Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Pokój na piętrze
AutorWiadomość
Pokój na piętrze [odnośnik]04.08.21 16:19
First topic message reminder :

Pokój na piętrze

Pokój na piętrze był przez profesor Bagshot najchętniej odwiedzanym miejscem w domu. Po sufit zastawiony regałami z książkami, duży, choć zagracony meblami, piramidami tomów na podłodze, kocami, którymi otulała się kobieta, zwojami pergaminów i notatkami na biurku. Na półkach można znaleźć literaturę naukową i historyczną, w tym największe dzieło: Dzieje Magii, ale także Historia Hogwartu, Upadek pogańskiej magii, Wyrocznia o Palombo i Wyrocznie wróżby i koza. Prócz nich gdzieniegdzie pare tomików poezji i literatura piękna.


Kadzidło

W małym pokoju na piętrze Sheila z Nealą ułożyły przyniesione koce i śpiwory. Miękkie materiały miały być wykorzystane dopiero pod koniec imprezy, kiedy nadejdzie zmęczenie i wszyscy zapragną pójść spać, ale przyniesione przez Isabellę kadzidło zaniesiono właśnie tam. Każdy, kto miał ochotę na chwilę odpoczynku mógł położyć się na ziemi i wdychając kadzidło uspokajające odprężyć się chwilę i nastroić.

Kadzidło pachnie suszonymi morelami i koniakiem.

Aby sprawdzić efekty kadzidła na swój organizm, podczas sylwestrowej nocy poddany specyficznym próbom wytrzymałościowym, należy rzucić kością k3.

Efekty kadzidła:



Sufit pełen gwiazd

Aby umilić odpoczynek i wzmocnić nastrój w pomieszczeniu Steffen i James postanowili dodać pokojowi nieco magii. Dawny gabinet profesor Bagshot został przyciemniony — nie paliły się w nim żadne świece, nie docierało także światło z zewnątrz. Jedynym źródłem blasku były drobniutkie, iskrzące na suficie gwiazdy. Migoczące, bezchmurne niebo było prostą sztuczką, ale każdy kto zdecydował się położyć na śpiworach i odpocząć, wdychając dym z kadzideł mógł zobaczyć, że gwiazdy na niebie poruszały się, przybierając rozmaite kształty, budując opowiadane Steffenowi przez Jamesa cygańskie historie.

Aby sprawdzić, co pokazuje niebo nad głowami należy rzucić kością k6.

Historie na nieboskłonie:
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pokój na piętrze - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Pokój na piętrze [odnośnik]28.01.22 11:32
Wiedział, że wszystko co się ziało odbijało się na młodszej siostrę. Odkąd tylko pamiętał, próbował ją chronić. W domu, gdy byli sami, pośród cygańskich dzieci, do których szybko przywykli, w końcu ucieszeni, że zaproszenia do zabawy nadciągały same, później w szkole, upewniając się, że nikt jej nie gnębił, nie dokuczał. Ale nie był cieniem. Chadzał własnymi drogami, ścieżki wybierane przez niego zawsze niosły ze sobą spore ryzyko, zupełnie jakby mimo tych wszystkich doświadczeń nie uczył się na błędach, nie analizował możliwych konsekwencji. Szedł tam gdzie prowadziły go nogi, wzdychał do tego, do czego mocniej biło jego serce, nawet ulotnie, przez kilka chwil — do tej, tamtej dziewczyny, muzyki klasycznej, której nigdy dobrze nie zgłębił, śpiewu ptaków, jedzenia. Kłopoty chwytały się go jak rzep psiego ogona; był niepoprawnym romantykiem, wolnym duchem nieszczególnie twardo stąpającym po ziemi. Podejmował decyzje pod wpływem chwili — nigdy nie miał zbyt dużo czasu na to. Nie mógł usiedzieć na miejscu, znikał dniami i nocami, bo tyle było do zrobienia, do zobaczenia, przeżycia. Czasem zapominał, że ona potrzebowała tego spokoju, cichej, niemej obecności. Świadomości, że ktoś jest w domu, nawet jeśli nic nie robi. Dawało jej to poczucie bezpieczeństwa, mając ich na oku mogła myślec o sobie. Dopiero wtedy. Każda chwila nieobecności niosła ze sobą niepokój, że coś się stało lub dopiero stanie. I nic nie zapowiadało, by to miało się zmienić. Babka powtarzała, że wszystko się zmieni, kiedy się ożeni. Żona go usidli, zatrzyma. Ale okazało się, że Eve potrzebowała szumu wiatru w uszach. Nie bez przyczyny to właśnie formę ptaka przybrała jej ani magiczna forma. Uczona do swej roli, pilnowana zgodnie z zasadami w cygańskiej społeczności nie mogła rozpostrze skrzydeł. Teraz mogła. Każdy mknął w swoją stronę.
A ona tu wciąż tkwiła. Czasem sama. Opuszczona. Zapominał o tym. Dopiero kiedy patrzył jej w oczy, takie jak teraz, przepełnione bólem i rozterką, przypominał sobie, zarzekał się w duchu, że się zmieni, zrobi wszystko, by mogła czuć się szczęśliwa, spokojna. A później? Teraz nieustannie stawało się przeszłością.
— Co?— spojrzał na nią z większym niepokojem, ściągając ku sobie brwi. Usiadł na jednej, ugiętej nodze, trzymając jedną dłoń na jej ramieniu, drugą za plecami, jakby miała zaraz upaść. Ale siedziała stabilnie. Nic się nie stało. Patrzył na nią przez chwilę, jakby nie docierały do niego jej słowa, mówiła w obcym języku, ale przecież to był po prostu angielski; znał go. Przymknął usta i spuścił wzrok; zmarszczką pojawiła się między brwiami, a twarz spowił lekki cień. — To były ciężkie miesiące — przyznał, puszczając ją i przesuwając się z nogi na podłogę, po czym objął drugą, ugiętą rękami. — Marcel i Aidan się pobili? — zerknął na nią zdziwiony, ale ten temat nie mógł zastąpić tego, co chciała usłyszeć. A chciała usłyszeć prawdę. — Wiem, Sissy — szepnął, nie wiedząc, co powiedzieć. W takich sytuacjach to Thomas radził sobie lepiej. I żałował, że teraz go nie ma. Mógłby powiedzieć wszystko tak, jak trzeba, lekko, odejmując jej zmartwień. — Nie chcemy żebyś się zamartwiała. To wszystko, co się wydarzyło... Wiesz, nie planowaliśmy tego. To jakaś seria niefortunnych zdarzeń. Kiedy poszliśmy na plac, na zbiórkę jedzenia, widzieliśmy to. Jak rozdają jałmużnę takim, jak my. Czarują dobrocią, oddaniem. Udają, że im zależy. Nie ma nic złego w tym, że brali co im dawano. Byli głodni. — Jak my.— Ale niech biorą wiedząc, że to wszystko to tylko ułuda. Niech wiedzą, że nikomu na nas nie zależy. Dziś robią to bo potrzebują poparcia. Jutro stwierdzą, że tacy jak my psują wizerunek stolicy i trzeba się nas pozbyć. Nie zasługujemy na to — szepnął, szukając jej spojrzenia. — Tommy był tam wtedy. Zrobił niezłe przedstawienie. I ludzie go posłuchali— Uśmiechnął się, chcąc nadać tamtym wspomnieniom smaku dobrej zabawy, lekkości; nawet jeśli ryzykowali życiem tak naprawdę. Nieważne, że to, co robił było takim samym kłamstwem. W międzyczasie musieli otworzyć oczy, w domu, przemyśleć to wszystko. Jeśli choć jedna osoba wtedy zwątpiła w słuszność tego, to chyba było warto. — Bałem się wtedy — przyznał ledwie słyszalnie. — Nie wiedziałem, że tam będzie, i to w takiej roli. Bałem się, że go zabiorą i nie wypuszczą. Tak, jak ty. Ale wypuścili, nic nie zrobił. To pieprzony farciarz. Nie mieliśmy szczęścia później, ale... Ale to była moja wina. Ja... Nie wiem, nie myślałem o tym, co może się stać. Przepraszam.— Sięgnął dłonią do tej twarzy, żeby pogładzić ją lekko po policzku. — Ten... Tonks... Chce żeby Thomas walczył, bo o bliskich musimy walczyć, Sissy. Czasy się zmieniły. Ta zmiana wymaga od nas więcej. — Spuścił na moment wzrok i prychnął. — Ale nie spodziewałem się, że on zakocha się... — machnął lekko dłonią i spojrzał w kierunku drzwi z westchnieniem. — W takiej dziewczynie.— Problematycznej. Może powinien. Wydawało się, że są siebie warci.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Pokój na piętrze [odnośnik]02.02.22 2:09
Tak miało być, tak ją nauczono. Chłopcy mieli zmienić się w mężczyzn, ją miał wziąć ktoś za żonę, siedziałaby więc, prała, gotowała. Nie było ważne, co działo się gdzieś w dalekim świecie, byleby wóz wraz z rodziną stali, wszyscy w miarę możliwości byli nakarmieni, a mąż cały, zdrowy i zadowolony kiedy był w domu. Dopóki nie wyszła za mąż, miała przyzwyczajać się do poleceń mężczyzn, potem mogła słuchać już głównie męża. Lecz teraz wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Teraz uciekali gdzie się dało, pakując się w tarapaty, bo z takiej gliny byli ulepieni, teraz pakowali się w sytuacje, gdzie niebezpiecznie było w ogóle o tym myśleć. A ona trwała w miejscu, obserwując, czekając. Dzień za dniem, godzina za godziną. Który dziś nie wróci do domu? Który poraniony? Który wylądował w więzieniu, który zniknął na trzy tygodnie? Kiedy i czy wrócą? Nienawidziła tego, bo miłość, którą do nich czuła, zaczynała mieć wrażenie dławiącego więzienia. Puste frazy o wydobyciu się ze strachu wcale nic nie znaczyły, kiedy za każdym zniknięciem w myślach budziły się jej wspomnienia wozów w płomieniach, trupów ścielących ziemię, gryzącego dymu…nawet teraz zamrugała, usta wbijając w wąską kreskę. Nie chciała o tym myśleć, nie chciała zastanawiać się nad tym, co miała przynieść przyszłość, ale tego się właśnie obawiała. Jak miałaby nie? Nigdy nie rozmawiała o tym, co się stało, nie na dłużej przynamniej. A potem i tak pech chodził za nimi krok w krok.
Wobec Jamesa szczególnie. Kochała rodzeństwo, kochała Eve, ale to właśnie ramiona środkowego z braci pamiętała jako pierwsze. To właśnie jego kojarzyła zawsze obok – Thomas był wolnym ptakiem, Eve trzymała się jednak bardziej starszych koleżanek i kolegów niż Sheila. Ale James był jak wierny stróż, ukochany brat, najlepszy przyjaciel i niezmęczony pocieszyciel w jednym. Niestety nie mógł żyć tym, nie na długo, bo świat go wołał, a nawet miłość do siostry nie zatrzyma go w miejscu. Nie miała prawa tego od niego żądać, ale…jednocześnie przykro jej się robiło. Wybiegał gdzieś, znikał, gromadząc sekret za sekretem. Ściągając do siebie jak magnes kłopoty, ale i relacje – wciąż pamiętała tę potańcówkę, która wciąż jakoś odbijała się w niej echem. To z Nelą wolał potańczyć na sylwestrze, to z Nelą wolał spędzić czas, niechętnie nawet spoglądając na płaczącą siostrę bo akurat nie pasowała sytuacji. Czemu by miał? Była w końcu pewnikiem, jej miłość się nie zmieniała, więc w końcu skoro była w domu, z obiadem z resztek i z pocerowanymi skarpetami, powierników, przyjaciół i radości można było szukać gdzieś indziej.
- Ano… - przygryzła lekko policzek, tak jakby sama w to do końca nie wierzyła, a jednak, Moore przyszedł jej powiedzieć o tym otwarcie. W świetle ostatnich rewelacji było to dość…męczące. Jakby nagle na nowo powstawały problemy, tam gdzie nie trzeba było ich wcale tworzyć. – Znaczy…chyba się pokłócili. Aidan chciał mnie bronić, chociaż nie było przed czym. Ale po prostu…inaczej to wyglądało w jego oczach, inaczej go wychowali. A Marcel…nie wiem, czemu Aidan go uderzył. Chyba po prostu się nie dogadali. – Przeczesała włosy dłonią, lekko zaniepokojona.
- I dlatego nic mi nie mówicie? Abym martwiła się jeszcze bardziej, kiedy nagle znikacie, kiedy nagle lądujecie w więzieniu, z którego mało kto wychodzi? – Pochyliła głowę, nie patrząc już nawet na brata. Czuła się, jakby ostatnimi czasy miała jedynie pretensje, a to, że każdy zaczynał uciekać z tego miejsca dawało jej do myślenia. Może po prostu nie chcieli, aby wróciła do nich? Sama musiała przyznać przed sobą, że jej obecność na pewno by sporo odciążała. – Naprawdę myślisz, że ktoś wziąłby to za przejaw dobroci? Ludzie są głodni, Jimmy. Ludzie umierają nie mając jedzenia i zamarzając, bo nie mogą się ogrzać. Im nie trzeba ideałów stojących za szlachtą, oni chcą przetrwać. – Potrząsnęła lekko głową. Wiedziała jakie mieli warunku, że odbiegały od ideału i to sporo, ale wciąż mieli więcej niż niektórzy i to było przerażające.
Spojrzała na Jamesa kiedy przyznał się do strachu o brata, przysuwając się aby delikatnie odsunąć kosmyk loków z jego twarzy. Widziała w nim niewyspanie, widziała ból, widziała wymęczenie wszystkim, o tym nie musiał jej opowiadać. Znała go na tyle dobrze, że była wręcz przekonana, że najchętniej na nowo zrobiłby coś, czego potem by pewnie żałował, ale to pomogłoby uciszyć emocje buzujące w nim, chociaż na chwilę. Pochyliła się jeszcze w stronę jego dotyku, chociaż spojrzeniem uciekła gdzieś na bok.
- Nie mamy już pięciu lat, Jimmy. Następnym razem może w ogóle nie być okazji aby powiedzieć „przepraszam”. Następnym razem gdy w złości podniesiesz na kogoś rękę, ta osoba z łatwością sięgnie po twój kark i skręci. I wszystko, co wtedy zrobisz, co zrobiłeś, przestanie się liczyć, bo jeżeli w ogóle dowiemy się, co się z tobą stało, to będzie wyjątkowa chwila. – Pochyliła się do przodu, wyciągając dłonie, splatając je dookoła pleców, aby położyć mu brodę na ramieniu, tak jak robiła to zawsze jak była młodsza i wyjątkowo nie dawała rady już iść. Dźwigał ją, chociaż nie przychodziło mu to łatwo, nawet jak była całkiem drobna, nucąc wtedy coś pod nosem i czekając, aż uspokoi się i da radę myśleć na nowo. – Wiem, że mnie nie posłuchacie, cokolwiek bym nie powiedziała. Że musicie być gdzieś tam, bo tutaj jest nudno i nie ma co robić. Ale…ja tak nie mogę, Jimmy, i nie wiem, co zrobić. Mam iść walczyć? Mam się zmienić? Mam przestać stosować zasady? Marcel powiedział, że inni, niecyganie, też zakładają rodziny.
Przymknęła jeszcze oczy na chwilę, zaraz się jednak odsuwając aby spojrzeć na niego, tym razem równie smutno co szczerze.
- Powiedz mi, James. Jeżeli ciąże za bardzo, bądź szczery.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 9
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Pokój na piętrze [odnośnik]03.02.22 1:52
Nigdy nie wątpił w jej oddanie i uczucie. Nigdy nie myślał, że mógłby je stracić. Mógłby? Nie, niemożliwe. Ludzie w takich chwilach zapominali o tym, by doceniać to, co mieli, bo wszystko mogło się wydarzyć. Zapominał, jak każdy. Nie był wyjątkiem. I jak każdy nie spodziewał się, że popełniał błędy, a jego czyny odbijają się w niej smutkiem. Bezmyślność była głównie domeną ludzi młodych, porywczych. Nie analizował, nie zastanawiał się nad konsekwencjami dopóki się nie przytrafiały, by później być zaskoczony lub wściekłym ich wystąpieniem. Była stabilnością, domem. Tym, do czego zawsze mógł wrócić, niezależnie od sytuacji, zdarzeń, słów. Wracał. Prędzej czy później, zawsze wracał, bo nie był samotnikiem. Rwany porywami wiatru odnajdywał drogę do domu, do niej, bo składała się w fundament jego rzeczywistości. Ale zapominał, by o to dbać. Pielęgnować. Nic przecież nie było ofiarowane na zawsze.
— Przepraszam — szepnął cicho, szukając jej spojrzenia. Pochylił głowę do przodu, chcąc ściągnąć je na siebie. Żałował, szczerze. Jego ciemne oczy błyszczały w nikłym świetle, twarz wyrażała skruchę. — Za to, że na ciebie krzyczałem — nie zrobił tego wcześniej, jak zwykle przechodząc ze wszystkim do porządku dziennego. Był wtedy wściekły, obarczał ją współwiną za to wszystko. Wiedziała, musiała wiedzieć, kim był Aidan. A jednak nie czuła zagrożenia. Dziś to nie miało już znaczenia. Zgodził się pomóc, zrobić wszystko, co się da, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Nie wiedział, z czym się to wiąże, ani co oznaczało właściwie owo wszystko konkretnie. To było już za nim. Tej decyzji nie dało się cofnąć. Przypomnieć mu o tym zawsze miała gojąca się rana we wnętrzu lewej dłoni. — O co się pokłócili? przed czym chciał cię bronić Aidan? Przed Marcelem?— zdziwił się, przypominając teraz tamten widok; jak nachylał się nad nią. Spoważniał. — Nigdy by ci nie zrobił niczego, jesteśmy rodziną.— Nie znał zamiarów Marcela, ale nie chciał wcale. Wiedzieć, jaki miał stosunek do jego siostry. — Powiedziałem Marcelowi, że ma się do ciebie nie zbliżać. Wiesz, jak.— Romantycznie, jak potencjalny adorator.— Ale nie wiedziałem... — Że Aidan wziął sprawy w swoje ręce. Nie podobało mu się to. — Ten cały... Aidan... Chyba był zazdrosny, co? Lubi cię.— Domniemywał. Zdawało mu się dziś, że rozmawiali, ale nie potrafił sobie przypomnieć ani kiedy, ani o czym. O Sheili? Gdyby palnął coś głupiego nie powstrzymałby się. Nikt jednak nie powiedział, by obił mu pysk.
Westchnął ciężko i spojrzał w bok, odsuwając się od niej. Usiadł na ziemi, podciągając obie nogi, oplatając je rękami. Przez chwilę gryzł wargę od środka, aż w końcu się odezwał:
— Nic ci nie mówimy, bo nie chcemy cię martwić. Czasem wydaje nam się, że potrafimy przewidzieć koniec. To nieprawda. Ale nie chcemy kończyć, jak kończymy. Wierzymy, że wszystko się uda. Uda zanim zdążysz się zmartwić. — Po chwili pokręcił głową. — Nie chodzi o przejaw dobroci, Sissy. Chodzi o prawdę. O to, by każdy świadomie zdecydował. Brał, co dają i znał tego cenę, nie uznawał za szlachetność, czy dobroć płynącą z serca. Jesteśmy cyganami — Nieważne, że tylko w połowie, wychowani byli przez podróżujących po Anglii Romów, to znacznie więcej niż krew mogolskiego, paskudnego ojca. — Porywamy dziewczyny, w których się zakochujemy, nawet jeśli nas nie chcą. Sprawiamy, że zmieniają zdanie. Jakoś. Bierzemy to, co chcemy, sięgamy po to, co nam się należy. Znamy swoje miejsce, ale ono nigdy nie było pod cudzym butem. Radzimy sobie sami, tak jak potrafimy, jak chcemy. Robimy co musimy. Ale nikt nigdy nie będzie naszym panem. To my decydujemy o naszym losie i tym, co nas spotka, nie… oni. Niezależnie kim ci oni są, Sheila. — Zacisnął zęby na moment. Rozumiał ją. I do niedawna myślał zupełnie tak samo, ale to, co przeżył nie pozwalało mu ignorować faktów.
Na chwilę umilkł, bijąc się z myślami. Zastanawiając, czy chciał jej to powiedzieć. Kiedy wrócił do domu wtedy nie powiedział za wiele, policja, obława w barze. Oszczędził jej krwawych, dramatycznych szczegółów. Ale bez nich nie zrozumie, co nim kieruje.
— Zostałem w Londynie niedługo przed Bezksiężycową Nocą. Bo tu miałem przyjaciół. — Chociaż wiedział, by szukać bliskich, powinien ruszyć dalej. Odwlekał tą decyzję, bojąc się samotności. — Poznałem pewnego półolbrzyma. Poznałem dziewczynę. Wtedy, w listopadzie, spotkałem go na ulicy nieruchomego, ledwie żywego. Przy nim... — głos mu zadrżał, a oczy zeszkliły się szybko. Spuścił wzrok. — Przy nim zmasakrowane... ciała... małych dzieci. On... — Nie dokończył, nie powinna tego słuchać. — Nie wróciłem do domu. Prześladował mnie ten widok. To, że ktoś mu to zrobił. Im. Piłem. Byłem w Parszywym w dokach. Przyszedł Marcel. Przyszła policja. Oskarżyła tą dziewczynę o straszne rzeczy. Absurdalne. Jeden z nich, Sissy... Złapali mnie, wszedł mi do głowy. Bez powodu. Tak po prostu. Oglądał wszystko, czuł.... — Zatrzymał się, siąknął nosem. — Tą dziewczynę, Celinę i Hagrida stracili w Tower. Ścieli jak skazańców. To mógł być każdy z nas. Wybrany bo kogoś trzeba wybrać. Znaleźć ofiarę, którą zmienią w zbrodniarza. Tu nie chodzi o ideały. Wolałbym umrzeć z głodu, przy was, niż tak.— Przygryzł policzek od środka. — Następnym razem mogę to być ja, niezależnie od tego, czy podniosę na kogoś rękę, czy nie. Tak po prostu. Dla kaprysu. — Kiedy położyła brodę na jego ramieniu wtulił się w jej włosy, przyciągając ją do siebie. — Nie musisz walczyć. Jedyne, co musisz robić to być silna. I gotowa. — Na to, co się wydarzy. Odsunął się, by spojrzeć na jej twarz, pogłaskał ją po policzku. Trzeźwym spojrzeniem odszukał jej, zamykając dłonie na jej policzkach. — Gdyby mnie albo Thomasowi coś się stało, albo Marcelowi, będziecie z Eve bezpieczne. — Mówił to z przekonaniem, wierzył przyjacielowi. — Musicie tylko trzymać się razem. Eve... Ona... Trudno ją opanować. Namówić do czegoś. Ale gdyby coś się stało, nie pozwól jej tego zaprzepaścić. Okej?— Pogłaskał ją po włosach i pochylił się, by pocałować jej czoło. Odeszła. Eve odeszła, ale wiedział, że do Sheili wróci. Jeśli tylko ją wezwie, poprosi. Przymknął na moment powieki. — O czym ty mówisz? Nie ciążysz. — Znów się odsunął, by złapać jej spojrzenie. — Nigdy tak nie myśl. To ty dziś trzymasz nas w kupię, rozumiesz? Te dwa lata... My... To ty nas trzymasz razem. Całą rodzinę. I o jakim zakładaniu rodzin? Co on powiedział?


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Pokój na piętrze [odnośnik]08.02.22 1:18
Nie chciała tracić Jamesa. Kiedyś myślała, że rozstali się na zawsze, chociaż usilnie przekonywała siebie samą, że to nie prawda, że jeszcze się spotkają. Gdy natrafiła na niego (czy też raczej on na nią) w Devon, w bezpiecznym miejscu, u Weasleyów, którzy starali się każdego przyjmować do siebie. Ale teraz, kiedy w końcu się odnaleźli, on znikał. Wychodził do Marcela, wędrował do Devon, czuł się lepiej poza domem. W takich chwilach oczywiście, że zastanawiała się, co robiła nie tak, bo miała wrażenie, że to musiało chodzić o nią. Nie o niego.
- Powinieneś, to nie było miłe. – Nie chciała obrywać za cudze kłamstwa. Ale też nie sądziła, że James, który poszedł na plac, łudził się, że nie robił to dla kogoś innego.
- Wiem, że Marcel mnie nie skrzywdzi — burknęła cicho. Jak mógł wątpić w to, że nie wiedziała. Kiedy wspomniał o tym, że zabronił u się zbliżać do niej, uniosła brwi, wpatrując się w niego. - [b]Czemu, co jest ze mną nie tak? - Czemu mu tak powiedział? Że co, że za brzydka była? Usta zwęziły się w wąską kreskę, policzki się wydęły. To nie było zbyt miłe.
Na pytanie o Aidana wyraźnie posmutniała, zwieszając lekko ramiona.
- Chyba lubi...ale...po ostatnich dniach myślę, co powiedzą jego bracia. Tonks od razu się oburzał na nas, widocznie nie rozumiejąc. Niby spotkałam niektórych Moorów i byli mili, ale mam wrażenie, że nie do końca wiedzą kim jestem i co to oznacza. - Pewnie i oni mieliby na ten temat wątpliwości.
- I myślisz, że to dobre rozwiązanie. Z perspektywy czasu, patrząc na tabor, uważasz że to dobrze, że nic nikomu nie powiedzieliście z Thomasem? Myślisz, że miło się czułam, kiedy przez tydzień zamartwiałam się, czy Thomas zniknął czy może ktoś dał mu w głowę kamieniem? Upraszałam go wtedy, żebyście mi mówili o tym, co się dzieje, ale potem poszliście na plac, ignorując moje prośby, bo…bo żadnego powodu nie było, bo nagle wszyscy wiedzieli o tych ulotkach tylko nie ja. Nie możecie wiecznie liczyć, że jak mi nic nie mówicie to jest dobrze. – Jej twarz przybrała wyrazu nie tyle zaciętego, co zmęczonego, bo przyciągnęła nogi do siebie, patrząc na niego nieco spod brązowych włosów. – Nie czujesz tego, ale odsuwacie mnie od siebie, a to boli. Uważacie, że jak zamknięcie mnie w domu to będzie dobrze, ale potem sprowadzacie na siebie problemy. I przyprowadzacie problemy tutaj. Bo fajniej wam się bawi z innymi, a powrót do domu jest zagwarantowany, bo ja tu będę czekać, prawda? Nie jest ważne, że po drodze mnie zranicie, bo prędzej czy później wam wybaczę.
Wpatrywała się w niego cały czas, nie bojąc się jego reakcji, a raczej spodziewając się że znajdzie kolejny argument. Że tak nie jest, że tak naprawdę chodzi tu o coś innego. Ale też trzeba było o tym porozmawiać, bo nie miała już siły tego ciągnąć. Musiała pozbierać swoją psychikę, a to nie było możliwe, kiedy siedziała, zamartwiając się o innych.
- Znamy swoje miejsce? Na pewno? Mówiłeś, że nie wymagasz ode mnie tego, abym siedziała i gotowała, ale myślisz, że byłbyś zadowolony gdybym teraz była…gadziem? Właśnie o to chodzi, James, że sobie nie radzimy. Że świat nas zgniata i każda ze stron nas wykorzystuje. – Potrząsnęła lekko głową, oddychając lekko. – Zakon tak samo jak jego przeciwnicy bierze co chce i nie ogląda się jak to zrobi. Masz walczyć, bo to jakiś obowiązek, co z tego, że gdyby spotkali ciebie wcześniej na ulicy, pewnie oddaliliby się i mieli to wszystko gdzieś. Powiedziałam Tonksowi, że nie ma co nam grozić nam, że mamy kontakty z mugolami, skoro nasz ojciec był mugolem, to zignorował to, znajdując sobie nowe argumenty dla własnej narracji. Oni tak zrobią zawsze.
Wsunęła lekko ręce, aby przytulić go do siebie, a jednoczenie pozwoliła sobie rozluźnić się, tak aby po prostu oprzeć się o niego. Słuchała uważnie każdego słowa, które prezentował w jej kierunku, z którego jej się zwierzał, co zrzucał ze swoich barków. Delikatnie przeczesywała jego włosy dłonią, zastanawiając się, co mu na to odpowiedzieć.
- Ich nie obchodziło to, czy wiedziałeś czy nie. Sam powiedziałeś, że każdy może być kozłem ofiarnym, więc jak myślisz, jakby chcieli, to nawet bez waszych informacji mogą mi zrobić krzywdę i dopisać do tego winę. I to, że nic mi nie mówicie albo „staracie się mnie chronić” nic tu nie da. – Nawiązała jeszcze do wcześniejszej rozmowy, spoglądając tym razem na niego, ale lepiej.– Mam gdzieś, co będzie jak coś wam się stanie. Spodziewasz się, że dam radę wtedy sobie przejść do porządku dziennego? Praktynie nie wychodziłam z domu, czekając aż wrócisz, nie mając siły podnosić się z łóżka, a ty myślisz, że jak zginiecie, to radośnie pobiegnę sobie żyć dalej? – Wydęła lekko policzki, na nowo potrząsając głową. Niech nawet nie grywa idioty i nie udaje, że da sobie radę.
- Trzymam? James, próbuję rozmawiać z tobą, z Thomasem, z Eve? Mówię, co leży mi na sercu, ale nie wiem, mam wrażenie, że to kończy się na tym, że jedynie siedzę i płaczę i nie wiem co się dzieje. Myślisz, że naprawdę daję radę cokolwiek trzymać razem? – Powinna się postarać, zebrać się w sobie, być tą odpowiedzialną. Ale opuszczały ją często siły i już nie wiedziała, w którym kierunku pójść z tym wszystkim. Może teraz, gdy była przy bracie, i gdy tak była obok niego, mogła się pozbyć wątpliwości. Albo mogli wymyśleć coś razem. - Marcel mówił, że obcy też mają szczęśliwe rodziny....


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 9
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Pokój na piętrze [odnośnik]08.02.22 15:06
Patrzył na nią przez chwilę, w jej ciepłych, ślicznych oczach szukając zrozumienia dla siebie, dla swojego wybuchu i dla swojej skruchy, którą jej właśnie okazywał. Szczerej, głębokiej. Ostatnie czego dla niej chciał to smutku, łez, cierpienia. Gdy zwątpiła w siebie westchnął, unosząc brwi.
— Co? Nie, Sissy. Nie z tobą. Jesteś cudowna. Dobra, pracowita. Oddana. Piękna — wymieniał, po każdym określeniu, robiąc odpowiednią pauzę, jakby chciał mieć pewność, że każde z tych słów do niej dotarło. — Chodzi o niego. Wiesz jaki on jest. Wszędzie go pełno, ciągle się naraża — mruknął ciszej. Wtedy nie wiedział, że aż tak; nie wiedział, że jego słowa skierowane w stronę przyjaciela będą tak potrzebne, a jednocześnie tak pozbawione sensu, kiedy on sam zgodził się mu pomóc. — Powinnaś znaleźć sobie spokojnego chłopaka. Kogoś kto da ci wszystko, czego potrzebujesz. Będzie z tobą i przy tobie zawsze. Teraz wiesz... Wiesz co robi. Wiesz, że może wyjść i nigdy nie wrócić do domu. — Dziś zdawał sobie sprawę, że jeśli umrą, umrą najprawdopodobniej razem. Nie mógł wziąć odpowiedzialności za jego rodzinę. Zadbać o Sheilę. — Takiego życia byś chciała? Nie bocz się na mnie.— Widział jej minę. Przechylił głowę w bok. — Powiedz mi, czego byś chciała — poprosił nieco niepewnie, nie wiedząc, czy naprawdę chciał usłyszeć o jej pragnieniach — takich, których nie będzie w stanie spełnić lub zaakceptować. — Jesteś moją siostrą. Chcę dla ciebie jak najlepiej. — Na wspomnienie o Moore'ach zmarszczył brwi. — Kogo obchodzi co oni sądzą? Przecież nie dołączysz do niech. — Uważał to za pewne; tu było jej miejsce, przy rodzinie. — Kogo obchodzi co Tonks o nas myśli? — Po co się nim w ogóle przejmowała. Kim on dla niej był? — Chcę wiedzieć, co ty sądzisz. Co ty czujesz. Mam gdzieś Moore'ów i Tonksów. Niczego im nie zawdzięczamy.— Rachunek był prosty. Kiedy wspomniała o taborze, spuścił wzrok; zakłuło w samo serce. Przełknął ślinę. Był tam samo winny temu, jak Thomas. Krył brata, nie zrobił nic by go powstrzymać. Mógł zareagować, skończyło się na kłótni, awanturze, bójce. Mógł zrobić więcej. — Nie poszedłem na plac w tym celu— zaprotestował od razu, usprawiedliwiając się i unosząc na nią wzrok. — Trafiłem tam przypadkiem. Nie zamierzałem tego robić. Thomas nic mi nie powiedział, nie wiedziałem, że tam będzie. I co będzie robił. Myślisz, że tylko my mamy tajemnice? Że to my mamy je przed tobą? Tommy nie mówi mi o połowie z tego, co się dzieje, wyciągam to z niego siłą, dowiaduje się jakimś dziwnym trafem. Udaje, że wszystko gra, ale nic nie gra. Też się martwi. O siebie, o nas. A Eve? Myślisz, że mi wszystko mówi? Odkąd tylko wróciła otaczają ją tylko sekrety. Co robiła naprawdę przez te dwa lata, kogo spotkała, co jej się przytrafiło. Znika, wylatuje jako sroka, nie wiem nic. Myślisz, że mnie jest miło? — sparafrazował jej słowa, obrócił przeciwko niej, ale głos miał spokojny, choć podszyty frustracją. — Zostawiła mnie — szepnął, unosząc brwi. — Nie wiem, czy wróci kiedykolwiek.— Nie była w tym sama. Nie była jedyną ofiarą tajemnic, przypuszczeń. Nie była jedynym kłębkiem nerwów tutaj. Oni wszyscy byli. I nikt nie radził sobie z tym za dobrze, choć każdy próbował na swój sposób. — To nie tak, She. To jest dom. To jest rodzina. Tam, na zewnątrz, są znajomi, praca, przygody. Nie możesz tego ze sobą porównywać, to po prostu coś innego. Ale tak. Każde z nas ma nadzieję, że kiedy tu wróci, wróci do czegoś. Do kogoś. Do domu i wszystko będzie mu wybaczone. Od tego jest rodzina. — Przymknął oczy; mówił wciąż o niej czy już o sobie? W uścisku trwał chwilę, by znów na nią spojrzeć, odsunąć się nieznacznie. — Świat zawsze nas gniótł. To nie stało się dziś ani rok temu, ani trzy. Nie widziałaś tego. W wakacje żyliśmy w taborze, trzymając się z daleka od innych, od miast, ludzi. W szkole chciano by traktowano nas jednakowo, ale nigdy nie byliśmy równi. I nigdy nie będziemy. Zawsze będziemy uważani za gorszych. [b]— Zamknął na moment usta i pokręcił głową.[b]— Dlaczego uważasz, że cały ten zakon wymaga od nas jakiejkolwiek walki? Walczymy każdego dnia o życie. O to by mieć co zjeść, by nie dać się zabić na ulicy czy złapać przez psy. Nie obchodzi mnie Tonks, sram na niego — powtórzył jeszcze raz, dosadniej, wyraźniej. Uczepiła się go jak rzep psiego ogona. — Chodzi o nas, nie o nich. O to żebyśmy dali sobie radę, a nie walczyli za coś o czym nie mamy pojęcia. Dbamy o swoich. Troszczymy się o swoich. Za was mógłbym walczyć. Was wszystkich. Eve, ciebie, Thomasa, Marcela. Jesteśmy rodziną, nie obchodzą mnie inni. — Ciemne brwi ściągnęły się ku sobie, by niemalże złączyć nad prostym nosem. — I zrobię, co trzeba by zapewnić ci bezpieczeństwo. Wam. Nie spodziewam się, że przejdziesz z tym do porządku dziennego, nie bądź śmieszna.— mruknął z irytacją, odsuwając się od niej. Powoli podniósł się z ziemi, by potrzeć twarz, podszedł do okna, oparł się ramieniem o framugę. — Chcę po prostu byś nie protestowała. Pogodziła się z tym i jeśli będą chcieli o ciebie zadbać, pozwolisz im na to. Kiedy ja nie będę mógł. Tylko wtedy, rozumiesz?— Nie wcześniej. Nie prosił ją o to, by z nimi gdziekolwiek poszła. Chciał mieć pewność, że kiedy coś mu się stanie nie zostanie bez opieki. — Co to znaczy, że obcy mają szczęśliwe rodziny? Co masz na myśli? Do czego właściwie zmierzasz?


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Pokój na piętrze [odnośnik]20.02.22 16:40
Chciała mu dać wszystko – całą miłość, całe uczucie, cały swój czas. Jednak im więcej problemów się tworzyło, im bardziej bolało, tym bardziej nawet nad swoimi uczuciami nie panowała, zupełnie nie umiejąc pozwolić sobie na odpoczynek, na zabawę, na cokolwiek. Gdy teraz miała zadbać o niego, czuła się po prostu pusto. Jak zajmować się czymkolwiek innym, kiedy musiała martwić się o nich?
- Dziękuję – szepnęła cicho. Nigdy nie chciała w siebie wątpić, ale teraz jak miała o czymkolwiek myśleć, kiedy co rusz Thomas albo James byli w niebezpieczeństwie? Jak miała zastanawiać się nad tym, kto jej się najbardziej podoba? Musiała martwić się o braci, wszystko inne zostawiając na późniejszy czas. W końcu tyle jeszcze rzeczy było do zrobienia dookoła nich, a widać było, że sami nie dają sobie rady. Nikt z nich nie dawał sobie rady sam.
- Tak samo jak wy. Też ciągle znikacie. Wszędzie was pełno. Ciągle się narażacie. To wszystko się zazębia. Mówisz mi, że potrzebuję spokojnego chłopaka, ale sam możesz wyjść i nie wrócić z domu. – Czuła, że jest nieco zbyt rozżalona tym wszystkim, tym, jak zachowanie Jamesa czy Thomasa miało przechodzić, ale u jej przyszłego…chłopaka? Narzeczonego? Męża? miało to być niewybaczalne?
- James… - ostrożnie złapała jego dłoń, tak aby ostrożnie móc przytulić się do niego bez przeszkód. Kochała, jak trzymał ją w objęciach, co pozwoliło jej na odetchnięcie, przez krótką chwilę. W takich momentach lubiła wyobrażać sobie, że za moment babcia zawoła, że czas już wracać i powinni iść spać, bo rano czekają obowiązki. Teraz też spojrzała na niego kiedy tylko zadał jej to pytanie, ciężkie pytanie. „Powiedz mi, czego chcesz”.
- Jimmy, ja…to nie tak. Nie umiem myśleć o swojej przyszłości, kiedy wasza jest zagrożona. Nie umiem sobie nie wyobrażać siebie u boku kogokolwiek, kiedy nagle znikacie z domu i wracacie po nie wiadomo jakim czasie, poobijani, skrzywdzeni, z kolejną dawką koszmarów i krzykami po nocach gdy tylko coś się zadzieje. Jak myślisz, oglądając was w takim stanie bardzo cieszy mnie wybieganie aby spędzić czas z jakimkolwiek chłopakiem? Czego chcę? Was, którzy zastanawiają się nad sytuacją i przynajmniej pomyślą, jakie to ma konsekwencje. Dla was i dla nas, tu w domu. - Nie zmieni się, wiedziała, że się nie zmieni. Ale chciała, aby zrozumiał, że jego akcje, że akcje wszystkich w tej rodzinie nie były pustką. Oddziaływały na wszystkich, na wszystkich miało to wpływ. Każda krzywda jednej osobie odbijała się na innych. Jeżeli tak dalej miało być, to wykończą się wszyscy, wpadając w paranoje i załamania.
- Nie będę was zostawiać. – Powiedziała od razu, stanowczo, jasno. Chciała od razu dać znać, że nie przyjmuje innej opcji do dyspozycji i wcale nie zamierza wiązać się z kimś, kto tego nie chciałby uszanować. – Ale nie będę rozbijać też cudzej rodziny, już wystarczająco dużo cierpienia się zadziało aby to od tak zaakceptować. Jeżeli kogoś odetną z mojej winy… - Nie chciała o tym myśleć. O braciach nierozmawiających ze sobą tylko dlatego, że ktoś postanowił się ożenić wbrew woli reszty rodziny. Jak by to wyglądało. James i Tommy na pewno nie mogliby się pogodzić z tym, gdyby odeszła gdzieś indziej.
- Ja nie mówię to tylko o tobie. Rozmawiałam tak samo z Thomasem, o tym, jak bardzo mogą być niebezpieczne te wszystkie sekrety. O tym, że powinien nam mówić co się dzieje, gdzie idzie. Myślisz, że mnie posłuchał? Zobacz na efekty, widzisz? Sam mówisz, że nie wiedziałeś, że pojawi się na placu. Myślisz, że byście nie współpracowali lepiej, gdybyście wiedzieli o sobie? To nie jest zażalenie w twoją stronę, James, to o nas wszystkich. Jesteśmy rodziną, musimy przestać bawić się w sekrety, bo tylko ranimy się za ich sprawą. – Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale słowa „zostawiła mnie” rozbrzmiewały jeszcze bardziej. Co? Jak? Kiedy? Kolejna rzecz. Kolejna rysa. Kolejny problem, kolejne zmartwienie, szukanie powodów, czemu, czemu, czemu ciągle oni, czemu chociaż na chwilę, czemu chociaż przez jeden moment nie mogło być spokoju, czemu każdy znikał, czemu.
- …co? – Bała się już odpowiedzi, ale patrzyła na niego, nieruchomo niemal. Chciała go teraz jakoś wesprzeć, ale miała pustkę w głowie. Tak, jakby teraz nagle była po prostu, ale myśli z niej uciekły. Wszystko wydawało się puste, niezrozumiane, tak jakby nawet nie zdawała sobie sprawy z czyjejkolwiek obecności. Dopiero po chwili podniosła się ze swojego miejsca, wpatrując się w niego tak jakby była jakimś idiotą. Ona, nie on. Zajęło jej chwilę, zanim wróciła do rozmowy, nie umiejąc teraz nawet dokładniej poruszyć tematu Eve, bo nie wiedziałaby, od czego zacząć. Dopiero po chwili wróciła do tematu rozmowy, chociaż wciąż dość rozkojarzona.
- Chodzi o to, Jim…kiedy tam na zewnątrz bawicie się, przeżywacie pozytywne emocje…kiedy do domu wracacie tylko z tymi negatywnymi, też jest ciężko. Tutaj wyładowujecie frustracje, tutaj wyładowujecie ból. To jest potrzebne. Ale kiedy tutaj w domu są tylko negatywne rzeczy, a tam jest dobra zabawa, to tak, jest to męczące. Nawet jeżeli mówisz, że nie można tego porównywać. – Westchnęła cicho. – Zwłaszcza, jeżeli dramaty tam odbijają się potem tutaj. – Bo w końcu po Sylwestrze czy w innych sytuacjach byłoby to miejsce, w którym mieli się wyżalić. Tam mogli pić, tutaj zostawiali sobie miejsce na odreagowanie.
Podniósł się, a ona słuchała w milczeniu, chcąc znać co myśli. Miała wrażenie, że nigdy wcześniej nie było aż tylu problemów, ale z drugiej strony, nigdy wcześniej nie mieli tak wielu problemów z obecnymi czasami. Gdyby wciąż mieli tabor, gdyby była jakaś inna namiastka normalności…ale teraz wszystko było nie tak, teraz już nic nie miało znaczenia.
Podniosła się aby podejść do niego, aby stanąć obok. Patrzyła na jego zamyśloną lekko twarz. Poważniał, stawał się mężczyzną, nie chłopcem, chociaż jakaś część niego wciąż trzymała się tej porywczej strony, gotowej do ataku. Gotowej do zrobienia czegoś lekkomyślnie, co potem będzie odbijało się na wszystkich. Kochała go, był jej bratem i bez większego problemu powierzyłaby wszystko, co tylko by zechciał – pieniądze, życie, cokolwiek innego. Jednak gdy żyła dla niego, niezbyt żyła dla siebie, co odbijało się też na wszystkich.
- Coś musi powodować, ze dzieją się takie rzeczy jak plac. Mówisz, że chodzi o nas, ale gdyby chodziło o nas, poszlibyśmy na plac i wzięli jedzenie. Coś jeszcze zamiast tego się zadziało, coś innego, bo gdyby to było tak proste, nie zważalibyśmy uwagi na nic. Nic poza sobą. – Przetarła dłonią twarz, tak jakby teraz próbowała dociec sedna czegoś, co sedna zasadniczo mogło nawet nie mieć. A mimo to, spoglądała na niego, chcąc wiedzieć. Jak mogła być lepszą siostrą, a jednocześnie, jak wszyscy mogli mieć chociaż odrobinę spokoju. Zarówno tam, jak i tutaj.
- Tylko wtedy – obiecała, nie zgadzając się na dalsze ingerencje kogoś dopóki James by na to nie pozwolił, chyba, że jego już miało tu nie być. – Ja chcę wiedzieć, Jimmy, kim chcemy być. W tym szkopuł. Musimy być jak rodzina, musimy działać podobnie. Tak jak to robiliśmy. Koniec z sekretami, z każdej strony. I sobie zaufać. Bo ochrona na nic się nie zdaje, kiedy złapią mnie, ciebie, was, każdego zda się zrobić winnym. – Ostrożnie bawiła się mankietem jego koszuli, skupiając na niej spojrzenie. – A jeżeli też nie będziesz mi mówić, że mam się na coś szykować, potem skąd będę wiedzieć, komu zaufać, jak nie tobie i Marcelowi? – Podejrzewała, że nawet osoby skore do pomocy mogłyby chcieć wykorzystać ją dla negocjacji z Jamesem albo Thomasem, wiedząc, że jest dla nich ważna.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 9
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Pokój na piętrze [odnośnik]23.03.22 2:14
Nie rozumiał tego. Nie był w stanie pojąć skali jej cierpienia, bólu, trosk i nerwów. Dwa lata zmusiły go do tego, by dbał sam o sobie. Był ocalałym. Kimś kto potrafił utrzymać się przy życiu, przetrwać. Życie w taborze nigdy nie należało do łatwych, ale większą część roku tkwili w gigantycznym zamczysku, w którym nie brakowało im niczego. To były najszczęśliwsze chwile jego życia. Brzuchy były pełne, pościel czysta. Byli tam wszyscy razem. On, Sheila, Thomas, Marcel Eve. Powroty do rzeczywistości nie bolały, wiedział, że czas w szkole był czymś na chwilę. Największa próba przyszła pod koniec lata 1955 roku, kiedy został sam. Sam jak palec w wielkim świecie. Zbyt dorosły by liczyć na czyjekolwiek wsparcie i zbyt młody, by przetrwać w takim kraju, w takim czasie. A jednak. Udało się jemu, udało im wszystkim. Choć chciał do tego wrócić pewnych przyzwyczajeń, odruchów i zachowań nie mógł z sieci wyplenić. To nie ostatnie tygodnie sprawiły, że coś się zmieniło. To te dwa lata zmieniły ich wszystkich, ale żadne z nich nie było w stanie przyznać, że żyło wspomnieniami o swoich bliskich, a może wyobrażeniami na ich temat. Wyidealizowanymi, doskonałymi. Zderzenie z rzeczywistością okazało się bolesne.
Nie był takim bratem na jakiego Sheila zasłużyła i wiedział, że nim nie będzie. By ją uszczęśliwić i dać jej spokój, którego pragnęła musiał odrzucić wszystko co znał, czego doświadczał każdego dnia i co stało się jego codziennością i nim. Nigdy nie mógł usiedzieć na miejscu, a wojenna rzeczywistość zmieniała siostrzaną niecierpliwość w niepokój. Dziś był zagubiony bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Targany wątpliwościami, uczuciami, których nie pojmował, z którymi sobie nie radził. Potrzebował przewodnika, kogoś kto zrozumie. Mógł jej to oddać. Samego siebie. Ale ile straci z tego kim był?
— Ja to ja — bąknął, spuszczając wzrok. Tego dla niej chciał. Innego życia niż to, które sam prowadził. Nie potrafił okazać jej tego inaczej niż troską, poszukiwaniem kogoś kto dałby jej dokładnie to, czego pragnęła i potrzebowała. — Znikamy. Chwytamy się prac dorywczych. Czasem kradniemy. Jak zawsze — wyrzucił z siebie zupełnie tak, jakby nie miało to żadnego znaczenia. — Każdy dzień to nieustanna walka ze samym sobą. By poruszyć nogą, wstać, umyć się i wyjść. Możemy umrzeć wszędzie i w każdej chwili, nigdy nie wiesz — dodał od niechcenia, wzruszając ramionami, ale zreflektował się po chwili, odszukując jej spojrzenie. — Tego przecież pragniesz, prawda? Spokoju. Ale... nigdy nie byliśmy tacy. Ani ja ani Thomas. I nigdy nie będziemy, nie zmienimy się. Chciałbym by było inaczej. Chciałbym ci powiedzieć, że będziemy na siebie uważać, ale mógłbym przysiąc, że będę, ale jeśli los zaplanował dla mnie coś innego, co mogę zrobić? Nie wiem. Nie wiem, co będzie, tak naprawdę. Jutro, za tydzień. Właściwie to nic nie wiem — dodał ciszej, nieco drżącym głosem. Odwrócił wzrok, czując jak coś ściska go za serce. Odejście Eve było jak wbicie noża prosto w serce, ale robił wszystko, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo go to ubodło. Nie wiedział, co ze sobą począć, nie miał planu na przyszłość — nawet tą najbliższą. Nie wiedział, co było odpowiednie, a co nie, a najgorsze w tym było to, że nie pamiętał jaki był i co myślał, co chciałby zrobić. — Nie przeżyjemy za ciebie życia, Sheila. Twoja przyszłość jest twoją. Mam... miałem żonę, nie wiem, to powinna być moja przyszłość. A ty musisz znaleźć swoją. Dopiero później naszą... — W taborze byli jedną wielką rodziną, ale w jej obrębie były mniejsze. Udawanie, że ten temat nie istniał było wygodne. Mieli je dwie, je obie na wyłączność, nie musieli się nimi z nikim dzielić. W taborze kobiet było wiele, dzieci wychowywały się wspólnie, wspólne było ich życie. A dziś? Czym naprawdę byli? Jakim tworem? Z jaką przyszłością?
— Masz nas za durniów, którzy nie myślą o konsekwencjach. Myślimy — powiedział butnie, głośniej, unosząc na nią wzrok. Patrzył jej przez chwilę w oczy. — Ale nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Nie potrafimy wszystkiego przewidzieć. Gdybyśmy byli mistrzami kalkulacji zajmowalibyśmy już jakieś stanowiska w Ministerstwie Magii, a nie żebrali na ulicach o parę knutów.
Możemy mówić, że to nasz wybór, tak chcemy żyć, ale tak nie jest. Po prostu nie stać nas na więcej
— dodał z frustracją w głosie. — Myślisz, że wszystkie sekrety wszystko naprawią, kiedy o nich opowiesz, ale o niektórych sekretach nie da się powiedzieć głośno przed samym sobą, a co dopiero innym. — Z poddenerwowaniem odsunął się od okna i wzruszył ramionami. — Czasem po prostu to, co nosisz w sobie jest zbyt mroczne, zbyt trudne, by się tym z kimś podzielić. A czasem starasz się robić wszystko, by nie obarczać ludzi wokół ciebie dodatkową dawką nieszczęścia. Mówisz, że sekrety nas niszczą, ale czy jesteśmy wystarczająco silni, by dźwigać wszystkie nasze wzajemne brzemiona? By dźwigać ciężar tych wszystkich rzeczy, które się przytrafiły i przytrafią? Mówisz mi, że nie możesz myśleć o swojej przyszłości z naszego powodu. Gdybym ci opowiedział o wszystkim, co się wydarzyło i co jeszcze wydarzy, byłabyś spokojniejsza? Nie. Po prostu odebrałbym ci ostatnią nadzieję. Ostatnią iluzję niewinności, jaka ci pozostała — podniósł głos, a później dłonią przetarł twarz i oparł się pośladkami o ścianę, ręce splatając na piersi. Milczał chwilę, przygryzając policzek od środka. — Naprawdę uważasz, że jeśli powie ci, gdzie idzie, to nic się nie wydarzy? Czy jeśli pójdzie do pracy i... i przypadkiem znajdzie się w ogniu walki, czy to będzie całkiem jego wina? Sheila... Naprawdę, naprawdę chciałbym ci tego oszczędzić, zrobić wszystko, byś nie musiała się martwić. — Mógłby przysiąc na wszystko. — Ale nie mogę.
Gdy nie skomentowała w żaden sposób odejścia Eve, nie ciągnął etatu. Przełknął tylko ślinę — jej kolejne słowa utwierdziły go w przekonaniu, że to była ich wina, ale nie miał siły dziś przyjmować tego bez tłumaczenia. Wycofać się.
— Może w domu jest tak ciężko i jest tyle negatywnych emocji, bo w domu w końcu możemy być sobą? — odpowiedział bardziej niż spytał; głucho, z goryczą, nie patrząc na nią. Głos mu się załamał, przygryzł wargę od wewnątrz, zaciskając mocno usta. Dom był miejscem, w którym nie musieli udawać. Tak sądził do tej pory, pomylił się. Sheila miała dość, nie chciała takiego życia. Musieli się postarać choć trochę nadać jej codzienności namiastki szczęścia, dawnej, utraconej normalności. Umieli kłamać, umieli udawać. Musieli nauczyć się udawać tu i przed nimi, że wszystko było w porządku. Nawet jeśli to całkiem przeczyło jej prośbom o szczerość. Nie chciała prawdy, nie chciała szczerości. Chciała mieć kontrolę, poczucie stabilności. Nie mogli dać jej jednego i drugiego jednocześnie.
— Czasami jesteśmy uczestnikami zdarzeń, w których wcale nie chcemy brać udziału, ale gdzieś podskórnie czujemy, że tak trzeba. Nawet jeśli przez długi czas nie wiemy dlaczego i po co. Któregoś dnia to przyjdzie. Wiedza, świadomość. Może nie będzie za późno — mruknął cicho, bez przekonania. Nie umiał jej wyjaśnić, dlaczego nie zostawił przyjaciół na placu. Dlaczego tam poszedł, dał się w to wciągnąć. Ufał im. Ufał Marcelowi jak własnemu bratu, jak żonie, jak siostrze. Podążał za nim, może gdzieś podświadomie wierząc, że znalazł cel, któremu jego brakowało.
— Nie wiem, Sissy — nie wiedział, kim mieli być. Kim chcieli zostać. Nie wiedział, co robić i co słuszne. Pogubił się, udawał, że wszystko wiedział, potrafił. Musiał. Ale był jak dziecko we mgle. — Marcel ufa rodzinie Aidana. Ty ufasz jemu, więcej nie potrzeba — dodał cicho, bez siły i determinacji, którą miał chwilę wcześniej. Nie musiał ufać wszystkim ludziom, którzy brali w tym udział, wystarczyło tylko to. Kilka osób, które Marcel obdarzył zaufaniem. Które zagwarantują Sheili i Eve bezpieczeństwo. To wystarczyło.
— Mam coś dla ciebie — przypomniał sobie. Musiał wyjść z pokoju, wyjść po paczuszkę, którą udało mu się zdobyć. Wrócił na górę z zawiniątkiem, w środku były materiały, ale nie znał się na nich. Pozwijane w parcianym worku. — Udało mi się to zdobyć, myślę, że zrobisz z tego użytek.

| przekazuję Sheili skórę szpiczaka i czaroprzędze


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Pokój na piętrze [odnośnik]12.04.22 11:41
James miał rację w tym, że miała szczęście dwa lata temu. Trafiła do dobrej osoby, która nie tylko dała jej schronienie nad głową i jedzenie, ale również edukację i opiekę. Dzięki temu to ona nie musiała przejmować się swoim losem, mogła za to zająć się martwieniem o to, gdzie byli James, Thomas, Eve…czy w ogóle ktoś z tego wszystkiego przeżył. I w takich dniach skupiała się raczej na nich, nie na sobie. Wyczekiwała ich. Chciała aby byli obok niej, wyobrażała sobie, jak to będzie, jeżeli się odnajdą i jak to miło będzie w końcu być ze sobą. W końcu po takiej rozłące nacieszyć się swoją obecnością, mieć poczucie, że druga osoba znajdzie się tutaj, obok, w jej towarzystwie i w końcu nie trzeba się o nią martwić. Ale dość szybko doświadczyła zbicia z mocną i ponurą rzeczywistością, że nikt nie widział tego tak samo, jak ona. Że pozostali Doe wcale nie chcieli przebywać w domu tak jak ona, że woleli tam, bo to był ich sposób na radzenie sobie z rzeczami, przez które przeszli. Kiedy jednak każdy potrzebował czegoś innego, a nie mieli komfortu czasu…to zawsze wydawało się, że ktoś wychodzi z tego zmęczony, poirytowany...zraniony.
James i Thomas irytowali ją, ale kochała ich jak tylko mogła. Cieszyła się zawsze ich obecnością, tym jak potrafili trzymać ją blisko siebie, tak jakby jutra miało już nie być (bo może miało), jak starali się podsuwać jej jakieś drobne kąski, tak aby jednak zjadła nieco więcej, nawet jeżeli to ona dawała im większe porcje aby napełnili lepiej żołądek tymi drobnymi porcjami. Spoglądała na brata, którego zawsze jej brakowało, gdy tylko znikał z jej oczu, bo po prostu martwiła się w takich wypadkach, że koszmar sprzed dwóch lat może się powtórzyć. Że wyjdą i nie wrócą. Przecież sami wiedzieli, że pakowali się w kłopoty, a teraz, w czasach wojny, wszystko było tak kruche, tak nagłe. Tak łatwo zaprzepaszczone jeżeli się o to nie dbało.
- James, ty to ty, mój brat, najbliższa mi osoba. Bliższa mi niż rodzice czy dziadkowie. Nie dlatego, że jesteś tutaj, ale ze wszystkich powodów. – Wyciągnęła dłonie podchodząc do Jamesa, delikatnie jego twarz ujmując aby przesunąć ją aby spojrzał na nią. Kciukiem przejechała po jego policzku, tak jakby miało to go jakkolwiek pocieszyć, zaraz jednak wzdychając aby jednak ostrożnie wypuścić go i nie zrobić jej krzywdy. – Czy więc naprawdę to takie dziwne, że się o was martwię? Wiem, że może ty przygotowałeś się już dawno na to, że tak łatwo zabrać nasze życie, ale ja…ja wciąż nie. I zawsze mam wrażenie, że o wiele gorsze mamy na to czasy. Kiedyś by was wrzucili do więzienia, teraz w tym więzieniu zetną was tylko po to, by to dobrze wyglądało na papierze kiedy kolejny rewolucjonista zostanie stracony. Czy to naprawdę tak dziwne, że myślę o momentach, że kiedyś nawet nie będę wiedziała co się z tobą stanie, tak samo jak przez ostatnie dwa lata, że to co przeżywaliśmy na nowo powróci? Albo wręcz przeciwnie, że będę doskonale wiedzieć, że nie żyjesz, ale wyrzucą cię gdzieś i nie dam rady nawet cię pochować. – Jej ton nie miał w sobie pretensji, raczej pytania. Bo zastanawiała się prawdziwie, czy on może też się zastanawiał. Czy też wyobrażał sobie jak to jest, gdyby już nigdy nie zobaczył rodziny.
Oparła się jeszcze, tym razem brodę opierając na ramieniu brata, oddychając cicho i trzymając lekko dłonią łapiąc jego dłoń, karmiąc się tą bliskością skoro była tutaj, skoro mogła to wykorzystać, skoro przez chwilę brat był przy niej i nie musieli się poświęcać swoim obowiązkom. Czy naprawdę byli gotowi wszyscy aby Sheila przeżyła swoje życie? Tak samo jak oni? Na to jeszcze nie umiała odpowiedzieć.
- Nie. Ale wiem, że czasem skoczycie po okazję tylko dlatego, że chcecie, nawet jeżeli ryzyko jest niewspółmiernie duże. Jak na jarmarku. Gdzie też mogłam zareagować. Nie wiem, może masz rację że o niektórych sekretach ciężko odpowiedzieć. Ale potem patrzę jak przez te sekrety wzajemnie wyżywacie na sobie swój ból i niepewności. I to również nie wydaje mi się dobre. – Czy widział to inaczej? Czy wolał to tak jak teraz, że zamiast wszystkiego po prostu mógł uderzyć Thomasa? I potem znowu i znowu i znowu, dopóki nie uciekało z niego napięcie? To nie wydawało się właściwe. - Powiedz jak czułbyś się, gdybyś doświadczył tego samego. Gdybym zniknęła nagle, gdyby nagle okazało się, że coś mi się stało, gdybym wyszła nie mówiąc gdzie, a wy nawet byście nie wiedzieli gdzie mnie szukać. Podejrzewam, że wasze uczucia byłyby takie same, ale nie mniej ważne. Podejrzewam, że w takim wypadku chciałbyś wiedzieć gdzie idę i co robię. Nie przez to, aby mnie powstrzymywać, ale aby jednak wiedzieć, gdzie mnie szukać, prawda? – Spojrzała jeszcze, nie wiedząc, czy okręcenie sytuacji pozwoli mu wyobrazić sobie jak dokładnie to działało, ale jednak próbując. Mimo wszystko, rodziło się w niej poczucie że tylko go osaczała i wymagała od niego czegoś nowego.
Pociągnęła go jeszcze za rękaw, spoglądając na Jamesa.
- Co się stało z Eve? – szepnęła jeszcze, ciekawa, czy będzie chciał opowiedzieć coś więcej. Wyrzucić w końcu z siebie jakiś sekret. Tak aby jednak tu znalazł bezpieczną przestrzeń. Odpoczął. Zaufał jej na tyle. Chciała tego, czy on tego chciał? Nie miała pojęcia, a chyba każdy z nich musiał nauczyć się na nowo wszystkiego. Na nowo siebie.
- Nie wierzę, że składasz się jedynie z negatywnych emocji, James. Wiem ile jest w tobie ciepła, miłości, ile radości. Wiem, że też masz to w sobie, tylko wolisz tutaj wyładowywać się, ale…nie wierzę, że jedynie potrafisz ciskać gromy w Thomasa i rzucać się na niego z pięściami i zaklęciami. Kochacie się, czy tego chcecie czy nie. Zawsze był dla ciebie wzorem, zawsze za nim podążałeś, nieważne co by nie zrobił. Tak jak ja za tobą. – Nie wierzyła, że w domu mieli do zaoferowania głównie złe emocje. Że gdzieś indziej wcale ich nie było. Że tak naprawdę tylko tutaj wyładowywali złość. Może to jej problem, że nie rozumiała chłopców i że ciągle widziała w nich tych, których trzymała za płaszcze kiedy razem wychodzili z Birmingham.
Pochyliła ostrożnie głowę Jamesa i delikatnie pocałowała go w czoło. Nie lubiła go też obserwować w takim stanie, zdenerwowanego, smutnego, poddanego wszystkim emocjom. Już miała wyrzuty sumienia, że to przez nią, że swoim zachowaniem i słowami sprawiła mu ból. Może więc nie powinna tego robić? Może więc właśnie taka była prawda? Niezależnie od tego, co się działo, wszystkie emocje przyjmując na siebie i nie mówiąc o nich Jamesowi. Zwłaszcza, że był przez to zły i było mu przykro – a przynajmniej tak teraz czuła.
- Ja przede wszystkim ufam tobie. Jeżeli będziesz chciał, abym coś zrobiła, zaufam tej osobie. Ale i tak myśleć będzie o was. – Czekała jeszcze, bo nie spodziewała się, co dokładnie udało mu się znaleźć. Wyprostowała się kiedy wręczył jej materiały, delikatnie przesuwając dłonią po tkaninę. Była dobrej jakości i nie wiedziała, skąd James mógł złapać coś takiego, ale naprawdę mogła potem zabrać się z tym do pracy. I czaroprzędza!
- Dziękuję, przyszykuję z tego coś pięknego dla ciebie. – Może rękawiczki? Dobrze by pasowały Jamesowi.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 9
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Pokój na piętrze
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach