Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Boczna scena
AutorWiadomość
Boczna scena [odnośnik]08.08.17 18:32
First topic message reminder :

Boczna scena baletowa

★★★★
Boczna scena służy mniejszym przedstawieniom oraz nielicznie organizowanym prywatnym pokazom; tutaj królują odcienie niebieskiego, kotara zakrywająca scenę ma modrą, ciemną barwę o złotym połysku. Nie jest tak pyszna jak główna, iluzje nie uświetniają występów, a na podwyższeniu zmieści się tylko mniejszy zespół, czasem przeprowadzane są tutaj również elegantsze koncerty. Przedstawienia baletowe na mniejszej scenie odbywają się bez udziału orkiestry: za muzykę służy śpiew a cappella trzech zamieszkujących to miejsce syren; istoty pozostają niewidoczne dla widzów, pozostając w przejściu rzecznym wykopanym pod sceną. Ich śpiew umila również koncerty - doskonała harmonia splata się w jedność, kuszącą, uwodzicielską i niepowtarzalną. Śpiewane przez nie pieśni są w języku trytońskim - bez jego znajomości nie jesteś w stanie ich zrozumieć, ale eleganckie kaligrafowane libretta na pergaminach materializują się przy każdym fotelu i pozwalają śledzić sens.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:23, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Boczna scena - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Boczna scena [odnośnik]27.07.19 18:51
Był niespełnionym artystą. Zawsze pragnął zaistnieć w wielkim świecie, ale doceniane miejsca w Wielkiej Brytanii nie chciały brać pod uwagę jego pomysłów i projektów. To prawda, Maximillian był nieco ekscentryczny, dla niektórych za bardzo, ale on sam był przekonany o swoim wielkim talencie i wyjątkowości. Pragnął podjąć współpracę z Fantasmagorią, ale dotąd żaden z jego projektów, ku jemu osobistemu zdumieniu, nie został zaakceptowany. Banda idiotów, kretynów, bezguścia, ślepców! Nie potrafili docenić prawdziwego kunsztu, a przecież reprezentował śladowej klasy artystów. Gdyby nie fakt, że był biedny jak mysz kościelna i nie mógł wrócić do Francji, Europa zabijałaby się o niego, pragnąc by realizował ich fantazje sceniczne. Miał po raz kolejny uderzyć w Fantasmagorię z całą swoją artystyczną kawalerią, ale z nieba spadł mu Johnatan. Znał typa, uważał go za brudnego i niegodnego pracy, którą zapewnie podjął w tym lokalu, nic innego nie przygnałoby go w tak wysokie progi, nikt nie wpuściłby tu tego zawszonego przybłędę malarza. Cóż, za connard. Wszedł do lokalu tuż po nim, ogłaszając obsłudze jakoby był jego bliskim współpracownikiem. Prezentując na wejściu teczkę ze swoimi szkicami i kawałkami materiałów udało mu się oszukać obsługę, która jedynie wskazała mu drogę na boczną scenę. Ale on znał to miejsce na pamięć, każdą płytkę, każdy kawałek drewna! Nikt nie musiał go prowadzić, czuł się jak w domu. Bez trudu dostał się za kulisy, skąd przez chwilę podsłuchiwał rozmowę pomiędzy niedorajdą, łamagą, farbokleją Bojczukiem, a jakąś damą, próbując rozeznać się w sytuacji. I kiedy uznał, że nadszedł moment na wielkie wejście - uczynił to. Wyłonił się na scenie, jak Wenus Botticelliego, owiany fałszywą skromnością, choć świadom był, że od pierwszej chwili musiał wzbudzić swą osobą podziw.
— Madame Mericourt — powitał ją z francuskim akcentem, swobodnie schodząc ze sceny, po drodze otwierając swój szkicownik, jednocześnie za pomocą magii otwierając kolejną teczkę z próbkami materiałów i jeszcze jedną z pozłoceniami magicznych farb. Trzy lewitujące teczki sunęły za nim w powietrzu kiedy zgrabnym, choć mało męskim ruchem dotarł do czarownicy, przyczesując przy tym ciemnego wąsa. — Anomalie w niczym nie przeszkodzą, scenografia zostanie przygotowana odpowiednio wcześnie, aby nic nie mogło nam przeszkodzić. Maximillian Courtyard, ma dame — przedstawił się szybko, podsuwając przed nią lewitujące teczki. — Jestem współpracownikiem Bojczuka. Odpowiadam za cały koncept i pomysł, Johnatan pomaga mi przy jego realizacji. Jestem zaszczycony, że mogę panią w końcu poznać. — Uśmiechnął się uprzejmie, nie obrzucając Bojczuka nawet spojrzeniem, od razu zabrał się do omówienia swojego pomysłu. A raczej interpretacji pomysłu Johnatana. — Och, proszę się nie martwić, przerażenie będzie jedynie wstępem do czegoś wielkiego i pięknego. Chcemy w końcu poruszyć, dotknąć, dotrzeć tam, głęboko, gdzie nie był jeszcze nikt. Wszystko będzie iluzją, błyskawice będą widoczne tylko dla widzów, a deszcz nie przeszkodzi tancerkom. To będzie piękna historia o burzliwej miłości. Dramatyczna, ale i rozdzierająca od środka. Porywająco doskonała. — Wyciągnął rękę przed siebie, wskazując na scenę. — Pomożemy artystkom wzbudzić lęk, a później tęsknotę, a po niej uczucie ciepła i spokoju.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Boczna scena - Page 4 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Boczna scena [odnośnik]27.07.19 20:19
Niespodziewane wkroczenie na scenę jeszcze jednego czarodzieja nie wywołało na twarzy Deirdre żadnej reakcji - owszem, zdziwiła się, niezbyt zadowolona z nadejścia kogoś niezapowiedzianego, ale nie dała tego po sobie poznać, dalej lekko uśmiechnięta, wyniosła i spokojna, niczym zaklęty w kamień posąg, usadzony w pierwszym rzędzie widowni Fantasmagorii. Nieśpiesznie przeniosła spojrzenie z przejętego Bojczuka na kradnącego mu uwagę mężczyznę, przyjemniejszego dla oka - zapewne dzięki modnym ostatnio, wypomadowanym wąsom - i dla ucha, biegle czarującego wyraźnym, francuskim akcentem. - Ubolewam, że nie usłyszałam o panu wcześniej - odparła na eleganckie powitanie, przenosząc spojrzenie z wyniosłej twarzy artysty na lewitujące przed nią teczki. - Proszę mi wybaczyć - dodała, jedną dłoń układając na wydatnym brzuchu, chcąc wyjaśnić niegrzeczne zapoznanie się podczas pozycji siedzącej. Powód takiego faux pas był jednak wyraźnie widoczny, nie kontynuowała więc uprzejmości, drugą ręką siękając po jedną z teczek. Zerknęła jeszcze znad pergaminów na Bojczuka, pytająco i surowo: doprawdy, co za lekkomyślność nonszalancja, nie powiadomić jej o swym współpracowniku. Postanowiła jednak udzielić reprymendy później, nie lubiła bowiem okazywać, że coś ją zaskoczyło lub zaprzeczało przygotowanemu wcześniej planowi. - Cała przyjemność po mojej stronie, monsieur Cortyard - o ile, rzecz jasna, scenografia zostanie przygotowana na czas - kąciki pełnych ust uniosły się nieco w górę, ale oczy pozostaly zdystansowane. I wpatrzone w prezentowane na pergaminie materiały.
Robiły wrażenie. Musiała to przyznać, kreska Maximiliana różniła się od tej prezentowanej przez Bojczuka, ale bardziej trafiała w gusta Deirdre. Artystyczne wizje tła spektaklu były rzeczowo opisane, część scenografii - ta najbardziej skomplikowana, oparta na lewitujących chmurach - rozrysowana w kilku rzutach. Kiwnęła w zamyśleniu głową, wsłuchując się w porywającą wizję artysty. Zdążyła już przywyknąć do dramatycznego przedstawiania własnych wyobrażeń, dlatego nie zrobiły one na niej większego wrażenia, choć znów - twarz wyglądała na łagodnie zainteresowaną. - Doskonale - skwitowała; skoro dodatkowe atrakcje nie będą przeszkadzać tancerkom ani nie zepsują misternych fryzur zgromadzonych na widowni dam, nie musiała się o to dalej troszczyć. - Prosiłabym o wymierzenie scenografii oraz zaprezentowanie mi jej zarysów na scenie. Tak, by upewnić się, że elementy nie będą wpływały na przebieg spektaklu i nie zakłócą doskonałej akustyki tego miejsca - poleciła, odkładając dwie teczki na sąsiednie krzesło. Jedną ciągle przytrzymywała przed sobą, marszcząc nieco brwi. - Mam też wątpliwości co do palety kolorów. Nie są zbyt...kontrowersyjne? - zagadnęła, wskazując smukłym, bladym palcem z obrączką na jeden ze szkiców. - I te półnagie syreny...Według mnie, ich kształty są nieco zbyt wulgarnie podkreślone, choć doceniam chęć zwrócenia uwagi na dziedzictwo Fantasmagorii - dodała, zastanawiając się, czy przywołanie rumieńca zawstydzenia byłoby odpowiednie. Zdecydowała, że nie, była tu przecież profesjonalistką, to ona zatrudniała artystów, nie musiała się przesadnie krygować ani podkreślać słabości swej płci. I tak wystarczająco widocznej w postaci zaokrąglonego brzucha.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Boczna scena [odnośnik]27.07.19 23:27
Był wniebowzięty. Pewnym siebie ruchem zakręcił jeszcze wąsa, po czym ukłonił się nisko, bardzo nisko, aż po kolana przed panią Mericourt, zdając sobie sprawę, że to od niej zależała jego przyszłość. I zamierzał nawet i całować ją po stopach, byle wyrzuciła Bojczuka za drzwi i przekazała mu to zlecenie; jemu, geniuszowi sztuki, wielkiemu malarzowi, jeszcze nie sławnemu (ale już niedługo) artyście!
— Proszę nie wstawać nawet, madame, toż to uczta dla zmysłów, a nie wysiłek dla ciała. Ubolewam również, ale moja wrodzona skromność zazwyczaj nie pcha mnie jako pierwsze skrzypce podczas premiery. To jednak zbyt ważne zadanie. Ba! Toż to prawdziwa misja, nie mógłbym jedynie patrzeć na to z boku.— Zadumał się na moment i westchnął, opierając rękę na lekko przekrzywionym biodrze. Spojrzał w kierunku sceny, kręcąc głową, jakby widział już to przedstawienie oczami własnej wyobraźni i nie miało znaczenia wcale, że jeszcze sam nie znał jego szczegółów. Nie martwił się tym, wszystko przyjdzie z czasem. Najważniejsza jest prezencja. Później zaintrygowanie odbiorcy. To już klucz do sukcesu. A Bojczuk pójdzie z torbami, nicpoń. — Naturalnie, madame Mericourt, scenografia zostanie przygotowana wcześniej, abyś mogła wnieść jeszcze ostateczne poprawki wedle własnego poczucia estetyki. Nie wątpię, że masz doskonały gust, o pani, mógłbym sam powierzyć swoje prace w twe ręce — zaszczebiotał w kierunku Deirdre i znów podkręcił wąsa, zaczynając krążyć przed nią i przed sceną. Machnął różdżką dwa razy, a z jego kieszeni wyskoczyły miarki, które w zaczarowany sposób zaczęły zbierać miary całej sceny. Sam wskoczył na nią, jak sarna i zamaszystymi ruchami zaczął prezentować całą scenerię. — Nad nami, nad głowami naszych muz wisieć będą wspomniane już burzowe i ciężkie chmury. Deszcz będzie lał się z nieba wartko. Ale tu, pomiędzy nimi iskrzyć będą promienie słońca. Ich światło jasnym snopem opadać będzie na deski i rozświetlać tancerki. Będą błyszczeć jak gwiazdy, sunąc w deszczu, mienić się w kroplach spadającej wody. Tam, z tyłu, wzburzone fale, szmaragdem i błękitem mieniące się jak kryształy. A one, nasze piękne artystki, jak same anomalie będą zadziwiać, zachwycać, przerażać. Sobą będą budować napięcie i tworzyć emocje. Będą emocjami. Będą magią. Zachwycą, zdumieją. Ach!— Trajkotał bez przerwy błądząc po scenie od prawa do lewa, aż w końcu zszedł z niej, aby przysiąść w fotelu tuż obok Deirdre. — Kontrowersja jest konieczna, to ona podejmie dialog, wzbudzi sprzeczność, rozkaże narodzić się sprzeciwwowi, tu w środku, w sercach — podjął rzeczowym tonem. — Oczywiście, mogą być nieco łagodniejsze. Może w muszlach. Muszle zakryją krzywizny i załamania. Będą jak zakryta nagość. Wzbudzać zainteresowanie i wodzić na pokuszenie. Co pani na to? Więcej subtelności? Delikatności?


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Boczna scena - Page 4 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Boczna scena [odnośnik]28.07.19 11:15
Zachwycający - głównie samego siebie, potrafiła rozpoznać wśród mężczyzn narcyzów z stuprocentową pewnością - Maximilian widocznie się rozkręcał. Robił coraz mniej przerw na wdechy, nie polegał na dramatycznych pauzach, a gesty wypielęgnowanych dłoni sięgały coraz dalej, tak, że Deirdre zastanawiała się, czy Francuz nie ma czasem w swej historii epizodu baletowego. Wrodzona skromność, widoczna w każdym drgnięciu przejętej twarzy, zdawała się potwierdzać to przekonanie, wbrew pozorom świadczące na korzyść czarodzieja o nieznanej reputacji. Jeśli zdawał sobie sprawę z trudności tańca oraz planowania ruchu na scenie, istniało mniejsze prawdopodobieństwo, że nowoczesne dekoracje w jakiś sposób zaburzą harmonię występu. - Czas nas goni, oczekuję więc cotygodniowego listu ze spisem poczynionych w tym czasie postępów oraz, rzecz jasna, kosztorysem - skwitowała rzeczowo, piękne obietnice były czymś oczywistym, nie mogła w nie wierzyć, równie dobrze duet Bojczuka i Francuza mógł jej obiecać tysiąc żywych smoków szybujących nad sceną. Liczyły się fakty, konkrety i złoto, hojnie opłacające tych, którzy wypełniali swe obowiązki punktualnie. Wspaniałomyślnie skwitowała lepki komplement łaskawym uśmiechem, w milczeniu obserwując podrygi czarodzieja na scenie. Długie pęki centymetrów rozwijały się i wiły wokół konstrukcji sceny, turlały się po dębowym parkiecie, wspinały na kolumny po bokach, lewitowały w powietrzu, tam, gdzie miały znajdować się burzowe chmury, a zaznaczane na taśmach czerwone gwiazdki pozwalały mieć nadzieję, że wymiary zostaną później bezbłędnie spisane i wykorzystane.
O dziwo, sam sens wizji Maximiliane naprawdę się jej spodobał. Kątem oka zerknęła na zgaszonego Johnatana, który zszedł ze sceny, ale powróciła całą uwagą do brylującego Cortyarda, opadającego na fotel obok niej. Nic dziwnego, takie energiczne pląsy musiały go zmęczyć, tak samo jak wyrzucanie z siebie setek zachwyconych głosek na sekundę. - Jak nikt rozumiem korzyści wynikające z kontrowersjii - zaczęła bez mrugnięcia okiem; była wszak opiekunką baletu - ale musimy okazać naszym gościom, głównie konserwatywnym lordom i nadobnym damom, szacunek. A ich podejście do sztuki jest w większości przypadków tradycyjne - wyjaśniła swobonie, przekazując teczkę ze szkicami na ręce Maximiliana, by zarysował na pergaminie zmiany, które zamierzał wprowadzić. - Złoty środek, panie Cortyard - to coś, co bardzo ciężko odnaleźć, ale wierzę, że poradzi sobie pan, razem z panem Bojczukiem, z wyważeniem budzących rumieńce nowoczesnych detali i konserwatywnego podejścia do piękna, jakim jest balet - spojrzała na niego z ukosa, po krótkim namyśle kiwając głową. Dyskretny urok muszli przesłoniłby to, co wymagało przyzwoitego zakrycia, by nie wywołać na twarzy niewinnych panienek rumieńca. - Myślę, że to dobry pomysł - stwierdziła powoli, opierając się wygodniej o miękkie poduszki fotela. - Jak wygląda kwestia wykorzystania zaliczki? Zależy mi na najlepszej jakości materiałach, cena nie gra roli, więc jeśli potrzebujecie finansowego wsparcia, by sprowadzić najdoskonalsze, wytrzymałe płótna i stelaże, proszę się nie krępować - zaoferowała w końcu, wpatrując się w roziskrzone oczy Maximiliana, niewerbalnie dając znać, że owe nieskrępowanie nie powinno jednak oznaczać szarży na fundusze Fantasmagorii. Była wyczulona na chciwość tego typu.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Boczna scena [odnośnik]29.07.19 21:53
Był pewien, że zrobił na madame Mericourt doskonałe wrażenie, w końcu przyglądała mu się z zapartym tchem, z pewnością wcale nie spowodowanym wyraźnie zaokrąglonym brzuchem. A może dostrzegła w nim to, co dawno nie dostrzegane, to, co odrzucili głupcy, którzy nie doceniali jego szaleńczego geniuszu. Spojrzał na nią z wdzięcznością, ściskając się za pierś; wzruszony i porażony jej rzeczowym podejściem do tematu. Była fantastyczna, genialna, nie mógł nadziwić się, jak dotąd mogła go przeoczyć, nie zaprosić w piękne progi fantasmagorii.
Oui, madame, jak sobie pani życzy. Za tydzień przedstawię gotową scenografię. O ile mógłbym prosić o wcześniejsze zwolnienie tego miejsca, wyproszenie wszystkich postronnych obserwatorów, obsługi. Potrzebuję spokoju, na dobre kilka godzin. Kosztorys wyślę jutro, nie ma po co zwlekać.— Klasnął w dłonie, przechadzając się wzdłuż sceny. W końcu chwycił kotarę, w dłoniach szybko analizując jej jakość. Nie, ona też nie nadawała się na nic poza szmatą do kuchni. To miejsce winno opływać złotem, luksusem, dramaturgią, doskonałością. Kiedy miary powiodły ku niemy w powietrzu, wyciągnął z teczki pióro i atrament i szybko zaczął kreślić wskazane liczby na poszczególnych rysunkach. Przyzwyczajał się już do tego, że Bojczuk stał, nie wiedząc, co powiedzieć — przyćmił go zupełnie, jego blask, a raczej burzowe, oślepiające błyski wymagały odwrócenia wzroku, wielkość Cortyarda przyćmiewała wszystko.
— Oczywiście, madame Mericourt, do tradycji — mruknął pod nosem, notując w głowie jej uwagi. Już po chwili zupełnie o niej nie pamiętał, myśl umknęła mu gdzieś z drugiej strony, kiedy pogrążony był w przygotowywaniu dokładniejszych szkiców i zbieraniu danych niezbędnych do przygotowanie scenerii. — Oczywiście, zajmę się tym. Z Bojczukiem?— zdumiał się nagle, unosząc wzrok na brzemienną azjatkę, jakby na moment zapomniał o istnieniu malarza. — Ach, tak... — mruknął posępnie i bez entuzjazmu. — Właściwie to potrzebuję całość z góry. Najlepiej na już, madame Mericourt — odparł powoli, zaczynając się jąkać. Wyprostował się i splótł ręce na piersi. — Zakładając, że będzie potrzebne około trzydziestu metrów jedwabiu, dwanaście kaszmiru, trzy tony drewna egzotycznego, prawdziwe perły i muszle z oceanu indyjskiego... To będzie tak, na Merlina, około osiemset dwadzieścia trzy galeony. Możemy zaokrąglić do tysiąca.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Boczna scena - Page 4 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Boczna scena [odnośnik]30.07.19 7:59
Brwi Deirdre uniosły się w górę w wyrazie uprzejmego zdziwienia. – Za tydzień? – powtórzyła z niedowierzaniem; czarodziej dopiero zebrał miary, właściwie po raz pierwszy pojawiając się w la Fantasmagorii, a już planował zakończenie prac? W to akurat nie mogła uwierzyć i nawet gdyby uległa urokowi Francuza z podkręconym wąsem, dojrzałaby ostrzegawcze światełko na końcu tej zachwycającej różdżki. – Wątpię, czy zdąży pan przygotować całą scenografię w ciągu siedmiu dni – przy całym szacunku dla pana talentu – kontynuowała, ciągle uprzejmie, lecz już z wyraźną wątpliwością w to, że Cortyard zasługuje na absolutne zaufanie. – Oczywiście otrzyma pan dostęp do sali, lecz obecność techników będzie w tym czasie nieodzowna – uśmiechnęła się lekko, świadoma, że psuje genialne plany artysty: niezależnie od tego, czy zamierzał w tym czasie naprawdę pracować, czy też próbować zerwać ze ścian złote kandelabry. Pewność siebie scenografa coraz mocniej działała jej na nerwy, lecz tego nie okazała, utalentowani czarodzieje mieli zazwyczaj swoje irracjonalne kaprysy. Szanowała je, pozwalała na nie, ale tylko wtedy, gdy odpowiednio zabezpieczyła swoje dobra przed jakimkolwiek nadwyrężeniem podczas tych szaleństw w objęciach weny.
W wyczekującym milczeniu obserwowała skrzętne notowania czarodzieja, trzymane w wydelikaconej dłoni pióro zdawało się wręcz pluć atramentem, gdy wszelkie zebrane miary znajdowały swe miejsce na pergaminie. – Współpraca dwóch artystów zawsze przynosi większy plon, czyż nie? – skwitowała uroczym tonem słabo skrywane niezadowolenie Francuza z przywołania Bojczuka, widocznie pogrążonego we własnych myślach. Deirdre sądziła, że to Johnatan jest łasy na złoto Fantasmagorii, lecz w konkurach z Francuzem wygrywał w przedbiegach. Kiwała głową, zachęcająco, słuchając wyssanych z palca liczb, miar i w końcu oszałamiającej kwoty, uśmiech nie schodził z jej twarzy, widziała w oczach Maximiliana rosnącą nadzieję, wręcz triumf, który musiała oczywiście przekłuć. – Zaliczka w wysokości dwustu galeonów będzie czekać na panów w gabinecie rachunkowym – podsumowała z najśliczniejszym uśmiechem, na jaki było ją stać. Wiedziała, że księgowy Fantasmagorii odbierze od artystów podpisy i zadba o to, by ci nie zniknęli nagle z całym tym złotem. Nie znała się na cenach obowiązujących w tej dziedzinie sztuki, ale zapobiegawczo ograniczała możliwości roztrwonienia majątku baletu do minimum. – Oczywiście po zakończeniu prac i przedstawieniu kwitów za poniesione koszty, rozliczymy całość wydatków – dodała miękko, tak, jakby nie widziała zdruzgotanej twarzy Francuza. Powoli podniosła się z fotela, przytrzymując się krańców podłokietników, a później, po uprzejmych pożegnaniach, powoli wyszła z sali: z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

| dei i lusterko zt


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Boczna scena [odnośnik]07.08.19 17:06
Rozchylam wargi żeby odpowiedzieć na kolejne pytania Deirdre, ale wtedy na scenę wkracza osoba, której w ogóle się tu nie spodziewałem. Moje oczy rozszerzają się w wyrazie niemego zdziwienia; byłem chyba pijany albo naćpany kiedy dogadywałem się z Maximilianem odnośnie... właśnie, odnośnie czego? Choć tamten dzień pamiętałem jak przez mgłę, jestem pewien, że chodziło tylko o pomoc w ogarnięciu kilku materiałów, a nie całej scenografii, ale Courtyard najwidoczniej wyciągnął z naszej rozmowy całkiem inne wnioski. W tym momencie pożałowałem, że w ogóle wszedłem z nim w jakąkolwiek współpracę, bo był zwyczajnym zjebem, którego chciałem złapać za wszarz i wyrzucić stąd na kilku porządnych kopach. Niemniej nie wypadało robić tego przy pracodawczyni, więc zamilkłem, obiecując sobie, że wyrwę mu wąsy jak tylko stąd wyjdziemy. Milczałem, dopuszczając go do głosu i kiedy zaczął trajkotać o tym że to mój koncept, blablabla, jestem taki zdolny, blablabla, zaraz się tu nad sobą spuszczę, a później chyba wyliżę madame buty to wywróciłem oczami i zająłem się swoją pracą - oglądałem dokładnie scenę i zbierałem wszystkie potrzebne miary. Słuchałem słów tamtego irytującego kretyna (po części przedstawiał właśnie mój pomysł, o którym szepnąłem może zbyt dużo przy naszym poprzednim spotkaniu) oraz pani Mericourt zapisując kolejne wskazówki padające spomiędzy kobiecych warg. I wtedy następne metrówki wpadły na podwyższenie potrącając mnie w drodze do poszczególnych kątów sceny. Byłem prawie pewien, że zrobiły to specjalnie, ale trzymałem nerwy na wodzy, wyciągając rękę po swoją miarkę, którą ukryłem głęboko w kieszeni. Zebrałem potrzebne wymiary, po czym zszedłem powoli na dół, mijając po drodze mężczyznę, któremu rzuciłem spojrzenie mówiące nie mniej i nie więcej niż policzymy się po spotkaniu. Obserwowałem to marne przedstawienie przez krótką chwilę, ale tak bardzo działał mi na nerwy, że ostatecznie zająłem się oglądaniem kolejnych kątów sali. Chciałem żeby scenografia nie ograniczała się do podwyższenia, by otulała widza swoją niepokojącą aurą nawet tutaj, by siedząc w fotelu nie czuł się do końca bezpieczny. Kiedy natomiast ten festiwal spierdolenia wreszcie dobiegł końca, powróciłem do towarzystwa i uśmiechnąłem się przepraszająco do pani Mericourt.
- Pani Mericourt, dziękuję za spotkanie, o wszystkich poczynionych krokach będę informował listownie i ufam, że niebawem uda nam się znowu porozmawiać twarzą w twarz. Przepraszam, że nie wspomniałem o moim WSPÓŁPRACOWNIKU, ale nie sądziłem, że pojawi się tutaj TAK WCZEŚNIE - że w ogóle tu przelezie. Odprowadzam Deirdre spojrzeniem, a kiedy zostajemy tu sami z tym natarczywym Francuzem to szturcham go mocno w ramię i grożę mu jednym palcem.
- Nie wchodź mi w drogę Courtyard, bo przestanę być miły - mrużę lekko ślepia. A później odbieramy zaliczkę i razem opuszczamy mury magicznego baletu.

/zt ja też




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Boczna scena [odnośnik]13.12.19 2:30
20.03

To dzisiaj. Potwornie się stresowałem, bo do tej pory w Fantasmagorii byłem tylko kilka razy i większość czasu spędzałem wówczas z madame Meriucourt; ale nie byłem ślepy, widziałem jak inni na mnie patrzą i za każdym razem czułem jak dreszcz biegnie mi wzdłuż kręgosłupa. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, już dawno padłbym trupem, nikt nie był zadowolony z mojej obecności w takim ekskluzywnym miejscu, bo przecież byłem nikim - chłystek o niewiadomym pochodzeniu, potencjalna konkurencja, młodzik nie do końca zgadzający się z kanonami klasycznych sztuk. Chciałem wnieść do baletu powiew świeżości i przemycałem go ze sobą z każdym pojawieniem się w progach perły magicznego portu. Dlatego nienawidzili mnie jeszcze bardziej - nie wiem czy stały za tym zwykłe uprzedzenia, czy jakiś dziwny lęk, że wkrótce ktoś może zostać wygryziony przez młode pokolenie. Pokolenie awangardzistów, którzy dążyli do koniecznych zmian. Nie dziwiłem się, wszystko co nowe w pierwszym odruchu budzi strach, ale świat gnał do przodu w zastraszającym tempie i wszyscy doskonale wiedzieli, że pewne przekierunkowanie niektórych wartości jest nieuniknione. Sztuka współczesna drżała w posadach, waliły się przeżarte szczęką czasu zasady, a na ich szczątkach miały wyrosnąć nowe i szczególnie widoczne było to w świecie mugoli. Ale na nas też przyjdzie czas, wystarczyło uzbroić się w cierpliwość.
Przesuwam spojrzeniem wzdłuż okazałej fasady budynku, powoli dopalając papierosa. Wciąż byłem trochę wczorajszy, bo od jakiegoś czasu większość moich dni wyglądała tak samo - pracowałem dopóki starczało mi sił, noce zaś spędzałem w podrzędnych, dokowych lokalach, w myśl filozofii hedonizmu oddając się przyziemnym rozkoszom - cielesnym i mentalnym, co paradoksalnie wyniszczało mnie jeszcze bardziej. Zmęczenie odbijało się w bladej skórze i oczach podkrążonych mocniej niż zwykle. Dasz sobie radę, Johny, nie daj się zwariować - powtarzam w myślach. Wyrzucam kiepa, po czym poprawiam odzienie - prosty płaszcz, który krył pstrokatą koszulę i ciemny garnitur; to denerwowało ich jeszcze bardziej, nie mogli patrzeć na moje kontrowersyjne ubrania, widziałem to w ustach ze złością zaciskanych w wąskie kreski. Przekraczam próg baletu i już teraz wiem, że nie będzie to łatwa przeprawa, skoro na samym wstępie zaczepia mnie koleś z obsługi. Serio? Za każdym jebanym razem? Tłumaczę mu po raz setny kim jestem, przecież widzieliśmy się ledwie kilka dni wstecz, gdy dostarczałem do Fantasmagorii ostatnie elementy scenografii, ale on uparcie twierdzi, że nic takiego sobie nie przypomina. Powoli tracę pewność siebie, kiedy miażdży mnie wzrokiem... Na całe (nie)szczęście w porę na górze schodów prowadzących z foyer na wyższe kondygnacje, pojawia się znajoma sylwetka - ubrany elegancko mężczyzna jest technicznym, który ma pomagać mi przy instalacji scenografii, lub po prostu doglądać postępów. Chociaż patrzy na mnie jakby właśnie zobaczył coś skrajnie obrzydliwego, a pod naporem jego spojrzenia czuję się jeszcze mniejszy, to i tak oddycham z ulgą. Krótkim uśmiechem żegnam się z tamtym męczybułą, nie chcąc dawać mu satysfakcji i wspinam się po stopniach, zrównując krok z moim współpracownikiem. Z miejsca informuje mnie o nieobecności madame Mericourt i wiem doskonale co to znaczy; przy niej czułem się jakoś pewniej, budziła respekt wśród całej obsługi i wcale się nie dziwiłem, sam darzyłem ją równie wielkim szacunkiem; kiedy jednak kota nie było w domu, myszy zaczynały harcować i autentycznie zacząłem się bać, że nie uda mi się zapanować nad niechętną ekipą.
Zresztą szybko okazuje się, że moje obawy nie są bezpodstawne; przy bocznej scenie panuje kompletny chaos, ludzie nie wiedzą co robić, albo nie robią tego z czystej złośliwości, bo chociaż prosiłem wiele razy by przetransportować gotowe elementy jeszcze zanim pojawię się w balecie, nic nie jest przygotowane. Pracownicy tłoczą się bez sensu przy lub na podwyższeniu i kompletnie nikt nie zwraca uwagi na moje słowa; mimo iż to ja jestem tutaj głównym projektantem, nigdy nie dostrzegą we mnie szefa; teraz dowodził techniczny, który ciężko opadł na jedno z siedzeń na widowni i z błyskiem w oku patrzył jak bardzo sobie nie radzę. Próbowałem wszystkiego, prosiłem i rozkazywałem, ale ludzie i tak mieli mnie w głębokim poważaniu, więc w akcie desperacji przykładam koniec różdżki do gardła i wzmacniam swój głos - owy zabieg działa na niektórych, ale ostatecznie sam muszę zakasać rękawy i rzucać zaklęcia. Powinienem stać z boku i dyrygować ekipą, a tymczasem wraz z kilkoma innymi pracownikami transportuję kolejne elementy scenografii z jednego miejsca na drugie - wszystkie robiłem ręcznie, z początku ze względu na szalejące wokół anomalie, później zresztą wciąż bardziej ufałem swoim dłoniom niż magii.
Po przeniesieniu wszystkiego w okolice bocznej sceny, musimy zrobić pierwszą przerwę, podczas której ze zdenerwowania wypalam trzy papierosy pod rząd; ledwie pięć minut później robimy drugą, bo ludzie wciąż nie chcą współpracować, a czas biegnie w zastraszającym tempie. Powinniśmy mieć już przynajmniej całe niebo, a tymczasem nawet nie zaczęliśmy go wieszać! Przecież tak się nie dało pracować... W kolejnym akcie bezsilności proszę technicznego na słówko w cztery oczy i tłumaczę mu, że siedzimy w tym wszystkim razem, że jeśli coś pójdzie nie tak, to polecą dwie głowy, a nawet jeśli będzie chciał wywinąć się ze wspólnej porażki, to obiecuję, że pociągnę go ze sobą na samo dno. Jestem pewny swoich słów, zaś w moich oczach odbija się iskra szaleństwa i być może to go przekonuję, świadomość, że jeśli faktycznie zawalimy sprawę, to nie cofnę się przed niczym, by tylko się na nim odegrać. Wystarczy jeden jego rozkaz, jedno klaśnięcie w dłonie, by ludzie stali na baczność i brali się do roboty. Uwijają się jak pieprzone mróweczki, posyłając kolejne elementy na swoje miejsca; szkice wędrują z rąk do rąk, powietrze aż drży od rzucanych w różnych kierunkach zaklęć. Czasem coś potrąci mnie niby przypadkiem, ale zaciskam zęby i odliczam każdą sekundę zbliżającą mnie do końca tych tortur. Godryku, miej w opiece swoje dziecko, wypełnij mnie odwagą, bym był gotów stawiać czoła każdej przeszkodzie, którą okrutny Los postawi na mojej drodze. Nie wiem ile mija czasu, zanim uda nam się zamontować ciężkie materiały imitujące burzowe niebo, ale mam wrażenie, że całe wieki. Na zewnątrz panuje wieczorna szarówka, a my nie jesteśmy nawet w połowie; o zgrozo! Stres zżera mnie coraz bardziej, robię się nerwowy, a to z pewnością nie pomaga mi w kontaktach z ekipą. Każda kolejna sekunda jest prawdziwą torturą, chociaż rosnące na moich oczach dzieło sztuki, które z mojego własnego umysłu zostało przeniesione na tak monumentalną skalę sprawia, że czuję wielką dumę. To miało być oszustwo, nie chcieliśmy odtwarzać znanego wszystkim świata, tylko wykreować całkiem nowy, nieco odrealniony, zahaczający o surrealizm i senne wizje. Połączenie faktur, barw i cieni miało sugerować istnienie pewnych znanych form, które jednak pogubiły gdzieś swoje konkretne kształty; widz winien poczuć się skonfundowany, patrząc na coś, co jest mu jednocześnie dobrze znane, i tak bardzo nowe. To nie kopia rzeczywistego świata, tylko jego plastyczne, mięsiste odbicie, prawdziwe dzieło Nowej Sztuki. Fakt, że scenografia zdawała się wychodzić do widza i przytłaczać go z każdej strony, sprawiał, że całość wydawała się trochę niepokojąca, ale przecież takie też były anomalie, będące motywem przewodnim całego spektaklu. Kontrastujące ze sobą połączenia, zdawały się zahaczać o nienormalność i taki był pierwotny zamiar, bo i w takich czasach przyszło nam żyć - nienormalnych i to przede wszystkim chciałem uświadomić oglądającym. Ciemne tkaniny przetkane miejscami gładką taflą odbijających światło luster, wiszą ponad moją głową udając agresywne kłębowisko chmur, nie ma w nich ni grama lekkości i wydaje się to jakieś dziwne... Podobnie sprawa wygląda z kroplami deszczu, które nagle mają zalśnić ponad głowami tancerek - na co dzień nieuchwytne, tutaj nabierają wręcz materialnego wyrazu, wszak imitują je zawieszone w górnych partiach, odłamki niewielkich kryształów, które zaczną mrugać do widza gdy padnie na nie odpowiednie światło. Fale, jednocześnie pogrążone w chaosie i dziwnie statyczne, pienią się pod sceną, zdają się wylewać prosto pod nogi siedzących w pierwszych rzędach. Nałożone na poszczególne elementy zaklęcia transmutacyjne sprawiały, że niektóre części scenografii miały zmieniać się wraz z opowiadaną historią. Ale to wszystko jest tylko tłem, główną rolę odgrywały tu tancerki, wyobrażałem sobie ich smukłe ciała wirujące pośród faktur i cieni. Kiedy skończyliśmy pracę było już grubo po północy. Nie od razu opuściłem balet, dłuższą chwilę siedziałem na jednym z krzeseł, przyglądając się całości. To już za moment, za kilkanaście godzin, moja chwila prawdy.

/zt




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Boczna scena [odnośnik]21.12.19 0:18
16.03

Do premiery zostało ledwie kilka dni, a ja praktycznie skończyłem przygotowywać elementy scenografii. Dzisiaj miałem dostarczyć resztę do baletu, żeby nie musieć się z tym jebać na sam koniec. Zresztą w Ruderze się tylko kurzyły i zajmowały miejsce, zdecydowanie wolałem się ich pozbywać na bieżąco, szczególnie, że liczba lokatorów rosła, a przestrzeni nie przybywało... Właśnie, nie tak dawno temu do naszej niedużej rodzinki dołączył kolejny członek o wielkich oczach i jeszcze większych uszach, odziany w wyprasowaną, schludną szmatkę. Łapserdak był domowym skrzatem, który z początku miał służyć mojej mamie, ale tak jakoś wyszło, że ostatecznie to ja go przyjąłem. W sumie nie narzekałem, w Ruderze chyba nigdy nie było tak czysto, a zresztą ten mały typeczek okazał się całkiem w porządku. Trochę nie wiedziałem jak się z nim obchodzić, ale chyba obydwoje po prostu uczyliśmy się siebie nawzajem, bo on też wiele razy wspominał, że nigdy wcześniej nie spotkał takiego czarodzieja jak ja. Nie potrafiłem mu rozkazywać, używałem takich słów jak proszę, czy mógłbyś oraz dziękuję, a ona robił jeszcze większe oczy, kompletnie nieprzyzwyczajony do takiego traktowania. Biegł za mną, kiedy szybkim krokiem przemierzałem korytarze baletu, kierując się do małej sceny. Chciałem skorzystać z zaplecza, ale oczywiście drzwi były pozamykane na wszystkie spusty. W sumie mogłem się tego spodziewać, pracownicy Fantasmagorii niekoniecznie chcieli ze mną współpracować. Byli dosyć sceptycznie nastawieni do mojej osoby i właściwie bardzo chętnie utrudniali mi życie.
- No naprawdę, nie wierzę! Przecież zapowiadałem się sto razy! Chyba zaraz oszaleję - wywracam oczami i załamuję ręce. Wbijam spojrzenie w skrzata - Czy mógłbyś pójść po kogoś, żeby nam to otworzył? Bardzo proszę - Łapserdak kiwa energicznie głową i kłania się lekko, po czym ginie gdzieś za zakrętem, a ja kręcę głową, mrucząc pod nosem kolejne przekleństwa. Żeby nie tracić czasu (nie miałem w końcu całego dnia!), zaczynam wyjmować z magicznej torby te wszystkie pomniejszone elementy i układam je na podłodze. Niefortunnie, wraz z kolejną częścią scenografii, wyciągam także różdżkę, która wypada mi na podłogę; odbija się od parkietu i strzela prosto w pospinane kłęby materiałów, które w kolejnym momencie rosną do niewyobrażalnie wielkich rozmiarów! Teraz zajmują cały korytarz, przygniatając mnie do jednej ze ścian - w tym momencie widzę tylko granatowo-popielate jedwabie, które dodatkowo owijają mi się wokół każdej części ciała. Ratunku! Oby tylko Łapserdak szybko wrócił, bo potrzebowałem natychmiastowej pomocy.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Boczna scena [odnośnik]21.12.19 1:49
Przybywając do syreniego baletu Elise nie spodziewała się żadnych problemów. Nie wątpiła w dobrą renomę tego przybytku i regularnie pojawiała się na występach. Choć sama dawno nie tańczyła baletu, lubiła obserwować występy innych artystów, a także pokazy umiejętności syren. Płynęła w niej w końcu połowa krwi rodu Lestrange, a syreny przypominały o rodzinnych stronach matki, w których uwielbiała spędzać wakacje. Niegdyś, bo odkąd zabrakło tam Marine, wyspa Wight straciła wiele ze swego uroku, ale nadal pozostawało tam jej nastoletnie bożyszcze – Flavien. Niestety ukochany kuzyn ostatnio był tak zajęty, że rzadko miał dla niej czas i nieuchronnie się od siebie oddalali, co bardzo ją martwiło. Wśród Nottów też nie było zbyt różowo od czasu zdrady Percivala i Elise czuła, że wiele się zmieniło. Nawet z własną siostrą ostatnimi czasu spędzała mniej wspólnych chwil. Ophelia wydawała się nieobecna duchem, zaś Elise pełnymi garściami chwytała życie, starając się odwiedzać jak najwięcej towarzyskich wydarzeń. Tam jakiś ślub, tam inny bal, premiera w operze czy w balecie, albo jakiś wernisaż. Na wszelkich wydarzeniach gromadzących członków wyższych sfer, oczywiście tych z rodów o właściwych poglądach, nie mogło zabraknąć Elise Nott, która próbowała odrobić z nawiązką te miesiące, kiedy z powodu anomalii i problemów z transportem rzadziej opuszczała dwór.
Wiosna zbliżała się wielkimi krokami, a Nottówna wraz z matką, siostrą oraz służką wybrały się do Fantasmagorii. Podczas gdy matka i siostra siedziały już w restauracji, Elise wraz ze służką udała się na chwilę do toalety, by przypudrować nosek i poprawić parę zbłąkanych kosmyków, które wydostały się spod uczesania. Na jej nieszczęście, kiedy wracała korytarzem, wydarzyło się... coś.
Początkowo nie zwróciła większej uwagi na jakiegoś mężczyznę, zapewne kogoś z personelu baletu. Nawet nie spojrzała w jego kierunku, pogrążona w swoich myślach, dlatego nie była świadoma zagrożenia dopóki nie było za późno. Nagle coś huknęło i w ułamku sekundy poczuła, jak napiera na nią jakaś materia, miękka ale obfita. Materiału było tyle, że Elise upadła na ziemię i krzyknęła, zaś rozpaczliwie próbując się oswobodzić zaplątała się jeszcze bardziej. Jej służka została odrzucona aż na ścianę i omdlała, więc Elise została sama na pastwę oplątujących ją materiałów.
- Jest tu ktoś? – krzyknęła, czując strach. Co tu się stało? Przecież anomalie się skończyły! Nic takiego nie powinno się wydarzyć, prawda? A już na pewno nie w miejscu o takiej renomie. Miała nadzieję, że zaraz ktoś przyjdzie i ją uwolni, przecież nie uchodziło, by takie rzeczy spotykały damę! A jako że nie była osóbką szczególnie bystrą, nie wpadła na to, że mogłaby odnaleźć w fałdach sukni różdżkę i samej spróbować się uwolnić, choć biorąc pod uwagę, że była tak oplątana, że jej ręce były niejako przywiązane do tułowia, i tak byłoby to zadanie bardzo trudno. – Kto to zrobił? Jeśli to miał być żart, to wcale nie jest zabawny! – mówiła dalej urażonym tonem, próbując wyplątać choć jedną rękę. To skandal, że ktoś pozwolił sobie zrobić coś takiego. Może to ten mężczyzna z obsługi uznał, że zabawne będzie wyciąć taki numer eleganckiej damie?
Elise Nott
Zawód : Dama, ozdoba salonów
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ty się nazywasz lew, a lwa nie obchodzi zdanie owiec.
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6043-elise-nott https://www.morsmordre.net/t6157-poczta-elise https://www.morsmordre.net/t6156-panienka-nott https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6159-skrytka-bankowa-nr-1507 https://www.morsmordre.net/t6158-elise-nott
Re: Boczna scena [odnośnik]21.12.19 2:24
No nie, jeśli wcześniej mi się wydawało, że gorzej być nie może, to szybko się okazało, że nie miałem racji; mogło. I było. Było po stokroć gorzej niż myślałem, bo oto do moich uszu dociera dziewczęcy krzyk. Nie byłem więc sam w tej miękkiej, aczkolwiek uciążliwej pułapce i w pierwszej chwili przeszło mi nawet przez myśl, że byłoby lepiej, gdyby ten cały materiał mnie udusił, przynajmniej nie musiałbym się tłumaczyć. Byłem po prostu pewien, że zwolnią mnie jeszcze dzisiaj i wszyscy bardzo się z tego ucieszą, bo od początku byłem tylko wrzodem na dupie całej tutejszej socjety. Spomiędzy moich warg wypada krótki jęk, kiedy próbuję odsunąć od siebie napierające coraz bardziej kłęby tkanin. Milczę, w nadziei, że... sam nie wiem na co liczyłem, chyba na jakiś cud, gdybym mógł się deportować, to pewnie już by mnie tu nie było. W duchu modlę się o jakiekolwiek rozwiązanie całej tej sprawy i zanim skończę słyszę krótki, zduszony okrzyk, a później głośny huk. Wiedziałem doskonale co oznaczał - ratunek. W kolejnej chwili czuję nieznaczną ulgę (przynajmniej tę fizyczną), bo materiał wraca do normalnych rozmiarów i zwija się w rulon, opierając o jedną ze ścian. Oddycham głęboko, odklejając się od muru; może powinienem zainteresować się tamtą poszkodowaną dziewczyną, ale zamiast tego sprawdzam jak mają się inne elementy scenografii, chyba bym sobie nie wybaczył, gdyby zniszczyły się przez ten durny wypadek. Wszystko jednak wskazuje na to, że nie będę musiał robić ich od nowa. Zbieram także swoją różdżkę, wrzucając ją do wnętrza torby. Większą rozwagą wykazuje się Łapserdak, który skacze już wokół damulki, chcąc pomóc jej wstać.
- Czy panienka jest cała? Łapserdak pomoże!... - mówi tym swoim piskliwym głosem, a ja odwracam się w tamtym kierunku i podchodzę bliżej, spod uniesionych wysoko brwi zerkając na dziewczynę. Zaraz pewnie ukatrupi mnie samym spojrzeniem - Och, na Merlina, nie mam bladego pojęcia co tu się stało! - postanawiam rżnąć głupa. Wyciągam do niej rękę, chcąc ją pozbierać z posadzki, a mój skrzat zmierza już do drugiej kobiety, żeby i jej pomóc - Tak mi przykro, chyba obydwoje padliśmy ofiarą... właściwie sam nie wiem czego - wzdycham cicho. Przyglądam się jej uważnie, szybko dochodząc do wniosku, że byliśmy z dwóch zupełnie różnych światów. Ja, z włosami w nieładzie, odziany w garnitur w duchu mody zdecydowanie bardziej mugolskiej niż magicznej; ona, elegancka dama, zapewne jakaś lady, albo ktoś podobnego formatu. Z pewnością była tutaj gościem, a to znaczyło, że miałem jeszcze bardziej przejebane.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Boczna scena [odnośnik]21.12.19 11:34
Gdyby Elise wiedziała, że coś podobnego może się przydarzyć, na pewno nie wędrowałaby teraz tym korytarzem. Ale co miało się stać? Jej krok był pewny, zmierzała ku matce i siostrze, które przed popołudniowym występem miały zamiar zjeść obiad w tutejszej restauracji dostępnej jedynie dla czarodziejów czystej krwi, dzięki czemu nie musiała obawiać się obecności plebsu. Tak jej się przynajmniej wydawało i na pewno bardzo by się zdziwiła, gdyby się dowiedziała, że Fantasmagoria zatrudniała nawet nie czarodzieja półkrwi, co jeszcze byłoby dopuszczalne (wszak nie wszyscy czarodzieje półkrwi mieli rodzica mugola i w społeczeństwie była ich większość, więc często przydawali się do różnych zajęć niekoniecznie odpowiednich dla wysoko urodzonych), a najzwyklejszego szlamę. Który w dodatku nie umiał obchodzić się z różdżką i doprowadził do incydentu, który mógł zagrozić Elise. Co z tego, że był to tylko powiększony materiał? Nottówna miała tendencję do wyolbrzymiania i wyobraźnia już podpowiadała jej zamach plebejusza na jej szlachecką osobę i próbę pokrzywdzenia jej z pomocą powiększonych dekoracji, które przecież mogły ją udusić. A już na pewno zniszczyć jej suknię i fryzurę!
Próbowała się wyplątać, coraz bardziej oburzona tym, że ktoś najwyraźniej zażartował sobie z niej w taki sposób. Materiał trzymał mocno niczym diabelskie sidła, dopiero po chwili, dzięki zwinności, udało jej się wyplątać jedną dłoń, a zanim oswobodziła i drugą rękę, nagle poczuła, że materiał kurczy się i puszcza ją. Elise upadła na ziemię, po chwili dostrzegając obok... domowego skrzata. Obecność takiego stworzenia nie zdziwiła jej, spodziewała się, że w takim miejscu jak to może pracować i jakiś skrzat. Wstała, czując, że jej fryzura, którą tak starannie poprawiała w łazience, jest w kompletnym nieładzie. Przytrzymująca włosy ozdobna przepaska wypadła, a loki rozsypały się po jej ramionach, i to wcale nie z gracją, a były potargane. Suknia na szczęście nie była potargana, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale wyraźnie wygnieciona i w paru miejscach nosiła na sobie ślady spotkania z podłogą.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, podchodzący do niej mężczyzna niechybnie padłby martwy w chwili, w którym napotkał na oburzony wzrok Elise. Wstała sama, natychmiast odsuwając się o krok. Nie chciała, by jej dotykał. Była wyraźnie rozzłoszczona i oburzona, miała ochotę tupnąć nóżką ze złości i nakrzyczeć na tego gapiącego się jegomościa, który tak sobie z niej zakpił.
- Czyżby? – zapytała. – Czy to nie pańska sprawka, że te bele materiałów właśnie próbowały mnie udusić? – zapytała rozemocjonowanym głosem, wyolbrzymiając zagrożenie niesione przez materiał wypełniający korytarz jeszcze chwilę temu. Jej służka nadal była omdlała, ale skrzat już ją cucił. A Elise może i nie grzeszyła wybitną inteligencją, ale w zasięgu wzroku nie widziała innego podejrzanego, zaś ten mężczyzna... cóż, wyglądał bardzo podejrzanie, zwłaszcza ten jego ewidentnie plebejski strój! Nie wyglądał na pracownika Fantasmagorii, może był włamywaczem albo... kimś z tych szlamolubnych świrów, i dostał się tu, by czaić się na niewinne damy i krzywdzić je z zawiści, że miały w życiu lepiej? Szlamy i półszlamy były w końcu bardzo podłe, zawistne i pragnące sprowadzić wszystkich do swojego nędznego poziomu, w to przynajmniej wierzyła Elise, chłonąc jak gąbka słowa ojca. Pan ojciec nie raz już ostrzegał ją, by w Londynie miała się na baczności, bo szlamy i ich wielbiciele pragną zburzyć odwieczny porządek i stanowią zagrożenie dla takich jak ona. To pogłębiało jej niechęć do niższych warstw społecznych.
- Pracuje tu pan? Pańskie nazwisko? – dopytywała stanowczo, zamierzając sprawdzić, czy ów jegomość rzeczywiście jest tu zatrudniony, czy może dostał się tu w niecnych zamiarach i właśnie omal nie udało mu się zranić jednej z dam odwiedzających lokal. Jeśli to drugie, liczyła na to, że zostanie szybko przekazany w ręce odpowiednich służb. A jeśli to pierwsze, jeśli jakimś cudem ktoś taki tu pracował, to liczyła że szybko zostanie zwolniony.
- Zniszczył mi pan fryzurę – jęknęła, ciągnąc dłońmi za potargane loki z załamaną miną. Doprowadzenie ich do ładu trochę potrwa, a jej służka wciąż była cucona przez skrzata. Nie mogła w takim stanie dołączyć do bliskich, bo w restauracji byli też inni dobrze urodzeni goście, zaś Elise wyglądała, jakby właśnie przeszła przez gąszcz diabelskich sideł.
Elise Nott
Zawód : Dama, ozdoba salonów
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ty się nazywasz lew, a lwa nie obchodzi zdanie owiec.
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6043-elise-nott https://www.morsmordre.net/t6157-poczta-elise https://www.morsmordre.net/t6156-panienka-nott https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6159-skrytka-bankowa-nr-1507 https://www.morsmordre.net/t6158-elise-nott
Re: Boczna scena [odnośnik]13.09.20 13:16
10.07

Sowa madame Mericourt faktycznie zastała mnie w dobrym zdrowiu oraz w przypływie weny dodatkowo podlewanej alkoholem, więc w pierwszej chwili miałem wrażenie, że to tylko sen (albo raczej wstęp do jakiejś dziwnej, wyimaginowanej, erotycznej przygody; cóż, muszę przyznać, że miewałem czasem... no nieważne zresztą), z którego za moment się wybudzę. Szczypałem się wielokrotnie, sprzedałem sobie kilka plaskaczy i nic! Nie obudziłem się, wciąż trwałem w tym samym miejscu, ściskając w dłoni list wypisany znajomym, eleganckim pismem. Co Fantasmagoria mogła ode mnie chcieć w środku nocy? Nie powiem, byłem trochę skonfundowany - jednocześnie zestrachany i podekscytowany tajemniczym zleceniem. Później zaczęły się nieco bardziej strome schody, bo musiałem wytrzeźwieć zanim pojawię się w balecie. Ponownie - pomoc Łapserdaka okazała się nieoceniona; naparzył mi jakiś obrzydliwych ziółek, po których wyrzygałem dosłownie wszystko co żarłem i chlałem przez ostatni tydzień, później przeraźliwie zimny prysznic i voila! Oto jest człowiek jak nowo narodzony. Jeszcze tylko odziać się w najlepszy garnitur (oraz nieśmiertelną koszulę w stokrotki) i można ruszać prosto na balety... wróć, prosto do baletu.
W każdym razie poruszałem się według wskazówek zapisanych na papierze, ba! Wziąłem ze sobą pismo, by w drodze nic nie pomieszać, szczególnie, że w mojej głowie odbywała się właśnie prawdziwa gonitwa myśli, taki młyn miałem tam chyba ostatni raz wtedy jak żeśmy się z Morganem spotkali w celach biznesowych, a on poczęstował mnie grzybami. Mijam ogrody i wchodzę do pustego, ciemnego holu. Nocą wygląda inaczej, ja zaś czuję, że autentycznie zaczynam się pocić i sam nie wiem czy to ze względu na upalną noc, czy raczej stres. Moje kroki odbijają się echem od zdobnych ścian oraz wysokiego sufitu. List upycham w kieszeni, w zamian sięgając po kieszonkowy zegarek. Dziesięć po, mam jeszcze chwilę, wprost idealnie, akurat zdążę łyknąć z piersiówki, więc ciągnę porządnego łyka, chociaż, kurwa, miałem nie pić, miałem być czysty jak łza (z tym to bym w sumie nie przesadzał, w moich żyłach i tak płynęło więcej wódy niż krwi), aaaale jebać to. Należy mi się odrobina na odwagę. Stukam cicho we wrota, po czym naciskam klamkę i powoli otwieram drzwi, równie niespiesznie przekraczając próg bocznej pracowni. Rozglądam się dookoła, przesuwając wzrokiem po wnętrzu, aż w końcu zatrzymuję spojrzenie na kobiecej sylwetce. Skrzydło uderza o framugę i chociaż robi to wyjątkowo delikatnie, huk odbija się echem w mojej głowie - Madame - witam ją ukłonem, po czym stawiam kilka kroków wgłąb sali, dłonie splatam za plecami, mocno ściskając palce. Milczę, w oczekiwaniu na to, aż zdradzi mi cel naszego spotkania. Oh, Godryku, byle nie okazało się, że moje kłamstwa wyszły na jaw i właśnie przybyłem na własną egzekucję.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Boczna scena [odnośnik]14.09.20 19:26
Wypełnianie obowiązków było dla Deirdre przyjemnością. Czystą, nieskalaną, niezależnie, czy rozcinała klatkę piersiową dziecka, obserwując cierpienie wypisane na twarzy szlamiego rodzica, szlochającego w błagalnej agonii o oszczędzenie córki, czy też dyskutowała o odwadze Strawińskiego z studwudziestoletnim marszandem, pragnącym wznieść swą młodziutką podopieczną na panteon gwiazd la Fantasmagorii, by przed przekroczeniem kurtyny śmierci zaznać jeszcze raz dumy. Potrafiła przybierać wiele masek, dwie z nich przylegały jednak najlepiej, stając się wręcz nie do odróżnienia od prawdziwej twarzy. Ta śmierciożerczyni poiła się krwią, madame Mericourt syciło piękno w najbardziej eleganckiej postaci - gdzieś pomiędzy (za?) znajdowała się ona. Chciałaby zapomnieć o tym, że została sprowadzona do roli kochanki, metresy, utrzymanki nestora; im silniejsza stawała się wśród Rycerzy czy w ogóle czarodziejskiego społeczeństwa, tym ta cała upokarzająca zależność mocniej raniła dumę. Nie istniało wyjście ewakuacyjne, nie miała też czasu, by planować kolejną walkę o niezależność, postępowała więc zgodnie z instynktem: pracoholiczki, prefektki, pedantki, pragnącej wykonać obowiązek Deirdre jak najlepiej.
Obsypując nestora nie tylko pieszczotami, ale i prezentami. Była mu to winna, ale to nie wyrzuty sumienia kierowały nią, gdy podejmowała decyzję o zaprzęgnięciu Bojczuka do tego wyjątkowego zlecenia - serce pompowało krew oddaniem, pragnieniem, chęcią zaimponowania. I w pewnym stopniu zaznaczenia swej trwałej obecności. Wahała się długo, rozważała wszelkie za i przeciw, lecz doskonałe opinie, jakimi cieszył się Johnatan oraz jego bezkompromisowość w wyborze środków przekazu przeważyła szalę na korzyść (czy aby na pewno?) nieświadomego jeszcze malarza, który w końcu pojawił się w pracowni artystów. Najmniejszej, najbardziej kameralnej i zarazem zapewniającej całkowitą dyskrecję: w la Fantasmagorii o tej porze nie było nikogo, zostali sami w całym opustoszałym gmaszysku, nie licząc śpiących syren. Deirdre czuła się więc swobodnie i pewnie, powoli odwracając się od buchającego ogniem kominka, wypełniającego pomieszczenie przesadnym - jak na to upalne lato - ciepłem.
- Punktualny i elegancki jak zawsze. Witaj, Johnatanie - odpowiedziała na powitanie, przesuwając uważnym spojrzeniem po nieco rozczochranych lokach, specyficznej koszuli oraz równie zabałaganionym spojrzeniu. Może ironizowała, może nie; coś w jej aurze, pozie, w ruchu ciała było zupełnie inne od sztywnej, wymagającej i surowej madame Mericourt rządzącej w la Fantasmagorii za dnia. Nie zmienił się tylko ubiór, czarna suknia opinała jej ciało od kostek aż do szyi, a rękawy sięgały daleko za dłonie. Reszta: wydawała się miększa, prawie czulsza, lecz wbrew pozorom - groźniejsza nawet od krytycznej oschłości. - Przejdę od razu do konkretów. Czy mogę ci zaufać, Johnatanie? W pełni? - spytała, idąc powoli w jego stronę, akcentując wyraźnie ostatnie pytanie. Przyglądała mu się uważnie, zmrużonymi oczami, nadającymi jej jeszcze bardziej kociego wyglądu. - Mogłabym zaoferować ci wyjątkowo ważne zlecenie. Imponująca zapłata. Ale zleceniodawca...powiedzmy, że jest więcej niż wymagający, a oprócz talentu niezbędna do wykonania jest absolutna dyskrecja. Całkowita. Powiedzmy - dozgonna - dotknęła długim, czerwonym paznokciem swojej dolnej wargi w geście zamyślenia i zastanowienia, po czym przystanęła naprzeciwko Bojczuka, dalej przeszywając go wyczekującym i oceniającym wzrokiem. Zdawała się nie mrugać i nie oddychać, choć wyraźnie czuła, że mężczyzna niedawno wyszedł spod prysznica. Zapewne na magicznej izbie wytrzeźwień, do jej nozdrzy doleciał zapach alkoholu; zmarszczyła nieco brwi, ale nic nie powiedziała. Może to i lepiej?


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Boczna scena [odnośnik]15.09.20 12:58
Punktualny i elegancki... no tego to chyba jeszcze nie grali. Czy ktoś kiedykolwiek nazwał mnie eleganckim? Być może. Punktualnym? Nigdy. Inna sprawa, że tutaj, w murach Magicznej Perły, nie mogłem być sobą (wówczas nie wpuszczono by mnie nawet za bramę, a co dopiero do środka), tutaj byłem panem Bojczukiem, punktualnym i eleganckim jak zawsze. Być może ironizowała, ale kąciki moich ust i tak drgnęły unosząc się w delikatnym uśmiechu, skinąłem głową w wyrazie niemego podziękowania. Potem wbijam spojrzenie w madame Mericourt i pomimo typowej czerni otulającej jej smukłą sylwetkę, wydawała się jakaś... inna. Mniej spięta i sztywna niż zwykle; teraz, kiedy nie było tu nikogo oprócz nas zdawała się być prawdziwą królową Fantasmagorii, w dodatku taką, której boisz się zajrzeć w oczy bo każe ściąć ci głowę. Królowa Kier sycąca się purpurą swoich kart. Pod naporem kociego spojrzenia zrobiło mi się jeszcze bardziej gorąco, chociaż sam wolałbym tłumaczyć to buchającymi zza kobiecych pleców płomieniami. Przekładam ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Całe to spotkanie zaczyna się dosyć niepokojąco, a atmosfera wydaje mi się tak gęsta, że można by kroić ją nożem, albo bardziej, tak sztywna, że zwykły nóż to mogłoby być za mało. Cisza, która zaległa między nami po pierwszych zadanych pytaniach, boleśnie wwierca mi się w uszy, więc kiwam powoli głową - Tak, oczywiście - mówię w końcu, chociaż brak w moim głosie typowej pewności siebie. Kurwa, naprawdę czuję się onieśmielony, jakbym pierwszy raz w życiu rozmawiał z kobietą. Bojczuk, do chuja Merlina, ogarnij się; strzelam se kilka mentalnych plaskaczy na odmulenie i chociaż w pierwszej chwili, kiedy podchodzi bliżej, mam ochotę się cofnąć, to ostatecznie stoję w tym samym miejscu, nieco mocniej zaciskając palce wokół swojego nadgarstka, wciąż gdzieś za plecami. Kolejne słowa wirują wokół, odbijając się echem od ścian; intrygujące i niepokojące jednocześnie, ale czy właśnie takich zleceń nie lubiłem najbardziej? Czy właśnie takich mi nie brakowało w ostatnim czasie? Cóż, być może jeszcze się okaże, że malarstwo może być równie energetyzujące jak morskie podróże - Kto... - jest zleceniodawcą; przechodzi mi przez myśl, ale chyba nie powinienem o to pytać, tak dla własnego... komfortu psychicznego. Chrząkam cicho - Co to za zlecenie? - pytam, nie spuszczając wzroku z madame Mericourt - Potrafię być dyskretny - zapewniam. Ta, po chuju, jak ostatnio prosiła o dyskrecję to powiedziałem dosłownie kurwa każdemu, że zatrudniono mnie w balecie; ale tym razem byłem wręcz stuprocentowo pewny, że jakbym się wygadał to by się źle skończyło. To znaczy źle dla mnie. Wbijam spojrzenie w długi, czerwony paznokieć i kształtne usta Deirdre... O Boże. Ochłoń, chłopie, nie myśl o niczym zdrożnym. Nie myśl o niczym zdrożnym. Pomyśl o czymś co cię totalnie nie rajcuje. Ciotka Brunhilda. Pijana ciotka Brunhilda tańcząca kankana na stole w jadalni... Ugh, trauma jeszcze z okresu nastoletniego.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk

Strona 4 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Boczna scena
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach