Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Wnętrze
AutorWiadomość
Wnętrze [odnośnik]03.02.21 0:17
First topic message reminder :

Wnętrze

Wnętrze wagonu jest skromne i ciasne; drewniane rozsuwane drzwi mają zamontowaną blokadę możliwą do zatrzaśnięcia od wewnątrz, naprzeciw nich znajduje się szerokie na całą długość okno zakryte jasną, ale nieco wyblakłą kryjącą zbyt długą firanką. Materac, do którego prowadzą prowizoryczne schodki ułożone ze starych skrzyń - gdy nie są potrzebne w tej formie, służących za krzesła - został rzucony na szafki, w których Marcel przechowuje swoje prywatne rzeczy: wymieszane wszystko ze wszystkim, od ubrań począwszy, przez pieniądze, po nieliczne książki będące szkolną pozostałością, pamiątki, żywność, eliksiry i magiczne komponenty. Prócz tego w wagonie mieści się niewiele, stary dywan nadaje wrażenia przytulności, a licha jasna i miękko obita ława wydaje się dostateczna, by odpocząć za dnia  - nawet jeśli sprawia pewne osobliwe wrażenie mebla, który może się rozlecieć chwilę po zajęciu na nim miejsca.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Re: Wnętrze [odnośnik]27.12.21 18:23
- No i? - powtórzył za nią gniewnie. - No i?! No i... - No i co? No i właściwie to nie wiedział co. Ogarniała go bezmoc, nigdy nie potrafił usiedzieć bezczynnie, a teraz musiał, siedzieć i patrzeć, jak ze świata, który kochał, pozostają ruiny. Niesprawiedliwie, podle, zalewając wszystko i wszystkich nieprawdopodobną goryczą. Stłamszony gniew obrócił się w zniechęcenie, bezradność nie pomagała, może naprawdę - nie dało się już zrobić nic? Może ten straszny system, ogrom nieszczęścia i cierpienia, był zdolny złamać każdego. Może walka naprawdę nie miała sensu, może w tym wszystkim chodziło już tylko o przetrwanie - choćby trwać miał jak szczur czający się w podziemnej kryjówce. Kaleki i porzucony. Niczyj. Bezdomny. Samotny. Czuł się mały i czuł się żaden, czuł się bez znaczenia, choć jeszcze kilka dni temu wierzył, że był kimś więcej. Siedząc twarzą w twarz ze Zlatą czuł ten upadek raz jeszcze od nowa, wcale nie mniej boleśnie. Na krótki moment schował głowę, sięgając dłońmi skroni i ściągając ją w dół, gdy... zaraz, co? Chujowej baletnicy? Szarpnął się w górę, obrzucając ją równie gniewnym co wcześniej spojrzeniem, był najlepszą pieprzoną baletnicą na tej arenie, choćby miał nią być cały Londyn. Nie było tu drugiego takiego jak on: kogoś, kto potrafił tyle co on. Wcześniej, kiedy miał rękę. Bez niej koci balans został zaburzony, miną miesiące, nim odnajdzie go ponownie - o ile w ogóle. Patrzył na rękę, którą z wolna wyciągała, oderżniętą, zastąpioną kupą złomu. To go miało niby pocieszyć? Zlata nigdy nie była tym, kim był on. Zlata nie potrafiła nigdy latać. Zlata nie mogła rozumieć, co oznaczała pełna sprawność, nigdy jej przecież nie osiągnęła. Nie wiedział tego, zakładał, bo jego sprawność osiągało niewielu.
Ale mimo złowróżbnej iskry w oku - zamilkł, słuchając tego, co miała mu do powiedzenia. Niechętnie. Patrząc na wystający kikut z odrazą, jaką czuł też do samego siebie. Jak na coś nienaturalnego, bo nienaturalnym to było. Nie dało się tak po prostu pogodzić z utratą kończyny. Czy ona potrafiła? Patrzył na protezę, nie widział w niej nic pięknego: była przerażająca, straszna, ostateczna.
- Nie udało ci się wyzdrowieć - wychrypiał tylko, czując, jak jego serce zaczyna bić szybszym rytmem. Powiedziano mu, że istniała szansa, że istniał sposób, rzadka możliwość na przywrócenie jego sprawności, niepozbawiona ryzyka, dziś najbardziej się bał tego, że proces się nie powiedzie, że kończyna zostanie odrzucona, że jego ciało nie przyjmie przeszczepu. Co wtedy? Będzie jak ona - z nieporadną, ciężką, toporną maszyną? Utraci swoją gibkość, taneczność, grację?
Czy wciąż będzie wtedy sobą?
Przeniósł wzrok na nią, półnagą, kaleką. Nie chciał tak wyglądać. Nie chciał być nią. Minęło za mało czasu, wciąż wypierał rzeczywistość, jakby mógł od tego uciec. Nie patrzył na własną rękę, ukrywał ją, nawet przed własnym wzrokiem, czekał, na co? Na nic, po prostu położył się i nie wstał. Zlata była w gorszej sytuacji od niego, ale zdawał się tego nie dostrzegać, równając ich tragedie. Poradziła sobie - ale czym było życie kaleki? Czy mogło się równać z życiem zdrowej osoby? Czym miało być jego życie po tym, co mu się przydarzyło - miał stracić wszystko. Próbowała mu powiedzieć, że nie wszystko: że wciąż miał dwie ręce, nawet jeśli brak dłoni zmieniał wszystko, że nie utracił swojej magii, że mógł znaleźć w sobie siły. Czy mógł? Zacisnął pięść ze złości, bo wciąż nic nie rozumiała, nie zmieni świata, bo zderzył się ze ścianą - chwila, co? Rozsunął papier między palcami, by spojrzeć na przekazany mu adres, od niechcenia, sądząc, że może skojarzyć regiony - nie spodziewał się zobaczyć tam tego.
Jego własny pieprzony ojciec zalazł za skórę samej Zlacie Raskolnikovej. Poczuł, jak jego gardło schnie, serce bije szybciej, a krew pulsuje w skroniach, poczuł dziwną słabość, pisk w uszach, jakby na moment odciął się od świata, a świat od niego. To jest twoja szansa, mówiła. Nie wiedziała nawet co mówiła. Nie wiedziała o czym mówiła. Nie wiedziała jak bardzo...
Ręka i zęby, co? Dwie nogi i różdżka. Zmiął papier w dłoni jak śmieć, nie potrzebował przypomnienia - zapamięta ten adres.
Zapamiętał każdy jego szczegół.
Przez chwilę wpatrywał się tępo przed siebie, wciąż milcząc. A ona, ona mówiła dalej.
Dobrze wiedziała, że to znał. Tower, Parszywy Pasażer, świąteczny jarmark, chodzili tymi samymi ulicami, widzieli to samo, tego chciała? Wysadzić ich świat od środka? Sprowadzić im tu, do Londynu, pieprzone piekło? Cisnął karteczkę przed siebie, wciąż bez słowa, ze złością, nie zwracając uwagi na tlący się na podmokniętym dywanie dogasający papieros. Myślałeś, że pokażesz mi, czym jest piekło, tato? Miałeś rację, pokazałeś mi: piekło jest tutaj. Jeszcze zobaczysz. Przetarł skronie dłonią, odrzucając złote kosmyki włosów, napięta szczęka zdradzała emocje, bliski był wybuchu.
- Przysłowiową bombardę? - zapytał, spoglądając na nią z powagą. Nie chciał przysłowiowej bombardy. Chciał prawdziwej bombardy, takiej, która wysadzi całe to chrzanione miasto, jeśli będzie trzeba, rozpieprzy wszystko i wszystkich w drobny mak. Powoli zaczynało do niego docierać - czy był od niej gorszy? Jeśli ona potrafiła bez ręki - czy on miał leżeć w wagonie w nieskończoność i czekać na śmierć? Mógł, ale po co: nie musiał umierać sam. Mógł pociągnąć za sobą innych. Choćby tego dupka. Przerażone zwierzę zapędzony w kozi atakowało niezależnie od swoich szans, tym właśnie był teraz: szczeniakiem zbyt mocno bitym, ciśniętym o ścianę szczurem, kotem z zerwanym uchem i krwawiącym pyskiem. Ale żywy. Miała rację, nie odrąbali mu głowy. A mogli. A jeszcze pożałują, że tego nie zrobili. Złość kotłowała się w sercu, błyszczała w oczach, spinała mięśnie twarzy, milczał tak głośno, jak głośno milczy ocean przed burzą.
- Błyskotek na drzwiach, od frontu, po prawej stronie od wejścia strach na gremliny, parę kroków dalej, bliżej okien, błyskotek. Nic trudnego i nic niebezpiecznego. Facet mieszka sam, w środku nie ma skrzata ani gosposi - oznajmił, gniewnie cedząc słowa. Dopiero po chwili przeniósł na nią wzrok, butnie patrząc jej prosto w oczy. - Nie jestem chujową baletnicą, Zlata. - Może był bardzo młody. Może niewiele wiedział. Ale to, co potrafił, było unikalne. Nie musiała wiedzieć, skąd miał te wiedzę, nie musiała wiedzieć, że łączyło ich coś więcej. Chciał, by potraktowała go poważnie. Chciał zrobić na niej wrażenie. Dlaczego nagle zaczęło mu na tym zależeć, nie wiedział, ale jeśli chciała rozpętać w tym mieście piekło, to nie zrobi tego bez niego. Nie w ten sposób. Nie u niego. Nie mógł tego tak zostawić. - Tańczę tutaj najlepiej - oznajmił twardo, choć tańczył bardzo dobrze, wcale nie o tańcu mówił, ciągnąc jej obraźliwą metaforę, jak gdyby jeszcze parę chwil temu nie trzymał się wcale kurczowo białej flagi. Czy jednak wciąż wierzył? Czy ona - specyficznym słowem sprawiła, że uwierzył? Rozpierdolić to wszystko w drobny mak: jak to pięknie brzmiało. Jak to pięknie kusiło. - Sprawdzę, czy coś się zmieniło - dodał, uciekając wzrokiem w bok. Minęło kilka miesięcy, mogło się zmienić. Obserwował, jak zwinnie Zlata wyciąga papierosa jedną ręką, obracając papierośnicę między palcami.
Nie myślał o tym, co będzie, o jutrze, o przyszłości, nie wybiegał myślami ni pół cala dalej, niż trwał w tym momencie. Nie wiedział, co będzie dalej, ale chciał zobaczyć ogień, o którym mówiła, chciał poczuć to zniszczenie, tę siłę. Bez ręki? Bez ręki. Co robił? Sam nie wiedział.
Ale chyba nie czuł teraz strachu, choć powinien. Pachniał raczej desperacją. Co więcej mógł jej powiedzieć po tych gorzkich słowach? Miała rację, ale tego nie zamierzał mówić na głos. Jej gniew i jej złość, jej anarchistyczna wizja wlewała się do jego serca trucizną paradoksalne odciągającą go od krawędzi życia i śmierci, zawsze lubił tańczyć gdzieś na granicy.
- Jest legilimentą - oznajmił na koniec, nie odejmując od niej spojrzenia. Czy wiedziała? Jeśli chciała przed nim stanąć, wiedzieć musiała. Nie mógł się zbliżyć trzymając różdżkę. Czy zbyt łatwo przyszło mu zdradzić sekrety własnego ojca? Nie po tym, kiedy zostawił go na śmierć. Nie po tym, kiedy nie zawahał się nawet, widząc go spętanego i słaniającego się z nóg. Nie po tym, kiedy w takim stanie - chciał wziąć go na tortury dla własnej tylko satysfakcji. - I kompletnym świrem - Nie tylko tchórzem, Zlata. Z tylko tchórzem byłoby prościej. On nie miał skrupułów. Żadnych.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Wnętrze [odnośnik]11.01.22 21:29
“No dalej, wścieknij się bardziej. Przecież widzę, że tego chcesz” - mogę mu mówić, podsycać te resztki wkurwu, które gdzieś tam jeszcze miał. Ciepłe kluchy nie są mi potrzebne, bo zdychają jako pierwsze. A ja chcę mieć tu kogoś, kto będzie wykonywał robotę. Później następną. I następną.
Bo tak się kończy, kiedy ktoś obiecuje, że zrobi dla mnie wszystko.
Niestety na tym etapie pozostaje mi już jedynie uderzyć. Konkretnie i boleśnie. Ktoś gdzieś mówił, że terapia szokowa dobrze robi na głowę. Nie wiem, czy dokładnie o to chodzi, ale byłam już gotowa przywalić gówniarzowi prosto w zęby, żeby się ogarnął. Albo odpowiadać na niewygodne pytania.
-Brak kończyny to nie choroba, tylko pewna niedogodność. - śmieję się cicho. - Ale jeśli jesteś ciekaw, to sprawa jest prosta. Jak cię napierdalają godzinami czarną magią, to nawet najbardziej wprawny uzdrowiciel nie sprawi, że wrócisz do stanu sprzed tej całej… zabawy.
Mam ochotę splunąć, bo słowo jest gorzkie, jak żółć.
-Jak to mówią w moich stronach: z gówna bata nie ukręcisz. - kontynuuję wciąż tym samym obojętnym tonem. - Tobie to raczej nie grozi, chociaż słyszałam, że nie jest to tania sprawa. A o takie cudo... - wskazuję skinieniem głowy w stornę protezy. - Jest łatwiej. Jak się ma dojścia, oczywiście.
Usta same układają się w drapieżnym uśmiechu. To tylko drobna sugestia. Może skorzystać, może nie. W tym wszystkim, całej tej sytuacji jest coś masochistycznego - napawać się odrazą, z którą Carrington nawet się nie krył. Nie próbować chować ciała pod warstwami ubrań, tylko z dumą prezentować każdą bliznę, każde paskudne przebarwienie, czy też widoczne skrzywienie kręgosłupa. Cała moja historia, wypisana na skórze. Proszę bardzo, młody, czytaj, jeśli chcesz. Zobacz, że nawet najbardziej ohydna i najpodlejsza z istot, koślawa i kaleka może coś osiągnąć.
Chyba powoli docierało do niego to, co chciałam mu przekazać, bo chłopaczek w końcu łaskawie spojrzał na adres… i coś się ruszyło. Doskonale widziałam, jak zmienia się jego wyraz twarzy. Rozpoznaje ten adres? Kojarzy właściciela? Ewidentnie coś było na rzeczy… To była właśnie ta iskra, na którą czekałam przez całą rozmowę.
-Zdajesz sobie sprawę, że nie musi być przysłowiowa. - mówię to z pewnym rozmarzeniem, prawie mrucząc. - Nie musi to też być Bombarda. Przecież ogranicza nas tylko wyobraźnia, prawda?
Chcę, żeby to w końcu zrozumiał. I wcielił w życie wszystko, co kiedykolwiek kłębiło się w jego głowie.
Moje słowa smakują jak miód, chociaż doskonale wiem, że jest to żrący jad. Podobne słowa - straszne i pokrzepiające wypełniły wiele lat temu moje serce, w chwili, kiedy wszystko straciło barwy. Lepka, słodka trucizna posklejała w całość moją duszę, która jeszcze przed chwilą była jedynie stertą brudnych resztek.
Słuchałam chłopaczyny, powoli wypuszczając dym przez nos. Był tam. Tak. On albo ktoś z jego koleżków. Był… Tylko po co? Obrabować? Czy może było tam coś innego? To jeszcze pozostawało mi odkryć.
-No proszę, proszę. Tobie też ta gnida zalazła za skórę? Czy to odwet za Parszywego?
Ponownie zaciągam się dymem, powoli i leniwie.
-Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę, Carrington. - odpowiadam, ale już w inny sposób. To wyzwanie. Chyba lubisz wyzwania, co?
Powoli podnoszę się ze swojego miejsca, zgarniając najpierw rękę, którą podpinam, ponownie czując ten znajomy ból, a później i resztę ubrań. Rozmowa zakończona. Niech młody sobie teraz wszystko przetrawi.
-A jako że pracujesz dla mnie, to dla ciebie - Pani Raskolnikova. - zatrzymuję się, żeby spojrzeć mu prosto w oczy. - Sprawdź, co trzeba, ale nie zwlekaj z tematem. A później tańcz sobie ile wlezie.
No zobaczymy, jak chłopak sobie poradzi. Oby sobie poradził.
Bardzo nie lubię sprzątać dobrze zapowiadających się pracowników.
Kiedy już szykowałam się do opuszczenia wozu pada jeszcze jedna informacja. Nie powstrzymałam się i parsknęłam w odpowiedzi śmiechem.
-Świrem? To doskonale się składa. Bo… tak to się u was mówi? Ogień ogniem zwalczaj?
Rzucam przez ramię w jego stronę krótkie spojrzenie.
-Czekam na sowę, Carrington. - po czym ponownie zanurzam się w mroźnym londyńskim powietrzu.

/zt cwaniak


Zlata Raskolnikova
Zawód : Komornik i najemniczka po godzinach
Wiek : 37
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Wisi mi kto wisi na latarni
A kto o nią się opiera
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Półgoblin
Wnętrze - Page 2 LbyMwHj
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9153-zlata-raskolnikova#276833 https://www.morsmordre.net/t9433-sowa-bez-imienia#286806 https://www.morsmordre.net/t9439-zlata#287045 https://www.morsmordre.net https://www.morsmordre.net/t9434-skrytka-numer-2143#286811 https://www.morsmordre.net/t9432-zlata-raskolnikova#286793
Re: Wnętrze [odnośnik]23.01.22 18:48
Było mu niedobrze. Kiedy na nią patrzył - bezręką jak on - kiedy widział protezę rzuconą na podłogę jak rzecz. Kiedy myślał o własnym kikucie, na który patrzył tak rzadko i tak krótko, że bardziej znał go z własnych wyobrażeń, niż z rzeczywistości. Nie potrafił na niego patrzeć. Było mu niedobrze, kiedy myślał o tym, co jej zrobili. Kiedy opowiadała: jak brutalnie ją potraktowano. Świat był brutalny, królewno, otwórz oczy. Bierzesz udział w rebelii, a przeszkadza ci ziarno grochu pod materacem. Potraktowano ją przecież znacznie gorzej od niego. Może powinien zrozumieć - że nadszedł czas wziąć sprawy we własne ręce. Że wszystko zależało od niego. To, kim był, kim mógł się stać, kim się stawał. Ale to wszystko nie było prawdą, nie miał takich doświadczeń jak ona, nie przeszedł w życiu tyle co ona i był dość młody, by nie potrafić uczyć się na błędach innych niż własne. Nie byli przecież tacy sami. Jemu ręka potrzeba była bardziej. Było mu niedobrze, kiedy nazwała swoją protezę cudem. Nie chciał tego. Obcego ciała, maszyny, dziwacznej konstrukcji na stałe przytwierdzonej do ciała. Ciężkiej, niezgrabnej, odbierającej przez lata wyćwiczony balans. Był akrobatą. Bardzo dobrym. Może nawet najlepszym. Właśnie: był. Nie chciał być taki jak ona. Brzydziła go. Nie chciał budzić obrzydzenia. Jeszcze nie potrafił zrozumieć dumy, z jaką obnosiła się ze swoimi bliznami, jeszcze nie dostrzegał w tym sensu ani idącej za tym mądrości. Zbyt mocno skupiony na sobie: czuł tylko obrzydzenie.
A jednak utkwił na niej spojrzenie, kiedy przedstawiała swoje plany. Niekoniecznie przysłowiowa i niekoniecznie bombarda. Jak bardzo kusiła zemsta na tym człowieku? Zemsta za to, co zrobił tamtego dnia Jamesowi? Był przecież na skraju, skraju życia i śmierci. Bity, torturowany, głodny, zmęczony. A on znów właził mu do głowy, choć wiedział, że nie znajdzie tam nic użytecznego. Robił to dla własnej satysfakcji. Z głupiego kaprysu. Dla zabawy. Przyjemność sprawiało mu pastwienie się nad jego najbliższymi - ot tak, bez powodu. Należało mu jasno powiedzieć: dość. Postawić granicę. Cienką czerwoną linię, za którą nie wolno mu stanąć. Musiał zrozumieć, że ona istniała. Że może był tylko szczeniakiem, ale takim, który miał już kły i pazury. I potrafił ugryźć. Gniew kotłował się w sercu przedziwnym chaosem, którego nie potrafił uchwycić ani zrozumieć. Nie był mściwy. Nie chodziło nawet o sprawiedliwość. On musiał przestać. Musiał zrozumieć - że nie pozwoli mu dłużej na to, co robił.
- Uwięził Celine - przypomniał bez przekonania. Skrzywdził też Jamesa, ale tego nie powiedziałby na głos. Nie chciał mówić o słabościach przyjaciela. Była przy tym, widziała. I jego i ją. Uwięził Celine, a dalej wydarzyło się mnóstwo innych rzeczy, za które miał ochotę wytarmosić go za fraki. Całe mnóstwo. Ale o żadnej z nich - nie chciał mówić. Przeniósł na nią spojrzenie. Przecież widzisz: wiem, co jest w tym domu. Ale dobra. Pokażę ci, proszę bardzo. I jeszcze wyjdą ci te goblińskie oczy z głowy. Odwrócił wzrok w drugą stronę, kiedy zapominała protezę - nie chciał tego widzieć. Nie chciał na to patrzeć.
Uniósł nieznacznie prawą brew. Pani Raskolnikova, pogrzało ją? Nikt tutaj nie nazywał jej w ten sposób - wszyscy mówili o niej Zlata. To chyba przez ten wzrost, przypominała dziecko, choć wcale nim nie była. Poczuł ukłucie wstydu, czy nie chełpił się tolerancją, jakiej nauczył się tutaj, na Arenie? Namiot dziwów pełen był istot, które wyglądały inaczej niż ludzie na ulicy. Nie podniósł na nią wzroku, nie odpowiedział, nie zareagował, tempo wpatrywał się w ścianę przed sobą. Ogień ogniem zwalczaj. Miało to dla niego inny sens niż dla niej. Myślał o ojcu. O tym, co mu robił. O tym, co mógł zrobić jemu, żeby wreszcie się odpieprzył i zaczął żyć własnym życiem. Żeby dał spokój jemu i jego przyjaciołom. Ogień ogniem. Nie zawahaj się. Zasłużył na to wszystko. I na jeszcze więcej.
- Jasne - mruknął, nie odwracając się ku niej, wpatrując się wciąż w piętrzącą się przed nim ścianę. Jasne, pani Raskolnikova. Poczuł chłód, kiedy otwierała drzwi. Ustał, kiedy je zamknęła. Zaległa cisza.
A on wciąż nie poruszył się ani o cal, wpatrując się w ten sam martwy punkt.

/zt


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Wnętrze [odnośnik]02.02.22 11:12
12 stycznia 1958

Noc rozlała się na całe miasto, cienie zaległy na uliczkach i domostwach, raz po raz rozpraszanych lichym światłem latarni; trzymała się bezustannie zaciemnionych części, starając się stawiać kroki bezszelestnie, choć nawet kiedy te wydawały z siebie odłamki hałasu, dźwięk prędko porywał wiatr. Świszczał jej w uszach, zgrywał się z mroźnymi smagnięciami, wchodząc w umowę z oblodzonymi chodnikami; pośpiech nie pomagał w utrzymaniu równowagi na śliskiej powierzchni, ale jakimś trafem uniknęła upadku. Łapała powietrze łapczywie, dziko, desperacko, a z ust wypływała gęsta chmara pary. Ignorując ucisk pod żebrami i specyficzny ból w łydkach, stawiała kolejne kroki. Czas grał na jej niekorzyść, a każda kolejna minuta w Londynie przybliżała ją do najgorszych scenariuszy, przez co każdy kolejny cień pojawiający się w okolicy sprawiał, że na moment zatrzymywała się w bezruchu i zapominała o oddychaniu.
Strach potrafił paraliżować – potrafił też motywować, i tym stał się w momencie, w którym zdecydowała się na odwiedzenie Areny.
Nie powinna, kategorycznie nie powinna była; ale piętrzące się listy bez odpowiedzi wciąż wierciły dziurę w jej żołądku, odbierały sen i stawiały przed jej oczami najgorsze wizje. Dziwaczne przeczucie, że coś jest nie tak było na tyle intensywne, by zaryzykować.
Cyrkowa arena Carringtonów wyglądała nieco inaczej niż wtedy, gdy ją ostatnio widziała; możliwe, że wmawiała sobie ten stan, bądź nieobecność Thomasa uderzyła w nią szybciej, niż powinna. Doe odprowadził ją praktycznie do samego wejścia i nim przekroczyła granice terenu, pozostało jej jedynie odwrócić się tęsknie na ułamki sekund, a później ruszyć dalej.
Dziwaczna cisza nie pasowała do tego miejsca, a wielobarwne lampy i intensywne światła wydawały się dlań jakby przygaszone; wzrok wędrował po okolicy – tęsknie, z przestrachem, nutą nadziei i żalu. Nie wiedziała czego się spodziewać. Nie wiedziała jakie pytania i komu powinna zadać, ani czy jest gotowa na odpowiedzi.
Chciała się tylko upewnić.
Upewnić, że nic mu nie jest, że jest cały i zdrowy. Że żyje.
Powietrze z cichym świstem trafiło między usta, kiedy na horyzoncie zamajaczyły charakterystyczne kwatery mieszkalne cyrkowców – rzędy specyficznych wagonów, które widziała ostatnim razem, a wśród nich i ten należący do Marcela. Nie pamiętała dokładnie który z nich, który numer powinien być opatrzony jego imieniem; we wspomnieniach błyskało jej tylko charakterystyczne palenisko przed drzwiami i ławka, na której siedzieli w dzień, w którym go poznała.
Po raz kolejny nabrała powietrza w płuca, próbując wmówić sobie samej odwagę – sama nie wiedziała, dlaczego w tamtej chwili potrzebowała jej tak bardzo. Znajome miejsce mignęło gdzieś między kolejnymi rzędami; tam więc skierowała kroki, dopiero później decydując się zapukać do drzwi wagonu, który wydawał się jej znany.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Wnętrze [odnośnik]13.03.22 19:06
Pukanie. Jedno, drugie, trzecie. Nie zwracał uwagi, drzwi skrzypnęły, niedomknięte po prostu uchyliły się pod jej dłonią, a on nie odwrócił w tamtą stronę wzroku. Kto tym razem, znów przyszli go dręczyć? Z rana miał rozmowę o tym, że nie wolno opuszczać mu wagonu bez płaszcza okrywającego kaleki kikut, bo budzi obrzydzenie gości szukających tutaj rozrywki. Mijał dziwaków - nigdy wcześniej ich tak nie nazywał - zastanawiających się, czy teraz do nich dołączy. Wcale nie chciał stąd wychodzić, świat na zewnątrz przerażał ja nigdy: ale nikt nie trzymał go tutaj z dobroci serca, jak każdy inny - Marcel musiał na siebie zarobić. Jeśli nie trapezach, jak kochał, to jakkolwiek inaczej, bez jednej ręki ponoć dało się zrobić się mnóstwo rzeczy: oporządzić konie, powiązać liny, pomóc w kuchni, tak mógł powiedzieć tylko ktoś, kto nie musiał nigdy robić tego jedną ręką. Wciąż go bolała. Czuł ten ból, czuł ją całą: była częścią niego. Wydartym fragmentem nie tylko ciała, ale i serca. Żałował tak bardzo, że utrzymali go przy życiu - mniejszym okrucieństwem byłoby zostawić go tam na śmierć. Stracił wszystko, co kochał. Stracił życie. Na trapezy mógł patrzeć już tylko jak inni - z ziemi.
Nie chciał nikogo widzieć.
- Jeszcze nie skończyłem - warknął nieprzyjaźnie, podnosząc głowę, wzrok, gdzieś przed siebie, w ścianę naprzeciwko; siedział wsparty plecami o brzeg kanapy, na podłodze, z kaleką ręką podwiniętą pod pierś tak, by nie była widoczna. Zdrowa płukała w wiadrze z wodą wędzidła, wolał robić to tutaj, niż na zewnątrz. Tutaj, gdzie nikt go nie widział. Zdrowa dłoń była czerwona od zimnej wody, obok leżała brudna szczotka i czyste już, mokre skóry ogłowia, najpewniej końskiego. Biała koszula ubrudzona była błotem, stare spodnie też, błotne plamy brudziły posadzkę wagonu. - Wiem, gdzie to odnieść - dodał po chwili, ostrzejszym tonem, wyraźnie chcąc wyprosić intruza. Dopiero wówczas odwrócił się w kierunku drzwi; jego błękitne tęczówki błysnęły w półmroku, rozwarły się szerzej, usta zadrżały. Pół otwarte usta zastygły bez ruchu, drżące, gdy serce uderzyło mocniej. Czym? Cieszył się, że ją widział? Był zły? Wstydził się? Stracił rękę jak złodziej - bo tylko nim był. Wsparł łokieć na kolanie przyciągniętym do ciała, wypuszczając trzymane wędzidła do wiadra, spróbował zmusić zaczerwienione palce do zgięcia, ale przemarznięte odmówiły posłuszeństwa. Otarł je o cieplejszy materiał spodni.
- Nie powinno cię tu być - rzucił, i choć chciał, by ton jego głosu wybrzmiał łagodniej, niż przed momentem, to coś się w nim załamało - i zamiast tego zabrzmiał znacznie ostrzej, niemal agresywnie. Nie odjął od niej spojrzenia, wpatrywał się w nią, jakby zobaczył ducha - i tak też wyglądał, blady na twarzy. Nie rozumiał sam siebie, kiedy odwracał wzrok, odruchowo wciskając niezaleczony kikut w fałdy koszuli tak, by nie dało się dostrzec rany, zacisnął zęby z bólu. Mały, żałosny i słaby. Złodziej - tym był. Złodziej z uciętą ręką. Wyjdź, Anne, nie chcesz mnie takiego widzieć. A ja nie chcę widzieć ciebie. Nikt nie chciał go widzieć - James zapadł się pod ziemię, Thomas z Sheilą zajrzeli do niego raz i zniknęli, obrzydzeni tym wstrętnym widokiem. Ale stąd nie dało się już nigdzie uciec.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Wnętrze [odnośnik]15.04.22 18:55
Stukotanie serca przypominało bardziej uderzający w gong młot, niźli żywy organ ukryty pod dziewczęcą piersią. Słyszała je, czuła, dudniło pompując krew do uszu, sprawiając że momentalnie robiło jej się gorąco – ze strachu, stresu, niewiedzy; gdzieś przez to wszystko próbowała przebić się nuta zwyczajnej ulgi, bo kiedy kroki w końcu dobiły do odpowiedniego wagonu, a dłoń po raz kolejny spotkała się z drewnem drzwiczek, wiedziała, że trafiła dobrze.
Przekonanie straciło na sile wraz ze zderzeniem z ciszą; zagryziona warga pomagała skupić się na racjonalnym wytłumaczeniu – mógł być wszędzie, to o niczym nie znaczyło. Jego brak odpowiedzi na listy też mógł nie znaczyć nic, a mimo to tutaj przyszła.
Drzwi ustąpiły, głucho, bezwiednie – nie do końca zarejestrowała czy odważyła się otworzyć sama, czy może zamek wcale nie był zatrzaśnięty – ukazując półmrok pomieszczenia. Pierw dotarł do niej głos, znajomy a jednak w dziwacznie obcym tonie; dopiero później weszła do środka, pozwalając posadzce cicho zaskrzypieć, oczom przemknąć wzdłuż brunatnym plamom, wiadra z wodą, mokrego ogłowia. Chciała pokonać tę wędrówkę – wzroku, w końcu i kolejnych kroków – szybciej, jak najszybciej; paradoksalnie czuła każdą przedłużającą się sekundę pęczniejącym uściskiem w dole brzucha.
– Marcel... – popłynęło na bezdechu, jak gdyby nie była pewna, czy naprawdę może już odetchnąć z ulgą. Pierw nie zarejestrowała jego dziwnie skulonej, jakby zdrętwiałej postawy, nie zauważyła też grymasu na twarzy, a ostrość głosu rozmyła się gdzieś w rzeczywistości.
Był tutaj.
Cały, żyjący, siedzący na podłodze w plamach z błota, na które nie zważała nawet przez moment, zupełnie jakby chwila skrzyżowanych par oczu miała ciągnąć się w nieskończoność, a ona sama biła się z potrzebą uklęknięcia obok i zarzucenia ramion za jego szyję.
Dopiero ciężki plusk wewnątrz wiadra przerwał letarg, dyktując krótkie wzdrygnięcie ciała.
– Na Merlina, Ty.... żyjesz? Masz się dobrze? Do cholery, nie odpisałeś na żaden z moich listów? Miała w głowie wiele, jednocześnie paradoksalnie nic, jak gdyby sam fakt, że naprawdę był cały i zdrowy wystarczał, nie potrzebowała niczego więcej.
Oprzytomnienie przyszło później, dużo później; po ostrych zgłoskach opuszczających jego usta potrzebowała kilku, być może kilkunastu sekund, by zrozumieć sens słów Carringtona. Jasne brwi ściągnęły się nieco, wzrok napotkał czerwone dłonie i pospieszne wytarcie ich w spodnie.
– Bałam się – wypowiedziała to szybciej, szczerzej, inaczej niż myślała; słowa popłynęły same, czysto i dziwnie miękko, jak gdyby wcześniej stanowiły okrutnie ciężkie brzemię – Nie odpisywałeś...na żaden list, ja... – na moment przerwała, choć wzrok nie odrywał się od tego należącego do niego – Dlaczego? – zrobiła coś nie tak? Powiedziała? Może zwyczajnie nie miał już czasu, ochoty?
Z cichym świstem wciągnęła powietrze w usta, wypuszczając je po kilku chwilach, przenosząc spojrzenie na jego ciało; nienaturalnie spięte.
– C-co... co się dzieje?


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Wnętrze [odnośnik]24.04.22 23:09
Wypowiedziała jego imię, przywracając cząstkę rzeczywistości; spędzał tu długie dni w samotności, otoczony jedynie myślami, które echem odbijały się w tę i z powrotem między wąskimi ścianami wagonu, głos brzmiał tak ciepło jak zawsze, mimowolnie ściągając go na twardy grunt. Przypominając, że świat się nie zatrzymał, ziemia nie stanęła, nic się nie skończyło; świata nie obchodziło jego kalectwo, wszyscy żyli tak jak dawniej, szli do przodu, tylko on - wciąż stał w miejscu. Wcale tego nie chciał. Był rozdarty, choć w pierwszej chwili po przebudzeniu rozpaczliwie łaknął powietrza, nie dowierzając własnemu szczęściu, że po wszystkim, co się wydarzyło, kolejny raz otworzył oczy i żył, to przy każdym kolejnym zderzeniu z rzeczywistością zaczynał rozumieć, o ile prostsze byłoby wszystko, gdyby wcale się tamtego dnia nie zbudził. Wstydził się jej. Wstydził się tego, co mu zrobili, oderżnęli mu rękę do końca życia znakując go jako złodzieja, podczas gdy mordercom składano dziękczynne wieńce za poświęcenie w walce o czystość kraju. Rozłożył przemarznięte od zimnej wody palce, przyłożone do ciepłego materiału spodni, przez krótką chwilę bijąc się z abstrakcyjną i absurdalną przecież myślą, że gdyby ta ręka mu przemarzła, gdyby musieli ją odciąć, zostałby już z niczym.
Co miał jej powiedzieć? Czy prawdę, za którą nim wzgardzi, czy kłamstwo, które i tak go nie ocali?
Znieruchomiał, wpatrzony w wodę drżącą na powierzchni wiadra, kiedy zdradziła swoje emocje, uczucia. Bała się. Czy bałaby się mniej, znając całą prawdę? Widząc w nim tego, kim naprawdę był? Prawa ręka przywarła bliżej ciała, skryta pod półpelerynką maskującą kalectwo.
- Nie - nie mogłem, przepraszam - nie miałem - możliwości, zaskakująco trudno jest obsłużyć pióro, nie mając drugiej ręki, nawet odkręcenie słoja z inkaustem staje się wyzwaniem - Nie miałem czasu - zakończył, kulawo, niezgrabnie, żałując słów ledwie moment po tym, jak je wypowiedział; zamknął oczy, o chwilę zbyt długo. Tak chciał to rozegrać? Zgrywając kogoś, kto nie potrzebował pomocy, nie potrzebował nikogo? Przecież tak było - nikogo nie obchodził. Nikt nie zamierzał się nad nim rozczulać. Nie mógł ani nie zamierzał oczekiwać tego od niej. Pokręcił głową. Nic się nie działo. W tym problem, że nic się nie działo. Że świat się wcale nie zatrzymał.
- Nic. Pracuję - odpowiedział, zdawkowo, chcąc uciec, tematem, sobą, zapaść się pod ziemię i zniknąć. Został nakryty, jak miałby się z tego inaczej wytłumaczyć? Zawsze pomagał, jak każdy tutaj, ale sprzątanie nie było nigdy dotąd jego głównym zajęciem. Było nim teraz - odkąd na linie zastąpił go inny człowiek. Ale ciało go zdradzało. Ciało nie potrafiło być już silne. Nie potrafiło sprawić, by jego słowa w najmniejszym choćby stopniu brzmiały przekonująco. Opuścił głowę, nisko, wzdłuż wspartej na kolanie zdrowej ręki, zaciskając powieki; zbierał siły, nie mógł rozkleić się tu i teraz. Wyglądałby śmiesznie. W zasadzie to był przecież śmieszny.
- Masz papiery? - zapytał, po chwili, gdy uniósł na nią spojrzenie; mogło wydać się chłodne, błękit oczu łatwo trafiał w tę barwę, a teraz - robił, co mógł, by zamaskować własną żałość. - W Londynie jest pełno patroli, Anne - mówił, tak jakby wciąż bywał na ulicach, tak jakby to nie ona opuściła je przed momentem. - To niebezpieczne - dodał, kręcąc głową, z twarzy odeszły resztki koloru. Czy to przez wspomnienia? Co zrobili by z nią policjanci, gdyby zabrali ją do Tower? Była śliczną dziewczyną, która nie zrobiła nikomu niczego złego. Czy to przez emocje? Paraliżujący ból przemknął wzdłuż prawej ręki, promieniował, od zabandażowanego kikuta; zacisnął zęby, sycząc z bólu, nie chcąc, naprawdę nie chcąc przy niej krzyczeć. To wciąż się zdarzało. Będzie się zdarzało, póki rana będzie się goiła, mówili.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Wnętrze
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach