Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Restauracja

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Restauracja   08.08.17 18:31

First topic message reminder :

Restauracja

Restauracja mieści się w bocznym korytarzu nieopodal głównej sali; to nieduże pomieszczenie - zaledwie sześć małych stolików - rozsypanych po lśniących połyskiem parkiecie w odległości wystarczająco dalekiej, by zapewnić pełną dyskrecję. Blaty wykonane z ciemnego drewna mają owalne kształty, na każdym - prócz kryształowego wazonu ze świeżą różą - znajdują się popielnice w kształcie muszel. Dostawione do nich krzesła to miękkie, kremowe siedziska o wysokich oparciach i bogato zdobionych nogach, które zapewniają wygodny komfort. W menu królują owoce morza, małże, ostrygi, kałamarnice, krewetki, czy ryby, ale również francuskie sery i trufle, wszech znane jest to miejsce także z potraw wykonywanych na bazie egzotycznych owoców, wyeksponowanych na srebrnych półmiskach w terrarium ciągnącym się wzdłuż ściany, wewnątrz którego zastygły żywe czarne węże. Przez okna po drugiej stronie roztacza się widok na przepiękne ogrody na zewnątrz. Dania podawane są na srebrnej zastawie, całość obsługuje młoda, małomówna, ubrana w elegancką czarną suknię dziewczyna. Sufit zakrywa płachta z czarnego aksamitu, podobne materiały ścielą podłogę. Goście, którzy mają problemy z zachowaniem, są wypraszani, wymaga się również odpowiednio eleganckiego stroju. Złoty gramofon znajdujący się w kącie sali gra Wagnera. Przy wejściu czarodzieje proszeni są o podanie nazwiska - tylko jeśli nie jest ono oczywiste - które następnie podlega weryfikacji jako czystokrwiste.
Wstęp wyłącznie dla postaci krwi czystej. Muffliato.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#110829
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
24
18
11 (20)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Restauracja   05.09.17 15:36

Wiedzieli mało, a mieli jeszcze mniejsze pole do manewru. Nikt też nie potwierdził tożsamości Bagmana, który pozostawał jedną niewiadomą. Potrzebowali go być może nawet bardziej od Burke'a, który dał się złapać w pułapkę, ale to nie jednego mieli wyciągnąć z Azkabanu. Riddle chciał dostać ich obu i nie było innego rozwiązania jak właśnie starać się to osiągnąć. Słuchał więc uważnie wszystkiego, co padało na sali z ust starszych od niego, bardziej doświadczonych czarodziejów. Nawet oni nie wyglądali na zachwyconych ani pewnych nadchodzącym zadaniem. Równało się to z lękiem przed tym, co mogło ich czekać, jeśli przekroczą granice więzienia. Czarny Pan zapewnił ich, że zgromadzeni dokoła budynku Rycerze powstrzymają możliwość pościgu lub ewentualnych konsekwencji. Zaraz też wybiegł myślami w stronę swojego kuzyna, zastanawiając się czy Cyneric zamierzał podjąć się tego ryzyka, gdy tak niewiele dzieliło go od tego, czego zawsze pragnął. Obaj wiedzieli że było to nieuniknione, jeśli zamierzał przyłożyć się do ugruntowania pozycji czystej krwi w ich świecie. Zostawała jedynie nadzieja na to, że obaj wrócą. W najgorszym wypadku, że obaj tam zginął, bo Morgoth wolał śmierć niż stać się pożywką dla wyprutych z jakichkolwiek ludzkich odruchów dementorów.
Nie odzywał się już więcej, czekając na innych. To oni stali wyżej od niego i to od nich należało ostatnie słowo. Musiał zgodzić się z Tristanem, że aktualna sytuacja, w której się znaleźli nie potrzebowała już dalszego roztrząsania. Nie miał od siebie nic do dodania, dlatego nie zamierzał już dłużej zajmować niczyjego cennego czasu. Po słowach kuzyna wiadomym było już, że nikt nie czeka na zgodę na opuszczenie jego przybytku. Chociaż kto jej potrzebował? Spotkanie zaczęło zmieniać się w jakąś komedię własnych porachunków, w których nie brał udziału i nie zamierzał dać się w nie wciągać. Szkoda tylko że niektórzy zapominali o tym, by nie wywlekać spraw prywatnych przed wszystkimi i poświęcić się rozmowie o tym co było naprawdę ważne. Opróżnił to co miał jeszcze w pucharze, po czym wstał ze swojego miejsca i skierował się do wyjście z restauracji, by wrócić do Fenland. Musiał wyjść. W tej sali cuchnęło.

|zt




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
When I hear that trumpet sound I'm gonna rise right
out of the ground.
There ain't no grave can hold my body down.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Restauracja   15.09.17 9:47

Podział zadań był dopiero początkiem trudnej i niezwykle niebezpiecznej wycieczki. Nie ulegało wątpliwościom, że każdy z nich powinien zasięgnąć informacji na temat Bagmana. Akcja musiała być przeprowadzona sprawnie i z rozmysłem, gdyż tylko to zapewniało i szansę na sukces. Nie mogli też ponieść zbyt wielkich strat, nie w ludziach — jednego z nich zamierzali wyciągnąć z najlepiej strzeżonej na świecie czarodziejskiej twierdzy, nie szli tam po to, by podzielić jego los. Nie było tu miejsca na samowolkę i indywidualne potrzeby samorealizacji, mieli działać drużynowo, myśleć jak jeden, wypełniony czarną magią organizm. Razem byli w stanie temu sprostać. Byli, prawda?
Oderwał się od oparcia i sięgnął po winogrona, które uśmiechały się do niego zachęcająco z wystawnego półmiska. Oberwał dwie jagody i zajął się nimi, w międzyczasie słuchając tego, co reszta miała do powiedzenia.
— Więc jeśli coś pójdzie nie po naszej myśli pozostanie nam już tylko znaleźć Wilhelminę — przełknąwszy, przyznał z nutą smutku w głosie; nieco fałszywego, wyrażającego raczej ostateczność niż jakieś rozwiązanie. Nie wiedzieli w jakim była stanie, plotki, gazety głosiły jedno, ale posiadała obszerną wiedzę, a oni mogli dysponować możliwościami, które wyciągnęłyby z niej wszystko, co niezbędne. O ile rzeczywiście nie straciła całkiem zmysłów, jeśli istniała szansa, by się z nią jakoś porozumieć.
Kąśliwe uwagi pomiędzy Tristanem i Deirdre początkowo puścił mimo uszu, choć odruchowo zwrócił ku niej wzrok; z zaciekawieniem uniósł nieznacznie brew słysząc w jej głosie śmiałość i gniew, a przesączone jadem słowa wydawały się w jej przypadku rzadkością. Była zbyt dobrym kłamcą, by poddać się zwykłej prowokacji. Jej reakcja go zaskoczył, nie przyszedł tu jednak, by zostać widzem szkolnego teatrzyku, nawet jeśli miał honorowe miejsce w pierwszym rzędzie. Włożył do ust kolejne winogrono, a przyjemna słodycz zalała język i otuliła podniebienie; pestki skrzypnęły rozgniecione zębami. Milczał przez chwilę, zajmując się jedzeniem, kiedy ich słowa przecinały powietrze między nimi; nikt więcej się nie odzywał; Morgoth w końcu wstał z miejsca i odszedł, gdy Tristan uznał spotkanie za zakończone. Zakończone dla nich, najwyraźniej były inne sprawy, które mieli załatwić pomiędzy sobą — nie w jego interesie leżało ocenianie jak zamierzają spędzić tę reszte wieczoru; pewne myśli nasuwały się same. Podążył wzrokiem ku niemu, skinął mu głową krótko, nie przytrzymując zbyt długo i niepotrzebnie spotkanego spojrzenia. Nie przeciągał też momentu odejścia; w końcu jasno, choć grzecznie dano im do zrozumienia, że powinni już wyjść.
— Będę czekać na wieści o efektach naszej pracy, od tego przecież zależeć będą losy nas wszystkich. Odprowadziwszy Perseusa wzrokiem, przystanął z boku, czekając na swego ojca, z którym miał do omówienia jeszcze jedną kwestię — pozostającą jedynie koncepcją, choć dość istotną i jakże wizjonerską dla nich wszystkich; a kiedy był gotów razem opuścili restaurację.


|zt Ramsey, Ignotus, Perseus




My haunted lungs, ghost in the sheets
I know if I'm haunting you
you must be haunting me
Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Zamężna

she tastes like every dark
thought I've ever had

20
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Restauracja   15.09.17 9:58

Była więcej niż zdenerwowana; nic nie układało się tak, jak powinno, a wszystkie plany, które tak pieczołowicie przygotowała, upatrując w nowym miesiącu szansy na finalne wyrwanie się z wciągającego ją coraz głębiej bagna niemoralności, zostały całkowicie zniszczone. Co prawda Asterion nie trafił do Azkabanu - a szkoda, mogliby uciąć sobie uroczą narzeczeńską pogawędkę podczas tej przypadkowej wizyty - ale i tak jego majątek znajdował się poza zasięgiem drżących dłoni Deirdre, uporczywie wczepiających się paznokciami w wyrwy rzeczywistości. Rozsypującej się z każdą informacją coraz szybciej; oczywiście, że obawiała się postawionego przed nimi zadania - byłaby głupia podchodząc do niego z lekkomyślną pewnością zwycięstwa. Lekceważenie zabezpieczeń Azkabanu i trudności ustalonych przed momentem zadań nie wchodziło w grę, tak samo jak pozwolenie Rosierowi na kontynuowanie taniej prowokacji. Żałowała, że dała się rozjuszyć, ale było już za późno, mogła słuchać jedynie jego jakże łaskawej wymówki, a jej imię brzmiało w męskich ustach plugawie i upokarzająco. Już nie miał prawa zwracać się do niej w ten pogardliwy sposób, jak do niezbyt lotnej dziewczyny, popełniającej same błędy, przy okazji proponując niedorzeczne rozwiązania nieistniejących problemów. Zagryzła zęby aż do bólu, mięśnie twarzy stężały i chociaż dalej nie dawała po sobie poznać wzburzenia, to ledwie panowała nad smagającą ją dyskomfortem frustracją. Gniew mieszał się z niepewnością a ta - z strachem, kumulując się w mieszance skrajnie toksycznej, przeżerającej ją od środka. Odrobina ruchu wcale nie pomagała, bo ułuda działania była zbyt delikatna, by faktycznie w pełni ją uspokoić - upewniała się, że dokładnie schowała wszystkie ingrediencje w kieszeni szaty, wszystkie, oprócz tych, należących do Rosiera, który w niezwykle dojrzały sposób dalej próbował udowodnić jej, jak niskie miejsce zajmuje.
Wystarczył krótki rozkaz, by poczuła się tak, jakby obdarzył ją wyjątkowo siarczystym policzkiem. Wyprostowała się jeszcze mocniej, a policzki zapadły się wyraźnie, gdy z trudem powstrzymywała cisnące się na usta słowa, ostre, być może nawet wulgarne. Czym innym były prywatne nieporozumienia, czym innym traktowanie jej w ten sposób przy innych, wśród śmierciożerców, wśród mężczyzn, z którymi stała na równi. Nie pojmowała niezadowolenia Tristana, była jedną z wielu, nic nie wyróżniało jej z tłumu kochanek, gwarantujących mu doskonałą rozrywkę i chwilowe zapomnienie o kumulujących się problemach - a mimo to traktował ją tak, jakby popełniła niewybaczalne wykroczenie, jakby fakt, że go zostawiła wywoływał gorzki gniew. Upokarzał ją na oczach innych, traktując jak przygłupią hostessę - lecz nie mogła zrobić nic więcej, przynajmniej na razie, dopóki znajdowali się w gronie podległych mu ludzi. Z trudem powstrzymała odruch zaciśnięcia dłoni w pięści; rozprostowała zastygłe palce dopiero w momencie, w którym reszta Rycerzy opuściła pomieszczenie, pozostawiając ich samych. Powinna ruszyć tuż za nimi, niech Rosier sam pofatyguje się do Valerija, nie zamierzała błagać go o otrzymanie ingrediencji - ale ona, w przeciwieństwie do prowokatora konfliktu, rozumiała ideę solidarności i porządku. Wahała się tylko przez sekundę; pochyliła się nad siedzącym mężczyzną, opierając dłonie o końce podłokietnika, tak, że zrównała się z nim wzrokiem, łamiąc zasadę przyzwoitej bliskości. Ciemne włosy przesunęły się przez ramię, część opadła lśniącymi kosmykami na bladą, zmęczoną twarz, ale nie odrywała palców od skórzanego obicia, by je odgarnąć.
- Nie masz prawa mnie tak traktować - wysyczała powoli i wyraźnie, tak, żeby jego spuchnięty nadwyrężonym ego mózg zdołał pojąć każde słowo. - A to, co dzieje się między nami, nie może mieć żadnego wpływu na sprawę, której służymy - kontynuowała wściekle, wpatrzona z bliska w jego oczy; prawie czuła gorący, pachnący winem oddech na swoich ustach, starała się więc nie oddychać, nie posypywać solą niezagojonej rany, nie dokładać sobie cierpienia, i tak piszczącego żałośnie w niezaspokojonej tęsknocie. Byli śmierciożercami, sługami Czarnego Pana, to pozostało najważniejsze i najbardziej istotne. - Rozluźniłam naszą relację, by uniknąć podobnych zachowań i liczę, że już się nie powtórzą - wycedziła oczywistość; tego właśnie chciała uniknąć, myślenia o sobie zamiast o idei; musiała odciąć się od Rosiera, sprowadzić ich relację na moralną ścieżkę, uczynić z nich sprzymierzeńców, nie kochanków; sprowadzić Tristana na dół hierarchii zjawisk poruszających jej serce, uniezależnić się od niego, stać się niepodległą jednostką, pokorną wobec rozkazów Czarnego Pana, w pełni samodzielną, równą mężczyznom, zgromadzonym niedawno przy tym stole. Widocznie nie pojął tego kwietniowego wieczoru: łaskawie postanowiła wyjaśnić mu to teraz, najjaśniej jak potrafiła, chociaż niebezpieczna bliskość wcale nie pomagała w lodowato celnym formułowaniu myśli. - Nie byłam, nie jestem i nie będę twoją zabawką - przydatną a potem służącą do zabawy w wyładowywanie niezadowolenia i zaznaczania swojej pozycji; warknęła bardziej emocjonalnie, już nie sucho, a oczy zalśniły jej pewnym rodzajem bólu, trudnego do pomylenia z czymkolwiek innym; musiała odsunąć się jak najszybciej, kolejna sekunda ostrego kontaktu wzrokowego i oddychania powietrzem nasyconym zapachem jego ciała skończyłaby się przedłużeniem agonii o kolejną wieczność. Odepchnęła się od podłokietników, z zamiarem wyprostowania się, szarpnięcia tkwiącej w jego dłoni sakwy i odejścia - z nadzieją, że w końcu zrozumie. Zrobiła to dla ich dobra - i dla dobra sprawy, o którą walczyli i która była najważniejszą częścią ich życia.




x Me and the devil walking side by side - and I'm gonna see my man until I get
satisfied

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Restauracja   15.09.17 12:20

Odprowadził spojrzeniem milczącego Morgotha, skinął głową Ramseyowi, spotkanie mogło dojść końca; wszystkie niewiadome, które mieli po drodze, zależne było od podjętych przez nich ryzykownych działań. Cała ich eskapada przypominała kolosa na glinianych nogach, mieli wysokie umiejętności, wytypowani wszak przez tego, którego imienia nie miał odwagi wypowiedzieć, na swoich najbliższych popleczników: a jednak, Craig też nim był. A jednak, każdy element mógł rozkruszyć pozostałe jak uderzenie kijem w szklaną rzeźbę. Sala pustoszała, rycerze mijali próg, wszyscy oprócz jednej - jedynej kobiety, która pomiędzy nimi stała i która wciąż nie odebrała od niego ingrediencji. Dopiero kiedy za pozostałymi zatrzasnęły się drzwi - spojrzał na nią.
Nią, wyprowadzającą go dziś jak nigdy z równowagi, nią, pyskującą mu zbyt odważnie w sytuacji, w której nie miała do tego prawa; mogło jej się wydawać, że stali tutaj na równi - nie stali. Jedni znajdowali się bliżej Czarnego Pana, inni dalej, Deirdre nie służyła między nimi długo, mogła się odnaleźć w rozstawianiu po kątach rycerzy, ale powinna zrozumieć, że nie mogła tego samego robić z nim; mogli się szarpać, gryźć i wyklinać, ale to on znajdował się wyżej - i póki nie doczeka się jego upadku lub sama nie przysłuży się Panu równie mocno, póki nie nie zdejmie sobie ze skóry Mrocznego Znaku, musiała się z tym pogodzić. Teraz: łączyło ich już tylko tyle, na śmierć i życie, aż po kres istnienia. Od tego nie było ucieczki, już nie, podjęli decyzję tamtego dnia w piwnicy, przyjmując łaskę Czarnego Pana -  na zawsze splatając swój żywot z bezlitosną hierarchią jego ludzi. I choć powinno, to wcale nie sprawiało mu to satysfakcji, jedynie rozbudzało coraz silniej płonący ogień tęsknoty, pożądania i pragnień; nie potrafił pojąć, jak Deirdre mogła się od niego odwrócić. Zdradzić, odsunąć się od niego. Pomimo wszystkiego, co ich łączyło. Łączyło, kiedyś - za jej sprawą to wszystko miało mieć czas przeszły. Nawet nie drgnął, widząc jej twarz tuż przed własną, jego źrenice na krótko odruchowo objęły spojrzeniem zakryty czarnym aksamitem dekolt, szyję, równie skrupulatnie otuloną subtelnym czarnym całunem. Napiął mięśnie, zauważalnie, choć bardzo nie chciał tego po sobie pokazywać - mięśnie twarzy, z trudem powstrzymujące się od grymasu oscylującego pomiędzy złością a zadowoleniem z bliskości, mięśnie rąk, które nadludzkim wysiłkiem zmuszał do spoczynku na wygodnych podłokietnikach, kiedy tuż obok jak trująca żmija sunęło jej ciało. Była piękna jak zawsze, opadłe na twarz włosy podkreślały kontrast pomiędzy białą skórą a kruczym upięciem, czerniejące w półmroku ekskluzywnej sali oczy hipnotyzowały tą samą krwawą melodią, a składające się w słowa usta jak nigdy kusiły brutalną słodyczą. Miał ochotę uchwycić jej nadgarstek, kopnąć rozstawione przed nim stopy, zmuszając, by opadła wprost na niego, ściągnąć z niej ubranie choćby siłą, zmiażdżyć, zniszczyć, zabrać, odzyskać; głębszy oddech kłócił się z przyśpieszonym biciem serca, kiedy pozwolił jej wysyczeć w swoim kierunku każde wypowiadane słowo z wężowym jadem, początkowo bez najdrobniejszego drgnięcia, później arogancko unosząc brodę, wspierając tył głowy o oparcie, akcentując własną wyższość. Dopiero czując jej dłoń, zaciskającą się na sakiewce, już w otaczającej ich ciszy, czekał na ten moment, wypatrując chwili zachwianej równowagi, uśpionej czujności, przekonania, że jej na to pozwoli - zacisnął na niej własne palce, korzystając z przewagi fizycznej i zaskoczenia szarpiąc ją ku sobie, z refleksem przenosząc rękę na jej przedramię, ściskając je mocno, ściskając je boleśnie, wyginając rękę i przysuwając jej twarz bliżej własnej, bliżej, niż sama zrobiła to przed momentem, masochistycznie wdychając się w słodką woń jej skóry, w orientalne opium, masochistycznie śledząc każdy ślad przecinający czerwień warg. Nie dostrzegł bólu w jej oczach zaślepiony oszalałym gniewem.
- Mam - odparł, znów - jak do głupiej dziewczyny, która nic nie rozumiała, w tym momencie zdawało mu się, że naprawdę nią była. Że nie rozumiała łączących ich zależności, że nic nie wyniosła z jego nauk. Wsparł łokieć na bocznym oparciu, wzmacniając uścisk na jej ręce, szarpiąc ją jeszcze lekko w przód. - Oczywiście, że mam - dodał wyraźniej, uważnie akcentując każdą głoskę wypowiadanego słowa. Mógł wyegzekwować od niej posłuszeństwo na sto różnych sposobów, co kolejny wydawał mu się okrutniejszy od poprzedniego. Była mu winna szacunek i oddanie, równoznaczny z oddaniem sprawie. Stał ponad nią - w jedynych stosunkach, jakie ich łączyły. - Między nami nie dzieje się nic - dodał, tnąc powietrze jak nóż, przypominając jej o ustawionych przez nią samą granicach, wbrew temu, co zdradzały oczy, wbrew temu, co przekazywał przecież całym sobą, od początku tego spotkania, wbrew każdej reakcji jego ciała i każdemu wypowiadanemu słowu, wbrew całej uwadze, jaką jej poświęcał, wbrew rozsądkowi, który doskonale znał prawdę. Wszystko, co ich łączyło było już przeszłością, zerwała łączącą ich nić porozumienia, zerwała ją pierwszą samodzielną decyzją, podkreślając, jak bardzo na samodzielność nie jest gotowa, zerwała ją nagle i zerwała ją brutalnie, równie brutalnie - potrzebowała orzeźwienia. - Nie jesteś aż tak głupia, żeby liczyć na łagodniejsze traktowanie przez wzgląd na dawne czasy - warknął jej w twarz, rozsierdzony do reszty, bo czyż dlatego pozwoliła tu sobie zostać, kiedy wszyscy inni wyszli? Nie powinna tego robić, nie była nikim wyjątkowym. Jej słowa stopniowo wzmagały ból, jej absurdalny sprzeciw nie znaczył nic. Nie był ważny. Nie był istotny. Nie miał żadnego sensu. Tego chciała - wykorzystać go i dostać się do najbliższego Czarnemu Panu grona na jego plecach? Niedoczekanie, poniesie za to karę, na którą sobie zasłużyła i pożałuje każdego kłamliwie wypowiedzianego słowa. I choć ostatnie wypowiedziane przez nią słowa winny otworzyć mu oczy, był zbyt wściekły, by zrozumieć - by zrozumieć od razu - Byłaś - odparł, już nie warkliwie, odparł, jakby wypowiadał osąd, wyrok, na ohydnie popełnionej zbrodni, jego dłoń zacisnęła się jeszcze mocniej; jeśli tylko tego chciała, tym właśnie mogła się stać - nie musiał tego sobie wmawiać, był oślepiony bolesną zadrą. - Jesteś - Bo wciąż znajdowała się pomiędzy nimi. - Zawsze będziesz - Bo już nigdy stąd nie odejdzie. Bo już nigdy - nie uwolni się od niego.
W jego oczach iskrzyła furia, ślepy ból, który nieumiejętnie próbował zamaskować maską obojętności; wraz z ostatnim wypowiedzianym słowem wypuścił z uścisku jej rękę, pozostawiając w jej dłoni sakwę z ingrediencjami.
Idź, Deirdre. Póki co, możesz odejść.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Zamężna

she tastes like every dark
thought I've ever had

20
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Restauracja   15.09.17 15:31

Spodziewała się, że ta prywatna kolacja, zorganizowana przez Rosiera, przyprawi ją o najgorszą migrenę, ale nie przypuszczała, że dojdzie do aż tak intensywnej konfrontacji. Bardziej niż w zdrowy rozsądek Tristana, dochodzącego do podobnych wniosków co ona sama, wierzyła w jego szaloną miłość własną - i miłość do innych rozrywek, w których wybrednie przebierał, nigdy nie poświęcając swej łaskawej uwagi jednemu bodźcowi na zbyt długo. Minęło dużo czasu, kilka długich, samotnych tygodni, ciążących jej boleśnie, razem ze świadomością, że mężczyzna radzi sobie z podjętą decyzją znacznie lepiej, dławiąc ewentualną złość w miękkich ustach niezliczonych kochanek lub własnej żony. Wcale nie oddychało się jej przez to lżej, ale gorycz, którą czuła, tylko upewniała ją w przekonaniu o tym, że postąpiła dobrze. Słusznie. Lepiej - dla siebie i dla idei, której pokornie służyli. Nie było tu miejsca na słabości, a Tristan tym właśnie się dla niej stał, koszmarem i uwrażliwieniem, przekleństwem, z którego objęć udało się jej wyrwać. Skutecznie, nie gonił za nią, mogła więc z powodzeniem sądzić, że przyjął nowo ustalone zasady i myśl o niej nie kłopotała go już wcale.
Myliła się srodze, kolejne pewne fakty okazywały się mrzonkami wytworzonymi przez umysł równie arogancki, co ten Rosiera, z różnicą obarczenia cierpieniem; to ona musiała znosić jego pogardliwe słowa, usadzające w miejscu spojrzenia, w końcu: podłą prowokację, na którą nie potrafiła zostać obojętna. Subtelne przypomnienie zasad, choć podszyte jadem i desperacją, kosztowało ją wiele samokontroli: znajdował się tak blisko, że wyraźnie czuła zapach jego ciała, wypitego przed chwilą wina, róż, owoców, bez krwi, bez tego jedynego pierwiastka, który łączył ich ściślej od najsłodszych aromatów. I tak sprawiał jej ból, najpierw metaforyczny, zadawany kpiącym spojrzeniem. Skupiona na jego twarzy i opanowaniu drżenia głosu, nie widziała napinającego się ciała ani nie odszyfrowywała drobnego drżenia przystojnych rysów: nie zapomniał o niej, lecz zamiast pogodzić się z unormowaniem relacji i zająć się swoim wystawnym, rozrywkowym życiem, zapragnął zemsty. Za co i dlaczego - nie miała pojęcia, od razu tłumiąc żałosny pisk nadziei, wywołany nadinterpretacją męskiej wściekłości jako oznaki przywiązania, tęsknoty, uczuciowej zaborczości. To nie było możliwe, lecz miała nadzieję, że rzeczowe przedstawienie argumentów prosto, konkretnie, twarzą w twarz - czuła, jak mięśnie karku napinają się niczym postronki, przytrzymujące ją od pochylenia się bliżej, głębiej - rozjaśni sytuację na tyle, by Rosier przestał traktować ją jak zwykłą dziwkę. Uwierzył w jej umiejętności na tyle, by przyprowadzić ją przed oblicze Czarnego Pana - nie mógł teraz zaprzeczać własnemu osądowi i spychać ją na kolana, upokarzać, wątpić w rozsądek, ścierać do pozycji usługującego im dziewczęcia, mającego milczeć i zgadzać się na wszystko, co zdecydują.
Podnosiła się mocno i z ulgą, zwiększającą się wraz z dystansem - lekkość nie trwała jednak nawet kilku sekund, poczuła szorstki materiał skórzanej sakwy, a chwilę potem męskie palce boleśnie zacisnęły się na przedramieniu, zmuszając ją do ponownego pochylenia się w niewygodnej pozycji. Instynktownie syknęła, bardziej z wściekłości niż z bólu, czując się tak, jakby szarpnął ją ku sobie za włosy, pogardliwie, upokarzająco; brakowało tylko, by popchnął ją na kolana, lecz wtedy z pewnością prędzej wyłamałaby sobie rękę ze stawu niż pozwoliła na kolejne potraktowanie jej jak zabawki. Krew głośno szumiąca w uszach przepuszczała przez watę gniewu wszystkie słowa, butne, okrutne i głupie. Jednak nie zrozumiał, jednak brnął dalej w ślepy zaułek, zupełnie nie pojmując, że zrobiła to wszystko dla nich. - Skoro nie dzieje się nic, dlaczego zachowujesz się w ten sposób? - warknęła, zaprzestając prób wyciągnięcia przedramienia z mocnego uścisku: żałosne szamotanie się tylko podkreślało bezradność. - Nie oczekuję łagodnego traktowania, oczekuję szacunku. Służymy tej samej sprawie, nie pozwolę na to, byś podważał moje zaangażowanie - wycedziła, naprawdę nie rozumiał oczywistości? Naprawdę był aż tak - arogancki, butny, wściekły jej odejściem - bezmyślny, traktując wydarzenia z Horizont Alley jako personalną vendettę? Nie mogła w to uwierzyć, ale Tristan boleśnie ściągał ją z radosnych marzeń o spokojnej współpracy na ziemię, brudną, krwawą, poszatkowaną buzującymi emocjami, jakich przecież miała się pozbyć. - Zachowuj się wobec mnie tak, jak w stosunku do innych - wyartykułowała ostatkami cierpliwości, przenosząc spojrzenie z boleśnie wykręconej ręki na jego twarz; po co to wszystko? Dlaczego tak starała się przemówić mu do rozsądku, skoro natrafiała na ścianę narcystycznej pogardy? Wyraźnie zbladła, gdy tak delikatnie zaprzeczył podstawom ich relacji. Zabawka. Znów chciał nią rządzić na poziomie, na jakim nie miał do tego prawa - służyła Czarnemu Panu pokornie, oddała mu każdy aspekt życia, podążała za jego wskazówkami. Zasługiwała na szacunek i choć znajdowała się w hierarchii niżej od Tristana, to nie mógł się nią bawić, wykorzystując pozycję do serwowania kolejnych upokorzeń.
Przez chwilę wyglądała tak, jakby miała zamiar go spoliczkować, uderzyć wolną ręką z całych sił, wyrzucić z siebie gniew i frustrację - ale tym jedynie dałaby mu satysfakcję, wręczając dowód na własną niedojrzałość. Stała ponad tym - a przynajmniej doskonale udawała, że pod skórą nie rozpętało się uczuciowe piekło - dlatego jedynie wyprostowała się gwałtownie, wpatrzona w niego z lodowatym błyskiem w czarnych oczach. Uniosła szybko wolną dłoń, lecz zamiast siarczystego ciosu, przyłożyła chłodne palce do szorstkiego od zarostu policzka. Rozpaczliwa pieszczota, protekcjonalność - czyż nie uczyła się jej od mistrza? - a może zawstydzająca chęć dotknięcia go po raz ostatni.
- Dorośnij - szepnęła tylko obojętnie, po sekundzie odejmując dłoń, pewna, że w skórę wbiły się jej setki drobnych kolców, od razu wnikających do krwiobiegu, raniących ją od środka kłującymi odłamkami. Palce mocniej zacisnęły się na ciężkiej od ingrediencji sakiewce - miała misję do wykonania, obydwoje mieli ją przed sobą i Rosier musiał dorosnąć, oczyścić ich relację tak jak - potwornie nieudolnie, wręcz wzmacniając łączącą ich zależność - robiła to ona, ponownie przywdziewając maskę obojętnego spokoju.




x Me and the devil walking side by side - and I'm gonna see my man until I get
satisfied

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Restauracja   15.09.17 17:51

Być może czuła siłę, pochylając się nad jego krzesłem, być może wydawało jej się, że w ten sposób dominowała, lecz nie było to prawdą - to ona stała, a on siedział na miękkim fotelu, to on trzymał w ręce sakiewkę i to ona po nią podeszła, to on - wierzył w to - pozostawał panem tej sytuacji, to u niego przecież byli. Mogła czuć mdłą przewagę patrząc mu w oczy z tej pozycji, dlatego wiedział, że musi jej tę siłę odebrać. Szamocząc ręką, której nie miała szans wyrwać - była za słaba - przypominała dzikie zwierzę zamknięte w zbyt ciasnej klatce; a mogłaś być wolna, Deirdre, wolna i wierna. Nie napawał się tym widokiem, bo nigdy nie widział jej innej, była silna, owszem, ale nie silniejsza od niego, a jeśli kiedykolwiek na poważnie myślał o niej jako o partnerce, nie podwładnej, te myśli skruszały właśnie jak pękający lód. Budziła zawód. Poczuła się zbyt pewnie, zbyt silnie, obdarzona zbyt wieloma względami zatraciła gdzieś poczucie tego, co właściwe i tego, co nieadekwatne. Poczuła się panią własnego losu, wydając mu dyspozycje, stawiając niewidzialne mury, a teraz - zachowując się w tak śmieszny sposób. Dlaczego, jeszcze chwilę temu pytanie wbiłoby się w jego serce jak nóż, teraz - wywołało jedynie pogardliwy, kpiący arogancją uśmiech rozpalający na nowo te pokłady gniewu, które nie gorzały jeszcze niesprawnie zasłonięte kurtyną obojętności, tego pożaru nie dało się już ugasić.
- Podważam twój rozsądek, nie zaangażowanie - poprawił ją ostro, nieustannie intensywnie wpatrując się w jej źrenice drapieżnym, srogim spojrzeniem; stąpała na krawędzi, blisko krawędzi, beztrosko i bezmyślnie tańcząc tuż nad przepaścią. - Dobrymi chęciami nie wygrasz wojny - umiejętności logicznego myślenia, planowania, strategii, definitywnie nie były jej mocną stroną; tak przynajmniej mu się wydawało po wszystkim, co razem przeszli, zaślepionemu gniewem i zranionego tęsknotą, na którą go lekkomyślnie wygnała, sądząc, że tak po prostu jej na to pozwoli. Zapomniała, gdzie leży jej miejsce, więc musiał jej go wskazać ponownie. Ani razu nie powiedział jej - wcześniej - wprost, że jest głupia, podważał jedynie sens głoszonych przez nią osądów, złośliwie i umyślnie, ale nie bez podparcia rozsądną argumentacją, którą znów się zasłaniał. Śmiesznie, niedorzecznie, bo choć sytuacja była klarowna, nie zamierzał tego przyznać. Uparcie udając, że to nie jego zachowanie było niecodzienne, że to nie on rozpalił ten ogień jako pierwszy, że to nie przez niego starli się w tej zajadłej, zbyt bliskiej, zbyt intymnej walce na oślep. Każdego innego potraktowałby przecież tak samo - obśmiewając plany, które były głupie. Zejdź mi z oczu, Deirdre. Nie będzie jej upokarzał, kiedy nie będzie jej widział - to mógł być dla niej ratunek, jedyny, jaki widział w tym momencie. Wzbudziła w nim namiętność, jakiej nie zdołała wzbudzić nigdy żadna inna kobieta, ta sama namiętność łatwo przeszła w palącą, wyniszczającą nienawiść, za sprawą której zdolny byłby spopielić ją tu i teraz, we własnych ramionach. Tymczasem ona - wciąż nic nie rozumiała, naiwnie z tym ogniem igrając. Ostrzegał ją, nie wprost, ale gdzieś w tonie jego głosu, gdzieś w spojrzeniu i gdzieś pomiędzy wierszami nieustannie czaiła się niewypowiedziana groźba, z której zdawała sobie sprawę. Tylko słabi rzucają  groźby na wiatr.
Groźby, jego usta drgnęły, kiedy dostrzegł jej rękę, naprawdę zamierzała to zrobić? Patrzył na nią wyzywająco, z tą samą siłą, bynajmniej bez lęku, śmiało, Czarna Orchideo, pokaż swoją sprawczość. Pokaż, chociaż stracisz tę rękę, pokaż, to bardzo mądre stawiać się w ten sposób silniejszym i ważniejszym od siebie. Nie dostrzegł, że pigment jej twarzy wyraźnie zbladł, był zbyt rozjuszony, na zewnątrz wciąż sprawiając liche pozory opanowania. Kąciki jego ust, kpiąco, uniosły się wyżej, gdy zamiast policzka poczuł chłód jej delikatnej dłoni, tak znajomy, tak upragniony, muskający jego skórę do melodii kolejnych zbyt śmiałych słów; naprawdę, Deirdre? Zadarł lekko brodę, chcąc złapać jej spojrzenie, nie odsuwając się od jej dotyku, a delektując się jego protekcjonalną czułością, tak doskonale naśladującą jego gesty - w tym samym czasie, kiedy jego wolna już prawa dłoń zacisnęła się w ciasną pięść tak mocno, że aż pobielały knykcie i, bez namysłu, kiedy tylko jej odważny rozkaz ucichł, jego ręka wystrzeliła w powietrze, uderzając ją w bok twarzy. Z impetem, z męską siłą, choć nie na tyle wielką, by faktycznie poważnie ją skrzywdzić. Tylko słabi rzucają groźby na wiatr, Deirdre - mniej więcej w tym zamykała się różnica pomiędzy protekcjonalnością, z którą traktował on ją, od tej, z którą ona próbowała przymierzyć się do niego. Jeśli będzie jej musiał ponownie dobitnie pokazać, gdzie jest jej miejsce - zrobi to. Wychowano go na dziedzica pradawnego rodu, na władcę, jakimi byli od wieków, na dziedzica, na tego, kto z dumą miał reprezentować chorągiew rodu. Był śmierciożercą, który zasłużył sobie na uznanie samego Czarnego Pana - nie słowem, prosząc go, by zaczął go traktować lepiej, a czynem, którym tę wartość udowodnił. Stojąc dzisiaj ponad innymi - i ponad nią samą.
- Szacunku nie zdobywa ten, kto musi go żądać - odparł, siląc się na opanowanie pomimo wyprowadzonego ciosu, wciąż jak do głupiej - lecz z wyraźniej wyczuwalną w jego głosie ostrzegawczą nutą. Przekroczyła pewną granicę i będzie lepiej dla nich obojga, jeśli natychmiast wykona krok w tył.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Zamężna

she tastes like every dark
thought I've ever had

20
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Restauracja   15.09.17 20:12

Denerwował ją coraz mocniej a każde pogardliwe spojrzenie zmrużonych oczu, każde wygięcie wąskich ust w grymasie zwycięskiego lekceważenia i każde ostre słowo stawiające ją w świetle osoby niedojrzałej, krnąbrnej i niewdzięcznej, rozpalały szalejący wewnątrz ogień jeszcze skuteczniej, sprawiając, że ledwie powstrzymywała się od faktycznego obnażenia lodowatego opanowania na rzecz całkowitego szaleństwa. Mówiła do niego spokojnie i rzeczowo, jak do kapryśnego dziecka, dla którego niuanse dorosłości stanowiły wielką tajemnicę - nie potrafiła ująć rzeczywistości prościej, a Rosier uparcie zamykał oczy przed prawdą, woląc brnąć dalej w świat, w którym była skrajnie głupia. W którym zasługiwała na pogardę, jaką ją obdarzał, na każdą niewypowiedzianą obelgę, trafiającą jednak celu. Przez sekundę zdołał nawet zasiać w niej ziarno wątpliwości - może faktycznie była nikim, zabawką, szamoczącą się w świecie, do którego tak naprawdę nie miała wstępu - momentalnie jednak starte faktami. Nie, nie da mu wciągnąć się w to szaleństwo, nie pozwoli, by wpływ, jaki na nią posiadał, rozpuścił do dna budowane w skupieniu podstawy pewności siebie. Czarny Pan nie naznaczyłby Mrocznym Znakiem kobiety, wobec której oddania i rozsądku miałby jakiekolwiek wątpliwości - służyła mu wiernie, oddając się czarnej magii cała, skoncentrowana na kolejnych księgach, na przekraczaniu granic, na podkreśleniu swej pokory i ofiary, składanej z całego życia: w Azkabanie mieli położyć je na szali i Deirdre, choć przerażona, wierzyła, że wspólnie wypełnią postawione przed nimi zadanie. Tristan natomiast: zamierzał traktować ją jak zabawkę, już widziała, że łatwo nie odpuści, że zamiast skupić się na tym, co ważne, będzie musiała znosić kolejne upokorzenia. A na to - nie mogła pozwolić. Nie mogła jednak też zrobić nic, by to zmienić: jasno przekazała mu swoje postulaty, odnosząc się do zdrowego rozsądku, którego widocznie brakowało mu tak samo, jak jej samej.
Gubiła się w tym, co czuła i w tym, co nakazywał jej czuć - nie musiał wiele mówić, i tak gięła się pod presją ostrego spojrzenia i kpiącego uśmiechu, wykrzywiającego twarz, inną, zastygłą w utrzymywanym z trudem grymasie. Widziała jego wzburzenie i groźny błysk w spojrzeniu, lecz zignorowała sygnały ostrzegawcze, pchana do przodu najgorętszym ogniem upokorzenia. Nie zasłużyła na nie. Nie uczyniła mu nic, co mogłoby sprowadzić na nią klątwę - czy ponownie popełniała te same błędy, sądząc, że włada sobą samą? Sprzeczne myśli tylko zwiększały dyskomfort, nie rozumiała, dlaczego Rosier reaguje w ten sposób, tak, jakby i jego toczyła śmiertelna gorączka tęsknoty. Wydawało się to jedyną możliwością, lecz Deirdre od razu spychała ją na krawędź świadomości - odwzajemnienie destrukcyjnych uczuć było niemożliwe.
Tak jak niemożliwością wydawało się oderwanie ręki od gorącego policzka, odsunięcie palców od szyi, wyprostowanie napiętych mięśni - a jednak właśnie to robiła, rzucając mu ostatnie spojrzenie, akurat w momencie, w którym przekonania po raz kolejny zderzały się z niepojętą rzeczywistością męskiej władzy. Mocny ból, promieniujący od kości policzkowej aż do szczęki i skroni, początkowo sprowadził na rozszalałe emocje błogą ulgę - ciało przejęło kontrolę nad umysłem, spięte nagłym atakiem. Nieświadomie cofnęła się o krok, natrafiając biodrami na stół; głowa odgięła się w bok, ale dłoń, którą przed chwilą dotykała policzka Rosiera, nie powędrowała odruchowo do uderzonego miejsca. Jedynie czarne włosy przesłoniły na chwilę jej twarz, ukrywając sekundową panikę, szybko przeradzającą się w zwierzęcą chęć odwetu. Chwycenia złotego sztućca i wbicia mu go prosto w brzuch, głęboko, aż na marmurowe podłogi tryśnie krew. Jak śmiał. Przywykła do przemocy, do traktowania kobiecego ciała niczym własności, na której można wyładować złość i namiętność, ale nie sądziła, że Rosier kiedykolwiek podniesie na nią rękę. Paraliżujący gniew tylko na sekundę zabarwił się niedowierzaniem i cierpieniem zupełnie innego, nieokreślonego rodzaju: była przerażona odruchem, który nakazywał jej przeprosiny, uznanie swych błędów, ukorzenie się. To właśnie przed tym uciekała i tą zależność zamierzała zdusić w zarodku, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie jej za to zapłacić.
Wyprostowała się powoli, językiem przejeżdżając po zębach - wszystkie na swoim miejscu, krew nie wypełniła ust, lecz była pewna, że do śladów sińców i zranień dojdzie kolejny, bardziej upokarzający ślad. Policzek piekł ją czystym ogniem, miała wrażenie, że w jednym miejscu coś przecięło skórę - czyżby obrączka? Ironia losu prawie ją rozbawiła, ale nie wybuchnęła gorzkim, ostrym śmiechem ani nie splunęła mu pod nogi, nagle wydając się całkowicie spokojna. Mocniej zacisnęła palce na zabranych ingrediencjach, drugą dłonią, nieśpiesznie odgarniając włosy, przesłaniające twarz, coś załaskotało ją w nabrzmiały policzek: jednak przeciął jej skórę. Nie skupiała się jednak na tym, dzielnie wytrzymując spojrzenie mu prosto w oczy. W gardle dławiło ją wiele słów, lecz nie wypowiedziała żadnego z nich, mrok czarnych, pustych źrenic przekazywał więcej niż najostrzejszy syk. Coś się zmieniło, coś pękło w pół, zalewając ją jeszcze intensywniejszą rozpaczą, ale wyglądała znacznie obojętniej i bardziej obco. Poświęciła mu jeszcze jedną, drżącą od niewypowiedzianych uczuć, sekundę, po czym odwróciła się i ruszyła w kierunku wyjścia, nie odwracając się ani razu, dopiero za zatrzaśniętymi drzwiami przystając na sekundę, by wziąć głęboki, ochrypły oddech i zacisnąć oczy z całych sił, jak po przebudzeniu się z potwornego koszmaru, rozmywającego się wraz z nią w czarnej mgle.

| zt x2 Sad




x Me and the devil walking side by side - and I'm gonna see my man until I get
satisfied

Powrót do góry Go down
 

Restauracja

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Restauracja Tamesis
» Restauracja „Pod skrzydłami”
» Aleksander Rogoziński
» Restauracja Helgi Hufflepuff
» Restauracja ,, Pod krzywym ryjem"

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Magiczny port :: La Fantasmagorie-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18