Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

James Doe
AutorWiadomość
James Doe [odnośnik]01.02.21 2:14

James Doe

Data urodzenia: 12.04.1938
Nazwisko ojca: Smith
Miejsce zamieszkania: Londyn, doki
Czystość krwi: Półkrwi
Status majątkowy: Nędzny
Zawód: grajek, złodziejaszek, chwytam się czego popadnie
Wzrost: 175cm
Waga: 64kg
Kolor włosów: czarny
Kolor oczu: piwne
Znaki szczególne: cienka blizna na wnętrzu prawej i lewej dłoni, kilka blizn na ciele po sectumsemprze


Moja babka była wróżką, ale nigdy nie wyjawiła mi, jaka przyszłość mnie czeka. Wiedziałem, że wie. I widziałem, że się bała.


Nad Birmingham nie świeciło słońce. Z ceglanych kominów unosił się dym przykrywający miasto niczym puchowa pierzyna, pod którą kisiło się rozgrzane, cuchnące powietrze. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, nie wiedzieliśmy, że świat był większy niż to miasto i oferował znacznie więcej niż znalezione guziki, którymi zwykliśmy się bawić na chodniku. Mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu okazyjnie wynajmowanym od właściciela fabryki, w której pracował ojciec. Ledwie mieściliśmy się na tej powierzchni, czasem o tym, kto spał na łóżku, a kto na podłodze decydował czas sprzątania po kolacji, mycia zębów i przebieraniu w piżamę. Nie żyło nam się ani wygodnie ani szczęśliwie, ale nie wolno nam było narzekać. Udawaliśmy więc, że nie przeszkadzają nam krzywe spojrzenia matek naszych kolegów z podwórka i wyzwisk ojców odgrażających się, że mamy trzymać się z daleka. Mieliśmy być za to wdzięczni, ojcu głównie, że mamy dach nad głową i chleb na talerzu, więc byliśmy. Mając po kilka lat wydawało nam się, że właśnie tak jest skonstruowany świat. Codzienność wypełniona była obowiązkami, od roznoszenia gazet po pranie.

Rodzice byli jak ogień i woda. Nie wiem, dlaczego się pobrali. Mama powtarzała za każdym razem, że się kochali, przynajmniej chwilę, a później to było bez znaczenia. Ojciec potwierdzał tylko po to, by potem dodać, że rzuciła na niego urok i omotała go swoją nietuzinkową urodą — włosami czarnymi jak krucze pióra, oczami barwy gorzkiej czekolady. Nazywał ją wiedźmą, a ona nie wyprowadzała go nigdy z błędu. Pracował na linii produkcyjnej w fabryce, jak wszyscy w okolicy, był wojennym weteranem, jak wielu jego kolegów. Czasem budził się w nocy z krzykiem, wierząc, że jest wciąż na polach Flandrii, nas nazywał ścierwami Drugiej Rzeszy. Bił wtedy na oślep i bez opamiętania, a w jego oczach tłoczyło się szaleństwo. A potem padał na ziemię sparaliżowany, jak martwy, dziwnie nieruchomy, kiedy matka stawała w naszej obronie. W gorszy dzień, na jawie też podnosił na nią rękę, ale wtedy nie protestowała, dając się mu wyżyć i wierząc, że dzięki temu nie spojrzy na żadne z nas. Siniaki wywoływały w nim wyrzuty sumienia, w domu nosiła je więc z dumą, a poza nim dzięki jakimś specyfikom tuszowała tak, że nigdy nikt nie pomyślałby o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Nikt i tak by jej nie uwierzył. Była Romką. I choć ponoć wzbudzała zainteresowanie samotnych mężczyzn, gardzono jej towarzystwem. Omijano nas szerokim łukiem, nie istnieliśmy w społeczeństwie. Zawieszeni gdzieś pomiędzy światami cyganów, z którymi matka po ślubie z gadziem nie utrzymywała kontaktów i angoli, którzy spychali nas na margines. Ale nie było źle, bo mieliśmy siebie.

Gdy coś dziwnego zaczęło się dziać w domu, pomiędzy jednym, a drugim uderzeniem matki, pękały naczynia, przewracały meble. Miałem wtedy cztery lata, mój brat sześć, a siostra dwa. Ojciec wpadał w furię. Wyzywał ją od czarownic i przypisywał jej wszystkie nieszczęścia tego świata. Nie miał pojęcia, że to nie ona była temu winna, ale jej duma i zaciętość tylko go prowokowały do śmielszych działań. Wtedy złość kierował w naszą stronę. I zaczęły się kłopoty. Lewitujące przedmioty, nadprzyrodzone zdarzenia matka przypisywała jego pijaństwu — czasem w to wierzył, ale przecież my też to widzieliśmy. Brat uciekał z domu, zostawiając mnie w środku horroru z maleńką siostrą. Powracające wojenne koszmary ojca zrywały nas z łóżek, a jego wielkie, szorstkie łapska zamykały w  wilgotnej, zatęchłej piwnicy na klucz. Jego oddech cuchnął gorzałą, skóra lepiła się od potu. Każde uderzenie paliło jak rozżarzone żelazo, a i tak wydawało się mniej straszne od ciemności i zimna stalowych krat piwniczki. Krzyk matki i ojca wypełniał ściany mieszkania powyżej, krzyk dzieci pęczniał pod ziemią, wydzierając się na ulicę przez małe, okratowane okienko, krzyk sąsiadów budził zaś całą okolicę. Mama zawsze jakimś cudem otwierała drzwi bez klucza, a później siedziała z nami w kuchni na podłodze, kołysząc i śpiewając póki nie usnęliśmy jej na kolanach. Ojciec wtedy leżał bez życia, jego oczy wyglądały pusto i martwo, choć żył. Wiedziałem za każdym razem, że nie chciał, sukinsyn, umrzeć.

Pewnego dnia podczas załatwiania sprawunków w Washwood Heath przekazała mojemu bratu pękatą portmonetkę i kazała uciekać na wschód, za miasto. Opisała drogę i wskazała drewniane karawany, a ludziom je zamieszkującym kazała podać jej nazwisko. Przyrzekła, że tam będziemy bezpieczni. Wtedy byłem zbyt mały, by rozumieć, dlaczego nie udała się razem z nami. Dziś wiem, że powrót do rodziny okryłby i ją i nas hańbą. Wciąż bylibyśmy obcy. Wybrała swoją drogę, odrzucając bliskich. Dla niej nie było już powrotu.


Nie wiem, czy czegokolwiek spodziewaliśmy się po miejscu, w które mieliśmy się udać. Ludzie, których tam zastaliśmy nosili pstrokate stroje, mieli podobny do matki kolor włosów i skóry. Kobiety tańczyły w spódnicach podobnych do tych, które mama miała w szafie, mężczyźni pili, palili i grali na wszystkim, co mieli. To, co najbardziej utkwiło mi w pamięci to konie, które uniosły znad snopka siana głowy na nasz widok. Piękne, olbrzymie i dostojne. Przedstawiliśmy się nazwiskiem matki, zapominając o tym, kim byliśmy do tej pory. Romowie byli naszą rodziną i przyjęli nas do siebie jak swoich, oferując wszystko to posiadali, nie pytając o przeszłość. Nasza babka wróżyła ludziom z kart. Zjeżdżali do niej nie tylko mieszkańcy Birmingham, ale także okolicznych miasteczek, pragnąc poznać swoją przyszłość. Czasem wyciągała kryształową kulę i za odpowiednią opłatą spoglądała w nieznane, udzielając odpowiednich, najbardziej pożądanych odpowiedzi. Doskonale wiedziała, co pragnęli usłyszeć. To ona nauczyła nas przyglądać się twarzom, odczytywać z nich potrzeby i mówić to, co chcieli słyszeć. Dziadek zaś zajmował się końmi. Kupował od jednych i sprzedawał drugim, ujeżdżał je, myślałem wtedy — zaklinał. Pieniądz rodził pieniądz z każdej strony, choć mały. Po miesiącach spędzonych w towarzystwie nowej rodziny, podróżujących po Anglii Romów, zyskałem pewność siebie i umiejętności, które wyróżniały mnie na tle rówieśników. Mówiono mi, że pieniądze mnie lubią, a ja potrafiłem je zdobyć — czyszcząc buty eleganckim dżentelmenom, goląc ich naostrzoną brzytwą, zbierając warzywa w polu, oferując zręczne sztuczki monetami i scyzorykami starszym dzieciakom pod szkołami. W przeciwieństwie do nich nie potrafiłem ani pisać ani czytać. Potrafiłem za to dobrze liczyć. Z bratem nauczyliśmy się kraść, przeszukując pozostawione w portierni płaszcze, dopóki nie zostaliśmy wyrzuceni przez obsługę, a potem aranżując wspólnie sytuacje, dzięki którym obaj wykorzystywaliśmy zamieszanie do zdjęcia bransoletki, odpięcia srebrnej broszy, czy wyjęcia portmonetki. Czasem uciekaliśmy przed funkcjonariuszami policji, czasem wracaliśmy do domu sprani na kwaśne jabłka. Ale zazwyczaj ryzyko było warte zachodu. Ponieważ nie poszedłem do szkoły z rówieśnikami, życie wypełnione było i pracą i zabawą. Pomagałem dziadkowi z końmi, bez lęku czyszcząc  większym ode mnie stworzeniom kopyta, obierając im ogony z trawy i wsuwając palce między zęby w celu przyjęcia kiełzna. Potem podsadzał mnie na ich grzbiet i jeździł ze mną po lasach i łąkach, ucząc szacunku. W sezonie uprawialiśmy cudzą ziemię, głównie chmiel, jesienią zbieraliśmy plony, a zimą trudniliśmy się handlem, wytwórstwem, krawiectwem. Wszystkim, co przynosiło dochody. Wieczory wypełnione były zwykle śpiewem i grą. Brat matki podarował mi pierwsze skrzypce, do których zapałałem miłością od pierwszego dotknięcia. Miałem sześć lat. Nie znałem nut ani zasad. Grałem początkowo tak, jak mnie tego uczyli, by po latach móc ze słyszenia przełożyć smyczkiem każdy dźwięk i każdą melodię. Byliśmy muzykalni. Graliśmy i śpiewaliśmy. Na skrzypcach, gitarze, trąbkach, fletach, akordeonie. Jeszcze jako dzieci z bratem poznaliśmy smak alkoholu i papierosów, dopijając samotnie stojące butelki z bimbrem i wyciągając z trawy niedopałki. Dym kadzideł, palonych ziół, tytoniu unosił się wokół miejsca, w którym się zatrzymywaliśmy na kilkanaście tygodni. Unosząca wokół magia nie dziwiła nikogo, podobnie jak jej przejawy. Czasem wydawało nam się to nierealne. Wierzyłem w nowy świat. W to, że trafiliśmy do raju.

Aż mój brat zniknął bez słowa pod koniec sierpnia.
Serce wypełniła pustka. Poczułem gorzki smak tęsknoty, przypominając sobie o opuszczonej w Birmingham matce. Wszystkich odpowiedzi udzieliła mi babka. To od niej dowiedziałem się o istnieniu najprawdziwszej magii, w którą początkowo nie mogłem uwierzyć. Uzdrowiciel, zielarka, wróżka, zaklinacze zwierząt — tworzyli część naszej mieszanej społeczności. I to co wydawało mi się jedynie częścią cygańskiej kultury i tradycji, którą dopiero poznawaliśmy, było prawdziwym światem. Najprawdziwszym. Tu ci, którzy nie posiadali magii, mugole, jak mój ojciec, żyli wśród czarodziejów w małej, zamkniętej społeczności. Dopiero wtedy zacząłem dostrzegać te skryte przed pozostałymi członkami romskiej rodziny gesty, ruchy dłoni, na moment wyjmowane różdżki. Babka szeptała o tajemnicy, którą dla bezpieczeństwa innych musimy zachować. To był nasz sekret. Mój i jej. Nasz i pozostałych rodzin, które dzieliły tę samą, magiczną krew. Babka rozjaśniła mi wszystkie wątpliwości i zdradziła prawdę o szkole, do której udał się mój brat. Wtedy też zaczęła uczyć mnie pisania i czytania, przygotowując na to, że i ja któregoś dnia otrzymam swój list.
I tak się stało dwa lata później.



Kiedy poczułem, że znalazłem się w domu już musiałem go opuścić. Zarówno Hogwart, jak i jego przyszłych uczniów przywitałem z dużą rezerwą. Wszystko było nowe i obce, a uczono mnie, że oba było złe. Wiedziałem, że elokwentnym i utalentowanym dzieciakom nie dorastam do pięt. Wciąż miałem problem z opanowaniem podstawowych umięjętności, w pisaniu popełniałem dużo błędów, czytałem powoli. Gryffindor przywitał mnie z otwartymi ramionami. Ich życzliwość mnie onieśmielała, ale dali mi szansę szybko uporać się z tęsknotą za siostrą i tym, co pozostawiłem w drewnianych vardo ciągniętych przez konie. Gryfoni stali się moją nową rodziną. Tą, która dla odmiany, wybrała mnie. Nauka przychodziła mi z trudem. Na wszystko potrzebowałem więcej czasu i większego skupienia. Swoje problemy maskowałem nienagannym uśmiechem i zapewnieniem, że wszystko mam opanowane, a tak naprawdę nocami próbowałem nadrobić materiał, by nie pozostawać za daleko w tyle.  Ślizgoni dawali mi popalić, już od pierwszych dni obierając sobie mnie jako obiekt żartów i budowania na mnie własnego poczucia własnej wartości. Wdawałem się w bójki dość często — i nierzadko z opresji ratował mnie brat, który daleko na błoniach, z dala od cudzych oczu w wolnej chwili dbał o to, bym umiał dbać o siebie, wymierzać silne i celne ciosy. Dopiero kiedy moja młodsza siostra przybyła do Hogwartu i stała się świadkiem utraty kontroli, uświadomiła mi, że sposób rozwiązywania problemów odziedziczyłem po ojcu. Agresję miałem we krwi. Nie potrafiąc poradzić sobie z emocjami wyładowywałem się na wszystkich wkoło. Odpychałem od siebie tych, którzy chcieli mi pomóc, odtrącałem ludzi, którym na mnie zależało. A później wracałem do nich jak bumerang, pies z podkulonym ogonem. Czasem unikałem towarzystwa, byłem wycofany, skryty, choć starałem się braki nadrabiać pomocą w tym, co wychodziło mi lepiej od innych. Zaskakująco dobrze odnalazłem się w transmutacji, którą ćwiczyłem wolnymi chwilami, uznając, za najprzydatniejszą z dziedzin magii, a później w quidditchu. Lata spędzone na jeździe konnej, pozwoliły mi na szybkie opanowanie latania na miotle. To była jedna rzecz, której się nie bałem — dodawała mi odwagi i pewności siebie. Dostałem się do drużyny, zostając ścigającym na chwilę lub dwie. Potrafiłem wykonywać polecenia. Robiłem też wszystko by spełnić oczekiwania zarówno kapitana, jak i naszych kibiców.

Każde wakacje spędzałem w innym miejscu — będąc w stałym kontakcie z babką wiedziałem, gdzie wyląduje z bratem, a potem też i siostrą. To była zaleta mieszkania w vardo — dom był tam, gdzie cała rodzina. Kiedy wracaliśmy świętowaliśmy tak, jakby jutra miało nie być. W ostatnie wakacje, przed ostatnim rokiem nauki dowiedziałem się, że mamy jeszcze siostrę, która została pod opieką matki i tego potwora. Wtedy też uznaliśmy z bratem, że wrócimy po nią do Birmingham i zabierzemy do siebie, wychowamy wszyscy razem w naszej wielkiej rodzinie. Nim do tego doszło, zaczęły się kłopoty. Mój brat zalazł za skórę ludziom, którzy nie mieli litości. Okradł ich, przynosząc worek sykli, drogocennych przedmiotów. Świeciły nam się oczy na widok kosztowności, snuliśmy plany, marzyliśmy. Zamknęliśmy je w drewnianej skrzyni, a ją ukryliśmy w jednym z wozów. Część kosztowności rozeszła się rychło na weselu brata. Ale i ja upatrzyłem sobie dziewczynę, z którą łączyła mnie przyjaźń. Uznałem ją za dobrą podwalinę udanego związku. Przyjęła mnie, opowiedziała o tym matce, a ja dziadkowi — starszyzna z radością udzieliła zgody, co zakończyło się drugim wydarzeniem jednego lata. I choć nie zwieńczono tego dnia parą obrączek, nie ściągnięto urzędnika i żaden dokument nie mógł tego potwierdzić, przysięgę uznawaliśmy za ważną i miała nas prowadzić już po kres naszych dni. Niedługo po tym mojego brata zaczęły nawiedzać koszmarne sny i wizje. Bał się. Widziałem w jego oczach jak lękał się o to, co nastąpi, kiedy czarodzieje przyjdą odebrać swoją własność, gdy go wreszcie znajdą. Chciał, byśmy porzucili rodzinę i wyjechali w świat razem, zostawili za sobą dotychczasowe życie — dzięki temu, co znajdowało się w drewnianej skrzyni mogliśmy wieść spokojne życie przez kilka lat. Kiedy postanowiłem zwrócić łup doszło między nami do awantury, i szarpaniny, rozdzielono nas, a on przestał się odzywać, uznając mnie za zdrajce.

Tuż przed powrotem do szkoły, pod osłoną nocy na teren naszego obozu wkroczyli obcy czarodzieje, szukając mojego brata. Chcieli byśmy wydali mu go po dobroci, obiecując łaskę dla reszty cyganów. Byliśmy jedną wielką rodziną. Ci, którzy przyszli byli obcy — a obcy nic nie znaczyli w naszym świecie. Stanęliśmy w jego obronie, jak jeden mąż. Osobiste porachunki przerodziły się w nierówną walkę. Wokół zapanował chaos. Krzyk rodził krzyk, krew plamiła drewno karawany, konie uciekały w popłochu. Wystrzały z broni, którą walczyli nasi mugole na chwilę, poprzez strach, przechyliły szalę na naszą stronę. Zaraz po tym wszystko posypało się jak domek z kart. Kiepskim byłem wojem. Straciłem przytomność, oberwawszy nieznanym mi zaklęciem, runąłem w błoto, dzięki czemu może uszedłem z życiem.
Ocknąłem się gdy dym zaczął gryźć mnie w gardło. Ogień trawił wóz za wozem, ciała leżały rozrzucone po obozie, wokół wszystko zdawało się powoli przygasać. Gdy doszedłem do siebie odnalazłem dziadków rzuconych w krzaki, jak szmaciane kukły. Mieli otwarte oczy zwrócone ku sobie. Puste. Bez życia. Prócz kilku innych osób z naszej familii leżało też paru tych, którzy przyszli odebrać, co ich. Nigdzie nie odnalazłem ani mojej żony, ani siostry, ani brata i jego rodziny. Nie było też skrzyni z łupem. Kolorowe, drewniane wozy spłonęły jak zapałki, a czerwona łuna unosiła się nad wzgórzem. Odszedłem, szukając uzdrowicielskiej pomocy, wiedząc, że ci, którzy przeżyli dawno już uciekli, rozpierzchli się po okolicy; odszedłem zabrawszy tylko ocalałe, osmolone skrzypce, przesiąknięty zapachem palonych ciał, trawy i drewna — smrodem, który miał mi towarzyszyć już przez resztę życia, podobnie jak widok stojącego w ogniu wzgórza, na którym spędziliśmy to lato.


Nie wróciłem na ostatni rok do szkoły. Szukałem krewnych od Oksfordu po Luton, spotykając innych romskich podróżników, ale po ludziach mi bliskich nie było ani śladu. Ukradłem konia, wyruszyłem do Londynu, przed którym puściłem go wolno, wiedząc, że stolica nie była miejscem dla niego, a mnie nie było stać na jego utrzymanie. Chwytałem się wszystkiego — od zmywania kufli w pubach, po drobne kradzieże. Najczęściej zwyczajnie żebrałem na ulicach, wyciągając skrzypce i grałem melodie przypominające mi o tym, co miałem, a co straciłem. Pracowałem w stajni na obrzeżach, przerzucając gnój i nosząc słomę. Obracałem się w różnym towarzystwie, zaczepiając przechodniów, wsuwając dłonie w ich kieszenie w poszukiwaniu kosztowności, zagadywałem damy z nadzieją, że przyjdzie mi kiedyś zagrać choć raz na którymś z ich wystawnych przyjęć. Chwytałem się wszystkiego, żadna praca przecież nie hańbi. Sypiałem w parkach, tawernach i na przycumowanych statkach, unikając ciemnych piwnic i komórek nawet gdy deszcz siekł ulice. A potem nadeszły anomalie i wojna. Znalazłem opuszczone mieszkanie w dokach, zająłem je, żyjąc w nim, jak lord, choć nie było ani moje, ani duże.

Czasem budzę się w nocy, gdy w snach trafiam do okratowanej komórki, a z cienia wyłania się postać mojego ojca. Gniew latami pęczniał we mnie, rósł. Krążył w żyłach jak trucizna. Leżąc na szerokim, małżeńskim łóżku portowego mieszkania poprzysiągłem zemstę. Na nich wszystkich. Poprzysiągłem odszukać tych, których straciłem. I nie wiedziałem jeszcze jak tego dokonam, ani kiedy. A tym bardziej za co. Ale w końcu pozwolę ziścić się przeznaczeniu, które moja babka ujrzała w starych kartach. Nie wiedziałem, co jeszcze mnie czeka, ale się nie bałem. Ja nie.


Patronus: Nie potrafi wyczarować patronusa

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 30
Uroki:22 (rożdżka)
Czarna magia:00
Uzdrawianie:00
Transmutacja:123 (rożdżka)
Alchemia:00
Sprawność:12Brak
Zwinność:28Brak
JęzykWartośćWydane punkty
angielskiII0
romskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AstronomiaI2
KłamstwoII10
ONMSI2
PerswazjaI2
SpostrzegawczośćI2
SkradanieII10
ZielarstwoI2
Zręczne ręceII10
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
EkonomiaI2
MugoloznawstwoI0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon Feniksa02
Rozpoznawalność-I
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Muzyka (śpiew)II7
Muzyka (gra na skrzypcach)II7
Muzyka (gra na gitarze)I½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleII7
QuidditchI½
Taniec współczesnyI½
Jazda konnaII7
Walka wręczII½
PływanieI½
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 15
[bylobrzydkobedzieladnie]


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.


Ostatnio zmieniony przez James Doe dnia 20.03.22 23:47, w całości zmieniany 1 raz
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: James Doe [odnośnik]03.02.21 0:30

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Tristan Rosier
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
James Doe Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: James Doe [odnośnik]03.02.21 0:31


KOMPONENTYczaroprzędza, skóra szpiczaka, tkanina z włókien włosów wili, tkanina z włókien sierści skocznych czarokrólików

[03.02.21] Komponenty (październik/grudzień)
[20.08.21] Styczeń/marzec
[11.04.22] Kwiecień/czerwiec

BIEGŁOŚCI[20.08.21] Wsiąkiewka (październik-grudzień): +3PB do reszty
[02.02.22] Wsiąkiewka (styczeń-marzec): +3 PB
[11.04.22] Rozwój biegłości: walka wręcz (I -> II); -6,5 PB; zakup 12 PB (w reszcie zostało 15)

HISTORIA ROZWOJU[01.02.21] Karta postaci; -100 PD
[14.03.21] Rejestracja różdżki
[23.07.21] Spokojnie jak na wojnie: +32 PD, +1 PB organizacji
[16.08.21] Spokojnie jak na wojnie: +15 PD
[18.08.21] Osiągnięcia (Wielki głód): +30 PD
[19.08.21] Wykonywanie zawodu (październik-grudzień); + 20 PD
[20.08.21] Wsiąkiewka (październik-grudzień): +120 PD, +3PB
[24.08.21] Osiągnięcie (Księżniczka na wieży): +30 PD
[01.09.21] Osiągnięcia (Architekt; Wór pełen ziół; Obieżyświat, Do wyboru, do koloru; Lekką ręką): +180 PD
[10.09.21] Zmiana wizerunku -100PD
[06.11.21] Wykonywanie zawodu (styczeń-marzec): +15 PD
[04.02.22] Osiągnięcia (Weteran, Rodzinny portret, Wodzirej II); +190 PD
[02.02.22] Wsiąkiewka (styczeń-marzec): +120 PD
[17.03.22] Organizacja wydarzenia: Gdy wybije północ +30PD
[20.03.22] Spokojnie jak na wojnie: +50 PD; +1 PB organizacji
[21.03.22] Aktualizacja zdolności: +3 PB
[24.03.22] Osiągnięcia (Ostrożny sprzymierzeniec, Wodzirej I); +60 PD
[08.04.22] Wykonywanie zawodu (styczeń-marzec) II: +15 PD;
[11.04.22] Zakupy: +2S, +3Z, +2T, +12 PB; -1160 PD
[03.05.22] Zdobycie osiągnięcia: Ostatnia landrynka +30 PD
[05.05.22] [G] Zakup wozu; -150 PM
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
James Doe Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
James Doe
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach