Wydarzenia


Ekipa forum
Kamienica, Warwick
AutorWiadomość
Kamienica, Warwick [odnośnik]23.07.21 13:54
First topic message reminder :

Kamienica

Kamienica w której murach od lat zamieszkiwała klasa średnia magicznego świata. Brudna, nigdy nie remontowana, zaniedbana przez mieszkańców jak i właścicieli. Stała się również miejscem spotkań przemytników, handlarzy, oraz uzależnionych od wszelkich środków psychoaktywnych. Nie można powiedzieć, by wojna zmieniła cokolwiek w życiu tych ludzi. Nie wstydzą się pracy i chętnie brudzą sobie ręce. Nie wiedzieć czemu nikt nigdy nie starał się pomóc tym ludziom, nikt ich także nie wyrzucił, a kamienica stoi tak od lat, odstraszając swoim wyglądem ciekawskie spojrzenia.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kamienica, Warwick - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]18.08.22 0:25
The member 'Ramsey Mulciber' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Kamienica, Warwick - Page 2 F66XwDa
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kamienica, Warwick - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]21.08.22 16:37
Ciche mruknięcie odebrała jako komplement wypowiedziany w swoim kierunku, pogubiona w tym, co pamiętał, czego nie, wciąż nie do końca oswojona z jego amnezją, nie pomyślała, że mógł zapomnieć o jej umiejętnościach. Nie oglądała się za siebie, gdy przytaknął na jej pośpiech i choć w pół kroku zdążyła się zorientować, że nie wie, dokąd idzie, nie dała po sobie poznać zawahania; czy nie zawrócił by jej, gdyby szła złym szlakiem?
- Budynek. Ogród był tylko trochę zaniedbany, jeszcze do niedawna ktoś musiał się tym zajmować - odparła, dopiero po chwili oglądając się na niego, krok spowolnił, gdy nie patrzyła przed siebie. - Początkowo sądziłam, że szpital, ale nie miałam czasu obejrzeć wnętrza, a znajdował się zbyt daleko miejsca spotkania, by moje domysły mogły okazać się prawdziwe. Nie był to dom, bardziej rezydencja, ale skoro opuszczona, musieli tam mieszkać mugole. Niemagiczna rodzina nie uprawiałaby jednak ziół, których potencjału nie rozumiała. Może w środku znajdowało się muzeum lub rodzaj szkoły mago... botanicznej - Trudno było balansować pomiędzy własnym a nieznanym światem. Nie znała mugolskich zachowań, nie wiedziała, jak żyli, ani czym mogli się posługiwać, jakim obszarem wiedzy mogli wówczas dysponować. Spodziewała się, że niewielkim, że magia ziół pozostawała dla nich dziedziną niezbadaną, ale to były ledwie jej domysły. - Pośród krzewów rósł wiekowy wiggen, chciałabym zebrać... - Korę, w pół otwarte usta zastygły w bezruchu, gdy do jej nozdrzy dotarł zapach śmierci.
Znała go bardzo dobrze, na tyle dobrze, by nie móc go pomylić z żadnym innym. Smród rozkładających się ciał towarzyszył wszystkim zapomnianym miejscom, porastał krajobrazy po bitwach i obozowiska ministerialnych służb, w których zbierali się ranni oczekujący pomocy, czasem wypełniał ściany jej lecznicy, pozostawał na szatach, wdzierał się w dłonie i pod paznokcie, a potem pozostawał przy niej koszmarną iluzją. Ale ten odór był silny. Silniejszy, niż zwykle. Przymknęła oczy, słysząc irytujące brzęczenie, a gdy je otworzyła i spojrzała wreszcie przed siebie, dostrzegła czarny rój much, krążący nad dołem, jak głęboki mógł być? Dostrzegła tylko kilka wierzchnich ciał, ale po tym smrodzie - wiedziała już, że było ich tam znacznie więcej. Szczury obgryzające rozkładający się stos ludzkiego mięsa wzbudziły obrzydzenie nawet w niej, cofnęła się pół kroku ludzkim odruchem, zatrzymana na jego torsie. Odwróciła się ku niemu gwałtownie, odnajdując jego spojrzenie własnym. Mdliło ją, więc na kilka chwil wstrzymała oddech, aż uczucie całkiem przeminęło. To byli martwi mugole, wrogowie. Ich ciała, bez porozrzucanych w okolicy różdżek, miały być dobrym omenem. Pewnie pozostawione w ten sposób specjalnie - ku przestrodze?
- To nie może tak wyglądać - odezwała się, gdy odzyskała rezon, kucnęła, by dłonią odnaleźć nieduży kamień - cisnęła nim w kierunku lisów, chcąc odpędzić je od dołu. Rzucony wywołał nieprzyjemne uchu mlaśnięcie, lisy cofnęły się tylko nieznacznie. Ich strata. - Jak dużo ciał leży na ulicach miasta? W parkach, na przedmieściach? Gdzie były składowane? Czy ktoś je grzebał? - Przeniosła ku niemu pytające spojrzenie, czy wiedział? Wyciągnęła przed siebie różdżkę, nie wstając na nogi. - To najprostsza droga do rozwoju epidemii. Mieszkańcy nie skarżą się na dolegliwości? Nie pojawiła się zaraźliwa gorączka? Nadchodzi lato, w cieple będzie tylko gorzej. Miasto trzeba uprzątnąć jak najszybciej. Terra...  - zaczęła wypowiadać formułę zaklęcia, lecz głos jej zadrżał, nie chciała grzebać żywych zwierząt. - Terracreatio - wypowiedziała płynniej, głośniej, zamierzając przesypać warstwy sąsiedniego gruntu do wykopanego dołu, nieśpiesznie, dając lisom czas na ucieczkę.

rzut na 97, pierwszy nieudany




bo ty jesteś
prządką

Cassandra Vablatsky
Zawód : Szeptucha
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

i am my mother's savage daughter

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-zorya-utrennyaya#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]23.08.22 19:25
Wysłuchał jej opisu; wydawała się być zainteresowana tym miejscem. Pokiwał głową, śledząc jej ruchy, trzymając się krok z tyłu.
— Chętnie obejrzę... tę rezydencję — przyznał z cichym westchnieniem. Jeśli była zamieszkiwana przez mugoli z pewnością konieczny był remont, a od samego myślenia o podobnym przedsięwzięciu zaczął doskwierać mu ból głowy. Potarł skroń, unosząc brew. — I ogród. Z pewnością skrywa w sobie wiele tajemnic. — Przez chwilę zastanawiał się, czy rezydencja mogła mieć piwnice — a jeśli tak; jak dobrze zatrzymywała odgłosy. Wtedy też dotarł do niego smród ludzkich zwłok. Obejrzał się, poszukując źródła zapachu. Był na tyle obrzydliwy, że zmarszczył brwi, z trudem opanowując naturalną reakcję. Wokół panoszyły się już zwierzęta, robactwo. Czy nie nauczyli tych ludzi po sobie sprzątać? Kiedy już zajęli się likwidacją szkodników, mogli je chociaż spalić. Zatrzymała się nagle, wpadając prosto na niego, więc wyciągnął dłonie, złapał ją instynktownie, spoglądając w oczy. Twarz mu złagodniała, rysy wygładziły się, kiedy zatopił się w szmaragdowym spojrzeniu. Dostrzegł w nim coś, czego nie widział dotąd, choć niewiele mieli spotkań za sobą. Niewiele pamiętał. To, które na niego teraz patrzyło nie było potężne, było całkiem ludzkie, posiadające słabości i emocje, lęki i bolączki. Wpatrywał się w nie bez mrugnięcia, jakby odurzył go towarzyszący jej zapach. Kadzidła? Wypuścił powietrze z płuc powoli, puszczając ją, kiedy odzyskała rezon i kucnęła, by przepędzić stworzenia. Powiódł wzrokiem w stronę kupy śmieci; ludzkich szczątków.
— Znacznie więcej — odpowiedział powoli. — Mugole wciąż są pochowani po kątach. Uciekają jak mogą, ale kończą jak wszyscy... — Przypominało mu to Londyn, choć wtedy kto inny stał za czystkami. — Czarodzieje, którzy tu mieszkali zabrali się za porządki na własną rękę. Nie mogli liczyć na nikogo, Warwick nie posiada zorganizowanych służb. Jeszcze. — Samosądy. Miasto nie było ustabilizowane, potrzebowało planu odbudowy. Nie posiadając dotąd namiestnika czarodzieje żyli tu oderwani od wszystkiego. Tradycji, kultury, ludzi, którzy by ich zespajali. DOpiero w ostatnich tygodniach pojął trud wkładany przez szlachetne rody. On musiał zbudować potęgę od nowa, ale dzięki temu mógł zrobić to na własnych warunkach i tak, jak to sobie wymyśli.
Ruszył przed siebie, kiedy Cassandra przysypała dół ziemią.
— Nie skarżyli. Nie mnie — doprecyzował, zerkając na nią. — Ale będziesz mogła zaraz wszystkiego się dowiedzieć.
Tym razem to on ruszył przodem, schodząc z głównej drogi na boczną ulicę prowadząca w głąb miasta. Wsunął dłonie w kieszenie spodni. Budynek szpitala majaczył już przed nimi. Zatrzymał się, obracając za siebie, by poczekać, aż do niego dotrze.
— Dotarły do ciebie informacje o tym, co tu się wydarzyło? Zamek jest w trakcie odbudowy.— Gdyby weszli jeszcze dalej, dojrzeliby mury, które wtedy zostały zniszczone. — A w tamtej kamienicy mieszkał czarodziej, którego okrzyknięto bohaterem. Otrzymał pośmiertne odznaczenie od ministra, wraz z Rycerzami Walpurgii. I Ritą.— Wskazał ruchem głowy na budynek. Słyszał o tym, że już wtedy okrzyknięto go bohaterem, który wspierał Rycerzy Walpurgii. Nie był pewien, czy jego bliscy pogodzili się z jego stratą, dotarły do niego wieści o ich rozgoryczeniu i trudności z przetrwaniem żałoby. — Ludzie wciąż mówią o tamtych wydarzeniach z przejęciem. Czują się wyzwoleni. Są wdzięczni za to, co się wydarzyło. Jesteśmy tu mile widziani — napomknął Cassandrze, powoli skręcające stronę budynku. — Darzeni szacunkiem, podziwem — wymieniał powoli; nie dbał o to. Nigdy dotąd nie obchodził go los ludzi i ich opinie. — Tam jest szpital. Choć to raczej ruina, w której przyjmują uzdrowiciele. — Spojrzał w bok, ale dopóki na niego nie patrzyła nie mogła dostrzec tego kierunku. Skręcił tam, zbliżając się do kolejnej kamienicy. Z zewnątrz była w kiepskim stanie, przypominała opuszczony lokal usługowy. Kiedy weszli do środka przez chwiejnie osadzone w zawiasach drzwi, zadzwonił dzwoneczek, niczym w sklepie. W środku było zupełnie pusto, choć brudno. Podłogę pokrywała gruba warstwa kurzu i brudu, ziemi wnoszonej z butami. Okno mało pękniętą szybę, nie przywitał ich także nikt, ale wiedział, że jeśli ktokolwiek znajduje się w środku to nie tutaj. Pierwsze pomieszczenie połączone było z długim korytarzem, na którego końcu znajdowały się drzwi. — Ranni otrzymali tu pierwszą pomoc. Leczono poszkodowanych tygodniami. Chcę żebyś rzuciła na to miejsce okiem i określiła czego w nim brakuje, czy wciąż się do czegoś nadaje, a jeśli nie, co należy zrobić. Opracowała program na to miejsce, nie tylko szpital, ale całe miasto. Spisała wytyczne i sugestie. W zamian, kiedy ta lecznica będzie gotowa do użytku, lub powstanie na nowo, chciałbym oddać ją całkowicie w twoje ręce. Miałabyś do dyspozycji Elvirę, która zadeklarowała się przed kilkoma dniami, zobowiązując do pomocy, ale także ludzi, których zdążyła tu poznać. Uzdrowiciele, dyrektor tej placówki. Także mieszkańcy gotowi do pomocy. To miejsce sprzyja nam. Mogłoby sprzyjać także tobie. Być początkiem czegoś nowego. — Zatrzymał się i skrzyżował z nią poważne spojrzenie.



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Świat smakuje jak machora
a machora jak ten świat,
kiedy przyjdzie na mnie pora
sam wyostrzę czarny bat.
OPCM : 40
UROKI : 20 +2
ALCHEMIA : 0 +3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5 +3
Genetyka : Jasnowidz
Kamienica, Warwick - Page 2 BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]24.08.22 14:53
Nie sądziła, że będzie chciał jej towarzyszyć w oględzinach tutejszych zbiorów, ziołolecznictwo nie było jego pasją, tym bardziej ogrody, czy nie doceniła jego determinacji? Umysł został wydarty z tych myśli, gdy pochwycił ją w ramiona, a ich spojrzenia mogły się spotkać, po raz pierwszy od dawna z czymś, co można chyba było nazwać szczerością. Jego rysy straciły tę ostrą obcość, surowość jego spojrzenia była dla niego naturalna, lecz nie pamiętał już o niczym, co połączyło ich w przeszłości; teraz, przez krótki i nagle urwany moment, poczuła, jakby patrzył na nią tamtymi oczyma. Jego brak wspomnień był wygodny, zdmuchnął kurz niezgody, pozostawiał na obrazach rysy, które można było wypełnić dowolnym pigmentem. Czy rzeczywiście tego chciała? Jaka mogła być cena kłamstwa, czy mogło zmienić bieg historii, czy raczej zatoczyć ją kołem? Gdy widzieli się ostatni raz, chciała, by pamiętał. Nie to, co przeminęło, a to, co wyrosło nowe na spalonej ziemi. Wtedy też był szczery, pozwalając zrzucić ze swoich barków ciężar co dnia niesionych na nich obowiązków, choć złość roziskrzona zapadłą później ciszą nie pozwalała tego dostrzec.
- Wywieś obwieszczenie - poradziła, podążała za siłami Ministerstwa Magii, za samymi Rycerzami, po zrujnowanych wioskach, zniszczonych polach obsiadłych przez kruki i wrony, gotowa nieść pomoc tam, gdzie jej potrzebowano. Zdążyła się nauczyć, dostrzec, że Rycerze niewiele robili sobie z tego, co po sobie zostawiali. Czasem ich to bawiło, brutalność i krwawe igrzyska. Miała wrażenie, że nie dostrzegali, że te zabawy nie pomagały im w stabilizacji podbitych terenów. - Ogłoś kary dla tych, na czyich posesjach wciąż znajdują się zwłoki, rozszerz to na sąsiedztwa należące do miasta. To pilne, w czerwcu będzie już za późno. Wszystko wokół wciąż przypomina krajobraz po bitwie, ludzie skupieni są na odbudowie domów, uprzątnięciu zniszczeń i ratowaniu tego, co zostało z ich majątku. Zbiorowych mogił nikt nie rusza, bo cuchną. Najgorsze prace odkładają na koniec. Ale kiedy choroby zaczną się rozprzestrzeniać, chaos szybko tu powróci nawet bez wroga. Ciała muszą zostać pochowane - Była pewna, że tylko w części nie robili tego z podanych powodów. Wojna budziła najgorsze instynkty, wielu czerpało satysfakcję z upokorzenia wroga i zbeszczeszczania tego, co zostało z niego po śmierci. Dotąd się nie skarżyli, spojrzała na niego na krótko, lecz nie odezwała ni słowem, gdy stwierdził, że będzie mogła dowiedzieć się więcej wkrótce.
- Tyle, ile pisano w gazetach i tyle, ile na ulicach mówią ludzie. O wielkiej bitwie i wielkim deszczu. O agonii niemagicznych i wielkich zniszczeniach - odparła, gdy spytał, ile wiedziała, wsłuchiwała się w jego słowa milcząco, przenosząc wzrok na kamienicę bohatera. Cóż komu po takim bohaterstwie? Przełknęła ślinę, nie dając po sobie poznać nabiegłych emocji. Nigdy nie dowiedziała się, jak dokładnie zginęła Rita, choć od pewnego czasu zbierała się, by pomówić z kimś, kto jej wtedy towarzyszył. Wciąż nie do końca docierała do niej ta strata. Wciąż łudziła się, że ktoś odnajdzie jej ciało pośród gruzów, że pojawi się u progu jej domu z tą samą iskrą w oku, co zawsze. Jak wiele jeszcze odebrać im miała ta wojna? Ale Ramsey mówił o tym jak o zwycięstwie. Groza zniknęła, czarodzieje odnajdywali rzeczywistość i ci, których mijali, wydawali się spokojni. Zmęczeni, ale spokojni. Są wdzięczni. W końcu zawdzięczają swoją wolność wielkim bohaterom. Szacunek, podziw, ciężko na to wszystko pracował. Znała prawdziwą cenę jego poświęcenia, to ona oczyszczała odniesione przez niego rany. Triumf pozwolił mu wreszcie sięgnąć szczytów, imponował jej. Tym, do czego doszedł, a co widziała w tej chwili własnymi oczyma. Nic nie spadło mu z nieba, wykazał się odwagą i męstwem.
Nie powiedziała nic, wchodząc za nim do budynku nazwanego leczniczą, z zewnątrz wydawał się bliższy ruinie. Jej spojrzenie powoli umknęło w bok, poszukując dzwoneczka o łagodnym brzmieniu i przyjemnych dla ucha wibracjach. Wydał jej się zaskakująco miły dla ucha, jak śmiech na gruzach, dobry omen nadchodzącego jutra. Wschód słońca. Chwyciła łańcuszek, na którym był zwieszony, by z zaciekawieniem kilkakrotnie obrócić go w dłoniach. Ruszyła przed siebie, ostrożnie zbierając palcem warstwę kurzu ze ściany, by przyjrzeć mu się z uwagą, a potem strzepnąć z dłoni, powoli otwierając drzwi sąsiadujących pomieszczeń - nieśpiesznym krokiem zwiedzając kolejne. Lecznica była znacznie większa do tej, którą prowadziła, wkroczywszy do kolejnego obróciła się wokół pośrodku, przyglądając się szafkom obłożonym starymi fiolkami. Już na pierwszy rzut oka wiele z nich wypełnionych było zjełczałą zawartością.
- Przede wszystkim wysprzątać. Na podłodze jest pełno krwi, a ściany pokrywa chyba nie tylko kurz... - stwierdziła, zbliżywszy się do okna przesunęła opuszkami palców po parapecie, z uwagą przyglądając się ściągniętym brudom. - To sadza. Musiała opaść po wydarzeniach na zamku. Pacjenci nie mogą tego wdychać. Tam - wskazała dłonią pod sufit - rozwija się pleśń, wilgoć wewnątrz jest zbyt wysoka. - Od razu pchnęła pobliską okienną ramę, wpuszczając do środka powietrze. - Wszystkie te leki trzeba zutylizować - stwierdziła, wciąż stawiała kroki powoli, jakby lękając się, że podłoga pod nią runie, gdy przyśpieszy kroku, zbliżając się do szafek. Wzięła między palce jedną ze starych fiolek, jej zawartość była mętna, zielona. Gęsta. - I to ostrożnie. Stary wywar z wiggenu, dawno już nie nadaje się do użytku - rzuciła, spoglądając na Ramseya. - Zmieszany z dowolnym olejem stanie się zabójczo łatwopalną mieszanką - zawyrokowała, pobieżnie przyglądając się pozostałym buteleczkom. Nie rokowały wiele lepiej. - Jest tu piwnica? - spytała, nie widziała dobrze zaopatrzonej apteki, a pracownia na miejscu była zawsze najwygodniejsza. Świeże medykamenty mogły być warzone według potrzeb, a komponenty nie musiały się wtedy marnować. Oszczędność stanowiła dzisiaj klucz do przetrwania. - Prześcieradła na pryczach trzeba wymienić na nowe. - Były brudne, można było spróbować je doprać, lecz czy uda się z nich zmyć wszystkie zarazki? To miejsce wymagało ogromu włożonego w niego wysiłku, ale dało doprowadzić się je do porządku. Uniosła ku niemu spojrzenie, gdy zaproponował jej wzięcie tego miejsca pod własną opiekę. Początek czegoś nowego? Nie spodziewała się tego, uciekła spojrzeniem, spoglądając raz jeszcze na mury, meble, porozrzucane przyrządy, wzniecony otwartym oknem przeciąg poruszył dzwoneczkiem przy drzwiach, a przyjemny dla ucha dźwięk znów dobiegł z oddali.  
Od dawna zastanawiała się już nad wyprowadzką z Londynu. Miasto było bezpieczne, a draby, którym dotąd oferowała pomoc, mogły odnaleźć się w szmalcowniczej karierze i w kilka dni z nikogo stać się kimś. Ci, którzy pozostali, nieprzerwanie budzili jej niepokój. Rozmyślała nad różnymi rozwiązaniami, lecz czy kiedykolwiek jeszcze mogła spotkać ją szansa lepsza od tej? Lecznica prowadzona pod protekcją namiestnika miała szanse rozwoju. Realną szansę walki o ludzkie życie, istniała też niewielka szansa, czy ktoś zainteresuje się posiadanymi przez nią uprawnieniami lub ich brakiem. Słowo Mulcibera było dziś trudne do podważenia. To miejsce wydawało się zdecydowanie lepszym środowiskiem dla Lysandry, niżeli jej obecne. Calchas przerażał ją już teraz, nie chciała chować go na Nokturnie. Calchas, jego syn, o którym wciąż nic nie wiedział. Jego pierworodny syn, który poprzez krew i po mieczu posiadał wszelkie prawa do tych ziem.
- To duża zmiana - przyznała, odkładając fiolkę na miejsce, oglądając się na niego, odnajdując jego poważne spojrzenie. Stalowe jak zawsze. Nie żartował, chciał tego. - Czy rzeczywiście to miejsce sprzyja nam? - zapytała, stawiając powolne kroki w jego kierunku. - Czy to rzeczywiście początek nowego, czy jednak powrót do przeszłości? - zapytała, nie odejmując od niego spojrzenia, lecz minęła go bez słowa, układając dłoń na klamce prowadzącej do sąsiedniego pomieszczenia i pchnęła je, zamierzając obejrzeć cały budynek. - Nie pamiętasz - rzuciła w przestrzeń, wystarczająco głośno, by mógł usłyszeć.
- Będziesz musiał dać mi trochę czasu na domknięcie swoich spraw w Londynie. I nie tylko, jestem na posługach lorda nestora Burke w Durham. Poinformuję go, lecz dobry obyczaj nakazuje, bym pozostała w jego dyspozycji, póki nie znajdzie dla mnie zastępstwa.  - Nie sądziła, by to, o czym mówił Ramsey, było możliwe do pogodzenia z dodatkowymi obowiązkami.




bo ty jesteś
prządką

Cassandra Vablatsky
Zawód : Szeptucha
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

i am my mother's savage daughter

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-zorya-utrennyaya#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]24.08.22 17:15
Był wieszczem, ale nie wizjonerem, a jednak wiedział, że ona mogła być. Zbyt twardo stąpał po ziemi, by to miejsce stało się obiektem jego planów i celów. Ale ona — owszem. Chciał jej coś zapewnić, obiecać, pokrętnie do czegoś przekonać, w tym do własnych zamiarów, wcale nie kryjąc się z tym, co chodziło mu po głowie. Intrygowała go, a to wszystko czego dowiedział się w ostatnich tygodniach sprawiło, że jej wartość była olbrzymia. Wysłuchał jej uwag i pierwszych sugestii, zaskoczony — choć nie dał tego po sobie poznać — jej inteligencją, analizą, trafnym spojrzeniem. Wystarczył moment, by zyskać szereg trafnych uwag. Nie był stworzony do roli, która mu przypadła, ale zawsze pojmował wagę kontaktów i przysług. Dziś właśnie to przyda mu się najbardziej — grono ludzi, którzy swoją wiedzą podzielą się z nim i sprawią, że to miejsce w przyszłości stanie się kolejnym typowo czarodziejskim miastem, może dorównującym nawet samej stolicy.
Pokiwał głową, zważając się z jej zaleceniami. Nie pomyślałby o tym, goniąc za innymi priorytetami. Miała słuszność, powinien to zrobić jak najszybciej. Zająć się tym, by móc ruszyć do przodu. Nie wracać do tego, co dopilnowane odpowiednio wcześnie mogło przyspieszyć cały proces i zredukować koszty. Obserwował ją, kiedy rozglądała się po wnętrzu, łapiąc krótkie momenty na jej twarzy, kiedy się zastanawiała nad odpowiedzią. Czekał, a kiedy ich spojrzenie się spotkało, zastygł w bezruchu. Jej spojrzeń, gestów, reakcji dopiero się uczył. Zapamiętywał drobne zmiany pojawiające się na jej twarzy, w ruchach, przyporządkowując je do potencjalnych emocji i wrażeń, ale także słów. To była duża zmiana, miała rację. I nie będzie w stanie zająć się tym z Londynu, musiała zostawić swoje dotychczasowe życie tam, nie mogąc poświęcić go na córkę i dwie prywatne praktyki.
— Zmiany są nieuchronne — powtórzył słowa, których chwytał się często. Świat dążył do zmian naturalnie, on także. Od początku swojego istnienia o nie walczył. Nie pamiętasz. — Nie muszę — odpowiedział jej od razu, bez cienia wahania, czy skruchy. Zrozumiał to w ostatnich dniach, ona mu to udowodniła. Jej słowa o pamięci wisiały w powietrzu, odbijały się echem w jego głowie. Nie pamiętał, w tym rzecz. — Jestem kim jestem przez to co przeszedłem, czego doświadczyłem, z powodu ludzi, których spotkałem i decyzji, które podjąłem. — Nigdy niczego nie żałował, a gdyby miał cofnąć się w czasie przebyłby tą samą drogę. Stali w innym miejscu niż wtedy, gdy się poznali. Wpływały na nich inne doświadczenia, mieli inne problemy i zmartwienia. Gdyby chciała, mogłaby tak samo zapomnieć jak on — była już inną kobietą, prowadziły ją inne priorytety. — Przyszłość rozpoczyna się dzisiaj, bez względu na to, co wydarzyło się wcześniej. Nie muszę oglądać się za siebie, by znaleźć się w miejscu, do którego chcę dojść. Interesuje mnie jutro. — A tę przyszłość wiązał właśnie z nią.— A ciebie, Cassandro? Jesteś wieszczką, jaką wartość ma dla ciebie to, co zostawiłaś za sobą? — Ile warte są tamte zdarzenia, ile to, co jeszcze ją czekało? Kim był Ramsey Mulciber, którego znała — dżentelmenem? Potworem? Kłamcą, kochankiem, oszustem, draniem, miłością, uznaniem, oprawcą, uzależnieniem, pasożytem, opoką, przyjacielem, porażką? Odkąd ściągnęła na siebie jego uwagę na sabacie, a później pozwoliła mu karmić się przyjemnym złudzeniem, dręczyły go te pytania. Co było, dlaczego przepadło? Ale szukając na nie odpowiedzi zdał sobie sprawę, ze go to wcale nie obchodziło. To, czego mógł chcieć stało przed nim. A on? Był już tylko wspomnieniem. Mógł być wszystkim i niczym. Dziś miała wybór. — Są takie momenty w rzeczywistości, krótkie i ulotne, jak magiczny impuls, które potrafią zmienić bieg wszystkiego. Przeszłości, teraźniejszości, przyszłości. Jak okno otwarte przeciągiem. I tylko od ciebie zależy, czy je zamkniesz, czy przez nie wyskoczysz. Czy wiatr rozwieje to, co było niosąc nowe, czy zdusisz się w tym, co dobrze znane. I cokolwiek zrobisz, nigdy już nie wrócisz do tej chwili. To dzieje się teraz. My jesteśmy tą zmianą. Czujesz to? Ja tak. — Ostatnie słowa wypowiedział głośniej, zdecydowaniej, nie ruszając się z miejsca. Mimo to, akustyka pomieszczenia zdawała się nieść jego słowa za nią. — Nie pamiętam. A ty? — Chciała to wszystko pamiętać? Przypomni mu wszystko to, co będzie chciała, jeśli znajdzie w tym cel? Oszuka go czy nie, nieważne. To już nie miało znaczenia. Stali na pograniczu starego z nowym. Przechylił głowę nieco w bok. Wiele słyszał z różnych stron. Nie zbierał otrzymanych listów, palił je wszystkie. Nie posiadał jednego, klarownego obrazu rzeczywistości, ale dlaczego stali tu dziś w takiej formie, chociaż przeszłość, która ich połączyła mogła spleść im znacznie milsze scenariusze? Nie znał jej, ale znał siebie i wiedział, że znalazł się tu nie bez powodu, a ona nie bez powodu miała wobec niego żal — i mimo tego żalu stanęła przed nim podczas tamtego sabatu. Wybrał ją wtedy, nie z powodu bzdurnego odurzenia. Nie wierzył w miłość. Patrząc na nią czuł podskórne przywiązanie, czuł zaufanie, którego nie pojmował. Za dobrze wiedział, że w tym świecie nie można było ufać nikomu.
Uśmiechnął się pod nosem, słysząc jej słowa i dopiero kiedy otrzymał potwierdzenie, ruszył za nią, w głąb korytarza. Powoli, bez pośpiechu. Kiedy nacisnęła za klamkę mogła ujrzeć kolejne pomieszczenie, prowizoryczne prycze, wybite okna. Miejsce, w którym prawdopodobnie uprawiano drobne zioła, nadpalony kocioł nad niedawno zgaszonym ogniskiem. Powietrze pachniało medykamentami, eliksirem, ale nic mu nie podpowiadał ten aromat. — Pośpiech jest złym doradcą. Poczekam — na nią, na jej gotowość do działania, na jej zaangażowanie. Na jej wolność. Nie tylko dlatego, że czekało ją tu mnóstwo pracy. Przystanął w progu, rozglądając się dookoła. Były jeszcze dwie pary drzwi, ale jedne zabite były deskami. Nie spodziewał się po drugiej stronie magicznych istot lub potworów, raczej beznadziejnego stanu pomieszczenia, które groziło zawaleniem, wybuchem, pożarem, zniszczeniem. Za tymi jednymi drzwiami, które im pozostały w tej dużej sali — sali na pozór szpitalnej, dało się słyszeć jakieś dźwięki.
— Wierzę, że jesteś moim przeznaczeniem. — powiedział, podchodząc do nich powoli. Pozwolił jej się tu rozejrzeć. Zgodziła się, ale to miejsce wymagało nakładów i pracy i pieniędzy, a środki w Warwick trzeba było rozdysponować mądrze, wiele było do zmiany. — Ale też jestem wieszczem. Potrafię oszukać przeznaczenie. — Sięgnął do klamki i otworzył drzwi, a za nimi podskoczyła kobieta w brudnym z krwi fartuchu, z różdżką wyciągniętą przed siebie. Przechylił głowę i otworzył drzwi szerzej, wycofując się z powrotem do sali.— Dzień dobry.
Czarownica złapała się za pierś, a później wytarła dłonie w fartuch i wyszła z niewielkiego pokoju, który pełnił rolę składziku. Przywitała się, spoglądając na nich oboje z dziwną ulgą.
— Przepraszam, jestem dziś sama — odpowiedziała. Była młoda, drobna. — Myślałam, że... W czym mogę pomóc?
— To panna Vablatsky — wskazał na Cassandrę, cofając się pod ścianę. — A to pani Spencer-Moon. Pracuje w tym miejscu, jako jedna z kilkoro uzdrowicieli. Prywatne to także córka dyrektora tego... szpitala. — Poznał ją tu podczas ostatniej wizyty, podczas której szukał ukrywających się mugolskich polityków, ich rodzin. Niedobitków, którzy liczyli na łut szczęścia. Kiedy robił rekonesans w mieście, przyglądał się stratom, wojennym zniszczeniom, konfliktom. Przemknął spojrzeniem od Cassandry do uzdrowicielki. — Panna Vablatsky przybyła tu z Londynu, zgodziła się pomóc postawić to miejsce na nogi. Chciałbym, by została przedstawiona wszystkim uzdrowicielom w mieście. Jej wiedza medyczna jest nieoceniona. Ma na swoim koncie wiele sukcesów z trudnymi przypadkami, przede wszystkim w wojennych realiach. I oczywiście doświadczenie w prowadzeniu podobnej placówki. — Zapowiadał ja bez pokrycia, ale nie wierzył, że otwarcie ktoś poważny jego słowa. — Z pewnością będzie potrzebowała informacji, więc proszę przyjąć ją życzliwie i zaopiekować się nią jak najlepiej. — Uśmiechnął się życzliwie. — Ach, gdybym był potrzebny, proszę kontaktować się z panną Vablatsky. — Spojrzał na wieszczkę. — Ufam jej w pełni. Z pewnością także przekaże mi ewentualne wieści. — Nie chciał uczestniczyć w tym procesie, nie znał się na tym i nie interesował go ten przybytek bardziej niż powinien. Jeśli ktokolwiek miał się tym zająć to właśnie Cassandra — ale los szpitala był tylko środkiem do celu. Chciał, by tu była. W pobliżu, blisko, z nim.
— Napije się pani czegoś? — spytała uzdrowicielka, skinąwszy głową.



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Świat smakuje jak machora
a machora jak ten świat,
kiedy przyjdzie na mnie pora
sam wyostrzę czarny bat.
OPCM : 40
UROKI : 20 +2
ALCHEMIA : 0 +3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5 +3
Genetyka : Jasnowidz
Kamienica, Warwick - Page 2 BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]26.08.22 15:43
Zmiany są nieuchronne. Jej życie zmieniało się drastycznie już kilka razy, czasem na dobre, czasem na złe, odnajdywała się w nowej przestrzeni jak kameleon, dostosowując się do tego, co ją otaczało, jak kot spadała na cztery łapy, poszukując ochronnego parasola potężniejszych od niej. Zmieniali się oboje, przeszli razem wiele, lecz wspólne wspomnienia pozostały tylko w niej - i mogła zrobić z nich taki użytek, jaki chciała. Gdyby zniknęła teraz, nikt by jej pewnie nie szukał. Mogła to zrobić, tak po prostu od niego uciec. Ale stała tutaj, przy nim, doskonale pamiętając nie tylko o tym, co złe, ale i o tym, co sprawiało, że nigdy nie był jej obojętny. A ona nigdy nie była obojętna jemu, spojrzała na niego kątem oka, gdy wyznał, że wcale nie musiał pamiętać. Milczała, wiedząc, że jego słowa były mądre, nie impulsywne i nie mamiące, a rozsądne. Przekrzywiła głowę w bok, odnajdując jego stalowe spojrzenie, równie nieprzeniknione, co zwykle. Zawsze uważała, że dostrzega w nim więcej, niż inni. On sam nie znał siebie równie dobrze, co ona znała jego.
- Przeszłość zawsze wiąże się z przyszłością - odparła, sięgając spojrzeniem skóry jego szyi, by odnaleźć krawędzie blizny znikającej pod ubraniem. Znała je wszystkie. - Czasem objawia się bliznami popełnionych błędów - Nieśpiesznie uniosła wzrok znów ku niemu, pozwalając powoli wznieść się przyczernionym rzęsom. - Innym razem owocami wydanymi przez to, co zasiane - To nie był dobry moment, żeby o tym rozmawiać. Ale odpowiedni, by zaczął nad tym myśleć. - Ktoś, kto widzi przyszłość, wie, że choć lubimy upraszczać sobie pojmowanie czasu, jego istota jest znacznie bardziej skomplikowana. - Mógł przeć przed siebie, prosto do celu, nie oglądając się za siebie. Ona nie zamierzała ani nie mogła, byłą matką i właśnie dlatego jej potrzebował. Jutrzejszy poranek zależał od tego, jak wyglądało dzisiejsze ścielenie łoża, nie można było tylko podążać za wiatrem. Czas płynął, miał słuszność w tym, że przyszłość mimo wszystko: leżała wyłącznie w ich rękach. Czas niekiedy zawracał, zazębiał się z przeszłością, mylił się i gubił, potrafili uchwycić jego strzępy w snach, lecz nigdy nie mieli wiedzieć, czy były refleksami rzeczywistości, cieniem przyszłości, czy przestrogą czy obietnicą. Czy przeszłość rzeczywiście dało się zmienić? Nie całą, nic już nie zmieni tego, co ich połączyło. Nic już nie zmieni narodzin Calchasa, jego życie zakwitło czarnym kwiatem, z jego nasienia, podlanego jego krwią. I on - był przyszłością Ramseya. Przeszłością, która i tak go dopadnie. Mogła iść za przeciągiem, mogła pozwolić żywiołowi zatrzasnąć drzwi i zniknąć. Skinęła powoli głową, miał rację. Byli tą zmianą tu i teraz. Tu i teraz ważyły się losy jej syna. Powoli podeszła do kociołka, z którego unosił się zapach wypełniający pomieszczenie. Zioła pachniały słodko, przyjemnie. Opuszki palców zebrały pył z jego krawędzi, przyglądała mu się przez chwilę, nim strzepała go z dłoni. Eliksir na kaszel, po części zmarnowany. Cukier przedłużał jego trwałość, nie wiedzieli o tym.
Czy ona pamiętała? Nie odpowiedziała, ona nie mogła zapomnieć. Lubiła jego pewność siebie, nie była pozbawiona pokrycia. Imponowała jej jego siła i niezłomność. Jego zdecydowanie, gdy namierzył cel, zawsze go osiągał - potwierdzał to teraz każdym wypowiedzianym słowem, czy to dlatego zdecydował się na taką otwartość?
Porzuciła oględziny ścian, podłóg i narzędzi, spojrzała na niego, wiedząc, że podobnych słów nie wypowiedziałby bez pokrycia. Że podobnych słów nie wypowiadał często. Znała prawdę lepiej od niego, mógł tylko na ślepo podążać za intuicją, ale i na ślepo potrafił odnaleźć właściwą drogę. Czy to dlatego jej wahanie zaczynało przechodzić w pewność? Nie zdążyła odpowiedzieć na jego słowa, gdy otworzył drzwi kolejnego pomieszczenia; powitała napotkaną kobietę - dziewczynę? - skinięciem głowy.
- A jednak tego nie robicie. Dlaczego? - zapytała, zwracając się do Ramseya pomimo jej towarzystwa, jeszcze nim młoda uzdrowicielka wyszła ze swojego ukrycia. Nie uczestnicząc w poprzedniej rozmowie nie mogła wiedzieć, o czym mówiła, gdy słowa pozbawione kontekstu nie niosły w sobie krzty intymności. Zmieniona forma na mnogą miała wybrzmieć większym szacunkiem wobec napotkanego towarzystwa, wykluczając plotki o bliższych zażyłościach między nimi. Czy przeznaczenie zawsze dało się oszukać? Nie, gdy łączyła ich krew, prędzej czy później powróci. Mogła ukryć Calchasa, lecz nie zmieni zapachu jego krwi. Był jego synem. I tym, co po nim pozostanie, gdy odbudowany na nowo świat pójdzie w przyszłość własnym życiem. Przeniosła wzrok na Mulcibera, kiedy przedstawił ją uzdrowicielce, słowa brzmiały dumnie, choć rozmijały się z rzeczywistością. Miała duże doświadczenie, czy wiedział, jak duże w wojennych realiach? Trwająca wojna była jego pierwszą, ale nie jej. Zaczynała praktykę w Mungu, zdobywając bezcenne doświadczenie nad rannymi w walkach w trakcie Wielkiej Wojny Czarodziejów. Bardzo dzisiaj pomagało. Czy miała doświadczenie w prowadzeniu podobnej placówki? Wątpliwe, jej lecznica była mniejsza, niczym jednak nie dała po sobie poznać zaskoczenia jego słowami. To on rysował teraz rzeczywistość. Kreślił obrazy przyszłości.
Od dnia, w którym wydalono ją z Munga, nieustannie walczyła o szacunek do samej siebie, odbijając się od dna, którego jako magomedyczka sięgnęła na Nokturnie. Szybko okazało się, że pokora popłacała, a przyszłość dało się zmienić. Mimo scysji, pogardy, jaką obdarzył ją starszy Mulciber, to właśnie dzięki Ramseyowi odnalazła wśród Rycerzy Walpurgii respekt, który pozwolił uczynić ją dla nich prawdziwie cenną. Nie na szacunku jej zależało, a na godnym życiu dla jej dzieci. Żadnym słowem nie zapewniłby jej o tym mocniej, niż tym niezapowiedzianym spektaklem. Czy rzeczywiście nie pamiętał, czy naprawdę łączył ich przedziwny splot przeznaczenia, który pozwalał mu podążać za intuicją do celu tak jak Tezeusz podążał za złotym błyskiem nici Ariadny? Nie od razu spojrzała na dziewczynę, badając wzrokiem profil jego twarzy.
- Dziękuję - odpowiedziała, skinięciem odmawiając poczęstunku. Chciała obejrzeć ogrody przed zmrokiem, nie zasiedzą się tu dłużej, niż powinni. - Jak ci na imię? - Jeśli miała zostać jej podwładną, musiała ją poznać. Jak córka dyrektora mogła okazać się zorientowana, mężczyznę wystarczyło zepchnąć do opieki nad księgowością. - Namiestnik znalazł czas, by pokazać mi to miejsce. Pacjentów jest niewielu, czy pozostali uzdrowiciele przebywają teraz na froncie? W mieście? Zastanawia mnie, skąd tu tyle brudu. Wojenny kurz nad Warwick zdążył opaść, a tego miejsca wciąż nikt nie posprzątał. Czy nikt nie ma na to czasu? - Czy nikt nie uznał tego za istotne? Czy uzdrowiciele stwierdzili, że to zbyt prozaiczne zajęcie jak na ich wiedzę i umiejętności? - Wśród leków widziałam stare eliksiry, używacie ich w takiej formie? Wiele z nich nadaje się tylko do wylania. I to w sporej odległości od siebie - Interakcje niektórych mogły wywołać niemałą eksplozję. - Co z surowcami na leki? Nie widziałam dobrze zaopatrzonej apteki, skąd i jak są sprowadzane? - Remont niewątpliwie oczekiwał na fundusze i ręce do pracy. Jak całe miasto. Ale wydawało się, że jest sporo rzeczy, które można było zrobić już teraz. Miała kontrakt z Goylem. Przekierowanie dostaw tutaj będzie logistycznie trudne, ale nie niemożliwe. Czy mieli tu własny wóz? - Jak wygląda sytuacja w mieście? Ranni w bitwie wrócili już do domów? Mijaliśmy zbiorowy grób z ciałami mugoli, ciała zalegają. Gniją. Czy w lecznicy zaczęli pojawiać się czarodzieje z objawami chorób zakaźnych? - Przeniosła wzrok na Mulcibera. - Kiedy możemy spodziewać się funduszy na remont tego miejsca? - zapytała na koniec jego, chcąc zebrać najistotniejsze informacje.




bo ty jesteś
prządką

Cassandra Vablatsky
Zawód : Szeptucha
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

i am my mother's savage daughter

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-zorya-utrennyaya#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]10.09.22 14:14
Pamięć o tym, co ich łączyło przeminęła i kiedy pradawny demon budził się do życia, udowadniał mu, że najprawdopodobniej nigdy nie wróci. Niepokojące luki nakazywały mu zachowanie ostrożności i dystansu. Każdy kto dowiedziałby się o tej dziwnej przypadłości wykorzystałby to dla własnych korzyści — tak, jak czyniła to ona. Jak mogła przynajmniej. Ale kiedy jej się przyglądał zaczynał rozumieć, że nie mógłby wątpić. Zbyt zapatrzony w siebie i przeświadczony o własnej nieomylności nie mógł przecież obawiać się przebiegłej kobiety. Cokolwiek się wydarzy, poradzi sobie i z tym, a postawione po wspólnych wspomnieniach dziury załata nowymi doświadczeniami. Nie wiedział, że krzywd naczynił jej wiele i przez nie gotowa była od niego uciec, jak kiedyś od jego brata. Nie był świadom nawet namiętności i uczuć, które w nim wyzwoliła. Wolny od przeszłości uczył jej się na nowo, obserwując stawiane kroki, drobne gesty, powłóczyste spojrzenia i nęcący dystans, który stwarzała po zostawieniu zapachu słodkiej obietnicy. Wpatrując się w jej ruchy, w których nie było przypadkowości, szukał prawdy i fałszu. Analizował ją pod kątem gry i strategii, zastanawiając się czasem, jak różny był od obrazu, który pozostawił po sobie miesiące temu.
Obserwował jak jej spojrzenie opada gdzieś, nie był pewien gdzie. Na szyję, ramiona, a może gdzieś za niego na tylko jej znany punkt. Jej słowa rozjaśniły ciemność, w której błądził w takich chwilach. Mądre słowa utkwiły mu w głowie. Wiele mówiły o niej samej. To było dla niego najważniejsze. Pozwolił, by jej słowa ukoronowały późniejszą ciszę. Nie protestował, nie podważył jej słów. Chciał, by dźwięk jej głosu utknął w tym miejscu na dłużej, tak, by mógł się wciąż nim rozkoszować, gdy zniknie. Czas, o którym mówiła, zdawał się zawracać w chwilach takich jak ta, kiedy myślał i czuł, że już w tym miejscu kiedyś byli i przeprowadzali podobne rozmowy.
Przed nimi stanęła jednak kobieta, wystraszona i nieco zaniepokojona ich obecnością. Nie spodziewała się tu takiej wizyty. Odsunął się od nich. Spencer-Moon była młodsza od Cassandry, ale jej twarz spowita była podobnymi oznakami zmęczenia. Podpuchnięte oczy, opadnięte brwi czyniły jej młodą twarz brzydszą niż mogłaby wyglądać w innej rzeczywistości.
— Ponieważ wierzę, że ziarno napotkane na drodze, odpowiednio pielęgnowane ma szanse wykiełkować w lepszych warunkach i dać smaczniejsze owoce. Jakim ignorantem trzeba być, by, będąc głodnym odrzucić taki dar? Nie sądzę dziś, bym musiał uciekać przed tym, co zesłał los. I ty także.— Nie podjął odpowiedzi w podobnej narracji, nie zależało mu na tym, by ukrócić plotki o ewentualnych zażyłościach. Wręcz przeciwnie. Na krótko, zaraz potem przeniósł wzrok na czarownicę, która cierpliwie poczekała, aż dokończą rozmowę, nie rozumiejąc wiele. Jednocześnie wyglądała na zaintrygowaną przedstawieniem nieznanej uzdrowicielki. Z szacunkiem pokiwała głową, wysłuchując kolejnych pochwał dotyczących Cassandry, mierząc ją wzrokiem możliwie jak najsubtelniej, bez wątpienia, oceniając ją pod każdym kątem. Nie miała powodu, by nie wierzyć tym słowom.
— Gabriella — odpowiedziała od razu, wycierając dłonie w fartuch. — Cóż... — zaczęła, spoglądając wpierw na Ramseya, a potem na Cassandrę. — Nie mamy tu na stałe uzdrowicieli w tej chwili. Czarodzieje, którzy przed wieloma laty przyjmowali tutaj byli określani przez ludzi znachorami. Do czasu byli traktowani pobłażliwie. Uzdrowiciele przyjmowali zarówno czarodziejów, jak i niektórych mugoli, ale z czasem uzdrowiciele zaczęli znikać bez śladu. Ciała znajdowano przypadkiem, porzucone gdzieś przy drodze, rzece. Dziadek, który założył ten szpital podejrzewał, że mogą być prześladowani, dlatego powstała tu lecznica, którą ukryto przed mugolami. O jej istnieniu wiedzieli tylko czarodzieje, a uzdrowiciele przyjmowali tylko tutaj, nie obnosząc się z pomocą dla własnego bezpieczeństwa. Kilka lat temu mugole zaczęli się przyglądać temu miejscu, nie umknęła im obecność przybywających osób do tej kamienicy. A parę miesięcy temu pojawili się w końcu tutaj. Jakoś udało im się dostać do środka, uzdrowiciele i pacjenci zostali pojmani i zniknęli zupełnie. Podobno pomagał im jakiś czarodziej. Dobił z nimi jakiegoś targu. Ludzie mówią, że miał sporą bliznę na twarzy, po tym można go rozpoznać. Od tamtej pory szpital praktycznie nie istnieje, a ja zwykle odwiedzam ludzi w ich domach. Dopiero ostatnio, kiedy to wszystko się zaczęło poprosiłam znajomych uzdrowicieli, by pomogli. Teleportują się do miasta na moją prośbę w nagłych przypadkach, kiedy nie mogę dać sobie rady sama. Tak jak ostatnio z rannymi po walkach w mieście. Czasem ranni tu przychodzą, wiedząc, że mogą mnie tu zastać. Więc tak, nikt dotąd nie miał na to czasu — przyznała, choć w jej głosie nie było wstydu, była za to gorycz. — Wszystko, co jest potrzebne staram się warzyć na bieżąco, ale trudno jest mi pogodzić te wszystkie obowiązki. Brakuje eliksirów, ingrediencji, czasu. Rąk do pracy. Mój ojciec najczęściej rusza na wezwanie, dalej od Warwick, pomagając czarodziejom, którzy teraz gonią za swoimi prześladowcami. I nie tylko. Nie mamy aktualnie wielkich zapasów. Wszystko, czego używam znajduje się tu, w schowku — wskazała pomieszczenie, w z którego wyszła chwilę wcześniej. — Zioła nie zdążą odpowiednio się zasuszyć, nic nie jest zrobione na czas, a przez to pomoc jest doraźna. W mieście znajduje się wielu chorych czarodziejów. Kilka pewnych przypadków sinicy, co najmniej dziesięć osób z mandragorą. Ciało łuskowate, groszopryszczka nawracają nieustannie, ale przez te wszystkie wydarzenia czarodzieje boją się iść z tym do uzdrowiciela, pojawić się tutaj, nie mając pewności, czy nie zostaną po drodze pojmani lub zabici. Kiedy dociera do mnie informacja o problemie zwykle jest już dość późno. Mamy więc problem z zaufaniem, ludzie przestali szukać pomocy ze strachu. Ranni w walce pojawiają się tu za to często. Szukają ludzi na własną rękę. Wielu mężczyzn jest żądnych zemsty, wierząc, że byli tu prześladowani przez te wszystkie lata. Ale są też tacy, którzy twierdzą, że tu jest jak wszędzie i krytykują walczących. Te ciała na ulicach to wynik walk z tymi, którzy tu jeszcze zostali.
— W każdej chwili — odpowiedział Cassandrze, informując ją o gotowości do działania, ale jednocześnie o pełnej swobodzie. — Ciała zostaną uprzątnięte. W mieście powstanie jednostka odpowiedzialna za porządek. Zapewni bezpieczeństwo i pozwoli na ponowne budowanie zaufania społecznego. Dopóki tak się nie stanie, ten budynek zostanie znów ukryty przed mugolami. Ta informacja powinna dotrzeć do wszystkich czarodziejów. Łatwiej będzie im pomóc w jednym miejscu. — Spojrzał na Cassandrę, nawet we dwie nie będą w stanie pomóc wszystkim, jeśli będą musiały z najpotrzebniejszym zaopatrzeniem docierać w różne zakątki miasta. Czekało ją wiele pracy, ale w Londynie, na Alei śmiertelnego Nokturnu nie mogła już liczyć na podobne wyzwania. Mung stał otworem przed wszystkimi, którzy dotąd mogli szukać schronienia w takich miejscach jak jej lazaret.— W mieście jest kilka budynków, wiele domów, które będzie można przekazać później czarodziejom. Nie zostaną bez pomocy— zapewnił, nie wątpiąc nawet, że to wszystko, co powstało w tym mieście i należało do mugolskich mieszkańców zostanie odpowiednio zaadaptowane. Przed nimi było mnóstwo pracy — w pierwszej kolejności musieli zaprowadzić porządki takie, jak w Londynie. Nie wspomniał o planach dotyczących personelu, tę kwestię pozostawiał już w rękach Cassandry. Skontaktuje się z Elvirą i przekaże jej wieści. — Gdyby któraś lokalizacja okazała się pomocna lub istotna, zajmiemy się nią. Potrzebna jest tylko informacja o potrzebach pierwszego rzędu.



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Świat smakuje jak machora
a machora jak ten świat,
kiedy przyjdzie na mnie pora
sam wyostrzę czarny bat.
OPCM : 40
UROKI : 20 +2
ALCHEMIA : 0 +3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5 +3
Genetyka : Jasnowidz
Kamienica, Warwick - Page 2 BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]12.09.22 2:34
Wysłuchała jego odpowiedzi w milczeniu, gdy spojrzenie błądziło po jego twarzy; jeszcze niedawno nie była pewna niczego, nie mogła wiedzieć, czy w słowach Mulcibera znajdowały się jakiekolwiek przebłyski szczerości. Pogodziła się z tym, wiedząc, że pragnienia i tak ciągnęły go do niej - czy mogła jednak sądzić, że były one tak silne, by przetrwać to, co się wydarzyło? Ramsey pamiętał wszystko inne, był tą samą osobą, coś, to pożerało go od środka, co mieszkało w nim zechciało usunąć z jego myśli akurat ją. Tak potężny byt nie uczynił tego bez powodu, a to znaczyło tylko tyle, że była dla niego ważna. Cokolwiek ich łączyło, przetrwało, nawet jeśli bez pamięci o zdarzeniach. Znała przecież to spojrzenie, wiedziała, że w boleśnie logicznych słowach obnażonych ze zbędnych pochlebstw nie czaił się fałsz. Od zawsze grali w szachy, ale teraz ktoś - a może coś, ten pasożyt - wywróciło planszę do góry nogami i rozsypało pionki, ustanawiając całkiem nowe zasady gry. Mogli ruszyć od nowa jedynie wtedy, gdy ustawią figury na planszy od nowa, przeciwko sobie czy skierowane w tę samą stronę? Otwartość słów wobec świadka, nawet wtedy, gdy towarzysząca im dziewczyna niewiele mogła z nich zrozumieć, wywołało drgnienie jej ust, które złożyły się w subtelny uśmiech.
- Miło mi cię poznać, Gabriello - zwróciła się do dziewczyny, pomijając grzecznościowe tytuły, lecz bynajmniej nie proponując tego w drugą stronę. Była od niej młodsza i mniej doświadczona, a ona lubiła dobrze znać ludzi, z którymi pracowała. Musiała wiedzieć, czy była coś warta, po pomieszczeniach, które ujrzała, nie było widać jej determinacji, lecz gdy wszystko leżało na jej głowie - na wiele spraw mogła zwyczajnie nie mieć czasu. Nie chciała ferować wyroków nie mając pełnego spojrzenia na sytuację. Braki kadrowe okazały się znacznie bardziej problematyczne, niż wydawało się początkowo, jak wynikało z jej krótkiego raportu. Przelotnie spojrzała na Ramseya wzrokiem, czy ktoś wprowadził go w błąd? Odkąd wchodził w grząski grunt polityki musiał baczyć na podobne nieścisłości, to nie zawsze będzie kwestią przypadku. Wysłuchała historii tego miejsca, w milczeniu, raz za czas błądząc wzrokiem między czarownicą a czarodziejem. - Człowiek z blizną na twarzy - powtórzyła, spoglądając na Mulcibera. - Czy to możliwe, by wciąż był żywy po tym, co wydarzyło się w mieście? - zapytała go, musieli wiedzieć; jeśli lecznica znów będzie funkcjonowała, musieli być świadomi potencjalnych zagrożeń. Czy mugole mogli tutaj wrócić? - Nie zidentyfikowano czarodziejów, uzdrowicieli ani pacjentów, po wydarzeniach na zamku? Wśród rannych, pojmanych, zmarłych? - zapytała, spoglądając na Gabriellę. To by wiele ułatwiło, ale i bez tego z pewnością byli w stanie dojść prawdy. - Masz tutaj pióro i skrawek papieru? Zanotuj - poinstruowała, odczekawszy, aż dziewczyna wykona polecenie. - Caelan Goyle, zarządca portu w Londynie. High Timber Street 8/5. Napisz do niego i powołaj się na mnie. Cassandra Vablatsky - powtórzyła swoje imię i nazwisko, by i je mogła zanotować. - Powiedz mu, czego potrzebujesz najpilniej, pomówię z nim o tym. Priorytetowo usprawnimy dostawy komponentów, bez tego pomoc medyczna będzie niemożliwa. Nie dotrą tu drogą wodą, ale znajdziemy kupców, którzy pokonują tę drogę. - Przeniosła wzrok na Ramseya, zastanawiając się, czy miał już koncepcję; siły Ministerstwa Magii musiały tutaj pracować, poruszać się między stolicą a zdobytymi przez Rycerzy ziemiami, podczas gdy słowo Mulcibera było dla nich rozkazem. - Nakażę też przygotować szyld znakujący szpital - kontynuowała, nie odejmując wzroku od Ramseya. Dziewczyna nie miała w tej kwestii nic do powiedzenia. - Ukrywanie się przed czarodziejami jest już teraz bezcelowe, miasto zostało wyzwolone. Wszyscy muszą wiedzieć, że to miejsce, w którym znajdą pomoc. Że to bezpieczne miejsce. - Czy rzeczywiście nim było? Nie miało znaczenia, od uzdrowicieli wymagano na wojnie odwagi nie mniejszej, niż od żołnierzy. Wiedziała, że twarda ręka Ramseya szybko zaprowadzi na ulicach porządek, ostrożnie skinęła głową, gdy opowiadał o swoich planach. Zaklęcia zabezpieczające z pewnością zapewnią niezbędny komfort chorym, ale i obu czarownicom. Co z Umhrą? Zastanowi się później, troll zdaje się mieć w łapie dość istotny argument przeciwko wewnętrznym zamieszkom. - Dotrzyj do osób chorych na sinicę. Przekaż im, że Rycerze Walpurgii są w stanie ich całkowicie wyleczyć. Niech się tutaj zjawią, kiedy to zrobią - sprowadź mnie. - Ta informacja nigdy nie wyszła poza ich szeregi. Nadszedł czas, aby to zmienić. - Skontaktuj się z ludźmi z innych większych miejscowości, Bedworth, Nuneaton, Rugby. Mają się dowiedzieć o tym miejscu. Pomoc w hrabstwie należy scentralizować, chaotycznie wspomagane fronty odbierają więcej sił, niż jesteśmy w stanie im dać. Niech wiedzą, że jeśli na miejscu nie otrzymają pomocy, zawsze znajdą ją tutaj. Że tutaj powinni przyprowadzać rannych, również z dalszych stron. Będziemy mieć siły i środki, aby im pomóc - stwierdziła ze zdecydowaniem, choć na razie mieli tylko rozpadający się budynek i wystraszonego podlotka. Byli w stanie to zrobić. Będą musieli zacząć od solidnego sprzątania, ale miała dwie zdrowe ręce. Jeśli będzie trzeba, zrobi to sama, a ta dziewczyna jej w tym pomoże, jednak znajdując na to czas. - Pomożemy odbudować to zaufanie. Służby porządkowe zbudują tylko strach, to u nas czarodzieje będą szukać nadziei. I znajdą ją. Budowanie pozycji to mozolna i trudna wędrówka, lecz, jak w każdej, szczytu można sięgnąć ciężką pracą - oznajmiła, z ukosa spoglądając na Ramseya. Nie wiedział, nie pamiętał, że na szacunek, którym darzono ją w cieniach Londynu, zapracowała sobie sama. Była w stanie zrobić to również tutaj. Wiedziała, że swoimi słowy dodawała kolejnych obowiązków młodej uzdrowicielce, ale kilka nieprzespanych nocy było niczym wobec sukcesu. Wkrótce sama ją wspomoże. - Myślę, że wiem już wszystko. Nie będziemy dłużej zajmować twojego czasu, Gabriello. Dziękuję ci za twoje słowa, teraz wracaj do pracy. - Skinęła jej głową, szukając potwierdzenia w stalowych oczach Ramseya.




bo ty jesteś
prządką

Cassandra Vablatsky
Zawód : Szeptucha
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

i am my mother's savage daughter

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-zorya-utrennyaya#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]21.09.22 11:14
Wsłuchiwał się w słowa czarownicy z uwagą, patrząc prosto na jej twarz, by zarejestrować zmiany zachodzące w jej twarzy — tak uczył się ludzi, tak uczył się rozpoznawać ich kłamstwa, emocje, starając si odgradzać grubym murem własne doświadczenia i przez ich pryzmat oceniać innych. Obserwował świat prawdy i fantazji, badając ludzkie reakcje, by w końcu zmuszeni do oczywistych kłamstw mogli ukazać prawdziwą twarz. Taką, która podpowie mu wszystko wtedy, kiedy będzie tego najbardziej potrzebował. Nic więc nie mówił, analizując słowa młodej uzdrowicielki, córki dyrektora tego miejsca — jego historię. Chcąc zarządzać tym terenem musiał mieć olbrzymią wiedzę na jego temat — kto, z kim, gdzie i dlaczego. Informacja dawała prawdziwą władzę, nie mógł być ignorantem, odwracając się od świata, który mu podarowano. Kątem oka dostrzegł oszczędny ruch Cassandry, zakładając, że mogła na niego spoglądać, ale on nawet nie drgnął, z takim samym spokojem nieustannie wpatrując się w relacjonującą zdarzenia kobietę. Wiele spraw wymagało naprostowania, tak jak i Warwick potrzebowało odpowiedniego planu naprawczego i ludzi, którzy będą znać się na fachu. Na ocenę przyjdzie czas później — kiedy będzie mógł pozwolić sobie na wyciąganie konsekwencji na podstawie własnych wniosków.
Postać czarodzieja z blizną, zdrajcy krwi zapadła mu w pamięć bardziej. Zmarszczył brwi, przysłuchując się o jego poczynaniach. Ociągał się z odpowiedzią Cassandrze, gdy o niego spytała; patrząc na Gabriellę. Ostatecznie stalowe tęczówki sięgnęły nokturnowej uzdrowicielki. — Obawiam się, że tak. — Nie lubił wydawać podobnych osądów; nie pamiętał, gdy podobne pytania padały dotykając życia jego własnego bękarciego brata. Nie miał o nim żadnych informacji, przyznanie, że nie powinien był przetrwać mogło umniejszać jego osobie, a skoro tak długo przetrwał, nie zginąwszy tak długo z rąk czarodziejów i mugoli, mógł być szczwanym lisem. — Przyjrzymy mu się. — Czarodzieje współpracujący z mugolami byli zmorą, a tacy, którzy zdradzali swoich dla prymitywnych celów byli najgorszymi ze zdrajców.
— Wielu się udało — odpowiedziała Cassandrze. — Ludzi stąd i okolic można było rozpoznać bez trudu, to była mała społeczność. Niektórych ciał nie dało się zidentyfikować z powodu obrażeń, innych... Nikt nie szukał. Wszyscy zostali pochowani przez mieszkańców na pobliskim cmentarzu, anonimowych czarodziejów zakopano w zbiorowym grobie. — Pokiwała głową, szybko w bałaganie odnajdując pergamin, pióro i kałamarz. Zanotowała uważnie nazwisko i dane podane przez czarownicę.
— Dawniej w okolicy prężnie funkcjonował port rzeczny. — Zasłyszał te informacje na spotkaniu. W jakim był stanie i czy wciąż funkcjonował po tym wszystkim, nie wiedział. Spojrzał na Cassandrę, wskazując, że Goyle nie powinien mieć problemu z transportem.
— Ale został zamknięty wiele lat temu — odpowiedziała od razu Gabriela.
— Ale wciąż dopływają do niego łodzie, a światła ze środka świadczą o czyjejś obecności — odparł od razu, nie odejmując od niej wzroku. Portem będzie należało się zająć w następnej kolejności, gdy tylko doprowadzą szpital do odpowiedniego stanu. Goyle z pewnością miał ludzi, którzy będą mogli sprawdzić cały kanał i upewnić się, że transport tą drogą będzie bezpieczny — i szybki. Przez Severn, przy Bristolu i Gloucester można było dotrzeć do Avon, przeglądał już mapy. Nie znał stanu kanałów rzecznych, ale jeśli Warwick tą drogą miało szansę otrzymać dostęp do morza, transport rzeczny mógł być szybszy i bezpieczniejszy niż lądowy.
Spojrzał na Cassandrę, kiedy wspomniała o szyldzie. Skinął głową; wewnętrznie czując większe zadowolenie i satysfakcję niż to okazał. Pokiwał głową — czy miasto było wyzwolone? Mogli tak założyć, ale musieli myśleć o obecności wywrotowców. Wiedział o grupach bojówkarzy Longbottoma w pobliżu i był świadom, że jeśli się ich nie pozbędą zjawią się tu naiwnie sądząc, że wyzwolą ludność spod ich wpływów. Musieli zadbać o to, by pamięć o mugolskich zbrodniach na dobre zakorzeniła się w Warwick. Pomówi o tym z Cassandrą później, innym razem. Jej spojrzenie było cenne, nie chciał dziś okazywać zbyt wiele względem niej. Wystarczająco udowodnił.
— Całkowicie? Wyleczyć z sinicy? — zdumiała się kobieta, patrząc na Cassandrę z pewnego rodzaju niedowierzaniem, ale i ostrożnością. Zerknąwszy na Ramseya nic więcej jednak nie powiedziała, tylko skinęła głową. Zwątpienie w słowa Vablatsky były wyczuwalne w jej chwilowym dystansie i chłodzie, ale nie odważyła się temu zaprzeczyć. Kiwała głową, przyjmując dalsze instrukcje z uwagą. Uśmiechnąła się lekko na końcu, a na jej twarzy zakwitła szczera wiara w to, że mieli szansę tego wszystkiego dokonać.
— Jeśli to wszystko... — zwrócił się do Gabrielli. — Zostawię was same. Poczekam na zewnątrz— zwrócił się do Cassandry. Skinął miejscowej uzdrowicielce głową i opuścił pomieszczenie, wyciągając różdżkę. Nie interesowały go już szczegóły dotyczące stawiania szpitala na nogi. Zbliżał się zmrok, a oni mieli jeszcze plany. Jeśli chciał przejść od razu do czynów musiał to zrobić już teraz. Korytarzem przemieścił się do głównego pomieszczenia, a potem opuścił kamienicę. Końcówkę różdżki skierował na kamienicę, by łagodnymi ruchami zacząć tkać sieć zaklęć zabezpieczających to miejsce przed mugolami. Tyle było potrzebne — by nie nękali uzdrowicieli, nie czynili więcej skód, nie robili zamieszania. Lewa dłoń dzierżąca różdżkę płynnie przecinała powietrze, lekki wiatr owiał go z prawej strony, kiedy konstruował zabezpieczenie. Czuł jak magia przepływa przez jego przedramię, pojawia się tuż przed nim pod postacią ledwie widocznych, połyskujących drobin, które sukcesywnie oblepiały budynek. Pozostanie tajemnica, ukrytą przed oczami zwykłych ludzi.
W tym samym czasie Gabriella odnotowywała wszystko, zarówno na pergaminie, jak i w pamięci. Nim jednak Cassandra opuściła salę, stanęła przed nią.
— Czy mój ojciec... — zaczęła nieśmiało, spoglądając na czarownicę. — Przyda się tutaj wciąż. — Cassandra miała zaopiekować się tym miejscem, jej ojciec, dotychczasowy dyrektor nie postawił go na nogi. Wydawała się niepewna w swojej prośbie, ale nie opuszczała wzroku. — Zrobię wszystko, co trzeba i oczywiście jestem do dyspozycji, pani Vablatsky — zapewniła ją z drobnym potknięciem, jeszcze zanim wyszła.
Budowanie zabezpieczenia trwało chwilę, nie wymagało zbyt wiele energii ani sił, ale to było coś, co musiał zrobić, nim opuszczą to miejsce.

| zt :pwease:



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Świat smakuje jak machora
a machora jak ten świat,
kiedy przyjdzie na mnie pora
sam wyostrzę czarny bat.
OPCM : 40
UROKI : 20 +2
ALCHEMIA : 0 +3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5 +3
Genetyka : Jasnowidz
Kamienica, Warwick - Page 2 BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]01.11.22 17:55
14 czerwca 1958
Ratusz w Warwick


Sala główna ratusza w Warwick wypełniała się powoli gośćmi. Każden z nich na wejściu proszony był o opłacenie biletu wstępu, który jednocześnie pełnił funkcję cegiełki. Wszystkie dochody, które trafią do kilkunastu przygotowanych wcześniej skrzynek trzymanych przez rozstawionych strategicznie po całym budynku chłopców i dziewczynki, miały zostać przeznaczone przede wszystkim na remont, w dalszej perspektywie także bieżące utrzymanie Szpitala Asfodela, nad którym pieczę przejął nikt inny, jak znana Valerie ze szkoły panna Vablatsky. Obie kobiety nie miały okazji spotkać się ze sobą w wieku dorosłym; w dziecięcym zaś różnice narosłe między nimi były nie do przeszkodzenia. Teraz jednak znajdowały się po tej samej stronie barykady. Vablatsky potrafiła wyrobić sobie opinię, która gwarantowała jej zaufanie namiestnika Warwickshire, według pogłosek radziła sobie w swym zawodzie wyśmienicie — a to w zupełności wystarczyło Valerie do tego, by wesprzeć jej starania w sposób, jaki uważała za najbardziej stosowny i który — była tego pewna — odniesie najlepszy skutek.
Cornelius był mocno zaangażowany w kreowanie tego, jak nowi panowie (i panie) hrabstw będą postrzegani przez opinię publiczną, toteż zgodził się wspomóc działania żony w zakresie organizacji koncertu. Valerie nie mogła również pominąć szczególnego rodzaju zażyłości, który jej małżonek przejawiał względem Ramseya. Jej przyczyna jednak zupełnie jej nie interesowała, chwilowo priorytetyzowała bowiem przede wszystkim dobro relacji, które miało łączyć Sallowów z głównymi graczami wojny. Jeżeli przy okazji mogła zrobić coś dobrego dla czarodziejskiej społeczności: tym lepiej. Niemniej jednak znacznie milej było planować, gdy pamiętało się, że bezpośrednimi beneficjentami tegoż wydarzenia będą ludzie znani jej od lat. Pieniądze nie zostaną zmarnowane.
Podział zadań przyszedł małżeństwu dość prosto. Valerie w mig poruszyła wszystkie swe koneksje ze światem muzycznym, przede wszystkim sięgając po muzyków i techników z londyńskiego Royal Opera House oraz Czarodziejskiej Opery w Hampshire, w której to kilka miesięcy wcześniej dostała angaż. Ciężko pracowała na swą pozycję w świecie czarodziejskiej muzyki, a szczególna intensyfikacja jej kariery przypadająca na pierwsze półrocze roku 1958 sprawiła, że wystarczyło kilka słodkich słówek, parę pełnych uroku uśmiechów, aby mogła wrócić do męża i oznajmić mu, że wszystko będzie gotowe na czternastego czerwca.
Tak jak obiecała, tak również się stało. Ciekawskie spojrzenie zza ciemnozielonej kurtyny pozwoliło jej dostrzec niemal pełną salę, nad którą górowały dwie chorągwie. Jedna z nich przedstawiała brązowego niedźwiedzia trzymającego miecz (po drugiej stronie chorągwi niedźwiedź był biały i stał na dwóch łapach), druga zaś przedstawiała znany wszystkim symbol Ministerstwa Magii. Valerie cofnęła się do pokojów wyznaczonych na garderoby dla artystów, po drodze witając się z sekcją dętą orkiestry, która to powoli szykowała instrumenty do koncertu. Odnalazła właściwe drzwi, nacisnęła klamkę i uśmiechnęła się szeroko na widok męża, najwyraźniej gotowego już do zainaugurowania koncertu jednym ze swych przemówień.
— Cudownie to wygląda — oznajmiła zadowolona, skracając dystans między nimi. Najchętniej chyba znów sięgnęłaby jego warg, dopiero dwa tygodnie upłynęły od ceremonii, która połączyła ich na całe życie, a ona dalej nie mogła się nim w pełni nasycić. Nie chciała jednak naruszyć ich strojów — oboje lubili prezentować się nienagannie, a mąż w szczególności potrafił dostrzec na swym stroju nawet najmniejsze zagniecenie. Z czułościami mogli poczekać. — W pierwszym rzędzie widziałam kilku twoich przyjaciół z mediów — spojrzała na mężczyznę spod półprzymkniętych rzęs, przygryzając lekko dolną wargę. Biel zębów kontrastowała z czerwienią szminki, którą potraktowała usta z okazji występu. — Kto wie, może jesteśmy rodzicami nowej tradycji? Tacy czarodzieje zapisują się nie tylko na kartach gazet, ale przede wszystkim historii — przechyliła głowę w bok, jeden kosmyk kręconych, jasnych włosów załaskotał ją w wyeksponowany obojczyk. Jeżeli dziś wszystko przejdzie zgodnie z planem, może powtórzą to w przyszłym roku. I w kolejnym.
Kobieta obróciła głowę, aby spojrzeć przez ramię na zegar zawieszony nad wejściem do pokoju. Niedługo później rozległo się pukanie do drzwi.
— Państwo Sallow? Goście już przybyli, zaraz będziemy zaczynać! [bylobrzydkobedzieladnie]




tradition honor excellence
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
sharpen your senses
and turn the knife
i know those
party games too
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]09.11.22 18:00
Zaangażowanie żony w organizację koncertu było dla Corneliusa miłym wytchnieniem od nieustannych rozmów z sojusznikami, patronami, elitami. Tym razem to Valerie zorganizowała wsparcie muzyków, dyrygenta i scenografów z oper w Londynie i Hampshire. Czas na organizację koncertu był zresztą idealny, sezon wiosenny - jak się dowiedział Cornelius, dotychczas patrzący na opery pod kątem socjalnego kalendarza Ministra, a nie muzycznego repertuaru - dobiegał końca, a letnie koncerty zaczną się w lipcu. Muzyków nie trzeba było więc odciągać od kalendarza prób i premier w macierzystych instytucjach, mogli wesprzeć patriotyczną sprawę.
Podczas gdy Valerie zadbała o oprawę muzyczną, Cornelius zaprosił na koncert lokalne elity - i nie tylko. Czarodziejska społeczność w Warwickshire wymagała umocnienia, odbudowania, nie ogrniaczyły się więc do mieszkańców hrabstwa. Zaprosił na koncert znajomych ze Shropshire, którzy mieli już okazję słuchać koncertu Valerie w marcu, w Shrewsbury, oraz gościć na ich weselu: właścicieli Pałacu Zimowego, czarodziejów blisko związanych z dworem Averych i lokalnych przedsiębiorców, którym miał zamiar pokazać, że Warwick będzie doskonałym rynkiem zbytu na ich produkty. Wysłał list do Westmorland, tamtejsi alchemicy i hodowcy mogą być zainteresowani nowym szpitalem - nie był jednak pewien, czy pojawią się osobiście, jego kontakty w hrabstwie Slughornów nie były jeszcze zbyt rozwinięte. Zaprosił też kilkoro czarodziejów z sąsiedniego Leicestershire, Flintowie byli wszak w posiadaniu ingrediencji potrzebnych szpitalowi, a dzięki swoim koneksjom Sallow znał jednego z ważniejszych handlarzy w hrabstwie, który współpracował z Ministerstwem i Mungiem. Wydarzenie nie było na tyle doniosłe, by zapraszać arystokrację, ale to nawet lepiej - klasy średnie też potrzebowały się dowartościować, zaangażować w działania patriotyczne bez obawy o bycie przyćmionym przez błękitną krew.
Poznał też, rzecz jasna, czarodziejów w samym Warwickshire - osobiście podpisał zaproszenia do polityków w mieście (jednego z nich obnażył w marcu jako zdrajcę, zaskarbiając sobie strach autorytet u innych) i braci z Clifton Mill.
Zadbał też o to, by na miejscu pojawili się reporterzy "Walczącego Maga" i wysłał zaproszenie do redakcji "Czarownicy". Nie był pewien, czy propagandowy koncert zainteresuje naczelną, ale wplótł między słowami obietnicę o możliwości ujrzenia pani Sallow po ślubie i dowiedzenia się czegoś o samej ceremonii.
-Widziałaś kogoś z "Czarownicy"? - zainteresował się Cornelius, błądząc myślami nie wśród dekoracji, a widowni. Wygładził szatę i uśmiechnął się do żony, ale spojrzenie miał czujne, skupione - przygotowany do nadchodzącego wystąpienia. Na czułości przyjdzie czas potem. -Zwykle nie interesują ich takie rzeczy, może w Londynie, ale nie w Warwick... - tutaj nie będą mogli spekulować o sukni jakiejś lady na wydaniu -ale po ślubie my sami możemy być dla nich atrakcją. - dzięki ostatniemu artykułowi trwało ich pięć minuty musieli je wykorzystać.
-Chodźmy, najdroższa. Rozpocznij arią - a potem wejdę ja, zapowiadając program wieczoru. - powtórzył wcześniejsze ustalenia, nieco nowoczesne, ale efektowne. Jego słowa na scenie wybrzmią mocniej, gdy publiczność zobaczy najpierw swoją gwiazdę, wprowadzi się w odpowiedni nastrój za pomocą dźwięków muzyki - pieśń miała otworzyć wieczór, a po muzyce rozbrzmią jego słowa. Przeplatali już muzykę i przemówienie w Shropshire, wtedy format się sprawdził - choć dzisiejszy koncert był jeszcze bardziej prestiżowy, program był więc bardziej dopracowany, a przemówienie obmyślone ze szczegółami.


Słowa palą,

więc pali się słowa. Nikt o treści popiołów nie pyta.

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Kamienica, Warwick - Page 2 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]11.11.22 17:52
Wydawało się, że organizacja ślubu otworzyła Valerie na szerszą działalność organizatorską. Przez ostatnie miesiące przygotowywała się bez wytchnienia na tę specjalną uroczystość, dostosowując swój prywatny kalendarz do szeregu spotkań, w trakcie których wspinała się na wyżyny słodyczy, załatwiając kolejny element tego niezwykłego wydarzenia. W pewnym sensie spodobało jej się to — choć wiązało się jednocześnie z ograniczeniem czasu typowo wolnego. Teraz jednak byli z Corneliusem małżeństwem, wspólnie otaczali opieką Hersilię, a Valerie mogła odetchnąć spokojnie, wiedząc, że ich córka znajdowała się w dobrych rękach, gdy wychodziła na kolejne spotkania.
Ich kumulacją miał być dzisiejszy wieczór. Wierzyła, że mąż należycie zadba o obsadę widowni, poszerzając już i tak szeroką i elitarną siatkę ich kontaktów. Przewodniczenie czarodziejskiemu renesansowi w Warwickshire z punktu widzenia społeczno—kulturalnego było wszak zadaniem idealnym dla małżeństwa Sallow. Osiadli głęboko w sztywnych ramach wyżyn społecznych Shropshire mieli jak najbardziej stosowne doświadczenie i ogładę, by wskazać właściwą drogę także zaproszonym przez Corneliusa politykom i lokalnym bogaczom.
— Widziałam — zaszczebiotała radośnie, przywołując przed oczami postać redaktorki Czarownicy, tej samej, którą widziała także pod pałacem Buckingham, w trakcie uroczystości odznaczania bohaterów wojennych. Ta sama redaktorka i jej koledzy następnie napisali przychylny (wtedy) narzeczeństwu artykuł, swe ewentualne frustracje wyładowując na innych zaproszonych. Cudownie było mieć media po swojej stronie — w tej kwestii zarówno śpiewaczka, jak i polityk mówili jednym głosem. — To niezwykła uroczystość, nie codziennie można być świadkiem budowy nowej hierarchii społecznej, mój miły — uśmiechnęła się do swego narzeczonego, palcem wskazującym wodząc po wewnętrznej krawędzi jego wieczorowej szaty. — Na ich miejscu byłabym równie ciekawa, nie tylko tego, ale i nas.
Jej śmiech niósł się przez moment w pokoju, Valerie dopisywał humor. Od razu wślizgnęła rękę pod ofiarowane jej ramię, a jasnobłękitne oczy skupiły się na czekającym cierpliwie za drzwiami mężczyźnie.
— Bardzo dziękuję, monsieur skinęła mu głową, odprowadzając wzrokiem wstępującą na scenę orkiestrę. Przystanęła z Corneliusem na moment na boku, pozwalając instrumentalistom przejść bez przeszkód, gdy mąż powtarzał jej wcześniejsze ustalenia. Skinęła głową na zgodę, jednocześnie wygładzając materiał czerwonej sukni.
Niedługo później zostali na korytarzu sami.
— Już czas, najmilszy.
Mówiąc to, wysunęła rękę spod jego ramienia, sprężystym, pełnym gracji krokiem wychodząc na scenę. W jednej chwili odpowiedziały jej oklaski — uśmiech rozjaśnił twarz śpiewaczki, gdy ta skłoniła się przed witającą ją publicznością. Gdyby nie obecność Corneliusa, pewnie zwróciłaby się kilkoma słowami do skrytych w mroku oglądających. Przekonała się jednak, że sposób, w który występowali w Shrewsbury — gdy przemówienie polityczne przeplatane było śpiewem — oddziaływał na zbiorową wyobraźnię, dodając kontekstu tak muzyce, jak i przemowie.
Miała rozpocząć arią, której dźwięki — ciężkie i doniosłe — przypominały hymn. Tym właśnie miały być — hymnem doświadczonego Warwickshire, które wraz z postępowaniem programu artystycznego wieczoru, dotrze wreszcie do pełni swej glorii, dotychczas tłumionej brutalnie przez mugolską populację.
— Dla kobiety o mym nazwisku,
to prawdziwa tragedia, żyć w takich czasach,
wśród okrucieństw wojny.
Wszak trudno myśleć o tradycji, o wielkości
gdy mugol nie zna słowa świętość.
I choć ledwo żyję, dość siły mam,
by opowiedzieć moją historię.
Wśród oparów kurzu, tysięcy ran,
kruszę się i tonę we łzach.
Wszak nieprzyjaciele nie szanują niczego.

Wysoki głos Valerie niósł w sobie prawdziwy ból. Empatyzowała z tragediami, które dotknęły lokalne kobiety, wdowy Warwickshire. Ale to było zbyt wąskie określenie, wszak swe rany nosiły nie tylko wdowy, nosiły też żony, córki, siostry, matki, babki. Gdy rozbijało się rodziny, gdy pozbawiano życia ze ślepej nienawiści i strachu przed mocą, którą posiadali czarodzieje. Nigdy więcej.
— Mugole, wszyscy zdołali to dostrzec,
niczym innym wszak są, niż bandą rozbójników.
Jeśli któraś z nas odważy się zwrócić
swe oczy szkliste w ich stronę,
zmieniają się w psy w dzikości zatracone.
Drżeć mi przychodzi, gdy o tym myśle,
lecz los swój zbyt dobrze znam.
Los mój, mej siostry, matki i przyjaciółki.
Bowiem piękna, manier, niewinności...
Buntownicy niczego nie szanują!




tradition honor excellence
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
sharpen your senses
and turn the knife
i know those
party games too
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]17.11.22 20:12
Uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem, jak zawsze, gdy Valerie przejmowała od niego język propagandy. Nie budowali stricte nowej hierarchii społecznej, nie wśród czarodziejów - choć jej instynkt był słuszny, bo faktycznie mieli podkreślić odnowę prawidłowej hierarchii, podporządkowanie sobie mugoli i oczyszczenie Warwick. Znał dalsze plany Mulcibera na wykorzystanie mugolskich kobiet jako siły roboczej - ale pamiętał (przez opary alkoholu), jak żywo zareagował na nie w Wenus tamten młodzik, Maximilian. Młodość nie rozumiała czasem pragmatyzmu, ale dzisiejszy wieczór miał wzbudzać inspirację i być możliwe niekontrowersyjny - Sallow wygładzi więc własne słowa, wspomni o planach, które na pewno spotkają się z aprobatą odprężonej piękną muzyką publiczności.
Przeprowadzali swego rodzaju rewolucję, ale to Zakon Feniksa przedstawiali jako rewolucjonistów. Rebeliantów, wichrzycieli. Rycerze Walpurgii wprowadzali porządek, powrót do korzeni.
Nas. Zielone oczy zalśniły z satysfakcją, a Cornelius krótko skinął głową i nachylił się, by ucałować żonę w dłoń. Nie w usta, nie chciał rozmazać jej makijażu.
-Korzystajmy zatem z ich ciekawości. - pięć minut nie trwa wiecznie, a artykuł w "Czarownicy" zrobił wrażenie, zestawiając ich ślub z medalami wojennymi Corneliusa.

Valerie pojawiła się na scenie, w sali rozbrzmiały pierwsze dźwięki podniosłej, niemalże wojennej muzyki. Hymn - zanotował w myślach. Odkąd występowali razem, starał się poznać nazwy gatunków pieśni śpiewanych przez żonę, nie wspominając o samym jej repertuarze. Świadom własnych braków w dziedzinie wiedzy o muzyce, musiał powoli zacząć się orientować w świecie żony, w tradycjach tak ważnych dla jej rodziny. Jako mąż nie miał rzecz jasna takiego obowiązku, ale obiecał wspierać Valerie w jej karierze, a do tego niezbędne będzie zrozumienie tejże kariery.
Uśmiechnął się pod nosem, słuchając słów pieśni - idealnie dobranych do okazji i pasujących do eleganckiej czarodziejki, przejętej terrorem. Głos Valerie sugestywnie przekazywał emocje - smutek, strach, obrzydzenie mugolami - ale zarazem zlewał się z waleczną, triumfalną wręcz melodią.
Gdy ostatnie takty wybrzmiały, Cornelius wyszedł na środek sceny. Najpierw zaklaskał w ślad za widownią, kłaniając się Valerie - a potem ukłonił się wszystkim zgromadzonym.
-Czarodzieje i Czarodziejki! Dziękujemy za waszą obecność i charytatywne datki z dzisiejszych biletów. Wspomagacie dziś odnowione, czarodziejskie Warwickshire - i samym tym gestem przeciwstawiacie się mugolskiemu terrorowi, który do niedawna obejmował te ziemie. - rozpoczął, dumnie wyprostowany. -Dzięki interwencji Czarnego Pana, poświęceniu czarodziejów, oraz rządom namiestnika Ramseya Mulcibera, Warwickshire jest hrabstwem przyjaznym czarodziejom, ucieleśnieniem nowych porządków, jak nasz piękny oczyszczony Londyn. - spróbował odszukać wzrokiem Ramseya, któremu wysłał bilety do pierwszego rzędu, gotów oklaskać namiestnika pod koniec przemówienia. Na razie kontynuował, chcąc wzbudzić w publice odpowiednie emocje. -Rzecz jasna, mugolskie zniszczenia w hrabstwie były spore i odnowa wymaga pracy - ale macie dziś przyjemność gościć w bezpiecznym Warwick i wesprzeć nowy Szpital Asfodela w centrum miasta. Szpital, który nie odmówi pomocy żadnemu czarodziejowi, z hrabstwa i spoza hrabstwa. - prześlizgnął wzrokiem po drugim rzędzie, gdzie widział znajome twarze ze Shropshire. -Uzdrowiciele leczą bohaterów, którzy narażają się na froncie i stawiają opór mugolskim szajkom oraz rebeliantom w naszym kraju - ale służą też pomocą mieszkańcom hrabstwa, pozbawionych dotychczas łatwego dostępu do czarodziejskiej medycyny. Mugolska opresja stłamsiła rozwój nauki, stłamsiła dostęp do magii i pomocy, kazała nam ukrywać swoje talenty i dusić nasz potencjał - ale mówimy temu dosyć! Warwickshire będzie hrabstwem czarodziejów i dla czarodziejów! - wzniósł zaciśniętą pięść do góry, w walecznym geście. Potem opuścił dłonie i cofnął się o krok, gestem wskazując na Valerie.
-Mam przyjemność przedstawić Valerie Sallow, która powróciła do naszego kraju z Niemiec w zeszłym roku, gdy poczuła się w Anglii bezpiecznie. Jej występ uświetni nasz wieczór, a ja będę miał zaszczyt opowiedzieć państwu o planach odnowy hrabstwa. - z uśmiechem zamilkł, pozwalając Valerie rozpocząć kolejną część repertuaru.


Słowa palą,

więc pali się słowa. Nikt o treści popiołów nie pyta.

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Kamienica, Warwick - Page 2 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]20.11.22 12:15
Choć wielu mogłoby powiedzieć, że Valerie w żadnym wypadku nie wypełnia kryteriów, aby nazwać ją egalitarystką, wielu nie zbliżyło się do myśli pani Sallow na tyle, by móc wydać oparty na faktach osąd. Cornelius na przykład podskórnie wiedział, aby nie dzielić się wszystkimi wiadomymi mu pomysłami z żoną, spodziewając się jej reakcji. Nie byłaby wszak zadowolona z oszczędzenia mugolskich kobiet, swoistego przerobienia ich na tanią siłę roboczą. W tym zakresie uważała to za podwójnie upadlające — mugolki były w jej oczach istotami równie niskimi, podłymi, brudnymi co ich ojcowie, bracia, mężowie i synowie. Męski punkt widzenia sprawiał, że sądzili, iż pozbawione silnego, męskiego ramienia nie będą stanowiły dalszego zagrożenia.
Nic bardziej mylnego. Kobiety, którym odebrało się wszystko były bowiem jeszcze bardziej niebezpieczne od mężczyzn.
Pomimo różnicy w czystości krwi Valerie była tego świadoma jak mało kto.
A słowa męża, które rozbrzmiały po jej pieśni, idealnie trafiały do dusz nawet najbardziej miałkich w obliczu wojennego konfliktu. Dopiero w trakcie jego przemowy, oddając mu miejsce na środku sceny, w centrum reflektorów, była w stanie przyjrzeć się odrobinę, zwłaszcza siedzącym w pierwszym rzędzie gościom honorowym. Była ciekawa, czy uda jej się dojrzeć sylwetkę samego namiestnika, jego stalowe, niemal wilcze spojrzenie. O tyle, o ile jego obecność była nawet prawdopodobna, tak przeczucie mówiło jej, że nie było powodu szukania wśród publiczności Cassandry. Zawsze wycofana, według Valerie odrobinę zahukana, Vablatsky pewnie wolała spędzać czas w swoim szpitalu. Oby dzisiejsza zbiórka pomogła uczynić go przyjemniejszym miejscem, zapewniła odpowiednie wyposażenie i wpłynęła pozytywnie na jakość oferowanych przez niego usług medycznych. Koncert pełnił jeszcze jedną funkcję — propagandową, tę ulubioną przez małżonków Sallow. Bliskość geograficzna czarodziejskiego Warwickshire, choć hrabstwo to nie graniczyło z rządzonym przez Averych i rodzinnym dla małżeństwa Shropshire, z pewnością wpłynie pozytywnie na stabilizację w regionie. Wschód był niezaprzeczalnie czarodziejski, mugolska zaraza próbowała jednak przejąć panowanie nad zachodem.
Ale wysiłki czarodziejskie, wysiłki b o h a t e r ó w, nie szły na marne. Płacili wysoką cenę, często oddając sprawie swe życia, ale ich poświęcenie nie zostanie zapamiętane.
Na jej wargach wykwitł delikatny uśmiech, gdy Cornelius nawet jej powrót do kraju — wywołany wyłącznie jego własnymi staraniami — podniósł do rangi propagandowej. Faktycznie, wróciła, gdy poczuła się bezpiecznie, ale paradoksalnie to bezpieczeństwo wyniknęło wprost z mugolskiej napaści, noży wypruwających wnętrzności z jamy brzusznej jej pierwszego męża.
Kochany szubrawcze.
— Bohaterska ofiara naszych braci i sióstr w magii sprawia, że Anglia znów staje się miejscem bezpiecznym dla czarodziejów. I to właśnie ich pamięci chciałabym poświęcić następny utwór. Nagrodźmy brawami nie tylko przedstawicieli Ministerstwa, ale wszystkich tych, których starania prowadzą nasz kraj ku chwale, ku wieczystej czystości — wzniosła dłonie do oklasków, jednocześnie kłaniając się — zarówno publiczności, jak i Corneliusowi, który znów ustąpił jej pola. To wszak zwycięscy mieli pisać historię, to opowieści o zwycięskich bohaterach miały znaleźć się w zbiorowej pamięci mieszkańców Warwickshire. To oni zainspirowali ją do napisania tego tekstu, który później doczekał się specjalnej aranżacji przez jednego z dyrektorów artystycznych Czarodziejskiej Opery w Hampshire.
— Wojenna burza spoczęła na ich ramionach,
w zaciętej walce odnaleźli chwałę i ocalenie.
Anglia w ich sercach na pierwszym miejscu stoi,
obiecali jej wszak lojalność swą i serce —
słowiczy, wysoki głos Valerie unosił się w podniosłych tonach wygrywanych przez orkiestrę. Madame Sallow wystąpiła do przodu, do podniosłości pieśni dodając jeszcze gestykulację; otwartą, porywającą publiczność do niemalże zaufanej relacji, jak gdyby była tylko posłanniczką wieści, jakby zdawała relację wojenną swej bliskiej rodzinie.
— Dla ognia życia zawsze byli krzemieniem,
Głębie serca skrywając w tajemnicy.
Oddali wreszcie życie, by ratować swych braci.
A dla takich bohaterów, życie jest za krótkie.
Byli tacy, co przybyli z daleka,
inni blisko nas mieli swe domy.
Szukali lekarstwa na boleści czarodziejskie,
gdy bohaterska śmierć ściągnęła ich do siebie.
Bo dla takich bohaterów, życie zawsze jest za krótkie.




tradition honor excellence
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
sharpen your senses
and turn the knife
i know those
party games too
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Kamienica, Warwick [odnośnik]25.11.22 2:43
Niektóre z pomysłów nowego namiestnika Warwickshire zdawały się rewolucyjne - nie tylko dla Valerie, której Cornelius roztropnie o nich nie wspomniał, a nawet dla niektórych młodych mężczyzn. Świat wymagał jednak rewolucji, a zmęczeni wojną czarodzieje potrzebowali nagrody, nawet jeśli miałaby nią być mugolska służąca. Może za jakiś czas Sallow zmieni zdanie, może zobaczy na własne oczy okaleczonych czarodziejów i dowie lub domyśli się, że kobiety również są przebiegłe i zdolne do okrucieństwa. Na razie wspierał jednak Ramsey'a całym sercem, nie tyle wierząc w jego wizjonerskie pomysły, co zwyczajnie zazdroszcząc mu oszałamiającej kariery i prestiżowej pozycji.
Niech nienawidzą, byleby się bali - motto Averych zdawało się mało wyrafinowane, ale Sallowowie nauczyli się sporo, choć podobne słowa zmieniliby po swojemu. Niech się dzieje co chce, byleby samemu piąć się do góry. Drzewa smagane wiatrem wydają owoce w chaosie historii, szukając porządku wśród dziejowej zawieruchy.
Podchwycił na moment wzrok żony, gdy wspomniał o jej bezpieczeństwie. Dostrzegł delikatny uśmiech, iskry w błękicie spojrzenia. Uśmiechnął się tylko w duchu, nie wypadając z roli. Zdziwienie Valerie bywało czasem urocze, choć chyba przyzwyczaiła się do myśli, że Cornelius wyciśnie jej przeszłość i tragiczną śmierć Franza Kruegera do ostatniej kropli. Niemiecki sukinsyn był im to winien.
Wzniósł dłonie do oklasków, z zadowoleniem dostrzegając, że nawet własne słowa żony stają się coraz śmielsze, bardziej patriotyczne. Zdawała się nawet przejąć od niego kilka manieryzmów, ale w sposób, który do niej pasował.
Kolejna pieśń, podniosła i patriotyczna, stanowiła doskonałe preludium do słów o wojennych sukcesach. Valerie przeistoczyła się z zatroskanej żony i matki w kapłankę wojny - Cornelius nie mógł powstrzymać skojarzenia z mityczną Normą, druidką zagrzewającą jego przodków do walki z Rzymianami (chętnie zobaczyłby Valerie w tej roli na scenie, zobaczyłby całą nową inscenizację, z odpowiednim wydźwiękiem propagandowym).
Raz jeszcze wystąpił naprzeciw.
-W marcu wielu czarodziejów straciło życie i naraziło zdrowie, by odbić Warwickshire z rąk mugoli. Byliśmy świadkami ich okrucieństwa - niewolonych mężczyzn, wykorzystywanych kobiet. Bezwzględnego sabotażu - obecni na sali - czujnie przebiegł wcześniej przez publiczność wzrokiem, by upewnić się, że bracia z Clifton Mill przyjęli zaproszenie -właściciele młyna w Clifton Mill cierpieli przez mugolskie czyny, od plotek, poprzez bandytów na szlakach. Niemagiczni chcieli zagłodzić nie tylko nas, ale i siebie. Co gorsza, współpracowali z nimi zdrajcy w samym Warwick - ale miasto zostało oczyszczone zarówno ze spiskowców, jak i ich sympatyków. Nowa przyszłość rodzi się w ogniu, a po wyjściu z kamienicy, na horyzoncie, z pewnością zobaczą państwo mury odbudowanego zamku w Warwick. Zgodnie z decyzją namiestnika Mulcibera tamto miejsce, w którym więziono niegdyś czarodziejów, zostanie teraz miejscem przesłuchań mugolskich spiskowców. Zarówno resztek z Warwick, które wyłapywaliśmy przez ostatnie tygodnie, jak i rebeliantów związanych ściśle z ruchem oporu. Warwick jest bezpieczne, Warwickshire jest miejscem przyjaznym czarodziejom, dzięki marcowym poświęceniom wojna już nam nie zagrozi - ale w całej Anglii nasi bracia wciąż walczą z mugolskim okrucieństwem, szlamolubnym sabotażem. Szpital Asfodela zapewni im bezpieczne miejsce do leczenia ran, stanie się bastionem na zachodzie kraju. - mówił, starając się zarówno zapewnić publiczność o poświęceniach Rycerzy w Warwickshire, jak i podkreślić, że samo hrabstwo jest już bezpieczne. Jego lokalizacja, niedaleko ziem Greengrassów i Półwyspu Kornwalijskiego, była jednak strategiczna - a szpital wesprze przecież żołnierzy z dalszych stron frontu. Przynajmniej zdaniem Corneliusa - samą logistykę zostawił Cassandrze i Ramseyowi, ale przecież nie liczyły się tutaj szczegółowe fakty. Liczyło się to, w co uwierzy publiczność, wspomagając przedsięwzięcie datkami.
Znów umilkł, pozwalając Valerie zabrać głos i zaśpiewać kolejny punkt programu.


Słowa palą,

więc pali się słowa. Nikt o treści popiołów nie pyta.

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Kamienica, Warwick - Page 2 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Kamienica, Warwick
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach