Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Cornelius Sallow
AutorWiadomość
Cornelius Sallow [odnośnik]16.11.20 22:50

Cornelius Marcelius Sallow

Data urodzenia: 17.08.1913
Nazwisko matki: Crabbe
Miejsce zamieszkania: Londyn, Chelsea
Czystość krwi: Czysta ze skazą
Status majątkowy: Średniozamożny
Zawód: Rzecznik Ministerstwa Magii, specjalista od propagandy i kontaktów z mediami
Wzrost: 177
Waga: 76
Kolor włosów: Brązowe
Kolor oczu: Zielone
Znaki szczególne: Wścibski błysk w oku


Solas był moim idolem. W domu rządził ojciec, ale ja od zawsze byłem wpatrzony w starszego brata. Sol okazywał mi więcej uwagi i serca niż cicha i chorowita matka, a mimiki starego Sallowa nie dało się rozszyfrować. Ojciec raczej nie okazywał złości, tylko zimne rozczarowanie. Nigdy nie wiedziałem, czy jest ze mnie dumny. Może nigdy nie był? Dopiero dzięki legilimencji nauczyłem się dostrzegać więcej jego emocji, już w dorosłości. Rodzice byli wiecznie zajęci - ojciec karierą w Ministerstwie, a matka leżeniem w sypialni z kompresem na czole. To nie znaczyło, że mogliśmy z bratem robić, na co mieliśmy ochotę. Stawiano wobec nas duże wymagania, należeliśmy do konserwatywnej angielskiej elity. Na twarzy matki pojawiła się wyraźna ulga, gdy zaczęliśmy przejawiać zdolności magiczne, ojciec przyjął to jako oczywistą oczywistość. Charłacy byliby zakałą dla rodziny. Niby wolałem nie myśleć, jak kończą takie dzieci, ale w sumie mnie to ciekawiło. Moja magia najczęściej wybuchała, gdy byłem czegoś bardzo ciekaw. Nie mogąc ściągnąć ulubionej książeczki z półki, wprawiłem kiedyś w lot przedmioty w całym salonie. Nic przy tym nie potłukłem - od zawsze lubiłem porządek.

Hogwart ciekawił mnie, odkąd poszedł tam Solas. Z wypiekami na twarzy czytałem jego listy i słuchałem opowieści, żądny magii i nauki. Chociaż większość Sallowów zasiadała do tej pory w Domu Węża, to Tiara Przydziału musiała wyczuć we mnie głód wiedzy. Być może wzięła też pod uwagę obsesyjne przywiązanie do starszego brata. Z dumą przywdziałem kolory Domu Kruka, choć w chłodnym liście od ojca wyczułem pewne rozczarowanie. Jak na ambitnego Krukona przystało, każdych wykładów słuchałem z wypiekami na twarzy i dążyłem do doskonałości w ćwiczeniach praktycznych. Największy podziw budziła we mnie nie tylko wiedza profesorów, co ich umiejętność kształtowania prawdy - dla nas, młodych czarodziejów. Żywo interesowałem się historią magii, zwłaszcza, że profesor nie podzielał niechęci moich rodziców do mugoli. To wtedy przekonałem się, że istnieją różne odcienie prawdy, że historia to nic innego, jak zbiór wielu narracji. Wierzymy w tą najsilniejszą - a że w Hogwarcie głoszono neutralność, to i ja nie zdążyłem porządnie nasiąknąć antymugolskimi opowieściami. Może to właśnie tamte zajęcia i podejście profesora do niemagicznych zasiały we mnie ziarno buntu, które zakiełkowało w późniejszych błędach młodości? A może sam byłem sobie winien - skupiony na nauce tak bardzo, że nie wyszalałem się jako nastolatek? Kontakty z dziewczynami zostawiłem sobie na lata po skończeniu szkoły, a wtedy pochopne decyzje miały już większe konsekwencje niż we wczesnej młodości.

Moją ulubioną dziedziną magii zostały uroki, choć wcale nie ze względu na ich ofensywną naturę. Gardziłem bezsensowną agresją, a Klub Pojedynków mnie stresował - choć ambitnie wytrwałem w nim kilka lat. Najbardziej interesował mnie użytkowy potencjał uroków, a szczególnie ich powiązanie z ludzkim umysłem. Oblivate fascynowało, odkąd pierwszy raz usłyszałem o tym zaklęciu. Wiedziałem już, że słowa i historie niosą za sobą władzę - czy wymazując pewne narracje można uporządkować świat? Kochałem porządek - w domu, w dormitorium, w moich notatkach, we własnej głowie. Myśli i czyny innych wydawały się jednak nieuporządkowane, albo - co gorsza - zaburzały mój własny spokój. Gdy dowiedziałem się, że istnieje sposób na poznanie, a nawet zmienianie cudzych wspomnień, bez reszty poświęciłem się temu zagadnieniu. Nie zaniedbałem nauki, nie leżało to w mojej naturze, ale wiedziałem już, że eliksiry czy transmutacja nie będą mi w życiu do niczego potrzebne jeśli zyskam innego rodzaju moc. Moc nad cudzymi głowami. Legilimencja była nielegalna, ale to mnie nie powstrzymywało - zawziąłem się, że opanuję tę umiejętność. Przeczytałem wszystko, co tyczyło się wiedzy teoretycznej, a ćwiczenia praktyczne postanowiłem zostawić na wakacje po skończeniu szkoły. Czyny zapomniane nie mogły przecież być nielegalne. Byłem wystarczająco sprytny, by znaleźć mugolskie króliki doświadczalne, a pieniądze mogą zapewnić odpowiednich nauczycieli.

Im bardziej pragnąłem zgłębić umiejętność legilimencji, tym pewniejszy siebie się stawałem, tym łatwiej przychodziło mi odnajdywanie słów, które budziły podziw innych - choć jeszcze nawet nie przeszedłem do ćwiczeń praktycznych! Choć nie byłem z natury spostrzegawczy, to przyuczanie się legilimencji wyostrzyło moją wrażliwość na emocje innych. Po raz pierwszy mogłem zauważyć subtelności zdradzajce nastrój mojego ojca, wyłapać nieszczerość koleżanek, zauważyć co budzi podziw kolegów. Zostałem więc prefektem, egzekwując porządek nie tyle punktami, co słowem. Odkrywałem w sobie pokłady charyzmy, która pomogła moim przodkom piąć się po szczeblach władzy w Ministerstwie. Potrafiłem przekonywać i uspokajać innych, wprawiałem się też w kłamstwach - najpierw niewinnych, potem coraz bardziej skomplikowanych. Kontrola nad cudzymi głowami i nastrojami uzależniała - a ja wiedziałem już, że chcę wiedzieć o wszystkich wszystko. I że chcę być jednym z tych, którzy piszą historię.

Zgodnie z oczekiwaniami ojca, po szkole poszedłem na staż w Departamencie Niewłaściwego Użycia Czarów, gdzie znalazłem pierwszą pracę. Znajomość uroków i Kodeksu Tajności czyniła mnie sumiennym i dokładnym pracownikiem. Z uśmiechem przesłuchiwałem nieroztropnych czarodziejów i wyjaśniałem, jakie grzywny i kary grożą za nieporządek. Z upodobaniem wymazywałem też pamięć mugolom, którzy bywali świadkami wybuchów magii, Oblivate miałem już przecież opanowane do perfekcji. Pilnowałem, by nie mieszać pracy z moim zakazanym hobby, ale po godzinach cierpliwie ćwiczyłem legilimencję. Wiedząc, jak wpadają czarodzieje, którzy niewłaściwie używają czarów, pilnowałem dyskrecji własnych poczynań. Znajomi znajomych polecili mi zdolnego i cierpliwego nauczyciela, który nauczył mnie zmieniać wspomnienia i uniewrażliwić się na cudzy ból. Uwielbiałem szperanie w cudzych głowach. Rozważałem nawet dalszą karierę amnezjatora - oni mogli jeszcze bardziej zagłębiać się w sztukę zapominania, do nich trafiały trudniejsze przypadki  - ale ktoś okazał się nagle ważniejszy od moich ambicji.



Layla Mallard. Jej imię rozpływało się na języku niczym miód, włosy też miała miodowe, a usta słodkie. Wymazałem jej pamięć po pewnym czarodziejskim wypadku, ale sam doskonale zapamiętałem jaka była śliczna i gdzie pracowała. Byłem młody i lekkomyślny. Następnego dnia udałem się do mugolskiej kwiaciarni, kupiłem od Layli bukiet róż, a następnie wręczyłem go jej samej. Liczyłem na zachwyt, usłyszałem pełen niedowierzania śmiech - ale śmiała się tak dźwięcznie i ładnie, że zaprosiłem ją na kawę.  Już wtedy widziała, że nie umiem zachować się w mugolskiej kawiarni, ale była taktowna - dostosowała się do mojego dziwacznego rytmu, ekscentryczność chyba dodawała mi uroku w jej oczach. Przekonałem się przy niej, że zmysłowość potrafi odbierać wszelki rozsądek. Nie wiem już, czy ją kochałem czy byłem omamiony beztroską naszych spotkań - jak nikt, wiem, że wspomnienia potrafią przecież kłamać. Wiem tylko, że jako młody pracownik Ministerstwa nie myślałem wtedy ani o przyszłości ani o żadnych konsekwencjach. Tylko o jej uśmiechu i kolejnych spotkaniach. Była taka prostolinijna i szczera, że nigdy nie odczuwałem nawet pokusy, by zajrzeć do jej głowy (w przypadku mugoli to tak dziecinnie proste - Legilimens i Oblivate, nic nie podejrzewają i tłumaczą wszystko migreną). Była moją pierwszą, a ja jej pierwszym. Sielanka trwała, dopóki konsekwencje nie zaczęły się piętrzyć nad moją głową.

Pierwszą, niespodziewaną konsekwencją był Marcelius, któremu Layla uparła się nadać moje nazwisko i moje drugie imię. Mały ja. Chciała, by był do mnie podobny, choć chyba nie miała na myśli magii. Tę też zdążyła poznać, z zaskakującą jak na mugolkę otwartością i odwagą. Ja sam nie byłem pewien, czego chciałem. Mały charłak byłby w teorii powodem do wstydu, ale wszystko byłoby łatwiejsze z mugolskim dzieckiem, mógłbym zostawić je z Laylą w jej świecie. Łudziłem się, że tak właśnie będzie - spędzę z nią jeszcze trochę czasu, pomogę (nie byłem przecież ostatnim draniem), odwlekę decyzję na potem. Utrzymywanie Layli i syna w tajemnicy przed moją rodziną stawało się coraz trudniejsze. Choć nikt nie podejrzewał, że wieczorami bywam w mugolskiej części Londynu, to nowa rodzina pochłaniała coraz więcej czasu. Layla śmiała się już głównie do Marceliusa, na mnie coraz częściej spoglądała z wyrzutem, gdy wymykałem się do swojego domu. Pod oczyma miała głębokie cienie, ale przecież nie mogłem zostawać na całe noce i wstawać do dziecka. Byłem zapracowany i to moje pieniądze, ze wstydem wymieniane na mugolską walutę, opłacały mieszkanie Layli. Coraz lepiej orientowałem się w mugolskim świecie, co zaczynało mnie przerażać. Czasem czułem przy Layli i dziecku nieznane wcześniej ciepło, aż zaczynał się we mnie rodzić zdradziecki podszept - że przecież to ja mógłbym wszystko zostawić, przystosować się do mugolskiego świata i opiekować się nimi już zawsze. Podobne wyobrażenia mnie przerażały, spychałem je szybko na dno umysłu. Czasami igrałem nawet z myślą wyrzucenia tych marzeń do myślodsiewni, ale nigdy nie ufałem tym urządzeniom. Pamięć to potęga, pamięć to władza - dlatego nigdy nie wydrę sobie dobrowolnie żadnego wspomnienia, nawet najbardziej przykrego.

Pierwszy raz Marcelius zawisł w powietrzu, gdy byłem w pracy, budząc przerażenie swojej matki. Z niewiadomych powodów postanowiła rozgniewać się akurat na mnie, choć przecież uprzedzałem, że tak może się stać. To znaczy, nie dokładnie tak. Jako dziecko sam nigdy nie latałem, tylko przesuwałem przedmioty. Jakoś zdołałem ją uspokoić, choć ja już nigdy nie zaznałem spokoju. Moje dziecko było czarodziejem, moją odpowiedzialnością. Nie wiedziałem, jak uporządkować cały ten bałagan - a choć powietrzne akrobacje małego budziły we mnie satysfakcję, to niepewność była gorsza od dumy. Odwlekałem wszelkie decyzje najdłużej jak się dało, niczym akrobata balansując między swoimi dwoma życiami. Aż nie dało się już dłużej. Perspektywy awansu, dziwaczejący i coraz bardziej konserwatywny ojciec, przyglądający mi się podejrzliwie Solas, wreszcie tamto zdarzenie, którego byłem świadkiem w pracy… Pewien czarodziej naruszył Kodeks Tajności tak niewybaczalnie, że odebrano i złamano mu różdżkę, nie zrywając oczywiście rdzenia. Płakał, gdy stawał się charłakiem, a ja widziałem w nim swoje odbicie. Jeden zdradziecki krok i skończę tak samo, wyklęty w oczach rodziców, wyrzucony z Ministerstwa, pogardzany przez czarodziejów. Być może zrozumiałby mnie Solas, ale on zawsze żył w swoim świecie run i nauki, nie dbając o społeczny prestiż. Mnie zależało - na szacunku, na karierze, na perspektywach. Na sobie.
Musiałem z skończyć z moim drugim życiem.

Przedstawiłem Layli sprawę jasno i klarownie, opowiadając jej o konflikcie pomiędzy naszymi światami, o mojej rodzinie, o wymaganiach, jakie stawiał przede mną i ojciec, o naturze mojej pracy. Dość, że praca Solasa, choć prestiżowa, przysparzała rodzicom zmartwień - mój młodzieńczy wybryk złamałby serce starego, a moja pensja nie była na tyle dobra by utrzymać siebie i rodzinę bez perspektyw na spadek. Nie mogłem mieszkać z Laylą, nie otwarcie. Samo to, że Marcelius z nią przebywał, narażało wszystko na wydanie, na niebezpieczeństwo. Kiwała tępo głową i wydawała się rozumieć powagę konfliktów wśród czarodziejów - do tej pory magia kojarzyła jej się tylko z latającym dzieckiem i wyczarowanymi kwiatami, nie z uprzedzeniami, ale zawsze była odważna. Ośmielony, prosto z mostu przedstawiłem jej swój pomysł. Marcelius zamieszka ze mną, wychowam go na czarodzieja. Jeśli nie powie nikomu, że jest jego matką, będzie mógł wyrastać jako czarodziej czystej krwi. Widywaliby się, oczywiście. Znalazłbym dla niej pracę w swoim domu, upewnił się, że mają ze sobą kontakt. Rozsądny układ, a Layla zawsze wydawała się rozważna.

Nigdy nie widziałem jej tak wściekłej. Obroniłem się Protego przed kilkoma talerzami, a ona krzyczała, krzyczała i nie mogła przestać, do zamilknięcia zmusił ją dopiero szloch. Zaczęła płakać tak rozpaczliwie, że wiedziałem już, że dotarła do niej powaga sytuacji - że wie, że jej damska histeria odbierze jej synowi szansę na luksusowe życie. A jednak nie potrafiła się go wyprzeć, a mnie znienawidziła w jednej chwili. Ponoć odebranie dziecka matce to najgorsze, co może zrobić mężczyzna, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Moja propozycja uraziła ją śmiertelnie i oboje wiedzieliśmy, że to już koniec. W ludzkim świecie nic nie dało się naprawić, ale nie jestem przecież ostatnim draniem. Nie chciałem, by żyła ze świadomością, że gdyby nie jej duma Marcelius mógłby być Ministrem Magii. Zapomnienie bywa najlepszym lekarstwem, Oblivate jeszcze nigdy nie przyszło mi tak łatwo. Przez chwilę kusiło mnie, by usunąć z jej głowy również siebie, sprawić by Marcelius był owocem jednonocnej przygody. Nie chciałem jednak, by zaczęła traktować nasze dziecko gorzej, z zażenowaniem. Teraz rozumiem też, że nie chciałem by mnie znienawidziła, by opowiedziała synowi same najgorsze rzeczy. Może i wydawało mu się, że dbam wtedy o nią, o nich - ale dbałem tylko o siebie. Cofnąłem na zawsze słowa, które tak ją uraziły, choć upewniłem się, że Layla zapamięta kontekst o konfliktach w czarodziejskim świecie i będzie uważała na siebie i dziecko. Żeby nie budzić podejrzeń w kwestii naszego rozstania, ubarwiłem nieco jej wspomnienia (ignorując łzy bólu, przecież chwila legilimencji to nic w porównaniu z cierpieniem, jaki zadałyby jej konsekwencje moich wcześniejszych słów!) aby być nich w nich weselszy, bardziej beztroski, aby nie podejrzewała mnie o wyrachowanie. Twój ojciec zniknął, bo zbyt lubił się bawić (choć zawsze stawiałem porządek ponad rozrywkę). Wolałem, by powiedziała Marceliusowi właśnie to, niż prawdę - że się ich wstydzę.

Rzuciłem się w wir pracy, odkrywając nowe ujście dla moich pasji. „Walczący Mag” przeprowadził ze mną wywiad na temat niebezpieczeństw ujawniania magii przy mugolach. Mówiłem i mówiłem, bazując na swoim doświadczeniu z pracy i wplatając nawet w swą przemowę kilka przestróg przed niebezpieczeństwem związków między czarodziejami i mugolami. Świadomość, że ludzie chłoną moje słowa, okazała się równie upajająca jak legilimencja. Nie mogłem zostać byle dziennikarzem, ojciec kręciłby nosem, wkręciłem się więc w struktury propagandy Ministerstwa. Najważniejsze szychy nie były wcale mistrzami słowa - potrzebowali mnie. Do pisania przemówień, do ćwiczenia negocjacji, do kontaktów z prasą. Nadal chętnie udzielałem wywiadów, podsyłałem Walczącemu Magowi własne felietony. W teorii wciąż budowałem karierę w Departamencie Niewłaściwego Użycia Czarów, ale w praktyce zaprzyjaźniałem się z ważnymi osobami, oferując im swoje rady, pióro i dyskrecję.  Przekonywałem się, że jestem inteligentniejszy od wielu z nich - że sam mógłbym wprowadzić reformy, które skutecznie uporządkują ten kraj. Pycha mieszała się we mnie z pedantyzmem, a praca zdawała się najpewniejszą ścieżką do zaspokojenia moich ambicji i do zapomnienia o Layli i Marceliusie. Wysyłałem im co miesiąc pieniądze, ale poza tym nie poświęcałem im żadnej myśli. Nie potrzebowałem towarzystwa, miałem przed sobą jasny cel.
A przynajmniej tak mi się wydawało.


Deirdre Tsagairt. Jej imię drażniło język egzotycznymi zgłoskami, tak jak ona drażniła i rozpalała moje zmysły. Poznaliśmy się w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, gdy potrzebowałem pozwolenia z francuskiej ambasady aby przesłuchać pewnego ważnego imigranta. Nie oparłem się pokusie spytania pięknej urzędniczki o kilka francuskich fraz - tylko po to, by usłyszeć jak ten zmysłowy język brzmi w jej ustach. Wcale nie zrażała mnie jej wyniosłość, pozorny chłód. Jej oczy były czarne jak węgiel, a ja wyobrażałem sobie w nich żar ognia. Na biurku wszystko było pedantycznie poukładane, papiery zorganizowane. Spodobała mi się. Miała czystokrwiste nazwisko i nie wyglądała na kogoś, kto rzuca w domu talerzami. Widziałem w niej mieszankę rozwagi i ambicji, chyba właśnie to mnie do niej przyciągnęło. Do dzisiaj nie wiem, że połączyła nas także nić skrywanego szaleństwa - łudzę się, że to tylko pragnienie kontroli i inteligencja. W końcu umiem wmówić wszystko - innym i samemu sobie.

Uwodzenie ambitnej urzędniczki jest trudniejsze niż podrywanie mugolskiej kwiaciarki. Layli imponowałem Orchideusem, nauczyłem się wtedy, że drogą do serca kobiety jest podziw. Starszy i doświadczony, mogłem pokazać Deirdre wiele. Zacząłem od opowieści o władzy i kontroli, a potem, gdy lepiej się poznaliśmy - w starannie wyreżyserowanym momencie - opowiedziałem jej o swoim talencie, o cudzych głowach i legilimencji. Zakazanej, jaka szkoda.  Wtedy już trochę ją znałem, wiedziałem, że mnie zrozumie. Zrozumiała aż za dobrze. Wmówiłem sobie, że nagły błysk w jej oczach to płomień ciekawości, niczego innego. Tak, jak wmawiałem sobie, że sam wcale nie czerpię sadystycznej przyjemności z buszowania w cudzych wspomnieniach. Oboje trzymaliśmy swe żądze na wodzy, działając w swoich departamentach na chwałę czarodziejskiego świata, udając przed sobą nawzajem ambitnych idealistów. Kilka niewinnych pytań o to, co można by udoskonalić, a Deirdre zaczęła się przede mną otwierać, a nasze dyskusje o polityce zaczęły trwać wiele godzin. Najpierw w kawiarniach, potem podczas przerw obiadowych, potem na kolacjach, w końcu w moim domu, w końcu w mojej sypialni. Szanowała się, to rzecz oczywista - nie rozważałbym innej kobiety u swojego boku, choć jej skośne oczy były złośliwym pstryczkiem w stronę ojca. Ale ja potrafiłem być przekonujący, bardzo przekonujący. Nie musiałem wchodzić do jej głowy, by namieszać jej w głowie - co za wspaniałe uczucie! Upajające. Powoli uzależniłem się od tego, jak czułem się przy Deirdre. Niegdyś nie wierzyłem w bajki o drugich połówkach, ale zacząłem wierzyć, że ona jest moją. Że razem zawojujemy świat, że przy takiej żonie będę szczęśliwy i spełniony, jak Solas przy swojej Jade.

Przyjęła moje oświadczyny, planowaliśmy ślub, byliśmy szczęśliwi. A przynajmniej Deirdre wydawała się być szczęśliwa. Mnie też rozpierały radość i satysfakcja, przeważnie. W jej towarzystwie czułem się spokojny, ale ilekroć zostawałem sam i zerkałem w lustro - docierało do mnie, że żyję w kłamstwie. Byłem jej pierwszym, ale ona… Ona domyślała się, że pewnie miałem kogoś w przeszłości, ale na pewno przez myśl jej nie przeszło, że zadawałem się z mugolaczką, że mam nieślubnego syna. Nie ja! Głos konserwatystów w Ministerstwie, charyzmatyczny stróż Kodeksu Tajności, elokwentny pedant. Myśl, że wszystko kiedyś się wyda, zaczęła być coraz bardziej natarczywa. Przestałem wysyłać Layli pieniądze, miała przecież kilkanaście lat aby zatroszczyć się o siebie i syna albo odłożyć coś z prezentów ode mnie, w końcu wysyłałem im aż za dużo. Rekompensowałem własne wyrzuty sumienia coraz to nowymi niespodziankami dla narzeczonej. Kupiłem duży dom w Chelsea, dla nas i dla naszych przyszłych dzieci. O tak, myśl o dzieciach trochę mnie pokrzepiała. Chciałem mieć ich dużo - kilka szkrabów i zapomnę, że gdzieś po świecie kręci się mój bękart. Kupimy skrzata, wynajmiemy pomoc, będzie wygodniej niż przy moim pierworodnym. Dojrzałem, umiałem już balansować karierę z życiem rodzinnym, poświęcałem Deirdre dużo uwagi - poświęcę czas i dzieciom, ucząc je historii (w Hogwarcie dostaną w końcu jej skażoną wersję), uroków i oratorstwa. Moja młoda narzeczona trochę usztywniała się na dźwięk rozmów o macierzyństwie, więc postanowiłem pokazać jej świat, wyszumieć się. Podróże po Europie, dobre wino, namiętne noce - nasze życie było sielanką.

Dopóki nie okazało się, że Deirdre również ma swoje sekrety. Do dziś nie wiem jakie, choć wciąż od nowa wyobrażam sobie wieczór, którego oddała mi pierścionek i spakowała walizki. Chciałem przyłożyć różdżkę do jej skroni, wykrzyczeć, że sam wydrę z niej tajemnice jeśli mi ich nie zdradzi. Nie byłem ślepy, legilimencja uwrażliwiła mnie na subtelne sygnały - stężałe rysy twarzy, nieobecne spojrzenie. Zazdrość podszeptywała, że pewnie znalazła kogoś innego. Ambicja kazała wyniośle milczeć. Smutek i gniew najpierw mnie sparaliżowały, a potem wybuchły. Nie zagroziłem jej różdżką, nie śmiałem spytałać o istnienie rywala, po prostu krzyczałem, drwiłem, wywlekałem brudy, groziłem, że jeszcze wróci. Upokorzyłem się, spaliłem w ogniu emocji, których nigdy nie chciałem czuć. A potem, pokonany, po prostu obserwowałem jak odchodzi, w sercu mając ciche przekonanie, że chyba zasłużyłem. Że kłamstwa wracają, śmiejąc mi się w twarz.



Śmierć Solasa była kolejnym ciosem, niespodziewanym. On nie zasłużył. Był najlepszą osobą, jaką znałem. Najzdolniejszym łamaczem klątw. Podobnie jak rodzice, natychmiast zracjonalizowałem sobie tamtą tragedię, upatrując winy w Jade. Gotów byłem pozwać ją do sądu, zeznawać na jej niekorzyść. Pamięć o Solasie - albo wrodzona ciekawość - kazały mi jednak porozmawiać z nią sam na sam, wyjąć różdżkę, wściekle i pochopnie zażądać dostępu do jej głowy. Spodziewałem się, że mi odmówi, wyśmieje, zadrwi, przypomni o bezprawiu mojej propozycji albo się wścieknie - ale ona zawsze była szalona, chyba dlatego zamotała w głowie mojemu bratu. Zagryzła zęby i pozwoliła mi obejrzeć tamte chwile, a płomienie wciąż śnią mi się po nocach. Nie mogłem już zeznawać przeciw niej, ale nie chciałem jej pomóc - przecież gdyby nie ona, nie pojechałby na tamtą cholerną wyprawę. Nie wziąłem udziału w procesie, a rodzice śmiertelnie się na mnie obrazili, mylnie sądząc, że wybrałem tamtą wywłokę. Gdybym kogokolwiek wybrał, moje słowa oczyściłyby ją z podejrzeń - ale jak miałem wyjaśnić wszystkim, że wszedłem jej do głowy? Wolałem umyć ręce, zawsze byłem trochę tchórzem. Ojciec przestał ze mną rozmawiać, matka straciła trochę kontakt z rzeczywistością. Zostałem sam.

W moim pustym domu łatwo utrzymać porządek, ale Anglia pogrążała się w coraz większym chaosie. Nie podobała mi się wojna, zbyt cenię spokój i bezpieczeństwo. Podobała mi się za to Wilhelmina Tuft - trochę szalona, ale tak bardzo potrzebująca zwolenników. Pomogłem jej dopracować sylwestrowe przemówienie, w trakcie którego namawiała do nienawiści wobec mugoli. Znałem ich świat, wiedziałem jaki może być niebezpieczny. Jak bardzo może zamącić w głowie. Trochę trudniejsze było tuszowanie nieobliczalności pani Minister w gazetach, ale i to potrafiłem zrobić, chętnie podszeptując odpowiednie wymówki redaktorom Walczącego Maga. W nagrodę za zasługi Tuft uczyniła mnie jednym z ważniejszych działaczy Oddziału Kontroli Magicznej i rzecznikiem jej polityki. Na początku miałem nadzieję poznać naturę szalejących anomalii, ale wkrótce przekonałem się, że nowe porządki muszą odbywać się po kolei i być skutecznie wyjaśniane publice. Na zgłębienie natury magii przyjdzie czas, najpierw musieliśmy wyłapać niebezpiecznych osobników, uosobienia chaosu. Czasami przemykało mi przez myśl, że wśród wyłapywanych dzieci może być mój własny syn, ale szybko przypominałem sobie, że przecież był czarodziejem i w Hogwarcie jest bezpieczny.

Pożar w Ministerstwie przypomniał mi o śmierci Solasa, był złym omenem. Podobnie jak rządy Harolda Longbottoma. Utraciłem swoją pozycję, nowy Minister nie potrzebował przyjaciół ani szeptaczy ani takiego rzecznika, jak ja. Wkrótce obróciło się to przeciw niemu. Stonehenge wydawało się obiecującą wiadomością, ale nie wiedziałem co sądzić o rosnących wpływach arystokracji. Marzenia o stołku Ministra coraz bardziej się oddalały. Świat pogrążał się w chaosie, a ja nienawidzę nieporządku. Na szczęście, Malfoy potrzebował zdolnych specjalistów od propagandy, włożyłem więc cały swój wysiłek w tkanie ministerialnych kłamstw. Przestałem się już zajmować niewłaściwymi zastosowaniami czarów, Anglia miała pilniejsze problemy - pomagałem więc Ministrowi na pełen etat, pilnując aby jego polityka znajdowała należyte odzwierciedlenie w Walczącym Magu, a przemówienia były nienaganne. Reform było sporo, trzeba było wyjaśnić je publice, Malfoy nie miał nieogarniczonej ilości czasu i energii, a publika łaknęła słów o nowym wspaniałym świecie, więc często sam zabierałem głos. Kontrolowałem, czy propaganda wypływająca z Ministerstwa jest na najwyższym poziomie, czy Walczący Mag odpowiednio cytuje słowa Ministra, nasze słowa. Stałem się nieoficjalnym rzecznikiem nowego rządu, nowego porządku. Moje starania zostały zauważone i docenione. Gdy dowiedziałem się, że to Czarny Pan, a nie Malfoy, pociąga za sznurki, świat z powrotem nabrał sensu. Zadeklarowałem wsparcie dla Rycerzy Walpurgii, chyba uwierzyłem w nowy ład, inaczej zresztą nie wypadało - musiałem dbać o swoje nazwisko, karierę, o siebie. Poza tym, w zimie jeszcze nie bałem się tego, co przyniesie przyszłość.

Strach odezwał się we mnie dopiero pierwszego kwietnia. Obserwowałem z okna jak Londyn płonie, na biurku mając gotowy list do redaktora Walczącego Maga. Starałem się myśleć tylko o tym, jak przedstawić tę noc publice z największą korzyścią dla Ministra. Czy uczynić z tego wydarzenia bohaterskie starcie policji z buntownikami, uczcić ofiary, znaleźć męczenników? A może lepiej postarać się aby wszyscy zapomnieli? Miałem sporo do przemyślenia - na szczęście. Gdybym nie miał czym zająć zdradliwych myśli, biegłyby czasem do Marceliusa i Layli. Kilkakrotnie w ciągu tamtej nocy przemknęło mi przez głowę, czy wszystko u nich w porządku, czy zdążyli uciec. Potem jednak zaciskałem wargi i wracałem do biurka, wylewając z siebie kolejne słowa ministerialnej propagandy. Nie mogłem myśleć o swoich dwóch życiach. Teraz miałem już tylko jedno. Byłem głosem i piórem Malfoya - to teraz moje powołanie.  Zadeklarowałem jasno swoją lojalność i pozostawało mi ślepo wierzyć w nowy ład - niewierni zostawali w końcu jego ofiarami.



Patronus: Cornelius nie potrafi już przywołać patronusa, zaniedbał swoje zdolności z zakresu obrony przed czarną magią. Udawało mu się tylko we wczesnych dniach znajomości z Laylą (patronus był wtedy skoczną wiewiórką, a Sallow do dziś nie wie dlaczego - może zwierzątko wydawało się równie swobodne jak on przy swej mugolskiej kochance?). Srebrny dym z jego różdżki zaczynał się też materializować tuż po zaręczynach, ale nigdy już nie nabrał zwierzęcego kształtu.

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 50
Uroki:355 (rożdżka)
Czarna magia:00
Uzdrawianie:00
Transmutacja:00
Alchemia:00
Sprawność:5Brak
Zwinność:0Brak
JęzykWartośćWydane punkty
AngielskiII0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia MagiiII10
KłamstwoII10
NumerologiaI2
PerswazjaIII25
SpostrzegawczośćI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Odporność magicznaI5 (+13)
MugoloznawstwoI2
Savoir-vivreII5
Wytrzymałość psychicznaII10
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Rycerze WalpurgiiI7
Rozpoznawalność (polityk)III0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (tworzenie )II7
Literatura (wiedza)I0.5
Sztuka (wiedza)I0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 3,5
[bylobrzydkobedzieladnie]


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made



Ostatnio zmieniony przez Cornelius Sallow dnia 23.11.20 19:09, w całości zmieniany 3 razy
Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Cornelius Sallow Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Cornelius Sallow [odnośnik]23.11.20 20:41

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
legilimencja

Kartę sprawdzał: Justine Tonks
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Cornelius Sallow Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Cornelius Sallow [odnośnik]23.11.20 20:42


KOMPONENTYwoda królewska, 2x odłamek spadającej gwiazdy, kamień słoneczny, goblini galon,
wełna dwurożca

[23.11.20] Kryształ (lipiec/wrzesień)
[26.01.21] Komponenty (październik/grudzień)
[26.07.21] Styczeń/marzec
[09.04.22] Kwiecień/czerwiec

BIEGŁOŚCI
[26.01.21] Wsiąkiewka (lipiec-wrzesień): + 1 PB
[14.07.21] Wsiąkiewka (październik-grudzień); + 3 PB
[02.11.21] Wsiąkiewka (styczeń-marzec); + 3 PB

HISTORIA ROZWOJU[23.11.20] historia; -550 PD
[23.11.20] Rejestracja różdżki
[20.01.21] Aktualizacja postaci
[21.01.21] Wykonywanie zawodu (lipiec/wrzesień): +20 PD
[26.01.21] Wsiąkiewka (lipiec-wrzesień): + 60 PD
[26.02.21] [G] Kuguchar; - 200 PM
[26.04.21] Zdobycie osiągnięcia: Do wyboru do koloru; +30 PD
[14.07.21] Wsiąkiewka (październik-grudzień); +120 PD
[12.07.21] Zdobycie osiągnięcia: Mam tę moc; +30 PD
[23.07.21] Spokojnie jak na wojnie: +69 PD, +2 PB organizacji
[29.07.21] Osiągnięcie: Wór pełen ziół, +30 PD
[03.08.21] Wykonywanie zawodu: październik-grudzień, +20 PD
[13.08.21] Osiągnięcia: Ostrożny sprzymierzeniec; +30 PD
[01.09.21] Aktualizacja zdolności: +3 PB do reszty
[29.09.21] Aktualizacja postaci -200 PD
[21.10.21] Osiągnięcia (Obieżyświat); +30 PD
[02.11.21] [G] Zakupy: wełna rogatej czarowcy, -75 PM
[02.11.21] Wsiąkiewka (styczeń-marzec); + 120 PD
[02.11.21] Osiągnięcia (Mały pędzibimber); +30 PD
[23.11.21] Zdobyto osiągnięcie: Weteran; +100 PD
[13.12.21] Zdobyto osiągnięcie: Sędzia kalosz; +30 PD
[28.12.21] Wykonywanie zawodu: + 15 PD
[29.12.21] Wykonywanie zawodu II : + 15 PD
[30.12.21] Rozwój postaci: +5 Uroki; -400 PD
[31.12.21] Zdobyto osiągnięcie: Specjalista w urokach; +60 PD
[21.01.22] Osiągnięcia (Deflorator); +30 PD
[21.02.22] Zakup [G] Pierścień z kamieniem księżycowym; - 100 PM
[28.02.22] Wydarzenie: Pan na włościach +100PD +2PB
[09.03.22] Osiągnięcia (Mroczny Znak I); +30 PD
[20.03.22] Spokojnie jak na wojnie: +150 PD; +3 PB organizacji
[26.04.22] Wykonywanie zawodu (kwiecień-czerwiec): + 15 PD
[03.05.22] Zdobycie osiągnięcia: Ostatnia landrynka +30 PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Cornelius Sallow Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Cornelius Sallow
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach