lorda Malfoya różniła się od tej, którą miała podjąć, ale była niemal pewna, że jej przypuszczenia o tym, że to właśnie u niego nauczy się najwięcej, są prawdziwe.
Melisande Travers
Melisande Travers
Zawód : badacz; behawiorysta smoków; początkujący twórca świstoklików
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I do not chase. I conquer.
You will crumble for me
like a Rome.
OPCM : 10
UROKI : 0 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 10 +7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 19
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t12140-melisande-travers https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]11.09.17 23:57
Melisande miała niesamowite wyczucie, rozumiała smoki, potrafiła się wczuć w ich psychikę, wiedziała, czego się po nich spodziewać. Z doskonałą wręcz precyzją potrafiła przewidywać - ich rozwój, możliwości, potencjał. Odkąd pojawiła się w rezerwacie nieustannie z podziwem -  i szacunkiem - przyjmował jej kolejne spostrzeżenia, odnajdując w nich intuicyjną mądrość. Miała naturalny talent płynący razem z krwią, ale i przeczucie, które pozwalało jej stawiać ważne i wartościowe tezy. Nie wierzył w słabszego ze smoków i gotów byłby go zostawić na zmarnowanie na korzyść silniejszego, który w jego oczach uchodził za bardziej wartościowego. Melisande szukała wyjścia, które pozwoli im zatrzymać obydwa gady w dobrej kondycji, wyciągając delikatną kobiecą rękę w kierunku tych, którzy tylko pozornie wydają się słabsi. Już niejednokrotnie przekonał się, że warto jej posłuchać - była subtelną przeciwwagą dla jego często gwałtownych osądów. Obserwował jej unoszący się przepraszająco kącik ust, w odpowiedzi skinąwszy głową na potwierdzenie jej słów i rozwianie obaw. Patrzyli na jedną sprawę z dwóch różnych punktów widzenia minimalizując ryzyko pomyłki, miał obawy, czy wymiana opiekuna nie wprowadzi w słabszego ze smoków zbyt dużej dezorientacji, nie wyartykułował jednak swoich obaw, nie tym razem. Metoda zaproponowana przez Melisande była eksperymentalna i mogli spróbować ją wypróbować w surowym stanie. Był niemal pewien, że osiągną skutki, które ich zadowolą, a jeśli nie - to przynajmniej zbiorą bardzo cenne doświadczenie. Nie wątpił, że jego siostra zadba o dokładną dokumentację, dla nich i dla potomnych.
- Spisz dyspozycje - zaproponował spokojnie, biorąc siostrę pod ramię; wolnym krokiem wyprowadzając ją z pokoju muzycznego; śpij tej nocy dobrze, Marianne. - Im wcześniej zaczniemy działać, tym lepiej. Być może opracowana przez ciebie metoda przyniesie zbawienny wpływ na Badura. I oby tak się stało - mogli mieć jedynie pobożne życzenia, nie znając przyszłości; jeśli tylko istniał sposób na ocalenie smoka przed przyszłością miernoty - musieli tego spróbować. - Powinni zacząć jak najwcześniej - kontynuował, unosząc lekko głowę, puszczając siostrę przodem w drzwiach. - Najlepiej od jutra. - Zakończył bez zająknięcia. Wierzył w nią, wierzył w jej tezy i wierzył jej myślom. Analizując koncepcję w głowie - wydawała się mieć sens.
- Smoki, którymi opiekuje się Arienn - kontynuował, z siostrą pod ramieniem przemierzając dalsze części korytarza - rosną na mało agresywne. Słabe charakterem. - Nie takie geny próbowali osiągnąć. - Jeśli ma być pierwsza, tym bardziej nie powinniśmy zwlekać z twoim programem. Niech skończy ten projekt, a potem ją oddalimy. - Ziarno wątpliwości w słowach Melisande jedynie utwierdziło go w przekonaniu, że u Rosierów dla Arienn nie było miejsca. Przeniósł na nią spojrzenie, ponownie uchwyciwszy jej w głosie obcą sobie łagodność, ostatecznie nie miał powodów, żeby pożegnać ją źle. Była im wierna, pracowała skrupulatnie, choć nie wszystko potrafiła i nie zawsze podejmowała roztropne decyzje. Zaoferowanie jej nowej posady równocześnie z wręczeniem zwolnienia wydawało mu się zbytkiem łaski, a jednak pozytywnie oddziałującym na morale pozostałych pracowników. Zbyt często o tym zapominał. - Mogłabyś to zrobić? - nie prosił jej o to, pertraktacje z Greengrassami zwykle i tak bywały trudne -  domyślał się, że było to konsekwencją kilku oczywistych obraz, jakie w ich kierunku zdążył wystosować. Ale przecież nie głosił w ich kierunku żadnych osądów, które mijałyby się z rzeczywistością, uwielbiali mugoli, pobłażali smokom i nie potrafili prowadzić rezerwatu, będąc na smocze bestie zwyczajnie zbyt słabi. - To byłoby właściwe - stwierdził w końcu, zatrzymując się pod znajomymi drzwiami komnat starszej z sióstr, stając naprzeciwko Melisande. Badawczo przyjrzał się jej twarzy, obserwując usta, oczy, każde poruszenie, każdy grymas, chcąc się upewnić, że jego siostra była co do swojej prośby przekonana. W końcu - nie odnajdując nic niepokojącego - skinął głową. - Doświadczenie Abraxasa będzie dla ciebie nieocenione - nie musiał tego mówić, wiedzieli o tym. I ona i on, w trudnej sztuce dyplomacji Malfoy nie miał sobie równych. - Porozmawiam z nim - obiecał, unosząc lekko dłoń na jej talię, z wolna przysuwając się bliżej niej, uderzyła go woń różanych olejków, gdy złożył na jej czole oszczędny, troskliwy pocałunek. - Śpij dobrze, Melisande - pożegnał ją, odstępując od drzwi - dopiero, kiedy w nich zniknęła, ruszył dalej oświetlonym blaskiem świec korytarzem.

/zt x2 :pwease:



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 38 +2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60 +5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15 +6
Genetyka : Czarodziej
Pokój muzyczny - Page 3 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]26.11.20 20:32
19 sierpnia 1957 roku
Czy lato w całej Anglii było tak upalne, jak w Kent? Duchota próbowała wdzierać się do dworskich korytarzy, zanosiło się na burzę, ale deszcz uparcie nie chciał nadejść. Przez cały ranek walczyła ze złym samopoczuciem, z trudem jadła śniadanie, zarzekając się przy reszcie domowników, że wszystko jest w należytym porządku. Wiedziała, że jakby tylko wspomniała o dusznościach, wezwano by lorda Shafiq, a przecież czuła, że to chwilowe, nie było potrzeby, by kogokolwiek niepokoić, za to filiżanka gorzkiej herbaty powinna całkowicie załatwić sprawę.
Idąc długim korytarzem, uśmiechała się do siebie na myśl o nadchodzącym spotkaniu. Lord Ares Carrow przyjął jej listowne zaproszenie i obiecał zjawić się w Château Rose tego dnia. Rozmowy z kuzynem były ich małą tradycją, na co zawsze czekała z utęsknieniem, zwłaszcza teraz. Poprzednim razem musiała odwołać ich spotkanie z powodu zbyt złego samopoczucia, nic nie mogło sprawić, by i dzisiejsze nie doszło do skutku.
Nawet zawroty głowy, które niemal zmogły ją w korytarzu na piętrze w zachodniej części dworu. Luźna beżowa koszula zdobiona kwiatowym haftem zdawała się być przyciasna, ograniczać oddech, blokować ruchy. Chwyciła brzeg przewiązanej w wąskiej talii szarfy, jakby miało jej to pomóc w złagodzeniu bólu, a nieprzyjemne odczucia jak szybko się pojawiły, tak i zniknęły. Evandra pospiesznie zerknęła w zawieszone na korytarzu lustro, by sprawdzić czy jej twarz zdradza już ślady zmęczenia. Długie, srebrzyste włosy związane na karku w niski kok wyjątkowo nie zostały dziś wzbogacone w żadną z ozdób. Poranne zmęczenie tak dało jej się we znaki, że opuściła swoje komnaty bez zaprzątania sobie głowy zbędnymi drobiazgami. Szczęśliwie skóra na policzkach Evandry była zwyczajowo blada z zadowoleniem więc przeszła do pokoju muzycznego, chcąc wykorzystać kilka samotnych minut na spotkanie z harfą. Przesunęła dłonią po misternych zdobieniach na szyjce stalowego instrumentu, za każdym razem zachwycała się talentem artysty, któremu udało się odwzorować morskie motywy z poruszającą dbałością o szczegóły. Materiał długiej, rozkloszowanej spódnicy rozlał się po obitej atłasem ławie, szybkie rozgrzanie palców i już po chwili pomieszczenie opanowały dźwięki harfy. Miękkie tony znanej kompozycji, Toccata i fuga, łagodniejsza i przyjemniejsza dla ucha od tej wygrywanej na organach. Dopiero przed miesiącem zdołała przeprosić się z instrumentem po zdecydowanie zbyt długiej przerwie. Teraz wracała do niej ze wstydem - bo jakże mogła ją opuścić? - ale i radością, szczęśliwa z pokonania własnych, nawet tych drobnych barier.
- Nareszcie jesteś, kazałeś na siebie czekać! - zawołała z uśmiechem, gdy jej wzrok wyłapał w drzwiach do pokoju znajomą sylwetkę. Ostatnie nuty utworu Bacha ucichły, a młoda kobieta podniosła się z miejsca, by przywitać kuzyna. Nie wiedziała czy był tu już od dłuższego czasu czy też dopiero się zjawił - niecierpliwość w jej głosie nie wiązała się z żadnym spóźnieniem, a z tęsknotą. - Już zdążył mnie ogarnąć strach, jakobyś o mnie zapomniał. - Różnica wieku nie przeszkadzała im w kontakcie, a na pewno nie Evandrze, przyzwyczaiła się do tego, iż była zwykle najmłodszą w towarzystwie. Lord Carrow miał to do siebie, że potrafił oczarować towarzystwo, wiedzą, umiejętnościami, dowcipem. Nic więc dziwnego, że niegdysiejsza mała lady Lestrange chciała spędzać z kuzynem jak najwięcej czasu, by opowiadał jej o ciekawostkach ze świata fantastycznej nauki. Kiwała wtedy głową ze zrozumieniem i ekscytowała się każdą historią, z wielkim bólem serca przyjmując zakończenie rozmowy. To szanowna pani matka odciągała ją w najciekawszych momentach, twierdząc, że wszystkim należy się chwila oddechu, a Evandra nie chciała słuchać o możliwości bycia męczącą. No bo kto mógł się jej oprzeć? Co z plotkami na temat niechlubnego prowadzenia się Aresa w ostatnich kawalerskich latach? Nikt nie był bez skazy, nawet (a zwłaszcza!) szlachetnie urodzeni czarodzieje. Młoda kobieta przyjmowała je z przymrużeniem oka, czasem zupełnie puszczając mimo uszu. Jeśli którakolwiek z tych historii byłaby istotnie ważna, lord Carrow na pewno by jej o tym powiedział.



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]27.11.20 23:10
Tak, lato w całej Anglii było równie nieznośne. Ja mówię nieznośne, bo nie jestem ani trochę przyzwyczajony do takiej ilości witaminy D w moim życiu. Co ja przepraszam niby mam z nią robić? Podobnie jak każdy rodowity anglik, czuję się nieswojo w takiej styuacji. I tym sposobem, zamiast śladem południowców łapać promyczki, spędzam lwią część dnia schowany w murach zamku. Wychodzę bardzo wczesnym rankiem, a później dopiero kiedy zrobi się trochę zimniej, albo kiedy uformują się wreszcie odpowiednie chmury.
Tymczasem, jak się okazuje, moja kuzynka przejęła już przynajmniej jedną cechę od rodziny swego męża i czerpie satysfakcję z działania Carrowom na nerwy, bo zamiast zadbać o to, bym się nie musiał wystawiać dziś na spalenie słońcem, zaprosiła mnie do siebie o godzinie, kiedy nasza najbliższa gwiazda świeciła w zenicie. Jasna sprawa, żartuję tu sobie, a w każdym razie mam taką nadzieję. Wydawało mi się, że oboje wybraliśmy tę godzinę i ten dzień na spotkanie. Natomiast, warto tu wspomnieć rzecz oczysistą, czyli dar jakim obdarzona jest większość dam. Otóż, nie od dziś wiadomo, że  potrafią tak poprowadzić rozmowę, że chociaż nam mężczyznom wydaje sie, że to my podejmowaliśmy decyzję, to tak na prawdę przytakneliśmy na to co one nam podsuwały. A Evandra to stuprocentowa dama, niedościgniony wzór dla każdej młodej panienki. I kobieta taka, jaką ja zamierzam kiedyś poślubić. No z samą panną Lestragne mi się nie udało - zwalam winę na to, że kiedy ją wydawali za mąż, ja sobie podróżowałem za morzami. I po drugie, dlatego, że jest tak jakby moją siostą. Tak, to może być też na pierwszym miejscu powodów. Ale nie zmienia mego zdania, że właśnie taką chcę mieć narzeczoną - a później żonę. I tutaj wpadamy na jedną wielką minę, bo dotąd uważałem, że nie zastanawiam się ani trochę nad tym, żeby owy ślub brać. A tu się okazuje, że jednak jakiś w głowie obraz przyszłej małżonki mam. Mam również i cały misterny plan na to, jak będę miał nieszczęśliwy romans  i będę go kontynuuował, aż pewnego dnia moja małżonka nie powie basta! i pokaże mi, że nie jest tylko nudną arystokratką, ale przede wszystkim damą, którą powinienem szanować. Tak, taki mam plan. I dlatego też marzyłem o takiej Evandrze, bo jak mniemam, za miła jest, żeby mi na cokolwiek powiedzieć basta .
A ja jej nie przeszkadzam, kiedy pociąga za struny harfy. Stoję w drzwiach oparty o framugę bogato zdobionych drewnianych drzwi. Dłonie mam włożone w jasne spodnie z lekkiego materiału, a jasna koszula łapie tyle słońca - myślałem że będzie mnie odrazu widać, jak tylko pojawię się na horyzoncie. Jestem przecież niczym chodząca biała flaga - przy okazji przypomnę, że jako Carrow, nie śmiałbym tutaj, na tereny Rosierów, przychodzić ubrany w cokolwiek innego. Nie przyszedłem przecież jako wróg, ale jako przyjaciel. Przyglądam się Evandrze, ale już chwilę później przenoszę spojrzenie na okno w którym powiewa biała firanka. Czyż te okoliczności to nie istna sielanka? Przez chwilę czuję się tak, jakbym przekroczył próg willi Buchananów, a Evandra w tej wizji, to oczywiście piękna Daisy. Czy więc to znaczy, że moim przyjacielem jest ktoś kogo darzyła niegdyś wielką miłością.
Nagle przerywa, a ja wyrywam się z myśli i wracam do pokoiku muzycznego. Uśmiecham się na przywitanie z drogą kuzynką, wchodzę, a drzwi finalnie się za mną zamykają. Teraz już nikt nie będzie nam przeszkadzał.
- Zwalam wszystko na budowlę tego zamku, który jest zaprojektowany tak, aby drwić sobie z Carrowów. Ponad dziesięć minut krążyłem pomiędzy dziedzińcem a przedpokojem, niż jeden z tych waszych lokaji mnie nie złapał i zaprowadził tu - posyłam jej więc przepraszający uśmiech, bo rzeczywiście, podejrzewam, że dom Rosierów został specjalnie zaklątwiony tak, aby żaden Carrow nie znalazł tu tego czego szuka. Podchodze do drogiej kuzynki i całuje ją w oba policzki francuskim zwyczajem (bez języczka) - Swoją drogą, przemiły człowiek, ile mu płacicie? Chętnie bym go wam ukradł - zażartowałem, po czym wymijam drogą Evandrę i w butach ładuję się na poduszki Rosierów, rozkładając się na całej długości, gotów na kolejną sesję psychologiczną.
- Evandro, jako dobra gospodyni na pewno masz odpowiedni trunek naszykowany na taką koszmarną pogodę?
Kiedyś, tuż po jej ślubie, miałem chwilę wahania, czy powinienem kontynuować naszą zażyłą przyjaźń w takim samym kształcie, jak była wcześniej. Zrozumiałem jednak, że nie potrafię siedzieć sztywno przy Evandrze. Jasne, kiedy jest obecny ten jej mąż, albo kiedy ktoś jeszcze do nas dołącza, to nie rozwalam się na sofie jak grecki filozof - ale póki jesteśmy tylko we dwoje, nie zamierzam zachowywać się inaczej. Poza tym, o losie, jest w moim życiu jedynie 3 osób przy których tak robię.
Ares Carrow
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 33
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]04.12.20 12:49
Postawna sylwetka szlachetnie urodzonego mężczyzny o spojrzeniu zdolnym wstrzymać dech w niejednej damskiej piersi, odziana w lekki, jasny strój przywodziła na myśl żądnego przygód podróżnika. Ryzykowna wyprawa do cytadeli największego z wrogów, droga usiana licznymi, niebezpiecznymi pułapkami, które pokonać może tylko mąż o wielkim, szlachetnym sercu. Teraz mógł odetchnąć spokojnie, jego trud został doceniony, a nagroda czekała na wyciągnięcie ręki.
- Przykro mi z powodu twej konsternacji. Wierzę jednak, że nie uznasz tego za próbę celowego wprowadzenia cię w stan zagubienia. Ostatnim, czego pragnę, jest twój zły nastrój. - Słowa wypowiadane z pobłażliwością godną dobrej gospodyni i matki. To nie złośliwości były jej w głowie, a chęć dopilnowania, by wszyscy goście zostali należycie przyjęci, zwłaszcza lord Ares Carrow. Uśmiechy i czułości nie były w ich wykonaniu wyłącznie pustymi gestami, ich sympatia zdawała się pokonywać niesnaski dzielące rody Rosier i Carrow. Lordowie Yorkshire walczyli w wojnie Dwóch Róż wraz z Blackami, co stawiało ich w trwającej od wieków zwadzie. Ledwie przed miesiącem w murach pałacu w Kent miała miejsce uroczysta kolacja, mająca na celu zakończenie konfliktu Blacków z Rosierami; czy istniała więc szansa na wyzbycie się uprzedzeń także wobec Carrowów?
- Nie wiedziałam, że kradzież jest dziś wciąż w modzie - odparła na zaczepny żart, dobra służba była bezcenna, przez lata wypracowując więź z rodziną. Evandra zastanawiała się czasem czy w jej codziennym życiu nie przydałaby się bliska osoba, będąca jednocześnie zaufanym powiernikiem sekretów, lecz przyjaciół miała wśród innych rodów, a samodzielne układanie włosów nie sprawiało jej problemów. Dopuszczała jednak myśl, by do tego tematu wrócić, jeśli okaże się, że natłok nowych obowiązków jest zbyt przytłaczających i pomoc będzie niezbędna.
- Mniemam, że mówisz o wodzie z cytryną? - Widząc jak już rozkłada się na kanapie, ostentacyjnie wywróciła oczami, zaraz za teatralnym gestem powrócił uśmiech. Ceniła sobie jego nonszalanckie podejście do życia, które nakazywało brać świat z przymrużeniem oka. Ile to stresu zdjął z jej ramion, powtarzając że ocena podstarzałych arystokratów jest bez znaczenia, i że wcale nie należy się nimi zbytnio przejmować. Oni byli przyszłością i to do nich miała należeć przyszłość. Evandra nie umiała wprowadzić w życie wszystkich z jego rad; nieśmiałość i niechęć do czynienia wielkich, rewolucyjnych zmian trzymała ją w miejscu, ale barwne, inspirujące marzenia, jakie starannie kolekcjonowała w swojej głowie, traktując niczym największe ze skarbów, czekały cierpliwie aż nadejdzie ich pora spełnienia.
Oczywiście miało to miejsce przed paru laty, kiedy młoda półwila nie zdawała sobie jeszcze sprawy z nadchodzących wydarzeń i nowych obowiązków. Przyjęła je wraz ze złotą obrączką, której obecność na serdecznym palcu lewej dłoni oglądała ze skrywanym zachwytem. Przez pewien czas nie chciała się do niej przyzwyczaić, ciążyła jej swym ogromem, związanymi nań wymaganiami, jakby była to kara za niesubordynację, niedostosowywanie się do oczekiwań,  niegodne zachowanie. Świadomość istnienia bezwzględnej starszyzny stała się nagle tak niebezpiecznie bliska, że nie dało się jej dłużej ignorować. Z ich zdaniem należało się liczyć, wkupić w ich łaski, zaznaczyć własną obecność, a tego nie dało się osiągnąć nie przykładając wielkiej wagi do własnych decyzji. Wszystko musiało być dobrze przemyślane, często także robione pod publikę, ale kto był lepszy w olśniewaniu uśmiechem, odwracającym myśli wszystkich od największych trosk, jeśli nie ona? Dobre wychowanie trzymało jej charakter w ryzach, przez co wielu mogło uważać, że nie ma ona siły przebicia i lord Ares Carrow nie był w swej opinii odosobniony. Tyle że Evandra nie miała powodu, by złościć się na kuzyna, był dla niej idealnym kompanem, niedającym pretekstu do irytacji. Może było też tak dlatego, iż ta niepoprawna część życia lorda nie wpływała bezpośrednio na lady Rosier, więc nie widziała powodu, by prawić mu morale?
Na okrągłym stoliku kawowym tuż obok wazonu z bukietem świeżych róż, stała ozdobna, metalowa taca - była tam przez cały czas czy też w magiczny sposób pojawiła się w ciągu mrugnięcia okiem? Wysoka karafka z dmuchanego szkła o długiej, chudej szyjce wypełniona była przezroczystym płynem o bladym, różowym zabarwieniu. Po ściankach spływały pojedyncze krople, świadcząc o dużej różnicy temperatur między powietrzem w pokoju muzycznym a zamkniętym w dzbanku napojem. Evandra podała kuzynowi jeden z kielichów; na powierzchni pachnącej intensywnie różano-cytrynowym aromatem lemoniady unosiły się drobne bąbelki, świadczące o sekretnym składniku wody różanej - szampanie.
Kobieta zajęła miejsce na obitym miękkim, kremowym materiałem fotelu, opierając się wygodnie ze wzrokiem utkwionym w kuzyna.
- Doszły mnie słuchy o twoim godnym pochwały zaangażowaniu w rodzinną działalność. Czyżby dalekie wyprawy straciły na atrakcyjności? Muszę przyznać, że zdążyłam zatęsknić za listami, w których opisywałeś swoje wrażenia. Za każdym razem przenosiłeś mnie w samo serce innych krajów, aż trudno uwierzyć, że zdecydowałeś się z nich zrezygnować. - Uniosła kielich do ust, upijając z niego łyk orzeźwiającej lemoniady różanej. Zdawała sobie sprawę z tego, że pewne elementy jego podróży zostały subtelnie pominięte, by nie trapić delikatnej, dziewczęcej głowy, której nerwy mogłyby nie wytrzymać prawdziwej, nieokrojonej wersji zdarzeń. Evandra nie miała z tym żadnego problemu, miał przecież na uwadze wyłącznie jej dobro, była jednak ciekawa pikantnych szczegółów, jakich jej oszczędzał.



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]15.12.20 9:31
- Oczywiście - uśmiecham się, bo zaraz też uściślam: - Mam nadzieję, że mówiąc o wodzie masz na myśli ten magicznie pyszny trunek ze środkowej Ameryki, który ma prawie tyle samo procentów co nasza Ognista. - na samo wspomnienie egzotycznego alkoholu, który zdarzyło mi się pić tylko kilka razy w życiu, kąciki ust poszybowały mi w górę. - Pamiętam pewną damę, która przybyła z Nowego Kontynentu i gościła wtedy... chyba u lodrów Malfoy, trudno mi teraz sobie przypomnieć - tak na prawdę to bardzo prosto, bo przecież rzadko wychodzę na przyjęcia, więc to, że byłem na tym konkretnym to jest pewnego rodzaju wydarzenie w moim życiu - Och jak ona opowiadała o tym jakie u nich są trunki! Przez chwilę przyznam ci się, zapragnąłem uciec z nią do tego Meksyku, by nie dość że wypróbować je, to jeszcze poznać dzikie mustangi o których mówiła - rozaniela się me oblicze, kiedy mimo okropnego skwaru, wracam oczyma wyobraźni do stepów Meksyku czy innej części Ameryki, gdzie ja i owa piękna dama mamy dla siebie wielkie przestrzenie, aż po horyzont i całe zastępy magicznych amerykańskich koni na utrzymaniu. Bajka. - Chociaż przyznaję, że mój plan spalił na panewce, kiedy uświadomiłem sobie, że w Ameryce nie mają aż tylu deszczowych dni co u nas. No miejsce nie do życia, na prawdę! - zażartowałem, splatając dłonie ponad brzuchem i z takiej to perspektywy mogłem teraz obserwować moją kuzynkę. Evandra nie miała przyjemności skorzystać z wolności, którą mi dano. Nawet jeżeli moje wyczyny były zdumiewające dla nestora, ja przynajmniej mogłem sobie podchodzić do granic jego wytrzymałości. Moja kochana Evandra, jako idealna panna na wydaniu, podobnych luksusów nie miała, a największym szaleństwem w jej życiu było chyba jak dobrała do czerwonej sukni zielone wstążki. Ten kontrast bił po oczach i denerwował podeszłe wiekiem matrony, mi natomiast skojarzył się z arbuzem, więc żartowałem sobie wtedy z niej, że jest moim arbuzikiem. Faktycznie każdy z nas miał raz czy dwa nieudaną kreację. Do dziś wspominam różowo fioletowe pantalony, które uwierzyłem, że są bardzo modne i później idąc za ciosem, uparcie cały rok nosiłem się w krzykliwych kolorach, dając tym samym pewnego rodzaju statement , ale też pozwalając sobie na to, by w kolejnych latach zakładać rzeczy jedynie z ciemnych materiałów. I może to prawda, ze mamy stylistów, ale oni są jedynie ludźmi, a ja przyznam się, że czasami to co wkładam wydaje mi się nudne, a to przez ten mój pamiętny kolorowy rok. Wracając jednak do meritum, chodzi mi o to, że Evandra zanim będzie mogła zaszaleć, to zdąży zgorzknieć przez wiek. Pewnie za jakieś 30 lat, kiedy będzie miała już odchowanych synów, a jej małżonek umrze (w naturalnych bądź nie okolicznościach) - a umrze pierwszy, bo zawsze kobiety przeżywają meżów - wtedy będzie czas na jej wielki tour po Ameryce, może nawet będzie miała szansę na upolowanie bogatego przedsiębiorcy, który kupi jej pół stanu, żeby tylko poszła z nim na kolację. Tak widzę jej przyszłość, ale widzę też, że zgorzknieje jak mają w zwyczaju robić to panie szlachcianki, bywajace na salonach szarą eminencją w rogach sali. Rozłożone na wielkich kanapach sączą herbatkę i unoszą brwi, milcząco oceniajac kolejne pokolenia młodych dam i lordów. Gdybym był religijny, to bym się modlił, żeby moja kuzynka tak nie skończyła, ale obiektywnie patrząc, obawiam się, że ma ku temu predyspozycje. Ile to razy słyszałem, że lady Crouch była niegdyś "taka piękna i delikatna", a dziś zamiast tego widzę przysadzistą, zmarszczoną kobietę, która kręci nosem na wszystkie młode kobiety, zazdroszcząc im tego co już dawno utraciła.
I chociaż wątpię, żeby Evandra kiedykolwiek utraciła swój wdzięk, to pod dłutem czasu każdemu z nas przyjdzie zmienić wygląd.
Przyjmuję drinka, brwi podskakują mi do góry, bo u kuzynki zawsze jest jakoś tak bardziej "fancy". Ale też bardziej dziewczęco, ja na przykład w drinkach lubuję się w przyprawach korzennych i pomarańczy, ona zawsze ma wokół siebie róże. Ciekawe czy zaakceptowała swój los bezproblemowo, czy były kłótnie w stylu: ale ja wolę goździki od róży!!! Ja bym wolał.
Zbawiennie zimna temperatura i kwaskowaty smak pomaga zbić nieco temperaturę. Gdybym był niewychowany, to bym teraz głęboko odetchnął z przyjemności jaką zrobił mi ten drink.
- Masz rację, że opuściłem się jeżeli idzie o podróże. Jest wciąż wiele miejsc w które chciałbym pojechać, chociażby wspominana Ameryka, ale widzisz nestor upiera się, bym przez najbliższe kilka lat był w dostępny na miejscu. Zastanawiałem się z początku, czy planuje za przeproszeniem kopnąć w kalendarz i chce bym był na jego pogrzebie, czy o co mu właściwie chodzi, ale mam podejrzenia, że zamierza mi zgotować znacznie bardziej parszywy los i chce znaleźć mi żonę. Podobno do tego nie mogę być nieuchwytny, a nawet powinienem więcej wychodzić, ale droga kuzynko, uwierz mi, że do Londynu się nie wybiorę jeszcze długo. Wydaje się, że to tam coraz bardziej gotują się serca ludzkie i przyznam ci się, że nie mam wcale ochoty zostać kolejnym lordem męczennikiem zabitym przez ekstremistów. A to mogłoby mnie spotkać wszędzie, ot na spacerze po St James Park - samo wspomnienie Londynu działa mi na nerwy, nagle marzenia o dalekich krainach bledną przy mrocznym wyobrażeniu tego co się dzieje w sercu kraju. Nie zwykłem mówić o takich rzeczach przy damach, natomiast jak zawsze Evandra jest tutaj moim osobistym wyjątkiem, bo z nią rozmawiam o wszystkim. Podobnie jak z jej bratem. - Podziwiam Francisa, że jest w stanie przebywać na codzień w tym miejscu - i znów z obrzydzeniem wspominam więc Londyn, jako źródło wszystkiego co złe i zepsute. Zupełnie inne miałem odczucie, kiedy lord Francis pokazywał mi czym się obecnie zajmuje. Wtedy byłem na prawdę zachwycony tymi pięknościami no i powiedzmy sobie szczerze, zrozumiałem, ze nawet w Londynie są miejsca w których można się rozluźnić. Dziś jestem może poddenerwowany przez pogodę, a może po prostu chcę uświadomić drogiej Evandrze jak bardzo męczy mnie samo wspominanie o Londynie, by nie zdziwiło ją, że podczas jutrzejszego wydarzenia mnie zabraknie.
Przecież nie chciałem zostać kolejnym lordem męczennikiem, tak. Za dużo mam jeszcze do zrobienia w życiu, żeby być ofiarą idiotycznego sporu.
- Ale zastanawia mnie co też takiego usłyszałaś dobrego o moich biznesach, bo ostatnimi czasy niestety powiem ci droga kuzynko, że biznes już nie ten sam. W tych trudnych czasach ludzie nie mają ochoty inwestować. Ja natomiast wyrywam się już, by inwestować jak najwięcej, ale jedyne czego chcę to zagranicy, bo kontakty z nimi są najbardziej lukratywne . Ale tak jak już wspomniałem On każe mi siedzieć w Anglii
Chyba każdy z nas ma jakiegoś Ona, który kocha uprzykrzać nam życie. Ja nie mam Czarnego Pana czy Ministra Magii, szefa czy ojca, ale mam nestora, który zupełnie nie rozumie dlaczego chciałbym jechać za granicę.
Ares Carrow
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 33
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]26.12.20 13:36
Silne trunki nie nadawały się dla słabej głowy Evandry. Koktajle z szampanem były w jej opinii najlepszymi drinkami, na jakie mogła i chciała sobie pozwolić. Doskonały, orzeźwiający smak crème de cassis rozpływał się w ustach, nie pozostawiając podłego, drapiącego wrażenia. Do ognistej sięgnęła tylko raz, kiedy dekadę temu ojciec nieopatrznie zostawił swoją szklankę na stoliku w gabinecie, do którego zakradła się w poszukiwaniu przygód. Palący ogniem alkohol na dobre obrzydził jej eksperymenty.
- Myślę, że świetnie odnalazłbyś się w Meksyku w poszukiwaniu dzikich mustangów, tylko co na to twój ojciec? - spytała rozbawiona, wiedząc, że lord Carrow wolał, by jego syn się ustatkował, tyle że Ares wzbraniał się przed ostateczną decyzją; miał duszę odkrywcy, podróżnika, ale i amanta. Czy istniała na tym świecie kobieta, która zdołałaby go do siebie przywiązać, jednocześnie sprawiając, że nie tracił ważnej cząstki siebie? Przykrym było patrzeć na młode pary, których zaskakiwała codzienność, gdy okazywało się, że nie wszystko wygląda tak, jak się początkowo zakładało. Zresztą małżeństwo dla świętego spokoju także nie było dobrym rozwiązaniem. Czy nie lepiej zaczekać ną tą, która prawdziwie porwie serce? - Ale masz rację, na naszych wyspach trudniej o opaleniznę, a z zarumienionym policzkiem pewnie byłoby ci do twarzy - westchnęła teatralnie, podkreślając że ignorowane przez niego aspekty mogłyby wpłynąć niekorzystnie na kwestię jego małżeństwa. Na czwartym roku Josephine przyznała, że rumieńce są dla niej romantycznym symbolem i wodziła wzrokiem za ulubionymi chłopcami w poszukiwaniu wstydliwych sygnałów, a reszta jej koleżanek podążyła za trendem. Evandra nie mówiła o tym głośno, ale wzięła wskazówki Josie pod uwagę i sama starała się potwierdzić słuszność tej teorii.
Ze swojego czerwono-zielonego stroju była bardzo dumna i słysząc śmiech w ustach kuzyna obraziła się na niego na całą godzinę! Zresztą to wtedy doszła do wniosku, że krzykliwe kolory nadają jej przesadzonej powagi. Blada skóra wyraźnie odznaczała się na intensywnej czerwieni wymarzonej sukienki, pech chciał, że jej cera wyglądała na chorą, przez co Evandra tak też się czuła. Podjęła wtedy ważną decyzję i obiecała sobie nie sięgać nigdy więcej po tak ciemne i drastyczne kolory.
Gdyby tylko dowiedziała się w jaki sposób postrzega ją lord Carrow i jaką to przyszłość jej przewiduje, przestałaby go nazywać ulubionym kuzynem, nie mogąc zgodzić się z zarzutami! To, że miała predyspozycje, by skończyć jako salonowa szara eminencja nie ulegało dyskusji, ale nie oznaczało przecież, że zamierzała się temu poddać. Czy nie pamiętał jej z okresu nastoletniego, gdy głowę miała przepełnioną marzeniami, których nie zamierzała porzucić. Czy sądził, że już z nich wyrosła, czy że brutalna rzeczywistość ściągnęła ją gwałtownie na ziemię, zakazując dawnych praktyk i wymagając wyrzeczenia się wyznawanych ideałów? Poniekąd tak właśnie było, sprawdzał się czarny scenariusz, jaki Ares dla niej wywróżył (oby nigdy nie zajmował się wróżbiarstwem zawodowo), tylko czy naprawdę nie dało się nic z tym zrobić? Może kuzyn da się jeszcze przekonać, dać jej szansę i przestać traktować na równi z innymi szlachciankami? Bogaty przedsiębiorca z Ameryki nie brzmiał aż tak źle, zwłaszcza jeśli najwyższym celem dla kobiety było podtrzymanie pozycji ozdoby salonowej, tyle że lady Rosier nie planowała swej przyszłości wiązać wyłącznie z rozrywką. Zabawa była przyjemna, a i jakże! tylko wybredna Evandra szybko nudziła się każdą z nich, poszukując czegoś więcej, a amerykański potentaci nie szczególnie wpasowywali się w wymarzoną przez nią wizję.
Róże były piękne i to prawda, że uwielbiała mieć je w swoim otoczeniu, ale to zielone, rozłożyste liście przynosiły jej największy spokój. Wystarczyło przejść do ptaszarni, rozejrzeć się po rosnących tam egzotycznych roślinach, zapomnieć się i poddać magii, by zrozumieć co tak naprawdę było bliskie jej sercu.
- Słyszałam, że wziąłeś sobie uwagi nestora do serca i pod przykrywką pracy zabierasz panny na konne przejażdżki. Krążą pogłoski, że same do ciebie ściągają pod pretekstem inwestycji. Wierzę w twój rychły sukces, tak jak i w to, że swoimi innowacyjnymi pomysłami tchniesz życie w rodzinny biznes. Może warto najpierw zaczarować klientów na miejscu, a po umocnieniu pozycji tutaj, wybrać się na kontynent? - Nie znała się na prowadzeniu biznesu, ale wydawało jej się logiczne, że bez silnych podstaw nie było co sięgać do gwiazd. - Poza tym nie przesadzaj, kiedy po raz ostatni byłeś w Londynie? - zmarszczyła brwi, odstawiając na stolik kieliszek, którego chłód zaczął mrozić jej palce. - Stolica jest w trakcie odbudowy, po ulicach można już poruszać się bezpiecznie. Jeśli tak bardzo obawiasz się o swoje życie, to może wybierzesz się kiedyś ze mną? Zobaczysz, że twoje wrażenia są mylne i należy dać mu szansę. Szykuje się nowy, jesienny repertuar w La Fantasmagorie, a ja chcę zobaczyć wszystkie premiery. Zerknij na afisz, a nuż któraś z propozycji przypadnie ci do gustu? - zaproponowała swoje towarzystwo na wieczór, w trakcie którego może udałoby im się nadrobić stracony w zeszłym roku czas. Teraz, kiedy potrzebował pomocy - bo to chyba oczywiste, że małżonki nie znajdzie sobie sam - Evandra mogła stanąć na wysokości zadania, oferując swoje wyćwiczone na salonach umiejętności.



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654

Strona 3 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Pokój muzyczny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach