Wydarzenia


Ekipa forum
Redhill
AutorWiadomość
Redhill [odnośnik]26.04.21 21:44

Redhill

Redhill jest miasteczkiem stosunkowo nowym. Założone w 1818 roku niewielkie miasteczko swego czasu zamieszkiwane było zarówno przez czarodziejów, jak i mugoli. Zmiany w polityce oraz otwarty konflikt skutkowały jednak opuszczeniem bądź przepędzeniem niemagicznych z Redhill, którzy pozostawili po sobie kilka opuszczonych budynków. Pomugolskie budynki szybko przejęli czarodzieje, adaptując je pod swoje potrzeby, zaś mugolski kościół zburzono, by na jego miejscu postawić pomnik Ministra Magii. Znajdziemy tutaj piekarnię, kilka niewielkich sklepików, przytulną kawiarnię, sowią pocztę oraz, cieszący się coraz większą popularnością, sklepik z przedmiotami z drugiej ręki.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Redhill Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Redhill [odnośnik]08.01.23 18:04
14 czerwca 1958 r.

Garbaty gospodarz twierdził, że od tygodni nikt nie zapytał o szczegóły zlecenia. Choć widok młodej kobiety z kuszą w progu domostwa nie budził jego zaufania, wiedział, że nie miał wyboru i musiał podjąć to ryzyko. Prawdę powiedziawszy sam nie tracił nic, prócz połowy zapłaty, którą zgarniałam, zanim choćby sięgnęłam po pierwszy bełt. Bestie dręczyły go od miesięcy, wyjadały świnie, pozbawiały rodzinę żywności. Na nic były magiczne pułapki. Nie mógł sobie poradzić z problemem, więc opuścił wioskę znajdującą się w pobliżu Londynu, by szukać pomocy. O utrapieniach sędziwego hodowcy usłyszałam pierwszy raz w oddalonej od centrum karczmie. To była moja trzecia wizyta tam. Miejsce ciche, pozbawione śpiewających tłumów, drżących w tańcu podłogowych desek i zaczepników. Tam mogłam kryć się w kącie, obserwować i słuchać nieświadomych Anglików. Dwójka z nich mową drwiny i trucizny rozprawiała o starszym mężczyźnie, który chodził po ulicy, zaczepiając rosłych chłopów, i pytał o ludzi zdolnych zapolować na bestię. Zainteresowałam się. Gdy kufle odsłoniły dno, a dyskutanci porzucili temat, wstałam. Zatrzymałam się, stojąc bokiem do ich stołu i wbiłam sztylet w spróchniały blat, tuż obok dwóch tłustych łap. Nie patrząc na nich wcale, wymówiłam jedno słowo. Adres. Oczy wbite w drzwi pilnowały drogi, czekałam tylko na krótką informację. Szok rozplątał języki, zanim zdążyli wziąć drugi zdziwiony wdech. Wysunęłam ostrze i wsunęłam znów w przydługi rękaw. Należało udać się do domostwa nieopodal Redhill.  
W drodze do objętego rzekomą klątwą gospodarstwa analizowałam sprawę dogłębnie. Mało konkretne, wybujałe opowieści bywalców karczmy wskazywały na dziką świnię, magiczną. Nie znali jej, ale ja natychmiast przyporządkowałam kilka miękkich cech do kołkogonka, czarnomagicznej, świńskiej bestii, która budziła grozę pośród prostych rolników. Widywaliśmy takie na syberyjskich wsiach. Były sprytne, mordercze i głodne. Budzone do mordu przez mrok nie miały żadnej litości. Stworzenia te były upierdliwe, ale daleko im było do najgorszego koszmaru. Jeżeli ktoś jednak nie umiał sobie z nimi poradzić, stawały się wyjątkowo upiornym problemem. Roztaczały wokół aurę pecha, topiły domowników w smutku i rozczarowaniu. Wspaniałe stworzenia. Cenne nabytki dla łowcy i jeszcze cenniejsze dla potencjalnego hodowcy. Być może w Warwick znajdzie się chlew, w którym umieścimy kilka takich osobników. Powinnam zasięgnąć dodatkowej wiedzy, zanim jednak sprowadzę je do nowego domu. Ich nastrój wydawał się kojący, ale jeżeli tylko istniało ryzyko, że osłabi domowników, hodowanie ich tak blisko nie miało żadnego sensu.
Gdy zadawałam krótkie, rzeczowe pytania nieco nieufny i dość przerażony mężczyzna jąkał się i zaczynał nerwowo drażnić skórę na głowie. Czerwony pręgi pocięły jego ledwo co nakropiony siwymi pasmami łeb. Nie wiedział, czy były to dwie czy może trzy świnie, nie wiedział, ile razy zdarzyło się już im napoić z niemagicznej maciory. Umiał jednak stwierdzić, że odkąd cały proceder się nasilił, pochorowały się jego wnuki, znacząco zbiedniał, a w snach maltretowały go koszmary. Negatywne skutki pojawiających się kołkogonków zaczynały mieszać mu w głowie. Łatwo wysunąć wniosek, że musiał to trwać od co najmniej początku wiosny. Dziwne, że jeszcze nie popadł w całkowity obłęd. Nie mnie jednak oceniać jego szaleństwo. Miałam do wykonania zadanie. Musiałam zapolować. Nie byłam wylewna, nie budziłam zaufania, nie robiłam dobrej reklamy dla swoich usług. Wschodni akcent tym bardziej zwiększał dystans. Powiedziałam jednak, że zrobię to i zamierzałam swoją misję doprowadzić do końca. On nie miał już żadnego wyboru.
Rozpoczęłam od dokładnego zbadania całego gospodarstwa. Przyjrzałam się umęczonym maciorom, badałam ślady kopyt. Kołkogonki były mniejsze i lżejsze od pospolitej świni, ich długi nogi pozwalały im na płynniejsze ruchy, mniej toporne. Poruszały się bardzo szybko i zwykłemu czarodziejowi trudno było je pochwycić. Należało zrobić to sposobem. Tych zaś czarodzieje zdołali wypracować co najmniej kilka. W Rosji jednak lubiliśmy kończyć sprawę brutalnie i szybko. Bez odprawiania zbędnych przedstawień. Znałam legendy o tym, że najskuteczniej można przegonić stworzenia przy pomocy białego psidwaka lub kuguchara. Moja metoda jednak była nieco zmodyfikowana. W kącie chlewu wydobyłam z torby śnieżne futro. Niedźwiedzia peleryna, widok kuriozalny w czerwcowym lekkim słońcu. Przywdziałam ją jednak, ufając swoim sposobom, ufając technikom podpatrzonym od biegłych w łowiectwie przodków. Nie było mi obce to świńskie stworzenie. We włochatej bieli widoczna pozostawałam bardziej, ale i o wiele łatwiej było je oszołomić. Samym widokiem. Tropy upewniły mnie tylko, że wcześniejsze diagnozy były prawidłowe. Skryta pomiędzy górami drewna i żelastwa, o wygłuszonym oddechu i bezszelestnym ruchu czekałam na właściwą porę. Wypuszczone na zewnątrz świnie chętnie zaznawały błotnej kąpieli. Skryty zaś głęboko w domostwie gospodarz nie śmiał nawet spojrzeć w okno. Wiedziałam, że dobicie bestii będzie wymagało ode mnie niesamowitej szybkości i zapewne przynajmniej kilku zmarnowanych bełtów. Skoczne ruchy kołkogonków nie były przyjazne żadnemu łowcy, ale wciąż stworzenia dało się złapać. Ciała macior wcześniej wysmarowałam przylepną substancją, by przysysające się do nich demony nie mogły tak łatwo się rozłączyć. Metoda ta była jednak wadliwa, raczej traktowana jako dodatek mogący niespodziewanie ułatwić polowanie.
Wokół panował wiejski gwar. Zadowolone świnie taplały się w błocie, kwicząc przy tym donośnie. Wiatr maltretował liście, a porzucone na terenie gospodarstwo rdzawe żelastwo przy mocniejszych podmuchach piszczało żałośnie. Ludzi jednak nigdzie nie było słychać. Z ulgą przyjęłam nadejście kilku ciemnych chmur. I ja i kołkogonki woleliśmy mdłą pogodę.
W końcu coś się zmieniło. Stłumiony, lekki odgłos kopyt przemknął gdzieś w labiryncie zagraconego terenu. Uniosłam brwi, czujne zmysły natychmiast poszukały źródła odgłosów. Kilka godzin niewygodnego przesiadywania w ukryciu podziałało i wreszcie obserwowałam podrygujące, długie kończyny. Świnie się nie płoszyły. Nawet by nie zdążyły. Za chwilę jeden z demonów przywarł do maciory i zaczął głośno przełykać mleko, po chwili wylazł i kolejny, równie spragniony. Świńska matka wydała przeraźliwy odgłos niezadowolenia. Zmrużyłam oczy i obróciłam cicho kuszę opartą częściowo o jakieś graty. Musiałam idealnie wymierzyć cel. Przez chwilę pozwalałam, by zwierzę bezkarnie spijało mleko z obcej maciory. Powoli naciągnęłam kuszę, jedno oko przymknęłam, drugie wymierzało cel. Magiczne urządzenie nie wymagało aż takiej siły i dokładności jak te mugolskie. Mimo to zawsze starałam się oddać idealny strzał. Istniało jednak coś trudniejszego od samego wycelowania. Miałam do czynienia z demonem, który już zdążył wyczuć coś niepokojącego, albo zrobi to, gdy wypuszczę bełt.
Uwolniona strzała pomknęła prosto w zad czarodziejskiego świniaka. Ten podskoczył nagle i spróbował odkleić się od maciory, ale najwyraźniej aura pecha nie zdążyła mi się udzielić, albowiem stara metoda zadziałała. Kołkogonek nie potrafił w porę umknąć przed szybującym widmem śmierci. Ostra końcówka wbiła się w karłowate ciało. Padł wciąż zlepiony z maciorą. Nie triumfowałam jednak, wiedząc dobrze, że zadanie nie zostało wykonane. Ten drugi spłoszony pomknął błyskiem daleko ode mnie, kiedy ja ładowałam następny bełt. Czy wiedział, że za chwilę podzieli jego los? Wynurzyłam się z ukrycia i pobiegłam w jego stronę. Mknął skocznie po polu, przed sobą nie mając niemal żadnej przeszkody. Prócz mnie. Nie tracąc czasu teleportowałam się na polanę rozciągającą się przed nim. Widok białego futra pomiędzy zielarstwem wpędził świniaka w osłupienie. Prędko naciągnęłam kuszę. Bełt pomknął. Chybione, kołkogonek skręcił w panice. Jeszcze raz, prędko zmusiłam obie ręce do pracy i wycelowałam. Prawie. Skaczący bez żadnego sensu po polanie, zdębiały i bliski obłędu zaczął kręcić się w kółko. Ponownie zagroziłam mu kuszą i wreszcie bełt przebił mu kark. Gdy kwilił żałośnie, wyszłam do niego jak biała obietnica śmierci. Dobiłam go bez mrugnięcia. Związałam i pociągnęłam mocno po zielonym polu ozdobionym bordową wstęgą krwi. Końcówki charakterystycznego płaszcza zbrudzone były błotem i posoką. Jak za każdym razem, gdy wybierałam właśnie to ubranie do polowania. Mniej wygodne, ale wywołujące pożądane efekty. W tych stronach kompletnie niepojęte. Bez śladu emocji na twarzy wyruszyłam w stronę oddalonego o kilkaset metrów gospodarstwa. Czas odebrać zapłatę.  

zt
Varya Mulciber
Varya Mulciber
Zawód : łowczyni, twórczyni zwierzęcych trofeów
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Uczuł lód aż w głębi serca, które już miał na wpół zlodowaciałe; przez mgnienie oka zdawało mu się, że umiera, ale to minęło. Nie czuł już wcale zimna.
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 5 +4
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 15 +3
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11435-varya-mulciber https://www.morsmordre.net/t11445-olgierd#353862 https://www.morsmordre.net/t12091-varya-mulciber https://www.morsmordre.net/f440-warwickshire-warwick-niedzwiedzia-jama https://www.morsmordre.net/t11446-skrytka-bankowa-nr-2500#353865 https://www.morsmordre.net/t11447-varya-mulciber#353889
Re: Redhill [odnośnik]16.12.23 12:17
Poranek, 17 sierpnia 1958 r.

Czym jest ziemia? Twój teren, ląd tobie przeznaczony. Czy to tylko gleba wyścielająca podłoże, identyczna jaka zapełnia ten świat? Czy to ludzie, istoty rozumne, rzekomo niepodległe? Ich twory, ambicje, inicjatywy, które ziściły się na tej ziemi? Może trzeba myśleć totalnie, wszystko było Twoje! Każdy ptak, staw czy budynek. Jakich granic absurdu gotowi byliby sięgnąć, by posiąść coś na własność. Każdy przedstawiciel ich rodu miał różną wizje, odpowiedź na prastare pytanie. Zwłaszcza, gdy coś, co było Twoje, zostaje Ci zabrane. Z czego Cię okradziono? Majątek, duma czy dom?  
Bartemius przyjmował inną optykę, inną miarą oceniał, która nakierowana była na działanie. Nie własność, a odpowiedzialność dzierżyła najistotniejszą kwestie. Odpowiedzialny był za ptaka, staw czy budynek. Za głodującego człowieka, który przez katastrofę stracił wszystko. Za płaczące dziecko, które pozostało samo na świecie. To było jego, bo byli jego obowiązkiem. Teraz w momencie tragedii, nieszczęścia jakie spadło na nich wszystkich, wymagali od niego sumienności w swych poglądach.  
Był to moment próby. To powiedział mu jego dziadek, gdy następnego dnia po katastrofie omawiali plany. Próba dla niego, dla rodziny i dla kraju, test, którego nie mieli prawa oblać. Zaniechania poniesione w następnych dniach będą poświadczeniem o niegotowości, zabiorą wszelką wiarę w sukces jaka jeszcze została. Każdy członek rodziny musiał znaleźć w sobie współodpowiedzialność za losy tego miejsca. Zawsze jednak wiedział, że Lena będzie dotrzymywać mu kroku w działaniach. Była o wiele bliżej dziadka; gdy Barty zniesmaczony odchodził od jego wywodów, ona zostawała - jego wierna słuchaczka, jego skarb. Nie było zaskoczeniem, że zaoferowała organizacje jadłodajni w RedHill z jego małą pomocą, zwłaszcza wtedy, gdy udało pozyskać im się więcej żywności, którą można było rozdać. Nie było to łatwe, gdyż teraz każdy cierpiał na niedobory, lecz umiejętność jednoczenia się w ludzi w najstraszniejszych momentach była monumentalnych aspektem ludzkości.  
Przystanął obok siostry, która siedząc przy stole, odhaczała na liście obecnych. Nadal musieli racjonować żywność, choć najgorsze koszmary mieli już za sobą, a przynajmniej na to liczyli oni wszyscy. Sala była pełna, panował w niej hałaśliwy harmider, jawnie wskazujący na ludzką obecność.
Liczba sierot wzrosła do dwudziestu siedmiu. Oczywiście tych, które straciły całe rodziny – zakomunikował spokojnie, jakby rozmawiali o festiwalu na przerwie na herbatę. Wystarczająco cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć. – Skontaktowałem się z Blackiem, by w jakiś sposób rozwiązać ich sytuacje.  
Chciał powiedzieć problem, lecz w ostatniej chwili zrezygnował z tego podsumowania. Były problemem, lecz zarazem niegodnym było ich tak nazywać na głos. Wymusiły jednak na nim kontakt z sąsiednimi nieprzyjacielami, którzy ponieśli o wiele mniejsze straty niż oni. Słyszał jednak dużo o działalności Rigela w sprawie bezdomnych dzieci, ich losu i dobrobytu. Jego sierociniec był blisko, było to jedne z nielicznych miejsc, gdzie mogły być bezpieczne. Podał kolejnej osobie przygotowaną paczkę z owocami oraz przekąskami. Każdy obecny mógł zjeść  ciepły posiłek, a następnie zabrać specjalnie przygotowany prowiant. Małe rzeczy, które miały dopomóc przetrwać przez resztę dnia.  
Widziałaś się rano z ojcem? Wczoraj chciał ze mną rozmawiać, lecz nie mogłem znaleźć czasu – stwierdził nieprawdziwie, gdyż nie miał nigdy zamiaru go znaleźć. Marnotrawstwo czasu i energii, zwłaszcza, gdy choroba nie pozwalała ojcu na aktywne działanie. Przynajmniej tak twierdził, jego dziadek nie miał owych problemów. Kuzynostwo, wujostwo i wszelkie inne gałęzie rodziny również nie odnotowały. Alexander  był jednak specjalny, a przynajmniej tak na siebie patrzył.  

zt
Bartemius Crouch
Bartemius Crouch
Zawód : Aspirujący filozof, przyszły znawca prawa, stażysta w Międzynarodowym Urzędzie Prawa Czarodziejów
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
As humanity gazed upon stars and proclaimed if heavens would not come to us, we would reach heavens ourselves.
OPCM : 10
UROKI : 12 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 8 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11933-bartemius-crouch https://www.morsmordre.net/t11959-apate https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/
Redhill
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach