Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Crimson Street

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Crimson Street   10.03.12 23:17

First topic message reminder :

Crimson Street

Londyńska Crimson Street nie wygląda zachęcająco. Ulica leżąca nieopodal cmentarza, otoczona gęstymi zabudowaniami i magazynami odstrasza potencjalnych spacerowiczów stertami śmieci zalegającymi po kątach, powybijanymi oknami i odrapanymi ścianami w większości opuszczonych domów, a także panującymi tu zazwyczaj mgłami, które tworzą atmosferę grozy. W powietrzu unosi się intensywny odór stęchlizny, a kilka starych dachówek spadło na brukowaną ulicę, roztrzaskując się z hukiem. Zewsząd słychać straszliwe zawodzenie głodnych kotów mieszające się z szumem wody - zardzewiałe rynny popękały i zwisają teraz żałośnie z dachów, rozbryzgując dookoła wodospady deszczu. Crimson Street sprawia wrażenie wymarłej i opuszczonej. Na samym końcu tejże ulicy znajduje się dom rodowy Blacków - Grimmauld Place 12.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Crimson Street   02.04.17 19:39

The member 'Ramsey Mulciber' has done the following action : rzut kością


'k10' : 5


Powrót do góry Go down
Odette Baudelaire
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t3715-odette-baudelaire https://www.morsmordre.net/t3724-skrzynka-odetki#67817 https://www.morsmordre.net/t3723-odetka#67806 https://www.morsmordre.net/f110-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t3771-skrytk-bankowa-nr-937#69396 https://www.morsmordre.net/t3770-odette-baudelaire#69394
Zawód : śpiewaczka operowa
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Staniesz w ogniu, ogień zaprószysz,
I od ciebie dom twój się zajmie!
Stleją ściany, sprzęty najdroższe,
A ty z ogniem będziesz się żenił.
OPCM : 11
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Półwila

PisanieTemat: Re: Crimson Street   04.04.17 12:14

Naturalnie, że nie chce mnie zranić. Na pewno tam na górze chce mi pokazać piękne widoki, ewentualnie upstrzone gwiazdami niebo. Tak. Następnie powie mi, że tak naprawdę zakochał się od pierwszego wejrzenia, tylko nie wiedział jak to okazać - może niefortunnie, zupełnie omyłkowo mnie wystraszył, ale teraz mi wszystko wynagrodzi. Tak, tak i jeszcze raz tak. To brzmi jak tragikomedia, tylko bardzo nie podoba mi się, że jestem w niej ofiarą. Przełykam ślinę bojąc się, że język mi się zaraz poplącze, że wszystko zrobię nie tak. Nogi mi drżą kiedy pokonuję kolejne schody - w szpilkach nie jest to ani specjalnie łatwe, ani komfortowe. Raz niebezpiecznie stopa wygina mi się w niewłaściwą stronę, na szczęście jednak nic się takiego nie dzieje. Nadal gorączkowo myślę nad tym, co zrobić, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Nic. Ziejąca paniką oraz absurdem pustka. Smutek oraz żal tańczący tango ze strachem. Obracam się między nimi niczym gibki łabędź, ale to nie wystarcza. Nie wystarcza, żeby wziąć sprawy w swoje ręce. Pozostaje mi potulnie podążać na samą górę, mając nadzieję na cud. Tylko cud może mnie uratować.
Nagle uderza we mnie chłód, od którego zdążyłam się nawet odzwyczaić podczas tej wspinaczki. Mrużę na chwilę oczy poddając się lekkiemu podmuchowi wiatru. Słucham tych bezczelnych słów, nie mówiąc nic. Mam ściśnięte gardło oraz panikę w sercu. Staram się odróżnić od siebie szereg angielskich słów łudząc się, że każde z nich jest dla mnie zrozumiałe. Nawet jeśli przechodzi tak szybko przez jego krtań, w mig docierając do moich uszu. Jest psychopatą, ale na pewno zdaje sobie z tego świetnie sprawę. Może nie będę mu tego sugerować w związku z moim przełomowym odkryciem?
- Nie lubić. Być dziecinne - odpowiadam szczerze doskonale wiedząc, że moja odpowiedź nie ma żadnego znaczenia. Mogłabym powiedzieć, że wolę manicure, czyli coś zupełnie od czapy, a i tak zrobi co zechce. Bo może. Ja nie mogę. Oprócz rozglądania się wokół. Widok rzeczywiście mizerny. Wydaje się, że emocje powoli opadają, ale nic bardziej mylnego. Słowo zabicie działa jak rozjuszacz, bardzo nieprzyjemny. Zaciskam zęby, ponownie starając się wzbudzić w sobie złość i jakimś cudem umknąć temu bandycie, zamiast musieć patrzeć na tę kretyńską monetę. I spadać w dół. Nie wierzę teraz w swoje szczęście. Gdybym je miała, nigdy nie znalazłabym się w tak paskudnym miejscu o jeszcze paskudniejszej porze. Ze zdziwieniem odkrywam, że jednak los stawia na czyszczenie pamięci. Unoszę więc wzrok, mając nadzieję, że za chwilę będę to mieć za sobą. Ciekawe tylko jak wytłumaczy naszą obecność na dachu. No cóż, dowiem się.




Powrócę ja - patrz, Furia zła,
Przyjdę jak
płomień gorący.
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Chwilowo bezrobotny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Crimson Street   04.05.17 13:24

Nie powinien był sobie zawracać nią głowy, spoglądać w jej kierunku i ulegać ostrzeżeniu, że mogłaby mu narobić kłopotów, stając się przypadkowym świadkiem niefortunnego zdarzenia. Jej niewinny krzyk i wywołana awantura szybko mogły sprowadzić nieproszonych gości, którzy z przyjemnością stanęliby w jej obronie; wymazanie pamięci okazało się zaś nieskuteczne. Być może zdołała się już ochronić swym kobiecym urokiem. Wszystko było przeciw niemu, w końcu musiał zrozumieć, że bezsensowna walka to jedynie strata czasu. Cennego czasu, którego nie miał zbyt wiele. Patrzył na nią, myśląc o tym, że była piękna, niezwykle atrakcyjna, bił od niej wdzięk i niezwykły czar. Musiała być potomkinią wili, a to zaś wzmagało jego czujność. Im dalej się z nią zapędzał tym większe było prawdopodobieństwo, że ulegnie jej wbrew swej woli. Nie mógł do tego dopuścić, nie mógł utracić nad tym kontroli. Zabawa z nią przestała go angażować.
Noc była jego sprzymierzeńcem, podobnie jak chłód, który uderzał w nich, jak wzburzone fale oceanu o brzeg. Jemu to nie przeszkadzało. Stał przed nią na dachu kamienicy, patrząc jej w oczy, ciesząc je jej widokiem z wciąż tym samym uśmiechem. Bała się, widział to, dawało mu to przewagę, słuchała go uważni i gdziekolwiek uciekały jej myśli liczył w jej zdrowy rozsądek. Chciała przeżyć, musiała więc zachowywać się mądrze.
Nie spojrzał nawet na monetę, gdy upadła. Z cichym brzdękiem metalu odbiła się od betonu kilkukrotnie, nim spodwiła ich całkowita cisza. Nawet wiatr na moment ustał, czas jakby się zatrzymał. Schował różdżkę i ruszył w jej kierunku, przystanąwszy obok wychylił się i spojrzał w dół. Odległość robiła na nim niemałe wrażenie. Gdyby ją wypchnął pozostałaby z niej tylko mokra plama, pokryta puszystymi, gładkimi blond puklami. Nawet tak rozpłaszczona pewnie wyglądałaby pięknie.
— Wysoko— zauważył trafnie. — Nie zrób sobie krzywdy, Odette. I dla własnego dobra, nie zapuszczaj się w takie ulice w samotności. Nigdy więcej. Ktoś mógłby ci kiedyś zrobić krzywdę — poradził jej, pochylając się lekko w jej kierunku. Obiema dłońmi dotknął jej twarzy, uśmiechnął się sardonicznie, zadowolony z tego, iż udało mu się ją nastraszyć. Zepchnięcie jej z dachu nie miało najmniejszego sensu; opłacałoby mu się oddać ją w ręce łowców, którzy przerobiliby ją na śnieżkę. Mógłby na tym sporo zarobić, lecz wizja ciągnięcia jej na nokturn wydała się udręką, niewartą swej ceny. 
— Śpij słodko — pożyczył jej jeszcze, puszczając niewinne oczko. Pozostawił ją samą na szczycie budynku, w chłodzie i pustce, która ich przez chwilę otaczała. Przeszedł przez cieżkie drzwi, zamykając je za sobą, zupełnie przypadkowo. Zatrzasnęły się głucho, ale nie zawrócił, by otworzyć. Nie zostanie tam na zawssze, pewnie przy najbliższej okazji teleportuje się do bezpiecznego miejsca. Może ich drogi już nigdy się nie skrzyżują.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Odette Baudelaire
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t3715-odette-baudelaire https://www.morsmordre.net/t3724-skrzynka-odetki#67817 https://www.morsmordre.net/t3723-odetka#67806 https://www.morsmordre.net/f110-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t3771-skrytk-bankowa-nr-937#69396 https://www.morsmordre.net/t3770-odette-baudelaire#69394
Zawód : śpiewaczka operowa
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Staniesz w ogniu, ogień zaprószysz,
I od ciebie dom twój się zajmie!
Stleją ściany, sprzęty najdroższe,
A ty z ogniem będziesz się żenił.
OPCM : 11
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Półwila

PisanieTemat: Re: Crimson Street   04.05.17 19:30

Jest źle. Ciągłe przedłużanie nieuchronnego - wspaniała tortura. Minuty mijają, w przeciwieństwie do mojego strachu, jątrzących się na powierzchni obaw. Nie trzeba wprawnego oka żeby zauważyć wszystkie moje lęki odbijające się w całej postawie ciała oraz w spojrzeniu. Usta delikatnie drżą, tak jak niewielki nosek oraz powieki. Kulę się w sobie coraz bardziej, modląc się, żeby mieć to już za sobą. Oczekiwanie jest najgorsze. Sprawia, że żołądek podchodzi mi do gardła, a nogi stają się jak z waty. Mrużę oczy z powodu smagającego chłodu wiatru, ciało coraz mocniej trzęsie się pod wpływem nagromadzenia negatywnych emocji oraz zimna. Chcę zniknąć, zamknąć oczy i nie czuć absolutnie nic. Tylko adrenalina pozwala mi stać, patrzeć na tego degenerata powstrzymując wszystkie najgłupsze odruchy. Jest silniejszy, potężniejszy - ma przewagę. Ja to tylko drobna, wrażliwa istotka, która może się bronić jedynie złością, a której w tej chwili brakuje. Zerkam na monetę, czekam, aż ten mężczyzna wreszcie zagra w swoją własną grę. Podniesie różdżkę oraz wymaże mi pamięć. Stanę się kruchą, kołyszącą się na wietrze trzciną bez świadomości rozegranych tutaj scen. Znów apogeum tego spotkania przedłuża się, rozciągając w mękach - zdenerwowanie oraz obawy uwypuklają się wprawiając serce w morderczy taniec. Przełykam ślinę wodząc wzrokiem za każdym jego gestem. Zerkam w tamtą stronę wyobrażając sobie jak daleko musi być stąd do ziemi. Nie mam siły bać się mocniej - odwracam wzrok w kierunku drzwi. Zanim pomyślę o czymkolwiek, docierają do mnie jego słowa. Okręcam głowę śledząc wszystko, co dzieje się wokół. Wsiąkając w otaczającą dookoła pustkę, brak wiatru, brak wytchnienia - to koniec.
Kręcę powoli szyją. Przecząco. To tylko głupi przypadek. Zbłądzenie w krętych uliczkach Londynu. Nigdy o zdrowych zmysłach nie pokusiłabym się przyjść tutaj z pełną premedytacją. Pojawić się w tak obskurnym, niebezpiecznym miejscu. Nigdy nie pójdę już do okolicznych sklepów, żeby przypadkiem ponownie nie skierować się w tę stronę. Nigdy.
Odprowadzam go wzrokiem nie rozumiejąc, że właśnie zostaję sama. Po ziemi przetacza się jedynie różdżka. Moja. Jestem zaskoczona. Po ciele przebiega kolejny dreszcz. Idę w stronę drzwi orientując się, że uległy zatrzaśnięciu. Ciągnę za nie jeszcze kilka minut, próbuję z magią, ale mój stan emocjonalny na to nie pozwala. Kaskada łez płynąca po policzkach rozładowuje nagromadzone napięcie. Nie wiem ile czasu mija nim się uspokajam i nim jestem w stanie nie rozszczepić się podczas teleportacji. Ważne, że słychać ciche pyknięcie oddzielające mnie od tej tragedii. Rozwijającej się w domu.

zt.x2




Powrócę ja - patrz, Furia zła,
Przyjdę jak
płomień gorący.
Powrót do góry Go down
Jackie Rineheart
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5414-jackie-rineheart#122455 https://www.morsmordre.net/t5418-kluska-jackie https://www.morsmordre.net/t5419-jackie-boy https://www.morsmordre.net/f101-hartlake-road-18-9 https://www.morsmordre.net/t5423-skrytka-bankowa-nr-1349 https://www.morsmordre.net/t5424-jackie-rineheart
Zawód : auror
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Do not go gentle into that good night
Old age should burn and rave at close of day
Rage, rage against the
dying of the light
OPCM : 26
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Crimson Street   12.08.18 18:52

5 sierpnia
Obracała w palcach pióro, oglądając jego fakturę ze wszystkich stron, ilość wyszczerbionych igiełek, które po dotknięciu ich opuszką palca okazywały się utracić dawną miękkość. Nie lubiła kupować gęsich piór, były sztywne i zbyt długo trzeba było nad nimi pracować, a kiedy już dłoń się do nich przyzwyczajała, najczęściej musiała kupić już nowe. Wolała orle pióra, miały mocniejszą dutkę i twardszą, stabilniejszą stalówkę. Ktoś znowu zakaszlał w głębi korytarza. Słyszała od paru osób, że chłód i wilgoć Tower of London doprowadzały do szaleństwa. Dźwięk poniósł się po zimnych, kamiennych ścianach, które wiele już usłyszały, by na końcu zginąć gdzieś w czarnym kącie. Kroki ginęły wśród hałasu innych kroków, rozmowy przeplatały się z nimi w dziwnym kawiarnianym tańcu w stylu gotyku, porywając za sobą szelesty pergaminów i otwieranych teczek.
A ich było wyjątkowo mało. Stracili akta, niemal wszystkie zostały doszczętnie spalone przez Szatańską Pożogę, która zabrała ze sobą całe Ministerstwo Magii, zmuszając aurorów do schowania się w więzieniu jak jedni z tych, których wsadzali za kratki. Ta kawalkada myśli wymusiła na jej ustach pogardliwy, pełen rozczarowania uśmieszek. Pokręciła lekko głową, jakby samej nie będąc wciąż w stanie uwierzyć w to, co się stało.
– Rineheart! – usłyszała z korytarza, dopiero teraz łącząc głos z krokami, stawianymi energicznie, o dziwo lżej niż ona sama stawiała swoje. – Rineheart, gdzie jesteś? – wywróciła oczami. Po co ją wołała, skoro doskonale wiedziała, gdzie się znajduje? Zakopała się w jednej z ostatnich cel w zachodnim skrzydle, dzieląc biurko ze swoim ojcem. Jeśli ktoś szukał jednego Rinehearta, wiadome było, że przeważnie można go było znaleźć przy drugim Rineheartcie. Jasnowłosa piękność o okrągłej, piegowatej twarzy zawitała w progu celi bez uśmiechu na ustach, ale za to z muśniętymi czarnym specyfikiem rzęsami. Zupełnie do siebie nie pasowały, ale to nie miało znaczenia. Kadra za bardzo się wyszczupliła, żeby jakikolwiek auror mógł sobie wybierać, z kim chce brać udział w zgłoszeniach.
– Po co tak krzyczysz? – zapytała Rineheart. Nie zmieniła pozycji, wciąż garbiła się przy stole, gładząc kciukiem nadszarpnięte piórze włoski. Jak one się nazywały? Nie pamiętała. Albo nie wiedziała.
Prędzej to drugie.
– Chodź, Moody wysłał nam patronusa – Caroline Leach uśmiechnęła się do niej w sposób, jaki Jackie uważała za niezdrowy. Była mugolaczką, której rodzice zginęli w pożarze Ministerstwa. Oboje, jednego dnia. A mimo to dziewczyna nie straciła woli do życia. Oby to tylko nie zamieniło się maniactwo i fanatyzm.

Lot przez Londyn opatrzony był gęstą mgłą unoszącą się nad miastem, ale w pobliżu Tamizy, gdzie dokonano kolejnego morderstwa, było jej znacznie mniej. Wylądowały przy jednej z wąskich, opatrzonych cieniem budynków uliczce, gdzie mugole mieliby mniejsze szanse je dostrzec. Nie chciały robić kolejnej afery. Nerwowa atmosfera i dający wyczuć się wszędzie niepokój były wystarczająco dobrym powodem, żeby unikać niepotrzebnego zamieszania. Worple Road okazała się rozległą, nawet jak na ten czas barwną ulicą, przy której wciąż jeszcze bawiły się dzieci. Gdy wychodziły na chodnik, dostrzegła kilku pracowników służb mugolskich idących w przeciwną stronę naprzeciwko nich.
– Podawał jakieś szczegóły? – jej głos był twardy, suchy, nie przypominał zupełnie tego, którym operował na co dzień. Zmiany, jakie zaszły, zmuszały do wiecznej czujności i ostrożności, do baczenia na każdy krok. Zmiany, jakie zaszły w niej samej, rozkazywały patrzeć na ludzi ze złością zawsze, a krzyków używać wtedy, gdy faktycznie miała coś do powiedzenia.
– Podał adres, poprosił o łamacza klątw, bo na ciele znaleźli runy, i dodatkowego aurora– odpowiedziała fachowo, nie operując szczegółami, które zawsze można było pominąć.
Zaczęły dogadywać się na tej płaszczyźnie i musiała przyznać, że chociaż z początku kręciła na nią nosem, bo wydawało jej się, jakby urwali Caroline z choinki, to teraz musiała zweryfikować swoje poglądy na jej sylwetkę.
Klatka schodowa wyglądała na zwykłą, popularną wśród londyńskiej architektury, kamienne, wystrzępione gdzieniegdzie schody również nie zwracały na siebie większej uwagi. Z wyjątkiem kilku stopni tuż przed drzwiami, otwartymi na oścież. Ślady stóp. Męskich, jak stwierdziła Jackie, kucając przy nich. Caroline patrzyła na nią z góry, chcąc oddać jej potrzebną do rozmyślań przestrzeń. Aurorka przyjrzała im się uważniej, wzrokiem śledząc ich kierunek. W połowie drogi na półpiętro śladów zabrakło. Nie mógł się teleportować. Chyba że był gotowy na natychmiastową śmierć albo rozległe rany porozszczepienne, przy których umarłby znacznie wolniej, ale w okrutnej agonii. Wytarł krew szmatką? Ubraniem?
– Chodźmy dalej – poprosiła, prostując się, żeby za chwilę podążyć zaraz za Caroline.
W mieszkaniu takich śladów było o wiele więcej, w dodatku wyglądało na to, że ich twórca zrobił sobie kilka rundek po mieszkaniu. W dodatku zapach, zwietrzony od wejścia na klatkę schodową, znacznie się zintensyfikował. Nieprzyjemny, wiercący w nosie. Znajomy. Zapach śmierci, które zabiera ciało kawałek po kawałku.
– Dobrze, że już jesteście – zza futryny wyjrzała na nich okrągła twarz, której główną ozdobą była czarna, kozia bródka i brązowe oczy w ciemnej obwódce. Frank Moody również był aurorem, ale wychodził zawsze z założenia, że co dwie głowy to nie jedna i co czarodziej to nowa idea. Nie pracował sam, a jeśli zainicjował taką sytuację, od razu wzywał kogoś do pomocy. Był zdolny, chociaż brakowało mu pewności siebie. Tak przynajmniej oceniała go Jackie.
Na kobiece ciało zleciały już muchy, szukając miejsc, gdzie mogłyby uczynić największe spustoszenie. Niektóre już nawet się w niektórych miejscach złożyły jaja, co pamiętała z wiecznie powtarzanych przez specjalistów w tej dziedzinie formułek. Zacisnęła lekko szczęki w wyuczonym odruchu, mrużąc przy tym powieki. Największy smród był właśnie tutaj. Skoncentrował się niewidzialną chmurą nad zwłokami, sprawiając, że widok otulonej, łagodnej twarzy kobiety wydawał się być smutnym dramatem wystawianym w teatrze, a nie prawdziwą tragedią.
– Jera i Wunjo – odezwała się nagle Caroline, stojąca tuż obok niej. Dla Rineheart w pierwszym momencie słowa zabrzmiały jak imiona jakiegoś kiczowatego małżeństwa z peryferii Chin. Chwilę później zorientowała się, że chodziło o znaki. O runy, ściślej rzecz ujmując.
O runy, którymi pokryte było całe ciało denatki. W wersji mniejszej i większej, bardziej i zdecydowanie mniej dokładnej. Jej skóra wyglądała jak pergamin, na którym dzieci uczą się pisać.
– Wyglądają jak skreślone przez dziecko – podzieliła się z nią myślami, wodząc wzrokiem między symbolami. Większość wyglądała niedbale i ciężko było dopasować je do innych, ale jeśli wytężyło się wzrok, dostrzegało się podobieństwa. – Jakby ktoś uczył się na niej pisać. Ale zginęła nie przez zadawany ból, ktoś zabił ją zanim zaczął wydzierać runy.
– Była spetryfikowana?
– Nie, skóra jest wtedy znacznie twardsza, ciężko byłoby na niej operować. A jemu drżała dłoń. Widzisz? – wskazała jej małym palcem prawej dłoni na nierówne, łamane zarysowania. – Wygląda jak praca jakiegoś małego, wyjątkowo ostrego noża.
– Cyrkla – odpowiedziała cicho, a kiedy Jackie się na nią obejrzała, stała już przy szafce, nachylona nad jej blatem, na który ktoś wcześniej odłożył zakrwawione narzędzie. – Tworzyła mapy?
Zrobiła krok nad rozłożonym ramieniem kobiety, uważając, żeby nie wdepnąć w plamy krwi. Jeszcze posądziliby ją i jej buty o majstrowanie na miejscu zbrodni. Caroline wyciągnęła z kieszeni świeżą, złożoną w malutką kostkę chusteczkę i zaklęciem przeniosła na nią cyrkiel. Krew buchnęła z jej nosa tak gwałtownie, że niemal wypuściła pakunek z dłoni. Przyjrzała jej się uważnie. Anomalie nie dzieliły ludzi na gorszych i lepszych, na silniejszych i słabszych, na błękitnokrwistych i brudnokrwistych. Atakowały każdego. Bez wyjątku. Leach szybko doprowadziła się do porządku, podtykając pod nos kolejną chustkę.
Wróciła do ciała, żeby dokładniej mu się przyjrzeć. Ofiara posiadała na szyi tylko wisiorek z granatowym, lśniącym w promieniach zerkającego przez uchylone okno słońca. Ani grama ubrań, nawet bielizny. Paznokcie były na swoich miejscach, zarówno te u stóp, jak i u rąk, morderca nie podejmował się fizycznych tortur. Jej twarz. Wciąż wyglądała na łagodną, może nawet nieco znudzoną, jakby leżenie samej w tym niewielkim salonie okazało się dla niej okrutnie męczące, chociaż przecież nic nie robiła. Musiał zdobyć jej zaufanie, musiał ją znać. I to dobrze. Wstała, żeby rozejrzeć się po pokoju, na razie po tym, za chwilę przejdzie się do pozostałych z zamiarem sprawdzenia, czy obyło się bez kradzieży. Najpierw znalazła się przy komodzie, na której stały obite w ramkę ruchome zdjęcia. Na wszystkich, czyli w liczbie trzech, znajdowała się kobieta, która w tej chwili leżała na podłodze, z tą różnicą, że na zdjęciach była wciąż żywa. Brwi spięły się ku mostkowi nosa, kiedy rozpoznała towarzyszącego jej mężczyznę. Dorian. Zaginął jakieś dwa dni po pożarze w Ministerstwie, też był aurorem. I to cholernie dobrym.
– Jera symbolizuje żniwa, Wunjo radość. Oba znaki kojarzone są pozytywnie i nikt nie używa ich do nakładania klątw. Ten przypadek nie jest wyjątkiem – opowiedziała krótko Caroline, kiedy zatamowała krwawienie i wytarła cały szkarłat spod nosa. Jackie obróciła się w jej stronę, na chwilę badając jej twarz czujnym wzrokiem, by za chwilę przenieść swoją uwagę na ciało kobiety. Dorian Wallace. To był twój mąż? Gdzie wasz syn?
To, że nie obchodziły ją sprawy kolegów z pracy nie znaczyło, że nie miała uszu.
Do mieszkania wszedł Frank. Przewracał strony w notatniku, chowając swoje pióro do kieszeni. Nie to samopiszące. Wciąż był tradycjonalistą.
– Rozmawiałem z sąsiadką. Ofiarą jest Balissa Wallace, jej mężem był Dorian Wallace, mieli piętnastoletniego syna – cała trójka spojrzała po sobie z uwagą, bez zbędnych komentarzy. Zrozumieli się bez słów. – Sąsiadka mówiła, że nie słyszała niczego podejrzanego. Dopiero, kiedy wyszła z mieszkania koło szóstej rano, zauważyła ślady stóp na schodach, prowadziły do mieszkania. Mówiła, że były jeszcze wtedy mokre. Zajrzała do środka, ale kiedy zobaczyła, że tych śladów jest więcej, nie zaglądała dalej, od razu wysłała sowę do Biura Aurorów.
– Mówiła coś o Dorianie? – spytała Jackie, zakładając ramiona na klatce piersiowej.
– Tylko tyle, że nie widziała go od dawna, a jego żona bardzo za nim tęskniła. I…
Caroline, która po raz kolejny sprawdzała chusteczką, czy pod nosem wciąż są ślady krwi, uniosła wzrok z podłogi.
– Jakieś teorie?
Milczeli przez jedną, wyjątkowo długą chwilę. Jackie miała już swoje podejrzenia, ale nie była głupia, dzielenie się nimi w tej chwili byłoby naruszeniem pewnych niepisanych zasad. Póki nie mieli wyraźnych dowodów, wykrzykiwanie frazesów o mordującym aurorze było absolutnie nie na miejscu.

| zt





find me in the backyard
in the dark
Powrót do góry Go down
 

Crimson Street

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5

 Similar topics

-
» Suterena przy Janseen Street

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Enfield-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18