Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Stacja kolejowa
AutorWiadomość
Stacja kolejowa [odnośnik]23.07.21 11:51

Stacja kolejowa

Stacja kolejowa w Harpenden na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym od pozostałych. Mieści się w niej poczekalnia, kasy biletowe oraz zatęchły bar, w którym można kupić marnej jakości lunch. Stacja posiada dwa oficjalne tory kolejowe oraz jeden dodatkowy, magiczny, który wymaga stuknięcia różdżką w ścianę na lewo od czarno-białego plakatu blondwłosej aktorki i wypowiedzenia hasła "Zielony kamień". W ten sposób otwiera się przejście na tor trzeci, na którym można wsiąść do dowolnego pociągu, bez biletu i bagażu, mając na uwadze, że nigdy nie jest się całkowicie pewnym, w jakim miejscu się wysiądzie.

Rzut kością k6 na wejście do pociągu byle jakiego
1. podróż
2. podróż
3. podróż
4. podróż
5. podróż
6. podróż


Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]08.01.22 3:03
22 marca 1958
I po co ci to było? Po co? Sheila była przecież bezpieczna, dawali sobie radę gdzieś w Dolinie Godryka, była w stanie przetrwać bez twojej pomocy, pieprzony bohaterze i nawet cię o tę pomoc nie prosiła. Ale nie, ty musiałeś, znowu wplątać się w kolejną nonsensowną kabałę. Kontakt, który miał od Freda, urwał się gdzieś w pół drogi, człowiek, z którym zobaczył się ostatecznie, był nie wiadomo kim i nie wiadomo skąd. Gębą się do niego nie odezwał, a na koniec, zamiast o kasę, poprosił o to. No i kurwa pięknie. Czy ten stek bzdur, który wtedy próbował sprzedać, w ogóle trzymał się kupy? Powinien zostawić pożegnalny list na wypadek, jeśli to jednak ministerialna zasadzka? A co jeśli sprowadzi niebezpieczeństwo na samą Sheilę? Powinien znaleźć sposób, żeby ściągnąć podejrzenia wyłącznie na siebie. Miał ochotę ugryźć się w dupę: ale miał trochę za daleko. Przez moment rozważał, czy przed opuszczeniem Areny nie powinien był powiadomić kogoś, dokąd idzie. I po co. Billy'ego albo Maeve. Ale mogliby mu jeszcze przypadkiem wypunktować, jak głupi to był pomysł, jeszcze zanim się tutaj pojawi. A przecież czuł, że mimo wszystko: powinien spróbować. Że tak należało. W razie czego będzie mógł przecież uciec. Z jadącego pociągu? Ciekawe jak. Przewracało mu się coś w żołądku. Ściskało go tam. Trochę było mu chyba niedobrze.
Stawiał kroki szybko, zamaszyście, dając w ten sposób upust nie pewności siebie, a złości na samego siebie. Sprawdził dokładnie kieszenie, upewniając się, że wszystko miał przy sobie: fiolkę z eliksirem, talizman na szyi, w kieszeniach wytrych i nóż, gdzieś między nimi plątały się dwa cukierki, landrynka opakowana w ładny ozdobny papierek i cukierek fałszu. Pod stacją kolejową podleciał na miotle, przerzucając ją przez ramię, gdy tylko zanurzył się między perony. Z uwagą rozglądał się wokół siebie, po ścianach, aż w końcu jego wzrok trafił na plakat pięknej aktorki. To miał być znak? Symbol szczęścia? Marne pocieszenie, jeśli tylko w krótkim rachunku sumienia podsumuje swoje ostatnie przygody ze złotowłosymi pięknościami. Z uwagą raz jeszcze rozejrzał się wokół siebie - po twarzach otaczających go ludzi, szukając tych znajomych i tych, które ulicznym doświadczeniem podpowiadały twarze zakapiorów - ale nade wszystkim szukając ludzi Ministerstwa Magii, obrócił się w miejscu, pewien, że ktoś go śledził - tylko wzrok płatał mu figle? - by, biorąc głęboki oddech, stanąć finalnie tuż przy plakacie. Serce łomotało mu w piersi, a nerwy paraliżowały każdy fragment jego ciała, ale nie mógł, nie mógł oddać się strachowi. Weź się w garść. Policz do trzech. Idź do przodu.
Raz, dwa i trzy.
Stuknął różdżką we wskazane miejsce, wypowiadając hasło:
- Zielony kamień. - Bez przekonania, nerwowo, a nerwy narastały z każdym uderzeniem serca, jakie spędził na oczekiwaniu, aż rozsunie się przejście. Nie chciało ruszyć? Zrobił coś źle? Nie zapamiętał hasła? Już sięgnął dłonią do listu, który miał w kieszeni kurtki, kiedy cegły zatańczyły, rozpościerając przed nim widok na tor trzeci. Wziął jeszcze jeden głęboki oddech, pokonując to przejście, spode łba spozierając na zegar. Zbliżała się umówiona osiemnasta godzina. Zamknął oczy, wypowiadając w myślach wszystkie znane sobie angielskie, romskie i zasłyszane na Arenie w innych językach przekleństwa, nim spojrzał na rozpiskę, by upewnić się, że pociąg, do którego go skierowano po pierwsze istniał, po drugie w istocie odjeżdżał ze wskazanego miejsca o wskazanej porze. Ponoć facet miał mieć to, co było mu potrzebne: powinien więc czuć ulgę. A jednak nie czul jej wcale. Skierował kroki na wskazany tor, nieustannie rozglądając się wokół. Na lewo, na prawo, za siebie. Przed siebie. Pociąg czekał. I lada moment miał odjechać - nie pozwalając sobie już na zawahanie, wszedł w wagon trzynasty, trzymając w dłoni bilet. Zwyczajowo wcale nie był tutaj potrzebny - więc to on musiał być kluczem. - Przepraszam - zwrócił się do mijanego konduktora. - Wskaże mi pan miejsce? - zapytał, wręczając mu bilet. Tak jak mu kazali. Wbił w niego wyczekujące spojrzenie, obserwując jego mimikę, spojrzenie, szukając emocji, proszę, niech to nie będzie nieśmieszny żart. Kogo miał tu spotkać, ludzi Ministerstwa Magii, psy, szmalcowników?
Trzynasty numer. Kolejny symbol pomyślności.

ekwipunek dookreślony we wsiączce zgodnie z wolą mg, rzucam na spostrzegawczość


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]08.01.22 3:03
The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 32
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]08.01.22 13:54
Kiedy dotarłeś na wskazaną w liście stację kolejową, zapadł już wczesny wieczór – zasnute zawieszonymi nisko chmurami niebo przybrało granatową barwę, zamazując krawędzie słabo oświetlonych budynków, a nieprzyjemna, utrzymująca się przez cały dzień mżawka, zamieniła się w drobny, zmrożony śnieg. Spadająca po zmroku temperatura, oscylująca ledwie poniżej zera, zamieniła chodniki i ulice w istne lodowisko – pokryte cienką warstwą zamarzniętej wody, teraz dodatkowo przysypanej kamuflującym lód śniegiem – jednak porządne, podbite skórą kelpii buty i doskonały zmysł równowagi szczęśliwie chroniły cię przed pośliźnięciem. Dla ludzi spieszących się, by zdążyć przed odjazdem pociągów, byłaby to prawdziwa udręka – ale mugolski peron okazał się niemal zupełnie pusty: na dwóch ułożonych równolegle torach stał tylko jeden pociąg, opustoszały i nieoświetlony, a po grubej, zalegającej na dachu warstwie biało-szarej brei, można było poznać, że nie ruszył się stamtąd od dłuższego czasu. Budka biletowa miała wybitą szybę i nikogo w niej nie było, z ośmiu stojących w rzędzie latarni świeciły tylko trzy, próżno było szukać czekających na odjazd pasażerów; jedyną osobą, którą minąłeś po drodze do plakatu, był starszy mężczyzna w wełnianej czapce naciągniętej nisko na czoło, jednak przechodząc obok, nawet nie podniósł głowy – a ledwie chwilę później zniknął w podziemnym przejściu, nie odwracając się za siebie. Odwracając się przez ramię nie dostrzegłeś też nikogo więcej, nic nie wskazywało na to, byś był śledzony.
Przedostanie się na tor trzeci nie sprawiło ci kłopotów, hasło podane w liście zadziałało za pierwszym razem, a gdy tylko znalazłeś się w magicznej części stacji, bez trudu zauważyłeś, że tu ludzi było znacznie więcej – peron był też w dużo lepszym stanie, wywinięte fantazyjnie ławeczki były odśnieżone, a oświetlenie działało. Pociąg, którego szukałeś, stał już na torach, do piętnastu ustawionych jeden za drugim wagonów wsiadali ostatni pasażerowie; żaden z nich zdawał się nie trzymać w dłoni biletu, żaden nie kierował się też do wagonu oznaczonego numerem trzynaście – choć mógł być to przypadek. Kierując się ku tyłowi pociągu mijałeś czarodziejów i czarownice w różnym wieku, różnie ubranych: jedni mieli na sobie bardziej eleganckie płaszcze, inni zwykłe kurtki, noszące już ślady upływającego czasu; nikt nie zwrócił twojej uwagi, nikt zdawał się też nie kierować jej na ciebie, dopóki nie stanąłeś tuż przed metalowymi schodkami prowadzącymi do wagonu.
Gdy nerwowo rozglądałeś się na boki, w pierwszej chwili twój wzrok przyciągnął błysk złota – jasne włosy splecione w warkocz wydały ci się znajome, choć dziewczyna, która go nosiła, tamtego lutowego dnia w Londynie miała je rozpuszczone. Pamiętałeś ją – uśmiechnęła się do ciebie stojąc w kolejce do budki z rybami i frytkami, kiedy – wtedy jeszcze bezskutecznie – szukałeś kogoś, kto mógłby pomóc ci z dokumentami. Teraz jej wargi były ściągnięte, a barki jakby napięte, niespokojne; poruszała się też inaczej, nie lekko i swobodnie, a sztywno i niezgrabnie. Chociaż mróz był jedynie lekki, obie dłonie miała schowane w dużej, futrzanej mufce. Towarzyszył jej mężczyzna, czarodziej w średnim wieku o ciemnych włosach i gęstym zaroście, ubrany w ciemny, nierzucający się w oczy płaszcz. Szedł pół kroku za nią, jedną ubraną w skórzaną rękawiczkę dłoń miał zaciśniętą na szczupłym ramieniu dziewczyny. Oboje zatrzymali się kilka metrów od ciebie, przed wagonem czternastym – i właśnie wtedy złotowłosa obróciła głowę, na sekundę krzyżując z tobą wzrok. Nie miałeś pewności, czy cię rozpoznała, ale w jej oczach – jasnych, błękitnych – błysnęło coś ostrzegawczego, strach, może niema prośba. Luźne kosmyki włosów, które wysunęły się z warkocza, miała założone za ucho, podtrzymywała je też srebrna spinka w kształcie piórka – a gdy na nie spojrzałeś, odniosłeś wrażenie – zapewne złudne, padające z góry światło latarni musiało spłatać wytężonemu wzrokowi figle, odbijając się w srebrze pomarańczowymi i złotymi refleksami – że pióro zajęło się ogniem. Trwało to chwilę, mrugnięcie powieką i dziewczyny już nie było – popchnięta lekko przez mężczyznę, razem z nim zniknęła w wagonie.
Wchodzisz pan, czy nie? – usłyszałeś gdzieś ponad sobą, dopiero wtedy dostrzegając stojącego przed tobą konduktora, siwiejącego mężczyznę ubranego w charakterystyczny uniform. Odebrał od ciebie bilet bez słowa sprzeciwu czy zdziwienia, choć gdy na niego spojrzał, jedna z jasnych brwi drgnęła na moment do góry. Zmierzył cię spojrzeniem, po czym oddał ci kartonik i cofnął się o krok, wskazując dłonią na przesuwane drzwi. – To pana przedział. Przyjemnej podróży – powiedział. Jeśli przeszedłeś przez drzwi, zorientowałeś się, że póki co wagon był pusty – oraz że nie odznaczał się niczym niezwykłym; był otwarty, wyglądem przypominał wagon jadalniany: pod oknami po obu stronach znajdowały się przytwierdzone do podłogi stoliki, otoczone z dwóch stron siedzeniami. W oknach wisiały ciemnoczerwone zasłonki, a wagon kończył się kolejnymi przesuwanymi drzwiami z numerem dwanaście. Dwa okna znajdowały się też w suficie, wychodząc bezpośrednio na dach pociągu; oba były zamknięte.
Gdzieś na peronie rozległ się przeciągły gwizd, po czym pociąg poruszył się pod twoimi stopami; widoczne za rzędem okien ławki zaczęły powoli przesuwać się do tyłu.

Mistrz gry wita serdecznie i w razie pytań zaprasza.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]09.01.22 16:00
Było coś dramatycznego w tym kontraście, niegdyś to mugolskie części, te nieukryte, wyglądały większym gwarem i hałasem, zawsze były bardziej zatłoczone, ruchliwsze, większe, mugoli było przecież tak wiele, dziś, dziś niewiele po tym zostało, dawne wspomnienia, wybijane z pamięci tydzień po tygodniu, ustępujące przyzwyczajeniu do widoku szarych opuszczonych pustkowi. Nerwowo rozglądając się wokół odnalazł wreszcie umówiony pociąg, był długi, bardzo długi, piętnaście wagonów zwiastowało długą podróż: dokąd? Bilet tego nie zdradzał, oznakowanie pociągu też nie, stąd pociągi odjeżdżały donikąd. Na ile to donikąd miało być dzisiaj dosłowne dla niego? Otaczali go ludzie z różnych warstw społecznych, nic nie wskazywało na to, by był to pociąg zwiastujący kłopoty. Prawie nic. Do czasu.
Wiele osób spodziewał się tutaj dzisiaj spotkać, ale nie ją. Błysk złota wyglądał znajomo, ślady pamięci szukały we wspomnieniach odpowiedniego obrazu rozpaczliwie odnajdując go dopiero w jej spojrzeniu, tak innym do tego, którym obdarzyła go tamtego dnia. Była tak inna, niż wtedy. Nie potrafił pohamować spojrzenia, które badało jej twarz, policzki, oczy, usta, wtedy, w lutym, wydawała mu się lekka i spokojna, teraz w kontraście była spięta, nerwowa i... czy wystraszona? Odnalazł spojrzeniem spinkę w jej włosach, pióro, ogień, naturalne skojarzenie było tylko jedno: feniks. Wzrok płatał mu figle? Nigdy nie szukał racjonalnych wytłumaczeń, nie robił tego i tym razem. Szukała pomocy? Uniósł spojrzenie na towarzyszącego jej mężczyznę, nie mówiąc nic, kiedy ten wepchnął ją do środka. Szedł za nią jak oprawca - łatwo było mu oskarżać dryblasów towarzyszących pięknym smutnym dziewczynom. Przełknął ślinę, wahając się, czy powinien wejść tam, gdzie jego miejsce, czy jednak pójść za nią - lecz zawołał go konduktor znajdujący się przed wagonem. Odnajdzie ją, musiał, wspomnienie wcześniejszego symbolu, wspomnienia ostatnich przygód, wyparowały pod wpływem wzburzonej adrenaliny i roznieconych emocji w ledwie kilka chwil. Teraz musiał zrobić to, co mu kazano, a konduktor nie mógł zobaczyć jego zawahania: nie było u niego zdumienia, nie wprost, czym była ta uniesiona brew, wahaniem, zainteresowaniem, jednak zdziwieniem? - Dziękuję - odpowiedział, czy to kolejne złudne wrażenie, czy facet rzeczywiście zmienił ton, kiedy obejrzał bilet? Rozsunął drzwi, zaglądając do pustego przedziału. W środku nie było nikogo, wcisnął dłonie do kieszeni, stając w progu. Miał jeszcze trochę czasu? Spojrzał w bok, na sąsiedni wagon, czy zdąży odnaleźć tę dziewczynę zanim człowiek, z którym miał się spotkać, pojawi się na miejscu? Miał czas nim pociąg zatrzyma się na kolejnym przystanku. Nigdy nie był dobry w czekaniu. Ostatni raz spojrzał w bok, łudząc się dostrzec cokolwiek za szybą wagonu, blask złotego warkocza, nim wszedł do środka. To nie mogło potrwać długo. Nie mogło. Nie wyciągając dłoni z kieszeni, w końcu, nerwowo, opadł na siedzenie przy oknie, wyciągając jedną zgiętą nogę na przeciwległe siedzenie, opierając się o nie butem. Miotłę rzucił obok siebie, niedbale. Zsunął się do pozycji półleżącej, korzystając z miękkości obicia. Głowę wygiął w tył. Wspomnienia wracały, złoty warkocz, pióro, ogień. Tamto spojrzenie w lutym, tamto spojrzenie teraz, ciepła mufka okrywająca dłonie. Zamknął oczy, jeszcze raz, policz do trzech. Raz, dwa i trzy. Złoty warkocz, pióro, ogień. Raz, dwa i trzy. Nie ma tu żadnego pieprzonego Ministerstwa Magii.
I kiedy je otworzył - wciąż go nie było?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]09.01.22 21:36
Dziewczyna, której szukałeś wzrokiem, zniknęła – spojrzenie rzucone w stronę wagonu czternastego zatrzymało się na drzwiach, poza nimi niczego nie widziałeś; prostokątną szybkę zasłaniała wisząca po drugiej stronie zasłonka, która nie poruszyła się nawet na chwilę. Mogłeś się jedynie domyślać, że jasnowłosa oraz jej towarzysz zajęli swoje miejsca – to, że wysiedli z pociągu, było mało prawdopodobne, choć nie niemożliwe.
Miejsce, na którym usiadłeś, było wygodne, a wagon wciąż pusty; nikt nie skarcił cię za nogę wyłożoną na siedzenie naprzeciwko, mimo że topniejący śnieg, wcześniej przyklejony do podeszwy, pozostawił na obiciu mokrą, szaro-brunatną plamę. Kiedy zamknąłeś oczy, usłyszałeś charakterystyczny stukot poruszającego się coraz szybciej pociągu, do którego po chwili dołączyło miarowe stukanie uderzającego o dachowe okno zmrożonego deszczu ze śniegiem. Gdybyś pozostał w tej pozycji dłużej, być może nawet zdołałbyś usnąć – ale minęła co najwyżej minuta, nim dotarł do ciebie dźwięk rozsuwanych drzwi, a później tupot ciężkich kroków. Do wagonu – od strony wagonu dwunastego – weszło czterech mężczyzn, z których jednego rozpoznałeś od razu: chociaż charakterystyczna łysina Morrisa skryta była pod czapką, to ruda broda rzucała się w oczy wystarczająco wyraźnie, by ściągnąć twój wzrok. Jeśli fałszerz również cię rozpoznał, to nie okazał tego w żaden sposób – nie usiadł też naprzeciwko ciebie, zamiast tego zajmując miejsce po przeciwległej stronie przedziału. Dwóch ubranych w ciemne płaszcze mężczyzn zajęło siedzenia naprzeciw rudzielca, jedynie czwarty zatrzymał się tuż obok ciebie, przez chwilę spoglądając na ciebie z góry. – Dobry wieczór – odezwał się spokojnie i niemal uprzejmie, powolnym ruchem ściągając skórzane rękawiczki; mógł mieć około pięćdziesiątki – wiek zdradzały siwe pasma tuż przy skroniach oraz zmarszczki w kącikach oczu – choć były to jedyne jego oznaki; trzymał się prosto, był szczupły, acz dobrze zbudowany, a ramiona okrywał ciemnoszary, elegancki płaszcz. Nie licząc jaśniejszych kosmyków, włosy miał ciemne, krótko obcięte, schludne – podobnie jak starannie przystrzyżone wąsy i kozią bródkę. Miał wydatne kości policzkowe i kilkanaście ciemniejszych plam na skórze, które mogły być piegami – a mogły też wynikać z czegoś innego, starości lub choroby. – Pozwoli pan? – zapytał, wskazując na nogi oparte o siedzenie i niejako zagradzające przejście; mimo że wciąż wydawał się idealnie opanowany, nie zaczekał, aż sam umożliwisz mu zajęcie miejsca – jego dłoń drgnęła ledwie zauważalnie, gdy sięgnął po różdżkę. Nie wypowiedział żadnego zaklęcia, jedynie machnął nią krótko – a wtedy poczułeś, jak jakaś niewidzialna siła spycha twoją stopę na ziemię. – Dziękuję – powiedział mężczyzna, jak gdyby nigdy nic wsuwając się na miejsce naprzeciw ciebie. – Nie lubię marnować swojego ani cudzego czasu, przejdę więc do rzeczy. Zgodnie z wolą pańskiego – zawahał się – zleceniodawcy, na wskazane przez pana nazwisko zostały wydane nowe dokumenty potwierdzające rejestrację różdżki. Stare zostały zniszczone – nieodwracalnie. – Mówiąc to, sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, a kiedy ponownie wyciągnął dłoń, trzymał w niej plik charakterystycznych kartoników – rozpoznałeś je, sam posiadałeś podobny. Na oko mogło ich być około dziesięciu, a czarodziej sprawnie przesunął je między palcami, szukając odpowiedniego; miałeś wrażenie, że na kilku mignęły ci twarze dziewczyn, jedna do złudzenia podobna do jasnowłosej piękności, którą dopiero co minąłeś – fotografie przesunęły się jednak przed twoimi oczami zbyt szybko, byś mógł mieć co do tego pewność. – Ach, tak – odezwał się mężczyzna, wysuwając z pliku jeden z kompletów dokumentów. Położył go na blacie, obrócił w twoją stronę i przesunął. – Piękna dziewczyna. Proszę sprawdzić, czy wszystko się zgadza – polecił, obserwując cię uważnie; mogłeś bez przeszkód podnieść dokumenty, zdążyłeś im się jednak przyjrzeć ledwie przelotnie, gdy drzwi do wagonu – tym razem te za twoimi plecami, prowadzące do wagonu numer czternaście – ponownie się rozsunęły. Do przedziału wszedł mężczyzna, którego wcześniej widziałeś na peronie, brodaty i ciemnowłosy; dziewczyny, która mu towarzyszyła, nigdzie nie było. Czarodziej nie zwrócił na ciebie specjalnej uwagi, zsunął z ramion płaszcz, po czym zajął miejsce obok rudzielca.
Pozostało nam omówić warunki zapłaty – odezwał się twój rozmówca po chwili; nadal nie znałeś jego imienia, nie przedstawił się – czy celowo, trudno było powiedzieć. – Ale najpierw – napije się pan czegoś? – zapytał, po czym pstryknął palcami – i na blacie przed tobą pojawiło się coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak menu. Było proste i krótkie, kilka zestawów śniadaniowych, dwie zupy (grzybowa i rybna), kawa (wykreślona), woda, dwa rodzaje herbat. Przy tej ostatniej ktoś coś nabazgrał – rysunek był maleńki i wyglądał, jakby powstał przypadkiem, z nudów; jeśli mu się przyjrzałeś, dostrzegłeś, że przestawiał prosty symbol niewielkiego piórka. – Jest pan z Areny, dobrze zapamiętałem? – zapytał mężczyzna. – Zwą pana?.. – Urwał, wpatrując się w ciebie parą jasnych, niemal niepasujących do ciemnej oprawy tęczówek. W jego gestach, sposobie poruszania się, głosie, czaiła się jakaś nienaturalna pewność i władczość; sposób, w jaki skomentował urodę Sheili, budził trudny do umiejscowienia niepokój.

Dokument, który podsunął ci mężczyzna:

Stacja kolejowa SlgWtAC
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]10.01.22 1:39
Odruchowo sięgnął wzrokiem też na drugą stronę wagonu - czy przesłonka zasłaniała przejście tylko z jednej strony, do czternastego, czy od drugiej, do dwunastego, również? Te drobne szczegóły nie mogły jednak mieć znaczenia, kiedy musiał odczekać swoje wewnątrz przedziału. Obiecał sobie, że ją odnajdzie, że spróbuje z nią porozmawiać, sam na sam, może jak wyjdzie do toalety? Ale najpierw musiał spotkać się z człowiekiem, z którym był tutaj umówiony. Ale kiedy otworzył oczu - Ministerstwa Magii wcale tutaj nie było.
Morris, nie zwrócił na niego większej uwagi, ale pamiętał go z pewnością: facet miał dobrą pamięć, tamtego dnia go rozpoznał, choć Marcel nawet nie spostrzegł, że zauważył, że go śledził poprzedniego dnia. Albo nie chciał go rozpoznać albo było mu to wszystko jedno, to on skontaktował go z tymi ludźmi. Albo nie odzywał się z innego powodu: pozostała dwójka nie miała znaczenia, to czwarty czarodziej rozkładał tutaj karty. Otworzył oczy szerzej, spoglądając na niego z dołu i nie zdążył zareagować, kiedy czarodziej magią zepchnął jego stopę; odchrząknął w zakłopotaniu, poprawiając się na siedzisku do prostszej pozycji. Facet wyglądał na dzianego, był starszy od jego ojca, a tacy nie lubili lekceważenia, posłuszeństwo trójki towarzyszących mu czarodziejów było zresztą dostateczną podpowiedzią.
- Dzień dobry - mruknął w odpowiedzi, niewyraźnie, spłoszony, zapominając, że zaczął się już wieczór; w końcu wyprostował się jak struna, przelotnie badając wzrokiem pozostałą trójkę czarodziejów - ten, z którym rozmawiał, budził zdecydowanie największy respekt. Przesunął obie nogi bliżej siedzenia, nie zamierzając go prowokować. Nie przerywał jego słowom, nie wtrącał się, choć poczuł uścisk w żołądku, kiedy zawahał się, mówiąc, o zleceniodawcy, rozszyfrowali go? A czy zadaliby sobie tyle trudu, żeby spotkać się z nim tutaj, sądząc, że naprawdę nie miał im nic do zaoferowania? Serce zabiło mocniej, dokumenty Sheili zostały zniszczone. Nieodwracalnie - mugolskie nazwisko jej ojca zniknęło, raz na zawsze. Ale to oznaczało, że Sissy nie mogła już posługiwać się dokumentami, które miała. Musiał ją o tym jak najszybciej powiadomić. Pomknął spojrzeniem za ruchem jego dłoni, dostrzegając plik kartoników: mówił prawdę, miał tego pełno. Całą swoją sylwetką sprawiał wrażenie kogoś, kto nie żartował, ale obecność Morrisa dopełniała tego obrazka. To on fałszował te dokumenty - facet  przed nim musiał odpowiadać za coś innego. Był ważniejszy, takie sprawiał wrażenie. Przyglądał się przerzucanym kartonikom z uwagą, złoty warkocz, dlaczego trzymał jej dokumenty? Szukała nowych? Też miała coś za nie zrobić? Zaczynał skręcać mu się żołądek, robiło mu się niedobrze. Przesunął spojrzeniem na niego, na przedłożone dokumenty i jeszcze raz na niego, aż w końcu chwycił kartonik i przeciągnął wzrokiem po danych. Znał jej datę urodzenia, nie był pewien różdżki, ale rozmiar na oko się zgadzał. Pismo wyglądało zupełnie jak jej, pomimo tak wielu wymienionych listów, nigdy by się nie zorientował, że litera nie została dopisana przez nią. Deon, mugolskie nazwisko jej ojca odeszło w niepamięć, lecz było na tyle podobne, by w razie zawahania przed policją nie miała kłopotów. Zacisnął szczękę, nie chciał dać po sobie poznać emocji, nie mógł, ale kiedy skomplementował jej wygląd, miał ochotę wpieprzyć mu prosto w gębę - a pragnienie to tylko narosło, kiedy w przedziale pojawił się piąty mężczyzna. Znajomy. Znów znajomy.
I jak ci się wydawało, pieprzony bohaterze, w co możesz się władować, obiecując w ciemno przysługi ludziom z nielegalnymi dojściami w Ministerstwie Magii? Udając ogniwo nieistniejącego łańcucha powiązań między równie bardzo wpływowymi ludźmi? Jak ci się wydawało, co, że w ramach zapłaty, tej twojej chrzanionej przysługi, wyślą cię na grzyby albo na zakupy na Camden Market? Bał się, że cena okaże się zbyt wysoka - że nie zdoła zebrać tylu pieniędzy. Nie przeszło mu przez myśl, że przysługa mogła się okazać ceną jeszcze wyższą. Co gorsza, czas na negocjacje już się skończył: ulica wychowywała go zbyt długo, by o tym nie wiedział. Kimkolwiek byli ludzie wokół niego, nie byli kimś, komu mógł odmówić i przeżyć. Kurwa. A mogłeś, a mogłeś napisać ten cholerny list.
Powrócił spojrzeniem do mężczyzny, skinął głową, na znak, że dane na dokumentach są zgodne z rzeczywistym stanem.
- A pochodzenie ojca? - zapytał, ta informacja nie znajdowała się na dokumencie, ale nie wątpił, naturalnie, że nie, kartoteki Ministerstwa Magii musiały trzymać te dane. Gotowe na eksterminację w odpowiedniej chwili. Zmienione nazwisko podpowiadało, że ta sprawa została rozstrzygnięta, pewność, z jaką oznajmił zniszczenie poprzednich danych, zdawała się to potwierdzać, ale tak naprawę nie miał ku temu żadnego namacalnego dowodu. Czy jego zleceniodawca, gdyby tylko istniał, byłby tym zainteresowany?
Cóż, nie istniał.
Ściągnął brew, chcąc odmówić naturalnym odruchem; nie tylko dlatego, że ściśnięty żołądek nie przełknąłby teraz ani kęsa, pytania tego typu, w sytuacjach takich jak te, były wyłącznie grzecznościowe. Czy z drugiej strony - nie mówił, że nie lubi marnować czasu? Rzucił okiem na menu, w nieufnej ciszy, badając kartę spojrzeniem. Wziął ją do ręki dopiero, gdy zobaczył symbol pióra - tuż obok herbaty.
Złoty warkocz, pióro ogień, płonące pióro feniksa. Jeszcze raz, jak się nazywał ten lokal, gdzie występowała Demelza? Gdzie on właściwie był teraz? Czuł, jak serce uderza mu w piersi mocniej, złoty warkocz, orzechowe oczy Sheili, czy sprzedał jej dane i zdjęcie tej świni? Nie. Nie mógł. Nie, nie, nie...
Co oni próbowali z tobą zrobić, śliczna nieznajoma?
- Zaraz zamarznę - przyznał, przebył daleką drogę. Na miotle, a nie miał rękawiczek. - Mogę herbatę? - zapytał, bez przekonania, jeszcze raz spoglądając na rysunek pióra, to znów na mężczyznę. Wpatrywał się w jego oczy, czując niepokój. To złudzenie? Kolejne? Paranoja? Kiedy Maeve zmieniała ciało, nie zmieniały się jej oczy. To musiała być paranoja. Tylko paranoja. Zapamiętałem, więc to z nim rozmawiał tamtego dnia? Nie widział nawet jego twarzy. Jego pewność siebie i arogancja mialy w sobie coś niesamowicie irytującego, wracały wspomnienia: złoty warkocz, pióro, ogień, pchnięcie piątego z czarodziejów.
- Marcelius - odpowiedział, nie widział sensu kłamać. Był tutaj Morris, wiedzieli, że znajdą go na Arenie. Zawahał się, nim dodał nazwisko, ale umilkł. Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, nie musiał sprowadzać nieszczęścia na rodzinę, która otoczyła go dobrocią, na Carringtonów. Szczerze też wątpił, żeby faktycznie go to interesowało. Miał zresztą poczucie, że ten człowiek i tak to wiedział. Że mógł wiedzieć wszystko. Że próba okantowania go w tym momencie nie mogłaby przynieść nic dobrego ani jemu ani Sheili. Chciał tego czy nie, musiał być świadom, że stała się właśnie kartą przetargową. I sam ją w tej roli postawił. Jak wiele głupich rzeczy zrobił jeszcze tamtego dnia i jeszcze o tym nie wiedział? - Należę do zespołu akrobatów - dodał, uściślając i tę kwestię.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]10.01.22 15:54
Wagon, w którym się znajdowałeś, był dobrze oświetlony – rozejrzenie się po nim nie przysporzyło ci więc trudności, mogłeś bez trudu zauważyć, że identyczne zasłonki wisiały po obu stronach przedziału – przymocowane ponad przesuwnymi drzwiami po ich wewnętrznej stronie, oddzielając cię zarówno od sąsiednich wagonów, jak i wąskiego korytarzyka z drzwiami prowadzącymi na zewnątrz pociągu. Przytrzymujące materiał metalowe obręcze trzymały się na podłużnych rurkach – w razie potrzeby można było bez trudu odsunąć je na bok, lecz żaden z czarodziejów, którzy pojawili się w pociągu, tego nie zrobił – spoglądając na nich przelotnie, mogłeś zauważyć, że zachowywali się raczej swobodnie. Jeden z nich, siedzący przy oknie, a jednocześnie najdalej od ciebie, wyciągnął z płaszcza zwiniętą w rulon gazetę, po czym rozłożył ją przed sobą; ze swojej pozycji nie widziałeś nagłówka, byłeś jednak pewien, że postacie na fotografiach się poruszały. Rudowłosy Morris i drugi z mężczyzn nachylili się do siebie ponad blatem stolika, rozmawiając o czymś przyciszonymi głosami. Gdy w wagonie zjawił się niedawny towarzysz jasnowłosej dziewczyny, przesunęli się, robiąc mu miejsce – ale nie przerwali rozmowy.
Czarodziej siedzący naprzeciw ciebie milczał przez dłuższą chwilę, dając ci czas na przyjrzenie się dokumentom. W reakcji na skinięcie głową oparł się wygodniej o siedzenie, wydawał się zadowolony – choć przez cały czas nie odrywał od ciebie wzroku. Gdy zadałeś pytanie, z jego rysów trudno było cokolwiek wyczytać. – Półkrwi. Podobnie jak dziadkowie i pradziadkowie – odpowiedział płynnie, bez zawahania. – Nazwisko Davies – dodał, chowając resztę dokumentów z powrotem do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Nie przedstawił ci żadnego potwierdzenia swoich słów, listu, kopii danych – najwidoczniej oczekując, że uwierzysz mu na słowo. W jego głosie nie wychwyciłeś kłamstwa, mówił tak, jakby tę część rozmowy uważał za formalność; spokojnie, wyważonym, stwierdzającym fakty tonem.
Pióro dorysowane na pergaminowym menu nie wydawało się iluzją, było tam, ilekroć na nie spojrzałeś – nie poruszając się, nie zmieniając położenia, ot, zwykły rysunek, który mógł powstać z ręki któregoś ze znudzonych pasażerów, oczekujących na otrzymanie swojego zamówienia. Nie wydawało się też zaniepokoić w żaden sposób twojego rozmówcy, jeśli w ogóle je zauważył, to nie zatrzymał na nim wzroku – spoglądając jedynie na pozycję, którą wskazałeś. Gdy poprosiłeś o herbatę, skinął głową, raz jeszcze wyciągając różdżkę; jej końcem stuknął w odpowiedni fragment menu, a moment później tuż obok was rozległ się trzask – gdy w przejściu pomiędzy siedzeniami pojawił się domowy skrzat. Był chudy, bosy i pomarszczony, z siwymi, długimi włosami wystającymi z potężnych uszu, nosił jednak na sobie schludną i wypraną serwetę w kolorze ciemnej czerwieni – wyglądającą, jakby uszyto ją z tego samego materiału, co zasłonki w oknach. Kościste ramiona trzymał wyprostowane ponad głową, ściskając w nich chwiejącą się nieco tacę. – Herbata, sir! – zaanonsował piskliwym głosem, po czym zrobił krok do przodu, żeby postawić tacę na blacie; ściągnął z niej parującą filiżankę z ciemnym, połyskującym bursztynowo płynem, przesunął ją ostrożnie w twoim kierunku, a później znów chwycił tacę. Trzasnęło, i już go nie było.
Przez cały ten czas siedzący naprzeciw ciebie mężczyzna zachowywał się, jakby w ogóle nie widział skrzata; ignorując go, wyciągnął z drugiej kieszeni zwinięty w rulon pergamin, po czym rozwinął go i położył na stoliku, omijając filiżankę z gorącym płynem. – Doskonale. Marceliusie – powiedział, tylko w ten sposób komentując wspomnienie o zespole akrobatów; wydawało się, że ta informacja nie była dla niego zaskoczeniem. – Ten budynek – odezwał się po chwili, stukając palcem w pergamin (mogłeś dostrzec, że na jednym z nich połyskiwała obrączka) – należy do człowieka, który przywłaszczył sobie coś, co należy do nas – wyjaśnił. Rysunek, na który wskazywał, przedstawiał schemat domu widzianego z góry – rozkład pokojów i jego wielkość mogły przypominać ci niewielki hotel, może pensjonat. Sporządzony był odręcznie, w niektórych pomieszczeniach widniały białe plamy; wydawał się niekompletny. – Jego tożsamość, jak i charakter skradzionej własności nie powinien mieć dla ciebie znaczenia, twoim zadaniem będzie jedynie dostanie się do środka – i rozbrojenie od wewnątrz nałożonych zabezpieczeń, tak, by umożliwić wejście moim ludziom. Wiemy, że pułapkami obłożone są wszystkie główne wejścia, wiemy też, że wolne od nich są okna na górnej kondygnacji. Trzeba wejść tam po cichu, tak, by nie wywołać alarmu. Obserwujemy dom od jakiegoś czasu – w przyszłym tygodniu, w nocy, nie będzie tam nikogo, kto mógłby ci narobić problemów. Prosta robota, ktoś z pańskim zestawem umiejętności z pewnością sobie z nią poradzi – powiedział, odchylając się nieco i spoglądając na ciebie badawczo i pytająco; wciąż nie miałeś pewności, czy to był ten sam człowiek, z którym rozmawiałeś w tawernie – informację o Arenie mógł zapamiętać tak z rozmowy z tobą, jak i z człowiekiem, który go reprezentował.
Miałeś wrażenie, że w wagonie zrobiło się jakby zimniej; jedynym źródłem ciepła była herbata – pachniała przyjemnie, imbirem i cytryną.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]10.01.22 22:29
Choć poczucie zagrożenia powoli opadało, swoboda czarodziejów i lekkość ich zachowania nie budowały napięcia, nawet jeśli pewien był, że nie znajdował się teraz w zbyt negocjacyjnej pozycji, to nie poruszyło go wcale tchnienie ulgi; myślał o złotym warkoczu, dziewczynie, która musiała być już bez ochrony. Z pędzącego pociągu i też by nie uciekła, podobnie jak on, czy to o to w tym wszystkim chodziło? Jej oprawca siedział z nimi, jej oprawca musiał siedzieć przed nim. Została sama? Gdyby tylko mógł stąd wyjść, choć na chwilę...
Uniósł spojrzenie na mężczyznę, jego słowa zgadzały się z tym, o co prosił. Czy w ogóle zadawaliby sobie trud sporządzenia tych dokumentów, tych spotkań, gdyby zamierzali go wodzić za nos? Prościej byłoby go złapać i przystawić pod szyję nóż - a przecież kartonik, który obracał między palcami, był prawdziwy i realny. Sam nieznajomy, nie spytał go o imię, nie sądząc, że mógłby uzyskać odpowiedź, brzmiał przekonująco i pewnie siebie. Jeszcze raz przyjrzał się podpisowi, nie dało się go odróżnić od podpisu Sheili. Morris naprawdę był utalentowany. Mimo tego zachwytu nie podniósł ku niemu w dalszym ciągu spojrzenia, starając się po ciemku, po omacku, dostosować do zasad, które rządziły tą grą - a których nie znał wcale. I wciąż ich nie rozumiał: ani tego, że mężczyzna naprzeciw niego faktycznie zgodził się na herbatę - więc jednak współpracowali, tak? potrzebowali jego pomocy? - ani tego, że tę herbatę ostatecznie dostał. Kiedy pojawiła się na stoliku, przez chwilę przyglądał się jej bez wyrazu, nieśpiesznie odkładając menu na bok. Czego się spodziewał, otwarcia ukrytego przejścia, rzucenia tajemnego hasła? W skrzacie nie dostrzegł niczego niezwykłego, wyglądał, jakby należał do obsługi i pojawił się tu na polecenie tego człowieka. Przeniósł spojrzenie na mężczyznę, ignorował go, jakby przywykł do jego obecności. Był tu stałym bywalcem? Albo miał po prostu obycie z takimi stworzeniami. Pióro - to był tylko bazgroł, wyrysowany ręką dziecka. Wydawało mu się. Zamrugał dwukrotnie, pozbywając się natrętnych myśli, obejmując filiżankę dłońmi, by ogrzać w istocie zmarznięte dłonie. Były tylko wymówką, ale wymówką prawdziwą.
Przeniósł spojrzenie na rozwinięty przez niego rulon, mapę? Plan. Błysk obrączki, poczuł jeszcze większe obrzydzenie: stary drań, stary oślizgły drań, miał żonę i komentował w ten sposób młode dziewczyny? Włamanie. Kamień z serca, do pustego domu - czysta robota. Żadnego zagrożenia dla postronnych. Nie chciał robić nic dla kogoś, do kogo czuł tylko obrzydzenie, ale jednocześnie nic nie wskazywało na to, by po drugiej stronie stał ktoś mocniej pokrzywdzony. Znając życie - taki sam drań albo większy. Nie zadawał pytań, szczegóły miały go nie interesować, więc i tak nie poznałby odpowiedzi. A mógłby wzmóc czujność, która nie była mu potrzebna. Niezależnie od rozwoju sytuacji - powinni mu ufać. Dobrze wiedział, jak patrzy się przy włamach na niepewne osoby. Mogły położyć wszystko. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się wątpliwość: nie chodziło o kolejną dziewczynę, prawda? Kogo było stać na taką chatę? Co to w ogóle było?
- Hotel? - zapytał na głos, unosząc spojrzenie na mężczyznę; musiał to przecież wiedzieć. W zasadzie chyba poczuł ulgę, że nie musiał wiedzieć do kogo ani po co miał się włamać, im mniej wiedział, tym lepiej dla wszystkich, a na pewno dla niego. Musiał po prostu zrobić swoje - a dokument, który trzymał w dłoni, trafi prosto do rąk Sheili. Nie będzie musiała się więcej bać na ulicy. Nie miała zatargów. Była spokojna. Nikt, nic nie powinno jej zagrażać. Co z pozostałymi kartonikami, które facet trzymał w dłoni? Czym były? Ratunkiem okupionym wysoką ceną czy zakładem, który odbierał im wolność? - To pierwsze piętro? - zapytał, spoglądając na plany. Nie wyglądało na trudne zadanie. Coś było nie tak, przecież wiedział. Coś, o co nie mógł zapytać i coś, czego i tak by mu teraz nie powiedzieli. - Wiecie jakie to są pułapki? - Pewnie porządne. To nic, powinien dać radę. Jeśli zrobili już wstępny rekonesans, należało z niego korzystać. W pełni. - Wchodzę, niczego nie ruszam, czyszczę drogę, otwieram drzwi - streścił krótko, nie brzmiało wcale nieznajomo. Jego ręka nie była jeszcze w pełni wyćwiczona, ale miał jeszcze trochę czasu. Popracuje nad tym. - Zrobię to - odparł, odwzajemniając badawcze spojrzenie znacznie starszego od siebie mężczyzny. Bez zawahania i z pewnością siebie, to nie mogło być dla niego nic trudnego. Przeniósł spojrzenie za okno, czy robiło się chłodniej? - Za tydzień, tak? Gdzie to jest? I dokąd jedziemy teraz? - Pytał dalej, unosząc filiżankę herbaty. Pachniała ładnie, skosztował łyk, ale na wyboistych torach zapatrzył się w jej taflę. Drżała raz za czas, uderzała o krańce naczynia. Gdyby tylko wykorzystać odpowiedni moment i pomóc filiżance, zupełnym przypadkiem podważyć ją mocniej na zakręcie lub mocniej wygiętym torze i pomóc chlusnąć zawartości, bohaterskim gestem ochronić jednak znajdujące się tuż obok plany, z refleksem łapiąc filiżankę, gwałtownie obrócić ją w przeciwną stronę: prosto na siebie, zamiast planów zalewając własną koszulę - czy wtedy mógłby bezkarnie wymknąć się do łazienki, żeby się oczyścić, zostawiając za sobą tych ludzi i móc bezkarnie rozejrzeć się za złotym warkoczem tamtej dziewczyny?

zręczne ręce? zwinność?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]10.01.22 22:29
The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 55
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]11.01.22 17:47
Objęte palcami naczynie z herbatą przyjemnie grzało cię w skórę, lekko ją parząc – ale nie do punktu, w którym musiałbyś wypuścić ją z rąk. Sam napój wyglądał zwyczajnie, pachniał też zachęcająco; o dobrą gatunkowo herbatę było już trudno, pociąg musiał być więc dobrze zaopatrzony. Dokładniejsze przyjrzenie się rozrysowanemu planowi pozwoliło ci na zapamiętanie kilku dodatkowych szczegółów: budynek nie był duży, miał siedem pojedynczych pokojów i dwie łazienki, zlokalizowane na końcach korytarza w kształcie odwróconej litery „U”. W jego środku znajdowały się schody prowadzące w dół, co wskazywało na to, że był to rysunek piętra; oprócz drzwi zaznaczone miał także okna oraz jeden duży kominek zlokalizowany w największym z pomieszczeń. – Pensjonat – poprawił cię mężczyzna płynnie, przesuwając pergamin w twoją stronę i obracając go, tak, że teraz nie spoglądałeś już na niego do góry nogami. Zapytany o kondygnację, czarodziej skinął głową – a później stuknął w schemat końcem różdżki; czarne linie wygięły się i przesunęły, przestawiając się między sobą, skracając i wydłużając – a kiedy ten proces się skończył, rysunek wciąż przedstawiał ten sam budynek – ale zamiast pokojów mogłeś dostrzec sporych rozmiarów hol, coś, co wyglądało jak salon oraz kuchnię z jadalnią – i jeszcze jedno mniejsze pomieszczenie. – Plan parteru może być nieaktualny, został sporządzony kilka miesięcy temu – jeśli w międzyczasie coś się zmieniło, to niestety o tym nie wiemy. Pułapki z pewnością uniemożliwiają aportację wewnątrz budynku i w jego najbliższym sąsiedztwie, na głównych wejściach nałożone jest też cave inimicum i bubonem; ustalenie, co jeszcze, będzie twoim zadaniem – odpowiedział, dwukrotnie stukając palcem w pergamin – linie znów wróciły do stanu pierwotnego, układając się w schemat pierwszego piętra. W reakcji na twoje kolejne słowa, mężczyzna kiwnął głową. – Niczego – i nikogo – sprostował, spojrzenie jasnych tęczówek odrywając od rysunku i przez sekundę wpatrując się w ciebie intensywnie; nie wyglądał, jakby żartował. – Pensjonat jest oficjalnie nieczynny, ale wiemy, że właściciel oraz jego żona czasami mają gości – wyjaśnił po chwili i tym razem – po raz pierwszy od początku rozmowy – wychwyciłeś w jego głosie nutę nieszczerości. – Żaden z nich nie będzie raczej dla ciebie zagrożeniem, ale najlepiej by było, gdyby w ogóle pozostali nieświadomi twojej obecności – dodał.
Kiedy przyjąłeś zadanie, mężczyzna skinął z zadowoleniem głową. – Doskonale – powiedział, zwijając pergamin ponownie w rulon. – W niedzielę – potwierdził. – Właściciele będą nieobecni – dodał, powtarzając informację, której udzielił ci już wcześniej. – Budynek jest na obrzeżach Londynu, prześlemy ci dokładny adres. A ten pociąg? – zapytał, jakby nie spodziewał się pytania. – Zatrzymuje się w porcie we Flamborough. Możesz jednak jechać dalej, będzie przejeżdżał przez King’s Cross – odparł, podążając za twoim spojrzeniem i spoglądając w stronę okna; było już całkowicie ciemno, pofałdowane strugi topniejącego śniegu przecinały ukośnie szybę – ale wydawało ci się, że przejeżdżaliście właśnie wzdłuż jakiegoś wybrzeża. – Jako wyraz naszej dobrej woli pozwolimy ci zatrzymać dokumenty już dzisiaj, poprzednie są w końcu nieaktualne – a nie chcielibyśmy, żeby młoda Sheila wpadła w tarapaty – podjął czarodziej po chwili; w jego oczach błysnęło coś niepokojącego, w uśmiechu czaiła się groźba. A może tylko ci się wydawało, wrażenie było ulotne i rozmyło się ułamek sekundy później. – Jeśli coś poszłoby nie tak, będziemy wiedzieć, kogo zawiadomić – dodał, nadal mówiąc swobodnie, jakby komentował pogodę.
Skosztowana przez ciebie herbata okazała się słodka i orzeźwiająca, a choć upiłeś tylko łyk – zdawała się rozlać po twoim ciele przyjemnym ciepłem, rozgrzewając zziębnięte policzki i koniuszki zdrętwiałych palców – tak u rąk, jak i u nóg. Czy to z uwagi na lepsze samopoczucie czy wizję pomyślnego załatwienia sprawy, poczułeś przypływ pewności siebie – choć twoja uwaga skupiła się na podskakującej w filiżance herbacie; ciemny płyn kołysał się i marszczył przy każdym gwałtowniejszym ruchu pociągu, w jego tafli dostrzegłeś jednak plan dalszego działania – nagłą zmianę kierunku jazdy, naczynie przechylające się zbyt mocno, wrzątek grożący niechybnym rozlaniem; wiedziałeś, że byłbyś w stanie bez trudu upozorować niefortunny wypadek – i, jak się okazało, na odpowiednią okazję wcale nie musiałeś czekać długo. Dwa wdechy i tuż przed wami wyrósł wiadukt kolejowy, pociąg podskoczył na torach – a razem z nim w górę pomknęła herbata; siedzący naprzeciw ciebie mężczyzna przyciągnął szybko pergamin w swoją stronę, to jednak nie on uratował go przed zalaniem – a szybki i wprawny ruch twojej dłoni. Bursztynowe krople poleciały w twoją stronę, plamiąc przód ubrania, parząc lekko szyję, a częściowo – lądując na posadzce, w przejściu między przedziałami. Błysk wilgoci zwrócił twoją uwagę, kiedy jednak odwróciłeś w tamtym kierunku wzrok, zamiast herbacianych plam dostrzegłeś złoty odcisk stopy – przejrzysty, nierealny, obok którego zaraz potem pojawił się drugi, a potem trzeci – przed nimi; czwarty znalazł się bliżej drzwi, w tym czasie pierwszy zniknął – i wszystkie przesunęły się w przód, jak ślady butów niewidzialnego człowieka, które pomknęły w kierunku wagonu czternastego, a później zniknęły pod przesuwanymi drzwiami – i już ich nie widziałeś.
Żaden z mężczyzn obecnych w przedziale zdawał się nieświadomy tego, co właśnie zobaczyłeś; twój rozmówca wpatrywał się w trzymaną w twoich dłoniach filiżankę, pozostali czarodzieje wychylili się w waszym kierunku – ale wyglądali bardziej na poirytowanych i zniecierpliwionych niż zaalarmowanych. – Mam nadzieję, że wytrychy trzymasz w dłoniach pewniej niż herbatę – rzucił najstarszy z mężczyzn, spoglądając na ciebie krytycznie.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]13.01.22 2:45
Pensjonat. Zastanawiał się nad znanymi sobie zaczarowanymi miejscami tego typu, ale po prawdzie poza Parszywym Pasażerem nie znał za bardzo nic, rzadko opuszczał centrum miasta, jeszcze rzadziej noclegował gdzieś za opłatą, przyczajając się raczej w cudzych szopach i stajniach, gdzie dodatkowi lokatorzy nikogo nie alarmowali. Plan był podobny do niczego - usiłował jednak zapamiętać z rozkładu pomieszczeń tyle, ile zdołał, szczególną uwagą obdarzając okna i kominek, potencjalną drogę ucieczki i potencjalną drogę kontroli - od zewnątrz. Blokada teleportacji, istotna informacja. Skinął głową na dalsze wyjaśnienia, przyjmując każde słowo. Pułapki nie brzmiały na bardzo skomplikowane, ale na co natknie się w środku - mógł pokazać już tylko czas. Uniósł ku niemu spojrzenie znad planu, kiedy uściślił sprawę, jednocześnie zapewniając go, że nie kierowała nim tylko paranoja, że, cóż, że naprawdę miał przed sobą człowieka, który handlował ludźmi. Nieczynny pensjonat, goście, potrafił sobie wyobrazić takich gości.
- Jasne. - Niemal wszedł mu w słowo, choć głos miał niepewny. Nie sądził, by ktokolwiek tutaj miał go za kogoś bezwzględnego, do takiej roboty brało się innych ludzi, on był drobny, a a jego aparycja podpowiadała wiek raczej młodszy jeszcze niż rzeczywisty, nikt z tu obecnych nie uwierzyłby, że ktoś taki mógłby przejść obojętnie obok - czego właściwie, niewolnictwa? Tak to wyglądało od samego początku, czy jego myśli szarżowały zbyt daleko, podświadomie chcąc zgrywać rycerskość wobec pięknej dziewczyny? Nie bez powodu nie mówili mu przecież całej prawdy, omijali niewygodne szczegóły. Miał sto pytań, na które chciał usłyszeć odpowiedzi, ale doskonale wiedział, że na żadne z nich odpowiedzi nie uzyska, a z pewnością nie od tych ludzi. Mial zresztą więcej powodów, żeby ich nie zadawać. Ciekawość była cechą kapusiów, którzy kładli całą robotę. A on podskórnie zaczynał czuć, że położyć ją musiał - i to w sposób, którego nie zauważą. Bułka z masłem, co? Jakoś nie bardzo. Chciałby wierzyć. Że po prostu wejdzie tam, nie będzie się wyrywał, zrobi, co mu kazali, zabierze dokumenty Sheili i wszyscy będą mieli spokój. Przecież i tak nie zbawi całego świata. Naprawdę chciałby w to wierzyć. - Nie usłyszą mnie ani nie zobaczą - zapewnił, powracając wzrokiem na rozrysowany plan, umiejscawiając w głowie lokalizację schodów. - Mogę wziąć kopię? - zapytał, tydzień to trochę czasu, dość, by się przygotować i opracować jak najszybszą drogę. Skinął głową na potwierdzenie terminu. Niewielki miał wybór.
Flamborough, port, czy tam cos było? Nie wiedział, za rzadko opuszczał miasto.
- Wysiądę w Londynie - przytaknął, kiedy czarodziej zasugerował przystanek w King's Cross. Byli na wybrzeżu, ci ludzie mieli wysiąść we wskazanym porcie, czy tak? Jechali dalej? Ile mógł mieć czasu? Zbyt mało. Obrócił w dłoni dokumenty, kiedy mężczyzna o nich wspomniał, bez zawahania chowając je do kieszeni - i skinął głową w podziękowaniu. Ledwie moment później zbladł, czym innym było szafowanie własnym bezpieczeństwem - a czym innym szafowanie bezpieczeństwem małej Sheili. - Wszystko pójdzie tak, jak trzeba - odpowiedział ze zdecydowaniem, nie odejmując spojrzenia od niepokojącej iskry w jego oku. W co on ją wciągnął? W czyje ręce? Nie mieli jej adresu, Sheila już dawno pod nim nie mieszkała. Ale po nitce do kłębka, mogli do niej trafić. Nie trafią. Nie pozwoli na to. Kiedy przełknął łyk herbaty, pewien już był, że poradzi sobie ze wszystkim - zaczął to i skończy, a mała Sheila będzie bezpieczna. Dziewczyna ze złotym warkoczem też.
Zmyślny fortel zakończył się sukcesem, herbaty więcej było na nim niż w filiżance - i, szczęśliwie, nie na rozpostartych planach. Syknął, kiedy wrzątek chlusnął na jego szyję, dłonią strącił krople, które nie wsiąknęły w kurtkę. Chwila, co to było? Ślady? Nie patrzył na nie, mrugnął i odwrócił wzrok, nie chcąc, by ktokolwiek poza nim zdołał to dostrzec. Ale nikt nic nie widział - jak to możliwe, że nie zaalarmowały nikogo wokół?
- Przepraszam - odpowiedział na krytyczne spojrzenie mężczyzny, biorąc głębszy oddech; odłożył filiżankę na stolik. - Wystraszyłem się, że zaleje plany. - Na potwierdzenie swoich słów, wyciągnął z kieszeni przygotowane wytrychy wiodącą lewą dłonią - prawa nie była jeszcze tak sprawna - podrzucił je nisko w gorę, zamierzając złapać je w locie i płynnie obrócić między palcami, okręcić na środkowym i finalnie pochwycić kciukiem, by równie płynnym ruchem wrzucić z powrotem do kieszeni; facet nie mógł myśleć, że popełnił błąd. Nie był niezdarą. Herbata rozgrzała go zaskakująco szybko i sprawiła, że nabrał równie zaskakującej pewności siebie - to jej dał się ponieść. - Pójdę się umyć - zapowiedział, chcąc wstać i przejść, a schodząc z pola ich widzenia pognać, w stronę wagonu czternastego. Tam ginęły ślady. Tam weszła dziewczyna. Więc jednak - pióro coś tutaj znaczyło? A może po prostu już oszalał? Stracił rozum, śnił abstrakcyjny sen? To go wołało, to coś od niego chciało. Ale co to było? Może i bardziej prawdopodobny wydawał się test lojalności tych bandytów, niż cudowny znak znikąd - ale on przecież zawsze mocniej ufał sercu, niż głowie.

zwinne ręce II, żonglerka I, zwinność, próbuję zaszpanować


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]13.01.22 2:45
The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 29
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]15.01.22 20:38
Elementy rozłożonej tuż przed tobą układanki zaczynały składać się w całość, choć wciąż nie mogłeś mieć pewności, czy był to obraz prawdziwy czy jedynie wyobrażony – szczegóły zadania, którego wykonanie powierzył ci mężczyzna, były niejasne i rozmyte, nie doczekałeś się jednak żadnych dodatkowych wyjaśnień. W odpowiedzi na twoje pytanie czarodziej skinął głową, po czym machnął różdżką tuż nad zwiniętym w rulon planem; pergamin rozciągnął się, wydłużył, a później rozdzielił na dwa – identyczne. Jeden z nich potoczył się w twoją stronę. – Mam nadzieję, że nie muszę wyjaśniać, jak bardzo niefortunne byłoby, gdyby ten szkic wpadł w niepowołane ręce – powiedział mężczyzna, na sekundę zawieszając spojrzenie na mapie, a później przenosząc je na ciebie. – Nic, co tu padło, nie opuszcza tego pociągu – dodał ostrzegawczo; nie wyglądało na to, by spodziewał się protestów.
W reakcji na twoje potwierdzenie czarodziej skinął głową, opierając się wygodniej o siedzenie – i prostując nagle, gdy parująca herbata chlusnęła na ciebie i podłogę. Kąśliwa uwaga nie pozostała bez odpowiedzi, wyciągnięte z kieszeni wytrychy błysnęły w świetle pociągowych lamp – a kiedy podrzuciłeś je w górę, miałeś wrażenie, że czas na moment zwolnił; krążąca w żyłach pewność siebie wciąż cię nie opuszczała, pomagając dodatkowo wypracowanemu przez lata refleksowi, dzięki czemu bez większego trudu pochwyciłeś spadający przedmiot w locie. Gładki metal przesunął się po skórze, przemknął pomiędzy palcami, a później trafił z powrotem do twojej kieszeni. W oczach siedzącego naprzeciw ciebie człowieka coś błysnęło – przez ułamek sekundy wyglądało to łudząco podobnie do uznania, może podziwu – bardzo szybko zmieniając się jednak w zadowolenie, a później powracając do chłodnego opanowania. Nie powstrzymał cię, kiedy się podniosłeś, kątem oka dostrzegłeś jednak, że wstać próbuje jeden z mężczyzn siedzących po drugiej stronie wagonu – odłożył czytaną gazetę, opierając dłonie o blat stolika, ale dokładnie w tym momencie powstrzymało go spojrzenie rzucone przez twojego rozmówcę. Wydawało ci się, że między wspólnikami odbyła się milcząca wymiana zdań, choć żaden z nich nie odezwał się ani słowem – a później młodszy z nich znów usiadł na swoim miejscu, przyglądając ci się jednak badawczo. – Toaleta jest zaraz za drzwiami – odezwał się starszy czarodziej. Czułeś na sobie jego wzrok, kiedy szedłeś w stronę rozsuwanych drzwi, chwilę później zasuwających się za tobą z cichym szelestem.
W przejściu między wagonami było znacznie głośniej niż wewnątrz przedziału, stukot toczących się po szynach kół pociągu odbijał się od metalowych ścian i podłogi; było też zimniej – choć rozgrzany od środka wypitą herbatą nie odczuwałeś tego zbyt dotkliwie. Po swojej prawej stronie miałeś rząd poziomych półek bagażowych, pustych – dalej znajdowały się drzwi do maleńkiej toalety oraz przesuwane drzwi do wagonu czternastego. Prostokątna szyba była od wewnętrznej strony zasłonięta, ktoś powiesił też na niej tabliczkę, której wcześniej nie widziałeś – a na której litery układały się w prosty komunikat:

Wagon wyłączony z użytku.
Nieupoważnionym wstęp wzbroniony.

Po lewej stronie znajdowały się drzwi prowadzące na zewnątrz pociągu, widziałeś za nimi przesuwający się szybko krajobraz – w większości pogrążony w ciemnościach. Twoją uwagę zwróciło jednak coś innego, znajomy już błysk na posadzce – a jeśli opuściłeś spojrzenie, znów dostrzegłeś przesuwające się w stronę wagonu czternastego odciski stóp. Nie wyglądały ani trochę realniej niż przed chwilą, sprawiając, że znów nie miałeś pewności, czy przypadkiem nie śniłeś; otaczająca cię rzeczywistość zdawała się jednocześnie prawdziwa jak i odrealniona, wypełniona niepasującymi do siebie elementami.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]16.01.22 11:28
- Tak jest - odpowiedział krótko, bez zawahania, ten gość tu rządził, nie zamierzał mu podpadać ani wzbudzać jego wątpliwości lekkomyślnością. Pieprzony handlarz ludźmi. Marcel nie mógł mieć pewności, czy obraz, który poskładał z elementów układanki składał się w dokładnie ten kształt, który widział, jednak podświadoma chęć zaimponowania rycerskością pięknej dziewczynie ze złotym warkoczem przyćmiła jakiekolwiek wątpliwości, nie nauczył się jeszcze ostrożności. Moment, w którym podrzucił wytrychy, tylko utwierdził go w przekonaniu - że mógł, że był w stanie jej pomóc. Pamiętał przecież jej smutne spojrzenie, pamiętał dłonie skryte w mufce, pamiętał niedelikatne gesty mężczyzny, który siedział z nim teraz w jednym wagonie - bez niej. I dokumenty, gość miał jej papiery. Wyjątkowo udany pokaz umiejętności pozwolił mu uwierzyć w siebie - a Marcel zwykle działał szybciej, niż myślał. Błysk zadowolenia w oku siedzącego naprzeciw mężczyzny przynosił satysfakcję.
Ochrona, tak to wyglądało - przecież znał tę grę, nawet jeśli nigdy nie grał w nią z takimi grubymi rybami jak oni. Każdy jego ruch był obserwowany, a każde zawahanie mogło obudzić nieufność. Spojrzał na mężczyznę, na krótko przenosząc wzrok na tego, który najwyraźniej rozkładał karty. Nie patrzył na nich dłużej, niż było to konieczne, nie chciał dać im pretekstu do wychwycenia zainteresowania niewerbalną rozmową, nawet nie obejrzał się za siebie, nie mogąc już bardziej okazać nerwów ani strachu. Dobiegła go wskazówka: toaleta jest za drzwiami, cholera, zbyt blisko; zbyt łatwo, zbyt szybko mogli ją sprawdzić. Spojrzał na tabliczkę: wagon wyłączony z użytku, kolejny nieposkładany element pasował do wyimaginowanej rzeczywistości. Odciski stóp, czym była ta iluzja? Widział to naprawdę? Przykucnął, chcąc tego dotknąć: czy mógł natrafić na coś realnego?
- Jest tu ktoś? - zapytał w przestrzeń przed sobą cichym szeptem, ginącym pewnie w hałasie jadącego pociągu. Intuicja podpowiadała, że ktokolwiek za nie odpowiadał, nie mógł odpowiadać też za krzywdę tamtej dziewczyny. Dlaczego - nie wiedział - serce tak podpowiadało, otaczający go sen wymykał się z ram rzeczywistości, a przedziwne uczucie towarzyszące mu od wypicia herbaty nie pozwalało mu się zatrzymać. Spojrzał na drzwi toalety, to nie mogło być aż takie trudne. Było zajęte, tak im powie. Musiałem iść do dwunastego, bo czternasty był zablokowany. To trwało. Drzwi zasłaniała kotarka, nie mógł wiedzieć, czy ktoś stał za nią. Ochrona, można jej się było spodziewać - towarzyszący dziewczynie facet pewnie nie zostawił jej tam całkiem samej. Niech to szlag, klął pod nosem, wchodząc do toaletki, by unieść spojrzenie na znajdujące się w niej okno. Musiał tylko wyślizgnąć się na zewnątrz i nie trafić akurat na żaden tunel. Jechali wybrzeżem, to ostatnie nie powinno być problemem - ale przypominało, że nie miał wcale dużo czasu. Zatrzasnął drzwiczki, zamykając je od środka. Ściągnął szybę okna, otwierając ją najmocniej, jak się dało. Był bardzo szczupły. Wdrapał się na muszlę sedesową nogami, wyglądając na zewnątrz - wychylając się mocno w przód, by sprawdzić najbliższą trasę. Kiedy moment był dogodny, a na drodze nie dostrzegł nic, co mogłoby mu odciąć głowę, wyciągnął dłonie wyżej, na górną krawędź okna, zamierzając podciągnąć się w górę i wspiąć na dach jadącego pociągu, przedostać się na czternasty. Powoli, po cichu. W przedziale były okna od góry, pamiętał. W tym też musiały być.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Strona 1 z 5 1, 2, 3, 4, 5  Next

Stacja kolejowa
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach