Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Lynmouth
AutorWiadomość
Lynmouth [odnośnik]17.02.21 0:10
First topic message reminder :

Lynmouth

Lynmouth to wioska w hrabstwie Devon w Anglii. Wioska leży u zbiegu rzek West Lyn i East Lyn. Na wschód od wsi znajduje się półwysep Foreland Point - najdalej na północ wysunięty przylądek na wybrzeżu Devon i Exmoor. Wybrzeże klifowe wznosi się w najwyższym punkcie na 89 metrów. W 1952 wioskę dotknęła powódź, nieliczni mugole zamieszkujący wioskę uważają, że odpowiedzialna jest za to burza której towarzyszyła ulewa - prawdą jest że te miały miejsce tego dnia, jednak finalnie całość wydarzenia spowodowana była źle rzuconym rzuconym zaklęciem w którego wyniku zginęły 34 osoby. Co roku w nocy z 15 na 16 sierpnia mieszkańcy zbierają się, by w ognisku złożyć dary dla pogody, chcąc ułaskawić ją i prosić, by więcej nie doświadczyła ich w taki sposób. Przeważająca część czarodziejów odnajduje w dorocznych spotkaniach przestrogę, by nie eksperymentować z zaklęciami, nie posiadając ku temu odpowiednich predyspozycji. W połowie roku 1957 mugole zostali przesiedleni do znajdujących się niedaleko wiosek. A Lynmouth stało się całkowicie czarodziejską wioską.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Lynmouth - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Lynmouth [odnośnik]12.03.22 22:29
Uważałam, że powinnam - wziąć i sprawdzić jak się sprawy miały w innych miejscach. Ostatecznie skoro ja ich wszystkich poprosiłam o pomoc, ja też powinnam sprawdzić czy wszystko idzie w porządku takim, jak iść powinno. Gdyby coś się walić zaczęło, to też ja się tym powinnam zająć. Tak mi się przynajmniej wydawało. Po krótkiej rozmowie z panią Lande weszłam więc do namiotu rozglądając się wokół podchodząc bliżej Castora i Olliego posyłając uśmiech Virginii.
- Tak, jest wam wdzięczna. - odpowiedziałam Castorowi unosząc usta w uśmiechu. Splotłam dłonie przed sobą. - Cieszy mnie, że zaufała mi na tyle, by wyznać to, co ją trapi. - podzieliłam się tym jeszcze, bo naprawdę ta myśl ogrzewała moje serce. Dzięki jej odwadze, mogliśmy zorganizować działania. Byłam pewna, że kuzyn Elroy się wszystkim odpowiednio zajmie. A my tutaj, chociaż trochę pomożemy wlać w serca ludzi nadzieję i wiarę w to, że dobro zawsze do człowieka wraca i nie należy z niej rezygnować. - Jestem wam wdzięczna, naprawdę. Sama nie osiągnęłabym niczego. - to też było prawdą i to też było ważne. Zgoda budowała, uczono mnie tego od małego. A wspólne działanie dodatkowo spajało. Wspólne działanie, wspólny cel - to wszystko było znaczące i ważne.
Przygotowałam się do z czym mogłabym pomóc, jednak zanim którykolwiek zdołał mi odpowiedzieć do namiotu weszła trójka mężczyzn.
- Oh, tak, jasne. - odpowiedziałam Olliemu, ruszając do przodu i dopiero teraz uświadamiając sobie, że znam najstarszego człowieka. - Wuja Ben? - zaryzykowałam przekrzywiając głowę trochę. - Niech panowie usiądą tutaj, moi przyjaciele zaraz pomogą. - przeniosłam wzrok od złamanej ręki, do nosa który też nie wyglądał najlepiej.
- Nela, Dim pisał o działaniu, nie sądziłem, że będę musiał wam zawrócić głowę. - westchnął tłumacząc się i pocierając kark. Dwójka mężczyzn zajęła wskazane miejsca. - Pomyśleć, że tak sami siebie urządzą. - mruknął jeszcze. - Zostawię ich pod waszą opieką. - dodał chwilę później znikając poza namiotem. Wuja Ben miał zająć się zapewnieniem ciepła przy posiłku. Posiadał duże metalowe kosze w których można było rozpalić ogniska i które zgodził się dostarczyć, żeby nikt nie marznie na mrozie.
- Oczywiście. - zgodziłam się podchodząc do niego z uśmiechem, zabierając się do tej stabilizacji tak jak widziałam już wcześniej. - Proszę jej nie nadwyrężać przez jakiś czas. - poleciłam jeszcze kiedy skończyłam to co miałam. Głos Castora mnie już przywołał. Podeszłam bliżej, ujmując mężczyznę pod brodę, żeby obejrzeć nos. - Też nie dostrzegam przesunięcia. - zgodziłam się z Castorem unosząc różdżkę. - Fractura Texta- wypowiedziałam pewnie, po tym jak różdżkę do nasa mężczyzny przytknęłam. Głuchy dźwięk rozszedł się informując o skuteczności zaklęcia. Mężczyzna syknął poczuwszy ból. Uniosłam rękę dotykając czubek. - W porządku będzie. - zadecydowałam cofając się o krok. - Wracam do Paprotki, na dwunasta podejdźcie na plac to już zaraz prawie, zjemy razem wszyscy z mieszkańcami. Myślę, że kto chciał już do nas zawitał, ale może nie zbierajcie rzeczy wcześniej - tak na wszelki wypadek. - powiedziałam do nich. Posyłając im uśmiech i zmierzając do wyjścia, wiedząc, że poradzą sobie z resztą, tak jak radzili do tej pory. - Widzimy się za chwilę. - dodałam jeszcze wiedząc, że zaraz dołączą do mnie i reszty na zewnątrz.

| ztx3


She is wild child with gypsy soul that dances with the stars.
She has a free spirit, a reckless mind and a rebel heart
that isn't meant to be tamed.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
And there are many things that I could change so slightly
But why would I succumb to something so unlike me?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Lynmouth [odnośnik]22.06.22 16:44
6 kwietnia 1958


I choć wciąż jeszcze czuł nieco zmęczenia po ostatnich wydarzeniach — pierwsze próby udzielenia pomocy powodzianom w epicentrum katastrofy żywiołowej i to jeszcze od rana do wczesnego popołudnia w dzień pełni, następnie wybryk (bo nie mógł myśleć w innych kategoriach o zabawie w kotka i myszkę, którą urządzili sobie z Goshawkiem w Leeds) wieczorem, już po przespaniu całego dnia i próbie zebrania się po pełni — musiał działać dalej. Jego wezwaniem, śpiewem feniksa było bowiem coś równie istotnego, choć mniej dostrzeganego na pierwszy rzut oka w odniesieniu do zbrojnej walki. Jego naturalny zestaw przymiotów pchał go w kierunku bezpośredniej pomocy ludziom, przyniesienia ukojenia, a te istotne było właśnie tutaj, w Devon, które stało się ofiarą powodzi, jakiej chyba nigdy nie widział przez całe swoje życie.
Pierwszy etap, ten — w jego mniemaniu — trudniejszy, postanowił wykonać przy pomocy Yvette. Czarownica o francuskobrzmiącym imieniu i nazwisku prędko zdobyła jego zaufanie i była w ocenie Castora odrobinę bardziej przygotowana na to, co zastać mogą we wciąż pachnącym stęchlizną, rozmoczonymi deskami i błotem mieście.
Ale wciąż łapał się na tym, że myślami uciekał do spokojnego, niemal niewzruszonego spojrzenia pewnego osiadłego w Walii magipsychiatry. Miał względem niego plany, plany poważne, choć wciąż bał się jeszcze wygłosić je wprost, zwerbalizować i puścić w świat. Odkąd usłyszał, że pomagał lordom Derbyshire, pewien ciężar zsunął się z barków blondyna, pozwalając ułożyć sobie tę relację w głowie. Ale nie był głupi, wiedział, że każde powiązanie z nim — Sproutem, członkiem Zakonu Feniksa — stanowiło dla niego zagrożenie. Mógł prowadzić Hectora w słodkiej niewiedzy, wymigiwać się szeregiem przygotowywanych pieczołowicie wymówek, ale choć nie chciał tego przyznać, wiedział, że prędzej czy później Vale miał się domyślić. Był przecież człowiekiem skrajnie inteligentnym, przyzwyczajonym do szukania drugiego albo nawet i trzeciego dna w słowach swych rozmówców, a śmierć nie przychodziła tak często jak do Castora do nikogo, kto nie był w wojnę aktywnie zaangażowany. Nawet jeżeli miał mugolską krew. Odnajdywał komfort w myśli, że kiedyś powie mu wszystko. Uspokoi skołatane nerwy, te na pewno dokuczały magipsychiatrze z każdym kolejnym mogłem umrzeć i myślałem, że to koniec. Wolałby, gdyby Hector dowiedział się o tym wszystkim od niego, nie od kogokolwiek innego i chyba byłby rozgoryczony, gdyby stało się inaczej.
Ale jeszcze nie teraz.
Dziś umówił się z nim w miejscu nieprzypadkowym. Lynmouth również stało się ofiarą powodzi, właściwie to nie dziwiło go to zupełnie, skoro leżało u zbiegu dwóch rzek. Było jednak miejscem zdecydowanie bezpiecznieszym od Exeter i ucierpiało w stopniu mniejszym. Castor był przekonany, że w tym miejscu znajdowali się ludzie potrzebujący ich pomocy. Ich — Zakonu Feniksa — i ich — uzdrowicieli, nawet takich udawanych, jak Sprout. Bał się o Hectora, to oczywiste. Bał się tak, jak boi się ktoś, kto pierwszy raz w życiu odnalazł miłość, coś tak cennego, że każda zadra, każda rysa stanowić będzie zatrzęsienie filarów wszechświata. Wiedział też, że gdy podda się swym lękom, nigdy nie pozwoli na wzrost. I Hectorowi, i sobie. A to niezwykle marne życie.
Gdy tylko usłyszał przy sobie znajomy dźwięk oznajmiający niedaleką teleportację, obejrzał się przez ramię i natychmiast uśmiechnął szeroko. Z nieba wciąż kapał nieprzyjemny, marznący deszcz, ale Castor miał na głowie jedną ze swoich czapek i płaszcz zapięty pod samą szyję. Drgnął, pragnąc podejść do Vale, objąć go mocno na powitanie, może złożyć kilka motylich pocałunków na jego twarzy, ale... Nie byli w bezpieczeństwie zasłoniętych okien i zamkniętych drzwi walijskiego domu. Od najbliższych domostw Lynmouth dzieliło ich ledwie dziesięć metrów, musieli być ostrożni.
— Dobrze cię widzieć, Hectorze — uśmiechnął się, próbując utrzymać profesjonalny ton, choć drżenie kącików ust w rozbawieniu od razu zdradzało jego prawdziwe podejście. Jeżeli Hector sobie poradzi, będzie mógł zabierać go w więcej miejsc, oswajać z tym, co dzieje się w kraju, z pomocą, której potrzebują ludzie... — Paskudny zapach — dodał po chwili, marszcząc lekko nos, jak zawsze, gdy coś mu się niekoniecznie podobało. Magipsychiatra mógł poczuć ledwie wyczuwalną woń wilgoci, która nadchodziła z kierunku domostw, jednakże Castor czuł to zdecydowanie mocniej. — Chodźmy, nie ma czasu do stracenia. Niedawno przeszła tędy powódź, rzeki wezbrały, zalały wszystko — kontynuował, udając, że nie zwraca uwagi na głośne chlapnięcia, które towarzyszyły jego krokom, jednak sprawny obserwator mógł zauważyć, że Castor uważał, by stawiać kroki lżej, próbował jak najbardziej obniżyć hałas, który sobą powodował. — Nie było co prawda tak źle, jak w Exeter, ale trochę ludzi ucierpiało — dodał, zanim zatrzymali się przed pierwszym z domostw. — Dlatego pomyślałem, że mógłbyś mi pomóc. Ale najpierw jeszcze jedna rzecz. Sphaecessatioróżdżka skierowana została na Hectora. Jego mogli pamiętać, niekoniecznie robiło mu to różnicę, Devon pod auspicjami Weasleyów było miejscem raczej bezpiecznym, niż nie. Gdyby znajdowali się gdzieś indziej, pewnie sam potraktowałby siebie tym zaklęciem, lecz teraz liczyło się to, by zapewnić Hectorowi choć delikatną anonimowość i przychylność napotykanych przez nich mieszkańców. Dopiero po wszystkim jeszcze raz się do niego uśmiechnął. Odrobinę łobuzersko, odrobinę dumnie. Wyglądało na to, że jakoś sobie poradzą. — Mogę zapukać, jeżeli się wstydzisz — niski ton drobnej przekomarzanki zwiastował, że pomimo nieprzyjemnych zapachów Castor—Oliver miał dziś wybitnie dobry humor.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Lynmouth [odnośnik]24.06.22 0:21
6.04

Zobaczą się wcześniej niż w środę - przemknęło mu przez myśl, gdy z kiepsko skrywanym entuzjazmem upewnił się, że nie ma na tego dnia zaplanowanych spotkań z pacjentami i prędko zgodził na propozycję Olivera. Potem przemknęło mu przez myśl, że może powinien najpierw pomyśleć o tych poszkodowanych ofiarach, o których mówił blondyn, o powodzi, o ludzkiej tragedii. Zamrugał, uświadamiając sobie, że podobne odruchy empatii nadal przychodzą do niego zbyt powoli - niegdyś zastąpione ciekawością, a teraz najwyraźniej własnym szczęściem. Z drugiej strony, nigdy nie przeżył katastrofy ekologicznej, nie zetknął się z rozszalałym żywiołem. Mógł im współczuć jedynie na poziomie teoretycznym, tragedia wciąż pozostawała dla niego abstrakcją - dopiero miał ją zobaczyć. Przywykł do innego rodzaju bólu niż dobytek życia tracony z dnia na dzień - do tego powolnego, zjadającego od środka dzień po dniu, rok po roku. Najbardziej nagłą tragedią jaką przeżył była śmierć ojca, a w teorii śmierć Beatrice. Obydwie przyjął z zaskoczeniem, emocje przyszły dopiero później. W przypadku Beatrice nie przychodziły wcale.
Mógł dzisiaj czerpać trochę z własnego doświadczenia, ale na szczęście nie potrzebował - już dawno przekonał się, że nie musiał doświadczyć wszystkiego, z czym zmagali się pacjenci, by ich zrozumieć, by im pomóc. Wręcz przeciwnie, lata spędzone na coraz bardziej zaskakujących rozmowach uczyły dystansu.
Tylko wobec jednego pacjenta zabrakło mu dystansu, ale on nie był już jego pacjentem. Był kimś, kto poprosił go o pomoc w uzdrawianiu, o ekspertyzę, którą Hector pragnął odświeżyć. Wiedział, że nie zapomniał niczego z kursu uzdrowicielskiego, niczego nigdy nie zapominał, ale listy od Archibalda nieprzyjemnie zakłuły jego ambicję. Czy odnalazłby się w szpitalu polowym, w którym (jak zasugerował i w co Hector naiwnie uwierzył) działał teraz lord Prewett? Nie wiedział, ale  może zupełnie mimochodem napisze toksykologowi, że pomagał powodzianom - nie tylko za pomocą magipsychiatrii, choć na pewno tkwili w szoku pourazowym.
Zapakował kilka eliksirów, na wszelki wypadek, a potem kilkakrotnie poprawił kołnierz koszuli - tym razem nie najlepszej, którą ubierał w środy, a skromniejszej, odpowiedniej do pracy. Odgarnął z czoła niesforny lok, ale teraz skronie wydawały się nieco bardziej siwe - normalnie mu to nie przeszkadzało, zwłaszcza w pracy wiek dodawał powagi, ale dzisiaj przecież widzi się z Oliverem. Z niezadowoleniem zacisnął usta i z niezadowoleniem obejrzał się w lustrze po ubraniu czarnego płaszczu. Zdawał się odrobinę za luźny w ramionach, od śmierci żony i wybuchu wojny Hector nieco schudł, nie powinno mu to przeszkadzać, Oliver widział go już tak ubranego w Kumbrii, ale wtedy przecież nie wiedział, że go spotka. Z irytacją zanotował w kalendarzu, że powinien oddać płaszcz do krawieckich poprawek, a potem wziął kilka głębokich wdechów, wmawiając sobie, że wcale nie ma tremy i cieni pod oczyma. Ostatnio się nie wysypiał.
Oliver też chyba się nie wysypiał, wyglądał na bardzo zmęczonego - dotarło do Hectora, gdy teleportował się do Lynmouth i stanął przed młodym alchemikiem, ale trudno było się skupić na tej myśli, gdy serce biło zbyt szybko i gdy promienie porannego słońca odbijały się w złotych lokach młodzieńca. Prędko odnalazł jego spojrzenie, nawet nieświadom, że Oliver podzielił się z nim swoim blaskiem - jasne, zwykle zimne oczy Hectora, iskrzyły radośnie nawet gdy próbował powściągnąć zbyt szeroki uśmiech. Nie wiedział nawet, że wygląda zupełnie inaczej niż w marcu, podczas ich pierwszego spotkania - smutek, na który zwrócił wtedy uwagę Oliver, jakoś zniknął.
Melancholia wracała, rzecz jasna (Hector wiedział, że ludzka psychika potrzebuje czasu, że żadne magiczne remedium nie działa natychmiastowo, może nawet miłość nie działa natychmiastowo), zwłaszcza gdy Olivera nie było w pobliżu i Vale zaczynał się o niego martwić. Próbował jednak zachować spokój i odpędzać nachalne myśli o dementorach, a przy Oliverze był zbyt radosny by zdradzać zaniepokojenie. W głębi duszy cieszył się przecież nie tylko z tego, że go zobaczy - ale też wszystkim z tego, że spędzą ten dzień razem, kolejny dzień wykradziony wojnie, bo Hector czuł się jakoś pewniej gdy Oliver był przy nim, nawet pomimo żałosnej i przykrej świadomości, że od niektórych niebezpieczeństw nie byłby w stanie go ochronić, że być może czasem byłby nawet ciężarem. Albo i nie. - miał przecież czystą krew, odpowiednie papiery i gadane, a wczoraj, mimochodem, ćwiczył Commotio na pustym miejscu na ścianie, w którym wisiał kiedyś portret Beatrice. Opanował je do perfekcji z bliska, ale dawno nie rzucał uroków do celu. Może by wypadało.
-Ciebie też, Oliverze. - odpowiedział, starając się nie zatrzymywać wzroku zbyt długo na jego pełnych ustach, na błękitnych w świetle poranka oczach (czasem bywały szare, Hector lubił zgadywać jaki kolor przyjmą w danej chwili, w danym świetle), na niesfornym loku, który pragnąłby odgarnąć mu z czoła. Wsunął dłonie do kieszeni.
-Zapach? - zamrugał. Zaprzątnięty wpatrywaniem się w Olivera, zignorował zupełnie smród stęchlizny, choć przecież go czuł. -Ach, tak. Okropny. - odpowiedział bez przekonania, choć starał się zabrzmieć przekonująco.
Przy nim nic nie było okropne i wszystko było piękne - uświadomił sobie Hector, po raz kolejny próbując zganić się w myśli za to, że zachowuje się jak zakochany nastolatek. Po chwili jednak się poddał i uśmiechnął pod nosem, chciał przecież się tak czuć. A jako nastolatek myślał, że nie potrafi i nigdy nie będzie potrafił.
Rozchylił lekko usta, chyba ze zdziwienia, gdy Oliver skierował na jego różdżkę i wypowiedział inkantację niesłyszaną od czasów Hogwartu. Hector pamiętał doskonale wszystkie podstawowe zaklęcia, teoria zawsze przychodziła mu łatwo - gorzej z praktyką.
-O... - coś ścisnęło go za gardło, gdy przypomniał sobie jak działa Sphaecessatio i uświadomił, że Oliver chyba chce go... chronić? Zamrugał, spoglądając na niego łagodnie, z wdzięcznością, której nie do końca potrafił wyrazić. Cicha troska Olivera była inna niż to, do czego był przyzwyczajony - matka bywała nadopiekuńcza, ale poza nią nie opiekował się nim nikt, samemu uparcie przyjmował rolę starszego brata i odpowiedzialnego męża i ojca, nawet gdy była dusząca. -Dziękuję. - szepnął, kąciki warg znów drżały w ledwo powstrzymywanym uśmiechu. Ten zbladł nagle, gdy Hector uświadomił sobie coś jeszcze.
Że powinien się odwdzięczyć i że pewnie nie umie. Obrona przed czarną magią bywała jego piętą achillesową - tak, jakby coś w jego wnętrzu uniemożliwiało mu sięgnięcie po białą magię.
Wziął głęboki wdech, odwagi. Chociaż spróbuje, choć na policzki wpełzał mu już rumieniec nadchodzącego upokorzenia.
-Czekaj, to ty też... Sphaecessatio. - zaproponował cicho, a zaklęcie wymówił jeszcze ciszej, trochę nieśmiało, choć wyraźnie. Różdżka rozgrzała się pod palcami i...
...zamrugał z niedowierzaniem. -Zadziałało? - upewnił się z bladym uśmiechem, zaskoczony bezbłędnym sukcesem. Nie ćwiczył, przywykł do myśli, że nawet najprostsze zaklęcia musiał rzucać kilka razy, ale... może do czasów szkolnych dorósł.
A może coś w nim nie było już tak złamane, jak dotąd myślał.
Nie okazywał dumy ani ekscytacji równie barwnie jak Oliver, ale mimowolnie uniósł lekko podbródek do góry, w jasnych oczach błysnęła satysfakcja. Ruszył za Oliverem pewniejszym krokiem, wypatrując nieco twardszej ziemi, na której mógłby oprzeć czasem laskę. Prędki uśmiech, gdy Oliver zaoferował, że zacznie - każdy introwertyk potrzebował obok kogoś takiego, ale Hector przez lata oswoił się z własną nieśmiałością.
-Zapukam. - odpowiedział, wznosząc lekko oczy do góry, głos brzmiał ciepło, dziękuję, dziękuję, że jesteś. Wygładził płaszcz i uniósł dłoń. -Ale - ty nas przedstaw. - zastrzegł, bo to Oliver najwyraźniej miał jakiś plan. Hector nie wyszukiwał pacjentów, to oni przychodzili do niego, "dzień dobry, czy potrzebuje pan pomocy uzdrowiciela?" wydawało się mu nieco nienaturalne i niecodzienne, ale podpatrzy jak robi to Oliver i podeprze to własną ekspertyzą oraz manierami. Podchwytywał słowa i zachowania szybko, najwyraźniej zdołał podchwycić nawet Sphaecessatio.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Lynmouth [odnośnik]24.06.22 19:45
Uśmiechnął się, szeroko, jednak powstrzymał się od śmiechu. Śmiech nie przystawał do miejsca takiego jak to, wciąż pogrążonego w zapachu wilgoci (na całe szczęście Castor nie mógł wyczuć zapachu krwi). Ale cieszył się — cieszył się ogromnie z tego spotkania, z tego, że może wreszcie zaobserwować Hectora w pracy, jako obserwator, nie jako pacjent, że zrobią coś dobrego dla lokalnej ludności. Wyborowe towarzystwo było wspaniałym dodatkiem, dodatkiem energetyzującym, do tego stopnia, że Castor prawie przeoczył to nieobecne i nieprzekonane stwierdzenie o zapachu, które wygłosił Vale. Dopiero gdy ono wybrzmiało Sprout zastygł na moment, przypominając sobie, że nie wszyscy (właściwie to nikt, kogo znał, za wyjątkiem Michaela) nie miał tak dobrego powonienia, co on sam. Powód takiego stanu rzeczy był oczywisty, podpowiedzi znajdowały się na lewym barku i prawym boku.
Przełknął z trudem ślinę, ale nie odezwał się. Starał się tylko utrzymać uśmiech na wargach i nie patrzeć na Hectora zbyt długo, by nie wzbudzić niepotrzebnych podejrzeń. Sam pozwolił sobie na wyraz zdziwienia, gdy tym razem różdżka skierowana została na niego, a co więcej — poczuł, że zaklęcie poczęło działać. Prędko uśmiechnął się jednak z dumą i korzystając z ostatnich chwil, w których trakcie nie byli obserwowani, nachylił się nad jego uchem.
— Zapamiętaj to zaklęcie. I rzucaj za każdym razem, gdy wchodzisz w nowe miejsce. W starym właściwie też nie zaszkodzi — poinstruował go szeptem, chociaż w sposób zdecydowanie łagodniejszy względem analogicznych instrukcji słyszanych od Michaela. Zależało mu na bezpieczeństwie ukochanego, musiał sprawić, by zapamiętał jak najwięcej. Nie zawsze będzie w stanie go ochronić... Właściwie to nawet teraz szanse na to były nikłe, ale musieli sobie radzić. — Zadziałało — potwierdził po chwili, odsuwając się od niego, by — zgodnie ze wcześniejszym zaoferowaniem — pozwolić magipsychiatrze zapukać do drzwi.
Gdy te się otworzyły, stanęła w nich niska, korpulentna kobieta o włosach tak siwych, że niemal srebrnych. Prędko wytarła dłonie w półfartuch, który zawiązała sobie na biodrach i wysokim, energicznym głosem zaświergotała.
— Och, panowie już są, jak dobrze! — aż klasnęła w dłonie z entuzjazmu, z których strzepnęła tym samym ostatnie resztki mąki. Przesunęła się w drzwiach, wpuszczając obu mężczyzn do środka. Wyglądało na to, że wnętrze domu nie ucierpiało, a na blacie stojącym w centrum izby stała miska z jakimś rodzajem ciasta wystającym z niej. Nie znawszy się na gotowaniu Vale i Sprout mogli się domyślić, że fakt, że był to żytni chleb mógł im umknąć. — Zakładam, że to pan uzdrowiciel — kontynuowała, przyglądając się Hectorowi uważnie, ale ze wszech miar życzliwie — A to jego asystent — dodała, przenosząc wzrok na blondyna, który uśmiechnął się szeroko i wreszcie dopuszczony do głosu przeszedł do udzielania odpowiedzi.
— Tak, to my. Cieszymy się, że trafiliśmy pod właściwy adres, pani Marion — bo to właśnie Marion Attenberry, czarodziejka mugolskiego pochodzenia miała być dzisiaj ich przewodniczką, wskazać domy najbardziej potrzebujących i przeprowadzić przez Lynmouth suchą stopą.
— Tak, tak, ale panowie dadzą mi jeszcze sekundkę, już kończę i możemy wychodzić! — mówiąc to, wróciła do blatu, gdzie dokończyła obsypywanie ciasta mąką, aby wreszcie przykryć je uszytą prawdopodobnie własnoręcznie ścierką. Po wszystkim umyła ręce, osuszyła je i chwyciła przewieszony przez jedno z krzeseł płaszcz, zarzucając go sobie na ramię. — Dobrze, już jestem gotowa. Najpierw pójdziemy do Skeeterów, im się przyda pomoc najpilniej... Wyobraźcie sobie panowie, że ich dom, ten na skraju rzeki, zupełnie już nie istnieje. Matka z córką zdążyły uciec, ale są strasznie poobijane, mała kuleje, ale ojciec... Ech, szkoda gadać, przestał się odzywać, trzeci dzień już będzie, jak milczy. Ledwo jeść chce — kobieta machnęła ręką ze zrezygnowaniem, kręcąc przy tym głową. Prowadziła ich przez uliczki Lynmouth do jednego z lepiej zachowanych domów. — Zatrzymali się u rodziców Ruth, u Daviesów. To tutaj — powiedziała, wskazując na dom z niebieskimi okiennicami, ledwie kilkanaście kroków od miejsca, w którym się zatrzymali. Sama przysiadła na okolicznej ławce, poprawiając ułożenie swego płaszcza. — Nie kłopoczcie się, panowie, tam i tak już mało miejsca, na co ja komu tam włazić mam. Poczekam tu na panów, nawet jakby miało być długo.
Castor spojrzał tylko na Hectora z miną, która mówiła całkiem sporo o jego niepewności względem tego, co mogą zobaczyć. Lekką ulgę przynosiło mu, że Vale był magipsychiatrą i na pewno udzieli mężczyźnie odpowiedniej pomocy. Poobijanymi matką i córką mógł zająć się osobiście, z tym nie będzie zbyt wielu problemów, a przynajmniej taką miał nadzieję. Kiwnął więc głową na Hectora, ruszając w kierunku domu. Tym razem sam zapukał, a po nieco dłuższym, niż za pierwszym razem okresie oczekiwania, drzwi otworzyła im kolejna staruszka, tym razem wyższa, chuda i wyglądająca na wysuszoną, ale również o miłym wyrazie twarzy. Wyglądając znad ramienia Hectora dostrzegła siedzącą na ławce Marion.
— Dzień dobry, pani Davies jak mniemam — Castor skłonił się przed starszą panią, mając nadzieję, że Hector zrobi to samo. — Pani Marion mówiła, że u pani zatrzymała się rodzina pani córki i że potrzebują pomocy. To doktor Henry, uzdrowiciel ze specjalizacją z magipsychiatrii, ja jestem jego asystentem — ale tylko dzisiaj, dodał w myślach, podsumowując całą tę maskaradę. — Ach, zapomniałbym, na imię mi Oliver. Bardzo miło mi panią poznać.
Na odpowiedź pani Davies nie trzeba było czekać długo.
— Zapraszam, panowie. Panie doktorze — kobieta przepuściła ich w drzwiach, lecz szybko skierowała całą swą uwagę na Hectora, niemal przylepiając się do jego prawego boku. — Jeżeli pan naprawdę jest magipsychiatrą, porozmawia pan z moim zięciem? Nie było go, gdy przyszła fala, trzy dni temu przed obiadem krzyczał, że to wszystko musi być jego wina, nie ma nocy, żeby nie budził nas wszystkich krzykami, ale od czasu tego indycentu przed obiadem w ogóle już nie mówi... Martwimy się o niego, ja, moja córka, wnusia, mój mąż... — mówiła dalej, ciągnąc już Hectora w kierunku jednych z zamkniętych drzwi. Czarodziej mógł domyślić się, że to za nimi przebywa pan Skeeter.
Tymczasem Castor kątem oka zauważył pewne poruszenie na kanapie obok.
— To pan uzdrowiciel, Mia — wesoły, choć słaby ton kobiety dotarł do jego uszu, gdy już absolutnie porzucił próby podsłuchania rozmowy pani Davies z Hectorem. Zamiast tego skierował się ku kanapie, na której siedziała mała, około pięcioletnia dziewczynka, wtulona w swoją mamę.
— Naprawdę umie pan leczyć ludzi? — spytała, wpatrując się w Castora dużymi, zielonymi oczyma. Ten uklęknął przed kanapą, uśmiechając się szeroko. Nie potrzebował wiele czasu, by zobaczyć rozległe siniaki, wciąż bardziej fioletowe niż zielonkawe, które pokrywały ręce i nogi dziewczynki.
— Umiem leczyć ludzi i umiem sprawiać, że takie plamy znikają prędzej niż schnie pranie — odpowiedział dziewczynce, uśmiechając się przy tym konspiracyjnie i posyłając jej rozbawione oczko. Mówiąc o plamach, wskazał różdżką na krwiak kształtujący się na lewym kolanie dziewczynki, po czym przeniósł wzrok na trzymającą ją w objęciach matkę. — Oczywiście, jeżeli mama się zgodzi — dodał po chwili, a gdy ta skinęła głową, wykonał odpowiedni ruch nadgarstkiem i wypowiedział inkantację zaklęcia Episkey Maximai tak, jak przewidywał, krwiak począł znikać jak na zawołanie. Dziewczynka przypatrywała się temu zjawisku szczerze zachwycona, klaszcząc przy tym w dłonie z ekscytacji.
— Jeju, naprawdę pan potrafi! — pisnęła zadowolona, a Castor nie mógł się już powstrzymać i sam zachichotał krótko. Dzieci potrafiły być naprawdę uroczymi odbiorcami. — A... A ten? — spytała, pokazując na siniak, lżejszy już, na prawym łokciu. — Ten też by pan potrafił? — zielone oczy błyszczały z radości i ekscytacji, a Castor... jak to Castor, nie potrafił odmówić.
— Hm... Możemy spróbować — powiedział, przystawiając powoli różdżkę do siniaka, po czym jeszcze raz świst, inkantacja... Episkeyi ten siniak również zaczął znikać. Dziewczynka zaklaskała raz jeszcze w dłonie, a Castor przeniósł na moment są uwagę na jej mamę. — Jak myślisz, może powinniśmy teraz pomóc twojej mamie?


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Lynmouth [odnośnik]Dzisiaj o 6:24
Zastygł w niemalże bliźniaczym do Castora geście, uważnie obserwując swojego towarzysza (partnera w uzdrawianiu, zażyłego przyjaciela, współpracownika w alchemii - smakował w myślach i na języku wiele synonimów, wiedząc, że i tak nigdy ich nie użyje, bo ludzie pytali rzadziej niż można było sobie wyobrazić, bo zwykle wystarczały im słowa proste i oszczędne. Smakował dla siebie, jakby próbując określić kim są dla siebie, a kim dla świata - ale słowa to frustrowały, to wymykały się, każde zdawało się albo na wskroś nieodpowiednie, albo zabawne, żadne prawdziwe. Angielskich słów trochę się wstydził - może dlatego, że słyszał je od Valerie, może dlatego, że czytał je w innych kontekstach, może dlatego, że w jego domu nie okazywano czułości słowami ani inaczej. Wreszcie sięgnął do łaciny, a potem - z pomocą łaciny i Homera - do Greki - eros, filia, rozważał, choć szukał jeszcze innego słowa, tego trzeciego). Słowa, słowa, słowa - wolał od nich obserwację, to, czego słowa nie oddadzą. Nie patrz na niego zbyt nachalnie, wystraszysz go - wciąż łapał się na tej myśli, więc zamrugał, ale i tak nie mógł nie patrzeć, nie próbować zarejestrować najmniejszego nawet gestu. Czytał tak pacjentów, cały czas, nabierając podświadomie przykrego przekonania, że inaczej ludzi nie zrozumie, że inaczej coś mu umknie, coś kluczowego. Może nie powinien obserwować tak uważnie Olivera, ludzie tego nie lubili, ale nie mógł przecież przestać. Wisiało nad nimi fatum tragedii i łez, które wyschły dopiero w połowie marca i o których Hector zapomnieć nie mógł. Oliver wciąż był nierozwiązaną zagadką, najwspanialszą zagadką, a zarazem Vale bał się, że dotknie go nieodpowiednio, że powie coś nieodpowiedniego, nigdy w życiu się tak nie bał, więc musiał się go uczyć i nie mógł przestać. Teraz, na przykład, nauczył się, że Oliver chyba nie lubi zapachu stęchlizny, albo że nie chce o czymś rozmawiać - szybko przełknięta ślina, lekko zastygnięte rysy twarzy, spojrzenie umykające w bok, Hector rozpoznawał już te wskazówki.
Uśmiechnął się uspokajająco, samemu pośpiesznie odwracając wzrok, wcale nie patrzyłem, nie rozmawiajmy o tym.
-Ono sprawia, że... ludzie wydają się nieszkodliwi, prawda? - upewnił się, wyczuwając też, że Oliver chętnie(j) rozmawia o zaklęciach, rozpoznając już ten gorączkowy szept. -Wyglądasz trochę inaczej - ale tak, jak zwykle. Dla mnie. - zmarszczył lekko brwi, usiłując ocenić efekty własnego czaru. Oliver zapewniał, że zadziałał, ale jak to poznać? Jeśli wzbudzało sympatię, to przecież Hector już go kochał, nie wzbudzi większej.
Potem patrzył dalej. Na swobodę i czar, z jakimi Oliver podchodzi do tej kobiety, Attenberry, nie znam tego nazwiska. Nie obracała się zatem w inteligenckich kręgach jego rodziny ani w gronie rodzin, z którymi Vale brali śluby, ale i na taką nie wyglądała. Była zbyt... serdeczna. Oliver też był przy niej serdeczny, a Hector mimowolnie wrócił myślami do początków marca, do swojego gabinetu. Czy gdyby potrafił być równie ciepły, młody pacjent gość krępowałby się mniej? Nie, pewnie nie - przyszedł tam w innym celu i w innym stanie - spróbował sobie zracjonalizować, ale irracjonalna zazdrość o sposób bycia pani Attenberry go nie opuściła. Jego matka nie była taka, siostry też nie, sam nigdy nie u m i a ł.
-Dzień dobry, pani Marion. - uśmiechnął się czarująco i skłonił jej jakby nigdy nic, bo cokolwiek by nie myślał, to doskonale wiedział, jak się zachować przy starszych czarodziejkach. Stanowiły cenny trzon jego klienteli, a jego sposób bycia - elegancja, profesjonalne zachowanie, wciąż młodzieńcza twarz pomimo siwych skroni - w jakiś sposób je urzekał. Znał balans dystansu i serdeczności, który pozwalał na ich oczarowanie, wystarczy grać rolę idealnego zięcia i okraszać ją nutą profesjonalizmu. -Dziękujemy za pani pomoc. - dodał w tym wyćwiczonym tonie, ale może nieco zbyt oficjalnie - pani Attenberry obracała się w innych kręgach niż dobrze urodzone klientki, nieco przesadna grzeczność Hectora wydała się jej czarująco zabawna (co Oliver i Hector mogli od razu wyczytać z jej uśmiechu), a nie miła i normalna.
Zapamiętałby to, ale ona mówiła już dalej - streszczając jakże ciekawe objawy. Nie siniaki, to go nie interesowało, było proste i nudne, ale katatonia nie zdarzała się często.
Spojrzał pytająco na Olivera, wiedziałeś?, w jasnych oczach błysnęły iskry - ciekawości? Entuzjazmu? - a potem Hector wpił w panią Attenberry spojrzenie wręcz chciwe informacji. Każdy pacjent był jak zagadka kryminalna, a oto trafił się ciekawy.
-Myśli pani, że nie chce czy nie może się odzywać? - spróbował uściślić, ale ku jego rozczarowaniu pani Attenberry wzruszyła tylko ramionami.
-A bo ja wiem, kochanieńki? Milczy i już. - odpowiedziała konkretnie pani Marion, a Oliver mógł dostrzec wyraz lekkiego zdziwienia na twarzy nieprzywykłego do podobnego sposobu bycia Hectora. Magipsychiatra uśmiechnął się jednak i równie konkretnie skinął głową, odruchowo wznosząc podbródek w górę. Lubił wyzwania.
Henry. Powstrzymał ochotę, by posłać Oliverowi porozumiewawczy uśmiech i zamiast tego uśmiechnął się promiennie do pani Davies, grając swoją rolę. W pamięci zanotował, że Oliver jest bardzo ostrożny - i że najwyraźniej wie, jak odwiedzać nieznajomych - a potem skupił uwagę na wpatrzonej w niego matronie.
-Oczywiście, że go zbadam. - zapewnił, bo skoro pacjent nie mówił, to porozmawiam wydawało się obietnicą na wyrost. -I tak, naprawdę jestem magipsychiatrą. - Oliver, znający Hectora lepiej, mógłby przysiąc, że w jego głosie zadźwięczała nuta ciepłego rozbawienia - ale dla pani Davies mógł się wydać po prostu uprzejmy, mówiąc z typową dla siebie wyćwiczoną łagodnością. -Opowie mi pani coś więcej, zanim go zobaczę? O objawach, o tym co krzyczy? - poprosił, zniżając głos i to ostatnie, co Oliver mógł usłyszeć zanim przeszli dalej. Pani Davies podjęła temat konspiracyjnym szeptem, korzystając z przykładu Hectora - ale nie udzieliła mu zbyt wielu nowych informacji. Nie wiedziała, gdzie był gdy przyszła fala - podobno w pracy, pracował dużo, nocami też. Potem, gdy wrócił, był trochę nieswój, ale zabrał żonę i dzieci z domu, wybuchł dopiero przed obiadem, gdy byli bezpieczni - pani Davies zupełnie tego nie rozumiała, ale Hector kiwał cierpliwie głową, wiedząc, jak działa adrenalina.
Zapukał do drzwi i wszedł do pokoju sam, choć nie wiedział, czego spodziewać się po panu Skeeterze. Z doświadczenia wiedział, że ludzie, którzy nagle milkną, potrafią równie nagle wybuchnąć. Własnego doświadczenia, każde słowo wyrzutu, które dławił kiedyś przy Beatrice, zmieniało się końcu w kiedyś w pręgę po lasce na czyjejś skórze.
W takich chwilach jak ta, przy poznaniu nieznajomego pacjenta, zazdrościł kolegom z Munga przeszkolenia w defensywie, ale to tylko jeden - milczący - mężczyzna. Może i nie przyszedł do gabinetu o własnych siłach, może i za drzwiami jest starsza kobieta, ale to przecież nie różni się niczym od wizyty domowej.
Na pierwszy rzut oka mężczyzna wyglądał trochę jak w stanie prawie katatonicznym - nie podniósł nawet wzroku na widok Hectora, kiwał się w przód i w tył, patrząc w jeden punkt. Magipsychiatra zauważył jednak ściągnięte brwi, spięte mięśnie, nerwowo wystukiwany nogą rytm. Nie, to nie była całkowita katatonia - pan Skeeter był świadomy, czujny, zamknięty w sobie i niebywale zestresowany.
-Dzień dobry. Nazywam się Henry Runcorn - nie lubił kłamać, ale szanując wolę Olivera, użył nazwiska panieńskiego matki. I tak nikt nie powinien jej skojarzyć z Vale'ami i magipsychiatrią- była zbyt szara, zbyt niewidzialna, zbyt stłamszona przez ojca, by ktokolwiek właściwie ją pamiętał. Odsunięta na bok jak Lata, jak każda niewygodna kobieta w ich rodzinie, to tylko jemu brakowało determinacji by odesłać do domu Beatrice. -Jestem magipsychiatrą - nie odrywał od mężczyzny wzroku, kucając przed jego krzesłem. Lekki nerwowy tik na twarzy, zrozumiał. Był barczysty, przystojny w typowo męski sposób, którego Hector nie lubił, typ, który sam pewnie nie lubi magipsychiatrow. -i uzdrowicielem. - dodał pojednawczo, tik minął, mężczyzna dalej się nie odzywał. -Pańska rodzina - napięte mięśnie, wzrok wbity w podłogę, słowo rodzina mu się nie spodobało -poprosiła, bym panu pomógł. Czy mogę rzucić proste zaklęcie uspokajające? Na rozluźnienie.
Mężczyzna milczał.
Nie protestował, nerwowy rytm nadal wystukiwany nogą.
Hector wyciągnął różdżkę, myśląc o tym, że to jak gra w pokera. Czasem trzeba blefować, nie znając ręki przeciwnika.
Dobrze wyczuć moment.
Powoli, łagodnie, nakierował ją na pacjenta - ale zamiast rzucić czar, odezwał się. Zanim go uspokoi, musi sprawdzić reakcję.
-Ma pan poczucie winy, bo zostawił ich pan tamtej nocy, prawda? - natychmiast porzucił łagodny ton, zimny nacisk, oskarżycielskie brzmienie. Tej roli nie musiał się uczyć, ojciec brzmiał tak całe życie. Słowa były nagłe, ostre, być może niesprawiedliwe - nie obchodziło go to, chciał tylko zbadać trop i uzyskać reakcję, jakąkolwiek. Jeśli oskarżył go niesłusznie - gorączkowe zaprzeczenie. Musiał zbadać, jak mocno zależy mu na rodzinie - i czy to z nimi nie chce rozmawiać.
Gwałtownie poderwana głowa, błysk strachu w ciemnych oczach, Skeeter niemalże zapadł się w fotelu, rozszerzone źrenice, pewnie wzrost ciśnienia.
-Paxo Horribilis. - od razu użył silniejszego zaklęcia, przygotowany na taką ewentualność. Pacjent był zbyt zaskoczony, zbyt przestraszony by zareagować - a Hector z satysfakcją obserwował, jak na blade policzki znów napływa krew, jak oddech się stabilizuje. Rad była też, że refleks go nie zawiódł, że nie wypadł z wprawy - wiedział, że gdyby musiał powtarzać zaklęcie, przeciągnąłby niepotrzebnie stres pacjenta.
-Jak pan... skąd pan... - Skeeter nadal był przestraszony, dodatkowo zirytowany, ale zaklęcie złagodziło obydwie te emocje. Drgnął, dłonią dotknął skroni, skrzywił się. -Zresztą... proszę mnie zostawić, pęka mi głowa. - burknął ze złością. Hector zauważył na jego dłoniach zadrapania i siniaki, możliwe, że powstałe podczas wyciągania kogoś - lub czegoś - z gruzów, ale na twarzy nie miał żadnych obrażeń.
Nie jadł, nie spał, stres. Typowe czynniki dla...
-Czy to migrena? Decephalgo. - znał to zaklęcie doskonale, zbyt często używał go na sobie. Ostatnio migreny minęły, w latach małżeństwa były ciągłe. -Lepiej? - spytał łagodnie, ale z naciskiem. -Episkey. - dodał przy okazji, łatwiejszy czar, kierując różdżkę na zadrapania na dłoniach Skeetera. -Teraz powinien się czuć pan bardziej komfortowo - porozmawiajmy. - mówił już o wiele łagodniej, ale z naciskiem, korzystając z ulgi i zdziwienia na twarzy pacjenta. -Wszystko co mi pan powie zostanie między nami - tylko między nami. To podstawa zawodu magipsychiatry, a pańska rodzina poprosiła by został pan dziś moim pacjentem. Zależy im na panu - bardzo. - wyjaśnił łagodnie Hector, z ciekawości podkreślając ostatnie zdanie. Pękł, gdy zrobili mu obiad - nie wcześniej, nie później.
Skeeter wziął chwiejny oddech i ukrył twarz w dłoniach.
-To nie tak... oni... niech mnie pan zostawi, nie zasługuję. To moja wina, nie wiedziałem... nie było mnie, nie wiedziałem, że gdy będę z nią to nadejdzie tragedia, czyli to moja wina, to kara boska... - jęknął cicho, spokojniej dzięki czarom, ale z rezygnacją.
Hector nie miał pojęcia, co to jest kara boska - nie spotkał czarodziejów, którzy wierzyliby w coś takiego, nawet mugolacy odchodzili raczej od mogolskiej religii i Skeeter musiał zwrócić się do takich metafor w chwili stresu - ale pomimo niewiedzy, cierpliwie pokiwał głową.
-Milczeniem karze pan swoją rodzinę - nie siebie. - przypomniał tylko, profesjonalnie, w gardle dławiąc gorycz. Zerknął w stronę drzwi, zastanawiając się, jak radzi sobie Oliver i mając nadzieję, że może tu zostać jeszcze chwilę. Skeeter ewidentnie tego potrzebował, a jego rodzina potrzebowała dobrych wiadomości.
Nie jest dobrym mężem, ale nie jest nieuleczalnie chory., musi to ubrać w dyplomatyczne słowa.


rzuty


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Lynmouth
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach