Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Charnwood
AutorWiadomość
Charnwood [odnośnik]10.02.18 13:36
First topic message reminder :

Charnwood


Charnoowd to urokliwe miejsce w którym można skryć się pod koroną wiekowych drzew, jak i uraczyć wzrok pięknymi widokami rozciągającymi się ze wzgórza. To miejsce w którym można odpocząć od cywilizacji. Krąży jednak legenda, by pod żadnym pozorem nie wchodzić w las podczas mglistych nocy, mawia się że głos nawołujący pomocy to magiczne stworzenie potrafiące imitować ludzkie słowa, zwabia w ten sposób niczego nieświadomych ludzi, by ci nigdy więcej nie opuścili już lasu błąkając się w nim po kres swych dni.  

W tej lokacji obowiązuje bonus do rzutu kością w wysokości +5 dla Zakonników i +10 dla Gwardzistów.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 08.11.18 12:07, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Charnwood - Page 11 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Charnwood [odnośnik]11.08.20 23:27
Rozumiała przynajmniej niektóre zależności w panujących wśród arystokracji konwenansach. Nie powinna się tez dziwić, że tak młoda kobieta, powinna była mieć ze sobą stosowne towarzystwo. Sama w podobnym wieku startowała już na kurs do Ministerstwa i zdecydowanie posiadała więcej swobody, a jednak - jeśli dobrze pamiętała - wciąż ktoś znajdował się w jej pobliżu, czuwając. Począwszy od jej mentorki, po innych, prawdopodobnie przesyłanych przez rodziców stróżów. Wysłuchała więc słów młodziutkiej czarownicy bez emocji, kiwając początkowo głową, by potem przywołać na usta lekki uśmiech, który nie sięgnął jednak oczu - Możliwe - zaczęła z namysłem - i przyznaję, że to niesamowita umiejętność - zawiesiła głos, pozostając jednak w miejscu - czy potomkini tak zacnego rodu, posiada podobną zdolność? - musiała przyznać, że różdżkarstwo było jedną z najbardziej tajemniczych dziedzin w świecie czarodziejstwa. Ktoś, kto poznał i umiejętnie posługiwał się jego arkanami, musiał być wyjątkowy. I tej wyjątkowości potrzebowała dziś szczególnie.
Z satysfakcją przyjęła zgodę na spotkanie. Nie była pewna, czy czarownica zdecyduje się podjąć podobnego zlecenia. Wcześniej, wiedziała o predyspozycjach panny Olliwander tylko z polecenia. Dziś, miała okazję nieco bliżej przyjrzeć się nie tylko osobie młódki, ale i - na co miała nadzieję - także potwierdzić rodowe zdolności w dziedzin ie różdżkarstwa.
Na bardziej bezpośrednie pytanie, pozwoliła sobie na bardziej szczery wyraz i spojrzeć w jasne lica czarownicy. Od czasu do czasu chwytała uwagę na milczącej kobiecie, ale ta zdawała się być niewzruszona rozmową. Dobrze - Oczywiście, już tłumaczę - powoli wsunęła wolną dłoń do torby, która znajdowała się pod cienkim płaszczem. Zwinnie chwyciła podłużne zawiniątko, by wysunąć na powierzchnię różdżkę, odsłaniając jej widok z materii owiniętej do tej pory chusty. Spojrzała raz jeszcze na różdżkarkę, by ruszyć do przodu, pokonując dzielącą ich odległość i przybliżyć drewienko - Chciałabym dowiedzieć się jak najwięcej, na temat tej różdżki - to, na co sama mogła sobie pozwolić, już zdążyła sprawdzić. Ostatnim, użytym zaklęciem było abesio, a drobiny krwi, które zasechł na chropowatej powierzchni, mogły potwierdzać przewidywany scenariusz. Nie wiedziała tylko, czy właściciel był rzeczywiście poszukiwanym czarodziejem, czy też zbiegiem okoliczności należała do kogoś zupełnie innego. Wydarzenia ostatnich miesięcy jasno mówiły, jak wiele osób znikało w tajemniczych okolicznościach i zgłoszeń miała nawet więcej, niż kiedyś. Czy żerowała na cudzym nieszczęściu, oferując swoje usługi? Nie. Wykorzystywała tylko okoliczności. Tego przecież uczyła się jeszcze w wiedźmiej straży. Wciąż nie umiała wyjść z tej roli.


As a child you would wait
And watch from far away
But you always knew that you'd be the one
That work while they all play

Veronica Findlay
Zawód : Szuka informacji
Wiek : 38
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Potrzeba wielkiego talentu i umiejętności, by ukryć swój talent i umiejętności
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8274-veronica-findlay#240381 https://www.morsmordre.net/t8327-verito#240939 https://www.morsmordre.net/t8325-wiedzmie-sprawy#240935 https://www.morsmordre.net/f161-dolina-godryka-17 https://www.morsmordre.net/t8330-skrytka-bankowa-1990#241107 https://www.morsmordre.net/t8326-veronica-findlay#240930
Re: Charnwood [odnośnik]25.02.21 2:06
05.12

Zapytani o pierwsze kwiaty, ludzie najczęściej myśleli o przebiśniegach, czy krokusach, które miały w zwyczaju pysznić się lekko zazielenionych słońcem trawnikach. W pewnym sensie trudno ich dziwić, gdy po miesiącach zimowej, angielskiej, zimowej pluchy, pojawiały się, jakby puszczając zalotnie kolorowe oczko.
Zdaniem panny Sprout rzecz jasna, każdy kwiat zasługiwał na uwagę i w pewien sposób nawet miłość, czy raczej swoistą jej odmianę, ale połączoną z wiedzą, którą ona sama zbierała latami. Dlatego więc ona, na pytanie o pierwsze kwiaty bez wahania odparłaby, że jest nią Ciemiernik, czyli bożonarodzeniowa róża, która jako jedna z nielicznych kwiatów kwitła właśnie zimą. Rzecz jasna z pewnych obserwacji, które przez lata zdążyła poczynić Aurora, mogła śmiało stwierdzić, że i w tym wypadku wszystko zależało od temperatury.
Mrozy, które mimo wszystko zdarzały się nawet w tej części świata, sprawiały, że pąki, chociaż obecne na krzewie, nie otwierały się aż do lutego lub marca, sprawiając, że nie czyniło z nich nic więcej jak kolejny wiosenny kwiat. Jednak zima taka jak tegoroczna sprzyjała temu, by pomiędzy wiecznie zielonymi liśćmi rozwijały cudowne, przypominające róże pąki.
To dla nich Aurora wyruszyła w dawno nieodwiedzane tereny, gdzieś pośrodku niczego. Po raz pierwszy przybyła tu z tatą, jako mała dziewczynka. Zadziwiające było to, że wciąż bardzo dokładnie pamiętała ten dzień.
Czasy były spokojniejsze, świat nie drżał w przestrachu przed nadchodzącym świtem.
Ona i pan Sprout, ubrani na cebulkę przemierzali wtedy gęstwinę zupełnie sami. To była jedna z tych śnieżnych zim, a tamten poranek szczególnie docinał im zimnej. Pan Sprout już poprzedniego wieczoru stwierdził, że Aurora musi wcześnie się położyć, bo rano czeka ją niespodzianka — niestety efekt był odwrotny od zamierzonego, bo dziewczynka na myśl o możliwej, nadchodzącej przygodzie ledwo co mogła zmrużyć oko, a gdy już wreszcie to zrobiła, to miała wrażenie, że spała ledwo kwadrans.
Tata poinstruował ją, że musi się ciepło ubrać i zjeść duże śniadanie, zapite ciepłym mlekiem. Aurora, która zwykle niezbyt chętnie podchodziła do krótkiego spania, dużego jedzenia, czy ciepłego ubioru, wtedy nie poskarżyła się ani razu.
Rodzice już wcześniej zauważyli, że dziewczynkę ciągnie do roślin — nie było to zaskoczenie, ostatecznie jej tata pochodził z dumnego rodu Sproutów, chełpiącego się tym, że umieli posadzić niemal wszystko i niemal wszędzie.
Jednak jak to mówią z wielką mocą, wiąże się wielka odpowiedzialność i podejmowali się niektórzy próby ochrony roślin narażonych na zniszczenie przez bezmyślnych czarodziejów, którzy rwali wszystko, jak leci, gdy uznawali, że przyda im się to, czy owo do eliksiru.
Przydatną rzeczą jasna były również badania, które pozwalały zapoznać się z cyklem życia rośliny, gdy jej właściwości mogły okazać się szczególnie przydatne, czy niebezpieczne — niektóre z nich z pewnością potrafiły się bronić.
Tamten zimowy poranek skończył się tym, że dokonali oględzin i tata pokazał jej jak szybko naszkicować daną roślinę, wykonując kilka prostych pomiarów przy pomocy różdżki.
Minęło wiele lat, nim Aurora powróciła w to miejsce. Właśnie dzisiaj, właśnie teraz.
Śnieg skrzypiał na łysych drzewach, uginając gałęzie, niczym grzechy — jednak czemuż winne mogło być drzewo? Wiosną mogło służyć jako materiał na różdżkę, którą jakiś czarnoksiężnik wykorzysta do celów haniebnych. A może latem było świadkiem zakazanej schadzki i skrywało pod swoimi liśćmi, dwoje kochanków wymieniających się wstydliwym, acz pożądliwymi pocałunkami? A może jesienią wykazało się próżnością i gdy inni skomleli o grosz, ono pyszniło się jak monarcha złotem i purpurą?
A może było niewinne, jak bywają czasem niewinni ludzie dobrzy, przygnieceni śniegiem niezawinionych problemów.
Ten sam śnieg jednak skrzypiał właśnie pod jej stopami, prowadząc zatartą przed laty ścieżką, gdy próbowała kroczyć krok w krok za tatą, stawiając małe stopy w jego ślady.
Teraz nie było przewodnika i Aurora sama sobie była sterem i śladem do kroczenia — za małą Sprout, duża próbowała stawiać kroki. Nie liczyła na odzyskanie tamtych chwil, minęły. Mogła jednak zaopatrzona w swój ołówek i szkicownik spróbować ponownie spojrzeć na bożonarodzeniową różę i przenieść jej piękne kształty na papier.
Aurora nie była dobra w pojedynkach, nie brylowała w transmutacji, czy urokach, ale miała pewną zdolność godną pozazdroszczenia — świetna pamięć dziewczyny, jedna z niewielu jej cech wyróżniających się, pozwoliła jej dotrzeć bez większych trudności do skrytej przed światem polany, do której tak tęskniła od lat.
Przystanęła na skraju, pozwalając sobie nacieszyć oczy widokiem, który z pewnością nie raz jeszcze powróci do niej w snach. Potem niespiesznie przymknęła powieki i wzięła oddech, rozkoszując się zapachem samotności.
Dolina Godryka, chociaż rzecz jasna pozostanie jej domem zawsze, w ostatnim czasie zrobiła się dość tłoczna, więc Aurora naturalnie potrzebowała poprzebywać w nieco ograniczonym, jeśli nie w żadnym towarzystwie.
Gdy wreszcie nasyciła płuca zapachem miękkiego śniegu, wymieszanego z wonią kwiatów, postąpiła kilka kroków, żeby wybrać odpowiednie miejsce — ani w głowie było jej zerwanie choćby jednego kwiatu, jeśli nie zajdzie ku temu wyższa konieczność. Chciała spróbować odnaleźć wzór, o ile takowy istniał, jak gęsto i licznie porastają owe pąki, każdą gałąź i od czego może to zależeć.
Znalazła pień, który jakiś postrzelony drwal musiał pozostawić po sobie, gdy już ściął drzewo niemal przy samej ziemi i usiadła na nim, kilka centymetrów raptem od prawej krawędzi całego rzędu kwiatów. Byłaby z pewnością zupełnie niewidoczna dla kogoś, kto przybyłby z drugiej strony, a przynajmniej do momentu, gdyby nie podszedł nieco bliżej — nieboniebieski płaszczyk odznaczał się na tle czystej bieli.
Aurora wyciągnęła niewielki scyzoryk, dopełniając bardziej dla siebie, niż nawet dla formalności, delikatnego naostrzenia ołówka i przyłożyła grafit do pierwszej, pustej strony.

Ciemiernik (Helleborus)

Napisała na środku i pociągnęła kilka pierwszych starannych kresek. Już miała dodać kilka kolejnych, gdy zdało się jej, że gdzieś w niedalekiej odległości skrzypnął śnieg. Zwierzę to, czy może czarodziej? Kolejne skrzypnięcie, które sprawiło, że Aurora pomału sięgnęła po swoją różdżkę.
Była daleko od wielu, jednak wynikało z tych pojedynczych skrzypnięć w świeżospadłym śniegu, że jednak nie z dala od wszystkich...


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
And if you don't like me, as I do you;
I understand.
Because who would really choose a daisy,
in a field of roses?
OPCM : 6
UROKI : 0
ALCHEMIA : 19 +3
UZDRAWIANIE : 10 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Charnwood - Page 11 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488
Re: Charnwood [odnośnik]01.03.21 5:07
Nie pamiętał ostatniej wędrówki z ojcem - może nigdy do takowej nie doszło? Im intensywniej rozmyślał o rodzicielu, tym mniej szczegółów przywoływał w zawodnym umyśle. Czasem wydawało mu się, że mężczyzna istniał jedynie w wyobraźni Oleandra jako widmo wybujałej kreatywności; jak zatem młody Flint przyszedł na świat? Niejasne. Niekoniecznie szukał odpowiedzi na tak osobliwe pytanie uznając, że przeszłość oraz początek istnienia nie miały większego znaczenia. Zapewne doświadczenia dzieciństwa ukształtowały go do obecnej formy, ale to wszystko przeminęło. Nie wróci jak za dotknięciem magicznej różdżki, nie wpłynie już na teraźniejszość ani niewyraźną przyszłość. Tak, chciałby mieć co wspominać wprawiając spokojne serce w drżenie, pokrywać zmęczone ciało falą przyjemnego ciepła, ale niektóre rzeczy pozostawały niemożliwe. Bez względu na starania oraz uporczywe marzenia. To gorzka pigułka dorosłości, jaką przyjął tuż po zakończeniu szkoły. Wtedy życie wydawało się prostsze, lżejsze, bardziej obiecujące - gdzie podziało się teraz? Przykrył je wojenny kurz? Zakrył całun wszechobecnej destrukcji? Szukał go nieobecnie każdego dnia, z marnym skutkiem.
Tamtego dnia podjął konkretną decyzję: dość. Dość pesymistycznych myśli, czarnych scenariuszy, nieodpartego smutku oraz poczucia niesprawiedliwości. Narzekaniem nikt nigdy niczego nie osiągnął, bezczynnym siedzeniem na czterech literach również. Potrzebował bodźców, działania - czegoś, co wybudzi go z ostatnich tygodni fatalnego marazmu. Rozpaczliwie uciekał w pracę, z pracy w kolejne zajęcia, zapełniał maksymalnie czas, byleby tylko nie myśleć za dużo; to od myślenia psuło się zdrowie psychiczne. Ze względu na matczyną krew wolał nie ryzykować z materią mentalnego zdrowia, skończyłoby się to fatalnie.
Zarządził sobie przerwę od studiowania anatomii oraz prób rozszyfrowania numerologicznych wzorów. Rozmasował zbolałe skronie, dość drastycznie przeładowane ogromem wiedzy, którą zamierzał pochłonąć w całości - jak najprędzej, szybko, na już. Niecierpliwy, pospieszny, niedbały. W ten sposób nie dojdzie do niczego. Odetchnął zatem głęboko nim ubrał się w ocieplaną szatę i ruszył na podbój świata. Nie, tak naprawdę to nie, potrzebował spaceru. Świeżego powietrza.
Znajome ścieżki Charnwood zawsze przynosiły ukojenie. Były jak matczyne ramiona, ciepłe oraz bezpieczne. Mroźne powietrze zalało zastałe płuca, podrażniło gardło oraz nos, przypomniało o życiu toczącym się poza czterema ścianami. Las pozostawał cichy, atmosfera zastana i niczym niezmącona. Słyszał jedynie własne ciężkie kroki przedzierające się przez śnieg ułożony na niewytyczonych nigdy dróżkach i było w tym coś uspokajającego. Samotność. Ponownie dał porwać się jej do tańca. Skrzyżował ręce na piersi jakby zamierzał pocieszyć samego siebie - wszystko się ułoży, wystarczy odrobina wiary. Przecież tęsknił za sobą, za lekkością charakteru, niepoważnym usposobieniem. Nadarzyła się szansa na odnalezienie zagubionej duszy w labiryncie rzeczywistości. Skorzystał z niej.
Nie spodziewał się jednak, że wędrówka do swojego wnętrza okaże się daremną z powodu obecności drugiego człowieka. Najpierw na horyzoncie pojawiła się bliżej nieokreślona, siedząca na pniu sylwetka, która z każdym krokiem przeistaczała się w osobowość zawierającą szczegóły. Kobieta, blondynka, na oko w podobnym wieku - dlaczego nie kojarzył łagodnej twarzy, niezwykle jasnych oczu, przyjemnej dla oka aparycji? Przystanął, w pierwszym odruchu nie wiedząc co zrobić. Odejść, podejść? Deliberował nad tym dobrych kilka sekund nim wreszcie zbliżył się spokojnym, miarowym krokiem do niespodziewanego celu podróży. Tak w razie gdyby planowała na niego zamach różdżką. Może płochliwością dorównywała dzikiej zwierzynie?
- Przepraszam, nie chciałem przeszkadzać - zaczął już bez cienia zawstydzenia; ręce spoczęły luźno wzdłuż tułowia. - Charnwood to dość niebezpieczny wybór na samotne odwiedziny - zauważył konkretnie. Wiedział o tym doskonale, posiadał wiadomości z pierwszej ręki. - Można natknąć się na nieprzyjazne centaury lub agresywne stworzenia. Jestem też pewien, że szmalcownicy mogą przeczesywać tutejsze tereny. - Przy ostatniej uwadze westchnął ciężko. Lewa dłoń powędrowała do czubka głowy, gdzie niedbale przeczesała ciemne włosy. - Nazywam się Oleander Flint. - Uznał, że zawieszenie we wzajemnej nieznajomości nie budowało zaufania. - Może mógłbym w czymś pomóc? - zaproponował śmiało. Nie zamierzał mieć kobiety na sumieniu, wolał mieć ją na oku do czasu, aż nie skończy tego… cokolwiek robiła. Rysowała? Sporządzała notatki? Wzrok mimowolnie przesunął się na wystające spod śniegu ciemierniki, ale nie rzucił o nich nawet wzmianki. Zamiast tego ponownie podniósł spojrzenie na twarz jasnowłosej w napiętym oczekiwaniu.


posłuchajcie opowieści liści: jak liściowi liść
szaleństwo wróży.

Oleander Flint
Zawód : uzdrowiciel, botanik
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
to korzeń fiołkowy
może to sny nasze
pogrzebane
wzruszyły korzenie?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9284-oleander-flint#282747 https://www.morsmordre.net/t9298-cykoria#283083 https://www.morsmordre.net/t9297-oleander#283077 https://www.morsmordre.net/f327-leicestershire-charnwood https://www.morsmordre.net/t9325-skrytka-nr-2153#283830 https://www.morsmordre.net/t9324-oleander-flint#283826
Re: Charnwood [odnośnik]25.03.21 17:13
Jednak czarodziej… Z racji tego, że wielkiego obycia w świecie zwierząt nie miała, musiała przyznać, że przyjazny czarodziej zawsze przyjemniejszy dla ciągłości życia, niż dzikie magiczne zwierze, z którym najpewniej nie wiedziałaby co począć. Zadziwiające było jednak to, ze zwierzęta, nieważne jak dzikie, raczej unikały kontaktu z człowiekiem — czy to mugolem, czy czarodziejem, na konfrontacje stawiając na ostatnim ledwie miejscu. Tylko ludzie zabijali dla zabicia samego w sobie. Oczywiście nie wszyscy i Aurora miała nadzieję, że przynajmniej w tym wypadku nie trafiła na kogoś, kto gotów był machnąć różdżką i pozbawić ją życia. Sama chyba nie miała w sobie tyle mocy, żeby rzucić Avadą… A wolała nie sprawdzać, tak na wszelki wypadek.
Widząc mężczyznę, nieznacznie zmrużyła powieki, patrząc, jak podchodzi bliżej. Mieli podobny odruch — łapali za różdżkę, czyli żadne z nich nie czuło się wystarczająco pewnie. No, a przynajmniej ona sobie tak to tłumaczyła, Być może nieco naiwnie. Chciała jednak wierzyć, że w miejscu tak spokojnym nic jej nie grozi.
Jak się jednak okazywało, zgodnie z tym, co mówił młody mężczyzna, tereny te straciły na swej niewinności — chłonąc przelaną krew. Czarodzieje nie mieli dla siebie litości, nawet w miejscach, jak te. Co by zrobiła, gdyby napadła ją banda szmalcowników? Najpewniej podjęłaby próbę obrony, ale nie ma się co oszukiwać — obrona przed czarną magią nie była jej najmocniejszą stroną. Jej różdżka niezbyt chętnie, podobnie z resztą jak właścicielka, poddawała się zaklęciom, które zamiast leczyć, miałyby wyrządzić krzywdę.
- Nie przeszkadza pan… - Odparła najgrzeczniej, jak umiała, nie wiedząc jednocześnie, że najpewniej popełnię faux-pas, nie tytułując go lordem. Dla niej, zupełnie nieświadomej obecnej polityki obecnych czasów, był chłopakiem w podobnym wieku. Niemalże rówieśnikiem, który być może nawet mijał się z nią na szkolnych korytarzach. Kilka lat w podróżach sprawiło, że odzwyczaiła się od tego, jak sztywne są ramy szlachty angielskiej. Ostatni raz zwróciła się do kogoś per Lord w październiku, gdy Ares Carrow chciał ją upokorzyć, wypominając jej, że nie dość, że zbrukał jej czystość, to teraz uważa ją za gorszą z tego powodu. Ona więc posiłkując się swoim prostym umysłem, postanowiła odpłacić mu w sposób, który mógłby go zaboleć. Skoro dla niego jej miłość była upokorzeniem, to ona użyła jego tytułu rodowego z największą możliwą pogardą w głosie. Miała nadzieję zbyt wielu lordów już w swoim życiu nie spotkać. Może dlatego więc traktowała wszystkich na podobnym poziomie? Gdyby przyszło co do tytulatury, z pewnością nabrałaby sztywności z miejsca, nie bardzo wiedząc, jak zachować się w takiej sytuacji.
- Nie jest tu bezpiecznie? - Zdziwiła się szczerze, odkładając wreszcie ołówek i pergamin ponownie do torby. Rozejrzała się przy okazji, jakby rzeczywiście spodziewała się tego, że zaraz wybiegnie na nich stado szmalcowniko — centaurów i przystąpi do ataku. Jednak wokół, oprócz skrzypienia nagich drzew, nie dało się słyszeć nic. Nie oznaczało to rzecz jasna, że mu nie wierzyła. - Kiedyś chyba nie trzeba się było niczego obawiać? - Zapytała, bo może nagle okaże się, że już za dzieciństwa była w jakimś bardzo niebezpiecznym miejscu, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Czyżby jej ojciec ryzykował tak bezmyślnie życie jedynej córki?
Obserwowała ruch jego dłoni, gdy przeczesywał włosy, mierzwiąc je niczym ciężki późnojesienny wiatr. Było w tym geście coś równie niezręcznego, co przyjemnego w obserwowaniu. Wiatr kojarzył się jej z wolnością… Czy taki był również młody pan Flint? - Aurora Sprout. - Odparła, nie pamiętając nigdy, czy powinna pierwsza wyciągnąć dłoń do mężczyzny, czy dać mu to zrobić. Ares jej to kiedyś tłumaczył, ale w zasadzie teraz to nie wiedziała, czy nawet w takiej kwestii mogła mu ufać. Zdarzało mu się kłamać w mniejszych. Ostatecznie jednak skinęła głową leciutko, tak na wszelki wypadek, nie spuszczając go z oczu. - Przyszłam tutaj poprzyglądać się zimowym kwiatom… - Wyznała, wskazując na rozpoczęty rysunek, ale tylko po to, żeby znów móc swojemu rozmówcy poświęcić całą uwagę. - Skoro jest tu tak niebezpiecznie. To co tu w takim razie robisz Oleandrze? O ile mogę spytać rzecz jasna. - Nie był w żadnym razie zobligowany do odpowiedzi. Może jednak próbował ją dyskretnie ostrzec, bo miał tutaj do załatwienia jakieś interesy lub szykował się na schadzkę? W obu przypadkach Aurora gotowa była ulotnić się stąd bardzo szybko.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
And if you don't like me, as I do you;
I understand.
Because who would really choose a daisy,
in a field of roses?
OPCM : 6
UROKI : 0
ALCHEMIA : 19 +3
UZDRAWIANIE : 10 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Charnwood - Page 11 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488
Re: Charnwood [odnośnik]24.01.22 17:07
| 26 lutego '58

Przeświadczenie o opłakanych skutkach każdego przedsięwzięcia, którego nie dopilnowała samodzielnie, coraz mocniej osiedlało się w głowie. Nie dość, że solidną porcję dnia pochłaniało nadzorowanie stażystów notorycznie dopuszczających się uchybień w zawodowej etyce, tak jeszcze popołudnia - jedno, jedno popołudnie - musiała spędzać w Leicestershire, w środku urokliwego, pogrążonego w zimowym śnie lasu. Wysokie botki zapadały się w alabastrowym puchu zasypanych ścieżek, różdżka torowała wiatr, zderzająca się szpicem z niewidzialną siłą chłodnego podmuchu, podczas gdy szare niebo kąpało się w czerwieni leniwie zachodzącego słońca; oprócz świszczącego w uszach powietrza, dookoła próżno było szukać innego dźwięku. Raz na jakiś czas pod obcasem strzyknęła łamana gałązka, ale nic więcej. W późnolutowej porze tliła się pewna ponurość, choć sama Amelia postrzegała to akurat za spokój - a raczej połasiłaby się na to, gdyby nie fakt, że pośród obciążonej śniegiem gęstwiny musiała ganiać za czyjąś niestrzeżoną zgubą.
Przemierzający szlaki Charnwood handlarz zgłosił do Ministerstwa nie lada problem - gdzieś tu, na wysokości przełęczy nad zmarzniętym stawem i starym zagajnikiem kilkumetrowych drzew o wyliniałych gałęziach, na wolność wydostał się demimoz. Magiczne stworzenie miało trafić do menażerii w mieście Loughborough, tymczasem sam Merlin raczył wiedzieć gdzie w borach Charnwood osiedlił się niesforny uciekinier, obdarzony niezwykłą umiejętnością przeistaczania swojego ciała w niewidzialną powłokę. Kramarz szybko zrozumiał, że samotne poszukiwania spełzną na niczym. Był niekompetentny, rzecz jasna. Nieprawidłowo zabezpieczona klatka prędko zwróciła uwagę Amelii, która, nie szczędząc jegomościowi oschłych lustracji i upomnień, z umiarkowaną irytacją przystąpiła do działania. Liczył się bowiem czas - zwinne, mądre zwierzę mogło oddalić się na wręcz niebagatelny dystans, dlatego też u swojego boku - metaforycznie, rozdzielili się niedługo po wyznaczeniu kierunków swoich tras - miała dziś kilku innych magizoologów, mniej lub bardziej doświadczonych, przeczesujących lasy Leicestershire. Brakowało tylko tego, by przestraszony demimoz wpadł w kłusownicze sidła, przeznaczony przez niewrażliwych na jego los kuśnierzy na magiczną szatę.
- Homenum revelio - zainkantowała Eberhart, samotnie wędrująca przez połacie otoczonego drzewami terenu, lecz błękitna mgiełka rozmyła się w powietrzu tak szybko, jak tylko trysnęła z krańca dzikiego bzu, uniemożliwiając dojrzenie czegokolwiek w pobliskiej okolicy. Och, jeszcze tego brakowało. Buntu własnej magii, rozkapryszonej jak dziecko, któremu odmawiało się drugiej porcji deseru. Amelia westchnęła ciężko, z powoli kumulującym się w ciele rozdrażnieniem, wolną ręką sięgnąwszy do szalika, który poprawiła odrobinę zbyt ostrym gestem. - Homenum revelio - ponowiła, znów na próżno. Kolejne dwie próby także obróciły się przeciwko niej, zdawały się motywować pęczniejący w ciele ferment emocji, nie tyle zrodzony z własnej niemocy, co z faktu, że w poszukiwaniu tak nieprzejednanych stworzeń jak demimozy czas grał niebywale istotną rolę. - Słodka Roweno, czy Flintowie roztoczyli tu pole antymagiczne? - wymruczała na jednym zmrożonym wydechu, zataczając okrąg nadgarstkiem, jakby jego zastanie w sekwencji konkretnych ruchów skoncentrowanych wokół ministerialnej dokumentacji miało okazać się dodatkowym sprawcą poniżającego doświadczenia.

| rzuty tutaj, to nie żart


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Charnwood [odnośnik]27.01.22 20:17
Leicestershire stanowiło miejsce szczególne na mapie kraju. Znajdujące się w centrum Anglii hrabstwo nie było częstym miejscem wędrówek Sprouta, lecz życie nie stanowiło monolitu. Plany zmieniały się, ewoluowały zgodnie z aktualnymi potrzebami nie tylko jego, czy nowo odnalezionej w Tonksach rodziny, ale także Zakonu Feniksa jako takiego. Dziś odwiedzał to miejsce, aby upewnić się, że nawet na ziemiach podzielających w większości reżim Malfoya znajdowali się ludzie zdolni do wsparcia ich sprawy. W okolicach Charnwood mieszkał zresztą kolega Castora z kursu alchemicznego. Wyjątkowo uzdolniony Andy, czarodziej półkrwi, który zatrzymał się w Mungu dłużej niż Castor, ale ostatecznie zdecydował się na wyprowadzkę z Londynu. Sprout mógł tylko domyślać się, co stanowiło punkt zapalny i główną przyczynę tej decyzji. W ramach przyjacielskiej wizyty pragnął zorientować się trochę w nastrojach, jakie powstały w ich starej grupie. Jeżeli Andy utrzymywał dalszy kontakt z resztą, mógł okazać się całkiem przydatnym informatorem. Albo przynajmniej ewentualnym wsparciem, gdyby dodatkowe siły rzemieślnicze były pilnie potrzebne. Zawsze cierpieli na niedobór ludzi, ale kryzysowe sytuacje wyłącznie to uwypuklały.
Rozmowa okazała się być zaskakująco owocna. Rozmawiali o starym panu Hawthrone, który pamiętał czasy nawet tamtego starego alchemika z Lavedale (o nim Castor jednak ostrożnie nie wspominał), a który napsuł im, jako młodzieńcom, zdecydowanie za dużo krwi. Wypili wspólnie herbatę, Castor zjadł nawet trochę zasmażanej kapusty z fasolą, ale czas naglił. Chciał wrócić do domu jeszcze przed zachodem słońca. Dzień, jak na końcówkę wyjątkowo zimnego lutego był całkiem pogodny, Andy zachwalał znajdujące się niedaleko jego wioski Charnwood. Musimy wybrać się tam na spacer, Cassie. Jak będzie ciepło i odpuszczą mrozy, jak wszystko zakwitnie. Nawet nie wiesz, jakim jestem szczęściarzem, wyjdę z domu na spacer i już tyle ingrediencji... Och tak, na pewno będzie musiał powrócić w to miejsce, gdy tylko zrobi się cieplej.
Wychodząc z domu, poświęcił chwilę na sprawdzenie, czy szata jest odpowiednio zapięta. Opatulił się ciepłym i miękkim szalikiem w jasnobeżowym kolorze, a na głowę nasunął ciepłą czapkę w tym samym kolorze. Jeszcze rękawiczki z palcami na dłonie, miotła w lewej ręce, różdżka przezornie w prawej i mógł udać się na spacer.
Nawet w zimowej aurze, która szczypała w policzki i nos, las prezentował się wyjątkowo. Pięknie. Zapierając dech w piersiach. Castor wodził spojrzeniem uważnie, próbując zapamiętać każdy detal, każde drzewo, rzeźbę terenu. Próbował ćwiczyć w sobie coś, co nazywał w myślach dobrymi nawykami, ktoś inny mógłby uznać to po prostu za zdrowy rozsądek w pracy w terenie. Uważność, przykładanie atencji do detali i szybka reakcja były kluczami do sukcesu.
Zjedz albo zostań zjedzonym.
Dlatego też dość prędko wyczuł czyjąś obecność. Kwiatowe nuty uderzyły w jego nozdrza dość niespodziewanie, lecz to wyczucie olejku z drzewa pomarańczy sprawiło, że zmarszczył brwi w zamyśleniu. To nie mogły być żywe kwiaty, na pewno miał do czynienia z perfumami. Mężczyzn nie podejrzewał o dobieranie dla siebie mieszanek z drzewem sandałowym, wanilią i różą majową, ale kobieta...
Postanowił ruszyć w kierunku, z którego pochodził zapas. Poprawił nawet okulary, chcąc dojrzeć ją jak najwcześniej — albo najdalej, to zależało od przyjętej perspektywy. Próbował poruszać się na tyle cicho, by nie wzbudzić podejrzeń nieznajomej, przyglądając się temu, co robiła. Bez wątpienia rzucała jakieś zaklęcie. Jakie — tego jeszcze nie słyszał, musiał zbliżyć się bardziej.
Uśmiechnął się kątem ust, słysząc wreszcie inkantację zaklęcia. Spróbuje sam.
Homenum revelioszepnął, naśladując ruch nadgarstkiem kobiety. Nie wiedział, czy ta go słyszała, ale w jego przypadku zaklęcie również nie dało efektu. To w połączeniu z następnymi słowami blondynki zmusiło go do jeszcze jednej próby. Musiał, po prostu musiał to sprawdzić. Homenum revelioza drugim razem jednak próba przyniosła oczekiwany efekt. Castor uśmiechnął się szeroko, bowiem coś istotnie zabłysło. Wzrostem przypominało dorosłą kobietę, ale postawą i sylwetką... Już nie do końca.
A Castor nie znał się na tyle na magicznych stworzeniach, by skojarzyć to, co właśnie miał przed sobą z demimozem.
— Z magią wszystko w porządku, proszę pani — odezwał się wreszcie, głośniej, zrównując się z Amelią. Krótki uśmiech satysfakcji rozbłysł na wciąż jeszcze noszącej ślady zmarnowania twarzy, lecz oczy skryte za okularami w okrągłych oprawkach lśniły tak, jak lśnić potrafiły wyłącznie u młodych mężczyzn. — Tam — poruszył brodą, wskazując widoczną dla siebie, rozświetloną sylwetkę... czegoś. — Jest coś. Pewnie pani zguba. Po kształcie wnioskuję, że nie dziecko, siostra, też nie matka. Jakieś magiczne stworzenie? — uniósł jedną brew do góry, chcąc zerknąć pytająco na Eberhart, lecz kątem oka zauważył, że świetlista postać zaczyna się ruszać. — Oho. Chyba jest jej zimno, idzie w lewo.

| ekwipunek: różdżka, miotła, szata i buty ze skóry tebo (+27 do żywotności), eliksir ochrony, eliksir znieczulający, eliksir uspokajający (+60), eliksir niezłomności (+106)


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Charnwood [odnośnik]27.01.22 20:17
The member 'Castor Sprout' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Charnwood - Page 11 CdzGjcQ
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Charnwood - Page 11 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Charnwood [odnośnik]02.02.22 21:14
Wydech Amelii rozdrażnionej nieposłuszeństwem magii więcej miał w sobie z warknięcia niż westchnięcia. Kobieta spojrzała krytycznie na dzierżoną przez siebie różdżkę, zatrzymała na chwilę w swojej samotnej podróży i spróbowała skoncentrować się na tyle, by poczuć przepływ magii przez dominującą rękę, lecz to, co tam odnalazła wprowadzało jedynie w mocniejsze zasępienie. Energia nie wydawała się płynąć równomiernie, a ćmiła, raz wypełniała ją gwałtownie, żeby potem stać się niemal niewyczuwalną, do wnętrza czarownicy zapraszając chaos, którego ani nie potrzebowała, ani nie witała z uśmiechem. Dla niej - niejednostajne wybuchy inspiracji były wadą. Przyzwyczajona do perfekcji Eberhart wymagała od siebie wyników o tej samej wartości, a jeśli nie, to wspinających się wyżej i wyżej, w stronę blasku słońca własnej satysfakcji, spadków formy po prostu nie tolerowała. Nie przyznawała się do nich. Puszczała w niepamięć wraz z ostatnim przymknięciem powiek tego samego dnia, wyciągnąwszy odpowiednie wnioski, a potem paliła je na stosie z pełnym pobłażania uśmiechem, pewna, że następnym razem nie popełni tego samego błędu. Lecz teraz? Zaklęcie zawiodło kilkukrotnie, nie korygowała niedoskonałości, z nieodkrytego w myślach powodu niezdolna okiełznać własnej magii na tyle, by ta znów zaczęła jej słuchać miarową obecnością.
- Homenum revelio - zaintonowała raz jeszcze, spokojniej, jednak to także spełzło na niczym. Trudno, będzie musiała odnaleźć demimoza innym sposobem, była na to przygotowana i gdyby nie wrodzona upartość z pewnością po alternatywy sięgnęłaby prędzej; ale wtem obok niej rozbrzmiał nieznany głos skąpany w niskich, męskich tonach, niechybnie należący do jednego z tutejszych gajowych, może zagubionych na szlaku myśliwych, dojrzałych i postawnych. Amelia obróciła się w stronę zrównującego się z nią jegomościa i... Momentalnie zmarszczyła brwi, rozglądając się dookoła. Tylko on, nikogo więcej. Jakim cudem? Wyglądał na niewiele ponad dwadzieścia lat, wysoki, ale mizerny i chuderlawy, ważący zapewne niewiele więcej niż ona sama. - Często zaczepia pan samotne kobiety w środku lasu? - odparła spokojnie, nie dając po sobie poznać, że jego sukces stał się dla niej pewną urazą. Był jeszcze dzieckiem, a mimo to już prześcignął ją w próbie rzucenia skądinąd nie tak prostego zaklęcia, świadom prędzej od niej, gdzie znajdowała się zguba nieodpowiedzialnego handlarza, jak mogła nie upatrywać w tym powodu do swojego niezadowolenia? - Homenum revelio - powtórzyła z naciskiem, bez powodzenia, skompromitowana bardziej i bardziej w oczach blondwłosego młodzieńca, aż to przelało czarę goryczy, wyduszając z jej płuc długi, zmęczony oddech. - W takim razie moja magia musi być zakłócona... Niefortunnie. To, co pan zobaczył to w istocie magiczne stworzenie, a skoro udowodnił pan magiczną biegłość, proszę przez chwilę być moim przewodnikiem - powaga Amelii rozmiękła w ustępstwie, gdy zwracała się do nieznajomego; jej własna duma mogła poczekać, pozłości się później, poskarży na atmosferę Leicestershire i spędzi wieczór nad księgą traktującą o magii defensywnej, ale najpierw musiała sprostać zadaniu i gonić za zbiegłym demimozem, skoro ten został już namierzony. - Jak się pan nazywa? - ostatnie spojrzenie posłała w kierunku Castora, jakby w teście jego szczerych intencji oczekująca pierwszeństwa w wyjawieniu tożsamości. Prawdziwej, kłamliwej, nie miała jak tego zweryfikować poza poproszeniem go o pokazanie dokumentów potwierdzających rejestrację różdżki, jako pracownik Ministerstwa miała do tego prawo, jednak w tym przypadku była to ostateczność. Jeśli był... niegodny zaufania nie zamierzała odstraszać go stąd tak długo, jak pozostawał przydatny. - W lewo? Tutaj? - ruszyła przyspieszonym, acz ostrożnym krokiem, jednocześnie poszukując czegoś w odmętach skórzanej torby przewieszonej przez ramię. - Stworzenie będzie niewidzialne, jest demimozem. Przestraszonym i niezadowolonym, ale nie niebezpiecznym - wyjaśniła rzeczowo, po czym jedną dłonią uniosła różdżkę przed siebie i rzuciła miękko, - Avis.
Amelia zamierzała pochwycić uwagę zwierzęcia, skoncentrować je na swojej obecności, niejako usidlić na kilka zbawiennych, niezwykle cennych sekund, zanim to przypuściłoby ucieczkę w innym kierunku, a potem druga ręka z naszykowanymi rekwizytami poszła w ruch. Najpierw rzuciła przed siebie piłeczkę wypełnioną w środku koralikami, która przy każdym ruchu wydawała dźwięki imitujące młodego żmijoptaka, by następnie błyskawicznie wyłowić z torby kolejną zabawkę, tym razem kolorową grzechotkę w kształcie niuchacza, którą również podrzuciła w powietrze. Liczyła na to, że rozbudzi instynkt opiekuńczy demimoza. Że ten zechce skorzystać z nadarzającej okazji zebrania prezentów dla stworzenia, które w zakrzywionej rzeczywistości potrzebowało jego opiekuńczej dłoni. - Nie zachowuj się przewidywalnie - zwróciła się do jeszcze szeptem do Castora, cały czas kierująca się w stronę, którą jej wskazał. - Cito - niechętnie spróbowała rzucić zaklęcie na samą siebie.

| żal-rzuty


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Charnwood [odnośnik]02.02.22 21:14
The member 'Amelia Eberhart' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 45
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Charnwood - Page 11 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Charnwood [odnośnik]08.02.22 18:22
Przyglądanie się samotnej kobiecie w lesie nie mogło wyglądać dobrze. Ale coś w sposobie, w jaki się zachowywała — tej zawziętości, by rzucić jeszcze raz (Który? Piąty?) to samo zaklęcie, cały czas bez skutku — w tym wszystkim było coś, co zaciekawiło go na tyle, by w pewnym sensie pozwolić na wyjście z cienia. Dodatkowo ta uwaga o polu antymagicznym, która od razu wydała mu się wybitnie przesadzona... Po prostu musiał zareagować. Dla lepszego lub gorszego, a w jego przypadku zazwyczaj wygrywał ten drugi element. Ale mógł jeszcze pozwolić sobie na trochę ryzyka, czyż nie?
Wydawała się rozczarowana jego widokiem. Nie przestraszona, ani szczególnie zła. To nawet lepiej. Wiedział, że jego głos stanowi dość poważną zaletę — niskie tony potrafiły uspokajać i do tego zazwyczaj się posuwał w swoich relacjach z nieznajomymi i dopiero poznawanymi czarodziejami i czarownicami. Z drugiej strony, gdyby tylko stał się na moment niewidzialny, mógłby ciskać werbalne gromy, głód aktorstwa rozbudził się w nim w początku stycznia przy okazji spotkania z lordem Black. Gdyby jednak był cały czas widoczny, przekonany był, że nie przyniosłoby to nawet połowy z zakładanych rezultatów. Posturę miał lichą, buzię wciąż bardziej chłopięcą niż męską, pomimo faktu, że już za chwilę, prawie za dwa tygodnie skończy dwadzieścia cztery lata. Może dlatego tak dobrze wpasowywał się w przypadkową zbieraninę młodego pokolenia, którą nazywał kiedyś swymi przyjaciółmi?
— Tylko gdy widzę, że sobie nie radzą — odparł natychmiastowo, odsuwając póki co na bok swoje rozważania na temat własnego wyglądu, bo wiadome było, że w przeciągu następnych pięciu sekund nie nabierze muskulatury profesjonalnego pałkarza, czy nawet aurora. Musiał sobie radzić z tym, co miał, a miał w arsenale jeszcze jeden uśmiech, którym właśnie uraczył blondynkę, sugerując, że nie ma złych zamiarów. Gdyby chciała i przy założeniu, że pięć porażek to tylko chwilowa niedyspozycja, mogła go bardzo łatwo rozbroić. — To nie jest odpowiednie miejsce na piesze wycieczki, podobno rebelianci chowają się w lasach właśnie — zauważył, kąciki ust drgnęły w rozbawionym grymasie. Miał dziś chyba zdecydowanie za dobry humor. I trochę obawiał się tego, dokąd ten miałby go doprowadzić. Nie dowie się jednak, jeżeli nie spróbuje.
Różdżka, jak i wzrok Castora poruszał się za poświatą, którą widział jeszcze przez chwilę. Stwierdzenie Amelii, że to w istocie jest magiczne stworzenie, musiał jednak przepuścić przez sito swojego niedowierzania.
— Magiczne stworzenie albo zapluty karzeł reakcji. Nie ostrzyłaby sobie pani ząbków na takiego? Pięć tysięcy galeonów minimum, można sobie za to życie ułożyć — jadowita uwaga, równie jadowity błysk w jasnych oczach, gdy palcem wskazującym lewej ręki wciskał okulary wyżej swego nosa. Dziwnie było to wszystko mówić, normalnie chyba zrzygałby się tu, w ten śnieg, na miejscu, ale dzisiaj wystarczy mu, że wyszoruje sobie porządnie usta i język po powrocie do domu. Ale może Amelia chwyci haczyk, może nie zwróci nawet na jego gadanie uwagi, zbyt zajęta koniecznością dopadnięcia do zwierzęcia.
— Nie mamy czasu na konwenanse, droga pani — odparł, ruszając w lewo i tym samym udzielając Amelii odpowiedzi, która... niewiele jej da. Porozmawiają później, na pewno, tak tak.
Skupił na niej wzrok, na kilka prędkich bić serca, gdy mówiła o demimozie. Nigdy nie spodziewał się spotkać takiego w lesie w środku Anglii, przyjmując raczej, że egzotyczna nazwa sugerowała także egzotyczne pochodzenie.
— Skąd tu demimoz? — spytał, marszcząc nieco brwi, ale resztę informacji przyjął bez komentarza, przynajmniej tego werbalnego. Jeżeli zwierzęcie faktycznie było niewidzialne, pewnie nawet nie wpadłby na jego trop gdyby nie to przypadkowe i póki co zaskakująco ciekawe spotkanie. Ale skoro nieznajoma mówiła, że demimozy nie są niebezpieczne (nie kłamała, prawda?), może nie było czego się obawiać?
W powietrze nad nimi pomknęła chmara ptaków, a Castor wrócił myślami do Doliny Godryka, do Warsztatu i Trixie, która była ostatnią osobą rzucającą avis w jego towarzystwie. Dawno do niej nie pisał. Tęsknił za tym chochlikiem jakoś bardziej, niż byłby w stanie się do tego przyznać, ale miał nadzieję, że wszystko z nią w porządku. Musi odwiedzić Beckettów przy najbliższej okazji, co do tego nie ma wątpliwości.
Ale nie powinien myśleć o Trixie, przynajmniej nie tak intensywnie, a na pewno nie teraz! Skąd tu nagle zaroiło się od wyjątkowo specyficznych zabawek? Niemal stanął jak wryty, zatapiając niskie obcasy butów zimowych w śnieżnej pokrywie, nie wiedząc, czy powinien się śmiać, a może zacząć zadawać pytania. Pewnie wybrałby to drugie, gdyby nie fakt, że jeszcze chwilę wcześniej sam użył wymówki braku czas na czcze gadanie.
— Przystanął — oznajmił zamiast tego, ściszając głos do szeptu. Magiczne stworzenie w istocie postanowiło na moment oddać się pokusom darowanym mu wspaniałomyślnie przez Amelię. I wydawało się, że złapało pułapkę, w szczególności zwracając uwagę na zabawkę wydającą dźwięki żmijoptaka, ale... Demimozy cechowały się wysokim intelektem. Potrzeba było na nie czegoś więcej, w szczególności gdy nie były w zbyt dobrym humorze. — O, zmienił zdanie — zauważył z niezadowoleniem, tym razem wskazując różdżką na północny zachód, w kierunku niedalekiego zagajnika.
Na polecenie nieprzewidywalności skinął lekko głową, choć nie do końca wiedział, czy potrafi. Zaklęcie jednak było jak najbardziej w zasięgu jego możliwości, choć nie za pierwszym razem.
Citopowiedział więc, czując, że wreszcie wartki strumień magii wystartował z jego klatki piersiowej i ruszył dalej, do wiodącej ręki, następnie przez różdżkę, którą skierował na powrót na siebie. Ciepła aura zaklęcia rozlała się na nim, był gotów do dalszej części tego specyficznego polowania.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Charnwood [odnośnik]22.02.22 23:39
- Mam rozumieć, że skoro pan się nie chowa to jest godny zaufania? - ćmiąca podejrzliwość sięgała ku niemu i drasnęła o kanty nieotwarcie przyznanych ideałów, kąsała powierzchnię kotary, za którą skrywał sojusz splatający go z Zakonem, a o którego istnieniu Amelia wiedzieć nie mogła. Castor Sprout, członek Zakonu Feniksa, talizmaniarz, alchemik. Właściwie nawet nie usiłowała sprowokować go do przyznania co robił w lesie, kłębiące się w jej głowie problemy wystarczyły, żeby zniechęcić do wściubiania nosa w interesy innych, więc równie szybko porzuciła pomysł z poproszeniem go o okazanie dokumentów potwierdzających magiczną tożsamość oraz rejestrację różdżki; był na spacerze, po zmroku i po środku niczego, a jeśli nie, jakie miało to znaczenie? Póki jedynym niecnym występkiem nieznajomego było zbliżenie się do niej w gęstwinie leśnej dziczy, uznała, że mogła na jego obecność - przymknąć oko. Tym bardziej, że ten okazał się pomocny, przydatny, wzniecił magię, która na jej starania odpowiedziała splunięciem, z kolei Eberhart nie zamierzała już tracić czasu na mrozie w próbie rzucenia tego przeklętego czaru, próbie następnej, następnej i następnej.
- Dobrze, w takim razie będę zwracać się do pana per chłopcze, skoro wygląd to wszystko, na czym mogę bazować. Nie żebyśmy teraz nie rozmawiali - nie żebyśmy teraz nie tracili czasu, nie żebyśmy teraz nie mogli poświęcić kilku sekund na ukłon w kierunku konwenansów, które tak chętnie odrzucasz. On - enigmatyczny, ona - dociekająca pomimo najszczerszych chęci, jednak to Castor nękał ją zdawkowaną informacją, to Castor dopraszał się, by dalej drążyła dziurę w jego brzuchu, to Castor wymijał, unikał i stronił, nie dość w swojej grze biegły, by zupełnie nie zwrócić uwagi. A raczej: zupełnie niebiegły. Ale demimoz, och, to jemu należała się sowita porcja uwagi, twierdziła Amelia, kiedy ruszyła za młodzieńcem we wskazanym przez niego kierunku, na wspomnienie kwoty przewidzianej w nagrodzie mrużąc lekko oczy; ułożyć życie, albo do Anglii sprowadzić najpiękniejszego kota, jakiego narodziła natura, potężną, ponoć złowieszczo wyglądającą bestię, w rzeczywistości przymilną i słodką, po prostu niewinną; powietrze ze świstem opuściło jej płuca przy następnym wydechu. Marzenia. Czcze, puste, niespełnione, pochowane w kurhanie nadziei, której spełnienie odnajdywało tak niewielu. - Pięć tysięcy galeonów i jeden wciąż zagubiony demimoz - wytknęła z przelotnym cieniem uśmiechu, o dziwo nawet nie kąśliwego, kiedy kątem oka zerkała na Castora. Na co ten przeznaczyłby taką górę błyszczących monet? Też ułożyłby sobie życie, zaczął je od nowa? Nieprzyzwyczajona do okazywania przesadnego zainteresowania Amelia nie spytała, przecież nie wiedziała nawet jak miał na imię, ani czy jego sny, jego pragnienia warte były uwagi.
- Jak wiele niedopilnowanych stworzeń, znalazł się tu przez ludzką ignorancję, chłopcze - nie miej wrażenia, że to nie twoja własna decyzja nakazuje mi tak cię nazywać. - Sprowadzony z daleka, teraz jest w obcym miejscu, wieziony gdzieś przez obcego człowieka. Niewykluczone, że przewidział, że do tego dojdzie, ale to nie jest ani jego ulubiona pora roku, ani nawet dnia, musi być zagubiony. I zirytowany - ja bym była, stwierdziła już w duchu. - Miałeś do czynienia z tym gatunkiem? - dopytała w ostatniej chwili, nim w ruch poszły zaklęcia i przygotowane do pracy drobiazgi. Zabawki, choć prozaiczne i nieskomplikowane, zdały pierwszy egzamin, Amelia dostrzegła jak ślady na śniegu przystanęły na moment, skinąwszy krótko głową w potwierdzeniu wiadomości przekazanej przez Sprouta; reakcja zwierzęcia na bodźce satysfakcjonowała, niewidzialny uciekinier pomknął zaraz dalej, pozostawiał w bieli ślady par stóp, którymi brodził w zimnie, żeby jak najmocniej oddalić się od śledzących go czarodziejów, z pewnością uprzedzony do ich obecności podejściem, jakie zaoferował mu nierozsądny kupiec. Tyle wystarczyło, by utracić zaufanie. Zniszczyć jakąkolwiek więź stworzenia z człowiekiem. Oni - nie mieli czasu, by odratować pełne poczucie bezpieczeństwa w pobliżu większych dwunożnych, mogli jedynie dopilnować, by ten w dobrym zdrowiu wrócił do karawany, a grzywna wisząca w gęstym powietrzu jak ostrze - by nauczyła handlarza lepiej dbać o żywy towar. - Jest młody, ale to nie wiek determinuje ich opiekuńczość - napomknęła, uśmiechnięta do siebie w wyraźnym ukontentowaniu.
Cito pozwoliło przyspieszyć; Eberhart śledziła wzrokiem ruch demimoza odwzorowany w śladach jego kroków, zbliżali się, a to jedynie mocniej niepokoiło istotę, sprawiało, że po chwili i on rzucił się do biegu, odbijając w kierunku jednego z drzew o bezlistnych gałęziach.
- Caneteria Ficta - zainkantowała Amelia, kumulując siłę działania zaklęcia w miejscu nagiego konaru, w ciemnej korze, pomiędzy której płatami gnieździł się lód, a teraz także i melodia, dźwięk bliźniaczy do wersji wydawanej przez lecącą zabawkę, lecz głośniejszy, wyraźniejszy i o wiele bardziej przekonywujący. Żmijoptak zapłakał. Zaświergotał. Zakwilił. Wdrapujące się na koronę zwierzę zatrzymało się gwałtownie, czarownica niemal czuła jak jego duże, błękitne oczy skanują okolicę w poszukiwaniu źródła znajomej melodii, tym razem nie dostrzegł bowiem teatralnego gadżetu odpowiedzialnego za te dźwięki; musiała go oszukać, dla jego własnego dobra. - Albalis - z krańca różdżki nagle wystrzeliła śnieżka. Jedna odpowiednio wycelowana, jedna - wystarczająca, żeby uderzyć demimoza w bok i wytrącić z równowagi, by ten wreszcie zrzucił z siebie całun niewidzialności, zdezorientowany posunięciem; wcześniejsze doświadczenia z ludźmi nakazywały mu sądzić, że czar okaże się bolesny, parzący, tymczasem on ledwie drasnął wiszącą na gałęziach formę i rozprysnął się w białym puchu. Mam cię. - Uważaj - zwróciła się krótko do Castora; zwierzę zeskoczyło na ziemię i nabrało w łapy wystarczająco dużo śniegu, by własnoręcznie uformować śnieżkę i rzucić ją w ich kierunku. - Orbis - szept umknął spomiędzy warg czarownicy na ten widok, a złote lasso zakradło się przez powietrze jak wąż, oplótłszy jedną z nóg stworzenia. Bez bólu. Bez parzenia. Ale - w ukróceniu potencjalnej dalszej części jego ucieczki.

W kogo trafia śnieżka?
k1, k3, k5 - w Amelię
k2, k4, k6 - w Castora

+ rzuty


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.


Ostatnio zmieniony przez Amelia Eberhart dnia 22.02.22 23:42, w całości zmieniany 1 raz (Reason for editing : zapomniałam zalinkować rzutów reee)
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Charnwood [odnośnik]22.02.22 23:39
The member 'Amelia Eberhart' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 6
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Charnwood - Page 11 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Charnwood [odnośnik]27.03.22 10:56
— Nie ma pani innego wyjścia — usta Castora wygięły się w dość szerokim i może nieco nonszalanckim uśmiechu. Bo czy miała? Z jednej strony tak. Mogła przecież żachnąć się na niego, unieść do góry podbródek i ten nos zadarty i odrzucić jego pomoce, stwierdzić, że doskonale poradzi sobie sama. Sprout znalazł się w tym miejscu przecież przede wszystkim przez wzgląd na dobroć serca, a ta prowadziła go przez zaśnieżone lasy, w których skrył się również demimoz. Zdecydowała się jednak na podniesienie rękawicy, na zaakceptowanie pomocy nie tylko przez wzniecenie magii, która zdawała się sprawiać jej dość spore trudności. Może to wina miejsca, może emocji, może przejęcia się dobrem magicznego stworzenia — cokolwiek to było, co do zasady dolegało blondynowi zdecydowanie mniej, choć i jego magia zdawała się być dzisiaj wyjątkowo kapryśna. No nic. Póki co byli skazani na siebie, w środku rozjaśnionego śnieżną bielą lasu, skupieni na zadaniu, które było mocno nietypowe dla Sprouta i pewnie delikatnie niestandardowe dla panny Eberhart.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, do bieli śniegu dołączyła jeszcze jedna — jego własnych zębów, odsłoniętych w uśmiechu. Wyjątkowo, może odrobinę zbyt pewny siebie, by przypomnieć sobie o powracających doń czasami kompleksach, nie podniósł tym razem dłoni do ust, by zasłonić swe wystające trójki, odrobinę przypominające uzębienie psa czy wilka. Właściwie to rzadko uśmiechał się równie szeroko. Zazwyczaj robił to w odpowiedzi na podobne zaczepki starszych Zakonników, przede wszystkim Michaela. Amelia wydawała mu się rezonować podobną energią, choć może podszytą nie troską, a... lekką prowokacją?
— Będzie to dla mnie czysta przyjemność — ale Castor nie dawał się sprowokować, jeżeli to było głównym celem tej całej delikatnie ironicznej wymiany zdań, wynikłej właściwie przede wszystkim z tego, że ich spotkanie zostało przez Sprouta zakwalifikowane jako coś zupełnie przypadkowego, ale śmiesznego zarazem, jak śmieszne potrafią być postanowienia młodych mężczyzn wypowiadane każdego ranka przed nieco ubrudzonym od rozchlapywanej wody lustrem, że dziś jest ten dzień i dziś na pewno wszystko się uda.
Starał się poruszać cicho i mniej—więcej sprawnie, pamiętny tego, jak dwa tygodnie wcześniej wyglądała jego przygoda ze spichlerzem. Tam też miał zachowywać się tak bezgłośnie, jak tylko potrafił, lecz nie mając zupełnie doświadczenia w podobnych wypadach, narobił tylko hałasu i wywrócił się na twarz w śnieg, gdy potknął się o kamień. Rady Marcela — choć szczątkowe — zapadły mu jednak w pamięć i teraz naprawdę się starał. Do tego stopnia, gdy usłyszał westchnienie niedaleko swego ramienia, serce przyspieszyło rytm, Amelia nie była tak dobra w skradaniu jak Carrington, jego pewnie by nie usłyszał.
Gdy mówiła, posłał jej kilka krótkich spojrzeń kątem oka, bowiem jak zawsze pragnął ukazać swemu rozmówcy pełnię uwagi, zwłaszcza gdy produkował się na temat na który — jak się zdawało — miał spore pojęcie. Castor nie mógł nazywać się ekspertem w temacie opieki nad magicznymi stworzeniami, ale miał jakieś podstawy. Przede wszystkim jednak lubił się uczyć, niezależnie od tego, czy wiedzę przekazywał mu znany profesor w Hogwarcie, czy może wyglądająca na zagubioną kobieta pośrodku lasu. Nie mógł przepuścić sobie takiej okazji. Amelia zyskała za to ucznia, który w milczeniu przysłuchiwał się jej słowom, raz na jakiś czas kiwając głową ze zrozumieniem.
Ludzka ignorancja sprowadziła wiele bólu nie tylko na magiczne stworzenia, droga pani. Mógłby powiedzieć i przesunąć ich rozmowę na tematy stricte polityczne, ale nie tutaj, nie w środku lasu, nie w środku Anglii, niebezpiecznej dla takich jak on, męczącej nawet Merlinowi ducha winne demimozy.
— Demimozy nie są gatunkiem bytującym w Anglii — zważył cicho, tym razem nawet zwracając twarz ku kobiecie, lecz nie uśmiechał się już, wyraz twarzy miał zdecydowanie bardziej neutralny, choć wyjątkowo jak na niego — nie smutny. Po oczywistości ciągnął jednak dalej. — A ja nie miałem okazji wyjeżdżać z kraju — jak widać, czasem wystarczy tylko wejść do lasu i natknąć się na taki niezwykły przypadek.
Nie skomentował tych wszystkich wynalazków, które miała przy sobie kobieta. Co prawda w pierwszym odruchu wzniósł brwi do góry, istotnie, ale usta dalej pozostawały zamknięte, w wyniku przejęcia nawet nieco mocniej zaciśnięte. Poprawił okulary, chcąc mieć jak najlepszą widoczność na pozostawiane przez stworzenie w śniegu ślady. Nie był dobrym tropicielem, pewnie bez inicjatywy Amelii nawet nie zdołałby ich zauważyć, ale teraz, gdy trop już miał, nie chciał z niego zejść. Poprawnie rzucone Cito pozwoliło dotrzymać Eberhart kroku, choć Castor w tym momencie pozwalał jej przejąć inicjatywę i wyjść na prowadzenie. Drgnął, gdy usłyszał inkantację zaklęcia, a następnie wyraźny dźwięk wydawany przez żmijoptaka. Choć spodziewał się jakiejś dźwiękowej iluzji, nie miał pojęcia, że może być równie silna i tak... przekonywująca. Zatrzymał się nawet w miejscu, przez chwilę pozostając zupełnie nieruchomym — jeżeli demimoz mógł przewidywać ich ruchy, pewnie założył, że będą dalej za nim biec, Castor pragnął postąpić zupełnie na opak, podłóg wcześniejszej prośby magizoologa.
Napowietrzone westchnienie, coś na kształt ledwo zduszonego krzyku wyrwało się spomiędzy jego ust, gdy śnieżka trafiła stworzenie, a te — zapewne przerażone i niepewne tego, co właśnie miało miejsce — wypadło spod swych naturalnych zdolności maskujących. Przez ten krótki moment wyglądało zupełnie przedziwnie, jak połączenie sowy z małpą, ale oba te stworzenia musiały być stare.
Uważaj.
Impuls wystarczył. Castor podążał wzrokiem za stworzeniem, które najwyraźniej nabrało ochoty na zabawę śnieżkami, ale nie zamierzał poddać się równie łatwo. Dzięki Cito mógł poruszać się szybciej i to właśnie począł robić. Zamiast jednak poruszać się tylko w lewo i w prawo, postanowił dołożyć do tego także kroki do przodu i w tył, co wobec wciąż zmieniającej się, losowej sekwencji miało szansę przynajmniej delikatnie zmylić stworzenie co do celności rzutu, a Castorowi — skupionemu na chęci uniknięcia ciosu śnieżką — zapewnić sukces.

| poglądowo rzucam na zwinność przy uniku


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Charnwood [odnośnik]27.03.22 10:56
The member 'Castor Sprout' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 38
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Charnwood - Page 11 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Charnwood [odnośnik]30.03.22 18:13
Marnotrawiące czas uwagi, zuchwałe, czcze i pozostające niewzruszonymi względem jej zaczepek - Amelia puściła mimo uszu, w myślach przeklinając jedynie niesprawiedliwy świat, że ten zdecydował się zepchnąć na jej ścieżkę wątpliwą przyjemność obcowania z kolejnym aroganckim (jej zdaniem, dość zresztą labilnym na jego temat) chłopaczkiem. Raz bywał ujmujący, by innym razem przywodzić na myśl stażystę, za którym nie przepadała najbardziej spośród całej nieszczęsnej czwórki. Przekonany o własnej racji i nieomylności, niby uprzejmy, ale tak naprawdę oferujący zawoalowaną prześmiewczość, nawet jeśli nie był tego świadomy. Nie dała jednak poznać po sobie niesmaku, jaki wzniecały w niej filuterne odpowiedzi młodzieńca o pszenicznych puklach i wyraźnie podkreślonych kościach policzkowych. Jeszcze czego. Każda kolejna oznaka irytacji dolewałaby oliwy do ognia jego impertynenckiej osobowości, tę należało ukracać, zduszać w zarodku, zamiast pielęgnować i pozwalać rosnąć w blasku słońca nieistniejącej chwały; dlatego Eberhart westchnęła tylko pod nosem, tak cicho, że młodzieniec z pewnością nie był w stanie tego dosłyszeć.
Dobrze, że nie miała dzieci.
Skinięciem głowy skwitowała jego nawiązanie do książkowych definicji gatunków i przyznanie się do wierności brytyjskim ziemiom, tak silnej, że nigdy dotąd nie zdołał wychylić nosa za ich granicę. Właściwie nie powinno jej to dziwić, nie każdy prowadził tułaczy tryb życia w pogoni za naukowymi odkryciami, nie każdy musiał o tym marzyć i nie każdy marzenia te spełniał, natomiast w ich obecnym położeniu to i tak nie miało większego znaczenia.
- Powinieneś być wdzięczny losowi za tę możliwość - stwierdziła beznamiętnie, spokojnie, w myślach kalkulująca jak najlepiej podejść demimoza, do którego złapania oddelegowano ją zbyt raptownie, by pozwolić sobie na porządnie przygotowanie. Wobec tego z Ministerstwa zdążyła złapać tylko kilka przydatnych przedmiotów i przynęt (działających cuda przede wszystkim przy młodych demimozach, te chętniej ulegały pokusie), w innych okolicznościach rozegrałaby to bardziej metodycznie, lecz ze względu na okoliczności i przede wszystkim na pogodę, nikt nie miał dziś takiego luksusu.
Śnieżka uderzyła Castora, który - choć instynktownie postąpił prawidłowo - nie zdołał uniknąć lecącego w jego stronę zlepionego śniegu. Szczęśliwie dla talizmaniarza ten nie był przesadnie zbity, zziębnięty, nie mógł wyrządzić mu większej krzywdy niż ubytek na godności, gdy Amelia spojrzała na niego kątem oka i westchnęła ponownie, może bez dezaprobaty, ale z pewną pobłażliwością. Przecież blondyn na dobrą sprawę był jeszcze dzieckiem, nie powinna oczekiwać po nim wiele... tym bardziej, że ten nie podlegał jej bezpośredniej jurysdykcji w Ministerstwie, w porównaniu do czterech niespełna rozumu pokrak.
Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Sprowokowana drgnięciem demimoza Amelia rzuciła się do przodu i zwinnie wylądowała w śniegu nieopodal drzewa, w stronę którego czmychnęło stworzenie w ewidentnej próbie ponownego wspięcia się na konar i ogołocone z liści gałęzie - prawie zderzyli się ze sobą gdy bokiem przycisnęła się do ciemnej kory. Demimoz zdążył jeszcze sięgnąć po białą kulkę z ziemi, uniósł obie dłonie nad głowę kobiety i już miał zrzucić na nią cały zebrany śnieg, gdy ta prawie bliźniaczo podniosła do góry jedną z rąk; blade palce ułożyły się wręcz eterycznie, w geście niemo podkreślającym to, że nie chciała zrobić mu krzywdy. W geście pojednania. W języku, którego Castor zapewne nie mógł zrozumieć. To nic. Liczyło się to, że zwierzę zastygło w bezruchu i błękitnymi ślepiami powiodło od jej twarzy do dłoni, jeszcze przez chwilę napiętej atmosfery rezonującej w każdym tchnieniu wiatru oddychając szybko i niepewnie; bo w końcu to też minęło. Śnieg zsunął się z rozczapierzonych palców i ponownie opadł na ziemię. Dłoń zetknęła się z dłonią, prawie: pozostała pomiędzy nimi jedynie ciasna przestrzeń zimowego powietrza. Dłoń człowieka i dłoń magicznego stworzenia.
- Możesz się ruszyć, ale powoli - poinstruowała Castora. - Nie tak, jakbyś miał zamiar się skradać, a naturalnie, swobodnie. I jeśli chcesz, możesz podejść bliżej - nie patrzyła na niego, spojrzenie wciąż mająca utkwione w oczach demimoza, w oczach, które bez problemu mogły zajrzeć w najbliższą przyszłość i interpretować ją w swojej mądrości. Zwierzę cofnęło w końcu dłoń i usiadło na ziemi, chwyciwszy pomiędzy palce złotawą nić lassa, którego drugi kraniec wciąż spoczywał przytroczony do różdżki Amelii. Patrzył na nie z melancholią. Zrozumiałą, głęboką melancholią, na czego widok czarownica odetchnęła niemrawo i zmarszczyła brwi. Ten kupiec w ogóle nie powinien otrzymać zwierzęcia z powrotem. Jednak prawo było prawem, a ona, jako pionek jednego z jego organów, musiała przestrzegać jego reguł.

Gdzie śnieżka trafiła Castora?
k1 - w czoło, k2 - w nos, k3 - w oko, k4 - w ramię, k5 - w kolano, k6 - w ucho


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288

Strona 11 z 12 Previous  1, 2, 3 ... , 10, 11, 12  Next

Charnwood
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach