Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Lynmouth
AutorWiadomość
Lynmouth [odnośnik]17.02.21 0:10
First topic message reminder :

Lynmouth

Lynmouth to wioska w hrabstwie Devon w Anglii. Wioska leży u zbiegu rzek West Lyn i East Lyn. Na wschód od wsi znajduje się półwysep Foreland Point - najdalej na północ wysunięty przylądek na wybrzeżu Devon i Exmoor. Wybrzeże klifowe wznosi się w najwyższym punkcie na 89 metrów. W 1952 wioskę dotknęła powódź, nieliczni mugole zamieszkujący wioskę uważają, że odpowiedzialna jest za to burza której towarzyszyła ulewa - prawdą jest że te miały miejsce tego dnia, jednak finalnie całość wydarzenia spowodowana była źle rzuconym rzuconym zaklęciem w którego wyniku zginęły 34 osoby. Co roku w nocy z 15 na 16 sierpnia mieszkańcy zbierają się, by w ognisku złożyć dary dla pogody, chcąc ułaskawić ją i prosić, by więcej nie doświadczyła ich w taki sposób. Przeważająca część czarodziejów odnajduje w dorocznych spotkaniach przestrogę, by nie eksperymentować z zaklęciami, nie posiadając ku temu odpowiednich predyspozycji. W połowie roku 1957 mugole zostali przesiedleni do znajdujących się niedaleko wiosek. A Lynmouth stało się całkowicie czarodziejską wioską.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Lynmouth - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Lynmouth [odnośnik]07.08.21 11:29
- Jak to po co? - zapytałam spoglądając w kierunku przyjaciółki widocznie nie potrafiąc zrozumieć pytania. Uniosłam brwi, żeby zaraz zmarszczyć nos widocznie zastanawiając się nad zadanym pytaniem. - Zawsze sądziłam, że po to, żeby sobie poradzić, kiedy nikogo nie będzie obok. - zaryzykowałam w końcu odpowiedzią, wzruszając ramionami. Wysłuchała kolejnych słów wypowiadanych przez Livię z ponownie wnikającym niezrozumieniem na twarz, żeby za chwilę uśmiechnąć się szczerze, tak, że uśmiech całą twarz objął. - Trochę rozciągania, czy naciągania jeszcze nikomu nie zaszkodziło. - jakoś nie bardzo przejęłam się tym wyciąganiem i to jeszcze nadmiarowym. Kiedy Brendan uczył mnie jeździć, uczył tak, żebym była w stanie zrobić to sama. Na cóż byłaby mi jazda konna, gdybym nie była w stanie na konia sama wsiąść, albo potrzebowała kogoś, kto obok zawsze będzie, żeby mi pomógł. Co gdybym musiała uciekać, jak wtedy na nim miałabym się znaleźć? Kompletnie niepraktyczne. Wywróciłam oczami na to dodawanie uroku, bo wcale urokliwa nie byłam - co do tego jednego pewność miałam.
Zaskoczona spojrzałam w kierunku mojej towarzyszki, kiedy z jej ust wyrwało się piśnięcie. Zaraz zmarszczyłam brwi i wydęłam usta. Naprawdę mogłam? Ostatecznie, to jednak nadal było Devon - zdawałam sobie sprawę, że mniej bezpieczne. Ale sądziłam, że James i Marcel nie pozwoliliby by stała nam się krzywda. Ostatecznie obaj wydali mi się silni, a Marcel dodatkowo niespotykanie nietykalny, jeśli szło o unikanie mknących ku niemu ciosów.
- No, to nie specjalnie przecież. - odpowiedziałam jej, rozprostowując brwi. - Specjalnie nie zamierzam przecież. - bo nie zamierzałam i nie planowałam ponownie się do lasu wymykać, żeby noc w nim spędzić. Wtedy to jakoś tak samo wyszło. Co mogłam na to wziąć i poradzić, jak w sytuację taką los mnie rzucił a ja po prostu pozwoliłam jej się z prądem porwać. Mało rozsądnie, ale tak kusząco.
- Oh, hm, nie do końca. - przyznałam zgodnie z prawdą, uśmiechając się jednak nie zrażona tym, że to mój pomysł nie był. Cieszyłam się, że Devon potrafiło się zjednoczyć i pomagać sobie wzajemnie. - To nie tyle nasza pomoc, ile ich samych sobie samym. - zastanowiłam się na głos, bo jedynie pomagaliśmy w organizacji całego przedsięwzięcia, nadzorując je i pomagając w podzieleniu tego, co zostało zniesione. Reszta była całkowicie zależna od ludzi, a ci okazali swoje wielkie serca. - Prawda?! - wydarło się z moich ust zaraz po jej stwierdzeniu, czy określeniu zachowania chłopaka. - Na szczęście, nie skradł tego właściwego, tylko złożył swój na policzku. - dotknęłam palcem miejsca w które mnie marszcząc brwi żeby się zastanowić. - Dość zaskakująco? Nawet przyjemnie, gdyby nie tak kompletnie nie na miejscu. - wypowiedziałam szczerze niezmiennie marszcząc rude brwi, nie mając oporów, żeby prawdę szczerą i samą powiedzieć jej, bo przecież duszą moją bratnią była. - Potem mi list napisał. - dodałam jeszcze zerkając ku niej.
- Zawsze. - zgodziłam się, raz jeszcze tym jednym prostym, krótkim słowem pieczętując naszą przysięgę.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Lynmouth [odnośnik]07.08.21 17:42
Ukłucie poczucia winy było raptowne, głębokie, sięgając duszy. Kiedy nikogo nie będzie obok... Życie Neali tak różne było od jej własnego, nie miała wokół siebie rodziców czy dzielnych braci, nie cieszyła się luksusem spozierającym z każdego kąta wypolerowanej posiadłości, a Livia zdawała się czasem o tym zapominać. Nie było jej łatwo, z pewnością nie. Dziewczątko zamilkło na moment i spuściło spojrzenie na skórzane wzniesienie siodła widoczne przy skrawku eleganckiej sukni, po czym odchrząknęła cichutko i znów zerknęła na pannę Weasley ze swego rodzaju determinacją migoczącą w oczach.
- Nigdy nie będzie tak, kochana, że nikogo nie będzie obok. Nie zostaniesz sama, obiecuję - nawet jeśli chodzić by miało o podsadzenie do siodła. Wiesz bowiem, że u nas, w Dunster Castle, wśród mojej rodziny jesteś jej częścią - zadeklarowała płomiennie, z rzadko spotykaną pewnością. Ale musiała uświadomić to ognistowłosej przyjaciółce: jedno życzenie wystarczyłoby do tego, by zaproszenie do siedziby rodu Abbott okazało się permanentne, chętnie poprosiłaby o to swego pana ojca, o pozwolenie, o to, by zakwaterować i zadbać o Nealę odpowiednio, gdyby ta tylko zechciała przyjąć pomoc. A mieć ją u swojego boku na stałe... Serce Livii aż rwało się do tego marzenia. Być może w końcu nie byłabym sama.
Z przeciągłym westchnieniem kapitulacji wysłuchała o tym, iż kompanka więcej w ramiona kłopotów zmierzać nie pragnęła, toteż dziewczę kiwnęło głową z ulgą i wysłuchało dalszej części opowieści. W Somerset nie brakowało ludzi dobrej woli, z pewnością udałoby się zorganizować podobne przedsięwzięcie - ale czy była na stosownej pozycji, by sugerować to krewniakom? Z inicjatywą winna wychodzić pani matka, leciwsza, mądrzejsza, dużo bardziej doświadczona, nawet jeśli młodzieńcze serduszko rwało się każdego dnia do pomocy i usychało wiedząc, że zbyt wiele zrobić nie może.
- Inspirujesz mnie - przyznała zawstydzona. - Chociaż kilka razy w tygodniu staram się odwiedzać rynki Somerset, by ulżyć w trudniejszym handlu, chciałabym też pocieszyć ich czymś... Większym. Huczniejszym. Widzieć wiele uśmiechów, nie tylko kilka - na moment przygryzła wolną wargę i spojrzała na Nealę, szukając u niej słów poparcia, być może i po prostu zachęty. Weasleyównie przewodziła swoboda, której nie posiadała Livia, zakochana w sztywnych ramach i sprawiedliwym przewodnictwie starszyzny rodowej. Dlatego też nie wychodziła dotychczas przed szereg.
W policzek? Dobry Merlinie, to wiele wyjaśniało! Poliki nastolatki zarumieniły się jeszcze mocniej, gdy zdała sobie sprawę w jakich kierunkach pognała jej wyobraźnia, z zażenowaniem karcąc się w myślach. Lady Abbott chrząknęła nieporadnie i przyspieszyła nieco kłus wierzchowca; nawet przyjemnie, i tego Neala spróbowała przed nią. Czym była ta gorzkość zalewająca od środka gardło? Zazdrością? Chyba powinna cieszyć się z przygód porywających serce przyjaciółki, tymczasem... Pragnęłaby doświadczyć ich sama.
- I cóż napisał ci w tym liście? Zdradzisz mi kolejną tajemnicę? - poprosiła, na powrót przywołując uśmiech na twarz. Któż by pomyślał, że Walter okaże się takim romantykiem?

czy coś przeszkadza nam w miłej przejażdżce?
k1 - zupełnie nic, jest spokojnie
k2 - z pobliskiej chatki wybiega szczekający pies. konie są płoszą, mogą się nawet potknąć, przez chwilę odmawiając nam posłuszeństwa
k3 - spłoszony koń staje dęba, w wyniku czego któraś z nas spada z siodła. możesz sobie wybrać która!


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494
Re: Lynmouth [odnośnik]07.08.21 17:42
The member 'Livia Abbott' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Lynmouth - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Lynmouth [odnośnik]07.08.21 19:25
Właściwie, to nie widziałam w tym wsiadaniu żadnego problemu - bo i jaki miałabym widzieć? No brałam wsiadałam i jechałam. Zaskoczyło mnie trochę to, że Livia nie brała i nie wsiadała, ale ostatecznie wynik był ten sam. A ja też sama lubiłam rzeczy robić. Raz tylko ostatnio pozwoliłam pomóc sobie wsiąść na konia, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że siodła on nie miał, a ja sama kontuzję nogi sobie sprawiłam. Kiedy z ust Livii wydobyły się kolejne słowa zmierzyłam ją spojrzeniem wsłuchując się w wypowiadane słowa.
- Nią też się czuję. - zgodziłam się z krótkim skinieniem głowy. - Ale Livia, nie możesz tego obiecać. A ja lubię kiedy wiem, że coś mogę, nawet jeśli nie muszę. - wypowiedziałam jej jeszcze unosząc wargi w uśmiechu. Wolałam być gotowa. Jednak w jakiś sposób, życie tyle lat z aurorem, sprawiło, że sama - starałam się przynajmniej - być rozsądna no i gotowa na różne rzeczy. Wiedziałam, że Brendan nauczył mnie jeździć, czy pływać, nie dla rozrywki, a żebym w przyszłości mogła wykorzystać te umiejętności, kiedy potrzeba taka zajdzie. Nie miałam właściwie pojęcia, że Livia mnie przesiedlać chciała. Wiedziałam że w Dunster Castle zawsze przywitają mnie miło i wdzięczna za to byłam i jej i wujkowi.
Obiecać mogłam, że specjalnie w kłopoty pchać się nie będę, ale nie miałam wpływu na to, że same potrafiły mnie znaleźć i w nie wrzucić. Wtedy po prostu zamierzałam.. cóż, nie dać się im za bardzo podtopić.
- J-ja? - zapytałam zdumiona, kiedy Livia o tym całym inspirowaniu mówiła. Jakoś tak siebie w kwestii tej całej inspiracyjnej nie widziałam, ale właściwie nie pytałam dalej, wsłuchując się w wypowiadane słowa, na które zmarszczyłam trochę bardziej nos, widocznie się nad tym zastanawiając.
- Mam pewien pomysł, Livia. I będę potrzebować twojej pomocy w jego realizacji. Może nie huczniejszy, ale trochę większy. - zapowiedziałam przyjaciółce spoglądając w jej kierunku. Bo taka prawda była, że coś po głowie mi już chodziło, ale najpierw musiałam wziąć i się zorientować bardziej w pewnych kwestiach. - Muszę tylko dowiedzieć się kilku rzeczy i będziemy działać. - zapowiedziałam jej nie pytając o to, czy mi pomoże, byłam pewna, że tak jak i ja, chciała zaangażować się w pomoc ludziom, którzy wybrali życie na terenach właśnie tych nad którymi w jakiś sposób i jej rodzina i moja sprawowały jakoś pieczę.
- Oh, cóż… Przepraszał, zwracając się tytułem i nazwiskiem, którego mu nie podałam. Podpisując imieniem, które nie należało do niego. Ale… Trochę w liście, listach zwrotnych nie byłam za miła. Jak tak myślę łagodniej mogłam, ale wiesz - ja to ja. Nadal uważam, że jak zrobił robić nie powinien. No i pewnie przeprosiny bym przyjęła, gdybym osoby o tym konkretnym imieniu i nazwisku którego użył nie znała. - tłumaczyłam dalej. - Ale nie ma co zawracać sobie tym głowy. Więcej już go raczej nie spotkam. - stwierdziłam, nawet nie wiedząc jak w tamtej chwili bardzo się mylę. - Wracajmy. - poprosiłam, bo słońce zaczynało się powoli chylić ku zachodowi, a jeszcze w miejsce noclegów własnych dojechać musiałyśmy. - Jak zwykle, Livia, widzieć ciebie, to sama przyjemność była. - pożegnałam się, ściskając ją jeszcze na pożegnanie zanim w powrotną drogę się wybrałam, machając jej na pożegnanie ręką z grzbietu.
Tak, to zdecydowanie był dobry dzień.

| zt x2?


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Lynmouth [odnośnik]23.08.21 2:46
4 stycznia

Nowy rok, nowe szanse. Skamander wraz ze swoją grupą czynili kolejne kroki na przód w celu realizacji zamierzonych ustaleń. Dziś z Cedrickiem odwiedzili już dwa czarodziejskie miasteczka i zmierzali w kierunku trzeciego - Lynmouth. Anthony wątpił by udało im się zajechać gdziekolwiek dalej. Noce stawały się naprawdę chłodne i niebezpiecznie było koczować pod gołym niebem.
- Spędzimy tam noc, a potem ruszymy dalej. Jest to w sumie jedno z większych magicznych miasteczek w okolicy więc myślę, że będzie dobrze jeżeli wzbudzimy trochę zainteresowania wśród miejscowych. Przez noc może część przemyśli sprawę i przed naszym wyruszeniem dalej pojawi się jeszcze kilku chętnych... - westchnął chcąc w tym momencie w wielu miejscach na raz. Bardzo mu zależało na tym by objechać do 9 stycznia jak największą ilość czarodziejskich miasteczek mając nadzieję, na to że część młodych czarodziei przebywających na przerwie świątecznej postanowi przedłożyć bunt ponad naukę. Być może było to z jego strony nieco nikczemne myślenie, lecz potrzebowali ludzi. Młodych, szybko przyswajających wiedzę, sprawnych.
Kiedy znaleźli się na obrzeżach i zabudowania wioski zaczynały się wokół nich wznosić Anthony zatrzymał swojego wierzchowca na grzbiecie którego siedział - Znajdź miejsce w którym moglibyśmy przeprowadzać wywiad z chętnymi. Jakaś gospoda, karczma lub noclegowania. Wybierz miejsce biorąc pod uwagę możliwość łatwego jego opuszczenia. Jeżeli będzie trzeba nałóż zabezpieczenie. Zresztą wiesz - Anthony już w poprzednich miesiącach popadał w lekką paranoję. Pracował nad sobą, lecz tak jak kiedyś swobodnie czuł się w tłumie tak teraz dość niechętnie podchodził do wizji przebywania nie na swoim terenie z nie swoimi ludźmi. Były jednak rzeczy które należało zrobić bez względu na osobiste sprzeciwy, obiekcje. Obecność Cedrica mu to w tym momencie ułatwiała. Był jedyną osobą w okolicy, której mógł powierzyć zapewnienie bezpieczeństwa - Ja pójdę do urzędu miasta spotkać się z burmistrzem. Widzimy się na placu głównym. - chodzenie od drzwi do drzwi takim większym miasteczku mijało się z celem. Musieli rozegrać to tak, by to chętni przychodzili do nich. Wymagało to podjęcia odpowiednich działań co Skamander wyraźnie robił. Na odchodne złapał spojrzenie z Cedrikiem posyłając mu nieme powodzenia, a następnie zachęcił eatonana by stępem zmierzał w stronę urzędu miasta.


Find your wings


Anthony Skamander
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You don't need a weapon when you were born one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/f256-bexley-high-street-27-4 https://www.morsmordre.net/t5495-skrytka-bankowa-nr-1354#125517 https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933
Re: Lynmouth [odnośnik]12.09.21 18:25
Czy nowy rok mógł okazać się lepszy od ubiegłego? Powoli traciłem na to nadzieję. Nie sądziłem, aby zmiana jednej cyferki i przełożenie kartki w kalendarzu może cokolwiek zmienić, jeśli sami nie weźmiemy spraw w swoje ręce z o wiele większym zaangażowaniem. Przede wszystkim jednak - z dużo większym przemyśleniem. Musieliśmy się zastanowić nad tym jak kolejne działania ułożyć w bardziej skuteczną całość. Początek stycznia przyniósł więcej nadziei, że coś się ruszy do przodu. Plany biura aurorów, które razem ze Skamanderem zaczęliśmy bezzwłocznie wcielać w życie już na samym początku roku wyglądały obiecująco. Przynajmniej w teorii. Równały się podróżom - najpierw po Devon, którą odbywałem z Anthonym. On, jak zwykle, na swoim aetonanie, ja towarzyszyłem mu na miotle, choć zima jaka nastała, najsurowsza jaką ktokolwiek pamiętał w tym kraju, nie sprzyjała takim podróżom. Dłonie marzły mi nawet w rękawiczkach.
- Myślę, że w ogóle powinniśmy zostać tu do jutrzejszego popołudnia. Dziś poinformować o planach i jak to ma wyglądać. Dać czas na zastanowienie i prośbę o przekazanie wieści innym. Niech to przemyślą przez noc, a może nazajutrz przyprowadzą sami kogoś jeszcze - odpowiedziałem Skamanderowi. Decyzja o podjęciu takiego szkolenia nie mogła być dyktowana impulsem i chwilą. Uważałem, że powinniśmy dać im ciut więcej czasu. Kilka godzin zaś niczego w naszym przypadku nie zmieni.
Dotarłszy do Lynmouth, niewielkiej wioski w Devon, zostałem przez Anthony'ego oddelegowany, aby znaleźć jakąś karczmę na spotkanie. Skinąłem głową, on tu dowodził, spodziewałem się więc, że będzie sam chciał porozmawiać z burmistrzem miasteczka. Moje towarzystwo nie było tu do niczego potrzebne, lepiej nie tracić czasu. Wylądowałem na jednej z uliczek i przełożyłem pas miotły przez tułów.
- W porządku. Popytam też o jakiś nocleg - odpowiedziałem drugiemu aurorowi, wyciągając z kieszeni papierosa, po czym ruszyłem uliczką sam, skinąwszy mu głową na pożegnanie. Nie sądziłem, aby miał problem z rozmową z burmistrzem. Devon znajdowało się pod pieczą Weasleyów, którzy dołączyli do sojuszu zaproponowanego przez Archibalda Prewetta. Nasze plany powinny go wręcz ucieszyć.
Wioska nie była duża, szczególnie odkąd wyprowadzili się stąd przed laty mugole, karczm więc nie zostało tu dużo. Zdecydowałem się od razu popytać wśród napotkanych mieszkańców i wskazano mi przybytek Pod Złotym Jabłkiem i kierunek, w którym miałem podążyć. Droga tam zajęła mi zaledwie kilkanaście minut. Rozpoznałem je po szyldzie i rosnącej obok jabłoni. Wyglądał raczej zwyczajnie - jak większość takich miejsc dla czarodziejów. Budynek z czerwonej cegły, ciemny dach, w oknach światła. Miło było wejść do środka i się zagrzać. Było tylko kilku gości, więc mogłem poprosić na bok barmana i porozmawiać z nim krótko. Okazało się, że jest nawet lepiej niż sądziłem - nie dość, że na górze miał kilka kwater do wynajęcia, to do sali głównej przylegała druga, mniejsza komnata, którą mogliśmy nająć za parę groszy. Przystałem na to, zapłaciłem mu część z góry, po czym z żalem opuściłem karczmę nie wypiwszy nawet herbaty - dotarłem na plac główny i czekałem na Skamandra wypalając drugiego papierosa, choć burczało mi w brzuchu. W końcu zamajaczył mi na horyzoncie.
- Jak poszła rozmowa z burmistrzem? - spytałem.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Lynmouth - Page 6 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Lynmouth [odnośnik]04.02.22 1:06
kontynuacja rozgrywki z 27.01 - Kents Cavern, Devon

Trudna to była sytuacja, kiedy udzielając komuś pomocy dobrzy ludzie zostali oskarżeni o próbę zagłodzenia gości. Zasiane w ten sposób ziarno niepewności wśród mieszkańców Devon mogło nieść ze sobą fatalne skutki, każdy bowiem zastanowiłby się następnym razem dwukrotnie nim podjąłby próbę ratowania obcych ludzi - a może nawet żadnej pomocy nigdy więcej by nie udzielił. Pokrzepiające było jednak to, że Neala zmobilizowała mieszkańców i przyjaciół aby tej sytuacji przeciwdziałać w sposób pokojowy, troskliwy i pełen dobroci. Wszyscy mogli pomóc sobie nawzajem w tej trudnej sytuacji i jednocześnie pokazać uprzedzonym gościom, że ich intencje były prawdziwe i szczere.
- Chodźmy więc, zobaczymy co tam mamy. - rzucił ochoczo do Gin i Castora, kiwając głową w kierunku namiotu i czekając, aż będą gotowi aby wspólnie się tam udać. Pierwszym ich pacjentem, w założeniu, miał być gorączkujący syn pani Lande. Ollie nie był przekonany czy konieczne było, aby zabierać chłopaka w takim stanie do namiotu i czy nie lepiej byłoby zorganizować mu osobistą wizytę, ale prawdopodobnie matczyny instynkt pani Lande był tutaj silniejszy.
Dotarli wreszcie do namiotu, w którym znajdowało się bardzo niewiele przedmiotów, które w jakiś prowizoryczny sposób miały im posłużyć za meble. Nie mieli na miejscu żadnego polowego łóżka, ale prawdopodobnie i tak niemądrym posunięciem byłoby trzymać tu kogokolwiek na dłużej, niż szybkie przebadanie i uzdrowicielską interwencję. Mieli natomiast do dyspozycji kilka drewnianych skrzyń i starych taboretów. Więcej we wnętrzu namiotu blondyn się nie doszukał, choć możliwe że gdzieś w skrzyniach czaiły się jakieś stare prześcieradła, a może w cieniu ukryło się jeszcze coś innego.
- Huh, wygląda na to że nie zakładają ciężkich przypadków. Dobrze że jest na czym usiąść. - dodał, kładąc paczuszkę z lekami z Lecznicy na jednej ze skrzyń, która potencjalnie mogłaby pełnić rolę czegoś w rodzaju magazynku lub stołu. Zawartość niewielkiej skrzynki zatrzęsła się delikatnie, uwalniając drobny dźwięk stukających o siebie flakoników. - Przyznam szczerze że nie wiem co dokładnie tam jest, ale prawdopodobnie jakieś proste mieszanki ziół czy mikstur. Może nawet część od ciebie, Cas? - uśmiechnął się do niego delikatnie, wiedząc że część medykamentów w Lecznicy mogła wyjść z pod jego dłoni. Uzdrowiciele zwykle nie mieli na produkcję leków ani czasu, ani środków. Często nawet umiejętności, nie mówiąc o tych bardziej skomplikowanych miksturach. Dlatego właśnie współpracowali z biegłymi w tej dziedzinie alchemikami, takimi jak Castor. Ollie nie znał nikogo, kto znałby się na tym lepiej od niego, dlatego dobrze było go mieć dzisiaj u swego boku.
- Zanim jeszcze przyjdą, przygotujmy przestrzeń do pracy. Wyznaczmy może trzy miejsca do przyjmowania ludzi, tak abyśmy mogli w razie czego zajmować się większą liczbą osób jednocześnie. Te skrzynie i taborety powinny wystarczyć. - zaproponował i zabrał się powoli za ustawianie mebli, bacznie jednak przyglądając się Gin i kierując się jej radami w sprawie zagospodarowania przestrzeni. Jako kobieta i szlachcianka z pewnością miała w tym więcej doświadczenia od niego i wiedziała, w jaki sposób zorganizować sobie to niewielkie wnętrze namiotu, aby nikt na nikogo nie wpadał i mogli w bezpieczny sposób pracować. Jej wprawne spojrzenie było w tym momencie nieocenione, tak samo jak stale rozwijająca się, uzdrowicielska praktyka.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Lynmouth [odnośnik]07.02.22 13:55
Przysłuchując się sytuacji mieszkańców Wellswood zagryzł odruchowo wnętrze policzka, nie mogąc powstrzymać się przed skrzyżowaniem rąk na klatce piersiowej. Sytuacja w rzeczy samej nie wyglądała na coś, co powinno się przydarzyć. Oczywiście, wojna widziała większe okrucieństwa — Ollie i Castor przekonają się o tym całkiem niedługo, nie umniejszało to jednak powagi sytuacji. Równie mocno jak żywa manifestacja okrucieństwa, na morale ludu działało także niesłuszne przypisanie im złych zamiarów. Castor próbował, jak to on, doszukać się w tym wszystkim jakiejś logiki. Jak na złość uznał, że nie pamiętał ostatniego razu, gdy ktoś pomyślał o Devon jako o miejscu, w którym żyli bogaci ludzie, tacy, którzy mogli posiadać jakieś większe zapasy. Idealnym dowodem na to była przecież pozycja samych panujących tu Weasleyów — dzielących się wszystkim ze swym ludem, wchodzącym pomiędzy nich tak, jakby w rzeczywistości nic ich nie dzieliło. Była to postawa godna pochwały, Castor nawet mógłby dorzucić się do tej żywnościowej zbiórki gdyby nie fakt, że dzień wcześniej rozdał pół swego spiżarnianego przydziału Beckettom, a w domu miał jeszcze cztery i pół osoby do wyżywienia. Wyłączając siebie samego.
Głos Olliego skutecznie przywołał go do porządku. Odpowiedział mu nie tylko skinieniem głowy, ale też drobnym uśmiechem. Ech, czy będą mieli wreszcie okazję porozmawiać w cztery oczy, bez szalejącej dookoła wojny? Castor bardzo by chciał, lecz szanse mieli marne.
Nawet marniejsze niż namiot, ten wydawał się — jak na warunki Devon — wyposażony całkiem porządnie, a gdy Ollie dołożył do tego pakunki z lecznicy, wydawało się, że jak najbardziej mieli z czym pracować.
— Namiot ustawiony na powietrzu, w zimę stulecia, co do zasady nie sugeruje ciężkich przypadków — zauważył mimochodem, zakańczając obchód namiotu i zatrzymując się tym samym przy blondynie. Gorączki, przeziębienia, cieknące z nosa katary i kaszle, przewagi tych dolegliwości spodziewał się Sprout, w oczekiwaniu na pierwszych potrzebujących zaglądając do zawartości paczuszki, którą zabrał ze sobą Marlowe. Prędko pochwycił jego spojrzenie i uśmiech, nachylając się zaraz nad jego ramieniem, wysuniętym palcem wskazując na kilka fiolek.
— Zamawialiście ostatnio dostawę eliksiru pieprzowego — przypomniał i w istocie, trzy ze wskazanych fiolek zawierały właśnie tę mieszankę. Praca dla Leśnej Lecznicy nie była oczywiście najbardziej dochodową — właściwie nie przynosiła mu nic, poza satysfakcją, w pewnym wyrazie własnej moralności odmawiał własnego wynagrodzenia, potrafiąc utrzymać się przede wszystkim z tworzenia talizmanów i uznając, że ewentualnie może przyjąć zwrot składników, jeżeli miałyby się marnować w szklanych pojemnikach na zakurzonych półkach. Gdyby Ollie i Gin zajrzeli dalej, znaleźliby jeszcze kilka fiolek opisanych charakterystycznym krojem pisma Sprouta.
Gdy przyszło do organizacji przestrzeni, Castor wiedział, że nie był ostatnio w najlepszej formie, zwłaszcza na przesuwanie jakichś taboretów i skrzyń ważących Merlin—wie—ile (zapewne niewiele, ale Castor nie był z natury silnym mężczyzną).
Z pomocą przyszło zaklęcie.
Wingardium Leviosanajwiększa ze skrzyń wzniosła się w powietrze i poleciała tam, gdzie poprowadziły ją uważne ruchy różdżki Castora. Choć nowa różdżka od lorda Havelocka potrafiła czasami płatać figle, póki co rozumieli się całkiem znośnie, czego przykład widzieli właśnie w tym momencie. Powtórzył zaklęcie jeszcze dwa razy, wydawało się, że udało im się wspólnymi siłami przygotować trzy pełnoprawne stanowiska pracy.
Akurat w momencie, w którym do namiotu zajrzała zapowiedziana przez Nealę pani Lande z synem.
— Przepraszam... Są państwo uzdrowicielami? — spytała kobieta niepewnie, wodząc wzrokiem po trójce znajdującej się w namiocie. Jedną ręką podtrzymywała chłopaka, który musiał być jej synem. Nie tylko uderzające podobieństwo fizyczne zdradzało koligacje rodzinne, ale także stan, w jakim się znajdował. Spojrzenie miał nieobecne, spierzchnięte usta rozchylone, wyraźnie musiał nimi oddychać w wyniku dodatkowego nieżytu nosa. Trzymał się na nogach całkiem dzielnie, ale może zdarzało mu się czasem niemal zupełnie osłabnąć.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Lynmouth [odnośnik]23.02.22 18:32
- Jesteś pewny że nie byłeś Krukonem? - w odpowiedzi na sprawę namiotu, pozwolił sobie na odrobinę żartobliwej uszczypliwości, posyłając Castorowi szczery uśmiech. Zdecydowanie brakowało mu takich zwyczajnych, codziennych interakcji, niespaczonych wojenną atmosferą i ciężarem życia. Cieszył się że przez ostatni czas mieli okazje ze sobą współpracować, bo póki co jedynie na takie spotkania mieli przestrzeń. Zawodowe obowiązki i prawdopodobnie wiele innych spraw prywatnych trzymało obydwu mężczyzn w dość ciasnym, czasowym szachu, z którego zapewne trudno było im się wyrwać. Mogli przynajmniej korzystać tej właśnie chwili.
- Faktycznie, teraz pamiętam. Mieliśmy prawdziwe zatrzęsienie przeziębień i dość ograniczone środki. Uratowałeś nam sytuację. - stwierdził, podnosząc kilka fiolek aby upewnić się o ich zawartości i wtedy właśnie przypomniał sobie, że taka sytuacja miała miejsce. Jeśli świat wróci do normalności, Lecznica zdecydowanie będzie miała dług wdzięczności względem Castora. Jego bezinteresowność zasługiwała na pochwałę, w co Ollie nie wątpił ani trochę, dlatego też sam zamierzał dopilnować, aby ciężka praca alchemika została zauważona i doceniona.
Co do samej ciężkiej pracy... Kiedy Marlowe starał się poprzenosić meble przy użyciu siły swoich przeciętnych mięśni, wyższy z blondynów postanowił jednak zrobić to w tradycyjny, czarodziejski sposób. Uzdrowiciel skłamałby gdyby powiedział, że nie zrobiło mu się przez moment głupio z powodu sprytnego podejścia kolegi. Jak to się podobno mawiało, pracuj mądrze a nie ciężko, czy jakoś tak. Niemniej odrobina fizycznej aktywności nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a w obecnych, zimowych warunkach mogła dać przy okazji trochę ciepła. O ile oczywiście za chwilę nie podniosą temperatury w namiocie przy pomocy jakichś zmyślnych zaklęć.
Wraz z przybyciem pani Lande zakończyły się również przygotowania punktu medycznego.
- Tak, jesteśmy. Pani Lande jak mniemam? Lady Neala mówiła nam że się pani zjawi. Proszę, pomogę. - podszedł do kobiety i pomógł jej z podtrzymaniem syna, zaprowadzając do jednego ze stanowisk, którym była najzwyklejsza skrzynia ze stojącym obok taboretem. Blondyn posadził chłopca na większym meblu, natomiast taboret nadal pozostawał wolny w razie, gdyby kobieta chciała usiąść obok własnego dziecka.
- Od jakiego czasu jest w takim stanie? - zapytał, nachylając się nad chorym i sprawdzając czy nie ma gorączki, a także czy jest w stanie złapać jakikolwiek kontakt wzrokowy. Szło to pacjentowi dość opornie, wyraźnie nie miał na to sił.
- Od kilku dni, i nie ma poprawy. Nic nie pomaga.
Ollie przyjrzał się chłopakowi jeszcze przez chwilę, uważnie analizując każdy subtelny sygnał z ciała świadczący o rodzaju choroby. Raczej nie miał co do diagnozy większej wątpliwości.
- Dość mocne przeziębienie, możliwe że rozwijające się w cięższy przebieg grypy. Dobrze że przyszliście, Castor zaraz dobierze wam odpowiedni lek. Tymczasem... - wyjął z kieszeni różdżkę i przyłożył jej koniec do nosa pacjenta. - ...udrożnię drogi oddechowe. Może być to trochę nieprzyjemne. Anapneo.
Zaklęcie zadziałało, a wraz z nim chłopak wykrzywił się w niezadowolonym grymasie. Mógł poczuć nieprzyjemne pieczenie w udrożnionym nosie, ale przynajmniej przez jakiś czas będzie mógł pooddychać inaczej niż przez spierzchnięte usta.
- Subsisto Dolorem. To zaklęcie przeciwbólowe, na chwilę poczuje się lepiej, ale radzę go położyć żeby odpoczywał. Jak zaklęcie przestanie działać to osłabienie powróci, chyba że do tego czasu przyjmie leki. Jeśli jest więcej podobnie chorych osób w okolicy, to proszę ich przysłać do nas. - przedstawił kobiecie jak wygląda sytuacja. Chłopca nie trzeba było już (przynajmniej przez jakiś czas) przytrzymywać, ale do pełnego jego wyzdrowienia potrzeba było czasu, odpoczynku i oczywiście odpowiednich leków. Zerknął na Castora, przekazując mu pacjenta do dalszego działania.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Lynmouth [odnośnik]28.02.22 20:41
— Najpewniejszy w świecie — uśmiechnął się szeroko, a w uśmiechu błysły nawet wystające nieco zęby. Zazwyczaj starał się zasłaniać je przy uśmiechaniu, ale Ollie sprawiał, że czuł się w jego towarzystwie całkowicie spokojnie. Zupełnie tak, jakby wojenna rzeczywistość nie miała na nich żadnego wpływu, jakby wciąż byli tymi samymi chłopakami, którzy musieli w łazience skrywać się przed łobuzami i ratować się przed efektami ich "zabaw".
Teraz — gdyby tylko wytężyć wyobraźnię — mogli podejść do swych zadań z podobnym nastawieniem. Namiot ograniczył ich przestrzeń, odciął od panującej za jego krawędzią wojny, pozwolił na skupienie wyłącznie na jednym, konkretnym zadaniu. Pomoc ludziom.
— To nic takiego, naprawdę — szepnął w odpowiedzi na słowa chłopaka, wplatając chude palce w złote loki, uwolnione spod przyklepującej je czapki. Ta została odłożona na jedną ze skrzynek, dzięki czemu Sprout mógł potargać sobie włosy, przywrócić je do właściwego nieładu. — Cieszę się, że mogę pomóc — dodał po chwili, wciąż nieco niepewnie, wznosząc spojrzenie na Marlowe, aż...
Wyprostował się prędko, przyglądając się kobiecie i jej synowi. Przysłuchiwał się nieco (nie chciał bowiem sprawiać wrażenia nachalnego i gotowego do złamania jakiejś przysięgi — co z tego, że tyczyła się ona uzdrowicieli, a alchemicy mieli możliwość swobodniejszego podejścia do czystości własnego sumienia) objawom oraz ogólnej rozmowie prowadzonej przez panią Lande i Olliego. Gorączka, osłabienie, katar, chyba miał coś na to...
Aż w namiocie pojawił się starszy pan. Może pojawił się to delikatnie powiedziane, wbiegł bowiem do środka jak o p a r z o n y, trzymając się mocno za nadgarstek lewej ręki. Nie trzeba było być absolwentem kursu uzdrowicielskiego, by wiedzieć, że rękę miał w istocie poparzoną, zaczerwieniona skóra i bąble mówiły wszystko.
Castor spojrzał prędko na Olliego i uniósł dłoń do góry, chcąc wskazać mu, że sam zajmie się panem. Nie można było rozpraszać uzdrowiciela w jego pracy, a oparzenie nie powinno stanowić większego problemu dla osoby znającej się na podstawach magii leczniczej.
— Proszę pana, spokojnie — zaczął cicho, próbując podejść do mężczyzny. Ten, jak na swój wiek wydawał się być wyjątkowo żwawy, choć równie dobrze ten nagły przepływ energii mógł być spowodowany (i pewnie tak właśnie było) bólem. Udało mu się jednak ostrożnie przytrzymać mężczyznę za barki, posadzić na przygotowanej do tegoż skrzynce, po czym przyłożył różdżkę do poparzonej dłoni. Cauma Sanavi Maximaprzyjemne mrowienie magii rozlało się po jego ręce, a mgiełka zaklęcia spłynęła wprost na poparzone tkanki, przynosząc ulgę. Na tyle, że zaciskający mocno zęby staruszek wreszcie nabrał oddechu, dalej urywanego, by odezwać się wreszcie ochrypłym głosem.
— Ot ja dureń... — Castor zmarszczył mocno brwi. Spodziewał się co prawda obrażeń z odmrożenia, nie poparzeń, ale nie chciał wchodzić człowiekowi w słowo. — Widzisz chłopcze, chciałem podgrzać sobie zupę, bo ja lubię taką gorrrrącą, aż w język parzy, zaklęcie nie wyszło no i o... ał... — syknął, najwyraźniej wciąż potrzebując asysty medycznej. Sprout i tak nie chciał kończyć sprawy wyłącznie na powierzchownym zaleczeniu rany. Obiecali Neali, że zajmą się wszystkimi według najwyższych standardów i słowa musieli dotrzymać.
— Pan da mi jeszcze tę rękę, opatrzymy pana tak, że może nie będzie miał pan czego opowiadać wnukom — pozwolił sobie na krótki śmiech, po czym raz jeszcze skierował różdżkę na uszkodzoną dłoń. Subsisto Dolorem a gdy i to zaklęcie się udało, pozostała już ostatnia czynność do wykonania...
I jak z podobnymi rzeczami bywa, najłatwiejsze zadanie skończyło się klapą. Magiczne bandaże zdecydowały, że nie będą współpracować, dlatego też gdy tylko Ollie poprosił go o pomoc z eliksirami, poderwał się z miejsca.
— Ollie, dałbyś radę opatrzeć ranę pana? — uśmiechnął się niemalże niewinnie, zamiana miejsc dobrze na nich zadziała.
Osłabienie, gorączka, nieżyt nosa... — mamrotał w głowie, albo może i pod nosem, gdy przetrząsał przyniesione przez Olliego zapasy z lecznicy. Wreszcie wyciągnął fiolkę z auxilikiem, będzie nadawała się idealnie, przynajmniej na teraz. Ollie wydawał się bardzo ładnie zniwelować najgorsze objawy, eliksir zadziała wspomagająco do zaklęć.
Wrócił do pani Lande i jej syna, po czym podał chłopcu eliksir doustnie.
— To Auxilik, popularny eliksir, nie powinna mieć pani problemu z dostaniem go u jakiegokolwiek alchemika w okolicy. Ćwierć fiolki na jedną dawkę, maksymalnie cztery dziennie, gdy gorączka się nasila — mówił, choć przyglądał się chłopcu, czy na pewno dobrze znosi podawanie eliksiru. Wydawało się, że tak. Dopiero po tym, jak przełknął pierwszą dawkę, Castor sięgnął ręką po drugi z eliksirów, który wręczył pani Lande. — Jak będzie widoczna poprawa, przez tydzień proszę dawkować wywar wzmacniający. Z podawaniem nie powinno być problemu, jest słodki w smaku — uśmiechnąl się, a gdy palce pani Lande zacisnęły się na fiolce z błękitnym eliksirem, ta podniosła się z miejsca i uściskała najpierw będącego najbliżej Castora, potem zaś Olliego.
— Dziękuję wam bardzo, nawet nie wiecie, jak bardzo nam pomogliście...
— Mamo...? Mamo, gdzie my jesteśmy?
— Och, kruszynko, nie przemęczaj się. Dzielni uzdrowiciele nam pomogli, możemy już wrócić do domu, tylko podziękujemy jeszcze lady Neali, dobrze? Jeszcze raz wam dziękuję, chłopcy! Co za szczęście, żeście przybyli...
I tak oto w namiocie zrobiło się miejsce na kolejnych pacjentów...


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Lynmouth [odnośnik]07.03.22 20:53
- Ktoś mógłby pomyśleć inaczej, ale teraz nie ma już żadnych wątpliwości. - parsknął cichym śmiechem, kiwając z rozbawieniem głową na boki. Po takim zapewnieniu nie mogło być przecież inaczej! A już zdecydowanie nie mogło być inaczej, kiedy temu zapewnieniu towarzyszy szeroki i szczery uśmiech, tak rzadko ostatnimi czasy widywany. Na dalsze słowa skromności Castora już nie zareagował, bo wiedział do czego to mogło zmierzać - zaraz przekomarzaliby się na temat tego, że to tak naprawdę wielka pomoc, a nie "nic takiego". Jeden drugiego próbowałby przekonywać o swojej racji, a biedna Gin musiałaby się temu przyglądać z niedowierzaniem, dopóki nie zorientowaliby się jak bardzo niezręcznie się zachowują. Sama ta wizja wydawała mu się na tyle zabawna, że aż uśmiech nie znikał przez ten krótki czas z jego twarzy. Wzrok natomiast, chyba tylko ośmielony przez dobry humor, nie uciekł przed niepewnym spojrzeniem przyjaciela.
- Też się cieszę że możesz pomóc. Zawsze pomagasz. - dodał ciszej, chyba nie zdając sobie do końca sprawy, z siły i znaczenia tych słów. Nie zdążył się nawet nad nimi zastanowić, bo zaraz przeszedł do zajęcia się synem pani Lande...
W międzyczasie do punktu medycznego zjawiali się nowi pacjenci, a im z pomocą przychodził zarówno Castor jak i Gin, którzy byli wyszkoleni wystarczająco dobrze, aby udzielić rannym mniejszej lub niejednokrotnie(!) większej pomocy. Kiwnął przyjacielowi ręką na znak, że spokojnie może działać na własną rękę jeśli tylko czuje, że jest w stanie sobie z jakąś sprawą poradzić. Ollie ufał jego umiejętnościom i wiedzy na tyle, że byłby w stanie nawet pozostawić cały punkt wyłącznie do indywidualnej dyspozycji Sprouta. W grupie jednak wszyscy czuli się o wiele pewniejsi.
- Oczywiście, już się tym zajmuję. - odpowiedział chłopakowi, oddając mu pod opiekę panią Lande i jej syna, a samemu podchodząc do pacjenta, którym wcześniej zajmował się starszy z blondynów.
- Proszę na moment unieść dłoń. - polecił spokojnie poparzonemu mężczyźnie, na początku przyglądając się samym obrażeniom, a raczej temu co z tych obrażeń ewentualnie mogło pozostać. Tkanka regenerowała się bardzo sprawnie, widać było że Castor świetnie naprawdę świetnie sobie radził w kwestiach magii leczniczej. Zupełnie inaczej niż za pamiętnych dni podczas nauki w Hogwarcie, na myśl o których uśmiechnął się kącikiem ust. - Ferula. - wypowiedział nazwę zaklęcia, a z końca różdżki wytworzył się śnieżnobiały, magiczny bandaż, który zabezpieczył ranę przed dalszymi uszkodzeniami.
- To wszystko, rana niedługo powinna się zagoić. Proszę nie nadwyrężać tej ręki przez kilka dni i pozwolić tkankom się zregenerować.
- Ach, dziękuję panom, dziękuję! Bo pan nie słyszał pewnie jak to się stało, opowiadałem tu pańskiemu koledze że...
- Słyszałem, słyszałem, proszę mi wierzyć. Przygoda z zupą, prawda? - uzdrowiciel przerwał mężczyźnie jeszcze zanim ten zaczął od nowa opowiadać swoją historię. - Możliwe że na placu przygotowywana będzie zupa. Gorąca, tak jak pan lubi. Tylko proszę być tym razem ostrożnym, uchwyt nie będzie jeszcze na tyle silny u pana.
- Tak, tak... jeszcze drugą mam sprawną to może dam radę. Dziękuje panu. Panu też dziękuję. - staruszek zwrócił się też z podziękowaniami do Castora, po czym powoli, swoim tempem, opuścił namiot. Ollie jedynie rzucił wymowne spojrzenie przyjacielowi i odetchnął z ulgą, że drugi raz ta historia nie została przez staruszka opowiedziana.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Lynmouth [odnośnik]09.03.22 17:32
Posłał Olliemu długie, wyraźnie zaczepne spojrzenie, choć cały czas uśmiechał się szeroko; tak bardzo, że znów w jego policzkach pojawiły się znane jeszcze z czasów normalniejszej budowy ciała dołeczki. Nie odpowiedział jednak nic na słowa młodszego przyjaciela, po prostu ciesząc się, że mógł przebywać w jego towarzystwie. Co do zasady nie był szczególnie wylewną osobą — tak, był emocjonalny, tak zdarzały mu się wybuchy i okresy paplaniny, ale najczęściej powodowane były jakąś specyficzną nerwowością, niespodziewanym elementem, przed którymi lubił się odgradzać słowami właśnie.
— Będę pomagać tak długo jak będziecie mnie chcieli, spokojnie — zaśmiał się wreszcie, ledwo panując nad tym, by nie klepnąć lekko Marlowe po ramieniu tak, jak robił to jeszcze za czasów szkolnych. Szczerze mówiąc, chciał chyba usiąść z nim na tych skrzynkach, położyć głowę na ramieniu i przysnąć na moment, wśród tej dziwnej idylli, której odmiany odnajdował w Devon i Hogwarcie właśnie. Chciałby to zrobić, ale mieli przed sobą cały dzień udzielania pomocy, skupiania się na dobru innych, kiedyś po prostu wpadnie do Cichego Domku z przyniesioną herbatą i może wszystko będzie po staremu.
Nie mogło jednak być ani spokojnie, a na pewno już nie po staremu, gdy namiot znów zaczął zapełniać się potrzebującymi. W powietrzu unosił się intensywnie ziołowy zapach pasty na odmrożenia, od której nadwrażliwego na zapachy Castora kręciło w nosie i zaczynało coś pulsować w okolicach skroni. Mimo to dzielnie aplikował eliksir na te partie ciała ludzi, które potrzebowały intensywniejszej pomocy od przeciętnego Figidu oraz Figidu Maxima, których rzucaniem zajęli się pewnie bardziej wykwalifikowani od niego uzdrowiciele. Każdemu z przybyłych starał się poświęcać maksimum swojej uwagi, ale nieprzyzwyczajony do tak dużego wysiłku — gdyby ktoś pragnął dopytać się, o czym rozmawiał z młodą kobietą przed chwilą, zamrugałby nieobecnie i przyznał wreszcie, że nie miał bladego pojęcia. Wszystko działo się naprawdę szybko, uwijał się przy torbie z eliksirami naprawdę dynamicznie, od czasu do czasu przechadzając się (gdy akurat sam nie miał pacjentów) pomiędzy Ginny a Olliem, dopytując, czy nie potrzebują konsultacji alchemicznej albo podania pacjentowi jakiegoś specyfiku. Wszystko szło naprawdę dobrze, aż usłyszał za plecami głośne jęknięcie bólu.
Odwrócił się natychmiast na pięcie, a gdy to uczynił, przed jego oczami pojawiła się kobieta trzymająca się mocno za głowę. Po samym wyrazie twarzy widać było, że coś sprawia jej ogromny ból, ale nie widział ani — co ważniejsze — nie czuł zapachu krwi. Podszedł do kobiety żwawo, zwracając uwagę, by mówić do niej cicho i spokojnie.
— Dzień dobry pani, proszę się nie bać, poprowadzę panią do siedzenia — szeptał więc, ostrożnie prowadząc kobietę do przygotowanej na tę okazję skrzynki. Ta poddała się jego dowodzeniu, wcześniej bowiem zacisnęła z bólu powieki i nie chciała ich dalej otwierać. Castor poświęcił chwilę na przyjrzeniu się jej, ale dalej miał wrażenie, że nie było w tym przypadku żadnej interwencji zewnętrznej — Boli panią głowa? Ktoś panią uderzył? — kobieta powoli pokiwała głową na "tak" w odpowiedzi na pierwsze pytanie i "nie" — na drugie. Chwilę trwali w ciszy, Castor zastanawiał się, czy nie podać jej po prostu eliksiru przeciwbólowego, lecz w momencie, w którym miał się poruszyć, kobieta wreszcie się odezwała. Cicho i charkliwie, ale...
— To migrena... Dudni mi w głowie i oko pulsuje... — wobec takiej rewelacji Castor przystanął w miejscu, zastanawiając się nad tym, czy faktycznie powinien uciec się do eliksiru, czy może nie załatwić sprawy zaklęciem. Wiedział bowiem o istnieniu jednego, które mogło łagodzić nawet upiorne migreny, ale nigdy wcześniej go nie rzucał. Postanowił jednak zaryzykować i pozostawić zapas eliksiru dla kogoś, kto bardziej będzie mógł go potrzebować. Ostrożnie przystawił różdżkę do skroni kobiety, wcześniej delikatnie odsuwając jej rękę od głowy i wyszeptał inkantację zaklęcia. To niestety nic nie dało, dlatego powtórzył próbę, mówiąc już głośniej i wyraźniej Decephalgotym razem zaklęcie przyniosło skutek, a kobieta powoli mogła żegnać się z tak intensywnym bólem głowy. Castor pozostał jednak przy niej, oferując asystę w tym krótkim dochodzeniu do siebie. Nie chciał wypuszczać kobiety zbyt wcześnie, nie będąc pewnym, czy zaklęcie zadziała na tyle skutecznie, skoro za pierwszym razem nie przyniosło żadnego skutku, a były to jego pierwsze próby.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Lynmouth [odnośnik]09.03.22 18:21
Wszystko zdawało się iść względnie dobrze. Przynajmniej tak wyglądało. Jedzenie miało być gotowe. Drewno zwiezione dla mieszkańców porąbane w czasie. Musiałam jeszcze sprawdzić czy Ollie z Castorem i Virginią sobie radzili. W Wellsów raczej większych problemów nie powinno być - no, może poza synem pani Lande. Ale tak jeśli ktoś miał się z czymś zjawić, pewnie nie miały to być jakieś wielkie problemy. Miałam taką nadzieję przynajmniej. Moje myśli pomknęły w kierunku kuzyna Elroya i osób, które wraz z nim ruszyły do okupowanego domu pani Lande. Miałam nadzieję, że wszystko uda się załatwić. Załatwić najlepiej przy użyciu słów, nie magi i siły. Naprawdę wierzyłam w to, że ci ludzie co to wzięli i tak się zachowali zrobili to przez to, że głodni byli i wojna ich dotknęła tak, że nie byliśmy w stanie tego zrozumieć do końca. Ale dlatego poszli tam ludzi, którzy lat więcej żyli i byli w stanie jakoś wziąć i coś z tym zrobić. Coś lepszego, niż mogłabym ja. Bo ja to nie mogłabym nic. Głównie dlatego, że jeszcze nawet za bardzo pełnoletnia nie byłam. Nie mogłam czarować kiedy w pobliżu nie było kogoś pełnoletniego, bo złapałby mnie namiar, a to było ostatnie czego potrzebowałam. Zamyśliłam się na chwilę zerkając w górę na niebo i prawie nie wpadłam przed namiotem na panią Lande.
- Pani Lande. - ucieszyłam się, łapiąc równowagę i unosząc usta w uśmiechu. Zaśmiałam się krótko, przepraszająco, za to, że prawie na nią wpadłam. - Była Pani już w środku? - zapytała, spoglądając na brządca którego miała ze sobą.
- Oh, tak panienko. - odpowiedziała widocznie przejęta. - Już lepiej się czuje a to wszystko dzięki panience. - mówiła dalej przejęta, wyciągając jedną rekę. Chciała mi ją chyba na ręce zacisnąć, ale że niska byłam jednak na ramię się zdecydowała.
- To nic takiego, pani Lande. Dobro wraca, proszę pamiętać. W południe gotowy będzie obiad, proszę przyjść, a jak martwi się pani o syna, to podejść do Sheili… tam dalej jest, ciemne ma włosy i powiedzieć że prosiłam, żeby pani coś do jedzenia dały. Na pewno coś wykombinuje. - zapewniłam, ją częstując jeszcze lekkim uśmiechem. - Zostawię panią, chcę sprawdzić czy nie potrzebują pomocy z leczeniem. Do zobaczenia, pani Lande. - pożegnałam się wchodząc do namiotu rozglądając się i podchodząc do chłopaków w kilku krokach. - W czymś wam pomóc? - zapytałam rozglądając się po wnętrzu, zaraz jednak dwójka trochę starszych mężczyzn znalazła się w środku. Trójka dokładnie. Ten co był pośrodku za poły prowadził pozostałą dwójkę i widocznie i o wiele jednak był starszy. Popchnął ich do środka. - Ten ma nos złamany, a ten rękę. Pomożecie? - powiedział mężczyzna wzdychając ciężko. Zerknęłam w stronę Castora, gotowa pomóc, jeśli ta pomoc moja była im niezbędna, albo wycofać się i wrócić do She możliwie jak najszybciej tak jak obiecałam.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Lynmouth [odnośnik]12.03.22 1:26
Co ja z tobą mam, chciałoby się powiedzieć, a jednak słowa te nigdy tego dnia nie dotarły do niczyich uszu. Związane z tym zdaniem uczucia były zbyt intensywne i nietypowe, a na pewno bardzo krępujące - zwłaszcza w otoczeniu postronnych osób. Z Castorem mogli sobie pozwolić na takie przywileje jedynie w miejscu, w którym mieliby pewność o całkowitej prywatności. Cichy Domek zdawał być się, póki co, jedynym takim miejscem. A przynajmniej jedynym w świadomości młodego uzdrowiciela. Ich spotkania jednak nie zdarzały się zbyt często, choć niewątpliwie każdy z nich chciałby spędzić jeden wspólny wieczór na starych warunkach, bez otaczających ich ruin angielskich miast i bez asysty rannych w wyniku działań wojennych. Być może czas ten przyjdzie z wiosną, kiedy pogoda będzie sprzyjać zwiększeniu dóbr i nieszczelnie świszczące okna przestaną przyprawiać o atak lęku.
Jak się można było spodziewać, potrzebujących nie brakowało i tłumnie przybywali do punktu medycznego z najróżniejszymi problemami. Prawdę mówiąc, były to całkiem przyjemne i relaksujące przypadki, przy których Ollie mógł odetchnąć z większym spokojem i nie martwić się, że mógłby popełnić jakiś karygodny błąd lub zaszkodzić komuś niepoprawną diagnozą i późniejszym leczeniem. Widać że dla niego była to rutynowa praca, dzień jak co dzień nawet. Gdzieś w międzyczasie wraz z wyjściem pani Lande, do namiotu przybyła Nela, organizatorka całego przedsięwzięcia. Blondyn nie miał jeszcze przyjemności zobaczyć, jak wyglądają prace pomocowe w innych miejscach, ale prawdopodobnie później uda mu się chociaż zerknąć do innych. A kto wie, może nawet spróbuje tej całej zupy?
- O, cześć Nela. Radzimy sobie całkiem sprawnie, ale wiesz co, możesz... - zaczął, jednak dalszą wypowiedź i propozycję planu przerwało mu przybycie dwójki rannych mężczyzn. Zmarszczył nieco brwi, przyglądając się uważnie obrażeniom z jakimi przyjdzie im pracować i doszedł do wniosku, że nie powinny być skomplikowane do uleczenia. Przynajmniej jeśli mowa była o panu ze złamanym nosem. - ...możesz przygotować panów, posadzić ich na skrzyniach. Znasz magię leczniczą? Jak tak to śmiało, w razie czego jestem tuż obok. - zaproponował z uśmiechem Neali, kiwając jej głową delikatnie w kierunku skrzyń i samemu podchodząc do mężczyzn, aby pomóc przenieść ich na stanowisko. Nie miał pojęcia czy rudowłosa panienka jest na tyle przeszkolona w zakresie uzdrawiania, i chyba zdążył zapomnieć o temperamencie Weasleyów jeśli wierzył, że Nela sama im powie iż czegoś nie potrafi. Bo przecież powie, tak?
Ollie posadził pana ze złamaną ręką na skrzyni, aż poczuł jak mu się ciepło zrobiło od tej odrobiny fizycznego wysiłku i na czole zawitały pojedyncze kropelki potu. Profilaktycznie, zerknął jeszcze raz na rękę męczyzny dokładniejszym wzrokiem i dość szybko przeszedł do działania.
- Nie będę kłamał, trochę zaboli. Feniterio. - zaklęcie udało się, a kość nastawiła się z bardzo nieprzyjemnym chrupnięciem i wtórującym jękiem pacjenta. - Fractura Texta. - tym razem postanowił przyspieszyć zrastanie kości, a magia posłuchała się. Biaława mgiełką wsiąknęła w powierzchnię skóry, wykonując niewidocznie swoją pracę na odpowiedniej tkance. Grymas niezadowolenia pojawił się na twarzy mężczyzny w tym momencie, i trudno mu się było dziwić. Uczucie naprawianej tkanki wewnątrz ciała nie należało do wspaniałych uczuć.
- Możemy jeszcze rękę ustabilizować. Nela, Cas? - zerknął na nich pytająco, dając im przestrzeń do ewentualnego działania, jeśli tylko mieli na to ochotę. Nadal oczywiście pozostawał jeszcze pacjent ze złamanym nosem, ale wierzył tutaj całkowicie w umiejętności swoich towarzyszy.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Lynmouth [odnośnik]12.03.22 18:09
Na całe szczęście jego pacjentka z migreną wydawała się być bardzo zdeterminowana, by odzyskać utracone siły najszybciej, jak tylko mogła. Taki obrót zdarzeń pozwolił mu na odetchnięcie i nabranie oddechu oraz zajęcie pani cichą rozmową przez czas, którego potrzebowała, by wreszcie unieść głowę do góry z westchnieniem ulgi od bólu i podziękować Sproutowi za udzieloną jej pomoc. Castor nie był do końca pewny, czy rekonwalescencja kobiety nie przebiegała zbyt szybko — oczywiście, coś tam potrafił w kwestii uzdrawiania, jednak w żadnym wypadku nie był profesjonalnym uzdrowicielem, przecież nie odebrał stosownego wykształcenia. Kobieta jednak nalegała, że musi wracać do domu, bo ma do załatwienia jakieś ważne sprawy (w naturę których Castor nie chciał wnikać, uznając takie dopytywanie za raczej niegrzeczne), ale miał nadzieję, że kobieta weźmie sobie do serca jego uwagi i prośby o nieprzemęczanie się, szczególnie dzisiaj. Gdyby cokolwiek złego się stało, nie zamierzali nigdzie się zbierać, a zwłaszcza z tym namiotem, skrzynkami i całkiem sporą grupą ludzi, która kręciła się wokół.
Nie spodziewał się jednak, że tak szybko znajdzie się u nich Neala we własnej osobie. Widząc jej rudą czuprynę (a widok miał całkiem niezły ze względu na swój ponadprzeciętny wzrost, pozwalający mu na górowanie nad większością zgromadzonych w namiocie osób) uśmiechnął się do niej szeroko i pomachał lewą ręką. W prawej bowiem trzymał różdżkę, nową różdżkę od lorda Ollivandera, który przypadkiem pokazał mu, że nieostrożne ruchy mogą spowodować, że w powietrzu zaroi się od magicznych iskier. Jeszcze tego im tutaj brakowało, nieostrożnego pożaru.
— Hej, widziałem, że rozmawiałaś z panią Lande, przemiła kobieta — odezwał się niedługo po Marlowe, który oznajmił, że radzili sobie do tej pory całkiem nieźle. Takie słowa płynące z ust prawdziwego przecież uzdrowiciela dodały mu tylko wiatru w żagle i sprawiły, że poczuł się lepiej nawet z kilkoma nieudanymi próbami rzucania zaklęć. Ostatecznie jednak, po krótkim namyśle zdecydował, że musiał zgodzić się z jego opinią. Jak na warunki, w których przyszło im pracować, szło im naprawdę całkiem nieźle. — Zaopiekowaliśmy się jej synem, żebyś widziała, jak Ollie sobie radzi... Byłabyś z nas naprawdę dumna, Nela — skromnie ominął swój własny udział w tym przedsięwzięciu, bowiem w chwilach takich jak ta nie zwykł przypominać tak sobie, jak i innym, że alchemia nie była sztuką dla byle bęcwała, a eliksirów — w szczególności leczniczych — nie należało dawkować według własnego widzimisię, bo tylko można sobie tym zrobić krzywdę. Miał jednak nadzieję, że syn pani Lande wyzdrowieje w przeciągu najbliższych kilku dni. A z pewnością tak będzie, jeżeli będą się trzymać wskazanego przez niego wcześniej porcjowania.
Już miał odpowiedzieć, że coś do roboty zawsze się znajdzie, gdy do namiotu weszli mężczyźni wyglądający jak ofiary bójki. Złamana ręka i nos, wspaniale. Ollie zabrał się do pracy jako pierwszy i dobrze, Castor mógł więc poświęcić chwilę na przypatrywanie się temu, jak według uzdolnionego uzdrowiciela należało w takich przypadkach postępować. Syknął równocześnie z poszkodowanym, gdy ten otrzymał zaklęciem nastawiającym kości, przenosząc wzrok na pana, który oczekiwał na zajęcie się jego załamanym nosem.
— Nela, ustabilizujesz panu rękę? — zwrócił się do panny Weasley, samemu zapraszając nieco pobladłego drugiego czarodzieja na drugą wolną skrzynię. Nachylił się nad nim z różdżką, po czym szepnął konspiracyjnie. — Niech pan się nie martwi, panu nie będę tego robił na żywcauśmiechnął się nieco rozbawiony, po czym przystawił różdżkę do nosa i wypowiedział inkantację zaklęcia. Ignominia.
Widział, jak zaklęcie zaczyna działać. Wyraz błogości odmalował się na twarzy poszkodowanego czarodzieja, a to dało Castorowi wystarczająco spokoju, by kontynuować leczenie i wejść w przestrzeń niezbyt miłych zaklęć, których działanie wcześniej prezentował Ollie. Problem jednak polegał na tym, że krwiak wokół złamanego nosa uniemożliwiał stwierdzenie, czy można było od razu przejść do zrastania kości, czy trzeba było ją nastawiać. Zdecydował się zatem na usunięcie go celem przyjrzenia się sytuacji lepiej, choć pierwsza próba ponownie była nieudana.
Episkeypowiedział zatem jeszcze raz, a gdy zaklęcie zadziałało i pozwoliło na lepszą obserwację uszkodzonego nosa... — Moim zdaniem można przejść do zrastania kości, nie ma przemieszczenia. Nela, chciałabyś spróbować?


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Lynmouth
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach